Marzec 21

Chwałowicka hałda pierwszego dnia wiosny

Zachwycić się parkiem jest łatwo. Każdy zobaczy piękno w purpurowych rododendronach. Poprzycinane krzewy i wymuskane trawniki są wizytówkami miast. Wiosna w takich miejscach jest kolorowa, pachnąca, bogata. Taka bombonierka. Słodkość aż do korzeni zębów sięga i trzeba je zaraz myć pastą do Senso… itd. (nie lokuję produktu).

A na hałdzie? Chaotycznej, ciągle sypanej, z torem kolejowym, śmieciami, słupami, spychaczami, itp., itd.?  Jaka jest tu wiosna? Aaa, jest jak tytka kukułek. Zwykła i ze smakiem babcinym. Albo jest jak kołoczyk z Ochwatowej piekarni.

Mówili dawniej, że każda potwora znajdzie amatora. Moja hałdusia też  :mrgreen: Oblazłam z okazji pierwszego dnia wiosny ten mój hałdziany ekosystem i zmniejszyły mi się wyładowania w głowie  😆 Do teraz się oblizuję.

P1510395

Czytaj dalej

Kategoria: Różniste, Rybnik | Możliwość komentowania Chwałowicka hałda pierwszego dnia wiosny została wyłączona
Sierpień 27

Wizyta Mannebergów na Śląsku (cz.3)

Czwartek, czyli śladem Marszu Śmierci i Gliwice

Moi goście bardzo chcieli zobaczyć Gliwice, gdzie ojciec Michaela pracował w latach 30-tych XX wieku. Nie byłabym jednak sobą gdybym ich po drodze nie zawiozła do Książenic, Kamienia i na cmentarz za rzeką Rudą. Zawsze, gdy tylko Rybnik odwiedzają goście z zagranicy, staram się pokazać te miejsca, które są tak tragiczne w naszej historii.

7.08.2014 (9)

Mannebergowie zostawili kamyczki na mogiłach zbiorowych więźniów Auschwitz-Birkenau, którzy zostali zamordowani w trakcie Marszu Śmierci przez nasze miasto.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Wizyta Mannebergów na Śląsku (cz.3) została wyłączona
Sierpień 1

Warszawski obrazek

Z Powstaniem Warszawskim nie mam żadnych rodzinnych powiązań. Noooo, może jedno, ale jakoś dla mnie jest ono tak odległe, że myśląc powstanie nie kojarzę tego strasznego czasu z tym, że zginęła tam siostra mojej wielkopolskiej babci.

Z Warszawą też niewiele łączy taką Hanyskę jak ja, ale zawsze, gdy mowa o niej jestem dumna, że mamy taką stolicę. Dziś też beczałam wraz z warszawiakami i resztą tych, którym łzy lecą na poczekaniu na myśl o wszystkich którzy wówczas zginęli.

I właśnie co roku, tego pierwszego dnia sierpnia patrzę sobie na obrazek, którego nazywam „warszawskim”. Wiele lat temu wyciągnęłam go z rupieci rudery, którą pokazywałam swoim klientom jako pośrednik. W opuszczonych domach najczęściej ludzie zostawiają święte obrazki, mając w dupie, czy Chrystus leży w śmieciach. W tamtej runie, która była do wyburzenia nie było Chrystusów. Leżał za to obrazek wiewiórki. W jaki sposób znalazł się w Rybniku – na Śląsku, chyba już nigdy się nie dowiem. Dom był już pusty, bez okien, taka dawna komunalka. Zabrałam malunek, bo musiałam. Nie mógł tam zostać.

P1410425

Czytaj dalej

Kategoria: Różniste, Rybnik | Możliwość komentowania Warszawski obrazek została wyłączona
Kwiecień 25

Chwałowicka hałda

Drzewa, drzewa, drzewa… czyli po raz drugi podążam tropem Listów pROWincjonalych, ale bardziej na swoim placu, czyli podwórku chwałowickim. W moim Rybniku (o rudzkich lasach nie wspomnę, bo od nich jest inny niewiarygodny fachura) tu ktoś drzewo wytnie, tam uzna, że chore więc musi być usunięte, tam chce zasypać zwałem, jak to teraz planuje się na Meksyku. Jednym ciachnięciem, czy podpisem i nie ma zielonego parasola, który rósł przez kilka pokoleń. Trza usunąć bo za wielkie, trza upitolić bo liście lecą, a może bo korzenie ryją nie tam gdzie powinny, bo kablom przeszkadzają, bo jakaś „ruła” ważniejsza, albo droga, o której się fanzoli od 30 lat i przez następne jeszcze będzie jedynie fanzolić.

23.04 (41)

I w taki sposób, gdzie się nie spojrzy,  powiększają się betonowe, brukowane pola i mnożą się puste miejsca po wyciętych komórkach naturalnych płuc Śląska. Mieszkam pod hałdą, która okala moje ukochane Chwałowice prawie ze wszystkich stron. Nie narzekam już na nią, bo od wielu lat jest elementem krajobrazu, na który patrzę z okien.

mp_halda (6)

Mogę z ręką na sercu przyznać, że jestem do niej przyzwyczajona, a wręcz mam do niej sentyment.  Oswajanie z nią trwało jednak sporo czasu. Moja hałda jest w większości już zalesiona, choć nadal jest, jak się to mówi, czynna i dosypywana. Jej ukształtowanie się stale zmienia, powstają nowe zalewiska, takie różne zgórki i podgórki.

mp_halda (9)

Jeździ po niej pociąg z kamieniem i reszteczkami węgla, pracują na niej zbieracze (nawiasem mówiąc bardzo ciężko pracują i za to ich szanuję), śmigają po niej quady, ludzie uzależnieni od wysokiego poziomu adrenaliny urządzają na niej zawody motokrosowe, mieszkają na niej bażanty, zające, sarny, wiewiórki, lata nad nią jedna rodzina bociania, na zalewiskach pływają łabędzie i kaczki.

mp_halda (3)

mp_halda (4)

mp_halda (1)

Ta hałda nie miałaby tego zagmatwanego leśno-industrialnego uroku bez drzew nasadzonych celowo przez ludzi, czy też przypadkowo przez przyrodę.  Człowiek zniszczył, ale człowiek naprawia. Rosną na niej sosny, świerki i brzózki samosiejki, są robinie akacjowe i czeremchy, leszczyny i rokitniki, jeden lichuśki jałowiec, bycza forsycja, białe i fioletowe bzy, irgi, ponownie introdukują się ostrężnice, dęby, choć jeszcze nie tak stare jak rogalińskie, ale już słusznych rozmiarów –  totalny full wypas dendrologiczny.

mp_halda (2)

Co prawda na razie nie ma platana, ale to kwestia czasu 😀 . Rosną na niej grzyby, powoli widać i porosty, no i pewno żyje na niej rodzina kreta Marcusia, którego przeprowadziłyśmy z naszego ogródka, bo u nas jego egzystencja była zagrożone z powodu dzikich, choć domowych kotów, a raczej kotek.

Moja hałda już nie jest betonową pustynią, choć ktoś z daleka mógłby stereotypowo pomyśleć, iż takie śląskie miejsce, to na pewno jakiś syf i malaria. Nic bardziej mylnego.  Hałda moja, czy też nasza, jest bardziej zielona niż miasto, bo na niej się drzew nie wycina, a dosadza. Od czasu do czasu, gdy coś mi się na własnym ogrodzie wysieje, bądź wyrośnie nadplanowo, to wykopuję i walę pod hałdusię, tam wsadzam w tą twardą ziemię, która nie za łatwo przyjmuje do siebie rośliny, bo wyjątkowo kamienna i trudna w uprawie.  Taka śląska niby gleba. Oporna, twarda, mało wyrafinowana, jałowa, grudowata,  ale wierna i oddana, gdy się wie jak z nią postępować.

mp_halda (8)

Nie jestem jedyna, która tak robi. Moi sąsiedzi też nie wywalają zbędnych krzewów.  Nasz las przy chwałowickiej hałdzie jest coraz bardziej egzotyczny i kolorowy.

Może to taki zaczątek Parku Rodziny, który jest pomysłem Forum Obywateli Rybnika… Kto wie…

Może stanie się ona wzorem dla hałdy, którą przez lata będą sypać na Meksyku… Kto wie…

Może po wielu latach, z tych pitkowatych krzewów wyrośnie podhałdowe arboretum 😉  Kto wie…

mp_halda (10)

Nasza hałda od kilku lat jest miejscem majowych spotkań eksploratorów, czyli moich przyjaciół  z różnych zakątków mapy. Następne spotkanie wnet, więc czas wracać do sadzenia, czyli leczenia ran zadanych przez ludzi przyrodzie . Hałda musi być piękna na powitanie gości. Zresztą,  co jo godom, co jo godom  😉 . Toż ona jest zawsze piękna, nawet gdy kamienna. Spójrzcie zresztą sami.

mp_halda (12)

mp_halda (13)

mp_halda (7)

 

 

Maj 22

Mini reportaż z wizyty wnuków Józefa Manneberga (dzień archiwów)

Dzień archiwów

W środę z rana poszliśmy najpierw do USC. I powiem Wam, że jestem pod wielkim pozytywnym wrażeniem. Panie były bardzo życzliwe i starały się pomóc jak mogły. Obaj panowie szukali dokumentów, które by im uściśliły fakty z życia rodziny. Z uwagi na to, że USC przechowuje dokumenty do 100 lat, a potem przekazywane są one do Archiwum w Raciborzu, to do przeszukania były lata od mniej więcej 1910-1939.

Super miła pani poprosiła nas o danie jej czasu na pokopanie w księgach, a my tymczasem poszliśmy zwiedzić muzeum. Głównie chodziło o zobaczenie nagrobków żydowskich, choć nie są one z ich rodziny.

trzeci (18)

Pan Dawid – pracownik muzeum włączył gościom nagranie opowiadania Yaira Gila, potomka z rodziny Młynarskich. Członkowie tej rodziny ta byli przed wojną właścicielami m.in. budynku dzisiejszego PTTK-u. Yair Gil nagrał opowieść na wystawę o rybnickich Żydach w ubiegłym roku. Otóż Młynarskim przedwojennym też udało się uciec Polski. Już przed wojną przyjaźnili się z rodziną Mannebergów, a w Palestynie nadal się odwiedzali.trzeci (9)

trzeci (10)

Goście przeszli prawie całą ekspozycję stałą. W związku z tym, że szukali w Rybniku pralni (takiej na szybko), a ponoć jej nie ma, to uznali, iż należy pożyczyć rumplę z muzeum i zrobić pranie ręczne. W Palestynie, a później w Izraelu też takie rumple były w ich rodzinie 😉 Może nawet przywiezione z Rybnika, w końcu dziadek Józef handlował towarami żelaznymi.

trzeci (12)

trzeci (11)

trzeci (13)

Na koniec wizyty w muzeum goście wpisali się (oczywiście po hebrajsku) do księgi gości.

trzeci (14)

Z muzeum poszliśmy ponownie do USC, bo tam miały na nas czekać fotokopie aktu zgonu ich pradziadka Leopolda i aktu urodzenia Hansa (Jana) Manneberga. Wsio załatwiła miła pani, której w tym momencie jeszcze raz dziękuję i goście wyszli zauroczeni serdecznością w urzędach. 🙂trzeci (15)

Dziękuję też panu Dawidowi  za książki o historii Rybnika. Odebraliśmy je następnego dnia. Poszliśmy na parking do auta, bo następnym urzędem miało być archiwum w Raciborzu. Po drodze pokazałam Nacynę, bo o niej im opowiadał dziadek, gdy byli szkrabami.

Jak wspomniałam wyżej pognaliśmy do Raciborza. Po drodze pokazałam im miejsce-działkę, którą miał ich dziadek i którą sprzedał w latach 20-tych. Miejsce to jest przy krzyżu przy ul.Raciborskiej. Analiza tekstów pana Michała Palicy (pasjonata historii Rybnika) i skonfrontowanie z nim tego co ja wiem i tego co on wie, upewniło mnie na 100%, że dom z barem Irena powstał na działce sprzedanej przez Józefa.

W trakcie jazdy opowiadałam o losach Raciborza w 1945 roku, jego spaleniu, pokazałam przedwojenną granicę na Lukasynie, fanzoliłam o powodzi i o czym się dało.

trzeci (8)

W raciborskim archiwum byłam po raz drugi w życiu i nawet, gdy tam będę po raz setny to i tak nie zrozumiem systemu wypisywania stu milionów karteczek, niezbędnych do otrzymania jakiejś księgi. Jestem na to za głupia.

trzeci (2)

Dobrze, że wszędzie są uprzejmi i pomocni ludzie i takiego też miłego człowieka znam w tej instytucji. Gdyby nie jego pomoc, to bym się zakałapućkała w biurokratycznym systemie i goście niczego by nie znaleźli. A tak kolega mi dyktował co mam wpisywać, szybko przynosił następne księgi i jakoś to leciało, choć przyznam, że panował w moim umyśle chaos.  Chaos też był na stole.

trzeci (7)

Nie mówiąc o hałasie, który robiliśmy mieszaniną języków i ochami o achami przy natknięciu się na nazwisko Manneberg. A obok nas pracowała pani doktor historyk z raciborskiej Wyższej Szkoły 🙄 więc momentami jej naprawdę przeszkadzaliśmy.

