Czerwiec 28

Po tej „Lotce” zostało tylko zdjęcie

Charlotta Rosenberg z domu Rosenbaum… na jej zdjęcie na stronie Yad Vashem trafiłam już dawno. To jedna z tych fotografii, które prześladują. Piękna kobieta o dużych ustach, starannej fryzurze i strachu w oczach. Choć może to jeszcze nie ten ostateczny strach, a jedynie niedowierzanie na widok tego, co się dzieje dookoła?

Już wtedy dodano jej narzucone imię Sara. Na odwrocie fotografii, którą zrobiono w będzińskim getcie dopiski: „Charlotte Sara Rosenberg, geb. Rosenbaum, 5.12.1907. Rybnik, ohne Beruf, wohnh. Bendsburg, Kasernenstr. 94”. Tłumacząc na nasze, to Charlotta została opisana, jako urodzona w Rybniku, bez zawodu, zamieszkała przy ówczesnej ulicy Kasernenstrasse pod numerem 94. Czyli na Warpiu, dzielnicy, w której było tzw. „duże getto”.

Jak podaje Wiki, domki przy tej ulicy (obecnie to 1 Maja) były byle jakie, choć jest jedna cenna informacja, mówiąca, iż budynek nr 94 miał 3 kondygnacje. Można sobie wyobrazić, a raczej nie, nie można sobie wyobrazić tego, co tam się działo. Nikt z nas obecnie, nie może sobie tego wyobrazić. Możemy jedynie to wyczytać w relacjach tych, którzy przeżyli. A to jakby porównywać lekki katar z umieraniem na raka.

Wracam do Charlotty, czyli drugiej Lotki, dla której zakładam osobną szufladkę. Pierwszą była Charlotta Prager, ale jej życie dobiegło zapewne w naturalny i właściwy dla ludzkiego świata sposób ( ➡ więcej TU). Druga Lotka zginęła w Holokauście, mając trzydzieści parę lat. Była w kwiecie wieku.

Urodziła się w naszym małym miasteczku przy ówczesnej Breitestrasse, czyli Szerokiej (obecnie Sobieskiego). Tata Izydor był fryzjerem, co z wielkim trudem udało mi się odcyfrować na jej akcie urodzenia.

Po dwóch latach miała młodszą siostrzyczkę – Ernę. Tata był zapewne pobożnym Żydem, czyli gdy trzeba zamykał swój zakład z okazji wielkich świąt – tak, jak to robili i inni rybniccy izraelici.

W ciężkim dla naszego regionu okresie, za krótkiej kadencji rabina Nallhausa, Isidor obchodził swoje ważne urodziny, co rabin skrupulatnie zapisał w prowadzonym notatniku.

Gdy przyszły polskie czasy stary golibroda nie wyjechał z Rybnika i na pewno wraz z żoną Fryderyką marzył, by jego córki pootwierały małe biznesiki i dobrze wyszły za mąż. Może w duchu mu się śnił za zięcia jakiś bogaty Brauer, czy Priester, kto wie  😉 Sądząc po podatkach, które płacił sam do bogaczy nie należał, więc choć dla córek chciał lepszej przyszłości. No cóż, ale życie płata figle. Przynajmniej, jak tak założyłam, bo jak zwykle trochę fantazji trzeba wprowadzić w te luki, których nijak nie wypełnię, bo nie mam żadnych źródeł.

Uwaga, teraz puszczam wodze swojej wyobraźni. Co prawda kolejne zdania to takie śmoje boje, ale jednak na czymś oparte. Młoda Lotta była już piękną panną do wzięcia i może i oglądali się za nią lokalni młodzieńcy z górnej półki, ale nagle pojawił się w mieście bidny polski Żyd o imieniu Maurycy, a w zasadzie to Moniek. Lotta już skończyła 20 lat i hormony w niej buzowały. Miłość przyszła jak sraczka. Cóż miał poradzić stary Izydor? Nic. Zezwolił na ślub, ale przykazał pierworodnej, by otworzyła sobie mały sklepik ze słodyczami na siebie. Zięć dostał jedynie prokurę.

Musiał tak postąpić, bo Moniek był jedynie zwykłym szewcem, w dodatku z niewielkimi dochodami, co widać po malutkim wymiarze składki, którą płacił na rzecz gminy. 24 złote to było naprawdę niewiele. Przy okazji tego spisu podatkowego myślę, że wymieniony w nim Dawid Rosenberg – kramarz był szwagrem Lotty, czyli bratem Maurycego.

I tak sobie żyli w Rybniku, znosząc antysemityzm czasów międzywojennych i borykając się ze zwykłymi sprawami. Czyli urodziły im się dzieci to nie wiem, ale myślę, że tak. A to jeszcze bardziej czyni tą opowieść smutną. Nie zakładam bowiem, by ktoś z tej rodziny przeżył. Przetrwało jedynie zdjęcie Lotty wraz listą stworzoną przez Judenrat w Będzinie, na której jest jej imię i nazwisko.

Niech  Jej  dusza  będzie  włączona  w  wieniec  życia  wiecznego! תנצבה

Żródła:

Yad Vashem, Archiwum Państwowe w KATO oraz Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Instytut Leo Baecka

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Po tej „Lotce” zostało tylko zdjęcie została wyłączona
Czerwiec 10

Richard Heinzelmann, czyli o znaczeniu słówka traf

Ciężko mi było wymyślić tytuł tej historii. Od godziny siedziałam na balkonie patrząc naprzemiennie to na lap, to na chmury, ponownie zbierające się nad Radlinem i traf sprawił, że w TV ktoś tam coś bąknął o trafianiu do bramki (bo u nas albo sport 😡 ,  albo polityka 😡 ) i trafiło mnie palnięcie w łeb  😀 Mam! To będzie opowieść o trafie, czyli przypadku. Zanim jednak do niego dojdę, to muszę się cofnąć do stycznia 2016 r., gdy na allegro rzucił mi się w oczy dokument, którego niestety nie udało mi się kupić. Nie mam aż tak pofyrtane w głowie, by dawać za przedwojenny papier prawie 500 PLN-ów. Nawet, jeśli on dotyczy jakiegoś rybnickiego Żyda. A ten dotyczył. Było to pismo z 1937 r. wysłane przez naszego dentystę – Ryszarda Heinzelmanna do Sądu Grodzkiego w Jarocinie, w którym zwracał się z prośbą o przesłanie dokumentu urodzenia Herminy Kallmann.

Zrobiłam jedynie kopie tych zdjęć na allegro i wsadziłam sobie do folderu „Heinzelmann”.

Takie pismo to niesamowite źródło informacji. Nie trzeba być wybitnym detektywem, by ustalić, że żona Ryszarda była z domu Kallmann, oraz że była córką wymienionego we wniosku Hermanna, choć raczej nie była rzeczoną Herminą, bowiem miała na imię Margarete. A jak to ustaliłam? Ano na podstawie aktu urodzenia syna Richarda i właśnie Margarete, czyli Herberta. Akt narodzin z 1905 r. miałam w laptopie, więc trzy osoby były ustalone.

Widziałam, jak się elegancko reklamował, wskazując miejsce swego gabinetu, czyli kamienicę Frau Fr. Kollar, położoną przy Gleiwitzerstr. 2, w której to nota bene urodził się syn Herbert.

Kamienica stoi do dziś, choć, które mieszkanie zajmowali państwo Heinzelmann, to nie wiem. Może to z balkonem  😉 Ono takie ładne. Dawno temu, gdy zawodowo zajmowałam się mieszkaniami (tfuu, tfu, na psa urok, oby już nigdy :mrgreen: ), byłam tam.

Choć nie kupiłam tego pisma, to jednak starałam się wtedy ustalić, co się stało z dentystą Ryszardem (przed czasami polskimi – Richardem), ale moje próby spełzały na niczym. Wiedziałam, że z Gleiwitzerstrasse przeniósł się na Ratiborerstrasse 4, bo pod tym adresem reklamował się od 1913 r. Zresztą raz z niego był Zahntechniker, a raz Dentist  😉 Jedno pewne, łatał dziury i wyrywał zęby.

Miałam zdjęcia dokumentów, świadczące o tym, że był jednym z nielicznych niemieckich Żydów, którzy u nas zostali po 1922 r. Wiedziałam jakie podatki płacił na rzecz gminy żydowskiej.

Dokumenty mówiły mi, że wybierano go na reprezentanta gminy żydowskiej. Patrzałam sobie na jego podpis…

Ale co się z nim stało od momentu, gdy starał się dostać z Jarocina dokument, który był dla niego „koniecznie potrzebny celem uzyskania wizy wyjazdowej”, to nie wiedziałam. Ryszard – dentysta chciał wyjechać, a do tego potrzebny mu był  jakiś dokument, od którego miał zależeć los jego i rodziny. Aaa, jeszcze wtedy mi się przypomniało, że mój ukochany Jay Kuperman, jeden z dwóch ostatnich (znanych mi osobiście) żyjących rybnickich Żydów, swego czasu mi o owym dentyście wspominał, że takowy był i mieszkał przy ul. Raciborskiej. Tyle i aż tyle udało mi się ustalić. ponad rok temu. Naiwnie sobie założyłam, że wszystkie niezbędne papiery załatwił i wyjechał do jakiegoś kraju, w którym nie rządzili naziści, ani go też nie zajęli po wrześniu 1939 r.

