Październik 15

Każdy walczy na swój sposób

Sytuacja dookoła nie napawa optymizmem. Z wszystkich stron jak nie pandemia, zarażenia, brak respiratorów, modele statystyczne przyrostów, to polityka, aresztowania, swary, kłótnie i awantury nie warte jednego kliknięcia na klawiaturze. Jakoś się trzeba przed tym bronić, czy wręcz z tym walczyć. Bo albo się człowiek zapije, albo wyląduje na rybnickiej Gliwickiej, a ta ponoć zakoronowana, więc trza się okopać i wleźć do bunkra, by nie trafić do odległych Tworek.
Pierwszy lockdown jakoś udało się przetrwać, więc może i ten kolejny damy radę. Nie wiem jakie Wy macie sposoby na auto izolację, bo moja to z kilkadziesiąt otwartych szuflad, a przed snem durne kabarety i po raz n-ty „Ranczo”. Pamiętam jak lata temu, po śmierci Mamy, namiętnie oglądałam Kiepskich przed snem, przedtem ich nie trawiąc. I pomogli. Teraz zasypiam na idiotycznych dowcipach serwowanych przez współczesne, prymitywne kabarety, w głowie układając to co sobie po południu powkładałam do szuflad „Szuflady”.
Jakie to zrządzenie losu, że w trakcie krótkich wakacji, odezwało się kilka osób, z dalekimi korzeniami w Rybniku. Takie słowa: „My name is … Priester from Israel. I am the son of Frederik (Fritz) Priester from Katowice, son of Wilhelm (and Nanny nee Rosenberger), the youngest son of Isidor (and Johanna nee Kornblum)” zawsze u mnie powodują emocje. Już nie mogłam się doczekać powrotu do domu.
Kolejny potomek z niezwykle rozgałęzionego rodu Priesterów, o których już tu nie raz, nie dwa, czy nie trzy, pisałam. I wyobraźcie sobie, że trafił do Szuflandii, bo odnalazł zdjęcie ➡ „Piękni i młodzi”, na którym jest kilkoro jego dalekich krewnych, których od 2 lat opisuję. No i? No i siedzę teraz w rodzie wywodzącym się od Salomona Priestera i jego żony Rosalie z domu Zeigler, którzy w Rybniku wzięli ślub w 1837 roku.

Jako że para ta miała siedmioro dzieci, z których każde miało kolejnych ileś tam, to możecie sobie wyobrazić moje notatki. Jestem totalnie potracona, bo jak to w tamtych czasach imiona się powtarzają (już mam chyba czwartego Solo Priestera), kobity mi się gubią, bo zmieniały nazwiska, męczę się z niemieckim nie znając go, a pracuję tylko na takich aktach i niejednokrotnie nie wiem, czy dziołcha się urodziła czy synek. Kosmos! Do tego mam pootwieranych z 50 okienek przeglądarki, laptop ledwie zipie, bo równocześnie jestem na „Ancestry.com” (jak to dobrze, że wydałam te dolary na kolejne pół roku dostępu), w archiwach Arolsen, na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, w swoich własnych folderach i jeszcze nie wiadomo gdzie. Przy okazji dziękuję znajomym za zdalną pomoc w różnych sprawach 🙂

O wirusie gdzieś tam w oddali wspomina Radio Nowy Świat, a ja jestem zanurzona w genealogicznej otchłani. Jak sobie wczoraj ustaliłam, że jeden z wielu prawnuków Salomona Priestera, zarazem wnuk jego syna Markusa (ur. w Rybniku w 1839 r.), któremu przy narodzeniu w 1904 r. dano imię Siegfried, przeżył wojnę w Berlinie, to taka mnie radość ogarnęła, że nie macie pojęcia. Co tam korona! Już był w transporcie do Auschwitz i pitnął! Prawdopodobnie uciekł w trakcie wsiadania do wagonów! Potem pomagali mu dobrzy Niemcy i przyszła żona. Był Berlińczykiem, jak i jego tata Hugo Priester, bo to do stolicy Niemiec wyjechał rybnicki Markus. Siegfried jest upamiętniony stosownym „Stolpersteinem” przed domem, w którym mieszkał (źródło: Wikipedia).

Jak zaczęłam krążyć dookoła tego fragmentu rodziny Priesterów, to udało mi się ustalić, że i siostra uciekiniera Siegfrieda, nomen omen Margarethe, też uniknęła śmierci. Po Nocy Kryształowej zdołała wyjechać do Anglii. Trzecią z rodzeństwa – Edith zabiła grypa hiszpanka jeszcze w 1918 r. Kurde flak, a niby miałam nie pisać o wirusach 😉 Oczywiście potomkowie Siegfrieda i jego siostry gdzieś tam w świecie mieszkają i mam nadzieję, że mają się dobrze.

Rybnicki Markus, syn naszego Salomona i naszej Rozalki miał 3 synów, więc dziś biorę na tapetę kolejnego. A biorąc pod uwagę, że Salomon z żoną nie próżnował i poza Markusem miał jeszcze sześcioro dzieci, z których sam jeden Adolf (Aron) w naszym mieście chyba z 9 razy radował się z przyjścia na świat kolejnego potomka, to mogę być na auto lockdownie. Przemieszczam się przy tym od Rybnika, przez Królewską Hutę, Gliwice, Pyskowice, z dłuższym postojem w Gogolinie, gdzie nadal stoi m.in. macewa Rosalie Priester (!), do Berlina i nawet Australii. Czyli ruch jest 😉

Ten Gogolin był ważny dla Priesterów, a oni dla tego miasta. Ale to nitka wychodząca od Isidora, który przez ileś tam lat mieszkał u nas, a potem się wykludził jak Karolinka – do Gogolina, dzięki czemu jego brat mógł u nas handlować tamtejszym wapnem.

Tak więc, brońcie się przed koroną, co i ja czynię i już w te pędy wracam do moich Priesterów. Potem sklecę słusznych rozmiarów mail do Izraela z nowymi odkryciami, a na koniec dnia Wilkowyje. Pamiętajcie DDM! Bo jak się sami nie uchronimy, to te ciuhle*, co siedzą na stołkach nam nie pomogą.

*Pamiętam z wczesnych lat 80-tych taki… powiedzmy mural w Szopienicach: „Limahl to ciuhl”. Taki śmieszny był 😉


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Opublikowano 15 października 2020 przez Małgorzata Płoszaj in category "Judaika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *