Wrzesień 8

„Zostałem tam cztery lata”

Przed chwilą skończyłam czytanie nowej książki mojego serdecznego kolegi – Sławka Pastuszki. Jeszcze łzy i ciompy wycieram 😉 Sławek opisał losy naszego wspólnego, tak można by rzec, Żyda. Wspólnego, bo urodził się w „Sławkowej” Pszczynie, a wojnę przeżył w „Małgosinym” Rybniku. Dawid Danieli, czy też przy urodzeniu Dimitr Danielski, to postać, o której już pisałam ponad pięć lat temu ➡ http://szufladamalgosi.pl/opowiesc-z-szuflady-o-jakubie-i-dawidzie/

Urodził się w 1932 r. w Pszczynie z matki Żydówki, pochodzącej z Charkowa, oraz ojca – Ślązaka z Mikołowa. Rodzice na początku 1939 roku przyprowadzili się do Rybnika i stąd wywieziono ich do obozu pracy, a następnie do Auschwitz, gdzie zostali zamordowani. Dawida uratowała rodzina państwa Kapiców, która w czasie wojny też mieszkała w Rybniku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy, którą wykonał Sławek, by dokładnie ustalić losy Dawida. Na szczęście nie napisał pracy naukowej, więc każdy, nawet o nikłej wiedzy historycznej, zrozumie i na pewno wzruszy się, gdy będzie czytał o żydowskim chłopcu, który nagle musiał stać się dorosły. Dla mnie osobiście to bardzo ważna książka.

Znam Dawida, miałam wiele razy okazję z nim rozmawiać, choć nigdy nie spotkaliśmy się osobiście. Miałam przyjemność spotkać wnuczki pani Kapicowej. Byłam w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach, gdy otwierano wystawę o ratujących i ratowanych na Śląsku i łykałam łzy, gdy szef IPN-u wymieniał Dawida.

A teraz jeszcze pozycja książkowa! Przy cytowanych przez Sławka słowach Dawida o wizycie w Polsce wiele lat po wojnie: „Odwiedziłem wtedy cmentarz w Zabrzu, gdzie oddałem hołd przybranej mamie, która dała słowo Żydówce z Charkowa, że zaopiekuje się jej synem. I słowa dotrzymała! Bo w końcu kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”, musiałam sobie zrobić przerwę na kawę i poszukanie chusteczki do nosa. Dziś, nie zdajemy sobie sprawy, jakim bohaterstwem ze strony pani Marty Kapicy i jej rodziny, było dotrzymanie tego słowa w niemieckim Rybniku.

Książka Sławka Pastuszki, której oficjalna promocja będzie pod koniec września 2019 r., powinna się znaleźć w każdej bibliotece rybnickiej oraz w rybnickim muzeum, a o losach Dawida i Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, czyli rodzinie Kapiców, powinni mieć lekcje młodzi ludzie w szkołach średnich. Sławku, bardzo, bardzo Ci dziękuję.
Gdyby ktoś był ciekawy, jeszcze przed kupieniem „”Zostałem tam cztery lata” w opracowaniu Sławka, to może przeczytać, na stronie „Zapomnianego Rybnika” fragmenty wywiadu z Dawidem Danielskim (obecnie Dawidem Danieli) przeprowadzonego wiele lat temu w Izraelu. Wywiad na język polski przetłumaczył i przesłał mi onegdaj Nahum Manor, jeden z ocalałych z „Listy Schindlera” – wieloletni przyjaciel Dawida ➡ http://zapomniany.rybnik.pl/historia-zydowskiego-chlopca-dawida-danielskiego-2/
Osobiście liczę na egzemplarz z autografem autora, a w kalendarzu już sobie wpisuję, że pod koniec września odwiedzę Pszczynę 🙂 Chapeau bas Sławku!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania „Zostałem tam cztery lata” została wyłączona
Maj 26

Mateńka kochana

Najpiękniejsze słowo świata: mama, mateńka, mamusia. Dziś Dzień Matki, więc nie mogę nie napisać o żydowskich mateńkach z Rybnika. Wiele z nich już pokazywałam na Szufladzie, ale o Mamach nigdy dość.

