Kwiecień 10

Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann

Dziś Wielki Piątek. Czas korony, kwarantanny, pełnej izolacji, mimo trwającego Pesach i nadchodzącej Wielkanocy. Wyznawcy dwóch wielkich religii muszą podejść do dotychczasowego obchodzenia swoich świąt w zupełnie inny sposób. Gdy wstałam, to pomyślałam, że napiszę o Jerozolimie moimi oczami. Ale to mogłoby zostać niewłaściwie odebrane, bo dla mnie Jerozolima to nie jest miasto chrześcijan, a Żydów i Arabów. Czyli nie wpisałabym się w główny nurt dzisiejszego dnia. Dlatego jednak popiszę neutralnie i opowiem o kolejnej osobie ze zdjęcia ➡ „Pięknych i młodych”. By jednak choć ciut nawiązać do miejsca, gdzie dziś nie odbędzie się kolejna droga krzyżowa, wybrałam dziewczynę, która w Jerozolimie mieszkała przez większość swego życia i tam zmarła.

Ilse Glücksmann, czyli dziewczyna o przepięknych włosach.

To jej zawdzięczamy, że tyle zdjęć z Rybnika przetrwało z opisami. To ona pielęgnowała pamięć o swoich rodzicach, wujkach, ciociach ze Śląska.

Ilse urodziła się w naszym mieście w 1906 r. Była młodszą siostrą Alfreda, od którego zaczęła się moja znajomość z Miriam (córką Alfreda i bratanicą Ilse). To dzięki Miriam mogę Wam pokazać tyle niezwykłych fotografii przedstawiających nasze miasto z lat 20-tych XX w. O Alfredzie pisałam jakiś czas temu ➡ Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku. Właśnie przez ten wpis odnalazła mnie Miriam i tak zaczęłam projekt polegający na opowiedzeniu o 12 nastolatkach sfotografowanych w 1921 w Rybniku. Ilse, jako jedna z postaci na zdjęciu, na odwrocie opisała te osoby, których imiona i nazwiska pamiętała. Sama stoi pomiędzy ➡ „Nieznajomą” a swoim bratem, który jak pamiętacie dzięki temu, że uzyskał stypendium w Cambridge z Niemca stał się Brytyjczykiem.

Ilse i Alfred byli dziećmi Selmy i Adolfa Glücksmannów. Patrząc na poniższe zdjęcie przedstawiające rodzeństwo, pierwsza myśl jaka mnie naszła to „Jakież ona miała przepiękne włosy!”. Trzy lata starszy Alfred z grzywką ciachniętą na skos i wielkimi uszami i siostra elegantka. Mamusia do fotografa ubrała najpiękniej jak mogła. Ta kokarda! Te loki! Łatwo przy rozczesywaniu nie było 🙂

Ojciec prowadził sklep w Rybniku przy Breitestrasse. Rodzinie się dobrze powodziło. Wywczasy w Kudowie – modnej wtedy i teraz. I popatrzcie ponownie na włosy dzisiejszej bohaterki. Dziewczynka na tym zdjęciu, zrobionym 23 lipca 1911 roku, ma 5 lat. Znowu mała paniusia. Torebeczka, paradny fartuszek, koraliki, w ręku chyba kapeluszTante Jenny, przy której stoi. Ciotka Jenny była siostrą mamy. Obok cioci kuzyn Ernst. Brat Ilse – Alfred kucający z drugiej strony zdjęcia, ubrany na biało z marynarskim kołnierzem, coś pije. Mama Selma stoi gdzieś z tyłu równie odwalona. W końcu byli „u wód”, czy też im Spa.

W Rybniku młodzi Glücksmannowie chodzili do szkół. Alfred do tej przy ulicy Cmentarnej, a gdzie Ilse? Na pewno to nie jest ten budynek przy starym kościele. Może ktoś z rybniczan rozpozna, przed którą szkołą ustawiły się dziewczynki wraz z nauczycielką panną Irmą Schwarzer. Ilse dość skrupulatnie opisała koleżanki, no i Lehrerin Irmę. Ilse ma loki już albo ścięte, albo upięte z tyłu. Jakaś lekko naburmuszona. Nie dziwię się. Też szkoły nie znosiłam. Zresztą nie tylko Ilse na fotografii jest nie w sosie. Nauczycielka również nadąsana. Na tej fotografii są też ➡ Ilse Silbiger, ➡ Thea Priester, ➡ Lore Priester, o których już pisałam. Przyjaciółki. Niestety z opisu nie wynika dokładnie, która jest która, ale co do nadzwyczajnej urody Dorki (Thea) Priester mam pewne podejrzenia, gdyż tylko jedna z dziewcząt ma „to coś”, co miała Thea.

Dla równowagi dam też zdjęcia brata przed jego szkołą, którą na pewno rybniczanie rozpoznają. Alfred stoi jako pierwszy z lewej – mały synek w brelach 🙂

Gdy cała rodzina była w Rybniku miały miejsce dwie ważne uroczystości. Bar micwa Alfreda i bat micwa Ilse, czyli uroczystość religijna związana z wejściem dziewczynki w dorosłość. Otrzymała wówczas przepiękny złoty naszyjnik, który do dziś jest w rękach jej bratanicy. Coś z dawnego żydowskiego Rybnika jest nadal w Anglii i to bardzo mnie cieszy. Tym bardziej, że lazuryt jest bardzo wrażliwym kamieniem.

W drugiej połowie 1922 roku państwo Glucksmannowie wyprowadzili się z polskiego już wtedy miasta do Görlitz. Z tego czasu zachowała się fotografia Ilse ze swoim pupilem przed sklepem ojca. Dziś w tym budynku jest hotel.

Po krótkim pobycie w Görlitz rodzina osiadła w Gliwicach. Z gliwickiej fiszki adresowej wyraźnie widać, że Ilse się szybko usamodzielniła i wyprowadziła z mieszkania rodziców, a po jakimś czasie przeniosła się do Berlina.

Rozpoczęła pracę dla Judische Verlag – wydawnictwa, wówczas kierowanego przez Siegmunda Kaznelsona, prawnika, redaktora i działacza syjonistycznego. Kaznelson, jako przewidujący syjonista już w 1931 założył filię w Palestynie. Sam wyjechał z Niemiec w 1937 r. A co mamy o wyemancypowanej Ilse z tamtych czasów. Ano mamy Ilse tradycyjnie i bardzo skromnie…

Mamy Ilse elegantkę i prawie kokietkę, jak w czasach dzieciństwa.

I mamy Ilse wyemancypowaną biuralistkę 🙂 Te modne buty, strój! Ręka nonszalancko w kieszeni 😉 Kapitalnie zapozowane zdjęcie z pracy, jakie i my teraz sobie często robimy.

W 1933 r. brat Alfred opuszczał Niemcy, nie przypuszczając, że na zawsze. Ilse była jeszcze w Berlinie, a ich rodzice w Gliwicach. Prawdopodobnie już wtedy zaczęła starania o wyjazd ze swojego kraju, który powoli przestawał być jej ojczyzną. Potrzebne do złożenia podania o wyjazd pieniądze, otrzymała od innego uchodźcy, który otrzymał pozwolenie na opuszczenie Rzeszy. Sama, gdy swoimi kanałami zdobyła wizę do Palestyny, też przekazała te 500 funtów kolejnej osobie. W 1936 roku znalazła się w Palestynie. Dość szybko wyszła za mąż, zostając Ilse Walter i równie szybko się rozwiodła. Niestety niewiele wiadomo o jej mężu. Jak pamiętacie z poprzednich moich postów rodzice rodzeństwa zostali wywiezieni z Gleiwitz do obozu zagłady. Im nie udało się wyjechać. Starych i bezużytecznych Żydów żadne państwo nie wpuszczało.
Po raz pierwszy Ilse spotkała się z bratem po 16 latach, czyli w 1949 r. w Anglii. Wtedy też poznała swoją bratową oraz maleńką bratanicę.

Rybniczanka Ilse została strażniczką pamięci o rodzinie. Dwukrotnie (w 1956 i 1985) złożyła „Page of testimony” dla swoich rodziców w Instytucie Yad Vashem. Wtedy, gdy je składała zakładała, iż zginęli w Theresienstadt.  Co zapewne było dla niej maleńkim pocieszeniem i nadzieją, że może zmarli śmiercią naturalną w obozie koncentracyjnym. W owych czasach duża część ocalałych Żydów niemieckich uważała, że ich bliscy ginęli w Theresienstadt, a nie np. w Auschwitz czy Bełżcu.



Właśnie Ilse, nosiła przy sobie w torebce zdjęcia rodziców. Na samo wspomnienie o nich zawsze płakała. U Alfreda było jakby wyparcie i brak rozmowy, a u niej wspominanie. Do końca życia uznawała się za Górnoślązaczkę, choć przez większą część życia mieszkała na terenie dzisiejszego Izraela. Uzupełniała rodzinne drzewo genealogiczne, podpisywała zdjęcia, które wywiozła, składała świadectwa w YV dla dalekich członków rodziny, o których niewiele wiedziała. Po wojnie pracowała dla tej samej instytucji co przed wojną w Palestynie i jeszcze przedtem w Berlinie. Od czasu do czasu bywała w Europie. Krótko przed śmiercią przekazała do Centralnego Archiwum Syjonistycznego wiele dokumentów oraz listów. Zapewne pod powiekami nosiła obraz miasta swojego dzieciństwa i młodości. Zastanawiam się czy wiedziała, że prawie wszyscy jej przyjaciele ze zdjęcia „Piękni i młodzi” zdołali przeżyć wojnę w różnych częściach świata. Zginęli jedynie ci, którzy do 1939 roku zostali w Rybniku, czyli ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta Tulla.

Urodzona w nieokreślonej rybnickiej kamienicy, przy dzisiejszej ulicy Sobieskiego, w marcu 1906 roku Ilse Walter, z domu Glücksmann,  zmarła w 1992 r. w Jerozolimie. Obecnie, jej bratanica Miriam kontynuuje to dzieło i spisuje historię rodziny ze strony taty Alfreda Glücksmanna z Rybnika i mamy Ilse Lasnitzky-Glucksmann z Berlina.

Miriam! Hugs from Rybnik! I hope you will come to Rybnik as you planned. I am sure we will go through it and see each other in my family town. Take care!

Zdrowych Świąt dla wszystkich czytelników. Pamiętajcie, nawet jak jest już na maksa źle, to jest nadzieja. To jeszcze nie jest Golgota, a te święta na pewno będą wspaniałe choćby przez to, że mniej napuszone. I mimo oddalenia bardziej rodzinne.

I coś na koniec związanego z dzisiejszym dniem, czyli Wielkim Piątkiem, Jerozolimą no i koroną, która nas zewsząd otacza. Gdy w ubiegłym roku patrzałam na tłumy klękające w prawosławnej kaplicy Śmierci na Krzyżu w bazylice Grobu Pańskiego, to głównie moją uwagę przyciągał zakonnik, który skrupulatnie wsio psikał jakimś detergentem, mając w duszy tych klęczących i modlących się. Psik, psik, a kysz wirusy, bakterie 😉

Źródła: Yad Vashem, Centralna Biblioteka Judaistyczna oraz archiwum rodzinne Miriam Glucksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann została wyłączona
Maj 1

Margarete Biberstein z Rybnika, a święta Edyta Stein

Jak zwykle miało być o kimś innym, a będzie o jednej Małgorzacie – dalekiej powinowatej Edyty Stein. Wielką miałam kołomyję myślową w łepetynie, ale udało mi się pozbierać myśli i fakty do kupy, by móc Wam przedstawić powiązanie Rybnika z niemiecką filozofką, Żydówką, następnie karmelitanką bosą, męczennicą, świętą katolicką i patronką Europy.

Zanim jednak dojdę do Edyty, kilka słów o rodzinie, która w Rybniku mieszkała przez wiele lat. Schäfferowie na pewno byli u nas już w pierwszej połowie XIX w. Głównie parali się sprzedażą i produkcją alkoholu. Karczmarze i destylatorzy. Jednym z nich był Jakub, w internetach często widniejący jako Jacques. Wraz z żoną Hedwig dorobił się czwórki dzieci. Jedną z nich była Margareta urodzona w Rybniku w 1891 r.

Jacques z żoną, gdy Margarete była jeszcze mała, wyprowadził się z Rybnika i osiadł w Gliwicach. Na pewno to miasto dawało mu lepsze warunki do handlu.

Margarete miała 13 lat, a jej przyszły mąż ogłaszał się już jako gliwicki lekarz specjalista od zaburzeń przewodu moczowego, przyjmujący swoich pacjentów przy Wilhelmstrasse. Dziś to ulica Zwycięstwa – nadal jedna z ważniejszych ulic miasta.

Dr Friedrich Biberstein, bo o nim mowa, urodził się w Siemianowicach, czyli ówczesnej Laurahütte w 1879 r., jako syn Ludwiga i Cecylii. Miał o rok starszą siostrę. Niestety, ich mama zmarła młodo, osierocając Friedricha i Rudolfinę. Jego tata Ludwig (nauczyciel) ożenił się po raz drugi i z tego związku narodził się jeszcze jeden Biberstein – Hans. Macocha przyszłego doktora, a zarazem męża naszej rybniczanki Małgorzaty, nazywała się Dorothea i pochodziła z Rawicza. Wiem, że trochę to skomplikowane, ale właśnie przez Hansa dojdziemy do Edyty Stein, dlatego musicie się skoncentrować. Genealogia to nie jest taka prosta sprawa jakby mogło się wydawać. Po jakimś czasie zmarło się i ojcu Friedricha, Rudolfiny oraz Hansa, a druga pani Biberstein została sama z dwójką przybranych dzieci oraz swoim własnym, czyli Hansem. Jak to opisała Edyta Stein w swojej autobiografii, ojciec tej trójki Bibersteinów był bardzo lubianym i cenionym człowiekiem. Jako nauczyciel, nie zapominajmy, że Żyd, uczył również katolików i jednego z nich przygotowywał do bycia księdzem. Gdy po wielu latach wdowa po nauczycielu z Huty Laura, spotkała właśnie tegoż księdza we Wrocławiu, usłyszała wiele ciepłych słów o swoim mężu, zarazem nieznanym teściu naszej rybnickiej Małgorzaty. Wiem, wiem, już jesteście pogubieni w tych rodzinnych zawiłościach. No to mały skrót: był jeden cudowny i światły żydowski nauczyciel w Świętochłowicach, który miał z pierwszego małżeństwa syna Friedricha i córkę Rudolfinę. Zmarło się jego pierwszej żonie, więc ożenił się drugi raz i spłodził syna Hansa. Potem zmarło się i nauczycielowi. A w międzyczasie, gdzieś tam na skraju państwa niemieckiego, w małej pipidówie o nazwie Rybnik, w bogatej rodzinie Schäfferów przyszła na świat Margareta. Jej rodzice uznali, że pipidówa to nie jest miejsce dla nich, więc przeprowadzili się do Gliwic. A w tym mieście pracował już, jako uznany lekarz, syn nauczyciela z pierwszego małżeństwa. Skumali? Jak nie, to trza wrócić do liceum i powtórzyć lekcje z logiki. Jak tak, to lecę dalej. W Gliwicach, gdzie zamieszkali bogaci rybniczanie Schäfferowie ze swoją Małgosią, pracował już jako lekarz, Friedrich Biberstein. W 1910 r. doszło do zaręczyn 19-letniej dziewczyny ze starszym o 12 lat doktorem, którego młodszy, przyrodni brat za równo 10 lat ożeni się z siostrą Edyty Stein – Erną. Zaręczyny Margerete i pana doktora oficjalnie ogłoszono w prasie lokalnej. Następnie urząd stanu cywilnego podał informację o ślubie młodej dzierlatki z dojrzałym już mężczyzną, przy okazji informując kto się urodził, czy też kto przeszedł na drugą stronę mocy. 

I tu, przy tym ślubie, wreszcie doszłam do styku: katolicka patronka Europy i Rybnik. Otóż siostra świętej Edyty Stein była szwagierką rybniczanki – Małgorzaty Biberstein z domu Schäffer. No dobra, czaję, że wam się też w głowach już wsio plącze, ale jak się wczytacie uważnie, to skumacie. Edyta pochodziła z wielodzietnej rodziny, ale Erna z racji zbliżonego wieku była jej sercu najdroższa. Dlatego też rodzinie Bibersteinów, ta filozofka poświęciła sporo miejsca w swojej autobiografii, z której czerpię większość informacji.  Edytka ciepło pisała o nauczycielu (sądzę, że z racji tego, iż poświęcał swój czas katolikom), delikatnie obsmarowała szwagra Hansa i jego niesamowite przywiązanie do matki, nazywając matczyną miłość, wręcz tyranią. Już będąc zakonnicą pisała o nim niby delikatnie, a jednak z pewną ironią. Hans, na mój rozum to takim rozpieszczonym mamincyckiem i bawidamkiem był. Poniższa fota, u stóp wielu lasek, to obrazuje. Choć… był i niezwykle mądrym, inteligentnym i i zapewne normalnym facetem. Dociekliwym polecam wspomnienia Edyty.

 Noooo i nasza europejska święta wyraźnie napisała, iż starszy, przyrodni brat Hansa, czyli nasz gliwicki lekarz od moczowodów, bardzo bogato się ożenił (przypominam, iż z urodzoną w Rybniku Małgosią), dzięki czemu zaborcza macocha oraz młodszy brat Hans mieli się przez lata lepiej finansowo.

Całej historii świętej Edyty Stein nie będę przytaczać, bo łatwo ją znaleźć w Internecie. Wszyscy wiemy, że odeszła od wiary żydowskiej, co dla większości jej rodziny było straszne. Szczególnie dla mamy  wszystkich Steinów. To właśnie Erna, żona rozpuszczonego przez matkę Hansa Bibersteina, powiedziała rodzinie o zamiarze wstąpienia do klasztoru karmelitek przez Edytę. Jak widać ze zdjęcia Erna na stare lata bardzo elegancką damą była.

Jaki los spotkał przyszłą patronkę katolickiej Europy? Auschwitz. Tam zginęła też inna z jej sióstr – Rosa. Wykształcona Erna i jej, równie kształcony mąż Hans, zdołali wyjechać z dziećmi do USA i tam zmarli, jako i ich dzieci urodzone we Wrocławiu. A nasza rybnicka Małgosia – daleka powinowata Edyty?

Powiem wam tak: Uffff. I ona, i jej  mąż urolog, i ich jedyna córka Eva, też uratowali swoje życie i spoczęli w normalnych grobach na amerykańskiej ziemi. Urodzona w Rybniku Margaret Biberstein, z domu Schäffer, zmarła w wieku 85 lat w Nowym Jorku. Jej mąż, Friedrich Wilhelm Ludwig Paul Biberstein, zmarł mając 87 lat w tym samym mieście. Oczywiście, z racji różnicy wieku, Friedrich zmarł sporo lat przed swoją Margarete. Ich jedyna córka Eva (po mężu Ramos) też już nie żyje od 2001 r. Dzięki Centralnej Bibliotece Judaistycznej Żydowskiego Instytutu Historycznego wiemy, kiedy wyjechali do Ameryki. Margarete wraz z córką w kwietniu 1937 r. Mężowi udało się opuścić Gliwice rok później. 

Tyle. Zawsze będąc w naszej rybnickiej bazylice p.w. św.Antoniego patrzę na ogromny witraż z Edytą Stein.

I tak se myślę: Żydówka, choć katoliczka. Niemka, przez rodzinę Górnoślązaczka, demokratka, przez pewien czas ateistka, potem siostra Teresa Benedykta od Krzyża, na pewno Europejka. Ponoć, gdy ją aresztowano w klasztorze w Holandii powiedziała do swej siostry: Chodź, idziemy cierpieć za swój lud. Wiem na sto procent, że cierpiałaby widząc, co w dzisiejszych czasach robią wyznawcy wiary, którą wybrała, z kukłą w Pruchniku. Wiem na sto procent, że cieszyłaby się ze zjednoczonej Europy. I wiem na sto procent, że z nią, choć organicznie nie znoszę zakonnic, mogłabym se pogadać. Choćby o dalekiej powinowatej – Margarete Biberstein, dla której zrobiłam tą nową, maluśką szufladeczkę.

Korzystałam z autobiografii Edyty Stein w wersji angielskiej pt. „Life in Jewish family. 1891-1916”, portalu www.geni.com, Wikipedii, Centralnej Biblioteki Judaistycznej, zasobów Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Archiwum Państwowego w Raciborzu, strony https://www.wikitree.com/wiki/Biberstein-2, no i swojego umysłu. Mam nadzieję, że Wam się mózgi nie zagotowały od genealogicznych zawiłości 🙂 

Grudzień 30

Dreams come true no.2

Idzie nowy!!! Oby był tak rewelacyjny jak ten, który powoluśku dobiega końca. Za oknem se pada deszczyk spłukując śląskie syfy i brudy, a ja z rozrzewnieniem myślę o tych 364 dniach, które za nami. To był bardzo dobry czas.

Marzenia się spełniły 😀 W mijającym roku wreszcie rybniccy Żydzi znaleźli właściwe upamiętnienie. To, jak ich pokazano i przedstawiono na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 13 grudnia, czyli dzień otwarcia wystawy był jednym z ważniejszych, o ile nie najważniejszy dla mnie w 2018 roku. Warszawska konfa była taka bardziej osobista, taka moja, a wystawa jest o nich i dla nich. Dla tych wszystkich, o których przez lata nie pamiętano, których pomijano w historii Rybnika i Śląska, których deprecjonowano i niejednokrotnie po wojnie szkalowano. W moim mieście miejsce dla rybnickich Żydów się nie znalazło, ale Gliwice przyjęło ich godnie i tak samo upamiętniło. Na wystawie znalazła się nasza synagoga, cmentarz żydowski, 3 nasi rabini (Fraenkel, Braunschweiger i Rosenthal), historia ochronki, dwa rody przedsiębiorców (Haase i Müller), tragedia Rudolfa Haase, o której pisałam jakiś czas temu:  ➡ „Haase epopeja – śmierć Rudolfa cz.7). 

Pokazano przepiękne świeczniki z naszej synagogi fundowane przez Louise Haase – żonę Ferdynanda. Na multimedialnym ekranie zwiedzający zobaczą fotografie rodziny Manneberg – no cud, miód i malina! 

W części dotyczącej Zagłady można zobaczyć zdjęcia Marysi i Jasia Radoszyckich, o których pisałam w poście  ➡ „Nie nasi, a nasi”, a także fotografię Charlotty Rosenberg. Lotka, bo tak ją nazwałam, też ma u mnie swoją szufladkę pamięci  ➡ „Po tej Lotce zostało tylko zdjęcie”. Dziś, rybniczanie – Charlotta, jak i Jaś z Marysią są upamiętnieni w Gliwicach.

Marzenie o upamiętnieniu moich Żydów się spełniło. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili, czyli Gliwicom, jako miastu, całemu Domowi Pamięci Żydów Górnośląskich, kuratorce wystawy pani Bożenie Kubit, projektantom wystawy, konsultantom, sponsorom oraz moim potomkom, którzy wyrazili zgody na publikację ich rodzinnych zdjęć. 

Spełnia się też kolejne marzenie, bowiem moja Dusia, moja  ➡ „Ja siama” właśnie w tym cudownym gliwickim Domu, gdzie są moi Żydzi, zaczyna pracę. Będzie łączyć rodzime muzeum z muzeum zza miedzy, czy też dawnej granicy. Jak zwykle w takich momentach wali mi w dekiel, a rzić rośnie od chwolby  :mrgreen: 

A w nowy rok wchodzę z drżeniem każdego kawałka mojego ciała i rozumu i duszy… Next dream will come true! I to taki dream z tych na samych wierchu dreamów  😆 Taka Czomolungma marzeń. I znowu tym świętym Mikołajem spełniającym marzenia jest friend Olutka.

Choć, jak może niektórzy wiedzą ja nie latam, bo się tego panicznie boję, to jednak, jak to śpiewał R.Kelly: „I belive I can fly”. 

 

There are miracles in life I must achieve, But first I know it starts inside of me, ho oh. No tak, są cuda w życiu, do których muszę dążyć i które muszę osiągnąć. I tym cudem, który ma się w lutym wydarzyć jest Izrael! Yes! Yes! Yes! – jak to kiedyś wykrzyczał jeden klasyk (tfu, tfu – polityk). Lecę, by zobaczyć to, co widziała już w tym roku moja Dusia. Wiszą i powiewają mi groty, bazyliki, kościoły, Jordany czy Kany Galilejskie. Jadę zobaczyć Jerozolimę z jej Ścianą Płaczu i grób jednego Oskara, od którego się u mnie wszystko, ponad 20 lat temu, zaczęło. 

Jeszcze nie wiem jak się wymknę wycieczce i pobiegnę na grób Schindlera, ale coś wykombinuję. Jeszcze też nie wiem, jak przeżyję lot, ale może trzy tablety relanium mi pomogą  :mrgreen: Byleby nas nie zestrzelili nad morzem, bo chcę mieć grób. I belive I can fly, bo muszę zobaczyć Morze Martwe. 

I believe I can touch the sky, bo muszę zobaczyć się z moimi Mannebergami, których ponad 4 lata temu tak żegnałam w Rybniku łykając łzy.

Na razie rozwinęłam wielką mapę małego kraju na podłodze i wiem, że if I can see it, then I can do it

Betlejem, Jerozolima, Yad Vashem, Mur Zachodni, w który muszę włożyć karteczkę, Stara Jaffa, Tel Aviv, pustynia Negew, Masada, Jerycho, Nazaret, Hajfa, ogrody Bahaitów, Akka plus wiele innych miejscówek, takich, o których muszę doczytać, by nie wyjść na durnia. Tu mam na myśli choćby jakąś Górę Kuszenia Jezusa (?), Pole Pasterzy (??), Grotę Mleczną (???), drzewo sykomora (daję 4 znaki zapytania, bo kompletnie nie kumam co ma jakiś figowiec z religią). No i tam parę jeszcze inkszych Emmausów. 

Tymczasem pyrsk ludkowie! Wracam do mapy, przewodników i marzeń. Życzę Wam, by cuda się przydarzały, a 2019 rok był pełen dobrych wrażeń i pełnych portfeli, a zdrowie Was nie opuszczało. If we just spread our wings we can fly.

Październik 5

Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku

Kończy się tydzień noblowski 2018. Naukowcy, którzy zostali laureatami w sześciu dziedzinach nauki, w grudniu odbiorą nagrody z rąk króla Szwecji. My nie mieliśmy noblistów. Pobliskie Żory już tak.  Mogą chwalić się tym, że u nich, w 1888 roku, urodził się Otto Stern, wybitny fizyk, który otrzymał nagrodę za wkład w rozwój metody wiązki molekularnej i odkrycia momentu magnetycznego protonu. Cokolwiek to oznacza  🙄

Kombinowałam, o którym rybnickim naukowcu napisać, by choć ciuteńko zbliżyć się do grona najwybitniejszych. Uznałam, że tym, o którym napiszę będzie Alfred, syn Adolfa i Selmy Glücksmannów. Tata Adolf urodził się w Mysłowicach, a mama Selma w Rudzie. Zanim jednak się pobrali, młody Adolf przyprowadził się do Rybnika i tu otworzył swój interes. W 1903 roku, mając 27 lat handlował skórami oraz przyborami szewskimi przy ówczesnej Breitestrasse, czyli Szerokiej (dziś to ul. Sobieskiego). Polecał się Szanownej Publiczności w gazecie Katolik dodając, iż przez swoją „długoletnią czynność” ma dostateczne doświadczenie.

Narzeczoną sobie znalazł w Rudzie, a ściślej w Glückauf Kolonie. Zanim jednak doszło do zawarcia małżeństwa, rodzice dziewczyny prawidłowo ogłosili zaręczyny młodych w prasie.

No, a potem już był ślub w rudzkiej synagodze, po którym małżonkowie wrócili do Rybnika. Selma została panią Glücksmann i mieszkanką Rybnika.

Tego samego 1904 roku, w grudniu, na świat przyszedł ich pierworodny syn – Alfred.  Ojciec zgłosił narodziny dziecka dopiero 4 stycznia. W rok po nim, urodziła się córka Ilse. Do 1917 więcej dzieci się Adolfowi i Selmie nie urodziło w Rybniku.

Nie wiem na 100%, czy Adolf brał udział w I wojnie. Zakładam, że tak. Sądzę też, że przez jakiś czas po wojnie jeszcze handlował w Rybniku. Jednak, gdy Rybnik przypadł Polsce wyprowadził się najpierw do Görlitz, a w marcu 1927 roku otworzył sklep z obuwiem w Gliwicach przy Nikolaistrasse 17. Przynajmniej to można wyczytać z karty adresowej miasta Gleiwitz.

Cały czas na pewno zaiwaniał jak mały motorek, by urodzony w Rybniku syn Alfred mógł skończyć nauki we Wrocławiu, a następnie medycynę w Heidelbergu. Zdolny Alfred, po skończeniu studiów w 1929 r., został asystentem w Instytucie Anatomicznym Uniwersytetu w Heidelbergu. Obronił doktorat, uczył anatomii i dokonywał swoich pierwszych odkryć związanych z rozwojem zarodków. A tata cały czas, zapewne z sukcesem, sprzedawał buty w Gliwicach. Poniższa reklama pochodzi z roku 1930, gdy jeszcze nikt nie spodziewał tego, co nadejdzie.

Przyszedł straszny rok 1933. Żydowscy naukowcy nie byli potrzebni Hitlerowi. Alfred mimo utraty pracy,  gdy naziści doszli do władzy, miał szczęście. Dołączył do zespołu badawczego w laboratorium Strangeways na uniwersytecie w Cambridge. Utrzymywał się z dotacji Rady Pomocy Akademickiej, a jego badania były finansowane przez Cancer Research Campaign. Cały czas specjalizował się w anatomii, embriologii, histologii, patologii kości oraz badaniach nad rakiem. To Alfred, namówił do przeniesienia się do Anglii, swego przyjaciela z czasów studenckich – Norberta Eliasa, później jednego z wybitniejszych socjologów XX w. Nie muszę dodawać, że to uratowało Eliasa, Żyda urodzonego w mieście Breslau, choć po 1933 r. mieszkającego w Paryżu.

Wybuch II wojny spowodował, iż nasz Alfred, jako obywatel Niemiec, nagle stał się wrogiem poddanych króla Jerzego VI. Został internowany i prawie całą wojnę spędził za drutem kolczastym w obozie na Wyspie Man. Internety podają, że również był w czasie wojny w obozie w Kanadzie, ale jakoś to mało prawdopodobne z powodów logistycznych. Bez względu jednak, czy został uznany za wroga, czy że nie mógł pracować naukowo, to żył. Nawet jeśli to życie nie należało do najłatwiejszych.

Bowiem w tym czasie jego rodzice już nawet nie byli uznawani za wrogów. Bo wróg, to jednak człowiek i jakieś prawa ma. A Adolf i Selma w nazistowskich Gliwicach nie mieli już żadnych praw.

Byli przeznaczeni do eksterminacji. Jednym z ostatnich transportów, 28 maja 1942 r, wraz z innymi, zostali wywiezieni do KL Auschwitz. Może byli w jednym wagonie z babcią i prababcią mojej Clare? Else Weissenberg oraz Hermina Bloch były również wywiezione w tym dniu (więcej ➡ tu).

Na kartach adresowych odnotowano tylko daty. Ostatni ślad życia rodziców zdolnego rybniczanina. Odbity datownik: 28.5.1942. Schluss. Koniec. Co się stało z ich córką, która jeszcze pod koniec lat 20-tych wyjechała z Gliwic do Charlottenburga , nie ustaliłam.

Ich życie się skończyło. Nigdy nie ujrzeli urodzonej w Berlinie synowej Ilse Lasnitzki – wybitnej embriolog i biolog. Dodam, pionierki badań nad wpływem palenia na raka płuc. Adolf i Selma nie doczekali narodzin wnuczki Miriam – kolejnej zdolniachy. Miariam jest socjologiem, emerytowaną profesor z Uniwersytetu w Essex.

Po wojnie, Alfred nadal pracował w Anglii w Laboratorium Strangeways. Zmienił nazwisko z Glücksmann na anglosaskie Glucksmann. Uzyskał obywatelstwo brytyjskie, odzyskał swoją pozycję naukową, a nawet został zastępcą dyrektora laboratorium.

Obszarem badań Glucksmanna w trakcie pierwszych lat jego kariery było badanie problemów rozwoju tkanek, przedstawił on, różnie nazywane, klasyczne badania morfologicznej degeneracji życia zarodkowego i prowadził eksperymenty nad wpływem czynników mechanicznych. Później przedmiotem badań Alfreda były ilościowa analiza histologiczna ludzkich nowotworów przed, w trakcie i po ich leczeniu radiologicznym.

Rybniczanin z urodzenia, był członkiem British Institute for Radiology X-ray Award, członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Biologii Komórki, członkiem Międzynarodowej Akademii Cytologii, członkiem Towarzystwa Patologicznego Wielkiej Brytanii.

Alfred zmarł w 1985 r. Jego żona dożyła wieku 91 lat, córka żyje do dziś. Tegoroczny Nobel z medycyny został przyznany za osiągnięcia w walce z rakiem, a ściślej za odkrycie nowej metody walki z rakiem, która polega na regulowaniu odpowiedzi immunologicznej organizmu. Mój Alfred i jego żona też badali raka, Nobla nie dostali, ale na pewno ich badania były ważne i odkrywcze.