Minął dużo ponad rok, Heinzelmann se leżał odłogiem w koszulce i w laptopowym folderze. Aż nadeszła ciepła czerwcowa sobota w mojej pracy, gdy mieliśmy spotkanie z niewiarygodnym dr. Janem Krajczokiem, prezentującym swoją nową książkę o tajemnicach zameczku w Czernicy. Po sympatycznym spotkaniu usiedliśmy sobie na dodatkowe pogaduchy na tyłach halo! Rybnik – z Jankiem, jego siostrą i jedną uczestniczką wieczoru autorskiego. Gadamy o dużym i małym świecie, aż tu słyszę obcasy mojej Olutki, z którą w tym dniu miałam dyżur. Oho! Jacyś anglojęzyczni goście chyba. Wychodzę z zaplecza, zostawiając dyskutantów, idę za swoją ladę i widzę grupę ludzi.

Ja: Hi! (Oni w zasadzie po mapę miasta.) Where are you from? (Skąd jesteście?)

Jeden z nich: From USA. (Ze Stanów).

Ja: Here? In Rybnik? From USA? (Tutaj? W Rybniku? Ze Stanów?).

On: Yes, I had family here. My grandfather was born here. He was a German and left to USA in 1938. (Tak, miałem tu rodzinę. Mój dziadek tu się urodził. Był Niemcem i wyjechał w 1938 r. do USA.)

Ja z grubej rury, totalnie na bezczelnego: Was he a Jew? (Czy był Żydem?) W sumie, to było to logiczne pytanie, bo mało było Niemców nie-Żydów u nas przed wojną.

On z byczym uśmiechem: Yes. His name was Heinzelmann. (Tak. Nazywał się Heinzelmann).

Znaczenie słowa traf: przypadek, zbieg okoliczności. A po śląsku cufal. To był ten cufal, czyli TRAF. Ten traf, że oni trafili do halo! Rybnik, gdzie ja pracuję. To był ten TRAF, że ja byłam na szychcie. Traf, że im trafiło spotkać mnie, a mnie trafiło spotkać ich.

Dla mnie to było takie kolejne jebut :mrgreen: , gdy praca przynosi nieoczekiwaną radość. Nawijałam jak opętana, oni zresztą też (na szczęście goście na patio mieli swoje tematy o tych światach, religiach, historiach). Niestety byłam wtedy bez swojego laptopa w pracy. W dodatku tak mnie od tego jebut zaćmiło, że nie potrafiłam sobie niczego przypomnieć o jakimś tam Herbercie Heinzelmannie, który był dziadkiem miłego czterdziestolatka Juliana, a zarazem pradziadkiem sympatycznej nastolatki urodzonej na Hawajach. Poza tym, wierzcie mi, mnie oni się już wszyscy mylą 😉

Reszta rodziny na zdjęciu, to mama Juliana oraz jej drugi mąż z Indii i żona Juliana z Nowej Kaledonii. Religijno-narodowościowy misz-masz powiązany z Rybnikiem.

Półtorej godziny im opowiadałam o rybnickich Żydach. Obiecałam, że jak tylko dotrę do domu, to sprawdzę co mam o tych Heinzelmanach. Oni sami niewiele wiedzieli, nie mówiąc, że imię Ryszard (Richard) nie padło, a wymieniany przez nich Herbert nic mi nie mówił. Umówiliśmy się, po wymianie maili, że przyjdą do halo! Rybnik ponownie w poniedziałek, gdyż w niedzielę mają zamiar zwiedzić Wrocław.

Wracając do domu, na wysokości Hajdy (rybniczanie wiedzą gdzie to) było kolejne jebut, że aż sobie poważnie i ostro zaklęłam na głos. Małgosia! Ty ćwoku! Toż to był dentysta! Ten od pisma do Jarocina. Kolację wrzucałam w siebie równocześnie włączając lapa i rozbierając się do domowych ciuchów. Rodzina wie, że takie okoliczności przyrody jednoznacznie wskazują na odnalezienie kolejnego rybnickiego Żyda. Są już na to zobojętnieni. Jedyny dziadek się jeszcze tym jara, choć zawiłości genealogicznych na pewno nie skumał  :mrgreen:

Do nocy siedziałam i wysyłałam to co znalazłam: wykazy podatkowe, reklamy, akty urodzenia, pismo do Jarocina, stare pocztówki, które pokazywały ulicę Gliwicką i Raciborską. No i tak właśnie koło północy przyszło trzecie jebut. Ponownie do mnie dotarło, że trzeba patrzeć wiele razy na to samo, bo za każdym razem widzi się coś innego. Albo dojrzy się coś nowego, jak choćby w przypadku odkrycia ➡  Dawida Hoenigera.

