Kwiecień 10

Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann

Dziś Wielki Piątek. Czas korony, kwarantanny, pełnej izolacji, mimo trwającego Pesach i nadchodzącej Wielkanocy. Wyznawcy dwóch wielkich religii muszą podejść do dotychczasowego obchodzenia swoich świąt w zupełnie inny sposób. Gdy wstałam, to pomyślałam, że napiszę o Jerozolimie moimi oczami. Ale to mogłoby zostać niewłaściwie odebrane, bo dla mnie Jerozolima to nie jest miasto chrześcijan, a Żydów i Arabów. Czyli nie wpisałabym się w główny nurt dzisiejszego dnia. Dlatego jednak popiszę neutralnie i opowiem o kolejnej osobie ze zdjęcia ➡ „Pięknych i młodych”. By jednak choć ciut nawiązać do miejsca, gdzie dziś nie odbędzie się kolejna droga krzyżowa, wybrałam dziewczynę, która w Jerozolimie mieszkała przez większość swego życia i tam zmarła.

Ilse Glücksmann, czyli dziewczyna o przepięknych włosach.

To jej zawdzięczamy, że tyle zdjęć z Rybnika przetrwało z opisami. To ona pielęgnowała pamięć o swoich rodzicach, wujkach, ciociach ze Śląska.

Ilse urodziła się w naszym mieście w 1906 r. Była młodszą siostrą Alfreda, od którego zaczęła się moja znajomość z Miriam (córką Alfreda i bratanicą Ilse). To dzięki Miriam mogę Wam pokazać tyle niezwykłych fotografii przedstawiających nasze miasto z lat 20-tych XX w. O Alfredzie pisałam jakiś czas temu ➡ Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku. Właśnie przez ten wpis odnalazła mnie Miriam i tak zaczęłam projekt polegający na opowiedzeniu o 12 nastolatkach sfotografowanych w 1921 w Rybniku. Ilse, jako jedna z postaci na zdjęciu, na odwrocie opisała te osoby, których imiona i nazwiska pamiętała. Sama stoi pomiędzy ➡ „Nieznajomą” a swoim bratem, który jak pamiętacie dzięki temu, że uzyskał stypendium w Cambridge z Niemca stał się Brytyjczykiem.

Ilse i Alfred byli dziećmi Selmy i Adolfa Glücksmannów. Patrząc na poniższe zdjęcie przedstawiające rodzeństwo, pierwsza myśl jaka mnie naszła to „Jakież ona miała przepiękne włosy!”. Trzy lata starszy Alfred z grzywką ciachniętą na skos i wielkimi uszami i siostra elegantka. Mamusia do fotografa ubrała najpiękniej jak mogła. Ta kokarda! Te loki! Łatwo przy rozczesywaniu nie było 🙂

Ojciec prowadził sklep w Rybniku przy Breitestrasse. Rodzinie się dobrze powodziło. Wywczasy w Kudowie – modnej wtedy i teraz. I popatrzcie ponownie na włosy dzisiejszej bohaterki. Dziewczynka na tym zdjęciu, zrobionym 23 lipca 1911 roku, ma 5 lat. Znowu mała paniusia. Torebeczka, paradny fartuszek, koraliki, w ręku chyba kapeluszTante Jenny, przy której stoi. Ciotka Jenny była siostrą mamy. Obok cioci kuzyn Ernst. Brat Ilse – Alfred kucający z drugiej strony zdjęcia, ubrany na biało z marynarskim kołnierzem, coś pije. Mama Selma stoi gdzieś z tyłu równie odwalona. W końcu byli „u wód”, czy też im Spa.

W Rybniku młodzi Glücksmannowie chodzili do szkół. Alfred do tej przy ulicy Cmentarnej, a gdzie Ilse? Na pewno to nie jest ten budynek przy starym kościele. Może ktoś z rybniczan rozpozna, przed którą szkołą ustawiły się dziewczynki wraz z nauczycielką panną Irmą Schwarzer. Ilse dość skrupulatnie opisała koleżanki, no i Lehrerin Irmę. Ilse ma loki już albo ścięte, albo upięte z tyłu. Jakaś lekko naburmuszona. Nie dziwię się. Też szkoły nie znosiłam. Zresztą nie tylko Ilse na fotografii jest nie w sosie. Nauczycielka również nadąsana. Na tej fotografii są też ➡ Ilse Silbiger, ➡ Thea Priester, ➡ Lore Priester, o których już pisałam. Przyjaciółki. Niestety z opisu nie wynika dokładnie, która jest która, ale co do nadzwyczajnej urody Dorki (Thea) Priester mam pewne podejrzenia, gdyż tylko jedna z dziewcząt ma „to coś”, co miała Thea.

Dla równowagi dam też zdjęcia brata przed jego szkołą, którą na pewno rybniczanie rozpoznają. Alfred stoi jako pierwszy z lewej – mały synek w brelach 🙂

Gdy cała rodzina była w Rybniku miały miejsce dwie ważne uroczystości. Bar micwa Alfreda i bat micwa Ilse, czyli uroczystość religijna związana z wejściem dziewczynki w dorosłość. Otrzymała wówczas przepiękny złoty naszyjnik, który do dziś jest w rękach jej bratanicy. Coś z dawnego żydowskiego Rybnika jest nadal w Anglii i to bardzo mnie cieszy. Tym bardziej, że lazuryt jest bardzo wrażliwym kamieniem.

W drugiej połowie 1922 roku państwo Glucksmannowie wyprowadzili się z polskiego już wtedy miasta do Görlitz. Z tego czasu zachowała się fotografia Ilse ze swoim pupilem przed sklepem ojca. Dziś w tym budynku jest hotel.

Po krótkim pobycie w Görlitz rodzina osiadła w Gliwicach. Z gliwickiej fiszki adresowej wyraźnie widać, że Ilse się szybko usamodzielniła i wyprowadziła z mieszkania rodziców, a po jakimś czasie przeniosła się do Berlina.

Rozpoczęła pracę dla Judische Verlag – wydawnictwa, wówczas kierowanego przez Siegmunda Kaznelsona, prawnika, redaktora i działacza syjonistycznego. Kaznelson, jako przewidujący syjonista już w 1931 założył filię w Palestynie. Sam wyjechał z Niemiec w 1937 r. A co mamy o wyemancypowanej Ilse z tamtych czasów. Ano mamy Ilse tradycyjnie i bardzo skromnie…

Mamy Ilse elegantkę i prawie kokietkę, jak w czasach dzieciństwa.

I mamy Ilse wyemancypowaną biuralistkę 🙂 Te modne buty, strój! Ręka nonszalancko w kieszeni 😉 Kapitalnie zapozowane zdjęcie z pracy, jakie i my teraz sobie często robimy.

W 1933 r. brat Alfred opuszczał Niemcy, nie przypuszczając, że na zawsze. Ilse była jeszcze w Berlinie, a ich rodzice w Gliwicach. Prawdopodobnie już wtedy zaczęła starania o wyjazd ze swojego kraju, który powoli przestawał być jej ojczyzną. Potrzebne do złożenia podania o wyjazd pieniądze, otrzymała od innego uchodźcy, który otrzymał pozwolenie na opuszczenie Rzeszy. Sama, gdy swoimi kanałami zdobyła wizę do Palestyny, też przekazała te 500 funtów kolejnej osobie. W 1936 roku znalazła się w Palestynie. Dość szybko wyszła za mąż, zostając Ilse Walter i równie szybko się rozwiodła. Niestety niewiele wiadomo o jej mężu. Jak pamiętacie z poprzednich moich postów rodzice rodzeństwa zostali wywiezieni z Gleiwitz do obozu zagłady. Im nie udało się wyjechać. Starych i bezużytecznych Żydów żadne państwo nie wpuszczało.
Po raz pierwszy Ilse spotkała się z bratem po 16 latach, czyli w 1949 r. w Anglii. Wtedy też poznała swoją bratową oraz maleńką bratanicę.

Rybniczanka Ilse została strażniczką pamięci o rodzinie. Dwukrotnie (w 1956 i 1985) złożyła „Page of testimony” dla swoich rodziców w Instytucie Yad Vashem. Wtedy, gdy je składała zakładała, iż zginęli w Theresienstadt.  Co zapewne było dla niej maleńkim pocieszeniem i nadzieją, że może zmarli śmiercią naturalną w obozie koncentracyjnym. W owych czasach duża część ocalałych Żydów niemieckich uważała, że ich bliscy ginęli w Theresienstadt, a nie np. w Auschwitz czy Bełżcu.



Właśnie Ilse, nosiła przy sobie w torebce zdjęcia rodziców. Na samo wspomnienie o nich zawsze płakała. U Alfreda było jakby wyparcie i brak rozmowy, a u niej wspominanie. Do końca życia uznawała się za Górnoślązaczkę, choć przez większą część życia mieszkała na terenie dzisiejszego Izraela. Uzupełniała rodzinne drzewo genealogiczne, podpisywała zdjęcia, które wywiozła, składała świadectwa w YV dla dalekich członków rodziny, o których niewiele wiedziała. Po wojnie pracowała dla tej samej instytucji co przed wojną w Palestynie i jeszcze przedtem w Berlinie. Od czasu do czasu bywała w Europie. Krótko przed śmiercią przekazała do Centralnego Archiwum Syjonistycznego wiele dokumentów oraz listów. Zapewne pod powiekami nosiła obraz miasta swojego dzieciństwa i młodości. Zastanawiam się czy wiedziała, że prawie wszyscy jej przyjaciele ze zdjęcia „Piękni i młodzi” zdołali przeżyć wojnę w różnych częściach świata. Zginęli jedynie ci, którzy do 1939 roku zostali w Rybniku, czyli ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta Tulla.

