Sierpień 9

Marcus Pick – rybnicki kuśnierz

W planach mam historię Iwana Lilienfelda, izraelskiego dziennikarza, urodzonego w Rybniku w 1910 r. I to on miał być moim kolejnym bohaterem. Jednak gdy sobie „googlowo” przetłumaczyłam fragment wywiadu, którego udzielił jako bardzo dojrzały człowiek, rzuciła mi się w oczy przede wszystkim jedna istotna informacja. Przez pierwszych 10 lat życia – tych spędzonych w Rybniku, Iwan był wychowywany przez dziadków. Nie, nie, Iwan, to nie był żaden rosyjski Żyd w Rybniku. To był Niemiec z czystych Niemców, choć Iwan. Ciekawe kto mu to imię wymyślił?

I tenże Iwan dorastał w domu dziadków ze strony mamy. Na razie nie będę się wgłębiać w okoliczności, które spowodowały, że chłopczyk nie był z rodzicami. Skoncentruję się na tych, którzy go kształtowali i formowali jako Żyda, rybniczanina, Niemca. Tymi dziadkami byli Markus Pick i jego żona Antonie z domu Königsberger. Gdy myślę Markus Pick, to zaraz widzę cylinder, którego kiedyś nie kupiłam na jednym z serwisów. Do dziś sobie pluję w brodę, że nie wydałam tych iluś złotych, by mieć w domu to cudo, zrobione przez kapelusznika i kuśnierza z Rynku.

Dziadek Markus pochodził z Peiskretscham, czyli Pyskowic, gdzie urodził się około 1840 r. Jego rodzice nie są wymienieni przy ślubie z rybniczanką Antonie Königsberger. Na pewno Markus przed ślubem, do którego doszło w listopadzie 1867 r., był już mieszkańcem naszego miasta. Wpis w księdze małżeństw podaje, że był kuśnierzem, a jego wybranka córką kamieniarza.

Prawdopodobnie Antonie była wnuczką przechrzty Abrahama Königsbergera, który na początku XIX w. wyjechał za pracą z dawnego Królewca, dojechał na Śląsk, zakochał się w żydowskiej karczmarce spod Lędzin, dla niej zmienił religię i z nią zamieszkał w Rybniku. ➡ http://szufladamalgosi.pl/historia-jednej-zydowskiej-karczmarki/

Antonia z Markusem (w księgach występował też jako Max) pierwsze dziecko na świecie powitali 15 maja 1868 r. I już zagwozdka. No bo, albo Rosalie była fest wczesną sześciomiesięczną wcześniaczką, albo do czegoś doszło w niewłaściwym, czyli przedślubnym czasie 😉 Za dwa lata, w Prima Aprilis, urodził się Salo Pick. I to był bodajże jedyny syn tej pary. W następnych latach nastąpił wysyp córek. Doliczyłam się jeszcze czterech, z których najmłodsza Ida, urodziła się 16 lat po ślubie Antonii i Markusa, czyli w 1883 r.

Pyskowiczanin, kuśnierz Markus Pick po jakimś czasie czuł się już rybniczaninem pełną gębą. Na 10 lat przed końcem XIX wieku, na pewno handlował w ratuszu. Zimy wtedy był cięższe niż teraz, więc mufki się dobrze sprzedawały.

Mając na głowie tyle dziewczyn, to pewne, że Markus zapierdzielał jak mały motorek. Każdej trzeba było zapewnić posag. W duchu marzył, że jedyny syn przejmie po nim sklep w Rynku, a tu Salo wywinął numer. W końcu nie na darmo urodził się w święto żartów, które już wówczas znano. Salo uznał, że mały Rybnik za ciasny dla niego i wyfrunął w wielki świat. Na tamte czasy w ten największy świat, bowiem przez Halle do Berlina. W stolicy ówczesnego cesarstwa wziął w 1902 roku ślub z Elfrydą i został berlińczykiem, olewając tym samym sklepik taty. Rodzice zaplanowali daleką podróż z Rybnika do stolicy i Markus Pick złożył swój podpis jako świadek na ślubie syna.

W zasadzie nie powinnam się zajmować tym synem marnotrawnym, bo mam pisać o jego rodzicach, ale on taki ciekawy 😉 Pierwsza żona urodziła dwoje dzieci, czyli wnuków Markusa i po jakimś czasie umarła. Żartowniś Salo Pick szybko ożenił się po raz drugi z wdową Else. Nawet roku z nią nie wytrzymał i się rozwiódł. Obrażona Else wróciła do nazwiska z pierwszego małżeństwa. Działo się to na początku lat dwudziestych i na pewno mocno wkurzyło ojca Markusa i mamę Antonię. Mieli już wtedy swoje lata i raczej zapomnieli, że sami zbyt pobożni w młodości nie byli.  Przypominam o ich fest wczesnej wcześniaczce, która przychodząc na świat niby w 6. miesiącu ciąży (w 1868 r.!) przeżyła przy ówczesnym stanie medycyny 😉 Antonia i Markus mieli trochę problemów wówczas na głowie, ale o tym potem. Dokończyć muszę primaaprilisowego Salo Picka. Salo jak szybko uznał, że jego druga żona Else jest beee, to tak szybko stwierdził, że trzecia małżonka, w dodatku kolejna Else, jest łał.  Chyba przechodził kryzys wieku po pięćdziesiątych urodzinach. Tym razem żona była z pochodzenia Ślązaczką, urodzoną w Hugo Kolonie – dziś to Siemianowice. Dwa lata temu miałam okazję zwiedzić ten zakątek Śląska z moją amerykańską znajomą, której przodkowie tam mieszkali. Hmmm… dziś to szemrany zakątek, choć urokliwy dla takich idiotów jak ja. Trzy lata po trzecim ślubie zmarł syn z pierwszego małżeństwa Salo. Z siemianowicką Else doczekał czasów, gdy brunatna masa zalała jego państwo. Zmarł w Berlinie w 1940 r. Sądzę, że ostatnią synową Markusa Picka wywieziono do któregoś z miejsc straceń, jakoż i wnuczkę z pierwszego małżeństwa Salo.

No właśnie… czas, by powrócić do Rybnika, choć dziś to on rote Zone (piszę to w dniach przywrócenia obostrzeń covidowych dla wybranych powiatów – w tym Rybnika). Zostawiamy Berlin daleko i przenosimy się na Śląsk, na rybnicki Rynek, gdzie Pick prowadził znany sklep z wytworną odzieżą.

Markus i Antonie oprócz problemów z jedynym synem, mieli furę kłopotów z pięcioma córkami. Córki, czyli wcześniaczka Rosalie oraz kilka lat starsza Clara wyszły za mąż i wyprowadziły się do Breslau. Obie niestety zostały zamordowane w czasie II wojny. Rosalie trafiła najpierw do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt, skąd 29 września 1942 wywieziono ją do tzw. małej stacji Treblinka. Charlotte, urodzona w 1875 r., też ostatecznie osiadła w Breslau i tam zakończyła życie w lutym 1941 r. Nie wiem jakie były losy Pauli, ale nie mam zbytnio złudzeń.

Zostaje do opisania Ida. I ona na pewno oczkiem w głowie Antonii i Markusa. Była najmłodsza, więc tatuś dla niej robił futerka, mufki na rączki, kapelusiki, czapeczki. Choć nie wiem jak wyglądała, to wiem, że śliczna była. Taka kochana, wycackana, rozpieszczana. Niestety, rodzice puszczali najmłodszą do Berlina – do brata. No, a jak taka dziołcha z prowincji przyjedzie do stolicy, to co zrobi? Zakocha się 😉 I nie mam na myśli blichtru wielkiego miasta, a mężczyznę. Poznała 6 lat starszego od siebie Ludwiga Lilienfelda i zaiskrzyło. I ona, jak brat Salo, wzięła oficjalny ślub w Berlinie.  Świadkowali bracia nowożeńców.

Rodzice aż drżeli, że tam zostanie na stałe. Kto wie, może perspektywą przekazania w przyszłości rybnickiego geszeftu, Markus Pick zwabił zięcia do Rybnika? Tym bardziej, że wszystkie dzieci uciekały z naszego miasta. Komuś trzeba było przekazać w przyszłości sklep futrzarski i kapeluszniczy. Ida i Ludwig Lilienfeldowie przyjechali do Rybnika. Za rok po ślubie, 3 czerwca 1910 roku, po bardzo trudnym porodzie, przyszedł na świat w Rybniku przy ulicy Kościelnej wnuk dziadków Picków, czyli syn ich ubóstwianej córki Idy.

Dziadek Markus miał 70 lat, babcia Antonie była ciut młodsza. Inne wnuki były daleko w Berlinie, czy Breslau, a ten miał być taki ichni. Taki tu na miejscu. Taki delfin. Był piątek, zbliżał się szabat. Wielka radość pomieszana z niesamowitym strachem i rozpaczą. Poród był bardzo ciężki. Ida wyczerpana, mocno krwawiła. Może ona przy ostatnim tchnieniu zadecydowała, że synek ma mieć na imię Iwan Martin? Co myślała jej mama Antonie, gdy zapalała świece szabatowe? Czy Antonia sobie przysięgła, że to ona zastąpi Iwanowi mamę widząc coraz płytszy oddech córki? Ida odeszła w noc szabatową już po północy 4 czerwca. Miała 26 lat. Rankiem, zięć Markusa, świeży tata i wdowiec Ludwig Lilienfeld udał się do Standesamtu, by zgłosić narodziny syna i zgon żony. Ida spoczęła na cmentarzu żydowskim w Rybniku, który jak pamiętacie zniszczyli Niemcy wiosną 1940 r. Bystrzy rybniczanie dostrzegą na powyższym akcie podpis późniejszego naszego burmistrza Webera.

Ze wspomnień urodzonego wówczas Iwana wynika jasno, że wychowywali go dziadkowie ze strony mamy. Pierwsze 10 lat życia mieszkał z nimi. Sądzę, że sklep na Rynku prowadził przez jakiś czas zięć Ludwig, tatuś chłopca – oczywiście pod szyldem teścia Markusa Picka.

Potem przyszła Wielka Wojna i zapewne Ludwiga zaciągnięto do armii. Iwan dorastał pod okiem babci Antonie, a stary Markus znowu zasiadł do szycia futrzanych kołnierzy. W wywiadzie, którego Iwan udzielił pod koniec XX w. opowiadał o podziale Śląska i wojskach rozjemczych, które u nas stacjonowały. Wspominał francuskiego oficera, który mieszkał w mieszkaniu dziadków i którego się bardzo bał. Na pytanie rozmówczyni o dom rodziców, wymijająco odpowiedział, że to trudne sprawy i wolałby mówić o domu babci. Ha! Wiadomo. Przynajmniej mi się wydaje, że wiem dlaczego. Raz, że babcia uznała, że zastąpi mu matkę,  dwa to wojna i nieobecność taty, a trzy to moje podejrzenie, że Ludwig Lilienfeld powoli zaczynał się rozglądać za kolejną żoną. Teściowie tego nie akceptowali (to jak zwykle moja fantazja) i konflikty narastały. Nie mam w swoich dokumentach drugiego ślubu Ludwiga z rybniczanką Else Berger. Może więc doszło do niego poza Rybnikiem. Na pewno tata osieroconego przez Idę chłopca już w 1919 r. miał konszachty z Bergerami z Rybnika, gdyż był świadkiem na ślubie brata Else Berger.

Już mu się marzyło przejęcie kolejnego interesu na naszym Rynku. Babcię, czyli pierwszą teściową to na pewno wkurzało. We wspomnieniach wnuka babcia jest przedstawiona, jako osoba nieznosząca Polaków. Miała już swoje lata i wiedziała, że niestety będzie musiała opuścić rodzinne miasto, bo Rybnikiem zaczną rządzić Polacy. Przeprowadzanie się po siedemdziesiątce nie jest łatwe. W 1921 r. Antonie i Marcus Pick wyjechali z Rybnika do Breslau. Sklep w ratuszu został sprzedany kupcowi o nazwisku Zimon.

Chyba wtedy też musieli oddać wnuka zięciowi i jego drugiej żonie. Trudny to był czas dla wszystkich. Młody musiał opuścić bezpieczne skrzydła babci i iść pod opiekę macochy, jeszcze dodatkowo zmienić szkołę z rybnickiej na bytomską, stracił przyjaciół i najbliższych. Pickowie musieli oddać ukochanego Iwana obcej kobiecie i też wyjechać ze swego miasta. Tata Ludwig Lilienfeld musiał się nauczyć kochać syna, balansować między drugą żoną a fochami jedynaka, pretensjami byłych teściów i interesami rodziny drugiej wybranki. Bo oprócz polityki, która podzieliła Śląsk były jeszcze problemy z biznesami, które w jego przypadku zawsze należały do rodzin żon. Może musiał wykiwać któregoś ze szwagrów, by przejąć sklep z butami Bergerów w Rybniku i potem go samodzielnie prowadzić w Bytomiu po 1922 roku? Do Lilienfelda ojca i syna mam nadzieję wnet wrócić, ale gdybym jednak tego nie zrobiła, to tylko wspomnę, że zamieszkali w Beuthen. Ludwig i jego trzecia żona (tak, tak, była kolejna macocha i była to siostra Elsy Berger z Rybnika) zostali zamordowani w 1942 r. w dalekiej Estonii, a młody Iwan zdołał wyjechać przed wojną do Palestyny. Zresztą młodego bardzo nosiło po świecie i z ojcem za długo nie mieszkał.

A co się stało z dziadkami, którzy tyle lat sprzedawali na naszym Rynku kapelusze i wyroby futrzarskie? Jeszcze przed wyjazdem Markus w 1920 r. świętował swoje 80. urodziny. W rejestrze handlowym firma „M.Pick Kürschnermeister Rybnik O.-S.” została oficjalnie wykreślona w 1923 roku.

Za 9 lat od wyjazdu z Górnego Śląska dokończył żywota we Wrocławiu. O jego zgonie poinformował urząd jedyny syn Salo z Berlina. Nie wiem, kiedy zmarła Antonie. Na pewno wnuk, którego wychowywali w Rybniku odwiedzał ich jeszcze przed ich śmiercią. Nie wiem, czy ich groby zachowały się we Wrocławiu na cmentarzu przy ulicy Lotniczej. Po kilkudziesięcioletnim pobycie Picków w Rybniku nic się nie zachowało za wyjątkiem starej pocztówki, na której widać szyld sklepu, paru reklam w starych gazetach, no i dokumentów w archiwum w Raciborzu. Żyję nadzieją, iż kiedyś trafi się jakiś kapelusz na ebay’u czy allegro i dołączy do moich judaików.

Źródła: Archiwum Państwowe w Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, portal ancestry.com, Allegro, własne analizy i fantazja.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Marcus Pick – rybnicki kuśnierz została wyłączona