Lipiec 25

Złotów – Wielkopolskie Zdroje – okiem turystki

To nie będzie wpis sponsorowany, a autentyczny zachwyt Ślązaczki (z wielkopolskimi fragmentami DNA) nad jednym miastem.

Od lat Płoszaj, czyli mąż, jeździ raz do roku do Złotowa – małego miasta w północnej Wielkopolsce. Razem z całą zgrają Hanysów jeżdżą tam na turniej skatowy. Tak, tak, nie tylko na Śląsku się gra w tą dziwną grę, której do dziś nie skumałam. Płoszaj mnie zawsze namawiał, bym z nim pojechała do tego Złotowa, który nawet mało wrażliwego chłopa zachwycał. W końcu dałam się namówić. Plan był taki: on se będzie grać tymi szelami, dupkami i hercami, a ja mam mieć luzy i cmentarze żydowskie w okolicy. Zapomnianych cmentarzy zaliczyliśmy przez te kilka dni urlopu sporo, ale nie o nich chcę napisać. Dziś moim bohaterem będzie Złotów – kiedyś Flatow.

Miasteczko cudo. Miasteczko zachwyt. Miasteczko, które mnie urzekło, zachwyciło, oczarowało, olśniło, które mi zaimponowało, zaczarowało i do którego na pewno jeszcze muszę wrócić. Zdaję sobie sprawę, że jak wszędzie tak i w Złotowie są jakieś minusy i niedociągnięcia, ale ja – jako turystka ich nie dostrzegłam. Jestem pełna uznania dla władz miasta (obecnych i byłych) i dla złotowian. Wiem, że dobrem odziedziczonym jest przepiękne położenie miasta. Jeziora, lasy, daleko od trującego przemysłu – to wartości, które nie każda miejscowość w Polsce ma dane „ot tak sobie”. Tu przyroda i krajobraz tworzą klimat.

Ale wiecie, że jest wiele miejsc, które też mają cudowne otoczenie i co z tego, skoro nie potrafią tego wykorzystać. Złotów potrafi.
Od początku jednak 🙂 Upalną, czerwcową sobotę zaplanowałam na zwiedzanie i przetreptanie miasta. Zawiozłam Płoszaja na turniej, a sama, zaopatrzona w przygotowane zapiski ruszyłam w teren. Wiadomym było, że pierwsze miejsce to będzie cmentarz żydowski. Zaparkowałam pod Żydowską Górą, wypsikałam się antykleszczowo i weszłam między stare ogromniaste dęby. Widziałam setki cmentarzy żydowskich, więc swoje wiem na temat ich zachowania, utrzymania, zaniedbania, itd. Tu, w Złotowie, stosowna tablica informacyjna, proste lapidarium z macew i współczesna płyta pamiątkowa. Pogłaskałam macewy, bo tak trzeba. Kamyki zostawiłam. BRAWO WY za takie upamiętnienie!

Kolejne miejsce, które miałam na liście to dawna rezydencja myśliwska Działyńskich. Żadna tam ruina, a dość dobrze utrzymany obiekt, choć obecnie budynek mieszkalny. W pobliżu parki, piękne rondo, wszędzie kwiaty i zieleń. Ta zieleń i drzewa w Złotowie zachwycają. Mieszkam w mieście, które też jest zielone, ale w porównaniu ze Złotowem „ma na noc”.

Potem zrobiłam myk do centrum, poszukałam darmowego parkingu i ruszyłam „szłapcugiem” po tym „Wielkopolskim Zdroju”. Miasto nie jest duże, ale ma tyle interesujących punktów, że co rusz to stawałam, przysiadałam na ławeczkach, czytałam jakieś tablice, cykałam foty, więc dotarcie do ratusza trochę mi zajęło. Skoro po drodze był piękny budynek starostwa z pomnikiem Piasta Kołodzieja, parki z opisami historycznymi, rzeźbami, fontannami, kamieniczki, czy też pałacyki „cudeńka”, fantastycznie rozwiązane ścieżki rowerowe, to musiało to trwać. O upale nie wspominając.

Nie jestem rowerzystą, więc ścieżki dla dwukołowców generalnie mnie nie interesują. W moim mieście mi się nie podobają. Tu, zaczęłam je analizować i stwierdziłam, iż Złotów nie zabiera kierowcom przestrzeni, nie wycina drzew, które stoją na drodze rowerzystów, nie tworzy jakichś porąbanych kontrapasów pod prąd. Złotów potrafi pogodzić tych, którzy przemieszczają się na dwóch czy czterech kołach oraz na nogach. Jest droga, jest szeroki chodnik, na którym wydziela się pas dla cyklistów. A wsio to w cieniu ogromniastych lip, cisów i wszelakiej zieleni, jakiej moglibyście sobie zamarzyć w swoich miastach. BRAWO!

Dotarłam do ratusza stojącego przy rondzie z jeleniem – symbolem miasta. Jeleni w Złotowie od groma. Bardzo to piękne, że herbowy symbol jest tak często wykorzystywany w przestrzeni miejskiej. BRAWO! W moim mieście tego brakuje.
Można posłać smsa, by jeleń obrócił się dookoła swojej osi rycząc jak w trakcie godów. BRAWO!

Naprzeciw ratusza stoi Dom Polski, a przed nim rzeźba zasłużonego dla tego regionu księdza Bolesława Domańskiego – polskiego duchownego katolickiego, doktora filozofii i działacza Związku Polaków w Niemczech. Wszystko stosownie opisane. Cały Złotów jest opisany i otablicowany, by turysta nie musiał sięgać do netu, nie musiał nosić przewodnika, czy map. Miód, malina dla miłośników historii. BRAWO!

Pod ratuszem się zorientowałam, że muszę przyspieszyć, by zdążyć do muzeum przed jego zamknięciem. Szybko deptu, deptu, podziwiając co mijałam, dotarłam pod szachulcową kamieniczkę z XVIII w., wyglądającą jak z bajki. No ŁAŁ!!! Strużki potu mi leciały spod kapelusza przeciwsłonecznego. Weszłam do maleńkiego historycznego raju, przed którym elegancko zakręcała ścieżka dla rowerzystów, nie burząc spokoju kierowców.

Od wejścia uśmiechnięta pani. Zero nadąsania, bo sobotnim popołudniem przyszedł turysta. Książek tematycznych multum. Magnesy, pamiątki ceramiczne z elementami grafiki krajeńskiej, herbatki złotowskie o boskiej nazwie „Ryk jelenia”, które kupiłam dla przyjaciół z Hoyma, aniołki krajeńskie, kubki, figurki, breloczki, serwetki z haftem krajeńskim i cała masa innych gadżetów. Czułam się jak w sklepie z pamiątkami we WRO lub KRK, choć tam to większy kicz i tandeta.

Miałam jeden cel zakupowy: „Żydzi powiatu złotowskiego (1859-)1874-1945” Joachima Zdrenki. Kupiłabym tam jeszcze parę książek, ale uznałam, że herbatki, magnesy i ta bycza pozycja o lokalnych Żydach styknie. Poszłam zwiedzać to niby maluteńkie, ale jakże bogate i fenomenalnie zagospodarowane muzeum. Zbiory archeo całe obcykałam dla Młodej. Gdy ujrzałam zewnętrzny dziedziniec, to padłam z zachwytu. Maryjko złota, genialne wykorzystanie miejsca! A jak zobaczyłam lapidarium z nagrobków (w tym i żydowskich), to byłam w siódmym niebie. Judaików w sumie sporo wyłuskałam w zbiorach. Pokoiki ekspozycyjne maciupeńkie, ale właściwie wykorzystane. I wysikać się mogłam, i mineralki napić, i nikt za mną nie łaził patrząc, czy czego nie kradnę, jak to bywa w innych muzeach. Dowiedziałam się co mam zobaczyć, gdzie iść. BRAWO!!! Dziękuję za tą rewelacyjną lekcję historii. I serdecznie pozdrowienia dla pani, która wtedy miała dyżur. Po przejściu całego miasta zrozumiałam jej słowa, że tu znalazła swoje miejsce na Ziemi.

Z ciężką taszą (picie, Żydzi złotowscy, magnesy, parasol i inne ciężary, które kobiety zazwyczaj noszą) ruszyłam dalej. Kawalątek od muzeum jest Plac Paderewskiego. Niby rynek. Celem moim było zobaczenie upamiętnienia złotowskiej synagogi, wysadzonej i rozebranej jeszcze przez Nocą Kryształową. W miejscu, w którym stała znajduje się obrys jej murów, zaznaczony specjalną kostką brukową. Mniej więcej w miejscu, w którym było aron-ha kodesz umieszczono pamiątkową tablicę. BRAWO!

Na placu kolejna fotanienka. W jego pobliżu stary spichlerz, stary bruk (!), inne szachulcowe domki, tablice informacyjne. Rozpływałam się z zachwytu i upału niestety.

Kościoły to nie moja bajka, ale wstępuję czasami, by uspokoić myśli i duszę. Kościół farski piękny, choć zamknięty. Znowu wszędzie stosowne opisy. Podobało mi się to, że nie są one lakoniczne, a dość szczegółowe. Nie każdy turysta jest pobieżny.

Od wczesnobarkowego kościoła pw. Wniebowzięcia NMP ruszyłam w stronę Jeziora Złotowskiego, potem nazad do miasta, pod areszt (bo piękny), a potem długą ulicą Obrońców Warszawy w stronę cmentarzy. Nawet sobie wypatrzyłam dom, w którym bym mogła zamieszkać, gdyby nie bezgraniczna miłość do Śląska i mojej hałdy.

Kompleks cmentarzy był w pobliżu miejsca, w którym fani skata starali się „rajcować”, czyli licytować właściwie. Wiedziałam, no czułam, że tam zabawię ze 3 godziny. W sumie cmentarz katolicki to chciałam odhaczyć z obowiązku, bo ważniejszy wydawał mi się wojenny, czyli ten z 1945 r. Zdarzają się jednak w życiu cmentarnika niespodzianki, które powodują, że chodzi się od grobu do grobu i pieje z zachwytu. Piałam se tak w duchu i na katolickim, i na wojennym i na ewangelickim. Ludzie! Można pielęgnować dziedzictwo polskie nie zapominając o niemieckim.

Dreptałam zauroczona od nagrobka do nagrobka. Napisy polskie z XIX w., napisy niemieckie z XIX i XX w., nic nie przekopane bo 20 lat minęło i nikt się grobem nie opiekuje. BRAWO, BRAWO, BRAWO!!! Gdy zobaczyłam karteczkę o nie zaśmiecaniu, a w miarę możliwości odchwaszczaniu starych grobów, to zaraz posłałam zdjęcie Młodej. Kurde flak, gdyby tak wszędzie się dało zachować stare groby! W Złotowie się da. Nikt nie niszczy porcelanki żołnierza Grenzschutzu. To historia tej ziemi. Nie widziałam na Śląsku takiej tabliczki. Nie będę wam teraz wykładać historii Krajny, czyli okolic tych ziem, bo od tego macie internety. Napiszę tylko, że Złotów był na pograniczu (po I rozbiorze – pruski, potem niemiecki, od 1945 znowu polski, choć przed wojną granica była wręcz za miedzą). Wszystkie pogranicza są ciekawe, bo są wielokulturowe. To zachowanie pamięci o niemieckości tych ziem jest niesamowite. Widziałam to na tablicach informacyjnych, na których co rusz czytałam o tym co się działo w czasach, gdy urzędowy był język niemiecki. Nie możemy pitolić, że wsio co teraz polskie było przez stulecia piastowskie.

Nad tym grobem trójki dzieci długo stałam, zastanawiając się jaka tragedia się wydarzyła 21 sierpnia 1970 r.

Z katolickiego cmentarza przy kościele św. Rocha poszłam na nekropolię wojenną, na której pochowano poległych w 1945 żołnierzy. Naszych i ruskich. Słońce waliło mi w dekiel, ale przeszłam każdego. Jakoś tak czułam, że muszę oddać hołd tym dzieciom, które zginęły w okolicach Złotowa. Tym bezimiennym i tym o znanym nazwisku. Tym spod Czerwonej Gwiazdy i tym, co mieli na czapkach orzełka bez korony. Tym, którzy byli wierzący i tym, co Boga mieli w dupie. Tym, których ktoś ochrzcił i tym, którzy zostali obrzezani (również wyznawcom islamu). A przede wszystkim tym, którzy walczyli z nazizmem i których dosięgła kula z dala od domu i rodziny, gdzieś na nieznanej dla nich ziemi. Jak ich wszystkich sfotografowałam, to wróciłam, choć padałam z hycu, do Żydów. Im zostawiłam kamyczki. No i znowu BRAWO dla władz, które dbają o to miejsce i dla złotowian, że szanują. Szacun!

Od wojennego poszłam pod lapidarium ewangelickie. Pięknie! „Ku czci naszym przodkom”.

Padając na pysk, a mineralki mi się już skończyły, wróciłam jeszcze na cmentarz katolicki. Czekałam już na sygnał Płoszaja, że skończył turniej. Godzinę dreptałam między grobami, zapominając, że należę do osób, na które wlezie każdy kleszcz. Co tam borelioza, jak już się ją ma. Najwyżej mnie jakiś dziabnie po raz n-ty. Byłam w siódmym niebie.