Urodzona w nieokreślonej rybnickiej kamienicy, przy dzisiejszej ulicy Sobieskiego, w marcu 1906 roku Ilse Walter, z domu Glücksmann,  zmarła w 1992 r. w Jerozolimie. Obecnie, jej bratanica Miriam kontynuuje to dzieło i spisuje historię rodziny ze strony taty Alfreda Glücksmanna z Rybnika i mamy Ilse Lasnitzky-Glucksmann z Berlina.

Miriam! Hugs from Rybnik! I hope you will come to Rybnik as you planned. I am sure we will go through it and see each other in my family town. Take care!

Zdrowych Świąt dla wszystkich czytelników. Pamiętajcie, nawet jak jest już na maksa źle, to jest nadzieja. To jeszcze nie jest Golgota, a te święta na pewno będą wspaniałe choćby przez to, że mniej napuszone. I mimo oddalenia bardziej rodzinne.

I coś na koniec związanego z dzisiejszym dniem, czyli Wielkim Piątkiem, Jerozolimą no i koroną, która nas zewsząd otacza. Gdy w ubiegłym roku patrzałam na tłumy klękające w prawosławnej kaplicy Śmierci na Krzyżu w bazylice Grobu Pańskiego, to głównie moją uwagę przyciągał zakonnik, który skrupulatnie wsio psikał jakimś detergentem, mając w duszy tych klęczących i modlących się. Psik, psik, a kysz wirusy, bakterie 😉

Źródła: Yad Vashem, Centralna Biblioteka Judaistyczna oraz archiwum rodzinne Miriam Glucksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann została wyłączona
Marzec 14

Piękni i młodzi – nieznajoma

Jeden mały kulkowaty gnojek z wypustkami wyglądającymi jak parzydełka, uziemił prawie cały świat w domu. Tym samym spowodował, że ludzie zaczęli odrabiać zaległości. Zgodnie z zaleceniami lepiej poczytać książkę, obejrzeć komedię, czy pograć w brydża niż dobijać się przytłaczającymi wiadomościami. Przed chwilą na Messengera dostałam kolejną wiadomość, jak to należy się modlić, gdyż idzie koniec świata. Zablokowałam następną osobę i zasiadłam do tego, na co dotychczas nie miałam czasu. Maurycy stwierdził, że to mało interesujące dla niego 😉

Jak pamiętacie w ubiegłym roku zabrałam się do opisywanie dwunastu nastolatków ze zdjęcia, które dostałam od pani Miriam Glucksmann – córki urodzonego w Rybniku Alfreda. Wiele osób z fotografii już opisałam, bo potrafiłam znaleźć o nich informacje. Kolejna, niestety, zostanie nieznana, bowiem na odwrocie zdjęcia, ciocia Miriam oznaczyła ją znakiem zapytania.

Na oko dziewczyna ma kilkanaście lat. Jest w tym samym wieku co pozostali. Stoi pomiędzy Fritzem Aronade a Ilse Glücksmann. Przyjmując, iż zdjęcie zostało zrobione w maju 1921 roku, to musiała się urodzić pomiędzy 1903 a maksymalnie 1908 rokiem. Tyle wiem, ile widzę. Śliczna buzia, regularne rysy, ładnie wykrojone usta, gęste włosy zaczesane do tyłu. Lekko się uśmiecha, podnosząc jeden kącik ust – jakby ironiczny uśmieszek. Sukienka chyba plisowana, przewiązany pasek z klamrą. Czyją była córką nie wiem. Jak miała na imię nie wiem. Czy przeżyła wojnę nie wiem.

Przeanalizowałam wiele aktów urodzin dla tych lat. Raczej nie była siostrą Fritza – Berthą, bowiem ta urodziła się w 1900 roku, a na 21 lat ta panna nie wygląda. Poza tym na pewno Ilse Glucksmann by zapamiętała jej imię, skoro Fritza opisała. Sądzę też, że nie należała do rodziny Priesterów, bo panienek z tego roku na fotce jest więcej, więc też w pamięci opisującej by się utrwaliło. Z tego samego powodu nie jest to panna z Silbigerów. Może to zatem Edith Brauer? Córka Izaaka i Fanny z domu Weissler urodzona w 1903 roku? Jeśli byłaby to ona, to należałoby się cieszyć, bowiem Edith, jako Edita Preiss zmarła w 1989 r. w Buenos Aires.

A może to Elsa Karolina Kornblum, urodzona w 1908, córka Martina i Hedwig? Jeśli tak, to powodów do radości by nie było 🙁

Albo jedna z pociech Benno i Julii Lewin? Naprawdę nie wiem. Równie dobrze można uznać, że to ktoś z poza Rybnika, kto znalazł się na uroczystości, przy okazji której ci młodzi ludzie zostali uwiecznieni. Zostanie więc tajemniczą, młodą i piękną „Nieznajomą”.

Tymczasem się trzymajcie w swoich domach. Nie potępiajmy tych, którzy popełnili błędy, bo dzięki nim może nam się to udać! Trzymajmy kciuki za Włochów! To dopiero początek tego Armagedonu, więc jak się nudzicie, to posznupajcie sobie po moich szufladach. Sądzę, że lepiej poczytać o tym co było, niż kombinować co będzie przeglądając kolejne fakenewsy. Ja przechodzę na „Kurnik” i wracam do polskiej wersji scrabble on-line. Jakby co, to gram jako mploszaj.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – nieznajoma została wyłączona
Grudzień 8

Piękni i młodzi – Dorothea Priester

Bardzo się spóźniam z opisaniem kolejnej postaci uchwyconej w Rybniku przez tajemniczego fotografa w maju 1921 r. Ostatnimi czasy bardzo mnie absorbuje jeden Salo, który od 1894 r. ma prawo se latać po polach (i nie tylko) w Niewiadomiu.  Cała moja moc i wolne chwile są na niego skierowane. Przyrzeczenie jednak było. Obiecałam, że poznacie losy żydowskich nastolatków, więc dziś Salo idzie do kąta, a ja zabieram się za najważniejszą, według mnie, osobę na fotografii. Najważniejszą, bo to ona na niej króluje i dominuje. Przedstawiam Wam Theę, czyli Dorkę Priester.

Ta piękna i elegancka dziewczyna, zalotnie spoglądająca do przodu, urodziła się jako Dorothea 19 września 1905 roku w rodzinie Salo Priestera i Olgi z domu Leschcziner. W jej żyłach płynęła krew najważniejszych z ważnych. Dziadek ze strony mamy był przez spory okres czasu przewodniczącym gminy i miejskim radnym, jej tata, zarządzaniem gminy zajmował się aż do swej przedwczesnej śmierci w 1926 roku.

Gdy opisywałam jej młodszą siostrę Hertę ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/, to już wspomniałam, iż rodzina Doroty była zamożna, typowo niemiecka i niewątpliwie w trakcie plebiscytu głosowała za pozostaniem Rybnika w państwie niemieckim. Dorota, wraz z Hertą i najmłodszym bratem Erichem, dorastała w miłości, dobrobycie, w małym śląskim miasteczku, uwodząc chłopaków. Coś ta dziołcha w sobie miała. Popatrzcie na nią dobrze. Jest w niej jakaś siła, czar, kokieteria. Była charakterna. Już samo umiejscowienie jej w samym środku grupy wiele mówi. Musiała być zawsze w centrum uwagi.

Dlatego też jej wybrankiem został najprzystojniejszy z przyjaciół – Fritz Aronade. Kto sobie chce przypomnieć jego tragiczne losy to niech kliknie ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-fritz-aronade/

Możecie zapytać, skąd ta moja pewność, iż to była para. A ja Wam odpowiem: bo wiem i już. Wiem, bo mam inne zdjęcie, które ponownie pokazuję. Patrzcie!

I co? Chyba się już ze mną zgadzacie 😉 Tak obejmować się mogą tylko zakochani. Wczoraj, nasza noblistka mówiła o czułości. Tą nieśmiałą czułość pod parasolem widać na tym zdjęciu. Pierwsza młodzieńcza miłość jest bardzo silna, długo się o niej pamięta, ale też jak szybko przychodzi, tak szybko odchodzi. Już tu na Szufladzie kombinowałam, dlaczego tych dwoje nie zostało małżeństwem. Teorie mogą być dwie. Albo Fritz przestał kochać, albo Dorota. Skłaniam się bardziej ku temu, że to Dorka, czy też dla przyjaciół – Thea, znalazła nowy obiekt westchnień. Zanim jednak do tego doszło Fritz obdarowywał swoją ukochaną bukietami z bzów, zabierał na przechadzki po Rybniku, wielbił i adorował. Jeszcze dziewczęce rysy, ale już widać, że będzie z niej zgrabniara 🙂

A Thea brylowała w towarzystwie młodych ludzi, angażowała się w sprawy plebiscytowe i być może, już w tamtym czasie uznała, że starszy jedynie o rok Fritz jest dla niej za smarkaty. Wspomniałam ponownie o plebiscycie. Otóż, po głębokiej analizie postaci z poniższego zdjęcia, doszłam do wniosku, że Thea została uwieczniona wraz z grupą Niemców w trakcie tego, ważnego dla naszego regionu, wydarzenia. Jeśli mam rację, to trzeba przyznać, że dziewczyna nie należała do tych siedzących w kącie, czy też haftujących chusteczki na wyprawę ślubną. Była wyemancypowana.