Posortowałam sobie stare pocztówki pokazujące róg Rynku i Raciborskiej, bowiem na samym jej początku Richard Heinzelmann, ojciec Herberta, a zarazem pradziadek gościa, który trafił do mojej pracy, miał gabinet. Kamienica nie dotrwała do naszych czasów, dziś w jej miejscu można zjeść obiad w knajpie zwanej Delicje. Już miałam kliknąć wyślij, gdy patrzę i widzę fragment reklamy: „…nzelmann (-) – Atelier”.

Patrzę na drugą, powiększam i jest! Reklama Richarda Heinzelmanna! Nad nią Salo Prager, a wsio na kamienicy Hermanna Sladky.

Ale to wszystko jeszcze nic! Stopniuję napięcie jak jakiś Hitchcock. Gdy w ubiegłym roku robiłam ten research dotyczący Richarda, na jednej ze stron genealogicznych znalazłam jego maluteńkie zdjęcie. Nigdy nie pisałam do zarządzającego tym rozległym drzewem, ale fotę Richarda i jego Margarete skopiowałam. Jak już odkryłam te dwie reklamy, to zaczęłam analizować trzecią pocztówkę, którą miałam wysłać Julianowi. Jest to ujęcie ulicy Raciborskiej, ale nie od strony Rynku, a w jego stronę. Czyli kamienica, w której znajdował się gabinet Richarda jest po lewej stronie. Widać początek Raciborskiej, ludzi stojących i patrzących na fotografa. Czwartego jebut moja głowa już nie przeżyła. Poszłam sobie zrobić kolejną kawę, zupełnie już nie zwracając uwagi na masakryczne chrapanie męża i ten jego posrany TV, z którego leciały informacje, od których dusza boli, a do którego leciały ćmy.

Popatrzcie! Porównując maluteńkie zdjęcie Richarda, które wkleiłam w pocztówkę i twarz stojącego przed kamienicą nr 4 człowieka widać, że to nasz dentysta.

Wszystko opisałam po angielsku, przetłumaczyłam treści polskich dokumentów i poszłooooo na @ z zapytaniem, co się stało z Richardem. Niestety, wg informacji rodziny Richard, niemiecki dentysta z Rybnika i jego żona Grete nie zdołali uciec Hitlerowi  🙁  Do Stanów wyjechał jedynie ich, urodzony w Rybniku, syn Herbert z żoną, którą poznał w mieście Breslau, bowiem tam żył od końca lat 20-tych. W USA zmienił nazwisko na Heinz.

A wiecie, że był jeszcze jeden traf w tej całej opowieści? Otóż goście w zasadzie nie mieli w planach zwiedzania Rybnika. Mieszkają obecnie we Wiedniu i chcieli zwiedzić Wrocław, a przedtem Katowice. W drodze do KATO, żona Juliana zobaczyła drogowskaz: RYBNIK. Spytała: A czy przypadkiem to nie jest miasto, gdzie urodził się twój dziadek Herbert? Julian odpowiedział: Tak, ale ja tylko wiem, że tam się urodził. Zjechać z drogi to żaden problem. Rozejrzymy się po mieście i pojedziemy dalej. 

Szczęśliwym trafem dotarli do mojej pracy, postanowili ciut zmienić plan pobytu w Polsce, nawet zanocowali w Rybniku, jedli w naszych knajpach, porobili zakupy, wrócili do nas ponownie z WRO, czyli oprócz mojego i ichniego zadowolenia, doszły do tego korzyści ekonomiczne dla miasta  😆

Poniedziałkowa wizyta pozwoliła im na dokładniejsze zwiedzenie miasta, szczególnie miejsc, w których przyjmował pacjentów ich przodek – Richard Heinzelmann i gdzie mieszkał jego syn Herbert. Herbert opuścił Europę w 1938 r., na Kubie, która była dla wielu Żydów miejscem oczekiwania na wizę amerykańską, urodził mu się syn, którego syn wraz z córką odwiedził mój Rybniczek. A wszystko sprawił traf  🙂 Oby mi się takie trafy trafiały jak najczęściej, choć z drugiej strony 4 jebuty w ciągu jednego dnia mogą doprowadzić to wylewu, czy inkszego nieszczęścia 😆