Październik 15

Każdy walczy na swój sposób

Sytuacja dookoła nie napawa optymizmem. Z wszystkich stron jak nie pandemia, zarażenia, brak respiratorów, modele statystyczne przyrostów, to polityka, aresztowania, swary, kłótnie i awantury nie warte jednego kliknięcia na klawiaturze. Jakoś się trzeba przed tym bronić, czy wręcz z tym walczyć. Bo albo się człowiek zapije, albo wyląduje na rybnickiej Gliwickiej, a ta ponoć zakoronowana, więc trza się okopać i wleźć do bunkra, by nie trafić do odległych Tworek.
Pierwszy lockdown jakoś udało się przetrwać, więc może i ten kolejny damy radę. Nie wiem jakie Wy macie sposoby na auto izolację, bo moja to z kilkadziesiąt otwartych szuflad, a przed snem durne kabarety i po raz n-ty „Ranczo”. Pamiętam jak lata temu, po śmierci Mamy, namiętnie oglądałam Kiepskich przed snem, przedtem ich nie trawiąc. I pomogli. Teraz zasypiam na idiotycznych dowcipach serwowanych przez współczesne, prymitywne kabarety, w głowie układając to co sobie po południu powkładałam do szuflad „Szuflady”.
Jakie to zrządzenie losu, że w trakcie krótkich wakacji, odezwało się kilka osób, z dalekimi korzeniami w Rybniku. Takie słowa: „My name is … Priester from Israel. I am the son of Frederik (Fritz) Priester from Katowice, son of Wilhelm (and Nanny nee Rosenberger), the youngest son of Isidor (and Johanna nee Kornblum)” zawsze u mnie powodują emocje. Już nie mogłam się doczekać powrotu do domu.
Kolejny potomek z niezwykle rozgałęzionego rodu Priesterów, o których już tu nie raz, nie dwa, czy nie trzy, pisałam. I wyobraźcie sobie, że trafił do Szuflandii, bo odnalazł zdjęcie ➡ „Piękni i młodzi”, na którym jest kilkoro jego dalekich krewnych, których od 2 lat opisuję. No i? No i siedzę teraz w rodzie wywodzącym się od Salomona Priestera i jego żony Rosalie z domu Zeigler, którzy w Rybniku wzięli ślub w 1837 roku.

Jako że para ta miała siedmioro dzieci, z których każde miało kolejnych ileś tam, to możecie sobie wyobrazić moje notatki. Jestem totalnie potracona, bo jak to w tamtych czasach imiona się powtarzają (już mam chyba czwartego Solo Priestera), kobity mi się gubią, bo zmieniały nazwiska, męczę się z niemieckim nie znając go, a pracuję tylko na takich aktach i niejednokrotnie nie wiem, czy dziołcha się urodziła czy synek. Kosmos! Do tego mam pootwieranych z 50 okienek przeglądarki, laptop ledwie zipie, bo równocześnie jestem na „Ancestry.com” (jak to dobrze, że wydałam te dolary na kolejne pół roku dostępu), w archiwach Arolsen, na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, w swoich własnych folderach i jeszcze nie wiadomo gdzie. Przy okazji dziękuję znajomym za zdalną pomoc w różnych sprawach 🙂

O wirusie gdzieś tam w oddali wspomina Radio Nowy Świat, a ja jestem zanurzona w genealogicznej otchłani. Jak sobie wczoraj ustaliłam, że jeden z wielu prawnuków Salomona Priestera, zarazem wnuk jego syna Markusa (ur. w Rybniku w 1839 r.), któremu przy narodzeniu w 1904 r. dano imię Siegfried, przeżył wojnę w Berlinie, to taka mnie radość ogarnęła, że nie macie pojęcia. Co tam korona! Już był w transporcie do Auschwitz i pitnął! Prawdopodobnie uciekł w trakcie wsiadania do wagonów! Potem pomagali mu dobrzy Niemcy i przyszła żona. Był Berlińczykiem, jak i jego tata Hugo Priester, bo to do stolicy Niemiec wyjechał rybnicki Markus. Siegfried jest upamiętniony stosownym „Stolpersteinem” przed domem, w którym mieszkał (źródło: Wikipedia).

Jak zaczęłam krążyć dookoła tego fragmentu rodziny Priesterów, to udało mi się ustalić, że i siostra uciekiniera Siegfrieda, nomen omen Margarethe, też uniknęła śmierci. Po Nocy Kryształowej zdołała wyjechać do Anglii. Trzecią z rodzeństwa – Edith zabiła grypa hiszpanka jeszcze w 1918 r. Kurde flak, a niby miałam nie pisać o wirusach 😉 Oczywiście potomkowie Siegfrieda i jego siostry gdzieś tam w świecie mieszkają i mam nadzieję, że mają się dobrze.

Rybnicki Markus, syn naszego Salomona i naszej Rozalki miał 3 synów, więc dziś biorę na tapetę kolejnego. A biorąc pod uwagę, że Salomon z żoną nie próżnował i poza Markusem miał jeszcze sześcioro dzieci, z których sam jeden Adolf (Aron) w naszym mieście chyba z 9 razy radował się z przyjścia na świat kolejnego potomka, to mogę być na auto lockdownie. Przemieszczam się przy tym od Rybnika, przez Królewską Hutę, Gliwice, Pyskowice, z dłuższym postojem w Gogolinie, gdzie nadal stoi m.in. macewa Rosalie Priester (!), do Berlina i nawet Australii. Czyli ruch jest 😉

Ten Gogolin był ważny dla Priesterów, a oni dla tego miasta. Ale to nitka wychodząca od Isidora, który przez ileś tam lat mieszkał u nas, a potem się wykludził jak Karolinka – do Gogolina, dzięki czemu jego brat mógł u nas handlować tamtejszym wapnem.

Tak więc, brońcie się przed koroną, co i ja czynię i już w te pędy wracam do moich Priesterów. Potem sklecę słusznych rozmiarów mail do Izraela z nowymi odkryciami, a na koniec dnia Wilkowyje. Pamiętajcie DDM! Bo jak się sami nie uchronimy, to te ciuhle*, co siedzą na stołkach nam nie pomogą.

*Pamiętam z wczesnych lat 80-tych taki… powiedzmy mural w Szopienicach: „Limahl to ciuhl”. Taki śmieszny był 😉

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Każdy walczy na swój sposób została wyłączona
Sierpień 9

Marcus Pick – rybnicki kuśnierz

W planach mam historię Iwana Lilienfelda, izraelskiego dziennikarza, urodzonego w Rybniku w 1910 r. I to on miał być moim kolejnym bohaterem. Jednak gdy sobie „googlowo” przetłumaczyłam fragment wywiadu, którego udzielił jako bardzo dojrzały człowiek, rzuciła mi się w oczy przede wszystkim jedna istotna informacja. Przez pierwszych 10 lat życia – tych spędzonych w Rybniku, Iwan był wychowywany przez dziadków. Nie, nie, Iwan, to nie był żaden rosyjski Żyd w Rybniku. To był Niemiec z czystych Niemców, choć Iwan. Ciekawe kto mu to imię wymyślił?

I tenże Iwan dorastał w domu dziadków ze strony mamy. Na razie nie będę się wgłębiać w okoliczności, które spowodowały, że chłopczyk nie był z rodzicami. Skoncentruję się na tych, którzy go kształtowali i formowali jako Żyda, rybniczanina, Niemca. Tymi dziadkami byli Markus Pick i jego żona Antonie z domu Königsberger. Gdy myślę Markus Pick, to zaraz widzę cylinder, którego kiedyś nie kupiłam na jednym z serwisów. Do dziś sobie pluję w brodę, że nie wydałam tych iluś złotych, by mieć w domu to cudo, zrobione przez kapelusznika i kuśnierza z Rynku.

Dziadek Markus pochodził z Peiskretscham, czyli Pyskowic, gdzie urodził się około 1840 r. Jego rodzice nie są wymienieni przy ślubie z rybniczanką Antonie Königsberger. Na pewno Markus przed ślubem, do którego doszło w listopadzie 1867 r., był już mieszkańcem naszego miasta. Wpis w księdze małżeństw podaje, że był kuśnierzem, a jego wybranka córką kamieniarza.

Prawdopodobnie Antonie była wnuczką przechrzty Abrahama Königsbergera, który na początku XIX w. wyjechał za pracą z dawnego Królewca, dojechał na Śląsk, zakochał się w żydowskiej karczmarce spod Lędzin, dla niej zmienił religię i z nią zamieszkał w Rybniku. ➡ http://szufladamalgosi.pl/historia-jednej-zydowskiej-karczmarki/

Antonia z Markusem (w księgach występował też jako Max) pierwsze dziecko na świecie powitali 15 maja 1868 r. I już zagwozdka. No bo, albo Rosalie była fest wczesną sześciomiesięczną wcześniaczką, albo do czegoś doszło w niewłaściwym, czyli przedślubnym czasie 😉 Za dwa lata, w Prima Aprilis, urodził się Salo Pick. I to był bodajże jedyny syn tej pary. W następnych latach nastąpił wysyp córek. Doliczyłam się jeszcze czterech, z których najmłodsza Ida, urodziła się 16 lat po ślubie Antonii i Markusa, czyli w 1883 r.

Pyskowiczanin, kuśnierz Markus Pick po jakimś czasie czuł się już rybniczaninem pełną gębą. Na 10 lat przed końcem XIX wieku, na pewno handlował w ratuszu. Zimy wtedy był cięższe niż teraz, więc mufki się dobrze sprzedawały.

Mając na głowie tyle dziewczyn, to pewne, że Markus zapierdzielał jak mały motorek. Każdej trzeba było zapewnić posag. W duchu marzył, że jedyny syn przejmie po nim sklep w Rynku, a tu Salo wywinął numer. W końcu nie na darmo urodził się w święto żartów, które już wówczas znano. Salo uznał, że mały Rybnik za ciasny dla niego i wyfrunął w wielki świat. Na tamte czasy w ten największy świat, bowiem przez Halle do Berlina. W stolicy ówczesnego cesarstwa wziął w 1902 roku ślub z Elfrydą i został berlińczykiem, olewając tym samym sklepik taty. Rodzice zaplanowali daleką podróż z Rybnika do stolicy i Markus Pick złożył swój podpis jako świadek na ślubie syna.

W zasadzie nie powinnam się zajmować tym synem marnotrawnym, bo mam pisać o jego rodzicach, ale on taki ciekawy 😉 Pierwsza żona urodziła dwoje dzieci, czyli wnuków Markusa i po jakimś czasie umarła. Żartowniś Salo Pick szybko ożenił się po raz drugi z wdową Else. Nawet roku z nią nie wytrzymał i się rozwiódł. Obrażona Else wróciła do nazwiska z pierwszego małżeństwa. Działo się to na początku lat dwudziestych i na pewno mocno wkurzyło ojca Markusa i mamę Antonię. Mieli już wtedy swoje lata i raczej zapomnieli, że sami zbyt pobożni w młodości nie byli.  Przypominam o ich fest wczesnej wcześniaczce, która przychodząc na świat niby w 6. miesiącu ciąży (w 1868 r.!) przeżyła przy ówczesnym stanie medycyny 😉 Antonia i Markus mieli trochę problemów wówczas na głowie, ale o tym potem. Dokończyć muszę primaaprilisowego Salo Picka. Salo jak szybko uznał, że jego druga żona Else jest beee, to tak szybko stwierdził, że trzecia małżonka, w dodatku kolejna Else, jest łał.  Chyba przechodził kryzys wieku po pięćdziesiątych urodzinach. Tym razem żona była z pochodzenia Ślązaczką, urodzoną w Hugo Kolonie – dziś to Siemianowice. Dwa lata temu miałam okazję zwiedzić ten zakątek Śląska z moją amerykańską znajomą, której przodkowie tam mieszkali. Hmmm… dziś to szemrany zakątek, choć urokliwy dla takich idiotów jak ja. Trzy lata po trzecim ślubie zmarł syn z pierwszego małżeństwa Salo. Z siemianowicką Else doczekał czasów, gdy brunatna masa zalała jego państwo. Zmarł w Berlinie w 1940 r. Sądzę, że ostatnią synową Markusa Picka wywieziono do któregoś z miejsc straceń, jakoż i wnuczkę z pierwszego małżeństwa Salo.

No właśnie… czas, by powrócić do Rybnika, choć dziś to on rote Zone (piszę to w dniach przywrócenia obostrzeń covidowych dla wybranych powiatów – w tym Rybnika). Zostawiamy Berlin daleko i przenosimy się na Śląsk, na rybnicki Rynek, gdzie Pick prowadził znany sklep z wytworną odzieżą.

Markus i Antonie oprócz problemów z jedynym synem, mieli furę kłopotów z pięcioma córkami. Córki, czyli wcześniaczka Rosalie oraz kilka lat starsza Clara wyszły za mąż i wyprowadziły się do Breslau. Obie niestety zostały zamordowane w czasie II wojny. Rosalie trafiła najpierw do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt, skąd 29 września 1942 wywieziono ją do tzw. małej stacji Treblinka. Charlotte, urodzona w 1875 r., też ostatecznie osiadła w Breslau i tam zakończyła życie w lutym 1941 r. Nie wiem jakie były losy Pauli, ale nie mam zbytnio złudzeń.

Zostaje do opisania Ida. I ona na pewno oczkiem w głowie Antonii i Markusa. Była najmłodsza, więc tatuś dla niej robił futerka, mufki na rączki, kapelusiki, czapeczki. Choć nie wiem jak wyglądała, to wiem, że śliczna była. Taka kochana, wycackana, rozpieszczana. Niestety, rodzice puszczali najmłodszą do Berlina – do brata. No, a jak taka dziołcha z prowincji przyjedzie do stolicy, to co zrobi? Zakocha się 😉 I nie mam na myśli blichtru wielkiego miasta, a mężczyznę. Poznała 6 lat starszego od siebie Ludwiga Lilienfelda i zaiskrzyło. I ona, jak brat Salo, wzięła oficjalny ślub w Berlinie.  Świadkowali bracia nowożeńców.

Rodzice aż drżeli, że tam zostanie na stałe. Kto wie, może perspektywą przekazania w przyszłości rybnickiego geszeftu, Markus Pick zwabił zięcia do Rybnika? Tym bardziej, że wszystkie dzieci uciekały z naszego miasta. Komuś trzeba było przekazać w przyszłości sklep futrzarski i kapeluszniczy. Ida i Ludwig Lilienfeldowie przyjechali do Rybnika. Za rok po ślubie, 3 czerwca 1910 roku, po bardzo trudnym porodzie, przyszedł na świat w Rybniku przy ulicy Kościelnej wnuk dziadków Picków, czyli syn ich ubóstwianej córki Idy.

Dziadek Markus miał 70 lat, babcia Antonie była ciut młodsza. Inne wnuki były daleko w Berlinie, czy Breslau, a ten miał być taki ichni. Taki tu na miejscu. Taki delfin. Był piątek, zbliżał się szabat. Wielka radość pomieszana z niesamowitym strachem i rozpaczą. Poród był bardzo ciężki. Ida wyczerpana, mocno krwawiła. Może ona przy ostatnim tchnieniu zadecydowała, że synek ma mieć na imię Iwan Martin? Co myślała jej mama Antonie, gdy zapalała świece szabatowe? Czy Antonia sobie przysięgła, że to ona zastąpi Iwanowi mamę widząc coraz płytszy oddech córki? Ida odeszła w noc szabatową już po północy 4 czerwca. Miała 26 lat. Rankiem, zięć Markusa, świeży tata i wdowiec Ludwig Lilienfeld udał się do Standesamtu, by zgłosić narodziny syna i zgon żony. Ida spoczęła na cmentarzu żydowskim w Rybniku, który jak pamiętacie zniszczyli Niemcy wiosną 1940 r. Bystrzy rybniczanie dostrzegą na powyższym akcie podpis późniejszego naszego burmistrza Webera.

Ze wspomnień urodzonego wówczas Iwana wynika jasno, że wychowywali go dziadkowie ze strony mamy. Pierwsze 10 lat życia mieszkał z nimi. Sądzę, że sklep na Rynku prowadził przez jakiś czas zięć Ludwig, tatuś chłopca – oczywiście pod szyldem teścia Markusa Picka.

Potem przyszła Wielka Wojna i zapewne Ludwiga zaciągnięto do armii. Iwan dorastał pod okiem babci Antonie, a stary Markus znowu zasiadł do szycia futrzanych kołnierzy. W wywiadzie, którego Iwan udzielił pod koniec XX w. opowiadał o podziale Śląska i wojskach rozjemczych, które u nas stacjonowały. Wspominał francuskiego oficera, który mieszkał w mieszkaniu dziadków i którego się bardzo bał. Na pytanie rozmówczyni o dom rodziców, wymijająco odpowiedział, że to trudne sprawy i wolałby mówić o domu babci. Ha! Wiadomo. Przynajmniej mi się wydaje, że wiem dlaczego. Raz, że babcia uznała, że zastąpi mu matkę,  dwa to wojna i nieobecność taty, a trzy to moje podejrzenie, że Ludwig Lilienfeld powoli zaczynał się rozglądać za kolejną żoną. Teściowie tego nie akceptowali (to jak zwykle moja fantazja) i konflikty narastały. Nie mam w swoich dokumentach drugiego ślubu Ludwiga z rybniczanką Else Berger. Może więc doszło do niego poza Rybnikiem. Na pewno tata osieroconego przez Idę chłopca już w 1919 r. miał konszachty z Bergerami z Rybnika, gdyż był świadkiem na ślubie brata Else Berger.

Już mu się marzyło przejęcie kolejnego interesu na naszym Rynku. Babcię, czyli pierwszą teściową to na pewno wkurzało. We wspomnieniach wnuka babcia jest przedstawiona, jako osoba nieznosząca Polaków. Miała już swoje lata i wiedziała, że niestety będzie musiała opuścić rodzinne miasto, bo Rybnikiem zaczną rządzić Polacy. Przeprowadzanie się po siedemdziesiątce nie jest łatwe. W 1921 r. Antonie i Marcus Pick wyjechali z Rybnika do Breslau. Sklep w ratuszu został sprzedany kupcowi o nazwisku Zimon.