Fotografia przedstawia barak w pobliżu dworca kolejowego, w którym przybywający na plebiscyt Niemcy otrzymywali karty meldunkowe. Ta pyzata dziewczyna z wielką kokardą, to musi być Thea. Głosowanie w Rybniku Niemcy wygrali, ale miasto i tak przypadło Polsce. Dlaczego ta nitka rodziny Priesterów zdecydowała się u nas pozostać dziś nie stwierdzimy. Zostali, zresztą jak wielu innych niemieckich Żydów, mimo utożsamiania się z kulturą niemiecką. Od lat forsuję teorię, że czuli się oni bardziej rybniczanami niż Niemcami. Dla Fritza Aronade i jego żony, a zarazem siostry Thei, okazało się to zgubne. Otóż właśnie. Zapewne już w czasach polskich młodzieńcza miłość zgasła. Thea, mając 21 lat, poślubiła w 1926 roku, o 7 lat starszego od siebie, Maxa Grauera.

Max pochodził z Goleszowa, którego żydowska społeczność należała do gminy w Skoczowie. Jako przedsiębiorca działał w Międzyrzeczu Górnym i Bielsku, po czym czmychnął na Górny Śląsk. W Rybniku, Max pojawił się w 1922 roku, bowiem wtedy, wraz ze swoim przyszłym „prawie szwagrem” został współwłaścicielem firmy spedycyjnej, przejętej od Siegfrieda Gadiela.

W 1923 r. świadkował na ślubie swego wspólnika w interesach, czyli Salomona Młynarskiego. Obydwaj byli powiązani z rodziną Gadiel, gdyż siostra Maxa Grauera – Erna, wyszła za mąż za syna Siegfrieda Gadiela. Z kolei Salomon Młynarski ożenił się z córką Siegfrieda – Hedwig. I na tym właśnie ślubie bawił się Max. Może wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę z Priesterów. A może zauważył ją w synagodze? A może jego firma dostarczała np. nowe meble do domu Priesterów i tak wybuchło uczucie? Wiem, wiem, znowu mam odlot i za dużo fantazjuję 😉 W sumie nieważne jak doszło do spotkania Doroty z kokardą z Maxem transportowcem. Ważne, że zawarli związek małżeński, na którym świadkował wujek Doroty – Maks Leschcziner oraz Samuel Młynarski. A odstawiony Fritz Aronade, albo ze złości, albo z miłości, po paru latach wziął sobie za żonę młodszą siostrę Doroty – Hertę Tullę.



Państwo Grauerowie prawdopodobnie mieszkali przy ulicy Korfantego. Firma spedycyjna Grauer i Młynarski po jakimś czasie umiejscowiła się przy dzisiejszej ulicy Miejskiej (w okresie międzywojennym Grażyńskiego). Rybniczanom powinnam dodać, iż było to w budynku, w którym do dziś ma siedzibę PTTK. Być może zagmatwam całą historię, ale muszę w tym momencie wspomnieć, iż dzięki sprzedaży tej nieruchomości krótko przed wybuchem wojny, cała rodzina Młynarskich zdołała w czasie wojny wyjechać, na lewych papierach, z Krakowa i pociągiem dotarła do Istambułu, a stamtąd do Palestyny.

Zanim jednak Młynarski sprzedał firmę wraz z budynkami, rozstał się ze wspólnikiem Maxem Grauerem. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Zakładam, że powodem wyjazdu Grauerów była sytuacja polityczna w Europie. Na pewno Dorota z Priesterów, jej mąż Max Grauer oraz urodzony w Rybniku, w 1928 roku, synek Harry byli przed wybuchem wojny na terenie Czechosłowacji. Wynika to z listy pasażerów, którzy 6 lipca 1939 r. wypłynęli na statku Duchess of Atholl z Liverpoolu do Montrealu. Na tej liście znalazłam całą rodzinę. Przypłynęli z Europy do Harwich, dotarli do Liverpoolu i w dalekiej Kanadzie znaleźli nową ojczyznę.

Ucieczka uratowała im życie. Gdyby zostali na terenie Czechosłowacji w Prostejowie, to tak jak siostra Maxa – Erna Gadiel, zapewne zginęliby w Terezinie. Gdyby zostali w Rybniku, być może spotkał by ich taki sam smutny los, jaki spotkał młodszą siostrę Doroty i jej męża Fritza Aronade. Zalotna Thea z kokardą, być może dzięki temu, że jej mąż Max, nie czując przywiązania do Rybnika, potrafił wsio sprzedać i zaczął się przemieszczać w kierunku odległym od nazizmu, ratując synka, żonę i siebie. Na pewno po wojnie Thea i Max szukali wieści o swych bliskich. Niestety, mama Thei zginęła w czasie wojny. Siostra Lore wraz z mężem Fritzem Aronade i córeczką Werą też. Przeżył jedynie brat Erich, który po wojnie wyemigrował do USA. W Teresienstadt w 1942 zginęła siostra Maxa – Erna. Jej córka Edith, została zamordowana w wieku 10 lat w obozie zagłady w Małym Trościeńcu koło Mińska. Wiekowego ojca Maxa spotkał podobny los.

W Kanadzie, jedyny syn Grauerów – Harry, skończył medycynę w 1954 roku i został psychiatrą. Jego obszarem zainteresowań były problemy psychiczne osób starszych. Jak napisano na klepsydrze, ten urodzony w Rybniku syn Thei, zrobił bardzo wiele dla ocalałych z Holokaustu, pracując prawie całe życie w Jewish General Hospital w Montrealu. Wspierał działania „Lekarzy bez granic”. Ponoć kochał swój letni domek we wschodnim Ontario, gdzie namiętnie pływał na kajaku i jeździł na rowerze. Zmarł w ubiegłym roku. Thea Priester dożyła w Kanadzie 98 lat. Zmarła w szpitalu w 2003 roku. Doczekała się 5 wnucząt i 7 prawnuków. Jej mąż Maximilian, rybnicki spedytor rodem z Goleszowa, odszedł z tego świata w 1986 r.
W zasadzie powinnam odszukać potomków, by posłać im zdjęcia Doroty, ale może sami się odezwą, jak już to było parę razy. Mam czas, poczekam 😉
Wszelkie informacje podaję na podstawie stron ancestry.com, geni.com, yairgil.com, dokumentów z AP w Raciborzu oraz starych gazet ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia ze zbiorów Miriam Glucksmann.

Wrzesień 4

Piękni i młodzi – Fritz Aronade

Dziś następny z „Pięknych i młodych”, choć nie kolejny z tego zdjęcia. Omijam na razie centralną i najbardziej rzucającą się w oczy postać na fotografii, czyli Theę (Dorotheę) Priester. Co prawda będę o niej pisać, ale nie jej poświęcam ten wpis. Dzisiejszym bohaterem jest Fritz Aronade, przystojny i uśmiechnięty młodzieniec, obejmujący właśnie dziewczynę o imieniu Thea. Jego historia jest długa, smutna i pełna niewyjaśnionych zagadek i dziś według mnie mija 80 lat od jego śmierci. Po raz pierwszy cały wpis podzielę na podrozdziały.

Dzieciństwo i młodzieńcze lata

Fritz, a raczej przy narodzeniu Friedrich Jonas Aronade, przyszedł na świat 5 lipca 1904 roku w Rybniku przy ulicy Schloßstraße. Poniższy akt urodzenia sucho opisuje jego życie od samiuśkiego początku, do ostatecznego końca, co wam później wyjaśnię.

Jego tatą był Aron (Alfred) Aronade, a mamą Betty z domu Cohn. Friedrich urodził się 3 lata po śmierci dziadka Jonasa (zresztą na jego cześć dostał drugie imię) założyciela firmy Aronadych – firmy, która od drugiej połowy XIX w. aż do wybuchu II wojny istniała w Rybniku. Do tej rodziny m.in. należały kamienice przy Rynku i wzdłuż ulicy Zamkowej (od numeru 2 do 6), na tyłach tej ostatniej do dziś jest coś na kształt kuczki. Z okien swoich mieszkań widzieli synagogę i dymiące kominy browaru Müllera.

Fritz, bo tak go zwano, miał jedną starszą o 4 lata siostrę o imieniu Bertha. Pierworodna córeczka Alfreda i Betty – Gertrud, zmarła gdy miała 3 latka. Jak więc widzicie nie była to jakaś wyjątkowo liczna rodzina, choć sam Alfred miał wiele sióstr i braci, ale wszyscy oni wyprowadzili się z Rybnika. Alfred, jako jedyny z dzieci Jonasa, został w naszym mieście po plebiscycie i podziale Śląska i prowadził „Jonas Aronade Kolonialwarengrosshandlung”, czyli „Jonas Aronade Skład kolonialny”. Należał do elity żydowskiej naszego miasta. Był w zarządzie gminy, miał poważną firmę, kamienice, lokale, z wynajmu których czerpał dochód, liczono się z nim w mieście. Młody Fritz dorastał na pewno w luksusowych warunkach. Gdy patrzę na jego twarz wyobrażam sobie żartownisia, duszę towarzystwa, chłopaka, w którym na mur kochały się młode dziewczyny i który był lubiany. W swoich artykule o rybnickich rabinach (był opublikowany w książce „Życie religijne w Rybniku i powiecie rybnickim w XIX i XX w. wydanej przez Muzeum w Rybniku) przytoczyłam słowa Alfreda Aronade, napisane do rabina Artura Rosenthala. Rabin ten urzędował w Rybniku do marca 1920 r. Pozwolę sobie je tu przytoczyć: Z powodu Pańskiego odejścia z Rybnika odczuwam potrzebę, Panu jeszcze raz w ten sposób z całego serca podziękować, że Pan, synowi mojemu Fritzowi, podczas jego nauki w tutejszym gimnazjum udzielał korepetycji z greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego, dzięki czemu mógł on z Pańską pomocą i dzięki Pańskim umiejętnościom dydaktycznym regularnie swoje wyniki polepszać. Pan nie tylko przyswoił mu wymaganą wiedzę, a nawet więcej, udało się Panu dać mu radość z nauki i tym samym dać mu skarb na całe życie, czym dla niego jak i dla nas pozostanie Pan niezapomnianym. Ze szczerym uznaniem Pański – Alfred Aronade.