Regina, z domu Aronade. Silna, mądra, przedsiębiorcza rybniczanka. Na zdjęciu z córkami i synami. Reginie, wiekowej pani,  odejście zaplanowali hitlerowcy w Auschwitz. Córkom i jednemu synowi udało się przeżyć wojnę.

Ester Kupermann, mama, krawcowa.  Wraz z dwójką młodszych dzieci poszła do komory gazowej. Fotografia zrobiona przed wojną w rybnickim parku.

Piękna Geila Majerowicz. Jaki ją spotkał los?  Czy tuliła Bobiego i maleńką Ester przechodząc bramę Birkenau?

Flora Kaiser, właścicielka sklepu przy ulicy Sobieskiego, mama sporej czeladki dorosłych dzieci też zakończyła swe życie, jak Geila, Ester i Regina.

Sonia Haase. Żona bogacza, mama dwóch chłopaków i jednej córki. Straciła syna Rudolfa w III powstaniu śląskim. Pochowała go w Rybniku, potem ekshumowała i wywiozła na cmentarz w Berlinie. Pisałam o tej historii już kilka razy.

Betty Katz. Przybrana mamusia dla sierot z żydowskiej ochronki w Rybniku. Mama dwóch własnych synów. Jednego zabrała jej I wojna. Drugiego przed nazistami zdołała uratować dzięki swym koneksjom. Siebie już nie uratowała. Zginęła w Theresienstadt.

Miriam Ryba. Mateńka dla dwóch córeczek. W chwili śmierci w komorze wiedziała, że ginie z młodszą Stefcią. Na pewno łudziła się, że starszej uda się uratować. Udało.

Itla Radoszycka. Mamusia Marysi i Jasia. Getto. Obóz zagłady. Ona i jej dzieciątka.

Nic więcej nie napiszę, bo mi się chce beczeć. Jestem szczęściarą, bo moją Mateńkę odprowadziłam głaszcząc po włosach. Śpieszcie się kochać swoje Mamy, bo tak szybko odchodzą.

Grudzień 14

O historii pisanej listami w Gliwicach

Gdy Karolina Jakoweńko z Domu Pamięci Żydów Górnośląskich zaproponowała mi wymyślenie cyklu pogadanek o Żydach z naszego Śląska, to wiedziałam, iż na pierwszy rzut musi polecieć moja ukochana rybnicka rodzina Haasych. Jak to mówią: nie było opcji 😉 Mówiłam o nich tyle już razy, że spotkanie w Gliwicach, za wyjątkiem potwornej tremy (nie mówiłam do rybniczan), nie wywołało we mnie jakichś innych emocji.

Nad wyborem drugiej rodziny, o której miałam opowiadać, też się nie musiałam zastanawiać. Po prawie dwóch latach rozkminiań, poszukiwań i detektywistycznych analiz godnych Sherloka, które wraz z Clare (potomkinią rodu Weissenbergów) prowadziłam przez Internet, w archiwach i kilku miastach Górnego Śląska ➡ (opisywałam to już tu i tu), czuję się prawie jak jej przybrana kuzynka. To był mus, by opowiedzieć o tragicznych losach Blochów i Weissenbergów, których losy były splecione z Pyskowicami, Toszkiem, Pszczyną, Zabrzem i ostatecznie z  Gliwicami. Od razu wiedziałam, że to łatwe  nie będzie. I to nie z powodu, iż Żydzi spoza Rybnika, to za bardzo nie jest moja brocha. Tym problemem dla mnie były listy. Listy babci Clare, pisane do swojego syna, a zarazem ojca mojej angielskiej znajomej. Takie pośmiertne przesłania. Pisane pod koniec lat 30-tych z Gleiwitz. Proste, bez wyszukanego słownictwa, pełne ukrytej, bo nie wypowiadanej wprost, rozpaczy, a równocześnie przepełnione zwykłą troską o to, czy syn pije soki, pamięta o wysłaniu życzeń urodzinowych do ciotek, czy też czy kupił sobie kulki naftalinowe. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przeczytałam je wszystkie w jedną noc na blogu Clare. Masakra. Dokumenty źródłowe, jak mi to wytłumaczyła Młoda. Tak, po naukowemu to niby dokumenty źródłowe, które dają świadectwo temu, co naziści zrobili Żydom niemieckim. A po mojemu to listy mamy do swego ukochanego synka. „Meine lieber Werner” – tak je zaczynała. Chyba nie muszę więcej pisać.

Gdy została ustalona data spotkania napisałam maila do Clare, czy nie zechciałaby przylecieć do Gliwic na moją pogadankę. Między Bogiem a prawdą, to napisałam z głupia frant, nie zakładając, że będzie jej się chciało rzucać wszystko i przylatywać do Polski w zimnym grudniu, w dodatku po raz drugi w tym roku. A tu szok 😯  Dla mnie, że przylatuje i dla niej, że ktoś, gdzieś będzie opowiadać o jej rodzinie i o tym, co się stało z jej prababcią, babcią, dziadkiem, czy tym jak tata wyszedł z Dachau.

Boże kochany, jak ja się przygotowywałam do tego. Mówiąc o Haasych w Gliwicach mogłam się ciulnąć, bo kto by zauważył jakikolwiek błąd 😉 (a tak btw, to dwa razy miałam wpadkę, co wychwyciła Młoda). A tu? Gdy będzie mnie słuchać córka i zarazem wnuczka osób, o którym będę mówić. I nieważne, że nieznająca polskiego. Sercem będzie rozumiała moje słowa. Pięć dni gadałam do ściany, a dokładniej do reklamy Pragera, cały wykład. Początkowo wybrałam ileś fragmentów listów, co dało mi 25 stron. Przetłumaczyłam je sobie na polski i skracałam, skracałam, skracałam. Co je czytałam, to beczałam. Jak coś skróciłam, to zaś to dodawałam, uznając, że zbyt ważne, by można to było wywalić. I bek. Niesprzyjające okoliczności przyrody, czy też raczej biologii, doprowadziły mnie do sporego rozchwiania emocjonalnego we wtorek. A spotkanie miało być w czwartek. Bałam się, że jak zacznę te fragmenty listów czytać, to się rozkleję na maksa i słowa z siebie nie wyduszę. I po części tak się stało.

Do Domu Pamięci pojechałam z duszą na ramieniu. Zawiłości rodzinne miałam w małym palcu, listy znałam prawie na pamięć, wsio w głowie. Tylko te dwa zdania z listu, który napisała babcia Clare do przyjaciółki (krótko przed wywózką do Auschwitz) mnie dławiły. Dużo zdrowia wam życzę, niech Bóg będzie z wami. Wydaje się, że o nas On zapomniał. No i mnie zdławiły. Zresztą nie mnie jedną. Widziałam panie ocierające łzy. Z tych emocji okulary mi się ciągle z nosa zsuwały, kartki z listami belontały*,  chrypka uniemożliwiała mówienie. Nightmare prelegenta, w szczególności takiego, który ma braki warsztatowe 😉 (to taka mała dygresja à propos ukochanego W.Manna).

Clare, jako gość specjalny, była niesamowicie wzruszona, choć starała się trzymać. Dla niej to był też trudny wieczór. Wiem, że go bardzo przeżyła. Po raz kolejny wizyta w Polsce nią poruszyła. Nastrój spotkania, atmosfera Domu Pamięci, pytania zadawane po mojej opowieści, jej odpowiedzi, sympatia ze strony słuchaczy, to wszystko było tak magiczne, że aż do Rybnika mi w łepetynie prądy przeskakiwały we wszystkie strony.

Na drugi dzień spotkałyśmy się ponownie w Gliwicach – był jeszcze wywiad dla Nowin Gliwickich 😉 Był to dla nas obu zaszczyt, że lokalna prasa zainteresowała się tym tematem. Choć przyznam, że robienie zdjęć kojarzyło mi się jakoś z fotami na tzw. ściance 😉 Miejmy nadzieję, że zdjęcia nie zostaną opublikowane.

Z Gliwic pojechałyśmy jeszcze do Bytomia na cmentarz żydowski, by poszukać grobu pradziadków, czyli Alberta i Bettiny Weissenbergów. Dzięki niesamowitej pani Ewie, opiekunce tego miejsca, udało nam się wsio znaleźć. Gdy patrzałam na Clare, stojącą samą przy ich grobie, znowu się popłakałam. Odeszłam na bok, by mogła pobyć z nimi. Potem mi powiedziała, że to takie cudowne, że mają grób, leżą razem, że tego grobu nikt nie zniszczył.

Pani Ewa, w swej uprzejmości, pokazała nam groby wszystkich Weissenbergów pochowanych na tym cmentarzu. Widziałam, że Clare już zamarza, ale ja tam wolałam wsio obejść just in case, bo nigdy nie wiadomo, czy któryś z pochowanych się nie okaże się kiedyś krewnym. Lepiej foty mieć 😉

Wieczorem dostałam od Clare taki list z linkiem do jej bloga, z prośbą, bym umieściła to na swoim fejsie. W wolnym tłumaczeniu Clare w ten sposób podziękowała wszystkim w Gliwicach:

Właściwy post blogowy napiszę, gdy już wrócę do Anglii do swojego biurka, ale tera chciałabym szczerze podziękować wszystkim Wam – dobrym ludziom, którzy nas tak ciepło przyjęli poprzedniego wieczoru w Żydowskim Domu Pamięci. Nie wiem czego oczekiwałam – myślę, że pół tuzina przyjaciół Małgosi i cichego ale interesującego spotkania z nimi.

Zamiast tego, zobaczyliśmy salę pełną ludzi, których ciepłe przyjęcie nas otoczyło, jak tylko weszliśmy. Przyszliście zimnego grudniowego wieczoru krótko przed świętami Bożego Narodzenia, wtedy gdy raczej powinniście siedzieć w ciepłych domach ze swoimi rodzinami. Przyszliście, by posłuchać jak Małgosia opowiada o naszej rodzinie, posłuchać w ciszy i ze współczuciem. Zadawaliście inteligentne pytania, na które jako prawdopodobnie zbyt przytłoczona nie potrafiłam inteligentnie odpowiadać. Ale się starałam. Nie jestem przyzwyczajona do publicznych wystąpień, mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej (…)

Dziękuję wam wszystkim wspaniali ludzie, za to, że czuliśmy się tak dobrze. Byliśmy wzruszeni waszą reakcją na historię naszej rodziny. 

I przede wszystkim dziękuję Gliwicom za wysłuchanie słów, o kimś kto był waszą córką i również moją babcią – o Else Weissenberg. 

Tyle od Clare, która już odleciała z Polski do kraju, który stał się w 1939 r. ojczyzną dla jej taty – niemieckiego Żyda, urodzonego w Pless, absolwenta gimnazjum w Beuthen, absolwenta uniwersytetu w Breslau, więźnia Dachau, syna Else zamordowanej w Auschwitz, wnuka Herminy zamordowanej w Auschwitz.

Ja też Wam dziękuję gliwiczanie! Dziękuję również znajomym z Mikołowa, Mysłowic, Zabrza i Pyskowic! Za pomoc, za słuchanie i za bycie 🙂

Zdjęcia ze spotkania: Iza Grauman oraz Ireneusz Skwirowski, z Bytomia moje, zaś archiwalne fotografie z albumu rodzinnego Clare i ➡  jej blogu „From numbers to names.

P.S. Kolejne spotkanie w Gliwickim Domu, zaplanowane na 23 lutego 2017 r., już nie będzie takim wyciskaczem łez, bo będzie o zębach  😉 Na zachętę dodam, iż i o gybisie** Hitlera.

Dla nie Ślązaków:

* belontać: mieszać

** gybis: sztuczna szczęka