Pierwsze achy były, gdy Michael znalazł wpis dot. urodzenia jego ojca   :mrgreen: Tu był szok, gdyż okazało się, że jego ojciec zawsze podawał datę urodzenia 5.11.1903 roku, a tu z papierów wynika, iż urodził się 6 listopada.  Michael stwierdził, że pójdzie na grób ojca (leży na cmentarzu w Bremen) i powie do słuchu, że przez lata w złym dniu robił imprezę.

Kombinowali jaki mógł być powód takiej pomyłki. Powiedziałam, że w przypadku katolików powód byłby błahy, czyli ojciec z radości się upija i gdy idzie zgłaszać narodziny dziecka dni mu się pierdzielą 😉 Ale w przypadku niemieckiego Żyda, raczej to nie wchodziło w rachubę.

trzeci (4)

Następne achy były, gdy dokopaliśmy się wzmianki o urodzeniu Józefa Manneberga 1 maja 1874 roku. Tu podano nawet wagę noworodka, który jak na tamte czasy był niezłym bykiem, bo ważył 4 kg.

trzeci (5)

Natknęli się też na ciotkę, o której mało wiedzą, a która jakoś jest powiązania z rodziną Apt. I ja o tym wiedziałam, ale mało niestety, więc za bardzo nie potrafiłam im pomóc. Jak już będę mieć więcej czasu, to zacznę tego szukać, bo wiem, że Aptowie wyjechali z Rybnika do Brazylii. Na analizowanie początków rodu, czyli linii w mieście Loslau, już zabrakło nam czasu. Ruth była głodna, ponadto kurz archiwalny przywołał problemy z alergią.trzeci (3)

Obiecałam im, że sama tam pojadę ponownie i już na spokojnie będę grzebać w tych księgach. Informacji tam jest furrrrrrrrrrrrrrrraaaaaaaa.

Z Raciborza zabrałam ich do siebie do domu, bo Chwałowice sroce spod ogona nie wypadły. Tu też Józef Manneberg miał morgi, które mogły być „zużytkowane na place budowlane”, choć do końca nie wiadomo gdzie.

trzeci (1)

Poza tym, nie po to mi mąż Gwiazdę na pergoli zrobił, by służyła tylko do tego, by sąsiedzi mieli o czym plotkować  :mrgreen:trzeci (19)

Obiad już na Hajdzie, bo to moje ulubione miejsce. I tam miałam nadzieję, że znajdę normalną zupę czosnkową (o wodzionce nie marzyłam), ale to nie była wodzionka, a współczesna wydziwiona podróba. Grzanka z serem do tego, to już już szczyt „gesleryzmu”, że to tak nazwę.

Na Hajdzie telefonicznie dogadywałam się z dziennikarzami DZ (co najmniej jak jakiś rzecznik prasowy hahahahahaha), którzy chcieli się z gośćmi spotkać, ale terminy się nie potrafiły zgrać.

Na szczęście Gazeta Rybnicka, w osobie pani Sabiny, była dyspozycyjna i ustalona od dawna i za nią byłam spokojna.

Po późnym obiedzie pojechaliśmy jeszcze pod szkołę „Jedynkę” na Chrobrego. Do tej szkoły chodził ojciec Elizera (tego grubszego) a zarazem syn Józefa. Eli wiele słyszał o tym miejscu i wiedział, że naprzeciw była polska szkoła. Wówczas w dzisiejszej „1” była mniejszościowa szkoła niemiecka, a ściślej niemieckie gimnazjum.

trzeci (16)

Eli, jako emerytowany dyrektor szkoły, a zarazem kiedyś wysoko postawiony urzędnik w izraelskim Ministerstwie Edukacji, uznał, że chyba nie jest to przyjazne miejsce. I ja mu przyznałam rację. Chodziłam do tej szkoły i jej nie znosiłam. Wyjątkową alergię miałam na to miejsce – oczywiście jako dziecko.

trzeci (17)

Szkoła dziś nosi imię Korczaka. Byłam ciekawa, czy współcześnie Izraelczycy wiedzą coś o Korczaku i się nie zawiodłam. Wiedzą i to naprawdę wiele.

Dzień się kończył, goście byli bardzo zmęczeni (ja zresztą też). Zawiozłam ich pod hotel, a sama popędziłam do domu, bo następnego dnia czekały nas już same wywiady.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Mini reportaż z wizyty wnuków Józefa Manneberga (dzień archiwów) została wyłączona