List, z datą 1 maja 1920 r., znajduje się w zasobach Instytutu Leo Baeck’a w Nowym Jorku, a tłumaczenie dla mnie zrobiła pani Beata Bistram. Fritz nie tylko był przystojny, ale i w miarę dobrze wykształcony. Rodzice dbali o przyszłego następcę i spadkobiercę. Tata Alfred wiedział, że wiedza to ważna sprawa.

Pierwsza miłość

Przeglądając swój stary artykuł o rabinach przypomniało mi się, iż kolejny z rybnickich rabinów Dawid Dagobert Nellhaus, w swoim małym notatniczku (też go można znaleźć na stronie wspomnianego wyżej Instytutu) pod datą 22 maja 1921 r. zanotował, że w tym dniu odbyła się uroczystość 50. urodzin Alfreda Aronade. Być może właśnie wtedy zrobiono zdjęcie moim „pięknym i młodym”? Stroje nastolatków oraz bujne liście na drzewach mogą wskazywać na maj. A zapewne na taki „Geburstag” było zaproszonych wielu ważnych obywateli miasta z rodzinami.
Na zdjęciu, które pokazywałam już wielokrotnie widać, iż Fritz i Thea Priester byli sobie wtedy przeznaczeni. Mowa ciała mówi wiele 🙂 Ta niedbale przerzucona ręka na ramieniu dziewczyny. To muśnięcie jej szyi. Thea jest tu gwiazdą. To z niej bije blask. Kokietka. No popatrzcie i pomyślcie sami…

Moją tezę można by obalić, gdyby nie drugie zdjęcie Fritza i panny Priester. Na nim na 100% widać, że przytulający się pod parasolem młodzi ludzie byli parą. Oboje piękni i młodzi. Oboje szczęśliwi. Oboje zakochani. Te pierwsze zauroczenia młodzieńcze są zawsze silne 😉

Jak już jednak wiecie Thea, czyli Dorothea nie została panią Aronade. Opisując życie pierwszej z lewej dziewczynki – tej w białych rajtach, zdradziłam wam już dlaczego. ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/ Oczywiście to moja teoria i szufladowe fantazje. Tym, którzy nie chcą czytać starego wpisu przypomnę w skrócie, iż za 4 lata od zrobienia zdjęcia, 21-letnia Thea poślubiła, starszego od siebie o 15 lat, goleszowskiego Żyda Maxa Grauera. Czy to Fritz się nie zadeklarował, bo wolał życie kawalera, czy też Thea zakochała się w przybyłym do Rybnika dojrzałym przedsiębiorcy, dziś już nie stwierdzimy. Czy Fritz cierpiał? Kto wie… Może na pocieszenie wtedy ojciec kupił mu motocykl marki Ariel?

Lata trzydzieste

W międzyczasie wydoroślała i wypiękniała siostra Thei – ta od białych rajtów, no i Fryc uznał, że czas na ustatkowanie się. W marcu 1931 roku pod chupą przyrzekł Hercie Priester miłość.

Miał wtedy 27 lat, a jego wybranka 22. Jednym ze świadków na ślubie był wiekowy już dziadek panny młodej – Noah Leschcziner. Fryderyk od jakiegoś czasu już pracował z ojcem, który w 1934 roku prawnie zrobił go współwłaścicielem firmy „Jonas Aronade”.

Młodzi mieszkali w pięknym mieszkaniu przy ulicy Zamkowej 2. Po jakimś czasie urodziła im się córeczka Wera. Co prawda pojawiały się różnorakie problemy biznesowe, typu włamania do składu (choćby przez członków bandy Siwca, czy niejakiego Piechoczka), samobójstwo inkasenta firmowego, grzywny za sprzedaż cyganionej sody, problemy z płatnościami przez odbiorców towarów i najemców, ale życie Fritzowi i Hercie płynęło chyba raczej spokojnie.

Oprócz bycia wspólnikiem swego ojca, Fryderyk był też samodzielnym biznesmenem. Wszystko szło tak jak powinno, za wyjątkiem pogłosek o strasznych rzeczach, jakie dotykały członków rodziny Aronadych, którzy lata temu wybrali za swą ojczyznę Niemcy. Berliński wujek już w 1933 r. został zwolniony z posady dyrektora banku. Ciocia Regina, wraz z całą rodziną musiała wyemigrować ze stolicy Niemiec do Holandii. Tak przy okazji powiem, że nie uratowało jej to przed śmiercią w komorze gazowej Birkenau. Brat taty Adolf Aronade, onegdaj w Rybniku prowadzący na Rynku sklep z porcelaną, musiał się wyprowadzić ze swego berlińskiego mieszkania i stracił pracę. On i jego żona życie zakończyli w obozie koncentracyjnym Theresienstadt ➡ http://szufladamalgosi.pl/doris-aronade-her-story/ Listy od cioci Emmy też były pełne lęku o przyszłość, choć zapewne nie przeczuwała jeszcze, że człowiek ze zbrodniczej organizacji i w czarnym mundurze strzeli do niej nad wielkim rowem gdzieś pod Rygą ➡ http://szufladamalgosi.pl/z-rybnika-do-lasu-bikernieki-czyli-o-emmie-z-rodu-aronadych/ Te wieści na pewno docierały do sielankowego Rybnika, w którym co prawda zdarzały się jakieś wybryki antysemickie, ale były one niczym w porównaniu z tym czego doświadczali krewni w Berlinie.
Młody Aronade był lubiany. Handlował, bo to lubił i był w tym dobry. Córeczka chowała się zdrowo i bawiła z synem polskiego adwokata, który wynajmował w kamienicy Aronadych i mieszkanie i gabinet, przy okazji występując jako ich prawnik w wielu procesach. Na Szufladzie niedawno opisałam słowa jednej wiekowej rybniczanki, która pamiętała Fritza.
Pani, jo chodziła przed wojnom, z mamom do Aronadych bo maszkety. Pani, łon – tyn młody Aronade stoł przed sklepem i nawoływoł: Komm her, komm zu uns. Neue Ware! Pani, a jaki łon był gryfny! Jaki szykowny!”. Oczy tej ponad 90-letniej kobiety błyszczały, gdy opowiadała o młodym Fritzu. Patrząc na niego jako młodego chłopaka, można sobie wyobrazić, jakie z niego było ciacho przed czterdziestką. Byli z Hertą piękną parą.

„Dlaczego pani w tym grzebie”

Doszłam do momentu, który będzie jednym wielkim domysłem i pozostanie ogromną zagadką, której raczej nie rozwiążę, choć w ostatnich dniach poruszyłam wszystkich i wszystko co się dało, by dojść do prawdy. Zwoje mózgowe mi się przegrzewały od analizowania skrawków informacji. Przy okazji wydaje mi się, że zrzuciłam Fritza z piedestału bohatera. Choć…myślę, że jak przeczytacie poniższe słowa uważnie, to sami ocenicie, czy bohaterem jest się gdy ginie się jako żołnierz, czy można nim być nawet, gdy się ginie jako cywil.
Po kolei jednak. Od lat wiem, że Fryderyk Aronade widnieje jako żołnierz, który zginął w obronie Rybnika. Na cmentarzu komunalnym, przy pomniku upamiętniającym tych, którzy polegli we wrześniu 1939 roku, jest tabliczka poświęcona Fritzowi. Jest na niej data urodzenia i śmierci. Co dziwne, on jeden zginął/zmarł w listopadzie 1939 r. Napis informuje, iż było to w Rybniku. Okej, mógł odnieść rany i umrzeć w szpitalu. Mógł. Pozostali polegli mają podane stopnie wojskowe i datę z początków września. Fryderyk nie ma stopnia wojskowego, ani jednostki.

Co ciekawe, na pomniku żołnierzy radzieckich, który jest przy mogile zbiorowej czerwonoarmistów poległych pod koniec wojny w okolicach Rybnika, Fryderyk też jest wymieniony (oczywiście cyrlicą), jako poległy w 1939 roku. Tu należy dodać, iż Rosjan pochowano w tym miejscu po 1947 r., a przedtem tutaj, od początku lat 30-tych, istniał nowy cmentarz żydowski. Zlikwidowano go, gdy grzebano tu ekshumowane szczątki Ruskich. Taki zonk! Fritz jest i u Ruskich i u naszych. Na poniższym zdjęciu przy nazwisku Fritza widać położony przeze mnie kamyk.

Kolejna zagadka, to dopisek zrobiony ołówkiem na akcie urodzenia Fritza. Dokument ten znajduje się w archiwum w Raciborzu. Ktoś dopisał krzyżyk (symbol śmierci) i datę 4.9.1939 oraz słowa: Woschczytz Kreis Pless, czyli Woszczyce powiat Pszczyna. Woszczyce to dziś część Orzesza. Wspominałam na początku, że ten akt opisuje całe jego życie. Początek i koniec.

Ta adnotacja świadczy o tym, że Fritz zginął/zmarł 4 września w Woszczycach, a nie 10 listopada w Rybniku. W okolicy Woszczyc do niewoli dostali się niektórzy żołnierze 75 pułku piechoty, który bronił Rybnika. Wśród nich był, zamordowany 5 września w Nieborowicach, dowódca Jan Kotucz. To przez jakiś czas utwierdzało mnie w fakcie, że mój Fritz był też żołnierzem (w końcu ma tablicę) i zginął w Woszczycach, gdzie byli i nasi obrońcy Rybnika. Nie pasowało mi to, że nie miał stopnia wojskowego, oraz to, że nie wymienił go w swej książce o obronie naszej ziemi historyk pan Jan Delowicz. Przyjmowałam wersję, iż mógł zginąć jako cywil. Jego zwłoki jakoś sprowadzono do Rybnika i pochowano go na cmentarzu żydowskim (tym nowym), a potem gdy robiono w tym miejscu cmentarz dla Ruskich „wciepnięto” go do przysłowiowego jednego wora jako żołnierza września. No bo poległ w tym miesiącu. Od razu zakładałam, że niemiecka adnotacja jest bardziej pewna od daty listopadowej. Niemcy byli skrupulatni, a Ruscy i Poloki to burdeloki. Dla mojego serca bardziej pasowała mi wersja Żyda-żołnierza i bohatera. Rozum jednak coraz częściej mówił, że to mało prawdopodobne.

W ostatnią niedzielę, czyli dokładnie w 80-tą rocznicę wybuchu wojny, udało mi się porozmawiać z panem, który urodził się w kamienicy Aronadych w 1939 r. Pojechałam do młodszego z synów adwokata Emila Motyki, który przy Zamkowej prowadził kancelarię i mieszkał w kamienicy wraz z Fritzem, jego żoną Hertą i małą Werką.

I mi się wsio obaliło i chyba wyjaśniło. Na samym początku rozmowy, pan Bolek na mnie spojrzał z politowaniem i spytał: „Dlaczego pani w tym grzebie?”. Ja na to: „Bo muszę.” A pan Bolek: „Dziewczyno, na co ci to?”. „No mus mam”. „A w cholerę z takim musem”. A potem opowiedział to, co wiedział od swego ojca. Otóż 1 września adwokat i Fritz Aronade, zaraz z rana, umówili się, że będą uciekać na rowerach w stronę Żor. Rodzina adwokata już wcześniej wyjechała. Fritz się wahał. Ponoć płakał. Adwokat go popędzał, ale Fritz nie ruszał. Może już wtedy Wehrmacht paradował pod ich kamienicą. W końcu adwokat pojechał na tym rowerze w stronę Żor. Potem dowiedział się, że Fritz został zabity gdzieś w okolicy Żor. To by się zgadzało, bo Woszczyce to rzut beretem od Żor. Od pana Bolka się dowiedziałam, że na pewno żołnierzem nie był. Na moje pytanie o żonę Hertę i maleńką Werę usłyszałam tylko: „Ha! Wiem tylko co moja mama mówiła: „Ja żałowałam, że przynajmniej Wery nie wzięłam, bo może by…” 🙁 I więcej mama nie dodawała. Sama wiem z innych plotek, że Herta i Wera zostały zadenuncjowane i wojny nie przeżyły. Rozmawialiśmy se z panem Bolkiem ze 2 godziny. Opowiadał jak to jego starszy brat ponoć wymykał się do Werki, bo byli dziećmi i bardzo się lubili. No i że Aronade bardzo bogaci byli. Na odchodnym jeszcze raz mnie zapytał: „Po co dziołcho w tym grzebiesz?” No grzebię, by oddać hołd żydowskim ofiarom z Rybnika. Tylko tyle i aż tyle.

Nurtowała mnie jeszcze data śmierci Fritza. Dzięki uprzejmości pani z USC (bez protekcji się nie obeszło, bo RODO SRODO ;-)) wiem, że Fritz nie zmarł/zginął w Rybniku, gdyż jego aktu zgonu u nas nie ma. Najpewniej było to w tych Woszczycach.
Tak więc reasumując. Tablica upamiętniająca Fryderyka Aronade na pomniku żołnierzy września nie jest właściwa, gdyż nie zginął jako wojak. On nie bronił Rybnika, a uciekał przez hitlerowskim najeźdźcą. Być może znalazł się w miejscu, gdzie byli nasi żołnierze i ich wzięto do niewoli a jego kropnięto, bo był Żydem. A może dostał przypadkową kulką. Może chciał wrócić stamtąd do domu i się nie udało. Na pewno był w tragicznej sytuacji i potwornym stanie ducha drżąc o zostawioną rodzinę oraz o siebie. Niewłaściwa jest data jego śmierci na pomniku. Czy jego tablica powinna tam być wśród innych, nie mnie oceniać. Kiedyś popełniono błąd i zrobiono z niego żołnierza i teraz chyba nie ma sensu tego zmieniać. Prawda jest jednak inna. Fritz był cywilną ofiarą. Takich w mieście było więcej i nie są wymienieni jako obrońcy, jak bohaterski Jan Kotucz.

Niejasne są jeszcze okoliczności zaginięcia jego ojca Alfreda Aronade. Po wojnie, jeden z ocalałych członków dalszej rodziny poszukiwał o nim informacji w prasie polskiej. Podawał wówczas, iż ostatnie wieści od Alfreda były z 1943 roku z dalekiej Rosji. Tak jakby Alfredowi udało się uciec na Wschód, ale nie udało się dotrwać końca wojny. To akurat nie jest dziwne, bo swój wiek miał, a ruski Daleki Wschód to sami wiecie…

Firmę Aronadych w czasie wojny miał w zarządzie komisarycznym volksdojcz. A kamienice przeszły na skarb państwa w 1957 roku.
Dziś mija 80. Rocznica zamordowania Fryderyka Aronade, którego zwłoki prawdopodobnie spoczęły na cmentarzu żydowskim, na którym po wojnie pochowano żołnierzy Armii Czerwonej. Choć nie należy mu się tabliczka żołnierska, to należało mu się upamiętnienie z mojej strony. Córka Wera i żona Herta zostały na pewno spalone w obozie zagłady i im też należy się upamiętnienie. Po Aronadych zostały nam przepiękne kamienice w centrum miasta, kilka dokumentów w archiwum, jakieś anonse w starej prasie i kilka kupionych przeze mnie starych druków.

NIECH DUSZE ICH BĘDĄ ZWIĄZANE W WĘZEŁ ŻYCIA

P.S. A kokietka Thea Priester dobrze wyszła na tym, że nie wyszła za Fritza. Jej udało się wojnę przeżyć. O tym jednak już nie dziś.

Sierpień 31

Piękni i młodzi – Otto Apt

Opisałam już Hertę Priester, Ilse Silbiger i Lorę Priester. Nadszedł czas na pierwszego chłopaka ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Tym sfotografowanym na początku lat dwudziestych, wraz z grupą dwunastu nastolatków, był Otto Apt.

Z nim nie miałam problemów. Od paru lat mniej więcej znałam jego życiorys. Otto jest mi bardzo bliski, gdyż miał w sobie krew Mannebergów, a tą rodzinę traktuję prawie jak swoją. Już tu lata temu opisywałam spotkanie z potomkami Josefa Manneberga, a Josef był wujkiem Otto. To dzięki wnukom Josefa dowiedziałam się o tym chłopaku i znalazłam jego akt urodzenia w raciborskim archiwum. Po raz n-ty muszę tu wychwalić pod niebiosa to przecudowne miejsce, które ilekroć odwiedzam czuję się jak w domu.

Otto Emanuel przyszedł na świat w Rybniku w lipcu 1904 roku. Jego mama Regina pochodziła z zasłużonego dla Rybnika rodu Mannebergów. Tatuś Adolf Apt był kupcem z pobliskiego Raciborza. Rodzice wzięli ślub w naszej synagodze w 1895 roku. Otto nie był ich pierworodnym synem. Miał o 7 lat starszego brata Franza, czyli po naszemu Franciszka. Franz nie przyszedł na świat w moim mieście, a w odległym Oberplanitz w okolicach Zwickau. Dlaczego Reginę i Adolfa wywiało aż tak daleko dziś trudno ustalić. Co spowodowało, że małżonkowie wrócili na Śląsk to mogę się domyśleć na podstawie plotek rodzinnych. Brat Reginy – Josef Manneberg, bohater wielu moich opowieści, był opoką dla całej swej rodziny. I podejrzewam, że to on pomógł Aptom na rozwinięcie interesu i starał się zabezpieczyć siostrę jak tylko mógł. Ponoć, powtarzam ponoć, Adolf był takim powiedzmy utracjuszem. A Josef był pragmatykiem, biznesmenem, dbającym o każdego członka rodziny. O siostrę też. Tak więc imaginuję sobie, iż gdy Aptowie nie za dobrze radzili sobie w dalekim Zwickau, to zaoferował im pomoc. No i wrócili do Rybnika. Tu urodził się Otto. Potem przyszła Wielka Wojna. Josef walczył za cesarza, a jego siostra Regina, jak i żona Josefa walczyły, by utrzymać rodziny. Nie wiem, czy Adolf Apt (utracjusz) był żołnierzem. Nie chcę go oceniać. Dokumenty wskazują iż zmarł w grudniu 1918 roku w wieku 50 lat. Czy w wyniku ran? Czy może zwykły zawał? Minęło ponad 100 lat, więc nie ma to znaczenia.

Regina została wdową z dwoma synami.  Bohater tego postu miał 14 lat. Za młody na utratę ojca. Czy miał buntowniczy charakter? Czy akceptował silne rządy stryja Josefa? Gdy tak patrzę na jego buzię, to wyobrażam sobie chachara i zadziorę. Pamiętajcie, że „Szuflada” to moje własne myśli, wyobrażenia i fantazje, więc nie bierzecie wszystkiego jako pewnik (za wyjątkiem dokumentów i ścisłych faktów). Ale sami pomyślcie: czternastolatek traci tatę, wujek o silnym charakterze i finansowych możliwościach decyduje o wszystkim. Bunt? Jasne, że bunt. W dodatku dookoła śląskie zamieszania, czyli powstania, plebiscyt i wojna domowa o zachowanie tej części Śląska w Niemczech. Pamiętajmy, nasi Żydzi byli Niemcami, więc jakaś tam Polska była dla nich obca i wroga. Mama Regina, jako wdowa nie ma wyjścia. Musi trzymać się blisko brata, który postanawia zostać po plebiscycie w tym nowym kraju. Jej starszy syn Franz (brat Otto) może był bardziej spolegliwy i też zostaje. Otto ma w dupie coś co jest obce. Buntuje się. Uczy  się w Katowicach, potem chyba przebywa w Opolu, które zostają w państwie niemieckim. Mogę sobie wyobrazić te awantury rodzinne, te „haje”, te argumenty matki oraz fochy i opór młodego syna. Wyjeżdża do Drezna. Zanim jednak to nastąpiło fotografuje się z przyjaciółmi w Rybniku.

Nie wiem czym zajmował się w Dreźnie, ale wiem, że tam się ożenił z Deborą z domu Sussmann. W tym przepięknym mieście przyszedł na świat w 1931 r. ich syn Wolfgang. W międzyczasie w Rybniku nadal mieszkała jego matka Regina i brat, któremu spolszczono imię, bo tu była już Polska. Zarówno Regina Apt, jak i jej starszy syn Franz, prowadzili sklepy przy dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich, wówczas Piłsudskiego 12. Franz też założył rodzinę i jeszcze przed Otto został ojcem Ilse. Na poniższym wykazie widzicie oprócz Aptów Fryca Aronade – to on będzie kolejnym, którego muszę opisać i to bardzo szybko 🙂

Akt zawarcia małżeństwa przez Franza, czyli Franciszka Apta. Świadkiem był wuj – Josef Manneberg.

Niemieckie Dresden szybciej stało się niebezpieczne dla Żydów niż polski Rybnik. Otto, Debora i mały Wolfgang zdołali wyjechać z Niemiec. Nie znam okoliczności w jakich to nastąpiło, ale ostatecznie dostali „Reisepassy” z byczą pieczątką „J”, czyli „Jude”. I dotarli, zapewne po wielu perypetiach do Ameryki Południowej, a ściślej do Boliwii. Było to najprawdopodobniej w 1937 r. Mam pewne podejrzenia, że nie docierali tam razem.

Zanim w Europie rozpętało się piekło II wojny, do Ameryki Południowej zdołał wyjechać z Rybnika Franz Apt z żoną i jedenastoletnią Ilse oraz mamą – Reginą Apt z domu Manneberg. Regina miała wówczas 69 lat. W inny koniec świata, tj. do Palestyny udawał się brat Reginy, zarazem wujek Aptów – Josef Manneberg. Jestem przekonana, że podróż rybnickiej linii Aptów i całej swojej rodziny Mannebergów sfinansował Josef. Choć spisany przez niego w 1946 roku testament pokazuje, iż to on był winien swoim siostrzeńcom małe kwoty pieniędzy. Może z tytułu spłat za nieruchomości sprzedane w Rybniku? Kto wie. Nie pokazuję całej ostatniej woli Josefa, a jedynie istotne fragmenty (ze strony
https://www.manneberg-saga.com/en/ )

Myślę, że nie było łatwo niemieckim Żydom zaadoptować się do południowoamerykańskich warunków. Po wojnie, gdy dotarły do nich informacje o tym co źli ludzie zrobili Żydom w Europie, wiedzieli, że decyzja o sprzedaży wszystkiego i wyjeździe na drugi koniec świata była właściwa.

Otto zmarł w La Paz szybko. Stało się to w 1960 r., gdy miał 56 lat. Zanim to się odszedł, jego syn dr Wolfgang Apt założył w 1958 r. firmę prawniczą. Na pewno był dumny. Firma istnieje do dziś i nadal jest prowadzona przez potomków Otto! Nazywa się „Estudio Jurídico APT Soc. Civ. – APT Law Firm”.
https://www.legalapt.com/en/home-2-2/

A teraz popatrzcie i porównajcie młodego buntownika i dojrzałego już pana. Jako młodzik z bujną czupryną – zadziorny, jako starszy człowiek z łysiną – smutny. Może chory był? A może cały czas tęsknił za Europą? Zdjęcie pokazuje uroczystość rodzinną pod koniec lat 50-tych XX wieku.

Żona Otto zmarła 10 lat po nim. Zaś ich syn, zasłużony dla Boliwii prawnik i działacz, zmarł niedawno – w 2014 roku, mając 83 lata. Już po zjednoczeniu Niemiec Wolfgang odwiedzał swe rodzinne Drezno. Raczej wątpię, by pojechał dalej na wschód do miejsca urodzenia ojca, bądź dziadków.
Otto pochowany został na cmentarzu żydowskim w Cochabamba w Boliwii.
Co się stało z jego starszym bratem Franzem i jego rodziną? Zamieszkali w Brazylii. Franz Apt, przedwojenny rybnicki kupiec, został pochowany na cmentarzu w Butanta, które jest częścią Sao Paulo. Franz zmarł w 1978 r. Jego urodzona w Rybniku córka Ilse przeszła na drugą stronę w 2000 r. Spoczęła na tym samym cmentarzu. Nie wiem, gdzie jest pochowana mama Otto i Franza, czyli Regina Apt z rodu Mannebergów. Zdjęcie Franza Apta i jego córki Ilse znalazł dla mnie, jak zwykle niezastąpiony, Sławek Pastuszka. Bez niego Szuflada byłaby o wiele uboższa 🙂

I teraz clou całej historii o Otto. Otóż parę tygodni temu zawzięłam się i znalazłam potomków Otto, choć google w 99% przypadków prowadził do stron, gdzie słowo „Apt” było skrótem od „Apartament”. Koszmar 😉   Napisałam w końcu przez JewishGen do admina drzewa rodzinnego, gdzie znalazłam Otto. Nie był to strzał w dziesiątkę. Wiadomym jest nie od dziś, że największą potęgą jest Facebook, więc zawzięłam się na fejsa. Apt to nie jest zbyt egzotyczne nazwisko, więc sporo ludzi miałam do przejrzenia. W końcu po przeanalizowaniu dziesiątek osób trafiłam właściwie. Byłam na mur przekonana, że znalazłam prawnuczkę Otto. Nota bene przepiękną kobietę. Wiedziałam, że moja wiadomość trafi do spamu, ale uzbroiłam się w cierpliwość. Po ponad 2 tygodniach przyszła odpowiedź!

I dzięki prawnuczce Otto, zarazem wnuczce Wolfganga, po jakimś czasie dostałam 3 kilkugodzinne filmy, nagarne w 1998 roku, na których syn Otto – Wofgang opowiada swoją historię. No… niestety po hiszpańsku. Czyli amen w pacierzu dla mnie. Ale znowu się zawzięłam i je całe przejrzałam. Wiem, że mówił o swoim ojcu, o Rybniku, o Śląsku, plebiscycie, III powstaniu śląskim. Oczywiście znał to z relacji Otto, bo sam w końcu urodził się w 1931 w Dreźnie. Pokazywał jakieś dokumenty rodzinne, o których opowiadał. Cudo, ale po hiszpańsku. Może kiedyś ktoś mi te fragmenty filmów przetłumaczy.

Na razie kończę, bo powinnam się zabierać do spisywania kolejnej historii, tym razem Fryderyka Aronade, gdyż zbliża się 80-ta rocznica jego śmierci. Z tego miejsca pragnę podziękować prawnuczce Otto Apta i jej rodzinie za pomoc i przesłanie filmów. To z nich zrobiłam kilka screenów, które umieściłam powyżej. Dzięki Internetowi Boliwia jest w zasięgu ręki 😉 Bardzo się cieszę, że potomkowie Reginy Manneberg, czyli wnuki i prawnuki jej synów Otto i Franza Aptów mieszkają gdzieś w dalekim świecie, bowiem południowoamerykańskie państwa dały im schronienie wiele lat temu. Plany tego, który wywołał 80 lat temu straszą wojnę, jednak się nie udały!

Źródła, z których korzystałam to: Archiwum rodzinne rodziny Apt, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, strona o Mannebergach, czyli manneberg-saga.com,  jewishgen.com, legalapt.com.

Sierpień 15

Spacer szlakiem reklam

Mądrzy ludzie napisali, iż reklama to informacja połączona z komunikatem perswazyjnym. W sierpniową niedzielę w końcu udało mi się poprowadzić rybniczan szlakiem dawnych reklam. Niestety, starych napisów, czy szyldów reklamowych w Rybniku już prawie nie mamy. Całą, ponad dwuipółgodzinną, przechadzkę oparłam o dawne ogłoszenia prasowe, pocztówki i zdjęcia.

Dla tych, którzy nie mogli w niedzielę być na spacerze zrobię na Szufladzie mały skrót tego, o czym opowiadałam. Nie opiszę wszystkich, o których mówiłam, a jedynie trzy firmy, które według mnie zasługują na podium. Za największego mistrza dawnego marketingu uznałam przedwojennego kupca – Czesława Beygę. Od lat dwudziestych prowadził przy ul.Sobieskiego 20 ogromny dom towarowy, który kupił od Noah Leschczinera. Spójrzcie na różnorodność jego reklam.

Beyga stosował wszystko co należało, by utrwalić swoją markę i przyciągnąć klientelę. Reklamy prasowe w każdej z możliwych górnośląskich gazet i czasopism (nawet w prasie niemieckiej, choć był zagorzałym Polakiem), sponsorowane artykuły, pokazy mody w kawiarenkach, pokazy prania Persilem (!), sponsoring, czyli fundowanie różnorakich nagród, nowoczesne witryny sklepowe, reklamy neonowe, własne logo. Jego markę i nazwę firmy zachował nawet komisaryczny zarządca niemiecki Hermann Reisewitz w czasie okupacji. Tego wyśmienitego kupca hitlerowcy wsadzili do więzienia, po zwolnieniu musiał się ukrywać. Po wojnie wrócił do zawodu. Ode mnie ma złoty medal.

Na drugim miejscu postawiłabym rodzinę Leschczinerów, od której Czesław Beyga, na początku lat dwudziestych, kupił dom handlowy przy Sobieskiego 20. To właśnie Noah Leschcziner był prekursorem sprzedaży nie tylko na parterze, ale i na piętrze. To on otworzył pierwszy wielkopowierzchniowy sklep i to on pokazał, że okna wystawowe są wizytówką firmy. No i to on wymalował na ścianie swej kamienicy byczą reklamę „outdoorową”. Znał wartość karty pocztowej jako nośnika reklamy. Mało która kamienica rybnicka ma tyle pocztówek, które zapewne zamawiał Noah.

Jeszcze handlując na Sobieskiego, w 1914 r. nabył dom towarowy na Rynku od Emila Pragera. Początkowo miał go syn Alfred. Po jego śmierci w czasie I wojny, interesy wraz z Noah prowadził najmłodszy Max. Leschczinerowie, mimo że ich nazwisko samo w sobie było marką i reklamą, to zachowali nazwę firmy, którą kupili: „Emil Prager”. Dopisali jedynie słowo: „Następcy”. Wiedzieli, że rybniczanie byli przyzwyczajeni do miejsca i nazwy, więc mimo iż Emil Prager handlował już w odległym Berlinie, to jego imię i nazwisko nadal widniało na dużym, dwupiętrowym „Kaufhausie”, przed który podjeżdżały dorożki z modnisiami.

Elegantki podjeżdżały zresztą też pod sklep przy Sobieskiego – jak widać na pocztówce były to zmotoryzowane rybniczanki 🙂 Kobiety, co wiem z przedwojennej prasy, uwielbiały kupować u Leschczinerów, gdyż sprowadzali do Rybnika wszystko co było wówczas na topie.

Żydowska rodzina Leschczinerów i katolik Beyga na pewno ze sobą konkurowali i prześcigali się w reklamowaniu swoich towarów.

Jak widać z powyższych anonsów, Leschcziner prowadził swój geszeft od 1881 r. Gdy kupił firmę Pragera wykorzystywał fakt, iż Pragerowie mieli w Rybniku interesy od 1822 r. Lepiej brzmiało i gwarantowało tradycję, solidność i trwałość, zarówno dla klientów jak i kontrahentów. Leschcziner wiedział też, że mężczyźni zazwyczaj nie lubią zakupów i raczej na piętro nie pójdą szukać odpowiedniego krawata czy guzików „ku manszetom” . Stąd też konfekcję męską sprzedawał na parterze. Znał kobiety i wiedział, że to one przelecą jak wicher przez parter, wejdą na piętro, kupią co tylko im się spodoba a na dole obejdą wsio jeszcze raz wszystko i sprawią prezent małżonkowi. Tak jak Beyga, organizował pokazy mody, loterie, dawał upusty, promocje. Sponsoring też mu nie był obcy. Przy zakupach powyżej 25 zł nagradzał klientów bezpłatną fotografią wielkości „kabinetowej w artystycznym wykonaniu”. Artystą, któremu za to płacił był Otto Liebeck.

Firma miała swoje własne fikuśne wieszaki oraz eleganckie logo nad wejściem do domu towarowego. Reklamy bombardowały klientów ogromną ilością informacji. Rynek to miejsce prestiżowe, więc trzeba było 😉

Nazwę – żydowskie nazwisko – zachowano i w czasie okupacji. Tak jak w przypadku Czesława Beygi, komisaryczny zarządca reklamował się jako „Kaufhaus Emil Prager Nachfl.”, choć prawowitych następców już wówczas w Rybniku nie było. Poniższe ogłoszenia są z drugiej połowy 1940 r. Noah wówczas nie żył, a Max starał się na lewych papierach wyjechać z Krakowa za granicę.

Leschczinerom przyznaję srebrny medal. W genach mieli handel. Nie tylko synowie, ale i córka Noah, jego siostrzeniec wiedzieli jak wydobyć kasę z rybnickich portfeli.

Ostatnie miejsce na podium to rodzina Aronade. Przygotowując się do spaceru przejrzałam setki starych gazet. Nie jestem marketingowcem, więc oceniałam naszych ówczesnych biznesmenów jako potencjalny ich klient. Może gdyby ktoś inny wziął stare reklamy na tapetę, to przyznałby pierwsze miejsca powiedzmy browarowi Mullera, czy Hermannowi Sladky. Ja brąz daję Aronadym, którzy prowadzili swoje różne interesy na rogu Rynku i Zamkowej. Ilość posiadanych kamienic dawała im potencjał. Mnogość reklam jest porównywalna z tymi, które publikowały dwie powyższe firmy. Trafiały do tych, którzy mówili po polsku i do niemieckojęzycznych. Taki zresztą był personel sklepowy (firma zatrudniała też ekspedientów Polaków nawet, gdy byliśmy jeszcze w państwie niemieckim).

Szyld nad sklepem był prosty: „J.Aronade”. Założycielem geszeftu był bowiem Jonas, który mimo, że zmarł w 1901 r., to nadal widniał w nazwie firmy. Interesami zajęli się jego synowie Alfred oraz Adolf. Adolf w latach dwudziestych sprzedał swoją kamienicę i wyjechał do Berlina. Na rybnickich włościach został Alfred oraz jego syn Fryderyk.

Na spacerze przytoczyłam pewną anegdotę, czy też raczej słowa jednej wiekowej, już nie żyjącej, rybniczanki. Otóż lata temu rozmawiałam z pewną panią (wtedy miała ponad 90 lat) i pytałam ją czy pamięta rybnickich Żydów. Zaczęła opowiadać i w pewnym momencie powiedziała tak: „Pani, jo chodziła przed wojnom, z mamom do Aronadych bo maszkety. Pani, łon – tyn młody Aronade stoł przed sklepem i nawoływoł: Komm her, komm zu uns. Neue Ware! Pani, a jaki łon był gryfny! Jaki szykowny!” Oczy starszej kobiety tak pięknie się zaświeciły, gdy przypomniała sobie młodego Fritza, czyli Fryderyka. Od ubiegłego roku, odkąd mam skan zdjęcia 12 młodych przyjaciół, wiem, że starsza pani „miała recht” 😉 Fryderyk był fest gryfny. On czeka na otwarcie swojej szuflady.

Firma J.Aronade była świadkiem parady wojsk Wehrmachtu 1 września, potem też zastała przejęta przez komisarza niemieckiego i zachowała swą nazwę aż do 1943 r.

Mam jeszcze 2 wyróżnienia. Pierwsze dla Teofila Rospenka z rogu Sobieskiego i Łony. Głównie za „Mydło na parchy, które nie przeszkadza w zatrudnieniu” 😉 No i za wędzone heringi 🙂

Drugie zaś dla, działającej od 1790r., firmy Sobtzik (później Sobczyk), produkującej słodycze i świece. Została upaństwowiona w 1947 r.

Na koniec ogłoszenie, które każdego z nas – niestety – dotyczy. Sygnaturę na nagrobku, czyli bardzo trwałą formę reklamy, znalazłam na cmentarzu żydowskim w Pyskowicach. Franciszek Botór był wielce skuteczny, skoro w dość odległym jak na tamte czasy mieście, ktoś zamówił u niego kamieniarskie dzieło.

Wszystkie reklamy pochodzą ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia to „Zapomniany Rybnik”, Allegro, od znajomych z daleka, z albumu Chóru Seraf. Jak zwykle coś tam popisałam po śląsku, ale to se wygooglujcie 😉

Marzec 10

Piękni i młodzi – Herta Tulla Priester

Zapewne pamiętacie, że obiecałam opisać losy pięknych i młodych uchwyconych przez fotografa na zdjęciu przesłanym mi przez panią Miriam Glucksmann. Tym, którzy nie pamiętają podaję link, by mogli sobie przypomnieć  ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Na wszelki wypadek pokazuję jeszcze raz tą fotografię, gdyby komuś nie chciało się klikać. Widać na nim dwunastu nastolatków w jakimś rybnickim ogrodzie. Zakładam, że to rok 1921, bowiem wszystkie inne przesłane zdjęcia są mniej więcej z tego roku – jakże ważnego dla naszego miasta.

Ciocia pani Miriam podpisała osoby, które widać w ogrodzie. Z dwunastu osób znam losy dziewięciu. Czyli trzy będą bez dalszej historii. Dwie dziewczyny są opisane enigmatycznie, jako „panienka z rodu Priesterów” oraz jako „?”. Trzecia, choć jej imię jest podane, to pozostanie dla mnie na razie tajemnicą, gdyż nie mam jej w żadnych zapiskach, ani dokumentach. 

Oto więc przed wami od lewej do prawej: Tulla (oficjalnie Herta) Priester, Ilse Silbiger, Lore Priester, Otto Apt, Thea (Dorothea) Priester, Fritz Aronade, następnie „?”, i z boku Ilse Glücksmann oraz jej brat Alfred Glücksmann. Na kocyku kucnęli: panienka z Priesterów, Ernst Gallus oraz Lotte (Charlotte) Priester.

By nie gmatwać swoim czytelnikom, postanowiłam zacząć od dziewczynki stojącej najbardziej z lewej strony, czyli Herty Priester zwanej Tullą. Niestety, będzie smutno. Gdy się patrzy na dziewczęcą jeszcze buzię tej dwunastolatki, nieśmiało złożone ręce, ogromną kokardę, wyhaftowane kwiaty na sukience, to widać, że wiekiem jeszcze nie za bardzo pasuje do reszty, która już zapewne myśli gdzie i kiedy by się całować. 

Tulla urodziła się w lipcu 1909 r. przy Breitestrasse. Jej tatą był Salo Priester, jeden z bogatszych i ważniejszych Żydów w ówczesnym Rybniku, zaś mamą Olga, córka Noah Leschczinera. Była więc Tulla, przy urodzeniu nazwana Hertą Minną, dziewczynką, która miała w sobie krew dwóch ważnych rodów kupieckich. Jej dziadek po kądzieli to była naprawdę ważna persona w Rybniku. Szef gminy żydowskiej, rajca miejski, właściciel wielu posesji, paru kamienic i sklepów. Jej tata, również ważny ktoś – członek zarządu gminy, szanowany kupiec. Mama – Olga, po swym ojcu Noah, odziedziczyła smykałkę to handlu. Dziewczynka, wraz ze swoim starszym rodzeństwem, na pewno dorastała w dobrobycie. Miała o 4 lata starszą siostrę Dorotheę (też na zdjęciu) i o rok starszego brata Ericha. Jego na fotce nie ma, ale ja sobie tak myślę, że może to jemu wsadzono w łapki aparat, by cyknął przyjaciół… Kto wie… W końcu był już po bar micwie, więc był dorosły 😉 

Rodzice Tulli, Doroty i Eryka, pobrali się w 1904 r. Byli niemieckimi Żydami, na pewno w plebiscycie głosowali za tym krajem. I choć Rybnik przypadł Polsce, to zdecydowali się zostać w Rybniku. Może nie udało im się sprzedać majątku, a może uznali, że Rybnik ważniejszy niż jakiekolwiek państwo. Zostali. Mieli kamienicę przy Szerokiej, czyli dzisiejszej Sobieskiego, gdzie prawdopodobnie rodziły się ich dzieci oraz przy Placu Wolności. Taki off topic w tym momencie zrobię. Kamienice te w latach 90-tych XX wieku odzyskała córka Eryka Priestera, czyli bratanica naszej bohaterki. Po iluś tam latach obie sprzedała.

Wracajmy jednak tu Tulli i zdjęcia. Gdy przyjrzycie się dokładnie i puścicie wodze fantazji, jak ja to w tej chwili robię, to zauważycie, że to siostra tej dziewczynki w białych rajtuzach jest najbardziej znaczącą postacią w całej grupie. Thea, bo tak ją zwali, stoi obok Fritza Aronade. I to ta para ma się ku sobie. On przystojniak, wówczas siedemnastolatek,  Thea rok młodsza, najbardziej zalotna, z przepiękną ciemną kokardą we włosach, eleganckim naszyjnikiem, w sukience dla dojrzałych panien. Już nie dziecko, a kobieta, która pozwala na to, by Fritz niedbale ją obejmował. Na razie nie pokażę wam zdjęcia tej pary, które jednoznacznie świadczy o tym, że wówczas mieli się ku sobie. Dla Fritza, potomka z równie wyśmienitej rodziny Aronadych, Tulla była siuśką. Gdzie tam taki młodzieniec myślał o niej jako o partnerce na życie. Kochał się w jej siostrze. To pewne. Los jednak sprawił, że stało się inaczej. Zanim jednak do tego doszło, rodzeństwo Priesterów straciło w 1926 r. tatę. Salo zmarł w Rybniku w wieku 48 lat, zostawiając cały swój majątek Oldze z Leschczinerów oraz dzieciom. Interesami zajęła się żona. Domyślam się, że nad wszystkimi geszeftami czuwał też dziadek Noah, bo skoro i Olga i Tulla (Herta) już wcześniej gubiły zwykłe karty cyrkulacyjne, to może i w interesach musiał je ktoś kontrolować.

No i teraz lecę po bandzie i zaczynam se wymyślać :mrgreen: , choć wiele w tym co napiszę jest prawdy. W Rybniku pojawia się nieznany nikomu Max Grauer z Goleszowa. Zaczyna prowadzić firmę transportową. Starsza siostra naszej Tulli zakochuje się od pierwszego wejrzenia 😉 Co tam przystojniak Fritz Aronade, który nie potrafił się jednoznacznie określić. Thea przyjmuje oświadczyny Maxa i wychodzi za niego za mąż olewając spadkobiercę firmy „Jonas Aronade”. Fryderyk przystojniak zostaje na lodzie! Dotknięty w swej męskości, chcąc zrobić na złość swej byłej miłości, zwraca po jakimś czasie swe oczy w stronę jej młodszej siostry, która w międzyczasie wyrosła na piękną kobietę. Oświadcza się i żeni z Tullą (Hertą). Ona ma wtedy 22 lata, on 27. Świadkami na ślubie są dziadek panny młodej, wiekowy już Noah Leschcziner oraz kupiec Martin Kornblum.

Teoretycznie mogłabym założyć, że to Fritz zakochał się w Tulli, zostawiając swą młodzieńczą miłość, czyli Dorotheę. Fakty w postaci dokumentów, wskazują jednoznacznie, że to Dorka pierwsza wyszła za mąż w 1926 r., biorąc sobie o 7 lat starszego Maxa Grauera. Uważam, że Fritz cierpiał. Jak odcierpiał 5 lat, to  wziął sobie za żonę młodszą Priesterównę. Tą od białych rajstop. Po roku, urodziła im się, w przepięknym mieszkaniu przy ulicy Zamkowej, jedyna córeczka Wera.

Herta Minna, zwana Tullą, na pewno pławiła się w luksusie. Oczywiście jeśli mamy na myśli luksus na poziomie pipidówy, jaką był Rybnik. Choć, jako małolata pracowała jako pomoc kuchenna w Breslau. Jej mąż, po jakimś czasie został współwłaścicielem całego majątku Aronadych, a to było dość sporo. O Fryderyku (Fritzu) nie będę teraz pisać, bo on będzie mieć swoją odrębną opowieść. Wracam do Tulli. Myślę, że nie pracowała, tylko zajmowała się córeczką. Piotr Rakowski, rybnicki poeta oraz badacz historii naszych Żydów w 1997 r. napisał w Gazecie Rybnickiej artykuł pt. „Widziałam płonącą synagogę”. W artykule jest sporo błędów, które zapewne wynikały z ówczesnego stanu wiedzy pana Piotra. Dziś wiemy o wiele więcej. Jednak, to P. Rakowski dotarł do rodziny Motyków, która mieszkała w kamienicy Aronadych i znała zarówno Fritza, jego żonę oraz córeczkę Werę. Według Rakowskiego malutka Wera była po wybuchu wojny ukrywana w Rybniku przez rok. Gdy miała 6 lat, ktoś doniósł na Gestapo i po dziewczynce wszelki ślad zaginął. Z kolei według różnych stron genealogicznych moja bohaterka – Tulla (Herta) Aronade, z domu Priester, dwunastolatka ze zdjęcia powyżej, zarazem mamusia Wery, zginęła w Treblince. Czy to była Treblinka, czy Bełżec, czy Birkenau, nie ma znaczenia. Tulla nie przeżyła wojny. Została zamordowana mając ciut ponad 30 lat. Być może zanim dotarła do któregoś z miejsc zagłady wykończyły ją nerki, gdyż od dziecka na nie chorowała. O jej mężu na razie nie piszę niczego więcej. Bądźcie cierpliwi. On tu musi mieć swoją osobną szufladę, bo to ważna dla Rybnika postać. 

Tyle na temat Herty, czy też Tulli Priester, która wyszła za mąż za Fryderyka Aronade. Te miłosne perypetie pozmyślałam, ale z drugiej strony, czyż tak nie mogło być? Mogło. Nie wiem, czy skumaliście genealogiczne zawiłości, bo dla mnie są one proste, ale dla innych niekoniecznie. Podsumowując więc: Tulla na zdjęciu ma 12 lat, jej starsza siora ma się w 1921 r. ku Fritzowi, ale ostatecznie to małolata Tulla w 1931 r. wychodzi za niego za mąż, bo starsza Thea 5 lat wcześniej bierze za męża „zewnętrznego” Maxa (15 lat od niej starszego). Czy Thea i jej mąż przeżyją wojnę poczytacie w następnych odcinkach. 

Addendum. Po wojnie, Eryk Priester poszukiwał swej siostry Herty (Tulli) i matki Olgi. Bezskutecznie 😥