Chyba wtedy też musieli oddać wnuka zięciowi i jego drugiej żonie. Trudny to był czas dla wszystkich. Młody musiał opuścić bezpieczne skrzydła babci i iść pod opiekę macochy, jeszcze dodatkowo zmienić szkołę z rybnickiej na bytomską, stracił przyjaciół i najbliższych. Pickowie musieli oddać ukochanego Iwana obcej kobiecie i też wyjechać ze swego miasta. Tata Ludwig Lilienfeld musiał się nauczyć kochać syna, balansować między drugą żoną a fochami jedynaka, pretensjami byłych teściów i interesami rodziny drugiej wybranki. Bo oprócz polityki, która podzieliła Śląsk były jeszcze problemy z biznesami, które w jego przypadku zawsze należały do rodzin żon. Może musiał wykiwać któregoś ze szwagrów, by przejąć sklep z butami Bergerów w Rybniku i potem go samodzielnie prowadzić w Bytomiu po 1922 roku? Do Lilienfelda ojca i syna mam nadzieję wnet wrócić, ale gdybym jednak tego nie zrobiła, to tylko wspomnę, że zamieszkali w Beuthen. Ludwig i jego trzecia żona (tak, tak, była kolejna macocha i była to siostra Elsy Berger z Rybnika) zostali zamordowani w 1942 r. w dalekiej Estonii, a młody Iwan zdołał wyjechać przed wojną do Palestyny. Zresztą młodego bardzo nosiło po świecie i z ojcem za długo nie mieszkał.

A co się stało z dziadkami, którzy tyle lat sprzedawali na naszym Rynku kapelusze i wyroby futrzarskie? Jeszcze przed wyjazdem Markus w 1920 r. świętował swoje 80. urodziny. W rejestrze handlowym firma „M.Pick Kürschnermeister Rybnik O.-S.” została oficjalnie wykreślona w 1923 roku.

Za 9 lat od wyjazdu z Górnego Śląska dokończył żywota we Wrocławiu. O jego zgonie poinformował urząd jedyny syn Salo z Berlina. Nie wiem, kiedy zmarła Antonie. Na pewno wnuk, którego wychowywali w Rybniku odwiedzał ich jeszcze przed ich śmiercią. Nie wiem, czy ich groby zachowały się we Wrocławiu na cmentarzu przy ulicy Lotniczej. Po kilkudziesięcioletnim pobycie Picków w Rybniku nic się nie zachowało za wyjątkiem starej pocztówki, na której widać szyld sklepu, paru reklam w starych gazetach, no i dokumentów w archiwum w Raciborzu. Żyję nadzieją, iż kiedyś trafi się jakiś kapelusz na ebay’u czy allegro i dołączy do moich judaików.

Źródła: Archiwum Państwowe w Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, portal ancestry.com, Allegro, własne analizy i fantazja.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Marcus Pick – rybnicki kuśnierz została wyłączona
Kwiecień 6

Gadana „Opowieść z Szuflady” cz.5

Tym razem opowiadam o budynku, ale jak zwykle i o ludziach. Historia o byłym Domu Towarowym na rybnickim Rynku i kupcach, którzy w nim handlowali, czyli o Emilu Pragerze i rodzinie Leschczinerów.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Gadana „Opowieść z Szuflady” cz.5 została wyłączona
Marzec 7

Hazynhajda

To miejsce darzę ogromnym sentymentem. Wielki park, ofiarowany miastu pod koniec XIX wieku przez żydowskiego przedsiębiorcę, radnego, filantropa – Juliusa Haase (pisałam o nim 5 lat temu tu ➡ Juliusz społecznik). Na cześć darczyńcy nazwany Haasenheide.

Bodajże najstarsza karta przedstawiająca park ma właśnie opis: „Haasenhaide. Gruss aus Rybnik. O.S.”. Widać na niej, jak eleganccy mężczyźni spacerują po świeżo wytyczonych i obsadzonych zielenią alejkach. Na drugim planie wije się droga z Chwałowic do Rybnika, który jest gdzieś tam w oddali.

W czasach niemieckich, ten fragment Rybnika był ulubionym tematem na pocztówkach. Po „Stadtparku” przechadzały się rodziny.

Rybniczanki w długich sukniach kryły się przed słońcem w cieniu wielkich drzew.

Kto wie, może te widokówki sponsorował sam Julius Haase. Ta poniższa, na której widać rok nadania 1904, jest z czasów, gdy jeszcze mieszkał w Rybniku. Przyglądający się z troską roślinom, dwaj mężczyźni, to mogą być urzędnicy miejscy sprawdzający, czy przyjęły się posadzone przy Alejce Haasego dęby Bismarcka.

Po wybudowaniu tarasu widokowego, który jest istniejącym do dziś, przeuroczym elementem małej architektury z początków XIX w., wydawcy uznali, że to się może sprzedać 😉 I chyba sprzedawało, bo aż na trzech pocztówkach przedstawiono „Stadtpark-Terasse”. Park tętnił życiem. Były koncerty, mała restauracyjka, rybniczanie dreptali z miasta do tej zielonej oazy z wielką ochotą.

A jak już tam przydreptali to patrzeli na to, jak pięknie wyglądało nasze miasto od strony Hasenheidy! Widać było żydowski sierociniec, Juliuskrankenhaus, starostwo, budynki przy dzisiejszej Świerklańskiej, Antoniczka. Całe miasto buchało zielenią. Przynajmniej ja tak to widzę 😉

W 1905 roku park został powiększony o parę hektarów, które nabyło miasto. Cztery lata później fundator – Juliusz Haase został honorowym obywatelem miasta Rybnika. Jakiś czas potem zostawił Oberschlesien i przeniósł się do Berlina, gdzie zamieszkał w takim paradnym budynku przy Kaiserallee 209.

No, a potem odszedł w wieku 64 lat. Pochowany został na cmentarzu żydowskim Weissensee. Niestety, gdy tam byłam ponad 2 lata temu, to kwatera, w której spoczął Julius, a następnie jego żona, była zawalona drzewami po przejściu huraganu Ksawery. Wiem, że groby małżonków istnieją, ale ich nie znalazłam. Świat jednak, mam nadzieję, jeszcze się nie kończy, więc kiedyś tam wrócę.

Gdy Rybnik stał się polski parkowi zmieniono nazwę z Hasenheide na Kozie Górki (ewentualnie Kozie Góry). Choć jeszcze w 1924, a nawet w 1925, w prasie robotniczej, gdy informowano o obchodach święta 1 Maja, to używano nazwy oryginalnej. Towarzysze szli w pochodzie na Hasenheide 😉

Obecnie park zwą i Kozie Górki, i Hazynhajda, i Hajda. Tą ostatnią nazwę przyjęła jedna z lepszych restauracji rybnickich, która od wielu lat działa w środku tej zielonej plamy. Stoi tam też tablica informacyjna, która w kilku językach skrótowo przedstawia historię tego miejsca.

Sam Julius jest upamiętniony w parku w dwóch miejscach. Od lat stoi stary obelisk przy Restauracji Hajda. Parę lat temu miałam wielką przyjemność, by pociągnąć za szarfę i odsłonić jego nowy pomnik wraz z prezydentem miasta oraz przedstawicielką dzielnicy Meksyk.

W pobliżu parku, niejako w jego otulinie, przez lata stała ruina dawnego hotelu – domu gościnnego o nazwie „Rondo”. Jeszcze dziś można w internecie natrafić na zdjęcia przedstawiające zarówno środek jak i obejście tego należącego do PKP byczego bloku. Wielki komunistyczny moloch swym zdewastowanym obliczem psuł wizerunek pobliskiej Hazynhajdy.

Ponad 3 lata temu pojawiły się informacje, iż ktoś kupił, ktoś coś zmierza, ktoś chce z tego opuszczonego i zrujnowanego ośrodka zrobić mieszkaniową perełkę. Po jakimś czasie okazało się kto i to już zaczęło dobrze wróżyć. Nie żaden szemrany zewnętrzny deweloper, a dziołcha „stond” – „naszo”. Rudo dziołcha z „pałerem”, jak to mówią. I ta dziołcha to kupiła, wyremontowała, a terozki sprzedowo. Czyli ta dziewczyna to kupiła, wyremontowała i teraz sprzedaje. Ale, zdając sobie sprawę z ważności historii, z potencjału Hazynhajdy, to ta dziewczyna stwierdziła, że należy zajrzeć do „szuflad” z naklejką „Haase”. Z wielką przyjemnością je otwarłam i opowiedziałam co wiedziałam.

Teraz te historie będzie przekazywał miły pan ze zdjęcia, bowiem to on, w imieniu rudej dziołchy, zajmie się sprzedażą. Nie jestem skora do reklamowania prywatnych inicjatyw, ale tą muszę, bo wiem, że Juliusz Haase się ucieszył, że wreszcie otoczenie jego parku wyładniało. On sam inwestował w nieruchomości, lubił piękno, na bank był estetą, więc przylazł do mnie w nocy 😉 i rzekł: Małgosia, schreiben Sie über die Wohnsiedlung „Parkowa”. A czegóż ja nie zrobię dla Julka 😉

Podjechałam pod Osiedle Mieszkaniowe Parkowa. Połaziłam se po Hazynhajdzie, pogadałam z Julkiem w myślach. Doszliśmy do wniosku, że jeszcze ciut za mało zieleni przy budynkach. Obojgu nam by się marzyły pnącza i wiele, wiele kwiatów. Mieliśmy to samo zdanie: jak posadzą tam iglaki, to Julek ich będzie straszyć.

