Sierpień 9

Marcus Pick – rybnicki kuśnierz

W planach mam historię Iwana Lilienfelda, izraelskiego dziennikarza, urodzonego w Rybniku w 1910 r. I to on miał być moim kolejnym bohaterem. Jednak gdy sobie „googlowo” przetłumaczyłam fragment wywiadu, którego udzielił jako bardzo dojrzały człowiek, rzuciła mi się w oczy przede wszystkim jedna istotna informacja. Przez pierwszych 10 lat życia – tych spędzonych w Rybniku, Iwan był wychowywany przez dziadków. Nie, nie, Iwan, to nie był żaden rosyjski Żyd w Rybniku. To był Niemiec z czystych Niemców, choć Iwan. Ciekawe kto mu to imię wymyślił?

I tenże Iwan dorastał w domu dziadków ze strony mamy. Na razie nie będę się wgłębiać w okoliczności, które spowodowały, że chłopczyk nie był z rodzicami. Skoncentruję się na tych, którzy go kształtowali i formowali jako Żyda, rybniczanina, Niemca. Tymi dziadkami byli Markus Pick i jego żona Antonie z domu Königsberger. Gdy myślę Markus Pick, to zaraz widzę cylinder, którego kiedyś nie kupiłam na jednym z serwisów. Do dziś sobie pluję w brodę, że nie wydałam tych iluś złotych, by mieć w domu to cudo, zrobione przez kapelusznika i kuśnierza z Rynku.

Dziadek Markus pochodził z Peiskretscham, czyli Pyskowic, gdzie urodził się około 1840 r. Jego rodzice nie są wymienieni przy ślubie z rybniczanką Antonie Königsberger. Na pewno Markus przed ślubem, do którego doszło w listopadzie 1867 r., był już mieszkańcem naszego miasta. Wpis w księdze małżeństw podaje, że był kuśnierzem, a jego wybranka córką kamieniarza.

Prawdopodobnie Antonie była wnuczką przechrzty Abrahama Königsbergera, który na początku XIX w. wyjechał za pracą z dawnego Królewca, dojechał na Śląsk, zakochał się w żydowskiej karczmarce spod Lędzin, dla niej zmienił religię i z nią zamieszkał w Rybniku. ➡ http://szufladamalgosi.pl/historia-jednej-zydowskiej-karczmarki/

Antonia z Markusem (w księgach występował też jako Max) pierwsze dziecko na świecie powitali 15 maja 1868 r. I już zagwozdka. No bo, albo Rosalie była fest wczesną sześciomiesięczną wcześniaczką, albo do czegoś doszło w niewłaściwym, czyli przedślubnym czasie 😉 Za dwa lata, w Prima Aprilis, urodził się Salo Pick. I to był bodajże jedyny syn tej pary. W następnych latach nastąpił wysyp córek. Doliczyłam się jeszcze czterech, z których najmłodsza Ida, urodziła się 16 lat po ślubie Antonii i Markusa, czyli w 1883 r.

Pyskowiczanin, kuśnierz Markus Pick po jakimś czasie czuł się już rybniczaninem pełną gębą. Na 10 lat przed końcem XIX wieku, na pewno handlował w ratuszu. Zimy wtedy był cięższe niż teraz, więc mufki się dobrze sprzedawały.

Mając na głowie tyle dziewczyn, to pewne, że Markus zapierdzielał jak mały motorek. Każdej trzeba było zapewnić posag. W duchu marzył, że jedyny syn przejmie po nim sklep w Rynku, a tu Salo wywinął numer. W końcu nie na darmo urodził się w święto żartów, które już wówczas znano. Salo uznał, że mały Rybnik za ciasny dla niego i wyfrunął w wielki świat. Na tamte czasy w ten największy świat, bowiem przez Halle do Berlina. W stolicy ówczesnego cesarstwa wziął w 1902 roku ślub z Elfrydą i został berlińczykiem, olewając tym samym sklepik taty. Rodzice zaplanowali daleką podróż z Rybnika do stolicy i Markus Pick złożył swój podpis jako świadek na ślubie syna.

W zasadzie nie powinnam się zajmować tym synem marnotrawnym, bo mam pisać o jego rodzicach, ale on taki ciekawy 😉 Pierwsza żona urodziła dwoje dzieci, czyli wnuków Markusa i po jakimś czasie umarła. Żartowniś Salo Pick szybko ożenił się po raz drugi z wdową Else. Nawet roku z nią nie wytrzymał i się rozwiódł. Obrażona Else wróciła do nazwiska z pierwszego małżeństwa. Działo się to na początku lat dwudziestych i na pewno mocno wkurzyło ojca Markusa i mamę Antonię. Mieli już wtedy swoje lata i raczej zapomnieli, że sami zbyt pobożni w młodości nie byli.  Przypominam o ich fest wczesnej wcześniaczce, która przychodząc na świat niby w 6. miesiącu ciąży (w 1868 r.!) przeżyła przy ówczesnym stanie medycyny 😉 Antonia i Markus mieli trochę problemów wówczas na głowie, ale o tym potem. Dokończyć muszę primaaprilisowego Salo Picka. Salo jak szybko uznał, że jego druga żona Else jest beee, to tak szybko stwierdził, że trzecia małżonka, w dodatku kolejna Else, jest łał.  Chyba przechodził kryzys wieku po pięćdziesiątych urodzinach. Tym razem żona była z pochodzenia Ślązaczką, urodzoną w Hugo Kolonie – dziś to Siemianowice. Dwa lata temu miałam okazję zwiedzić ten zakątek Śląska z moją amerykańską znajomą, której przodkowie tam mieszkali. Hmmm… dziś to szemrany zakątek, choć urokliwy dla takich idiotów jak ja. Trzy lata po trzecim ślubie zmarł syn z pierwszego małżeństwa Salo. Z siemianowicką Else doczekał czasów, gdy brunatna masa zalała jego państwo. Zmarł w Berlinie w 1940 r. Sądzę, że ostatnią synową Markusa Picka wywieziono do któregoś z miejsc straceń, jakoż i wnuczkę z pierwszego małżeństwa Salo.

No właśnie… czas, by powrócić do Rybnika, choć dziś to on rote Zone (piszę to w dniach przywrócenia obostrzeń covidowych dla wybranych powiatów – w tym Rybnika). Zostawiamy Berlin daleko i przenosimy się na Śląsk, na rybnicki Rynek, gdzie Pick prowadził znany sklep z wytworną odzieżą.

Markus i Antonie oprócz problemów z jedynym synem, mieli furę kłopotów z pięcioma córkami. Córki, czyli wcześniaczka Rosalie oraz kilka lat starsza Clara wyszły za mąż i wyprowadziły się do Breslau. Obie niestety zostały zamordowane w czasie II wojny. Rosalie trafiła najpierw do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt, skąd 29 września 1942 wywieziono ją do tzw. małej stacji Treblinka. Charlotte, urodzona w 1875 r., też ostatecznie osiadła w Breslau i tam zakończyła życie w lutym 1941 r. Nie wiem jakie były losy Pauli, ale nie mam zbytnio złudzeń.

Zostaje do opisania Ida. I ona na pewno oczkiem w głowie Antonii i Markusa. Była najmłodsza, więc tatuś dla niej robił futerka, mufki na rączki, kapelusiki, czapeczki. Choć nie wiem jak wyglądała, to wiem, że śliczna była. Taka kochana, wycackana, rozpieszczana. Niestety, rodzice puszczali najmłodszą do Berlina – do brata. No, a jak taka dziołcha z prowincji przyjedzie do stolicy, to co zrobi? Zakocha się 😉 I nie mam na myśli blichtru wielkiego miasta, a mężczyznę. Poznała 6 lat starszego od siebie Ludwiga Lilienfelda i zaiskrzyło. I ona, jak brat Salo, wzięła oficjalny ślub w Berlinie.  Świadkowali bracia nowożeńców.

Rodzice aż drżeli, że tam zostanie na stałe. Kto wie, może perspektywą przekazania w przyszłości rybnickiego geszeftu, Markus Pick zwabił zięcia do Rybnika? Tym bardziej, że wszystkie dzieci uciekały z naszego miasta. Komuś trzeba było przekazać w przyszłości sklep futrzarski i kapeluszniczy. Ida i Ludwig Lilienfeldowie przyjechali do Rybnika. Za rok po ślubie, 3 czerwca 1910 roku, po bardzo trudnym porodzie, przyszedł na świat w Rybniku przy ulicy Kościelnej wnuk dziadków Picków, czyli syn ich ubóstwianej córki Idy.

Dziadek Markus miał 70 lat, babcia Antonie była ciut młodsza. Inne wnuki były daleko w Berlinie, czy Breslau, a ten miał być taki ichni. Taki tu na miejscu. Taki delfin. Był piątek, zbliżał się szabat. Wielka radość pomieszana z niesamowitym strachem i rozpaczą. Poród był bardzo ciężki. Ida wyczerpana, mocno krwawiła. Może ona przy ostatnim tchnieniu zadecydowała, że synek ma mieć na imię Iwan Martin? Co myślała jej mama Antonie, gdy zapalała świece szabatowe? Czy Antonia sobie przysięgła, że to ona zastąpi Iwanowi mamę widząc coraz płytszy oddech córki? Ida odeszła w noc szabatową już po północy 4 czerwca. Miała 26 lat. Rankiem, zięć Markusa, świeży tata i wdowiec Ludwig Lilienfeld udał się do Standesamtu, by zgłosić narodziny syna i zgon żony. Ida spoczęła na cmentarzu żydowskim w Rybniku, który jak pamiętacie zniszczyli Niemcy wiosną 1940 r. Bystrzy rybniczanie dostrzegą na powyższym akcie podpis późniejszego naszego burmistrza Webera.

Ze wspomnień urodzonego wówczas Iwana wynika jasno, że wychowywali go dziadkowie ze strony mamy. Pierwsze 10 lat życia mieszkał z nimi. Sądzę, że sklep na Rynku prowadził przez jakiś czas zięć Ludwig, tatuś chłopca – oczywiście pod szyldem teścia Markusa Picka.

Potem przyszła Wielka Wojna i zapewne Ludwiga zaciągnięto do armii. Iwan dorastał pod okiem babci Antonie, a stary Markus znowu zasiadł do szycia futrzanych kołnierzy. W wywiadzie, którego Iwan udzielił pod koniec XX w. opowiadał o podziale Śląska i wojskach rozjemczych, które u nas stacjonowały. Wspominał francuskiego oficera, który mieszkał w mieszkaniu dziadków i którego się bardzo bał. Na pytanie rozmówczyni o dom rodziców, wymijająco odpowiedział, że to trudne sprawy i wolałby mówić o domu babci. Ha! Wiadomo. Przynajmniej mi się wydaje, że wiem dlaczego. Raz, że babcia uznała, że zastąpi mu matkę,  dwa to wojna i nieobecność taty, a trzy to moje podejrzenie, że Ludwig Lilienfeld powoli zaczynał się rozglądać za kolejną żoną. Teściowie tego nie akceptowali (to jak zwykle moja fantazja) i konflikty narastały. Nie mam w swoich dokumentach drugiego ślubu Ludwiga z rybniczanką Else Berger. Może więc doszło do niego poza Rybnikiem. Na pewno tata osieroconego przez Idę chłopca już w 1919 r. miał konszachty z Bergerami z Rybnika, gdyż był świadkiem na ślubie brata Else Berger.

Już mu się marzyło przejęcie kolejnego interesu na naszym Rynku. Babcię, czyli pierwszą teściową to na pewno wkurzało. We wspomnieniach wnuka babcia jest przedstawiona, jako osoba nieznosząca Polaków. Miała już swoje lata i wiedziała, że niestety będzie musiała opuścić rodzinne miasto, bo Rybnikiem zaczną rządzić Polacy. Przeprowadzanie się po siedemdziesiątce nie jest łatwe. W 1921 r. Antonie i Marcus Pick wyjechali z Rybnika do Breslau. Sklep w ratuszu został sprzedany kupcowi o nazwisku Zimon.

Chyba wtedy też musieli oddać wnuka zięciowi i jego drugiej żonie. Trudny to był czas dla wszystkich. Młody musiał opuścić bezpieczne skrzydła babci i iść pod opiekę macochy, jeszcze dodatkowo zmienić szkołę z rybnickiej na bytomską, stracił przyjaciół i najbliższych. Pickowie musieli oddać ukochanego Iwana obcej kobiecie i też wyjechać ze swego miasta. Tata Ludwig Lilienfeld musiał się nauczyć kochać syna, balansować między drugą żoną a fochami jedynaka, pretensjami byłych teściów i interesami rodziny drugiej wybranki. Bo oprócz polityki, która podzieliła Śląsk były jeszcze problemy z biznesami, które w jego przypadku zawsze należały do rodzin żon. Może musiał wykiwać któregoś ze szwagrów, by przejąć sklep z butami Bergerów w Rybniku i potem go samodzielnie prowadzić w Bytomiu po 1922 roku? Do Lilienfelda ojca i syna mam nadzieję wnet wrócić, ale gdybym jednak tego nie zrobiła, to tylko wspomnę, że zamieszkali w Beuthen. Ludwig i jego trzecia żona (tak, tak, była kolejna macocha i była to siostra Elsy Berger z Rybnika) zostali zamordowani w 1942 r. w dalekiej Estonii, a młody Iwan zdołał wyjechać przed wojną do Palestyny. Zresztą młodego bardzo nosiło po świecie i z ojcem za długo nie mieszkał.

A co się stało z dziadkami, którzy tyle lat sprzedawali na naszym Rynku kapelusze i wyroby futrzarskie? Jeszcze przed wyjazdem Markus w 1920 r. świętował swoje 80. urodziny. W rejestrze handlowym firma „M.Pick Kürschnermeister Rybnik O.-S.” została oficjalnie wykreślona w 1923 roku.

Za 9 lat od wyjazdu z Górnego Śląska dokończył żywota we Wrocławiu. O jego zgonie poinformował urząd jedyny syn Salo z Berlina. Nie wiem, kiedy zmarła Antonie. Na pewno wnuk, którego wychowywali w Rybniku odwiedzał ich jeszcze przed ich śmiercią. Nie wiem, czy ich groby zachowały się we Wrocławiu na cmentarzu przy ulicy Lotniczej. Po kilkudziesięcioletnim pobycie Picków w Rybniku nic się nie zachowało za wyjątkiem starej pocztówki, na której widać szyld sklepu, paru reklam w starych gazetach, no i dokumentów w archiwum w Raciborzu. Żyję nadzieją, iż kiedyś trafi się jakiś kapelusz na ebay’u czy allegro i dołączy do moich judaików.

Źródła: Archiwum Państwowe w Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, portal ancestry.com, Allegro, własne analizy i fantazja.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Marcus Pick – rybnicki kuśnierz została wyłączona
Lipiec 14

Piękni i młodzi – Eleonore Priester

W marcu tego roku zaczęłam opisywać przyjaciół ze zdjęcia „Piękni i młodzi” http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Napisałam wówczas, że znam losy dziewięciu z dwunastu nastolatków. Jedna z podpisanych dziewczyn wówczas była mi nieznana. Wydawało mi się, że nie mam jej w swoich zasobach. A tu zonk. Jak się człowiek przyłoży i dokładnie przypatrzy i właściwie pokombinuje, to znajdzie prawie wszystko. Okazało się, że potrafię odtworzyć historie dziesięciu osób. Doszła mi bowiem Lore Priester, czyli trzecia od lewej na fotografii przesłanej mi jesienią przez Miriam Glucksmann. Opisałam już dwie dziewczyny, Lora będzie trzecią, której historię chcę Wam opowiedzieć.

Nie potrafiłam jej początkowo zidentyfikować, gdyż poszłam po najmniejszej linii oporu i wśród rybnickich Priesterów szukałam kogoś o imieniu Lore lub Lora. A ona przy swoich narodzinach otrzymała imię Eleonore. Dla przyjaciół była Lore. Takie proste, a ja tego nie potrafiłam wykombinować od razu. Urodziła się ósmego lutego 1906 r. w Rybniku, czyli była równolatką Ilse Silbiger, Ilse Glücksmann (obie na zdjęciu z wszystkimi nastolatkami), a także mojego Rudolfa Haase.

Jej rodzicami byli, urodzony w Rybniku, Louis Priester oraz tyszanka Bertha z domu Rosenbaum. Z aktu urodzenia wynika, że rodzina mieszkała przy Breitestrasse, czyli dzisiejszej Sobieskiego, a tata jak większość naszych żydowskich mieszkańców był kupcem. Była drugą córką Louisa i Berthy – miała o kilka lat starszą siostrę Edith. Dwa lata po Lorze państwu Priesterom urodził się jeszcze syn Georg.

Mieszkali sobie wszyscy w Rybniku do czasu, aż nasze miasto stało się polskie. Nie miałam z nimi łatwo, to muszę przyznać z ręką na sercu. Prawie niczego nie ma w sieci na temat Louisa, a to od niego musiałam zacząć. Ekwilibrystyka sieciowa jaką uprawiałam do niczego mnie nie doprowadzała. Ogłupił mnie Oberschleschische Wanderer z 1943 r., w którym znalazłam informację o wykreśleniu firmy Louisa z rejestru firm w Rybniku przez nazistów.

Przez moment myślałam, że Priesterowie mieszkali w naszym mieście do 1939 r. Odrzuciłam ten trop, bo nie było Louisa w wykazach podatkowych. Gdyby zostali u nas po 1922 r. to na pewno znalazłby się w zarządzie gminy. Ten kierunek poszukiwań odpadał więc. Wreszcie „Amtliches Industrie- und Handels-Adressbuch der Provinz Niederschlesien 1925 umfassend die Bezirke der Industrie- u. Handelskammern Breslau, Görlitz, Hirschberg, Liegnitz, Sagan und Schweidnitz“, czyli Adressbuch dla miast Dolnego Śląska, pokazał gdzie mam szukać. Znalazłam Louisa w mieście Breslau. 

Czy był on faktycznie właścicielem fabryki margaryny to nie wiem, ale wiem, że jak zaczęłam szukać we Wrocławiu, to ich w końcu znalazłam na Centralnej Biblio Judaistycznej. W 1930 roku cała rodzina mieszkała przy Hohenzollernstrasse 20 (obecnie to ulica Sudecka). Żadna z dziewcząt nie była mężatką, za to Georg sobie zmienił imię na Harry.

Potwierdziło mi się to jeszcze przy klepsydrze informującej o śmierci Pauli Priester z Rybnika, która była ciocią Louisa.

Było wielkie miasto, byli i moi Priesterowie. Teraz musiałam ustalić co się z nimi stało. Priorytetem była Eleonora. Niby łatwe, a jednak okazało się to trudne. Niestety żadne drzewo genealogiczne tych Priesterów nie miało. Nikt nigdy się nimi nie zajął. Choć muszę Wam powiedzieć, że Priesterów w sieci jest w ciul, ale po tych ani tyci ślad. W końcu znalazłam Louisa, Berthę i Edith na jednej z list emigracyjnych. W zasadzie były to listy, na których umieszczano tych, których Rzesza pozbawiała obywatelstwa. A pozbawiała, gdy dostawali one way ticket, bo z niej wyjeżdżali.

Na liście tej Louis i Bertha mają dodane żydowskie imiona, czyli musiało to być w okolicach 1938 lub 1939 r. Była Edyta, a Eleonora jak duch się mi chowała i jakby w ogóle nie istniała. Jej brat Georg vel Harry nagle ukazał mi się z nienacka w jakiejś książce w Google Books. Palastina!!! Z Ehefrau, czyli z żoną!

O Harrym wspominał też w swoim „Dzienniku z Breslau 1933-1941”, wybitny żydowski historyk niemiecki Willy Cohn. Harry był onegdaj jego uczniem. U Cohna znalazłam informację, że żona Harrego Priestera, brata mojej Lory, pochodziła z Aachen. I tylko tyle, albo aż tyle. Prawie na 100% byłam pewna, że rodzice, Edith i Georg vel Harry z żoną zdołali wyjechać z III Rzeszy. A Lore, czyli Eleonora jak kamień w wodę. Ani krztyny wskazówki, ani skrawka informacji. Co się robi w takich momentach? Ano pisze się do mistrza 🙂 Fejs w ruch i dawaj z prośbą do Sławka Pastuszki. On ma takie dojścia, o których się najlepszym genealogom nie śniło. Nawet trzy minuty nie minęły, jak miałam wszystkie niezbędne informacje. Aż się rozdygotałam z radości. Dostałam wszystkich na tacy. A przede wszystkim miałam Lorę. Tą śliczną uśmiechniętą i radosną dziewczynę z pięknym naszyjnikiem na ciemnej sukience, którą uchwycił fotograf w Rybniku prawdopodobnie w 1921 r.

Eleonora też zdołała wyjechać. Ona, jej siostra Edith i rodzice znaleźli kraj, który ich przygarnął. Tym krajem był Urugwaj. Na pewno lekko im tam na początku nie było, tym bardziej, że dość szybko starsi państwo Priester zmarli. Louis w 1941, a Bertha w 1943 roku. Oboje zostali pochowani na cmentarzu żydowskim w Montevideo. Moja Eleonora wyszła za mąż i nosiła nazwisko Zamury. Może mieszkała w Reus al Norte, gdzie mieszkało wielu Żydów?

Popatrzcie jaka piękna była w dojrzałym wieku! Sławek te foty mi wysznupał. To wnioski o wizę brazylijską. Jednoznacznie z nich widać, że to moja Lore, że była mężatką i że miała obywatelstwo niemieckie. Przynajmniej tak przyjmowało to południowoamerykańskie państwo. Lore zmarła 18 lipca 1981 r. w wieku 75 lat. Pochowana została na cmentarzu Cementerio Israelita de La Paz w Montevideo. Jej siostra Edith zmarła 6 marca 1991 r., czyli dożyła 89 lat. Tak więc, gdzieś tam daleko, na drugiej półkuli, na urugwajskim cmentarzu leży czworo rybniczan.

Nigdy nie będzie mi dane położyć na ich grobach kamyczki, więc choć w ten sposób ich upamiętniam. Losów brata nie udało mi się odtworzyć. Ale wiem, że wyjechał do Palestyny, więc też czeka w spokoju na przyjście Mesjasza na którymś z izraelskich cmentarzy.
Może kiedyś uda mi się znaleźć potomków Lory, bowiem z rana napisałam list do gminy żydowskiej w Montevideo. Pieron wie… może odpowiedzą. No i Młoda, która obecnie jest w Berlinie na konfie Centropy nawiązała jakiś kontakt urugwajski. Tak więc jest szansa, co prawda mała, ale trza mieć nadzieję.
Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować Sławkowi, bo bez niego bym była w głębokiej dupie. Sławek, jesteś the best!

Kolejny do opisania ze zdjęcia będzie Otto Apt, więc czekajcie na otwarcie następnej szufladki. A opisane już zostały Ilse Silbiger oraz Herta Tulla Priester.

Styczeń 27

Henriette Gadiel z domu Levi i jej córki – ofiary Holokaustu

Henrietta, a w zasadzie przy narodzinach Jettel. Dziś by ją nazywano Henią, Heńką albo panią Henryką. Przyszła na świat 100 lat przede mną, też w lutym, z ojca Isidora Levi i matki Dorothei z domu Böhm . 

Jej rówieśniczką była Laura, córka Ferdynanda Haase – przyszła pani Perls, matka i babcia wybitnych marszandów. Czy dziewczynki się razem w dzieciństwie bawiły? No… nie wiem. Zwykły, drobny sklepikarz Isidor Levi raczej nie mógł się mierzyć z wielkim (jak na Rybnik) przemysłowcem Ferdynandem Haase. Choć wynajmował lokal naprzeciw Świerklańca, to od Breitestrasse do willi przy Raudenstrasse dzieliła go spora odległość. Może nie taka, którą się mierzy w metrach, a raczej ta, którą się liczyło w markach, czy ilości posiadanych dóbr.

Isidor miał se ten mały sklepik, reklam za wiele nie dawał, dzieci robił, do synagogi chodził i po jakimś czasie zaczął się rozglądać za mężem dla Jettel. Młodsza od niej o kilka lat siostra Laura miała jeszcze czas. Nie wiem jak, nie wiem skąd – to znaczy w zasadzie się wiem skąd, znalazł się narzeczony. Może Isidor bywał w Zabrzu, może z przyszłym zięciem prowadził interesy.  A może miał w tym udział jakiś swat… Tak czy inaczej w prasie śląskiej ogłoszono zaręczyny kupca Heinricha Gadiela, urodzonego w Miasteczku Śląskim, a mieszkającego w Małym Zabrzu, z Henriettą Levi z Rybnika. Henryka i Henryk. Ładnie tak  😉 Oboje byli zodiakalnymi Wodnikami i ich ojcowie mieli takie same imię. 

Para wzięła ślub w rybnickiej synagodze. Świadkowali znany kupiec Albert Böhm – wujek panny młodej oraz jej tata Isidor Levi. 

Zabrzański Henryk przeniósł się na stałe do Rybnika i chyba tu robił interesy. Jakie one były to nie wiem, wiem za to ilu dzieci się dorobiło państwo Henrykostwo. Najpierw Johanna, potem Ruth, następnie Rosa, kolejna była Erna, wreszcie Egon, jako jedyny chłopak i na końcu, w 1900 r. urodziła się Elsa Käthe. Co się stało z Heinrichem jeszcze nie wiem. Chyba zmarł śmiercią naturalną poza Rybnikiem Gdy dzieci podorastały to wyjeżdżały w świat. Myślę też, że cała rodzina jeszcze w początkach lat 20-tych opuściła Rybnik. Ale, ale. Uprzedzam, że w mieście mieszkała familia, która nosiła to samo nazwisko i która miała firmę transportową. Rodziny te najprawdopodobniej nie były spokrewnione. Historia tych drugich Gadielów to temat na odrębny post. 

Gadielowie, o którym teraz piszę w większości osiedlili się we Wrocławiu. I stamtąd wywożono ich w miejsca, z których do miasta Breslau już nie wrócili. 28 października 1944 r. w komorze w Auschwitz zginęła Ruth, po mężu Wolf. Muszę napisać tu o statystykach. W transporcie, którym ją najpierw wywieziono z Wrocławia do Terezina było 1065 osób. Przeżyło tylko 30. W następnym do którego trafiła, czyli z Terezina do Auschwitz było 2501 Żydów. Przeżyło 134. Ruth – nie.

Kolejna z córek Heinricha i Henrietty – Rosa, po mężu Vogel, również najpierw dostała się do Theresienstadt, a stamtąd do Auschwitz i tam ją zamordowano. Elsę (Juliusberger) zesłano w to samo miejsce co siostry. Dla dwukrotnie zamężnej Erny, małe miasteczko, o obecnej nazwie Oświęcim, też było ostatnim przystankiem. Choć słowo przystanek nie jest tu na miejscu  🙁

Mama Henrietta, zapewne i babcia już od jakiegoś czasu, w momencie  deportacji do obozu koncentracyjnego w Theresiensdadt miała ponad 80 lat. Skrupulatni mordercy wszystko zapisali na liście wywozowej z Wrocławia. Ulica, przy której mieszkała Henrietta, przed wojną była zbudowana pięknymi kamienicami, niestety zniszczonymi podczas oblężenia Festung Breslau w 1945 r.

Osiemdziesięcioletnia rybniczanka trafiła do obozu, z którego tacy wiekowi więźniowie nie wychodzili żywi. Na akcie zgonu napisano: Marasmus senilis. Internet podaje, iż w medycynie oznacza to stan wyniszczenia organizmu (np. z powodu niedożywienia, czy głodzenia), niekiedy ze zmianami w korze mózgowej, prowadzący do zmniejszenia sprawności myślenia i apatii; także oznacza apatię; depresję; przygnębienie. Ktoś się dziwi? Miała 81 lat. Nie ma zadbanego grobu, jak urodzona w tym samym roku co ona Laura Perls. Bowiem Laura miała to szczęście i zmarła w Berlinie zanim źli ludzie doszli do władzy. 

Pięć kobiet z rodziny Gadiel zginęło w zasadzie w ciągu jednego roku. Nie wiem co się stało z najstarszą z sióstr – Johanną. Jedynym, co do którego jestem pewna to męski rodzynek w tej rodzinie – Egon Abraham urodzony w 1898 roku. 

Egon jeszcze w 1931 r. był kupcem we Wrocławiu, handlował odzieżą roboczą przy Tauentzienstrasse 135-137 i mieszkał przy Andersenstrasse 6/4. 

Kamienica nie przetrwała końca wojny, za to syn Henrietty tak. Udało mu się w latach 30-tych (chyba 💡 ) wyjechać do Stanów. Jak? Z kim? Kiedy dokładnie? Nie mam odpowiedzi na te pytania. Znalazłam go jednak. Co prawda na cmentarzu, ale to właściwe miejsce po śmierci. Pochowano go w Mount Nebo Memorial Park, w mieście Aurora, w stanie Kolorado. Poniższe zdjęcie pochodzi ze strony: https://www.findagrave.com/memorial/135331182/egon-a-gadiel

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A jak to w Stanach bywa, jest ubezpieczenie jest i człowiek, więc w sumie Egona najpierw znalazłam po Social Security 😉 Data urodzenia się zgadza, „A” jak Abraham na drugie się zgadza, więc to na pewno on – jedyny z rodziny Gadielów, o którym wiem, że nie zginął w Szoah. Zmarł naturalnie, dokładnie w dniu swoich 90-tych urodzin, które miały miejsce gdzieś w jakimś małym, prowincjonalnym śląskim miasteczku pod koniec XIX wieku. 

Napisałam, by ktoś pomyślał nad pięcioma rybniczankami, paniami z rodziny Gadiel, po dziadkach Levi, w tym dzisiejszym Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Osoba, która w latach 80-tych na Yad Vashem złożyła dla nich „pages of testimony”, a była ich daleką krewną, zmarła kilka lat temu. Tak więc już nikt o nich nie pamięta, stąd ta moja szufladka. Niech idzie w świat smutna historia Henrietty i jej córek…

#WeRemember

Kwiecień 28

Nasi na cmentarzu w Breslau

Będąc parę dni temu w mieście zwanym onegdaj Breslau, miałam niecałą godzinę, by na powierzchni ponad 4 hektarów odnaleźć groby „naszych”. Wbrew pozorom, nie jest to proste. Na podstawie tablicy, spisałam sobie po uczniowsku,  długopisem na ręce ściągę i ruszyłam jak wariat przez ścieżki i groby.

Przede wszystkich chciałam dotrzeć do grobu syna naszego rabina Daniela Fraenkla, któremu już poświęciłam wpis dawno temu. Syn rabina – Siegmund, co prawda nie był urodzony w Rybniku, ale jego rodzice przyprowadzili się tutaj, gdy przyszły wybitny orientalista miał niecałe 2 miesiące i tu dorastał, więc dla mnie nasz jak nic  😉 Mimo że na ręce nakryklałam sobie nr kwatery, to i tak znalezienie jego grobu zajęło mi z 10 minut. Nie zdarza się mi lecieć przez cmentarz nie zwracając uwagi na mijane groby. Tym razem nie miałam czasu na kontemplowanie uroków tego miejsca. Byłam na konfie Centropy i na zwiedzanie cmentarza z przewodnikiem mieliśmy niecałe 60 minut. Zanim jeszcze pani przewodnik zdążyła się przywitać, już uznałam, że jak mam coś znaleźć, to tylko pojedynczo. Grupowo to se można po zamku w Gołuchowie chodzić, ale nie po cmentarzu żydowskim.

Zaparzona jak kawa w ekspresie w halo! Rybnik (czyt. w mojej pracy) przeskakiwałam ze ścieżki na ścieżkę. Wreszcie go zobaczyłam! Jeju… jaki cudny był w słońcu. Profesor Siegmund Fraenkel, z ojca rabina i wnuka rabina (po mamie). Wybitny orientalista, znawca wielu intrygujących języków: aramejskiego, arabskiego, języków irańskich.

Grób ma klasyczny i piękny, choć sam do wyjątkowych przystojniaków raczej nie należał. Patrząc na jego krótką szyję zastanawiam się, czy nie miał problemów z garbem. Poniższe zdjęcie pochodzi z książki Macieja Łagiewskiego „Wrocławscy Żydzi 1850-1944”.

Potem poleciałam szukać grobów jego rodziców. Byłam już u nich wiele lat temu przy zapadającym zmroku. Z nimi miałam gorzej niż z synem. Rabin Daniel Fraenkel, urzędujący w Rybniku przez prawie ćwierć wieku, ma bardzo typowy obelisk. Co już mi się wydawało, że go widzę, to z przodu okazywało się, że to ani on, ani jego żona.

Po iluś tam doskakiwaniach do tych ostrosłupowo zakończonych pomników, pot lał się ze mnie jakby było lato. A to nie lato, a zimowa wiosna. W końcu jest! Znaczy się, są! On i ona w barwinkach 😀 Nasz rabin dr Daniel Fraenkel – jakby ktoś chciał coś o nim wiedzieć bliżej to  ➡ tu

Tata przystojniejszy od syna 😉

Teraz już spokojniutko mogłam sobie, pomimo wskazówek, które na blacie zegarka zapierdzielały jak małe motorki, pobiec do Ferinanda Lassalle’a. Jakby nie patrzeć, jego tata, pochowany wraz z nim, to Żyd aus Loslau, czyli z Wodzisławia Śląskiego.  A sam Lassalle i poglądami mi bliski, i o kobietę się pojedynkował, i o prawa kobiet walczył, więc kamyczek mu się należał.

Świeże kwiaty od niemieckich socjaldemokratów.

Rodzice Edyty Stein mnie nie szpanowali, więc resztę czasu, czyli mniej więcej pół godziny mogłam już w miarę spokojnie cykać foty, koncentrując się głównie na nazwiskach, które ewentualnie mogłyby być jakoś tam skojarzone z Oberschlesien. Wychodząc z cmentarza, kompletnie niespodzianie, ujrzałam przed sobą grobowiec rodziny Nicolaier. Bogowie czuwali  :mrgreen: Córka Josefa Lustiga, założyciela Goczałkowic, rodzona rybniczanka, po mężu Nicolaier pokazała mi się w całej krasie.

Płuc nie czułam, nogi w dupie, wsio mokre, ale tyle sukcesów w 55 minut. Radość mi w uszach szumiała. Wyszłam z cmentarza zgodnie z planem i ustaleniami, no ale… ale cała wycieczka wyszła wiele, wiele minut wcześniej (no bo tak se uznała przewodniczka) i teraz musiałam zaiwaniać dookoła muru cmentarnego (jakieś 1,5 km), by znaleźć autobus. Dobrze, że mi się nie przypomniało, iż mam zakazane hiperwentylacje  :mrgreen: , bo bym do autobusu nie dobiegła. Czego się jednak nie robi dla swoich i okolicznych swoich (czyli tych zza mojej hałdy). Tu macham do Loslauerów  :mrgreen:

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Nasi na cmentarzu w Breslau została wyłączona