Maj 22

Mini reportaż z wizyty wnuków Józefa Manneberga (dzień archiwów)

Dzień archiwów

W środę z rana poszliśmy najpierw do USC. I powiem Wam, że jestem pod wielkim pozytywnym wrażeniem. Panie były bardzo życzliwe i starały się pomóc jak mogły. Obaj panowie szukali dokumentów, które by im uściśliły fakty z życia rodziny. Z uwagi na to, że USC przechowuje dokumenty do 100 lat, a potem przekazywane są one do Archiwum w Raciborzu, to do przeszukania były lata od mniej więcej 1910-1939.

Super miła pani poprosiła nas o danie jej czasu na pokopanie w księgach, a my tymczasem poszliśmy zwiedzić muzeum. Głównie chodziło o zobaczenie nagrobków żydowskich, choć nie są one z ich rodziny.

trzeci (18)

Pan Dawid – pracownik muzeum włączył gościom nagranie opowiadania Yaira Gila, potomka z rodziny Młynarskich. Członkowie tej rodziny ta byli przed wojną właścicielami m.in. budynku dzisiejszego PTTK-u. Yair Gil nagrał opowieść na wystawę o rybnickich Żydach w ubiegłym roku. Otóż Młynarskim przedwojennym też udało się uciec Polski. Już przed wojną przyjaźnili się z rodziną Mannebergów, a w Palestynie nadal się odwiedzali.

trzeci (9)

trzeci (10)

Goście przeszli prawie całą ekspozycję stałą. W związku z tym, że szukali w Rybniku pralni (takiej na szybko), a ponoć jej nie ma, to uznali, iż należy pożyczyć rumplę z muzeum i zrobić pranie ręczne. W Palestynie, a później w Izraelu też takie rumple były w ich rodzinie 😉 Może nawet przywiezione z Rybnika, w końcu dziadek Józef handlował towarami żelaznymi.

trzeci (12)

trzeci (11)

trzeci (13)

Na koniec wizyty w muzeum goście wpisali się (oczywiście po hebrajsku) do księgi gości.

trzeci (14)

Z muzeum poszliśmy ponownie do USC, bo tam miały na nas czekać fotokopie aktu zgonu ich pradziadka Leopolda i aktu urodzenia Hansa (Jana) Manneberga. Wsio załatwiła miła pani, której w tym momencie jeszcze raz dziękuję i goście wyszli zauroczeni serdecznością w urzędach. 🙂

trzeci (15)

Dziękuję też panu Dawidowi  za książki o historii Rybnika. Odebraliśmy je następnego dnia. Poszliśmy na parking do auta, bo następnym urzędem miało być archiwum w Raciborzu. Po drodze pokazałam Nacynę, bo o niej im opowiadał dziadek, gdy byli szkrabami.

Jak wspomniałam wyżej pognaliśmy do Raciborza. Po drodze pokazałam im miejsce-działkę, którą miał ich dziadek i którą sprzedał w latach 20-tych. Miejsce to jest przy krzyżu przy ul.Raciborskiej. Analiza tekstów pana Michała Palicy (pasjonata historii Rybnika) i skonfrontowanie z nim tego co ja wiem i tego co on wie, upewniło mnie na 100%, że dom z barem Irena powstał na działce sprzedanej przez Józefa.

W trakcie jazdy opowiadałam o losach Raciborza w 1945 roku, jego spaleniu, pokazałam przedwojenną granicę na Lukasynie, fanzoliłam o powodzi i o czym się dało.

trzeci (8)

W raciborskim archiwum byłam po raz drugi w życiu i nawet, gdy tam będę po raz setny to i tak nie zrozumiem systemu wypisywania stu milionów karteczek, niezbędnych do otrzymania jakiejś księgi. Jestem na to za głupia.

trzeci (2)

Dobrze, że wszędzie są uprzejmi i pomocni ludzie i takiego też miłego człowieka znam w tej instytucji. Gdyby nie jego pomoc, to bym się zakałapućkała w biurokratycznym systemie i goście niczego by nie znaleźli. A tak kolega mi dyktował co mam wpisywać, szybko przynosił następne księgi i jakoś to leciało, choć przyznam, że panował w moim umyśle chaos.  Chaos też był na stole.

trzeci (7)

Nie mówiąc o hałasie, który robiliśmy mieszaniną języków i ochami o achami przy natknięciu się na nazwisko Manneberg. A obok nas pracowała pani doktor historyk z raciborskiej Wyższej Szkoły 🙄 więc momentami jej naprawdę przeszkadzaliśmy.

Pierwsze achy były, gdy Michael znalazł wpis dot. urodzenia jego ojca   :mrgreen: Tu był szok, gdyż okazało się, że jego ojciec zawsze podawał datę urodzenia 5.11.1903 roku, a tu z papierów wynika, iż urodził się 6 listopada.  Michael stwierdził, że pójdzie na grób ojca (leży na cmentarzu w Bremen) i powie do słuchu, że przez lata w złym dniu robił imprezę.

Kombinowali jaki mógł być powód takiej pomyłki. Powiedziałam, że w przypadku katolików powód byłby błahy, czyli ojciec z radości się upija i gdy idzie zgłaszać narodziny dziecka dni mu się pierdzielą 😉 Ale w przypadku niemieckiego Żyda, raczej to nie wchodziło w rachubę.

trzeci (4)

Następne achy były, gdy dokopaliśmy się wzmianki o urodzeniu Józefa Manneberga 1 maja 1874 roku. Tu podano nawet wagę noworodka, który jak na tamte czasy był niezłym bykiem, bo ważył 4 kg.

trzeci (5)

Natknęli się też na ciotkę, o której mało wiedzą, a która jakoś jest powiązania z rodziną Apt. I ja o tym wiedziałam, ale mało niestety, więc za bardzo nie potrafiłam im pomóc. Jak już będę mieć więcej czasu, to zacznę tego szukać, bo wiem, że Aptowie wyjechali z Rybnika do Brazylii. Na analizowanie początków rodu, czyli linii w mieście Loslau, już zabrakło nam czasu. Ruth była głodna, ponadto kurz archiwalny przywołał problemy z alergią.

trzeci (3)

Obiecałam im, że sama tam pojadę ponownie i już na spokojnie będę grzebać w tych księgach. Informacji tam jest furrrrrrrrrrrrrrrraaaaaaaa.

Z Raciborza zabrałam ich do siebie do domu, bo Chwałowice sroce spod ogona nie wypadły. Tu też Józef Manneberg miał morgi, które mogły być „zużytkowane na place budowlane”, choć do końca nie wiadomo gdzie.

trzeci (1)

Poza tym, nie po to mi mąż Gwiazdę na pergoli zrobił, by służyła tylko do tego, by sąsiedzi mieli o czym plotkować  :mrgreen:

trzeci (19)

Obiad już na Hajdzie, bo to moje ulubione miejsce. I tam miałam nadzieję, że znajdę normalną zupę czosnkową (o wodzionce nie marzyłam), ale to nie była wodzionka, a współczesna wydziwiona podróba. Grzanka z serem do tego, to już już szczyt „gesleryzmu”, że to tak nazwę.

Na Hajdzie telefonicznie dogadywałam się z dziennikarzami DZ (co najmniej jak jakiś rzecznik prasowy hahahahahaha), którzy chcieli się z gośćmi spotkać, ale terminy się nie potrafiły zgrać.

Na szczęście Gazeta Rybnicka, w osobie pani Sabiny, była dyspozycyjna i ustalona od dawna i za nią byłam spokojna.

Po późnym obiedzie pojechaliśmy jeszcze pod szkołę „Jedynkę” na Chrobrego. Do tej szkoły chodził ojciec Elizera (tego grubszego) a zarazem syn Józefa. Eli wiele słyszał o tym miejscu i wiedział, że naprzeciw była polska szkoła. Wówczas w dzisiejszej „1” była mniejszościowa szkoła niemiecka, a ściślej niemieckie gimnazjum.

trzeci (16)

Eli, jako emerytowany dyrektor szkoły, a zarazem kiedyś wysoko postawiony urzędnik w izraelskim Ministerstwie Edukacji, uznał, że chyba nie jest to przyjazne miejsce. I ja mu przyznałam rację. Chodziłam do tej szkoły i jej nie znosiłam. Wyjątkową alergię miałam na to miejsce – oczywiście jako dziecko.

trzeci (17)

Szkoła dziś nosi imię Korczaka. Byłam ciekawa, czy współcześnie Izraelczycy wiedzą coś o Korczaku i się nie zawiodłam. Wiedzą i to naprawdę wiele.

Dzień się kończył, goście byli bardzo zmęczeni (ja zresztą też). Zawiozłam ich pod hotel, a sama popędziłam do domu, bo następnego dnia czekały nas już same wywiady.

 


Tagi: , , , ,

Opublikowano 22 maja 2013 przez Małgorzata Płoszaj in category "Judaika