Jak już kompletnie wsio obeszłam do wlazłam do auta, które wiele godzin przedtem zaparkowałam w pobliżu i zaczęłam sobie czytać kupioną książkę o miejscowych Żydach. Gdy przylazł zaskacony po kokardy Płoszaj, powiedziałam mu tylko tyle: Miałeś rację. To miasto jest cudowne. Obiad zjedliśmy w uroczej restauracji „Promenada”. Wróciliśmy do Kujanek, zatrzymując się po drodze przy pomniku poległych w styczniu 1945 r.

To nie koniec. Następnego dnia Płoszaj miał znowu turniej. Zawiozłam i wróciłam do letniskowego domku, by w cudownych okolicznościach przyrody nabrać sił przed złotowskim niedzielnym popołudniem.

Obiecałam mężowi, że resztę miasta zwiedzimy wspólnie po jego turnieju. Mała przekąska znowu na promenadzie i kolejne zachwyty. Jeleń, zegar słoneczny, niesamowite obramowania ścieżek (kocham tego, kto wymyślił, by tak pięknie pomalować kamyki), ptactwo (choć nie przepadam na dziobatymi) no i skansen „Zagroda Krajeńska”. Od razu capnął nas pan pasjonat. Trzy godziny słuchałam o chacie krajeńskiej, cepach, narzędziach, kronice gości, wieszakach (i żydowskich), bryczkach, historii Złotowa i wszystkim o co zapytałam. BRAWO! Tacy ludzie tworzą klimat takich miejsc.

Potem se z Płoszajem podreptaliśmy w kierunku Starego Miasta, zachwycając się po drodze kolejnymi tablicami informacyjnymi (ta przedstawiająca zamek – genialna), ławeczkami dla kobiet karmiących, płotami zasłaniającymi kubły na śmieci i tą niesamowitą ilością dupnych drzew. Nie jakimiś pitkami sadzonymi w zamian za wycięty starodrzew, a autentycznymi byczymi konarami. Zero „tujozy” i „kostkozy” w tym mieście. BRAWO! Wszędzie liściaste i trawa.

Płoszaj był lekko padnięty, ale nie miał wyjścia. Zaciągnęłam go jeszcze na kirkut w Debrznie, gdzie go komary zjadły, bo się nie wypsikał. Ja, po powrocie do Kujanek zasiadłam do lektury 🙂

I teraz podsumowanie. Złotów „Wielkopolskie Zdroje”, onegdaj Flatow, to małe, osiemnastotysięczne miasto, ale z potencjałem turystycznym równym najważniejszym miastom w Polsce. Turysta, który lubi historię i przyrodę czuje się tu jak w niebie. Tu się dba o każde dziedzictwo. Jest tu jakaś magia, jakiś niesamowity czar, którego nie da się oddać ani przy pomocy słów, ani zdjęć. Tu trzeba przyjechać. BRAWO dla złotowian od Hanyski spod chwałowickiej hałdy. Chapeau bas! Może kiedyś tam do Was jeszcze wrócę.

Lipiec 14

Piękni i młodzi – Eleonore Priester

W marcu tego roku zaczęłam opisywać przyjaciół ze zdjęcia „Piękni i młodzi” http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Napisałam wówczas, że znam losy dziewięciu z dwunastu nastolatków. Jedna z podpisanych dziewczyn wówczas była mi nieznana. Wydawało mi się, że nie mam jej w swoich zasobach. A tu zonk. Jak się człowiek przyłoży i dokładnie przypatrzy i właściwie pokombinuje, to znajdzie prawie wszystko. Okazało się, że potrafię odtworzyć historie dziesięciu osób. Doszła mi bowiem Lore Priester, czyli trzecia od lewej na fotografii przesłanej mi jesienią przez Miriam Glucksmann. Opisałam już dwie dziewczyny, Lora będzie trzecią, której historię chcę Wam opowiedzieć.

Nie potrafiłam jej początkowo zidentyfikować, gdyż poszłam po najmniejszej linii oporu i wśród rybnickich Priesterów szukałam kogoś o imieniu Lore lub Lora. A ona przy swoich narodzinach otrzymała imię Eleonore. Dla przyjaciół była Lore. Takie proste, a ja tego nie potrafiłam wykombinować od razu. Urodziła się ósmego lutego 1906 r. w Rybniku, czyli była równolatką Ilse Silbiger, Ilse Glücksmann (obie na zdjęciu z wszystkimi nastolatkami), a także mojego Rudolfa Haase.

Jej rodzicami byli, urodzony w Rybniku, Louis Priester oraz tyszanka Bertha z domu Rosenbaum. Z aktu urodzenia wynika, że rodzina mieszkała przy Breitestrasse, czyli dzisiejszej Sobieskiego, a tata jak większość naszych żydowskich mieszkańców był kupcem. Była drugą córką Louisa i Berthy – miała o kilka lat starszą siostrę Edith. Dwa lata po Lorze państwu Priesterom urodził się jeszcze syn Georg.

Mieszkali sobie wszyscy w Rybniku do czasu, aż nasze miasto stało się polskie. Nie miałam z nimi łatwo, to muszę przyznać z ręką na sercu. Prawie niczego nie ma w sieci na temat Louisa, a to od niego musiałam zacząć. Ekwilibrystyka sieciowa jaką uprawiałam do niczego mnie nie doprowadzała. Ogłupił mnie Oberschleschische Wanderer z 1943 r., w którym znalazłam informację o wykreśleniu firmy Louisa z rejestru firm w Rybniku przez nazistów.

Przez moment myślałam, że Priesterowie mieszkali w naszym mieście do 1939 r. Odrzuciłam ten trop, bo nie było Louisa w wykazach podatkowych. Gdyby zostali u nas po 1922 r. to na pewno znalazłby się w zarządzie gminy. Ten kierunek poszukiwań odpadał więc. Wreszcie „Amtliches Industrie- und Handels-Adressbuch der Provinz Niederschlesien 1925 umfassend die Bezirke der Industrie- u. Handelskammern Breslau, Görlitz, Hirschberg, Liegnitz, Sagan und Schweidnitz“, czyli Adressbuch dla miast Dolnego Śląska, pokazał gdzie mam szukać. Znalazłam Louisa w mieście Breslau. 

Czy był on faktycznie właścicielem fabryki margaryny to nie wiem, ale wiem, że jak zaczęłam szukać we Wrocławiu, to ich w końcu znalazłam na Centralnej Biblio Judaistycznej. W 1930 roku cała rodzina mieszkała przy Hohenzollernstrasse 20 (obecnie to ulica Sudecka). Żadna z dziewcząt nie była mężatką, za to Georg sobie zmienił imię na Harry.

Potwierdziło mi się to jeszcze przy klepsydrze informującej o śmierci Pauli Priester z Rybnika, która była ciocią Louisa.

Było wielkie miasto, byli i moi Priesterowie. Teraz musiałam ustalić co się z nimi stało. Priorytetem była Eleonora. Niby łatwe, a jednak okazało się to trudne. Niestety żadne drzewo genealogiczne tych Priesterów nie miało. Nikt nigdy się nimi nie zajął. Choć muszę Wam powiedzieć, że Priesterów w sieci jest w ciul, ale po tych ani tyci ślad. W końcu znalazłam Louisa, Berthę i Edith na jednej z list emigracyjnych. W zasadzie były to listy, na których umieszczano tych, których Rzesza pozbawiała obywatelstwa. A pozbawiała, gdy dostawali one way ticket, bo z niej wyjeżdżali.

Na liście tej Louis i Bertha mają dodane żydowskie imiona, czyli musiało to być w okolicach 1938 lub 1939 r. Była Edyta, a Eleonora jak duch się mi chowała i jakby w ogóle nie istniała. Jej brat Georg vel Harry nagle ukazał mi się z nienacka w jakiejś książce w Google Books. Palastina!!! Z Ehefrau, czyli z żoną!

O Harrym wspominał też w swoim „Dzienniku z Breslau 1933-1941”, wybitny żydowski historyk niemiecki Willy Cohn. Harry był onegdaj jego uczniem. U Cohna znalazłam informację, że żona Harrego Priestera, brata mojej Lory, pochodziła z Aachen. I tylko tyle, albo aż tyle. Prawie na 100% byłam pewna, że rodzice, Edith i Georg vel Harry z żoną zdołali wyjechać z III Rzeszy. A Lore, czyli Eleonora jak kamień w wodę. Ani krztyny wskazówki, ani skrawka informacji. Co się robi w takich momentach? Ano pisze się do mistrza 🙂 Fejs w ruch i dawaj z prośbą do Sławka Pastuszki. On ma takie dojścia, o których się najlepszym genealogom nie śniło. Nawet trzy minuty nie minęły, jak miałam wszystkie niezbędne informacje. Aż się rozdygotałam z radości. Dostałam wszystkich na tacy. A przede wszystkim miałam Lorę. Tą śliczną uśmiechniętą i radosną dziewczynę z pięknym naszyjnikiem na ciemnej sukience, którą uchwycił fotograf w Rybniku prawdopodobnie w 1921 r.

Eleonora też zdołała wyjechać. Ona, jej siostra Edith i rodzice znaleźli kraj, który ich przygarnął. Tym krajem był Urugwaj. Na pewno lekko im tam na początku nie było, tym bardziej, że dość szybko starsi państwo Priester zmarli. Louis w 1941, a Bertha w 1943 roku. Oboje zostali pochowani na cmentarzu żydowskim w Montevideo. Moja Eleonora wyszła za mąż i nosiła nazwisko Zamury. Może mieszkała w Reus al Norte, gdzie mieszkało wielu Żydów?

Popatrzcie jaka piękna była w dojrzałym wieku! Sławek te foty mi wysznupał. To wnioski o wizę brazylijską. Jednoznacznie z nich widać, że to moja Lore, że była mężatką i że miała obywatelstwo niemieckie. Przynajmniej tak przyjmowało to południowoamerykańskie państwo. Lore zmarła 18 lipca 1981 r. w wieku 75 lat. Pochowana została na cmentarzu Cementerio Israelita de La Paz w Montevideo. Jej siostra Edith zmarła 6 marca 1991 r., czyli dożyła 89 lat. Tak więc, gdzieś tam daleko, na drugiej półkuli, na urugwajskim cmentarzu leży czworo rybniczan.

Nigdy nie będzie mi dane położyć na ich grobach kamyczki, więc choć w ten sposób ich upamiętniam. Losów brata nie udało mi się odtworzyć. Ale wiem, że wyjechał do Palestyny, więc też czeka w spokoju na przyjście Mesjasza na którymś z izraelskich cmentarzy.
Może kiedyś uda mi się znaleźć potomków Lory, bowiem z rana napisałam list do gminy żydowskiej w Montevideo. Pieron wie… może odpowiedzą. No i Młoda, która obecnie jest w Berlinie na konfie Centropy nawiązała jakiś kontakt urugwajski. Tak więc jest szansa, co prawda mała, ale trza mieć nadzieję.
Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować Sławkowi, bo bez niego bym była w głębokiej dupie. Sławek, jesteś the best!

Kolejny do opisania ze zdjęcia będzie Otto Apt, więc czekajcie na otwarcie następnej szufladki. A opisane już zostały Ilse Silbiger oraz Herta Tulla Priester.

Lipiec 10

Ernestyna Aronade z Rybnika, opiekunka katowickich Rappaportów

Jak myślicie ile można „wyciągnąć” z jednego aktu zgonu? Imię, nazwisko, rodziców, daty, adres, przyczynę zgonu. Niby tyle. A jednak, jak się człowiek zaweźmie, to może sobie całą historię, jak zwykle częściowo zmyśloną, ułożyć.
Tak będzie i w przypadku Ester, czy też Ernestine Aronade. Kilka dni temu, mój kolega z Muzeum w Zabrzu posłał mi akt zgonu pewnej rybniczanki. Akt sporządzony w Katowicach, bowiem tam Ernestyna zmarła w styczniu 1919 r.

Zaraz mi się przypomniało, że widziałam jej grób na katowickim cmentarzu żydowskim, gdyż na ogół zwracam uwagę na rybnickie nazwiska na obcych cmentarzach. Na jej nagrobku widnieje, oprócz zwyczajowych informacji, dopisek: „Z podziękowaniami za 31 lat pracy w domu Rappapartów”.

Zapewne kojarzycie taki stary, ale nadal niezwykle jary szmonces w wykonaniu dwóch niesamowitych aktorów: „Kuba? Kto mówi? Ale czy Kuba? Ale KTO mówi? Jeżeli nie Kuba, moje nazwisko panu nic nie powie… Kuba? Jaki Kuba? Goldberg… A jeżeli Kuba, to kto mówi? Rappaport! BENIEK??? TAK!!!”.
No i chociażby z uwagi na to nazwisko, tak znane z dialogu Dziewońskiego i Michnikowskiego, musiałam się przyjrzeć Ernestynie, o hebrajskim imieniu Ester.
Urodziła się w październiku 1853 r. w Rybniku z ojca Izaaka (Israela) Aronade i matki Amelie z domu Schreyer. Miała co najmniej 4 siostry i jednego brata. Wydaje mi się, że była najmłodsza z całego rodzeństwa. Biorąc pod uwagę, że zmarła w wieku 66 lat, a 31 lat pracowała u Rappaportów, to pracę u nich zaczęła jako dojrzała już kobieta. Nie wiem z jakich powodów nie wyszła za mąż. Może jakaś szpetna była, a może nieśmiała, może nie trafił się żaden kawaler właściwy dla niej, może za mocno grymasiła, a może po prostu tak jej się życie ułożyło, że z małego Rybnika trafiła do domu handlarza win w dynamicznie rozwijającym się mieście Kattowitz.

Szukając wszelakich wiadomości o rodzinie Rappaportów z KATO udało mi się znaleźć wiele ciekawostek. Na tyle, na ile wsio skumałam i poskładałam w głowie, to Dawid Rappaport wraz z żoną Bronisławą mieli 3 synów. Nie mam co prawa aktów urodzeń tych chłopaków, ale wnioskuję po wpisie w książce telefonicznej, iż najstarszy był Paul, potem Siegmund, a na końcu Richard. Ta reklama jest z 1914 r., gdy Dawid i jego żona Bronisława już nie żyli. Synowie kontynuowali handel winem założony przez ich ojca w 1873 r. zostawiając, jak to wtedy było w zwyczaju, dawną nazwę firmy.

Zanim jednak odeszli z tego świata, Dawid handlował winami i mieszkał z rodziną przy ulicy Pocztowej. Na starych pocztówkach widać reklamę Rappaporta. Wówczas był to adres Poststrasse 11. Dziś tej kamienicy już nie ma.

Francuska Biblioteka Narodowa posiada swoich zasobach zdjęcie owego budynku, obok którego był francuski posterunek w czasie plebiscytu w 1921 r. Jak widać na fotografii geszeft Rappaportów wówczas jeszcze istniał. No, ale w 1921 roku moja bohaterka już leżała na cmentarzu przy ul.Kozielskiej.

Wracam do niej i do powodów, dla których chyba znalazła się w Katowicach. Otóż, najmłodszy syn Dawida Rappaporta – Richard, urodził się 24 kwietnia 1887 r. Niedługo po jego narodzinach, 29 maja zmarła mama Bronisława, o hebrajskim imieniu Szprynca. Nagrobek Bronisławy przetrwał do naszych czasów.

Zakładając, że Dawid został sam z co najmniej trójką chłopaków, to nagle musiał zatrudnić nianię do dzieci. Przyjmując za pewnik owe 31 lat pracy w domu Rappaportów, co podaje inskrypcja na grobie Ernestyny Aronade, to została ona zatrudniona przez handlarza win w 1887 r. – chyba zaraz po śmierci mamy trzech Rappaportków. Oczywiście to moje dywagacje, ale myślę, że nie są one bezpodstawne. Została gosposią, a potem na pewno już gospodynią domu, czyli po niemiecku Wirtschafterin. Służyła Rappaportom przez wiele lat. W międzyczasie wdowiec Dawid ożenił się po raz drugi. Jego wybranką została Paula. Niestety Dawid zmarł dość szybko, w wieku 45 lat (w 1898 r.), druga żona zaś dożyła osiemdziesiątki i odeszła z tego świata w 1939 r. w Katowicach. Oboje leżą na miejscowym cmentarzu żydowskim we wspólnym grobie. Z dat nie wynika, czy Paula widziała wchodzące do Katowic wojska Wehrmachtu.

Nasz rybniczanka zamieszkała przy ulicy Pocztowej 11, w kamienicy stojącej obok głównego budynku poczty (jeszcze wówczas o zupełnie innym wyglądzie niż obecnie). W 1910 r. widnieje jako mieszkanka Katowic w adresowniku dla tego miasta. Przy Pocztowej 11 mieszkają również spadkobiercy Rappaportów, czyli syn Paul (Weinhandlung) i Siegmund (Weinhändler) i sporo innych osób. Co intrygujące, macocha dla synów Dawida, czyli Paula mieszkała przy dzisiejszej Stawowej. Właściwą panią domu u Rappaportów była Ernestine Aronade.

Wtedy już na pewno nie musiała się zajmować chłopakami, bo byli dojrzałymi mężczyznami. Prowadziła po prostu dom Rappaportów. W wykazie nie jest podany najmłodszy Richard, po urodzeniu którego w 1887 r., Ernestyna pojawiła się w Katowicach. I tak sobie imaginuję, że to jego kochała najbardziej. Wychowywała go od niemowlaka. Jako panna, chyba swoich dzieci nie miała i być może dla niego była nie tylko gosposią a mamą. Richard też został kupcem, co wynika z aktu zgonu Ernestyny. To bowiem on zgłosił jej śmierć we właściwym urzędzie. Mieszkał już wówczas we Wrocławiu. Znamienne jest dla mnie właśnie to, że to on informował o jej śmierci. W końcu brat był tu na miejscu, a jednak on przyjechał z odległego Breslau. Chyba ją kochał. Co tam chyba! Na pewno ją kochał! To ona go wychowała. Była tą pierwszą, którą trzymał za rączkę, gdy stawiał pierwsze nieporadne kroczki. Jej opowiadał o swoich pierwszych sukcesach w szkole i to ona była dumna, gdy założył interes we Wrocławiu. Hmm, czy podobała jej się wybranka Richarda? Może przeczuwała, że nic dobrego ze ślubu z Dorotą nie będzie. Fantazja mnie ponosi, czujecie to? No cóż. Już piszę dlaczego. Jeden z braci Rappaportów – Paul, oprócz handlowania winem zajmował się sprawami wyższymi, czyli muzyką. Coś mi się przesmrodziło przed oczami, iż był też skrzypkiem. A także krytykiem muzycznym. Znalazłam na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej jego artykuły dla Oberschlesische Wanderer.

Jeden z nich, napisany w 1919 r., opisuje koncert żydowskiego pianisty, pochodzącego z Rumunii – M.Wittelsa. Artykuł niestety napisany jest gotykiem, więc psińco z niego rozumiem. Szukając informacji o Richardzie, wychowywanym przez naszą rybniczankę, na stronach genealogicznych znalazłam informację, iż Rysiek ożenił się z Dorotheą w 1918 r., czyli rok przed śmiercią Ernestyny – swojej niańki i opiekunki. A w 1923 r. już się z Dorotą rozwiódł. Wwierciłam się w Dorotę i wyobraźcie sobie, iż ona, zaraz następnego roku, w Berlinie wyszła za mąż za pianistę M.Wittelsa, o którym artykuł 5 lat wcześniej pisał jej szwagier Paul Rappaport. No i co? Mogła niania Ernestyna wyczuwać pismo nosem? Mogła. Richard był jej ukochanym Rappaportkiem, więc jak każda matka (co prawda niby tylko opiekunka, ale na pewno prawie jak mama) miała przeczucia. Zaś trochę bajdurzę, ale jakoś muszę ubarwić opowieść o gospodyni z Rybnika. Richard też ją kochał, jak i starsi bracia. Jeśli byłoby inaczej, to na jej nagrobku by nie wyryto wspomnianych powyżej podziękowań. Ernestyna zmarła na zawał w kamienicy przy Pocztowej 11 i źli ludzie nie znieważyli jej grobu ani w czasie wojny, ani w czasach nam współczesnych.

Co się z stało z braćmi? Siegmund, handlarz winem, nie zdążył się ożenić. Służył jako kanonier w 4. baterii 1 Brandenburskiego Pułku Artylerii Polowej nr 3 w czasie I wojny. W wieku 31 lat poległ 24 maja 1916 r. w walkach w lesie Hassoule, czyli w trakcie najdłuższej bitwy Wielkiej Wojny, jaką była dla niemieckiego Żyda Schlacht um Verdun. Ernestyna na pewno bardzo cierpiała po jego śmierci. Była częścią rodziny Rappaportów.

Losy skrzypka Paula nie są mi znane. Nigdzie nie znalazłam żadnych jego śladów po 1921 r.
Za to najmłodszy Richard uratował się. Przed wojną mieszkał nadal we Wrocławiu przy Tauentzienstrasse nr 27 (współcześnie ul. Kościuszki). Według dokumentu z Centralnej Biblioteki Judaistycznej z 1933 r., nie mieszała z nim żadna pani Rappaport. Potem jakoś opuścił Niemcy (jak?) i zmarł w wieku 83 lat (w 1970 r.) w Nowym Jorku. Raczej wątpię, by po wojnie odwiedził Katowice i groby rodziców oraz piastunki Ernestyny Aronade, córki rybnickiego kupca, która rodzinie Rappaportów oddała całe swoje serce. Czy miał potomków? Oto jest pytanie 😉

Źródła: Wirtualny Sztetl, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Foto Polska, CBJ, zdjęcia z cmentarza żydowskiego w Katowicach: Fundacja Dokumentacji Cmentarzy Żydowskich, Archiwum Państwowe w Katowicach (akt zgonu E.Aronade – dzięki uprzejmości Piotra Hnatyszyna).