Styczeń 21

Samuel Kops – holenderski Korczak

Jutro minie 70. rocznica masakry na tzw. Młynach w Kamieniu.  22 stycznia w lesie pod Rybnikiem SS-mani otworzyli ogień do maszerujących więźniów Auschwitz-Birkenau.  O tej historii można znaleźć kilka informacji w sieci, jak choćby na stronie nowego projektu Strażnicy Pamięci. Dlatego nie będę opisywać, która to nitka Marszu Śmierci była, skąd szła i dokąd doszli ci, którzy przeżyli. Z tego dramatu sprzed 70 lat chcę wyłuskać „miejsce i imię”, czyli Yad Vashem.

6.04.2014 (1)

Te miejsca to Amsterdam, a imię to Samuel Kops.

Z Amsterdamu był bowiem Samuel, który zginął w lesie pod Rybnikiem i został pochowany wraz z innymi ofiarami na katolickim cmentarzu w Książenicach. Przez dziesiątki lat był tylko numerem – 9228 B. Nie miał imienia, nie miał miejsca, z którego pochodził, nie było mamy, ani taty, zero przyjaciół, pamiątek z przeszłości, bo były tylko cztery cyfry i  „B”.  Gdy ktoś się modlił nad grobem, w którym został pochowany, to nie mówił w duchu: „za Szmula”. Gdy miejscowi ludzie, od lat pamiętający o tym grobie, składali kwiaty nie wiedzieli, że tam leży amsterdamski Korczak. Wiem, że to może określenie na wyrost, ale na swój użytek tak określam tego chłopaka, odkąd przeczytałam jego historię na stronie Instytutu Yad Vashem.

Amsterdamski Korczak

Samuel urodził się jako syn Jakuba i Sary (chyba bardziej typowych imion nie mogli mieć jego rodzice) 29 lipca 1916 roku w Amsterdamie.  Miał, o pięć lat młodszego od siebie, brata Josefa.  Chyba jego rodzina była biedna, a może tylko przez jakiś czas miała poważne problemy finansowe, albowiem Samuel został umieszczony w ochronce żydowskiej dla chłopców, który stała w Amsterdamie nad rzeką Amstel. Tam Samuel dorastał, uczył się – prawdopodobnie dobrze, gdyż po zakończeniu edukacji gimnazjalnej poprosił władze sierocińca, by pomogły mu spełnić marzenie jakim były studia medyczne. Mimo początkowych wątpliwości kierownictwo przychyliło się do jego prośby pod warunkiem, że będzie on pracować w ochronce jako wychowawca. Już w trakcie okupacji Holandii przez Niemców, Samuel, którego w Polce by zwano Szmulem, tj. 20 grudnia 1942 r. zdał ostateczne egzaminy medyczne. Nadal pracował z dziećmi osieroconymi i z biednych rodzin, a jego praca była wysoce oceniana przez kierownictwo tego ośrodka.

Kilka dni po zdaniu egzaminów lekarskich, zgodnie z rozporządzeniami niemieckimi, sierociniec przestał funkcjonować jako niezależna instytucja i został podporządkowany władzom niemieckim.

5 marca 1943 rozpoczął się dramat dzieci i wychowawców, który ostatecznie zakończył się śmiercią ich wszystkich, w tym i naszego Szmula. Tego dnia budynek został otoczony przez amsterdamską policję, a dzieci i personel zostali zgromadzeni na podwórku ośrodka. Marsz zywych 27.04.2014 (281)

Nie było możliwości ucieczki. Amsterdam szybko obiegła informacja, że sierociniec jest otoczony i krewni starali się zobaczyć z przebywającymi tam osobami. Niestety, tłum został przywitany armatkami wodnymi i strzałami z karabinów. SS poinformowało kierownictwo sierocińca, że deportacja będzie dotyczyła tylko chłopców. Dyrektor – pani Hamburger, jej asystentka pani Bing oraz Samuel Kops mogli opuścić to miejsce i tym samym się uratować. Ale cała trójka uznała, że nie opuści dzieci i dołączyła do zabieranych sierot. Wykazali się niezwykłą odwagą i wrażliwością, zapewne zdając sobie sprawę z tego co ich czeka. Poszli razem z dziećmi, które były pod ich opieką. I gdy to czytasz teraz czytelniku, czy już rozumiesz moje porównanie do Korczaka?

W lipcu 1944 r. Samuela Kopsa deportowano do obozu przesiedleńczego w Westerbork, gdzie został umieszczony w baraku nr 67. Był to barak dla kryminalistów.

z yv kops

Po niecałych dwóch miesiącach, 3 września 1944 roku, czyli wtedy, gdy część Polski już była wolna, gdy wojna zmierzała ku końcowi, został wysłany wraz z transportem ponad 1000 Żydów holenderskich do Auschwitz.  W dokumentach figurował jako „Strafgeval”, które to określenie było  używane w stosunku do osób, które podejmowały próby ucieczki, bądź działały w podziemiu.  Z tego transportu od razu zamordowano w komorach gazowych 549 osób. Po przyjeździe do Auschwitz, 5 września, przydzielono mu numer obozowy 9228 B. Od tego dnia nie miał imienia, nie miał nazwiska, był numerem. Ostatnia  wzmianka  w dokumentach obozowych o Samuelu jest pod datą 7 grudnia 1944.

Marsz zywych 27.04.2014 (294)

marsz2

W styczniu 1945 r., wraz z tysiącami innych więźniów wyszedł z obozu i pieszo przeszedł trasę do Gliwic.  21 stycznia około 2500 więźniów załadowano do wagonów i wieczorem tego dnia pociąg ruszył w stronę Rybnika.  Około 8 kilometrów przed moim miastem, stanął na stacji, którą od lat nazywa się Rzędówką, a w czasie wojny Egersfeld (obecnie to Leszczyny). Tragedia, która tam się rozegrała rankiem 22 stycznia wymagałaby odrębnego wpisu, więc dziś ją pominę. Starczy sucha statystyka: gdy w 1958 przeprowadzono ekshumację grobu masowego po zastrzelonych i zmarłych tam więźniach, doliczono się 288 czaszek.

Z Rzędówki, nasz Samuel, na pewno silny i młody mężczyzna szedł w potwornym marszu w stronę Rybnika. Nie był w Auschwitz zbyt długo, więc być może jego organizm nie był jeszcze aż tak wycieńczony. Miał dużo szans, by to przeżyć. Niestety, w lesie, na tzw. Młynach, między Kamieniem a Rybnikiem, doszło do strzelaniny, której okoliczności są do końca niewyjaśnione i niejasne. Samuel prawdopodobnie zginął tam. Nie udało mu się zbiec jak wielu innym, nie udało mu się schować w zaspie, czy przetrwać na drzewie. Zginął w lesie pod nieznanym mu miastem, jako numer 9228 B.

Zwłoki zamarzniętych ofiar pochowali na cmentarzu katolickim w pobliskich, maleńkich Książenicach miejscowi ludzie wraz z księdzem.  Przed złożeniem ich do grobu ksiądz Ryś (niech będzie błogosławione jego imię) oraz grabarz spisali obozowe numery. To ksiądz Ryś w styczniu 1945 uchronił Szmula i innych przed pozostaniem jedynie numerem, choć ostateczne przywrócenie tożsamości większości więźniom trwało niestety wiele lat. Po śmierci wszyscy są równi i religie, wierzenia, nie mają znaczenia. Ksiądz Ryś spoczywa na tym samym cmentarzu, na którym leżą i żydowscy i katoliccy więźniowie, nad grobem których zapewne zimą 1945 uczynił znak krzyża.

kartka Ksiazenice

Dzięki zachowanej kartce z numerami po wielu latach udało się przywrócić tożsamość większości ofiar. I tak 9228 B stał się ponownie Samuelem Kopsem, niestety jedynie na tablicy nagrobnej. Przez niezwykle mrówczą pracę archiwistów z Muzeum Auschwitz i Yad Vashem, „miejsce i imię” odzyskały osoby, których dzieci, czy wnuki mogły w końcu położyć kamyki na grobie, jak choćby syn Samuela Horwitza – Erwin-Paul. Pochowani pod płotem przestali być zabranymi z lasu trupami więźniów Auschwitz, a ponownie stali się ludźmi z historią, z twarzą, niektórzy i z kontynuacją, jaką są następne pokolenia.

Z rodziny mojego Szmula nikt nie przeżył. Jego rodzice zostali zamordowani w Auschwitz 7 grudnia 1942 r., a młodszy brat 28 lutego 1943 w obozie pracy Zebrzydowicach pod Cieszynem.  Jedyną szansę na przeżycie miał Samuel… gdyby nie chaotyczna strzelanina na Młynach, może by dotarł do Gross Rosen, może by przeżył morderczy marsz, może by po wojnie mógł pracować jako lekarz… Być może jego imię i nazwisko widniałoby gdzieś na cmentarzu w Holandii… obok żony…

6.04.2014 (14)

Będąc wczoraj na spotkaniu w Książenicach, zorganizowanym przez lokalnych społeczników z okazji 70-tej rocznicy tej tragedii i zakończenia projektu „Strażnicy Pamięci”, byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak ludzie mogą i chcą pamiętać o takich sprawach.  Z jakim szacunkiem można mówić o dawnych czasach i dramatach. Nie dziwię się jednak, że dzisiejsi książeniczanie, a także ich sąsiedzi z Kamienia, tak podchodzą do swojej historii i do pochowanych u nich ofiar masakry w lesie na Młynach. Już 70 lat temu ich dziadkowie, babcie, rodzice, czy teściowie zachowali się przyzwoicie, więc na pewno takie postawy przekazali dalszym pokoleniom.  Nie mogę tu pominąć bohaterstwa właśnie książeniczan – państwa Jurytków, którzy w styczniu 1945 uratowali życie 14 Żydom – zbiegom z przysiółka Młyny.

Na koniec tego długiego wpisu chcę dodać, iż wraz z Samuelem, do Auschwitz wysłano całą rodzinę Anny Frank, z której jak wiemy przeżył tylko ojciec.  Ot taka smutna ciekawostka w zawiły sposób łącząca rybnickie okolice z najsłynniejszym pamiętnikiem świata.

Jutro minie 70 lat od śmierci 29 letniego amsterdamskiego bohatera, który nie opuścił swych bezbronnych podopiecznych, który przeżył pobyt w Auschwitz i zginął w zasypanym śniegiem lesie pod Rybnikiem.

Gdy kiedyś dotrzecie kiedyś do Książenic, to połóżcie kamyk dla niego.

6.04.2014 (11)

A gdyby udało Wam się kiedyś iść w Marszu Żywych, to zostawcie w Birkenau tabliczkę dla Samuela.

Marsz zywych 27.04.2014 (583)

 

Opracowałam na podstawie Instytutu Yad Vashem oraz książki pana Jana Delowicza „Śladem krwi”.
Zdjęcia: Yad Vashem, www.auschwitz.org oraz własne.

Tagi: , , ,

Opublikowano 21 stycznia 2015 przez Małgorzata Płoszaj in category "Judaika", "Rybnik", "Turystyka i krajoznawstwo