Alfred zostaje przeze mnie dopisany do listy: „U nas nieznani, a gdzieś uznani”, jak David Hoeniger, Josef Lustig, czy wielu innych.

Źródła: Śląska Biblioteka Cyfrowa, Centralna Biblioteka Judaistyczna, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, Yad Vashem.

Listopad 9

Ta noc była za miedzą

W nocy z 9 na 10 listopada rybniczanie smacznie sobie spali. Za miedzą działy się dantejskie sceny: mordowano i aresztowano ludzi, płonęły synagogi, bezczeszczono cmentarze żydowskie, niszczono sklepy kupców i zwykłe mieszkania.

Rybnickie chaty były jeszcze bezpieczne, bo z kraja, czy raczej za granicą. Jeszcze wtedy za granicą. Taką o rzut beretem. Czy mieszkańcy mojego miasta przejęli się tym, że w pobliskim mieście Ratibor płonęła synagoga?

Do dziś po niej został pusty plac.

Czy burmistrz Weber, 10 listopada na porannej odprawie rybnickich rajców poruszył temat, iż w niedalekim Gleiwitz spalono miejsce modlitwy tamtejszych Żydów?

Miejsce po nim też świeci pustką, choć rok temu udało mi się wśród różnorakich kamoli wypatrzeć cegły z resztkami farby  🙁

Na sąsiedniej kamienicy symboliczna nadpalona miedziana Tora i tablice przypominają o tamtej listopadowej nocy.

Czy naszą lokalną społeczność żydowską poruszyła wiadomość, że architektoniczne cudo, jakim była synagoga w Beuthen też płonęła? Czy myśleli o swoich krewnych, którzy na pewno mieszkali w tym mieście?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czy Martin Kornblum, przy śniadaniu z rodziną, z ulgą debatował o tym, że jego brat Max zdołał przedtem wyjechać z Hindenburga do Holandii?

Bo to, że nikt nie wspomniał o zniszczeniu maleńkiego cmentarza żydowskiego, w odległym od Rybnika o 25 kilometrów Kieferstädtel (dziś Sośnicowice), jest raczej pewne.

Została po nim kępusia drzew i parę resztek kamiennych wśród krzewów.

Sąsiedzkie miasta, kiedyś wraz z Rybnikiem należące do tego samego państwa, w jedną noc pokryły się odłamkami szkła i zasnuły dymami z płonących synagog. Zaczynał się najgorszy czas dla niemieckich Żydów. Dla polskich, ten czas był na razie za miedzą. Oni o takich listopadowych nocach jeszcze zbytnio nie myśleli, łudząc się, że miedza jest solidna i nikt jej nie przekroczy. Kristallnacht była daleko i w innym czasie. Nie dawali wiary tym, których Hitler wywalił i kazał przekroczyć granicę polsko-niemiecką na śląskiej ziemi. Zawsze się nam wydaje, że jak coś złego jest daleko i nas bezpośrednio nie dotyka, to trzeba to olać dla świętego spokoju. Niestety, życie pokazuje, że taka Kristallnacht może dotrzeć znienacka wszędzie i o każdym czasie. I może też dotknąć nas.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Ta noc była za miedzą została wyłączona
Kwiecień 14

Ada (odcinek 7) – zakończenie

Ten, prawdopodobnie ostatni odcinek o Adzie nie będzie już pisany w formie scenariusza. Muszę tym razem normalnie, tak jak zwykle – z emocjami. I dzień dziś taki, i nastrój ponury, no i przeczytana przed chwilą relacja Ady, złożona w Yad Vashem, nie nastrajają do chłodnego pisania.

Już wczoraj jakoś dziwnie się czułam przed spotkaniem w Gliwicach. Miałam opowiedzieć całe moje dochodzenie w sprawie poznania historii Ady i jej rodziny słuchaczom w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich. Nawet Młoda zauważyła, że coś nie teges ze mną i mam jakąś wyjątkową tremę. Podobnie miałam przy opowiadaniu o rodzinie Weissenbergów. Za bardzo osobiste to są opowieści, za mocno się włazi buciorami w czyjeś życie.

Jeszcze ten Wielki Czwartek i obawy, czy w ogóle ktoś dotrze. Na szczęście stali bywalcy dopisali. Pani Basia niestrudzona turystka, pani Iza starająca się rozwikłać sprawę Żyda Sandomirskiego, pani Małgosia z Nowin Gliwickich i wiele osób, których nie znam z imienia, a jedynie z twarzy. Przyszli, by posłuchać o tragicznych losach dziewczynki i jej rodziny w ten prawie świąteczny dzień. Pliki głosowe z opowiadaniami pani Klaruni ( ➡  Odcinek 6) udało się zsynchronizować z prezentacją i jakoś to poszło.

Historia Ady została pierwszy raz publicznie przedstawiona. Szuflada to jednak tylko takie pisanie sobie a muzom, mówienie do prawdziwych i zainteresowanych słuchaczy, to jednak o wiele poważniejsza sprawa. Zdjęcie, które dostałam od pani Klary stało elegancko w ramce obok książki Otto i Maschy Schwerdtów.

Na spotkanie przyjechał też syn starszej pani, od której to wszystko się zaczęło ( ➡ Odcinek 1 ), czyli Romek, który przekazał mi kopie listów Chaima – taty Ady (  ➡ Odcinek 4).

Z głośników poleciały słowa pani Klary, które osobom, nieznającym śląskiego spisałam na ekranie: „Nie bydzie już wojny? A kto tak powiedzioł, pani?” No właśnie, kto tak powiedzioł?   Ehhh 🙁

Potem jeszcze rozmowy, pogaduchy i do domu dotarłam o 21-wszej, odsłuchując non-stop tej samej piosenki w aucie.

Dziś, dzięki koneksjom pracowników Domu Pamięci, dostałam od pani profesor Barbary Engelking ( ➡ Odcinek 3) relację Ady, złożoną w wieku 23 lat w Yad Vashem. Dobrze, że jej wczoraj nie znałam. Pasuje do nastroju wielkopiątkowego.  Nie ma bohaterów, zawsze są tylko ofiary. Już wiem, dlaczego Ada nie chciała ze mną kontaktu ( ➡  Odcinek 2 ), już to rozumiem na 1000%. I to już nie jest do rzici. Do rzici to jest to, że nie wiadomo, że nie będzie wojny. Bo nikt tak nie powiedzioł. A wojna, to plugastwo, koszmar, chujnia.

I jeśli czujesz się
Zmęczona tak, jak ja
A sny masz złe i chore

To czas odwrócić się
Uciekać hen przez śnieg
Od tych, co tęsknią do wojen

Amen.

Kategoria: Edukacja, Judaika | Możliwość komentowania Ada (odcinek 7) – zakończenie została wyłączona
Grudzień 14

O historii pisanej listami w Gliwicach

Gdy Karolina Jakoweńko z Domu Pamięci Żydów Górnośląskich zaproponowała mi wymyślenie cyklu pogadanek o Żydach z naszego Śląska, to wiedziałam, iż na pierwszy rzut musi polecieć moja ukochana rybnicka rodzina Haasych. Jak to mówią: nie było opcji 😉 Mówiłam o nich tyle już razy, że spotkanie w Gliwicach, za wyjątkiem potwornej tremy (nie mówiłam do rybniczan), nie wywołało we mnie jakichś innych emocji.

Nad wyborem drugiej rodziny, o której miałam opowiadać, też się nie musiałam zastanawiać. Po prawie dwóch latach rozkminiań, poszukiwań i detektywistycznych analiz godnych Sherloka, które wraz z Clare (potomkinią rodu Weissenbergów) prowadziłam przez Internet, w archiwach i kilku miastach Górnego Śląska ➡ (opisywałam to już tu i tu), czuję się prawie jak jej przybrana kuzynka. To był mus, by opowiedzieć o tragicznych losach Blochów i Weissenbergów, których losy były splecione z Pyskowicami, Toszkiem, Pszczyną, Zabrzem i ostatecznie z  Gliwicami. Od razu wiedziałam, że to łatwe  nie będzie. I to nie z powodu, iż Żydzi spoza Rybnika, to za bardzo nie jest moja brocha. Tym problemem dla mnie były listy. Listy babci Clare, pisane do swojego syna, a zarazem ojca mojej angielskiej znajomej. Takie pośmiertne przesłania. Pisane pod koniec lat 30-tych z Gleiwitz. Proste, bez wyszukanego słownictwa, pełne ukrytej, bo nie wypowiadanej wprost, rozpaczy, a równocześnie przepełnione zwykłą troską o to, czy syn pije soki, pamięta o wysłaniu życzeń urodzinowych do ciotek, czy też czy kupił sobie kulki naftalinowe. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przeczytałam je wszystkie w jedną noc na blogu Clare. Masakra. Dokumenty źródłowe, jak mi to wytłumaczyła Młoda. Tak, po naukowemu to niby dokumenty źródłowe, które dają świadectwo temu, co naziści zrobili Żydom niemieckim. A po mojemu to listy mamy do swego ukochanego synka. „Meine lieber Werner” – tak je zaczynała. Chyba nie muszę więcej pisać.

Gdy została ustalona data spotkania napisałam maila do Clare, czy nie zechciałaby przylecieć do Gliwic na moją pogadankę. Między Bogiem a prawdą, to napisałam z głupia frant, nie zakładając, że będzie jej się chciało rzucać wszystko i przylatywać do Polski w zimnym grudniu, w dodatku po raz drugi w tym roku. A tu szok 😯  Dla mnie, że przylatuje i dla niej, że ktoś, gdzieś będzie opowiadać o jej rodzinie i o tym, co się stało z jej prababcią, babcią, dziadkiem, czy tym jak tata wyszedł z Dachau.

Boże kochany, jak ja się przygotowywałam do tego. Mówiąc o Haasych w Gliwicach mogłam się ciulnąć, bo kto by zauważył jakikolwiek błąd 😉 (a tak btw, to dwa razy miałam wpadkę, co wychwyciła Młoda). A tu? Gdy będzie mnie słuchać córka i zarazem wnuczka osób, o którym będę mówić. I nieważne, że nieznająca polskiego. Sercem będzie rozumiała moje słowa. Pięć dni gadałam do ściany, a dokładniej do reklamy Pragera, cały wykład. Początkowo wybrałam ileś fragmentów listów, co dało mi 25 stron. Przetłumaczyłam je sobie na polski i skracałam, skracałam, skracałam. Co je czytałam, to beczałam. Jak coś skróciłam, to zaś to dodawałam, uznając, że zbyt ważne, by można to było wywalić. I bek. Niesprzyjające okoliczności przyrody, czy też raczej biologii, doprowadziły mnie do sporego rozchwiania emocjonalnego we wtorek. A spotkanie miało być w czwartek. Bałam się, że jak zacznę te fragmenty listów czytać, to się rozkleję na maksa i słowa z siebie nie wyduszę. I po części tak się stało.

Do Domu Pamięci pojechałam z duszą na ramieniu. Zawiłości rodzinne miałam w małym palcu, listy znałam prawie na pamięć, wsio w głowie. Tylko te dwa zdania z listu, który napisała babcia Clare do przyjaciółki (krótko przed wywózką do Auschwitz) mnie dławiły. Dużo zdrowia wam życzę, niech Bóg będzie z wami. Wydaje się, że o nas On zapomniał. No i mnie zdławiły. Zresztą nie mnie jedną. Widziałam panie ocierające łzy. Z tych emocji okulary mi się ciągle z nosa zsuwały, kartki z listami belontały*,  chrypka uniemożliwiała mówienie. Nightmare prelegenta, w szczególności takiego, który ma braki warsztatowe 😉 (to taka mała dygresja à propos ukochanego W.Manna).

Clare, jako gość specjalny, była niesamowicie wzruszona, choć starała się trzymać. Dla niej to był też trudny wieczór. Wiem, że go bardzo przeżyła. Po raz kolejny wizyta w Polsce nią poruszyła. Nastrój spotkania, atmosfera Domu Pamięci, pytania zadawane po mojej opowieści, jej odpowiedzi, sympatia ze strony słuchaczy, to wszystko było tak magiczne, że aż do Rybnika mi w łepetynie prądy przeskakiwały we wszystkie strony.

Na drugi dzień spotkałyśmy się ponownie w Gliwicach – był jeszcze wywiad dla Nowin Gliwickich 😉 Był to dla nas obu zaszczyt, że lokalna prasa zainteresowała się tym tematem. Choć przyznam, że robienie zdjęć kojarzyło mi się jakoś z fotami na tzw. ściance 😉 Miejmy nadzieję, że zdjęcia nie zostaną opublikowane.

Z Gliwic pojechałyśmy jeszcze do Bytomia na cmentarz żydowski, by poszukać grobu pradziadków, czyli Alberta i Bettiny Weissenbergów. Dzięki niesamowitej pani Ewie, opiekunce tego miejsca, udało nam się wsio znaleźć. Gdy patrzałam na Clare, stojącą samą przy ich grobie, znowu się popłakałam. Odeszłam na bok, by mogła pobyć z nimi. Potem mi powiedziała, że to takie cudowne, że mają grób, leżą razem, że tego grobu nikt nie zniszczył.

Pani Ewa, w swej uprzejmości, pokazała nam groby wszystkich Weissenbergów pochowanych na tym cmentarzu. Widziałam, że Clare już zamarza, ale ja tam wolałam wsio obejść just in case, bo nigdy nie wiadomo, czy któryś z pochowanych się nie okaże się kiedyś krewnym. Lepiej foty mieć 😉

Wieczorem dostałam od Clare taki list z linkiem do jej bloga, z prośbą, bym umieściła to na swoim fejsie. W wolnym tłumaczeniu Clare w ten sposób podziękowała wszystkim w Gliwicach:

Właściwy post blogowy napiszę, gdy już wrócę do Anglii do swojego biurka, ale tera chciałabym szczerze podziękować wszystkim Wam – dobrym ludziom, którzy nas tak ciepło przyjęli poprzedniego wieczoru w Żydowskim Domu Pamięci. Nie wiem czego oczekiwałam – myślę, że pół tuzina przyjaciół Małgosi i cichego ale interesującego spotkania z nimi.

Zamiast tego, zobaczyliśmy salę pełną ludzi, których ciepłe przyjęcie nas otoczyło, jak tylko weszliśmy. Przyszliście zimnego grudniowego wieczoru krótko przed świętami Bożego Narodzenia, wtedy gdy raczej powinniście siedzieć w ciepłych domach ze swoimi rodzinami. Przyszliście, by posłuchać jak Małgosia opowiada o naszej rodzinie, posłuchać w ciszy i ze współczuciem. Zadawaliście inteligentne pytania, na które jako prawdopodobnie zbyt przytłoczona nie potrafiłam inteligentnie odpowiadać. Ale się starałam. Nie jestem przyzwyczajona do publicznych wystąpień, mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej (…)

Dziękuję wam wszystkim wspaniali ludzie, za to, że czuliśmy się tak dobrze. Byliśmy wzruszeni waszą reakcją na historię naszej rodziny. 

I przede wszystkim dziękuję Gliwicom za wysłuchanie słów, o kimś kto był waszą córką i również moją babcią – o Else Weissenberg. 

Tyle od Clare, która już odleciała z Polski do kraju, który stał się w 1939 r. ojczyzną dla jej taty – niemieckiego Żyda, urodzonego w Pless, absolwenta gimnazjum w Beuthen, absolwenta uniwersytetu w Breslau, więźnia Dachau, syna Else zamordowanej w Auschwitz, wnuka Herminy zamordowanej w Auschwitz.

Ja też Wam dziękuję gliwiczanie! Dziękuję również znajomym z Mikołowa, Mysłowic, Zabrza i Pyskowic! Za pomoc, za słuchanie i za bycie 🙂

Zdjęcia ze spotkania: Iza Grauman oraz Ireneusz Skwirowski, z Bytomia moje, zaś archiwalne fotografie z albumu rodzinnego Clare i ➡  jej blogu „From numbers to names.

P.S. Kolejne spotkanie w Gliwickim Domu, zaplanowane na 23 lutego 2017 r., już nie będzie takim wyciskaczem łez, bo będzie o zębach  😉 Na zachętę dodam, iż i o gybisie** Hitlera.

Dla nie Ślązaków:

* belontać: mieszać

** gybis: sztuczna szczęka

Czerwiec 12

Jest taki Dom

Jest taki Dom… Dom Pamięci Żydów Górnośląskich. Dla mnie to też od początku dom. Dom, w którym panuje domowy duch, domowy ruch i nawet można napaść brzuch (serio 🙂 ). A rodzina w tym domu to Karolina, Kasia, Bartek, Ela, Ania i myślę, że i ja.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (1)

A tak na poważnie to jest to muzeum w Gliwicach, które upamiętnia Żydów górnośląskich, czyli też i moich – rybnickich. Czekałam na jego otwarcie od dawna. Było fantastyczne i przyszły wtedy tłumy.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (69)

Dom Pamieci Zydow

Gdy przeczytałam, że są poszukiwani wolontariusze do pomocy nie zastanawiałam się ani sekundy, by się zgłosić. Pracować w takim miejscu, to zaszczyt i radość. Nieważne jako kto, ważne że. Szatnia? Ok. Mogę być i babką klozetową 😉 Tym bardziej, że w klopie kafelki z 1903 roku.

Dom Pamięci Zydow Gornoslaskich wykład (28)

Na recepcji i szatni – szczyt marzeń.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (91)

Od lutego zaczęłam jeździć do Gliwic. Niestety tylko w czwartki, ale nawet ten jeden dzień w tygodniu to była dla mnie zawsze uczta duchowa. Patetycznie zabrzmiało, co? Ale jak inaczej nazwać możliwość uczestnictwa w wykładach dr. Surzyna, Darka Walerjańskiego, czy prof. Śpiewaka. Tylu rzeczy się nauczyłam, dowiedziałam, dotknęłam.

prof.Spiewak

Gdzie indziej bym miała okazję poznać niesamowitych „Maguryczowców”, którzy od lat zajmują się zapomnianymi cmentarzami na wschodzie Polski.

Gliwice 9.05.2016. (34)

Czy w jakimkolwiek innym miejscu miałabym okazję popijać, przygotowany przez Elę rewelacyjny barszcz, wraz z panem Janem Jagielskim – moim „cmentarnym guru”.

Entuzjazm wszystkich domowników tego Domu, radość z tworzenia czegoś nowego, naturalność, czasem improwizowanie, jakieś małe przekleństwo, zero korpoordnungu, dress codu, czyli służbowych strojów i do tego cmentarz za oknami. Czy może być lepsze miejsce do pracy?

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (54)

Gdy w ostatni czwartek jechałam do Gliwic, po dość sporym okresie przerwy z powodu wyjazdu na Podkarpacie, już w Wilczej miałam motylki w brzuchu. W Nieborowicach dociskałam pedał gazu na maksa, gdy już ujrzałam tablicę „Gliwice”, pychol śmiał mi się do przejeżdżających obok kierowców. Podjeżdżając na parking przy ul.Poniatowskiego wiedziałam, że znowu dotarłam do domu. Tego drugiego – gliwickiego. Bo tylko w prawdziwym domu człowieka szczerze wyściskają, nakarmią domowej roboty frykasami, poskarżą się, że ukochany pies bardzo cierpi, opowiedzą o tym co się działo, co się będzie dziać. W takim domu ma się własny kubek, bo się nie jest już gościem a domownikiem.

noc muzeow

Jak to napisał humorystycznie pan Jan Jagielski w naszej księdze pamiątkowej: „Dom pogrzebowy, w którym się ożywa”  😉 Ja też tu ożywam.

wpis Jana Jagielskiego

Daj mi pani Boże możliwości, bym tam mogła jeździć jak najczęściej i bym mogła na te cuda patrzeć oraz z tymi dobrymi duchami przebywać. Zarówno żyjącymi i z tymi z zaświatów.

Noc Muzeum DPZG 14.05.2016. (4)

Na koniec nie mogę nie napisać, iż nasza szefowa, czyli Karolina Jakoweńko została doceniona przez twórców Festiwalu Kultury Żydowskiej w KRK i wnet otrzyma ważną nagrodę za wsio co dotychczas zrobiła! Chapeau bas!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Jest taki Dom została wyłączona