Jednak ostatecznie, gdzieś po 15 minutach, Julek filuternie mrugnął okiem tam gdzieś na wysokościach i powiedział: „Aaaa, napisz”. Szkryfnął podpis i dał przyzwolenie.

No to napisałam. Nie wiem, czy mieszkania są w środku ładne. Nie wiem, czy będzie więcej zieleni. Nie wiem, czy remont był dobrze przeprowadzony i czy drogo, czy też tanio. Ale wiem, że to niesamowite miejsce, że w pobliżu jest kilka hektarów starego, naturalistycznego parku, że zaraz obok jest najlepsza pizza w Rybniku i że Julius Haase będzie czuwać nad tym miejscem. Mazeł tow!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Hazynhajda została wyłączona
Luty 23

Ktoś go musi wspomnieć – zapomniany dentysta

Przed 75. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz robiłam taki mini projekt na ➡ Fb Rybnickich Żydów wspominając tych rybniczan, którzy zginęli w tym potwornym miejscu. Przeglądając różne nazwiska wpadł mi w oczy młody człowiek o imieniu Samuel. Starając się na szybko znaleźć jakieś informacje o nim doszłam do wniosku, że raczej jego życie nie zakończyło się w Auschwitz. Dlatego też wówczas go pominęłam, ale ten przystojniak tkwił mi w głowie, więc dziś poświęcam mu odrębną szufladkę. Nie będzie to jakaś wyjątkowa story. Skoro jednak przez jakiś czas u nas mieszkał, to należy mu się wspomnienie, bo na pewno nie ma nikogo, kto by go przypomniał.

Samuel Waldberger

Tylko raz się na niego natknęłam w rybnickich dokumentach. Znalazłam jego podpis jako świadka na ślubie opisywanego już onegdaj zegarmistrza ➡ Aleksandra Waldberga.

Ślub miał miejsce w Rybniku w październiku 1933 roku. Rozwiedziony Aleks, fachowiec od napraw czasomierzów, od wielu lat rybniczanin, brał sobie wtedy za żonę gliwiczankę Irmę Hecht. Gdy pisałam o zegarmistrzu nie wiedziałam skąd pochodził. Dziś już wiem, iż jego miastem rodzinnym było „Podgórze przy Krakowie” jak to zanotował urzędnik USC. Z tego miasta pochodził również Samuel Waldberger. Na dokumencie zawarcia małżeństwa Samuel widnieje jako dentysta zamieszkały w Rybniku przy ulicy Łony 9, czyli w kamienicy, w której mieszkał i Aleks Waldberg.

Obydwaj obcy w Rybniku, obydwaj z Krakowa, a ściślej z Podgórza, obydwaj wykonujący zawód wymagający wielkiej precyzji, no i obydwaj o podobnych nazwiskach. Jeden Waldberg, a drugi Waldberger.

Drugim świadkiem na ślubie Aleksandra i Irmy był Majer Krakauer – kupiec znany w mieście. Majer czeka na opisanie, bo to niezwykła postać. Też nie był „nasz” od urodzenia, choć ostatecznie na naszym cmentarzu został po latach pochowany. Dwaj polscy Żydzi świadkowali na tym na ślubie. Z czego jeden był sąsiadem z tej samej kamienicy przy Łony, a drugi mieszkał o rzut beretem, czyli na Gliwickiej. Swoi trzymali się razem. Niemieccy Żydzi, którzy nadal u nas mieszkali, zapewne nie dopuszczali ich do swojego grona.

Samuel dentysta szykownym facetem był. No, popatrzcie. Regularne rysy, elegancko przystrzyżone bujne włosy, zalotny wąsik. Gdy mieszkał u nas był ledwo po trzydziestce. Synek do wzięcia. Nie znalazłam żadnych informacji o nim w okresie, gdy pomieszkiwał w Rybniku. Podejrzewam, że pojawił się u nas na krótko. Czy miał tu też gabinet? Internety na ten temat milczą. Przedtem był dentystą w Berlinie! Księga adresowa tego miasta dla lat 1931-1932 podaje, iż mieszkał przy Joachimstrasse 11a.

Co ciekawe, przed 1938 r. ponownie zakotwiczył i pracował w Berlinie, choć już pod innym adresem. Zapewne też wnet musiał Niemcy opuścić, jako polski Żyd.

Nie do końca byłam pewna, czy to ten sam człowiek. Ale to on. Za chwilę wyjaśnię na czym opieram tą pewność. Przekopałam wiele stron i znalazłam jego prośbę o wydanie karty identyfikacyjnej dla Żydów. Przebywał w 1940 roku w dawnej wsi podkrakowskiej o nazwie Tonie – dziś części Krakowa. Potem był w getcie, a to utworzono na Podgórzu 🙁 A skoro był w getcie, to… to raczej pewne, że wojny nie przeżył.

„Page of testimony” na stronie Yad Vashem potwierdziło moje przypuszczenia. Tym samym rozwiało wątpliwości, czy Samuel z Joachimstrasse to Sam z Rosentalerstrasse. Jakaś daleka krewna złożyła dwie informacje o tym, iż Samuel (Sam) urodzony w Krakowie, mieszkający przez krótki czas w Rybniku, leczący zęby też w Berlinie, znalazł się w krakowskim getcie i od tego czasu ślad po nim zaginął.

Nie pozostało po nim nic za wyjątkiem zamaszystego podpisu, dwóch mini reklam z Berlina i tego zdjęcia na Yad Vashem. Nie wiem, czy był żonaty, nie wiem, czy miał dzieci. Nie wiem, czy był dobrym dentystą, ani nie wiem, czy był fajnym sąsiadem. Nie wiem, czy lubił się śmiać i nie wiem, czy nie był jednym z tych, których Amon Göth zastrzelił ze swego balkonu z karabinu snajperskiego.

Niestety, wiem już za to, iż zegarmistrz Aleksander Waldberg, na którego ślubie świadkował Samuel, też w czasie wojny znalazł się wraz z żoną Irmą w krakowskim getcie. Nie dotarł ani do Gwatemali, czy innej Brazylii, jak to się łudziłam, gdy pisałam o nim w listopadzie 2017 r. Ostatni ślad po rybnickim fachowcu precyzyjnym i jego żonie to adres: ulica Smolki 4a/3 Kraków-Podgórze 🙁 Potem znalazł się na liście przesiedleńczej do getta. Reszty możecie się domyśleć.

Źródła: Yad Vashem, Ancestry.com, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Archiwum Państwowe w Raciborzu.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Ktoś go musi wspomnieć – zapomniany dentysta została wyłączona
Kwiecień 14

Hugo Nothmann – nauczyciel

Wyłączyłam się ze słuchania o polityce i z oglądania tego całego syfu, który jest dookoła jakiś rok temu. Dla własnego zdrowia psychicznego lepiej się izolować od złego. Ale obok pewnych spraw nie da się przejść obojętnie i udawać, że ich nie ma. Czyli jednak co jakiś czas wkurw mnie bierze, bo pomimo poustawianych blokad dookoła głowy ileś gówien, które nam serwują rządzący dociera.

Strajk nauczycieli… Zastanawiałam się, czy jestem za czy przeciw. Nigdy nie lubiłam szkoły. Ani jako dziecko, ani jako rodzic. Nie o tym jednak chciałam dziś pisać. To było dawno i można uznać za niebyłe. Chcę Wam opowiedzieć o jednym nauczycielu, który swego czasu uczył w Rybniku. Jak zwykle niewiele o nim wiem, ale to co udało mi się na jego temat znaleźć postaram się przedstawić.

Miał ładne imię – Hugo. Hugo Nothmann przyszedł na świat w styczniu 1889 r., w mieście Kattowitz, w rodzinie kupca żydowskiego. W wieku 18 lat rozpoczął naukę w żydowskim seminarium teologicznym w Breslau, a uprawnienia nauczycielskie uzyskał w 1914 r. w Marburgu. Jakiś czas później ożenił się z Hedwig z rodu Bielschowsky. Pierwszy syn Alfred urodził się w 1920 r. w Wolfenbüttel w Dolnej Saksonii. Sądzę, że Hugo pracował tam jako nauczyciel. Czego mógł wówczas uczyć, tego niestety nie wiem. Dwa lata później, już bliżej nas – bowiem w Opolu, urodziła się córka Gabrielle. Żona Hugo – Hedwig pochodziła z Carlsruhe (dziś to wieś Pokój w powiecie namysłowskim, z przepięknie położonym cmentarzem żydowskim), więc zapewne powrót państwa Nothmannów z Saksonii był spowodowany tęsknotą za Górnym Śląskiem. No i w 1923 roku znalazł się w moim Rybniku. Był niemieckim Żydem, ale chyba z polskim obywatelstwem. Powtórzę: chyba. Gdy w naszym mieście wybudowano nową siedzibę prywatnej wyższej szkoły niemieckiej Hugo został w niej zaangażowany jako „nauczyciel akademicki”. Ta szkoła to dziś SP Nr 1 im. Janusza Korczaka przy ul.Chrobrego. Moja własna podstawówka, której nienawidziłam. Zanim jednak ją wybudowano, szkoła niemiecka przez krótki okres czasu miała swoje sale w dzisiejszych „Powstańcach”, czyli wówczas już polskim gimnazjum. To nie odpowiadało polskim władzom, dlatego też wybudowano przy ówczesnej ulicy Gimnazjalnej (dziś Chrobrego) nową, okazałą szkołę dla uczniów mniejszości niemieckiej. 

Hugo zamieszkał przy ulicy Kozie Góry nr 7, co wyraźnie widać na wykazie podatkowym, prowadzonym przez Gminę Izraelicką w Rybniku.

Na mój rozum i nos, wynajmował mieszkanie w domu, który do dziś stoi przy Parkowej, w pobliżu Hazynhajdy. Pan profesor do szkoły nie miał zbyt dalekiej drogi. Wielu moich kolegów z podstawówki śmigało z Meksyku (nie-rybniczanom wyjaśniam, iż tak nazywa się dzielnica, w której mieszkał) do budy, której całą dziecięcą mocą nie znosiłam.  

Nasz profesor Hugo uczył matematyki, fizyki i chemii w latach 1923-1929. Być może to on jest na poniższym zdjęciu, które obrazuje pracownię chemiczną w dawnej szkole mniejszościowej.

Teraz dochodzę do sedna sprawy, związanej z czasami współczesnymi. Spójrzcie na poniższy wykaz podatkowy. Podatki płacone na rzecz gminy żydowskiej były uzależnione od dochodów. Jak widzicie, najwięcej w Rybniku płacił posiedziciel browaru Zygfryd Müller. No, ale on był naprawdę bogaczem. Potem było kilka osób, których na tym zdjęciu nie ma (inne litery alfabetu) i byli to zamożni kupcy. Zamożną osobą była Olga Priester, bogaty był Maks Richer – budowniczy. No i bogatym był pan profesor. Płacił więcej na rzecz gminy niż spedytor Młynarski, który do bidoków nie należał, bo obsługiwał prawie cały transport w naszym mieście.

I tak powinno być. Nauczyciel winien być godziwie wynagradzany. Jego zawód powinien być szanowany i nie może być szmacony. Żaden zresztą zawód nie może być źle traktowany i każdy, właściwie i dobrze pracujący człowiek, musi być odpowiednio wysoko wynagradzany. Pasje to se można prywatnie realizować przy koszeniu trawy, albo tak jak ja teraz, pisząc sobie a muzom ten tekst, a nie w pracy. Idei się dziecku do kanapki nie włoży, ani się nią za wywóz śmieci nie zapłaci. I dlatego, mimo, iż moje prywatne doświadczenia z nauczycielami (jako ucznia, rodzica i nie tylko) są, delikatnie mówiąc, byle jakie, to rozumiem ich zmagania i się z nimi solidaryzuję.

Tyle moich wynaturzeń na tematy polityczno-społeczne. Wracam do Hugo. W Rybniku urodził mu się najmłodszy syn – Walter. Było to w roku 1929, czyli w tym, w którym z Rybnika wyprowadził się do Mikołowa. Zapewne i tam uczył. Potem los go rzucił do Hindenburga, czyli Zabrza, gdzie w latach 1935-1937 pracował jako „nauczyciel mianowany”. Nie mam pojęcia dlaczego wyjechał z Polski do Niemiec. Chyba nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego co się może stać. W pewnym jednak momencie musiało to do niego dotrzeć, gdyż znalazł się w Austrii, która oczywiście była dla niego i rodziny bezpieczna tylko przez jakiś czas. Uczył w szkole, w malutkiej mieścinie o nazwie Randegg. Gdy gestapo kazało im opuścić miasto, Hugo ze starszym synem Fredem wyjechał do krewnych do Berlina. Żonie udało się wyjechać do Francji, gdzie pracowała jako pielęgniarka w obozie w Gurs. Nie chce mi się opisywać historii tego miejsca, więc odsyłam do Wikipedii

Niestety, w Berlinie profesor również nie był bezpieczny, jak dziesiątki tysięcy pozostałych Żydów niemieckich. Choć i tak miał więcej szczęścia od swej żony i syna Freda. Hugo został wywieziony do obozu w Theresienstadt. Tam też „Praca czyniła wolnym” jak w Auschwitz (to sarkazm, jakby co).

W obozie Hugo był zaangażowany w nauczanie dzieci żydowskich. Nawet w tak strasznych warunkach wiedział, że mądrość narodu zależy o mądrości przekazywanych dzieciom. Jemu udało się przeżyć Therezienstadt. Jego żonie oraz synowi Fredowi, nie udało się wyjść cało z Auschwitz, do którego się dostali. No, ale porównywanie tych dwóch obozów, to tak jak porównywanie gruźlicy z rakiem mózgu. Po wyzwoleniu w 1945 r. Hugo Nothmann dostał się do obozu dipisowskiego w Deggendorf. Stamtąd pisał listy do Palestyny, w której w nieznanych mi okolicznościach, znalazła się córka Gabrielle. Po wojnie osiadł w mieście Fürth na Bawarii. Na pewno się nie zdziwicie, gdy napiszę, iż pracował jako nauczyciel. Był też aktywnym członkiem Towarzystwa Chrześcijańsko-Żydowskiego. Za swoje osiągnięcia i wiele prac naukowych otrzymał Federalny Krzyż Zasługi. Zmarł w 1975 r. Pochowano go na nowym cmentarzu żydowskim w Fürth. Zapewne w tym domu przedpogrzebowym, nad jego trumną ktoś wygłosił sporo ciepłych słów o Hugonie, który był nauczycielem wielu różnych dzieci i który przez kilka lat uczył także rybnickie latorośle w prywatnej szkole mniejszościowej. Hugo też walczył o godność, choć bezsprzecznie jego walka w obozie koncentracyjnym w żaden sposób nie może być porównywana do zmagań, jakie obecnie toczą nauczyciele. 

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Najmłodszy syn Hugo i Hedwig, urodzony w Rybniku Walter, też przeżył wojnę. Jak? Nie mam bladego pojęcia.

Zdjęcia z Wikipedii, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, AP w KATO oraz googla. Korzystałam m.in. z artykułu z Marcina Wieczorka pt. „Prywatna Wyższa Szkoła w Rybniku z niemieckim językiem wykładowym” (Zeszyty Rybnickie 2008) oraz jak zwykle z internetów 🙂 No i przepraszam za brak właściwego wyśrodkowania tekstu, ale co aktualizacja, to WordPress gorszy.

Grudzień 30

Rok 2017 – remanent

Dla tych, którzy lubią podsumowania

Nowy rok za rogiem, więc czytelnikom należy się podsumowanie mijającego. Oj wiele i dobrze się działo. Nadal dookoła mnie byli ciekawi i pozytywnie nakręceni ludzie.

Najpierw, w lutym, moja wystawa ze zdjęciami z cmentarzy żydowskich Górnego Śląska pojechała do Mysłowic. Jeszcze raz dziękuję Bogusiowi oraz dyrektorowi Muzeum w Mysłowicach za zaproszenie. Miło być docenionym w obcym, choć w sumie nie obcym mieście.

Krótko potem, gliwicki Dom Pamięci Żydów Górnośląskich obchodził roczek. Wnet miną dwa lata od momentu powstania tego niewiarygodnego miejsca, które przyciąga zwiedzających, przewodników, turystów, młodzież, grupy z Polski i zagranicy. W Rybniku miało powstać Centrum Humanistyczne z podobnymi celami, ale cóż… nie powstało. Lajf is lajf  😉 Gleiwitz mi rekompensuje wszystko.

(Tort na roczek wykonała firma Chechłacz z Żor i też jej za to w tym miejscu dziękuję).

Przez cały rok w Domu, tak jak i w roku ubiegłym, mogłam słuchać najlepszych z najlepszych. Stać sobie z redaktorem Nogasiem i przeklinać, to dla trójkowicza jest naprawdę zaszczytem.

Gdzie, jak nie w Domu Pamięci, mogłabym stanąć do jednego zdjęcia z Julianem i Jakubem Kornhauserami. Bo o swoich koleżankach – wolontariuszkach roku 2017 w Gliwicach nie wspomnę.

W mijającym roku udało mi się ukończyć studia podyplomowe, na których wszystkie trzy semestry zaliczyłam dzięki Żydom, choć studia były pedagogiczne  😉 Praca dyplomowa nosiła tytuł „Doświadczenia edukatora prowadzącego zajęcia z różnymi grupami odbiorców z zakresu wiedzy o Żydach górnośląskich, jako części edukacji wielokulturowej”. Pójść na studia z przygotowania pedagogicznego i fanzolić na każdych zajęciach o Żydach, to trza być miszcz :mrgreen: .

W marcu, dzięki uprzejmości Muzeum w Gliwicach i Karoliny, moja wystawa zawitała w halo! Rybnik. Zaś dzięki Mariuszowi, którego podziwiam i niezwykle szanuję, dorobiłam się pierwszego w życiu plakatu. Mariusz, jeszcze raz buziaki!

Przy okazji wernisażu, zakończyłam cykl spotkań pt. „Geboren in Rybnik”, które miałam przyjemność prowadzić wraz z Jackiem Kamińskim i Jasiem Krajczokiem. Jacek zresztą to moja druga połowa jabłka od prowadzenia spacerów – takiego fachowca to ze świcą należy szukać. Jacku szacun!

Kwiecień to był miesiąc ADY. Mojej Ady, której całą historię udało mi się w końcu rozwikłać i przekazać ludziom. Znowu pomogły dobre i przyjazne człowieki. Moment, w którym bardzo wiekowa pani Klara, odnaleziona dzięki Żanecie, przekazała mi zdjęcie Ady i jej rodziców, zaliczam do jednego z bardziej wzruszających w ciągu tych ostatnich 365 dni. Kto ciekawy kim była Ada, niech pootwiera odpowiednie szufladki. Dziękuję też Oli Namysło, za kontakt z profesor Barbarą Engelking, bo uzyskana od pani profesor relacja Ady z Yad Vashem pozwoliła mi na uzupełnienie najostatniejszych z ostatnich luk w historii rodziny Schwerdt, których już nie opublikowałam. A dlaczego? Bo nie. Kropka.

Kwiecień to był Wrocław i seminarium Centropy. Każdy moment i miejsce są dobre na szukanie śladów po rybniczanach. Hyś, to hyś. Z hysiami się nie walczy.

Czyż cmentarze nie są piękne?

Najważniejsze wydarzenie maja to był spacer szlakiem przedsiębiorców żydowskich i ich skandali. Sporo ludzi przyszło, oj sporo. Nawet moje słuchaczki z Gliwic przyjechały! Serducho się radowało 🙂

W czerwcu zakończyłam cykl wykładów w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich pogadanką o rybnickiej rodzinie Kornblumów. Zaczynałam od Haasych z Rybnika i kończyłam Kornblumami. Trzeba promować własne miasto i lokalną społeczność żydowską. Karola, gdyby nie Ty, to te opowieści by mi się kisiły w laptopie. Przy okazji spaceru szlakiem kobiet, realizowanego wraz z Fundacją Re:akcja, tyle nagadałam o naszych Żydówkach, że hej. Poszłam po bandzie przy opowiadaniu o Geili Majerowicz, że aż sama się popłakałam. No, ale musiałam opowiedzieć o napisie w muzeum w Bełżcu i o samym obozie. Co prawda Geila zginęła w Auschwitz, ale moim celem było wypełnienie prośby pani dyrektor tego mało znanego muzeum. O Bełżcu trzeba ludziom mówić, bo o nim nie wiedzą. Trzeba uświadamiać. Trzeba grzmieć.

W lipcu nasze miasto w końcu upamiętniło miejsce po rybnickiej synagodze. Brawa! Wreszcie nie będzie wstydu przy oprowadzaniu po mieście.

Oprócz tego obelisku z tablicą, uhonorowano jeszcze Juliusza Haase (po raz trzeci!) i w parku Hazynhajda postawiono tablicę z informacją o powstaniu parku i jego założycielu. Tym samym Juliusz Haase jest najczęściej wymienianym rybniczaninem w przestrzeni miejskiej. Takie rzeczy radują niesamowicie.

W sierpniu też był jeden ważny dzień. Przy okazji Pierwszego Rybnickiego Zalewu Dobrego Piwa, organizowaliśmy mini wystawę birofilistyczną. Skoro browary, to i nasi Müllerowie – właściciele kilku z nich. Od kilku lat nie potrafiłam ustalić daty i miejsca urodzenia Hermanna Müllera. No, ale jak ktoś jest totalnym ćwokiem, to nie potrafi się wczytać w akta, które przeglądał dziesiątki razy. Dużo się jeszcze muszę nauczyć, oj dużo. Gdyby nie pani dr Ewa Kulik z naszego muzeum, to nadal bym kombinowała, czy przypadkiem ten późniejszy bogacz nie urodził się w pobliskim Ratibor. A pani Ewa, przed naszą wspólną pogadanką historyczną, na moje głupkowate stwierdzenie, że z tym urodzeniem Hermanna, to mam problem, odparła: Jak problem? Był synem Jacoba i bodajże w 1836 się urodził. To ja jej: Jak to? Tyle razy księgę narodzin przeglądałam i go nie ma! A Ewa: Bo on przy narodzinach był Hirsch. Noż k… mać! Małgosia! Tumanie jeden! Jasne!

Sierpień i wrzesień to były smutne miesiące. Odszedł wielki przyjaciel i druh. Marku, byłeś jedyny i niepowtarzalny 🙁 Pustka po Tobie została… Za tęczowy most przeszła też, po 17 latach życia, nasza Maszunia – część naszej rodziny. Widziała na pewno jak cierpimy i posłała nam Marcysię, vel Nowotkę, która aktualnie robi mi rozpierduchę na biurku, zjada wsio co się da (nawet cebulę, ogórki, ciastka, czy musztardę), daje buzi i wkurza na maksa Mrużkę.

Październik! Miesiąc cudów i spełniania marzeń. Zobaczyłam żydowski Berlin i po tylu latach zajmowania się rodziną Haasych mogłam położyć kamyk na grobie Rudolfa. Olutka! Jesteś jak złota rybka, która spełnia życzenia 😉 Parę ich jeszcze mam  :mrgreen:

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła iluś tam cmentarzy w ciągu całego roku. Była ponownie Biała, Prudnik, był Berlin, WRO, Gliwice ileś tam razy, ale był i Sopot, czy Gdańsk.

 

Obdłubywanie cmentarnych rzepów jest już mi od lat przypisane.

 

W 2017 roku ponownie doznałam szoku, gdy zobaczyłam grę aktorską kolegi odgrywającego rolę zbrodniarza Morela. Remik, wbiłeś mnie w krzesło, rzuciłeś mną o zolę, sponiewierałeś, bo grałeś jak najlepsi z najlepszych. To był jeden z ważniejszych momentów mijającego czasu, o czym zresztą na Szufladzie napisałam.

O ile pamiętacie, to pisałam też o odnalezieniu się wnuka rabina Braunschweigera. Dla takich momentów warto prowadzić tą stronę i robić co robię.

Udało się też doprowadzić do jako takiego stanu wielowyznaniowy cmentarz psychiatryczny przy ul.Weterenów w Rybniku. Dzięki ludziom z Forum Obywateli Rybnika, Ochotniczej Straży Pożarnej z Wielopola oraz uczniom ze szkół, wreszcie można było na cmentarz wejść. Doszło też do jego poświęcenia i odmówienia modlitwy przez księdza. Nieważne, kto za kogo się modlił i kto jakiej wiary tam jest pochowany. Ważne, że nekropolia ta ponownie „odżyła”, jeśli można użyć takiego określenia w stosunku do cmentarza.

Końcówka roku miała mocne akordy. Najpierw odnalezienie Szuflady w nowo wydanej monografii Rybnika. Łał! Dziękuję panu Marcinowi Jarząbkowi. To wielki zaszczyt i wyróżnienie, że totalnie niszowy blog, jak Szuflada Małgosi, został wymieniony w tak ważnej dla miasta publikacji.

Drugim ważnym momentem grudnia była pierwsza publikacja „szufladki” w Tygodniku Nowiny. Adrian, i Tobie należą się podziękowania.

Trzecie bycze przednoworoczne BUM, to było zaproszenie mnie – Małgosi – jako gościa honorowego, na międzynarodową konferencję genealogów żydowskich (International Association of Jewish Genealogical Societies), która odbędzie się w Warszawie w przyszłym roku. Zwykły plimplok spod hałdy, wśród ponad 1000 genealogów z całego świata! Mam być w „German Jewish Special Interest Group GerSIG”, czyli grupie niemieckiej, no bo w jakiej bym miała być, skoro moi Żydzi byli Niemcami. Kolejne podziękowania w tym miejscu kieruję do Rogera Lustiga, bo to jemu zawdzięczam to zaproszenie.

Na koniec, żeby nie było, że tylko żydowsko na Szufladzie, muszę dodać, iż cały rok był dobry, bo pracowałam i przebywałam ze swojakami i fajnymi ludziami 😉 Nadal jako starsza pani w halo! Rybnik  :mrgreen: No i chyba przez to prądy mi się w mózgu normują, czyli może wnet zaśpiewam jak ten umierający waleń na plaży (określenie Młodej na moje próby śpiewania): „Bye, bye, meine lieber EPI” i pierdyknę tabsami.

(fot.Urząd Miasta Rybnika)

Jako ta, która otwiera różne szufladki, jeszcze raz wszystkim dziękuję za to, że do nich zaglądacie. Zastanawiałam się nad życzeniami dla Was na następny rok. Pisząc tego posta słuchałam „Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka w Trójce. Tak, tak, jeszcze słucham Trójki, choć coraz częściej niestety muszę się przełączać na różne radia, które też są z dupy. I tak uznałam, że chyba poza zdrowiem dla każdego z nas, Was, nich, i onych, to powinniśmy sobie życzyć, by nie było wojen i nie było nienawiści do innych, bo z tego rodzi się cały ból świata.

Dzięki Ci Olu Klich, że to moje życzenie pokoju mogło się ukazać w Gazecie Wyborczej.

                        Do zobaczenia w 2018 roku! 

Październik 28

Jüdisches Berlin, czyli żydowski Berlin (cz.1)

Marzenie się spełniło. Zobaczyłam żydowski Berlin w pigułce, bo nie da się wszystkiego obejrzeć w trakcie jednej wizyty w mieście, którego historia jest tak skomplikowana i niezwykła. Oczywiście mam na myśli historię żydowską, bo na niej się skupię. Przed wyjazdem zrobiłam sobie listę tych rzeczy, na których mi najbardziej zależało oraz tych, które przy okazji, ewentualnie, na wszelki wypadek, w razie wolnego czasu może uda się zaliczyć.

No to zaczynam  😀 Już pierwsze kroki na zmoczonej deszczem niemieckiej ziemi, czyli zaraz po wyjściu z samochodu, skierowałam w stronę byczej kamienicy, sąsiadującej z naszym apartamentowcem Palacina.

Tu były pierwsze dwa kamienie pamięci, tzw. Stolpersteiny, czyli płytki w chodniku upamiętniające Żydów tu mieszkających. Małżonkowie Weinstock zamieszkali przed 1934 na terenie Czechosłowacji, później w Berlinie przy Winterfeldtstraße 5 stracili życie w getcie we Włocławku. A może w obozie zagłady w Chełmie nad Nerem?  😥

Pierwszy dzień naszego pobytu w stolicy Niemiec był bardziej towarzyski, więc nie będę go opisywać 😉

Wtorek z rana zaczęłam od samotnej przebieżki po okolicy Palaciny – właśnie w poszukiwaniu tych smutnych pamiątek po danych mieszkańcach pobliskich kamienic. Po śniadaniu, zaopatrzone w mapę, przewodniki, instrukcje od Frau z naszych apartamentów, już wszystkie trzy udałyśmy się na zwiedzanie Berlina. Najpierw busem pod jakiś dupny Bahnhof, z którego szłapcugiem łaziłyśmy czasem w deszczu, czasem tylko przy mżawce, oglądając po drodze co się dało, no i zaliczając żydowskie i „holokaustowe” punkty z mojej listy. Kolegówny dreptały bez słowa marudzenia, choć domyślam się, że dla nich wiele z oglądanych przez nas rzeczy nie miało takiego znaczenia jak dla mnie.

Reichstag od środka olałyśmy i podążając w stronę Bramy Brandenburskiej, po lewej stronie w parku Tiergarten, nagle ujrzałam opisany płot, a za nim miejsce pamięci, a raczej Pomnik Pamięci Pomordowanych Sinti i Romów Europy. Jest w formie basenu, na którym jest wysepka w kształcie trójkąta (był to symbol, którzy Romowie musieli nosić w obozach).

Na trójkącie leżały białe, świeże kwiaty. Róże.

Dookoła basenu, w trawnik, czy też chodnik, wkomponowano płyty z napisami miejsc, w których mordowano Romów i Sinti. Proste, poruszające, wywołujące łzy. Pomnik, który na długo mi zapadnie w pamięci.

Po dotarciu do Bramy i paru fotach upamiętniających jej „zdobycie” (no i po udzieleniu informacji kilku Hindusom, którzy nie kumali co to za ważna budowla, przy której takie tłumy), zaczęłyśmy szukać drogi do Pomnika Pomordowanych Żydów Europy. On był na mej liście jako „must see bez względu na wszystko”. No i? No i mnie tak rozczarował, że nie wiem co. Przerost formy nad treścią. Te 2711 stel, te korytarze, nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Pascal podaje, iż monument został tak zaprojektowany, by odwiedzający czuł się nieswojo. A wg twórcy pomnik ma ukazywać uporządkowany system, nad którym przestał panować ludzki rozum. To cytat z przewodnika. Niech sobie pomnik w Bełżcu zobaczą, to się będą czuć nieswojo. To betonowe cudactwo nie wzbudziło we mnie niczego. Zero. Null. Może inaczej – wzbudziło rozczarowanie.

Za to pokolorowany Trabant, stojący w pobliżu przypomniał mi wiele i on akurat wywołał uśmiech na buzi  :mrgreen:

Przemieszczałyśmy się dalej pieszo całą Aleją Unter den Linden w kierunku Wyspy Muzeów, zarazem katedry berlińskiej i Schlossplatzu. Głównym celem był Pergamon, choć po drodze były cele z tych pomniejszych, ale bardzo ważnych  :mrgreen:

Pergamon z jego zabytkami pokazującymi początek cywilizowanego świata jest niesamowity. Wiele, wiele lat temu widziałam Bramę Isztar i wtedy był to dla mnie szok. Tym razem ciut mniejszy, co nie oznacza, że nie było zachwytu.

I choć moim „targetem” w Berlinie były w zasadzie zabytki judaistyczne, to nie mogłam pozostać obojętna na bizantyjskie czy islamskie cuda w Muzeum Pergamońskim. Sztuka i kultura Wschodu jednak jest niesamowita. Zachodnia cywilizacja to „ma na noc” i szlus.

Powoli zmrok zaczynał zapadać, a przed nami jeszcze była do zaliczenia w tym dniu Nowa Synagoga. Przed Pergamonem spytałam ochroniarzy (Hindusa i chyba Koreankę – tak, żeby było śmieszniej i tak multi-kulti, co jest cudowne w tym berlińskim świecie) jak najszybciej dojść do Neue Synagoge. Jak mi zaczęli kręcić o jakichś tramwajach, to uznałyśmy, że walimy piechty. Idziemy, idziemy, a ja wiem, że gdzieś tu w pobliżu musi być stary cmentarz żydowski. W końcu studiowałam mapę Berlina na długo przed wyjazdem 😉 Ogromniastą kopułę synagogi było już widać w oddali, a mnie rzucił się w ślepia drogowskaz: Alte Jüdische Friedhof – 100 m. Ciepnąć beretem. No to ja plissss dziewczyny. To tylko 100 m. A kolegówny: Ależ proszę cię bardzo. Idziemy Megulku tam gdzie ty. I podreptały za mną w stronę tego starego cmentarza, na którym jest pochowany Moses Mendelssohn –  filozof żydowski i niemiecki, pisarz, pierwszy zwolennik zrównania praw Żydów z ludnością nieżydowską w krajach niemieckich. Cmentarz był już zamknięty, więc zrobiłam tylko zdjęcia z zewnątrz.

Przed nekropolią stoi pomnik upamiętniający Żydów wywożonych do obozów. Prosta w wyrazie rzeźba. Kamyczki oczywiście położyłam – te zabrane z Rybnika. W końcu rybniczan z Berlina też wywożono.

Tu moje przyjaciółki uznały, że skoro ja cykam tyle zdjęć zamkniętemu cmentarzowi, to mogą na szybko strzelić sobie kawę w małej tureckiej kafejce przy tej uliczce, która kiedyś należała do dawnej dzielnicy Spandauer Vorstadt, stanowiącej centrum żydowskiego Berlina.

Poszłam i ja na tą kawkę z przepysznym sernikiem. W takich momentach nie wolno tracić czasu, bo ciemność przychodzi szybko i trza sprawdzać co jest w okolicy. Pascal przyszedł z pomocą. Jest! Na tej piciulinkowatej Straße, choć z nazwy Große, bowiem jej nazwa to Große Hamburger Straße ma być wg przewodnika specyficzny monument, czyli tzw. Brakujący Dom. Francuski artysta – Christian Boltanski zebrał dane osób zamieszkujących onegdaj wyburzoną kamienicę i na budynkach sąsiadujących umieścił tabliczki z ich nazwiskami i zawodami. Hmmm. Koleżanki jeszcze piły kawę, więc ja pędem musiałam poszukać takiego niesamowitego upamiętnienia. Wyszłam przed kafejkę i pytam przechodzącą młodą Niemkę (pytam po angielsku of course). Ni chu chu. Ona pierwszy raz o tym słyszy, ale stara się mi pomóc i pyta straszą Niemkę. Ta też nie wie. Wracam do Turka w knajpce i jego pytam. Ten na mnie patrzy jak na idiotę i odpowiada, że też nie wie. No to ja: A jak długa jest ta Straße? Krótka. Lecę. Patrzę po bokach i niczego nie widzę. Żadnej wyrwy po bloku, czy kamienicy. No nic. Patrzę też pod nogi i choć wyłapuję jeden za drugim Stolpersteiny. Masakra ile ich tu jest.

Ci mieszkali tu:

Kolejni mieszkali przy Große Hamburger Straße 31, czyli zaraz obok. Johanna zginęła tak młodo  🙁 Małgosia, nie analizuj nazwisk, czy dat, bo masz szukać wyrwy kamienicznej!

Brakującego Domu jak nie ma, tak nie ma. Mijam jakąś szkołę i pytam wychodzącego z niej młodego mężczyznę. Tak, zna angielski. Tłumaczę. Hmmm. Myśli. Po zastanowieniu odpowiada, że to chyba musi być coś tam, coś tam, ale trzeba iść prosto, potem w lewo, prawo i to w ogóle jest na innej ulicy. Jak daleko stąd? Jakieś 15 minut. Rezygnuję, bo nie mogę narażać moich koleżanek na tak długie czekanie. Wracam te w sumie 200 metrów w stronę kafejki. Idę tym razem drugą stroną ulicy, która faktycznie jest krótka. Nagle patrzę ponad zagospodarowany ogródek piwny, a raczej maleńką restaurację i MAM! No ciul ze mnie bity! Mijałam to, ale patrząc na eleganckie Bistro i jego ogródek nie spojrzałam w niebo.

Poza tym, Brakujący Dom był chyba w drugiej linii zabudowy i to mnie zmyliło.

Nazwiska, zawody. Nie tylko Żydzi. Po prostu berlińczycy. Podobało mi się to. Jak niewiele trzeba, by o kimś przypomnieć.

Stamtąd już nie pozostaje nic innego jak zaiwaniać do Nowej Synagogi. W duchu się modliłam, by jeszcze była otwarta. Gdy doszłyśmy, to początkowo wydawało mi się, że amen – przepadło, bo już zamknięta. Na szczęście, można było wejść do niej po czerwonym dywanie i po przejściu przez bardzo ścisłą kontrolę. Myślę, że tak się sprawdza pasażerów na lotnisku w Izraelu  😉

Już z zewnątrz jest niesamowita, choć ciężko jej zrobić dobre zdjęcie, gdyż jest tak wielka i w dodatku wbudowana między inne kamienice. Motyle mi latały w brzuchu.

Zdjęcia robiłam totalnie na oślep, więc są tragiczne. Gdy już nas, torebki i wsio co miałyśmy przeskanowano aparaturą kontrolną weszłyśmy do cuda, które kiedyś wyglądało tak jak na dwóch zdjęciach poniżej i było największą synagogą w Niemczech. Dziś tylko część jest odbudowana i stanowi Centrum Judaicum.

Stojąc przy parochecie i patrząc na, w miarę niedawno odnalezioną, oryginalną ner tamid miałam ciary na plerach.

Potem reszta wystawy, czyli to co się uratowało (np. sklecone resztki bimy), plansze pokazujące jak piękną ta synagoga była, jak wyglądała po zniszczeniach, itp.itd.

 

I ta pusta przestrzeń, czyli jej najważniejsza dawna część, gdzie była Tora i główna sala modlitewna.

Intrygująca też była wystawa multimedialna o migracjach żydowskich i tożsamości. Niestety na nią już nie było zbyt dużo czasu.

Bezsprzecznie Neue Synagoge oraz Pomnik Pomordowanych Sinti i Romów to były dwa najważniejsze momenty tego dnia.

Stamtąd został nam już tylko powrót (non-stop pieszo!) na Wyspę Muzeów pod katedrę, a od niej ponownie całą Unter den Linden do Bramy, by obejrzeć festiwal świateł, który nam poleciła Frau. Był genialny!

Gdy dotarłyśmy do Palaciny taksówką, miałam nogi w dupie. Ale co tam nogi, gdy się tyle widziało i tyle emocji przeżyło. Z listy koniecznych do zobaczenie miałam zrealizowany plan w 150%  :mrgreen: Było i żydowsko, i nieżydowsko, i berlińsko, i piwnie, i muzealnie, i obficie jedzeniowo i przede wszystkim wesoło :mrgreen:

Następnego dnia czekał cmentarz Weissensee, ale o tym innym razem.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Jüdisches Berlin, czyli żydowski Berlin (cz.1) została wyłączona
Październik 3

Dreams come true, czyli jak dobrze mieć przyjaciela

Marzenia jednak się spełniają! W życiu bym nie pomyślała te ileś tam miesięcy temu, że aż tak szybko.

Gdy dziennikarz lokalnego portalu, na zakończenie mojej tyrady o swojej pasji, zadał mi pytanie o marzenie, ni z gruchy ni z pietruchy powiedziałam, że chciałabym zobaczyć cmentarz żydowski w Berlinie. Tam bowiem pochowano wielu rybniczan oraz innych Żydów ze Śląska. O Izraelu to nie za bardzo marzę z uwagi na niemijającą niechęć, a wręcz strach przed lotami metalową maszynerią. Na cholerę mi zresztą Izrael, gdy to właśnie w Berlinie mieszkali niemieccy Żydzi, a ci mnie od dłuższego czasu interesują, pasjonują i to ich uważam za zbyt mało przypominanych i pomijanych w kontekście Holokaustu. Choćby z jednego powodu: bo to byli Niemcy. W koło Macieju gada się u nas o Żydach polskich, a o niemieckich (czytaj: również śląskich) raczej cisza. Byli asymilowani, byli bohaterami z czasów Wielkiej Wojny, czuli się obywatelami Niemiec. No i nagle ich własne państwo zgotowało im tak straszny los. Nie jakiś zewnętrzny wróg, a państwo dla którego pracowali, zarabiali i walczyli. Dlatego uważam, że ich tragedia jest niekoniecznie większa, bo nie da się określić czyja tragedia jest większa bądź mniejsza, ale na pewno jest inna.

Dobra, wracam to tego, że „Dreams come true”. O moim marzeniu przeczytała osoba, o której moja ś.p. Mama mawiała, że jak się ją poprosi o kamyk z Indii, to przywiezie (nota bene przywiozła) bo pamięta i jest słowna. Jak będzie miała załatwić jakiś lek, to załatwi. Nie wiem, czemu mi ten kamyk  teraz przyszedł na myśl, bo minęło od tego czasu ponad 30 lat.

Znamy się 41 lat. Jedna ławka w liceum, te same studia, imprezy w akademiku i nie tylko, potem co prawda inne miasta i kontakt nie z tych codziennych, czy nawet comiesięcznych, ale w miarę stały.

I ten przyjaciel (w rodzaju męskim to słowo jakoś wydaje mi się silniejsze), czyta mój czerwcowy wywiad i to marzenie o Berlinie. Po paru dniach słyszę plim i przychodzi krótki mesydż na Fb: „Megulku, jedziemy do Berlina! Ty, ja i musimy namówić Ewę (…). Ty masz pasję a ja lubię spełniać cudze marzenia, bo los tak zrządził, że mogę…” (wyjaśnienie: Ewa to trzecia z nas – przyjaciółek od czasów szkolnej ławy).
Ja pierdolę! Ten okrzyk usłyszała moja załoga w pracy  :mrgreen: Jadę do Berlina!!! Zobaczę największy, po łódzkim, cmentarz żydowski w Europie! Może uda mi się odnaleźć groby rybniczan! Termin po negocjacjach z Trzecią, czyli Ewusią, został ustalony na październik.
Dziś, wiedząc, że wyjeżdżamy w poniedziałek, mam już motyle w brzuchu. Na stole leży mapa Berlina, na której na wszelki wypadek zaznaczam sobie Stolpersteiny w pobliżu miejsc, które ewentualnie będziemy odwiedzać. Przy samym apartamencie Palacina, w którym śpimy, czyli przy Winterfeldstrasse 5 mam aż dwa. A o rzut beretem kilka następnych.

Wiem już, że wczesnym rankiem wymknę się, by je sfotografować, bo jak mi już do łba nawkładała Młoda, nie mogę za bardzo przytłoczyć przyjaciół swoimi Żydami.
Must seen to na pewno Jüdischer Friedhof Berlin-Weißensee.

W starych mailach znalazłam info od jednego z moich internetowych żydowskich znajomych, jakie numery grobów ma ➡ Juliusz Haase i jego żona Bertha. Maryjko kochana! Wreszcie będę mogła położyć kamyki na ich grobie. Codziennie w drodze do i z pracy mijam willę Haasych.

Dzisiaj rano, w deszczu przed tym budynkiem szukałam kamyczków, by mieli takie spod domu, a nie jakieś tam z Chwałowic, czyli z mojej hałdy. I na grób ➡ młodego Rudolfa – zabitego przez powstańców śląskich też pójdziemy. Kieszenie kurtki i tasza już napchane kamolami, które mam złożyć również w imieniu prawnuczek Juliusza mieszkających na drugiej półkuli. Obiecałam im to. Tyle lat tymi Haasymi się zajmuję, od ponad 10 roczków ich rozkminiam i w końcu położę kamyki. O ile of course te groby znajdę, bo cmentarz trochę hektarów ma. A dokładniej to aż 43 ha. Gräberfeldów na mur tam będzie w ciul i jeszcze trochę.


Następny must seen to Synagoga Rykestraße. Jej projektantem był wnuk rybnickiego karczmarza, zarazem syn Davida Hönigera, którego grób znalazłam onegdaj w Białej. Jest wiele mojomiastowych wątków w Berlinie jak choćby projekty synów rabina Fränkla, ale wszystkiego nie da się zobaczyć w trakcie kilku dni, choćby z tego powodu, że do obejrzenia będzie jeszcze Denkmal für die ermordeten Juden Europas, no i Neue Synagoge, a także pozażydowskie fragmenty Berlina  :mrgreen:
Kurde flak, dużo tego, a moje kolegówny nawet nie podejrzewają, ile czasu potrafię siedzieć na cmentarzu. W dodatku na takim, na którym jest około 115.000 grobów.
Na razie nie kombinuję na zapas. Upiję je albo jakąś bronią zmuszę i będą tyrać. Potem mnie znienawidzą, ewentualnie zostaną antysemitami  😉

Na teraz, to se przypominam niemieckie słówka, których znam trzy na krzyż, z czego większość z Klossa i Pancernych i zastanawiam się jak te S- oraz U-Bahny obcykamy. Ehhhh, znowu mi motylki z radości rumplują w brzuchu.

JEDZIEMY! Jak dojedziemy to se wykrzyczę: Ich bin ein Berliner! bo Ich habe einen wunderbaren Freund!

Danke mein Freund Olutka!  :mrgreen: