Październik 22

Rybnicka synagoga cz.2

Historię rybnickiej synagogi przerwałam w 1914 r. Gdzieś na Bałkanach, o których większość rybniczan miała mgliste pojęcie, członek serbskiej nacjonalistycznej organizacji „Młoda Bośnia” zabił następcę tronu austriackiego. Wydawało się, że dla Rybnika to wydarzenie będzie mieć mało istotne znaczenie. Już w sierpniu 1914 r. „Landsturmowe wywołanie” uświadomiło ludziom, że trzeba się będzie bić. Od dwóch lat w mieście mieliśmy ponownie rabina. Na wskroś nowoczesnego, liberalnego, wielce wykształconego Niemca, który rok przed wybuchem wojny ożenił się z rybniczanką – Louise Altmann. Niewątpliwie ślub miał miejsce w naszej synagodze przy Schlossstrasse.

(Fotografia w zasobach: Leo Baeck Institute w Nowym Jorku)

Mogę podejrzewać, iż również w tym miejscu, rabin ➡ dr Dawid Braunschweiger, bo o nim piszę, informował miejscową elitę, że ich patriotycznym obowiązkiem będzie bić się za Kajzera Wilusia. I się bili, i niektórzy ginęli, ale i wracali z wojny do małego miasteczka na wschodnich rubieżach państwa niemieckiego, w którym obok wielkiego browaru stała skromna synagoga. Braunschweiger jeszcze przed zakończeniem wojny zmienił miejsce zamieszkania i przyjął posadę rabina w prestiżowym Oppeln (Opolu). Bezrabinacie jednak Rybnikowi nie groziło. To były trudne czasy, więc wsparcie religijne, ale i polityczne było niemieckim Żydom potrzebne. Od 1 sierpnia 1918 roku w synagodze nabożeństwa odprawiał już dr Arthur Rosenthal. Niecałe dwa lata rybniczanie słuchali jego kazań. Rok przed plebiscytem opuścił Rybnik i wrócił do Berlina, gdzie mieszkały jego żona i córka. Czasy robiły się coraz trudniejsze, a atmosfera na Śląsku coraz gęstsza. W pobliżu budynku odbywały się wiece, gromadzili się ludzie, debatowali o tym co się stanie z Oberschlesien.

Coraz mniej Żydów przychodziło do synagogi. Znamienici mieszkańcy miasta, czując co może się stać, wyjeżdżali w głąb Niemiec. Po kilku miesiącach bez rabina, uszczuplona gmina zatrudniła, odznaczonego żelaznym krzyżem za męstwo na polu walki, dr. Dagoberta Nellhausa. Gdy przyjechał do Rybnika, a miało to miejsce w październiku 1920 r., jeszcze nie miał zdanych egzaminów rabinackich. Nie przeszkadzało mu to w odprawianiu uroczystości w synagodze z okazji bar micwy trzech żydowskich chłopców z rodzin Guttmannów, Wolffów i Berlinerów. Nie wątpię, że jako niemiecki rabin nawoływał w synagodze do głosowania w plebiscycie za Niemcami. Porządek nabożeństw i modlitw, zarówno w synagodze, jak i siedzibie gminy, podawał Rybniker Stadtblatt.

Potem przyszło trzecie powstanie śląskie i wojna domowa, bo tak trzeba nazwać ten zbrojny czyn rozpoczęty w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Być może uroczystość z okazji 50 Geburstagu Adolfa Priestera – miało to miejsce 22 maja 1921 r., była skromna, by nie rozdrażniać powstańców? Chyba ostatnie modły w synagodze Nellhaus odprawił z okazji bar micwy w rodzinie Rotterów 18 czerwca 1921 r. Prawdopodobnie krótko po jego wyjeździe do Rybnika przybył kaznodzieja, pełniący posługę rabinacką – Salo Levin. Mieliśmy też cały czas kantora – nazywał się Hahn.

Przyszła połowa roku 1922 i nastał nowy ład, a dla niektórych nieład, na Górnym Śląsku. Rybnik przypadł Polsce. Gmina żydowska dotychczas podlegająca Związkowi Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, stała się gminą izraelicką województwa śląskiego. Coroczne preliminarze, już na polskich drukach, początkowo wypełniano po niemiecku, ujmując w nich synagogę jako majątek gminy wyznaniowej.

Dość szybko jednak trzeba było się całkowicie przestawić na język polski. W budżetach ujawniano przychody i rozchody, również te, które dotyczyły synagogi. Jak widać nadal kasowano za miejsca. No i ogrzewano jedynie dom modlitwy w tzw. budynku rabina. Zimą modlący się się w synagodze marzli.

Życie powoli się stabilizowało. Ci z niemieckich Żydów, którzy chcieli zostać to zostali i teraz musieli nauczyć się współegzystować z coraz liczniejszą grupą Ostjuden, która osiedlała się w mieście. Do zarządu gminy ich nie dopuszczono, ale wstępu do synagogi nie można było zabronić. Często się zastanawiałam jak wyglądały modły w synagodze. Z jednej strony grupa niemieckich, od pokoleń rybnickich Żydów, totalnie zasymilowanych, liberalnych, mówiących na pewno po niemiecku i być może po śląsku. Z drugiej strony o wiele biedniejsza, bardziej ortodoksyjna, tradycyjna, grupa Żydów z Małopolski, Zagłębia, Kielecczyzny, a nawet okolic Lwowa, używających najczęściej jidisz. Chyba do momentu wyjazdu Salo Levina (w 1924 r.) to jakoś szło, potem przyszło ponowne bezrabinacie i na pewno łatwo im ze sobą nie było. Może to śmiesznie zabrzmi, ale mury synagogi widziały godzenie się (czasem pozorne) rodzin, gdy dochodziło do ślubów między Ost– i Westjuden. Księgi metrykalne to niesamowite dokumenty, które jednoznacznie pokazują, iż do takich małżeństw dochodziło. Tak jak w przypadku Lejby Fiszera z Będzina z panną z niemieckiego rodu Silbigerów – Ilsą, córką bogatego rybnickiego kupca. Od razu widać, że Lejb był obcym w mieście, bowiem nawet swoich świadków nie miał.

Gmina powoli znowu stawała się liczniejsza i uznano, że trzeba zatrudnić kolejnego rabina. Życie pokazało, że ostatniego w historii Rybnika. Zanim do tego doszło, kantor Hahn, 11 listopada 1929 r. odprawił w synagodze nabożeństwo za żołnierzy żydowskich. W uroczystości wzięli wówczas udział oficerowie wyznania katolickiego. Oficjalnie o przyjęciu nowego rabina poinformowano Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach pismem z 18 marca 1930 r., przekazując, iż stosownie do uchwały z 3 lutego 1930 r. „(…) został p.dr Zygmunt Kohlberg, obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, jako rabin i nauczyciel religii mojż. w naszej Gminie zaangażowany.” Urząd Wojewódzki przyjął tę uchwałę do zatwierdzającej wiadomości. Zatrudnienie rabina poskutkowało zmianą w preliminarzu wydatków oraz wysokości podatków gminy na rok 1930. Zarząd gminy podniósł o 20% kwotę podatków, które zobowiązani byli płacić członkowie gminy, by zrekompensować zakładane wydatki związane z angażem Kohlberga. Starosta rybnicki uznał tą podwyżkę za niezbyt obciążającą. W budżecie gminy na 1932 rok wynagrodzenie rabina ustalono w wysokości 6 tys. złotych (rocznie), w dokumencie tym widnieje też pozycja nazwana „podatek dla p. Dr.Kohlberga w kwocie 385 złotych”.

Nie wiemy nic, by w tym czasie synagogę remontowano, czy odnawiano. Nie zachowały się, a przynajmniej ja o takowych nie wiem, żadne zdjęcia całej synagogi z lat trzydziestych. Na zdjęciu przedstawiającym dwie nieznane eleganckie rybniczanki, widać jedynie przepiękne kute balustrady przy schodach prowadzących do bożnicy.

Zaś na fotografii, ukazującej córki ówczesnego burmistrza – Władysława Webera, bawiące się w ogrodzie magistratu, możemy zobaczyć fragment synagogi przylegający do dzisiejszej ulicy Chrobrego.

Cały czas obok dymiły kominy browaru Müllera. Dymiły nawet wtedy, gdy z budynku prawie sąsiadującego z synagogą, w kwietniu 1934 r. wyszedł kondukt pogrzebowy z trumną i ciałem Zygfryda Müllera. Zza miedzy dochodziły słuchy o ograniczeniu praw Żydów w nazistowskich Niemczech. Zapewne po modlitwach, na schodach synagogi o tym mówiono, wyrażając zaniepokojenie i rodzący się strach. Wszak wielu rybniczan miało rodziny w Rzeszy. Gmina borykała się z coraz większymi problemami, w tym finansowymi, a jeszcze dodatkowo musiała zajmować się majątkiem po zlikwidowanej gminie w sąsiednim Wodzisławiu.

Nie wiem jak potraktować informacje „Jewish Telegraphic Agency” z 12 października 1938 r., z których wynika, iż policja aresztowała 11 osób w Wilnie i gminie miejskiej Rybnik za antysemickie ekscesy. 6 osób zostało skazanych na obóz koncentracyjny (podaję za oryginałem) w Berezie Kartuskiej za atakowanie Żydów na ulicach Wilna. Pozostali zostali zatrzymani za atak bombowy na rybnicką synagogę (!).

Wg mnie to był ówczesny fejk. Pod koniec września, i owszem, doszło do wybuchów na podłożu antysemickim w Rybniku, ale synagoga nie była celem. Wrzucono petardy w trzech miejscach (przy ul.Rudzkiej, Sobieskiego oraz Hallera), ale nie przy synagodze. Nigdzie, a przejrzałam wiele ówczesnych gazet, nie ma najmniejszej wzmianki o ataku bombowym na żydowską świątynię. Atakowano rybnickie żydostwo, ale nie synagogę. Choć… może jeszcze za mało wiem…

Rabin miał coraz mniej ślubów do udzielania, bar micwy trafiały się rzadko, wielu szykowało się do wyjazdu z Polski. Krótko przed wojną władze wojewódzkie rozwiązały gminę izraelicką w Rybniku.
Kończył się upalny sierpień 1939 roku i od zachodu nadciągały ogromniste chmury. Dziś nazywa się takowe superkomórkami burzowymi. Zaczynał się ostatni, najtragiczniejszy rozdział w historii rybnickiej synagogi i izraelickiej gminy wyznaniowej w Rybniku na Górnym Śląsku. Mam nadzieję, że przedstawię go Wam do końca października.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnicka synagoga cz.2 została wyłączona
Czerwiec 14

Gaszenie pożaru a rybniccy Żydzi

Uwaga: Będą przekleństwa 😉
Zanim przejdę do pożarniczego tematu mała prywata, taka bardziej dla rybniczan, niż dla ludzi zewnętrznych. Przed chwilą wróciłam, jak się tu u nas mówi, z miasta. Wróciłam z poziomem agresji 9 (w skali od 0 do 10). Jaka jest ostatnio pogoda wszyscy wiedzą – mamy upały afrykańskie. Dodatkowo, po wczorajszych tornadach i burzach wilgotność jak w Amazonii. U siebie, czyli pod moją hałdą, jeszcze jako tako. No, ale w mieście, gdzie królują dizajnerskie ławki, szpetna kostka brukowa, betony, tworzy się pseudo woonerfy na skrzyżowaniach, by se ludzie spalin nawdychali a drzewa się wycina, to można paść i czekać, aż ktoś wezwie pogotowie. I do tego samiuśkiego środka miasta musiałam pojechać, by nakarmić koty Młodej. Trza, to trza. Pot spod cycków leci, po tłustych kitach dopiero. Zaparkowałam w centrumie, czyli na tyłach kamienicy gdzie Młoda mieszka i już mnie prasnęło w łeb. Umpa, umpa na full leci z cudacznego ni to cyrku, ni to wesołego miasteczka za dupnym betonowym parkingiem.

Żeby jeszcze jakieś znośne te umpa, umpa. Ale gdzie tam! Techno w najczystszej postaci. Na całe centrum Rybnika napierdala muza, której nawet w zapadłej dziurze nikt by nie chciał słuchać za free. Nakarmiłam koty i otwieram balkon. Jeb mnie w czerep. Jak obuchem dostałam decybelami. Godzina 21.00. Rypie ile wlezie. Siedzę na tym balkonie, lelkam koty, i se myślę: ten, który wpadł na pomysł, by coś takiego z karuzelami, jakimiś ciulstwami i z tym rykiem wsadzić w sam środek miasta w trakcie Dni Rybnika, to musiał chyba zostać rażony piorunem. No pizło go, to pewne. Toż w mieście (czytaj: centrum) ludzie też żyją, mieszkają, chorują, mają maluśkie dzieci i na mur woleliby, gdyby takie „imprezy dla ubogich” odbywały się np. na stadionie. Rzymianie robili właśnie tam igrzyska. Wytrzymałam na tym balkonie 10 minut. Nawet koty wolały wejść do mieszkania. Zresztą w środku też dudniło. Jeszcze z Rynku dobiegała inna muzyka i wsio to skumulowane spowodowało, że agresja urosła do poziomu 8. Gdy wyszłam ponownie do auta, by wracać do domu, podskoczyła na 9. I potem zdziwko, że ludzie się mordują 😉 W samochodzie, aby schłodzić emocje, puściłam sobie „Winter melody” Donny, nomen omen, Summer i dawaj pod moją hałdę. Przy Hazynhajdzie już było 7. Wjechałam do garażu, spojrzałam na swój obrośnięty bluszczem dom i czułam, że już 6. Wlazłam do swego parnego poddaszowego mieszkania (spod cycków nadal strumyki potu), weszłam na balkon, posłuchałam goniących się jaskółek (już 5), spojrzałam na zarośnięty ogród (agresja 4), siadłam przy stoliczku i popatrzałam na ukryty za zielenią komin radlińskiej koksowni.

Ufff. Zaciurlikał inny ptaszek, po hałdzie przejechał pociąg. Po chwili wyładował wagony (poczułam, że agresja 3), zamiauczały moje koty i stwierdziłam, że już nie muszę nikogo mordować. Siadłam do laptopka. Cisza. Ptaszki ciurlikają, psy szczekają, na hałdzie zbieracze zbierają „wóngiel”, sąsiadka woła sąsiada na kolację, żaby rechoczą w oddali, ktoś gdzieś jakąś kurwą rzucił (jak jest cisza to słuchać interesujące rzeczy) no i nie ma TECHNO! Miziając Nowotkę, mogę opisać to, o czym od rana myślałam od rana.

A chcę opisać naszą straż pożarną i jej powiązania żydowskie. Jutro, na mojej grubie będzie piknik strażacki, organizowany wespół w zespół z Państwową Strażą Pożarną z Rybnika. Chyba nie ma człowieka, który by źle postrzegał strażaków. Do wielu zawodów można mieć „wąty”, ale nie do strażaków. Dlatego nie będę ich wychwalać, bo wiadomo, że nie trzeba. Sami się bronią swoimi postawami i działaniami. Podejmę wątek żydowski. Mam przed sobą najnowsze wydanie naszego muzeum – właśnie o straży pożarnej. (O! daleki sąsiad kichnął – na zdrowie!).

Otóż w moim mieście, które dziś jest zalane złym hałasem, powstanie straży pożarnej zainicjowały w 1875 r. 3 osoby:  dyrektor kopalniany Hoffmann, burmistrz Fuchs oraz fabrykant, kupiec i zarazem rajca – Abraham Prager.  Znamienita persona.

Pierwsza siedziba straży była przy ul.Klasztornej (za kościołem ewangelickim), następnie na tzw. świńskim targu (przy dzisiejszej ul.Chrobrego) powstała właściwa remiza. We wspomnianej przeze mnie książce Prager nie ma imienia, ale na pewno był to Abraham, bo do takich info dotarłam swego czasu w Archiwum w Raciborzu. W 1876 r. w działania straży byli już zaangażowani kolejni Żydzi: oberżysta Friedlander, kupiec Leuchter (w publikacji muzeum podano błędnie jego nazwisko), właściciel fabryki Ferdynand Haase, właściciel domu Schindler, posiadacz browaru Theodor Muller, właściciel gruntu Guttmann, kupiec Hahn, dwóch braci Altmannów – oberżysta i destylator, kupiec Isidor Priester (jego nazwisko historycy też przekręcili), Salomon Mandowsky, introligator Blumenthal oraz właściciel browaru Seidel. Jak więc widzicie było ich sporo. Leżało im na sercu dobro miasta.

Kiedyś też natknęłam się na ogłoszenie Magistratu (już z początku lat 20-tych XX w.), z którego wynika, iż dwaj żydowscy kupcy: Jonas  Aronade (sam Jonas wtedy nie żył, ale na pewno chodziło o firmę, która była w rękach jego syna) oraz Adolf Priester byli zobowiązani do stawienia koni do sikawek „w razie wybuchnięcia pożaru”.

Księżyc mi już tu mruga, że powinnam iść spać, bo jutro upalna strażacka szychta, ale muszę jeszcze wspomnieć o Eugenie Weissmannie, który w okresie międzywojennym zaopatrywał naszą straż we wszelkie artykuły. Jak wynika z jego reklamy miał przedstawicielstwo niemieckiej firmy „Minimax”, która jako pierwsza wprowadziła na rynek gaśnice pianowe.

Pożar swojego mózgu udało mi się ostatecznie ugasić. Poziom agresji zero, że tak zacytuję klasyków. Nad hałdą cisza, jedynie żabki kumkają i świerszcze cykają. Spokojnej nocy i do zobaczenia jutro na Hoymie, gdzie zaprezentują się strażacy.

Źródła: Śląska Biblioteka Cyfrowa, Zeszyty Rybnickie 27 „Ochotnicza Straż Pożarna Miasta Rybnik” (Muzeum w Rybniku), Michał Palica.