Czerwiec 14

Gaszenie pożaru a rybniccy Żydzi

Uwaga: Będą przekleństwa 😉
Zanim przejdę do pożarniczego tematu mała prywata, taka bardziej dla rybniczan, niż dla ludzi zewnętrznych. Przed chwilą wróciłam, jak się tu u nas mówi, z miasta. Wróciłam z poziomem agresji 9 (w skali od 0 do 10). Jaka jest ostatnio pogoda wszyscy wiedzą – mamy upały afrykańskie. Dodatkowo, po wczorajszych tornadach i burzach wilgotność jak w Amazonii. U siebie, czyli pod moją hałdą, jeszcze jako tako. No, ale w mieście, gdzie królują dizajnerskie ławki, szpetna kostka brukowa, betony, tworzy się pseudo woonerfy na skrzyżowaniach, by se ludzie spalin nawdychali a drzewa się wycina, to można paść i czekać, aż ktoś wezwie pogotowie. I do tego samiuśkiego środka miasta musiałam pojechać, by nakarmić koty Młodej. Trza, to trza. Pot spod cycków leci, po tłustych kitach dopiero. Zaparkowałam w centrumie, czyli na tyłach kamienicy gdzie Młoda mieszka i już mnie prasnęło w łeb. Umpa, umpa na full leci z cudacznego ni to cyrku, ni to wesołego miasteczka za dupnym betonowym parkingiem.

Żeby jeszcze jakieś znośne te umpa, umpa. Ale gdzie tam! Techno w najczystszej postaci. Na całe centrum Rybnika napierdala muza, której nawet w zapadłej dziurze nikt by nie chciał słuchać za free. Nakarmiłam koty i otwieram balkon. Jeb mnie w czerep. Jak obuchem dostałam decybelami. Godzina 21.00. Rypie ile wlezie. Siedzę na tym balkonie, lelkam koty, i se myślę: ten, który wpadł na pomysł, by coś takiego z karuzelami, jakimiś ciulstwami i z tym rykiem wsadzić w sam środek miasta w trakcie Dni Rybnika, to musiał chyba zostać rażony piorunem. No pizło go, to pewne. Toż w mieście (czytaj: centrum) ludzie też żyją, mieszkają, chorują, mają maluśkie dzieci i na mur woleliby, gdyby takie „imprezy dla ubogich” odbywały się np. na stadionie. Rzymianie robili właśnie tam igrzyska. Wytrzymałam na tym balkonie 10 minut. Nawet koty wolały wejść do mieszkania. Zresztą w środku też dudniło. Jeszcze z Rynku dobiegała inna muzyka i wsio to skumulowane spowodowało, że agresja urosła do poziomu 8. Gdy wyszłam ponownie do auta, by wracać do domu, podskoczyła na 9. I potem zdziwko, że ludzie się mordują 😉 W samochodzie, aby schłodzić emocje, puściłam sobie „Winter melody” Donny, nomen omen, Summer i dawaj pod moją hałdę. Przy Hazynhajdzie już było 7. Wjechałam do garażu, spojrzałam na swój obrośnięty bluszczem dom i czułam, że już 6. Wlazłam do swego parnego poddaszowego mieszkania (spod cycków nadal strumyki potu), weszłam na balkon, posłuchałam goniących się jaskółek (już 5), spojrzałam na zarośnięty ogród (agresja 4), siadłam przy stoliczku i popatrzałam na ukryty za zielenią komin radlińskiej koksowni.

Ufff. Zaciurlikał inny ptaszek, po hałdzie przejechał pociąg. Po chwili wyładował wagony (poczułam, że agresja 3), zamiauczały moje koty i stwierdziłam, że już nie muszę nikogo mordować. Siadłam do laptopka. Cisza. Ptaszki ciurlikają, psy szczekają, na hałdzie zbieracze zbierają „wóngiel”, sąsiadka woła sąsiada na kolację, żaby rechoczą w oddali, ktoś gdzieś jakąś kurwą rzucił (jak jest cisza to słuchać interesujące rzeczy) no i nie ma TECHNO! Miziając Nowotkę, mogę opisać to, o czym od rana myślałam od rana.

A chcę opisać naszą straż pożarną i jej powiązania żydowskie. Jutro, na mojej grubie będzie piknik strażacki, organizowany wespół w zespół z Państwową Strażą Pożarną z Rybnika. Chyba nie ma człowieka, który by źle postrzegał strażaków. Do wielu zawodów można mieć „wąty”, ale nie do strażaków. Dlatego nie będę ich wychwalać, bo wiadomo, że nie trzeba. Sami się bronią swoimi postawami i działaniami. Podejmę wątek żydowski. Mam przed sobą najnowsze wydanie naszego muzeum – właśnie o straży pożarnej. (O! daleki sąsiad kichnął – na zdrowie!).

Otóż w moim mieście, które dziś jest zalane złym hałasem, powstanie straży pożarnej zainicjowały w 1875 r. 3 osoby:  dyrektor kopalniany Hoffmann, burmistrz Fuchs oraz fabrykant, kupiec i zarazem rajca – Abraham Prager.  Znamienita persona.

Pierwsza siedziba straży była przy ul.Klasztornej (za kościołem ewangelickim), następnie na tzw. świńskim targu (przy dzisiejszej ul.Chrobrego) powstała właściwa remiza. We wspomnianej przeze mnie książce Prager nie ma imienia, ale na pewno był to Abraham, bo do takich info dotarłam swego czasu w Archiwum w Raciborzu. W 1876 r. w działania straży byli już zaangażowani kolejni Żydzi: oberżysta Friedlander, kupiec Leuchter (w publikacji muzeum podano błędnie jego nazwisko), właściciel fabryki Ferdynand Haase, właściciel domu Schindler, posiadacz browaru Theodor Muller, właściciel gruntu Guttmann, kupiec Hahn, dwóch braci Altmannów – oberżysta i destylator, kupiec Isidor Priester (jego nazwisko historycy też przekręcili), Salomon Mandowsky, introligator Blumenthal oraz właściciel browaru Seidel. Jak więc widzicie było ich sporo. Leżało im na sercu dobro miasta.

Kiedyś też natknęłam się na ogłoszenie Magistratu (już z początku lat 20-tych XX w.), z którego wynika, iż dwaj żydowscy kupcy: Jonas  Aronade (sam Jonas wtedy nie żył, ale na pewno chodziło o firmę, która była w rękach jego syna) oraz Adolf Priester byli zobowiązani do stawienia koni do sikawek „w razie wybuchnięcia pożaru”.

Księżyc mi już tu mruga, że powinnam iść spać, bo jutro upalna strażacka szychta, ale muszę jeszcze wspomnieć o Eugenie Weissmannie, który w okresie międzywojennym zaopatrywał naszą straż we wszelkie artykuły. Jak wynika z jego reklamy miał przedstawicielstwo niemieckiej firmy „Minimax”, która jako pierwsza wprowadziła na rynek gaśnice pianowe.

Pożar swojego mózgu udało mi się ostatecznie ugasić. Poziom agresji zero, że tak zacytuję klasyków. Nad hałdą cisza, jedynie żabki kumkają i świerszcze cykają. Spokojnej nocy i do zobaczenia jutro na Hoymie, gdzie zaprezentują się strażacy.

Źródła: Śląska Biblioteka Cyfrowa, Zeszyty Rybnickie 27 „Ochotnicza Straż Pożarna Miasta Rybnik” (Muzeum w Rybniku), Michał Palica.