Październik 29

Rybnicka synagoga cz.3

Wraz końcem sierpnia nadeszła burza, którą wielu przepowiadało. 1 września Wehrmacht wkroczył do Rybnika od strony Raciborza.

Zapewne krótko potem synagoga została zamknięta. Zaczął się koniec. Nie jestem w stanie przedstawić obiektywnego opisu zniszczenia rybnickiej synagogi. Niestety. Mam tylko relację, sporządzoną już po wojnie przez Joannę Gabowicz z domu Seidemann oraz artykuł Piotra Rakowskiego, opublikowany w Gazecie Rybnickiej w 1997 r., a napisany na podstawie wspomnień pani Marii Pieczkówny-Motyki. Artykuł nosił tytuł „ Widziałam płonącą synagogę”.

Moim zdaniem, bliżej prawdy była Joanna Gabowicz w 1947 roku, czyli ciut ponad 7 lat od momentu zniszczenia świątyni. Gdy płonęła synagoga Joanna miała 18 lat. Nie była dzieckiem, które mogłoby niewłaściwie zinterpretować to, co widziało. W swoim zeznaniu świadka, podała (pisownia oryginalna): „Gdy wybuchła wojna we wrześniu 1939 roku mieszkali w Rybniku Żydzi miejscowi i napływowi, którzy przyjechali z Będzina, Sosnowca i innych miast Zagłębia. W październiku 1939 roku Niemcy spalili wewnętrzne urządzenie synagogi, a mury rozsadzili. Długie miesiące trwała rozbiórka i uprzątanie gruzów. Pracowała przytem miejscowa ludność nieżydowska. Synagoga mieściła się przy ulicy Zamkowej (…).” Tyle powiedziała Joasia, córka Fryca Seidemanna, o której swego czasu już pisałam, a raczej fantazjowałam o jej miłościach. ➡ http://szufladamalgosi.pl/o-milosciach-rybnickiej-zydowki-na-walentynki/

Dla porównania podam to, co napisał Piotr Rakowski po spotkaniu z panią, która mieszkała przy ulicy Zamkowej – prawie naprzeciw synagogi. Należy jednak pamiętać, iż te słowa zostały spisane 58 lat po zniszczeniu żydowskiego miejsca modlitw. No to cytuję Rakowskiego: „Kiedy Maria Pieczykówna-Motyka wróciła ze swymi dziećmi z pensjonatu pod Kielcami do Rybnika, do własnego mieszkania w kamienicy na Zamkowej, mogła jeszcze widzieć przez szyby okien – synagogę znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej. Była ona zamknięta i nikt do niej nie chodził. Wczesną wiosną 1940 r. w pogodny dzień przed południem, szturmowcy hitlerowcy oblali benzyną i naftą synagogę ze wszystkich stron i podpalili ją. Wielki płomień ognia strzelił w górę. Widziałam przez szyby okna naszego mieszkania ten wielki płomień, taki mocny strzelający w górę słup ognia, palącej się bożnicy – wspomina Maria Pieczkówna-Motyka. Ludzie na ulicy pokrzykiwali, że za rogiem pali się bożnica. Ruch na Zamkowej zrobił się mocny: jedni przechodnie w milczeniu szybko się oddalali od płonącej bożnicy, inni wykrzykiwali antysemickie hasła i podbiegali do palących się murów. To wszystko działo się na oczach policji Schupo i Gestapo. Policjanci cieszyli się i śmiali z widoku płonącej synagogi”. To zapamiętała rybniczanka, mieszkająca w pobliżu tego miejsca. Sądzę, że pani Maria pomyliła miesiące oraz dwa zniszczone na początku wojny miejsca. Otóż wczesną wiosną 1940 r. został „zlikwidowany” cmentarz żydowski, a synagoga została spalona w październiku 1939 r. Moje przekonanie o tym potwierdzają artykuły z prasy niemieckiej, które informowały już w połowie maja 1940, że „z zainteresowaniem mieszkańcy śledzą powstawanie nowego zielonego terenu w miejscu, w którym stała synagoga”.

Kilka dni później, kolejny artykulik z 24 maja 1940 r. w „Der Oberschlesische Kurier” podawał, iż „Nowy obiekt będzie jednym z najpiękniejszych tego miasta”.

Przeniesiono z Rynku starą fontannę i ustawiono ją na samym środku nowego skweru. Sądzę, że gdyby synagoga została zniszczona wiosną tego roku, to raczej tak szybko by nie powstało ukwiecone „Neue Grünanlage”. A wyglądało to miejsce tak.

Prasa często zajmowała się tym fragmentem miasta. Już w lipcu 1940 martwiono się tym, że psy srają, a opiekunki nie zajmują się dziećmi, które depczą trawę i niszczą kwiaty, mimo stosownych tabliczek z napisami „Chroń zieleń”. Na ławeczkach siadali se ludzie, dzieci dewastowały klomby, a psy robiły kupy i obsikiwały posadzone drzewka. Ciekawe, czy ludzie się cieszyli, że taki „schöner kleiner Park” powstał. Chyba tak. Niewielu było tych, którzy ubolewali (i na pewno jedynie w duchu), że synagoga została zniszczona.

Gdy jestem przy zniszczeniu synagogi to muszę opowiedzieć o dwóch świecznikach. Co się stało z wyposażeniem bożnicy raczej się już nie dowiemy. Zapewne to, co było cenniejsze zostało skradzione, wywiezione, no i ewentualnie spalone. Gdyby przeprowadzić badania archeologiczne w tym miejscu, to jestem przekonana, że wyszłyby na wierzch fragmenty murów, a może i jakieś cenne, z punktu widzenia historii, rzeczy. Niestety na badania się nie zanosi i nigdy (choć jak to mówią: nigdy nie mów nigdy) nikt ich nie przeprowadzi. Ale… ale w nieznanych okolicznościach uratowano świeczniki ze srebra sztancowanego, ufundowane przez Louise Haase. Zostały przekazane w 1949 r. przez Wojewódzki Komitet Żydowski w Katowicach do Warszawy – do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Jak znalazły się w Katowicach? Mam kilka teorii. Każda z nich może być prawdziwa, ale też żadna z nich.

Być może w trakcie niszczenia synagogi ktoś (czytaj żydowski mieszkaniec Rybnika) uratował co nieco z synagogi, oddał komuś w mieście na przechowanie. Ratujący mienie synagogalne przeżył wojnę, wrócił do Rybnika i odebrał to co uratował. Następnie przekazał je Komitetowi w Katowicach, bo powiedzmy wyjeżdżał z Polski. Inna wersja mogłaby zakładać, iż nie-Żyd coś podiwanił w październiku 1939 r., po wojnie go ruszyło sumienie i oddał w Komitecie. Ta wersja jest jednakże mało prawdopodobna 😉 Kolejna teoria jest ciut bardziej zawiła. Być może członkowie gminy, czując co się może stać, pochowali pewne cenne rzeczy jeszcze przed spaleniem synagogi. W grudniu 1939 r., by odroczyć wywózkę, przełożony starszeństwa naszej gminy Filip Weiss zawiózł do Katowic, w formie okupu, pieniądze oraz drogocenne rzeczy. Może były wśród nich te rokokowe lichtarze? Potem jakoś w KATO przetrwały wojnę i w 1949 r. przekazano je do Warszawy. A może było jeszcze inaczej?

Obecnie, te jedyne zachowane pamiątki z naszej synagogi stoją na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest to dla nich najlepsze z możliwych miejsc. Oczywiście stosowna informacja podaje z jakiego pochodzą miasta.

Wczesną jesienią 1940 roku psy nadal srały na placu po synagodze, a urzędnicy kończyli sprawy finansowe związane z kosztami za rozbiórkę synagogi. Prezydent rejencji katowickiej otrzymywał stosowne papiery bo Ordnung muß sein 😉

Przez całą wojnę, obok miejsca, gdzie stała synagoga wiele się działo, bowiem dokładnie naprzeciw stał (i stoi) magistrat. Różni se paradowali, kominy z browaru dymiły, fontanna sikała wodą, psy cały czas srały, a niegrzeczne dzieci niszczyły kwiatki.

Przyszedł rok 1945. Rozpoczęła się ofensywa Armii Czerwonej, a z nią mnogość poległych, których chowano w różnych miejscach Rybnika. Jednym z takich miejsc, gdzie przysypano ziemią żołnierza był „сквер на перекрёстке улиц Гимназистов и Замковая”, czyli skwer na skrzyżowaniu ulicy Gimnazjalnej (obecnie Chrobrego) i Zamkowej. Później, żołnierza tego ekshumowano i przeniesiono na cmentarz. A dokładniej, na nowy cmentarz żydowski, na którym pod koniec lat 40-tych XX w. złożono szczątki Rosjan zabitych i na szybko chowanych zimą i wczesną wiosną 1945 r. Tym samym nowy cmentarz żydowski przestał istnieć.

Nowy system uznał stan zastany za słuszny, czyli skwer, sikającą fontannę, srające psy i to, że trzeba w tym miejscu sadzić kwiaty, wszyscy zaakceptowali.

Miejscowa gazeta „Nowiny” od czasu do czasu, przy okazji jakiś historycznych artykulików, coś tam bąknęła o synagodze.

Coraz mniej ludzi pamiętało, że naprzeciw budynku urzędu miasta kiedyś stała synagoga. Na początku lat 90. parę zaangażowanych osób chciało upamiętnić to miejsce stosowną tablicą. Powstał nawet projekt, ale do realizacji nie doszło. Potem rozpoczęły się targi pomiędzy gminą żydowską w Katowicach a magistratem o działkę, na której onegdaj stała bożnica. Spór o niecałe 1300 m kw. Chyba do dziś ta sprawa nie jest rozstrzygnięta, bowiem jest „wielowątkowa”. Jeden z wątków to dziwne zaginięcie kilku kartek z księgi wieczystej dla tego gruntu.

Sprawa synagogi wróciła na łamy gazet wraz z budową galerii handlowej Fokus Park już w XXI w. Inwestor zobowiązał się do upamiętnienia świątyni. I na zobowiązaniu poprzestał. Z szumnych obietnic psińco zostało. A raczej psie gówno, choć może fokusowe gówno…
Upamiętnienie niby w sumie było, ale mało kto zwracał uwagę na postawioną przez Miasto, czy raczej ukrytą w kątku, tablicę opisującą ten mini park. Informowała ona, iż to miejsce to „Skwer z fontanną”.

Fontanna czasem sikała, czasem nie, kwiatki pięknie sadzono, do srających psów doszli bezdomni, odpoczywający sobie tu na ławeczkach po spożyciu sporych dawek procentowych alkoholi.

Przy okazji różnych spacerów i wizyt zagranicznych gości mówiłam o tym miejscu, w duchu się wstydząc, że mój Rybnik jest w gronie tych nielicznych miast na Śląsku, które ani mru mru o synagodze.
I nagle, tak znienacka, tak zwyczajnie, tak bez pompy, tak po prostu, w lipcu 2017 roku Miasto postawiło skromny, acz naprawdę bardzo gustowny obelisk upamiętniający rybnicką synagogę. Nareszcie! Wielka była moja radość! Po 78 latach od zniszczenia świątyni została ona formalnie i i bardzo namacalnie przypomniana.

Przypomniana i opisana została również w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest na „Drzewie” wśród wielu innych górnośląskich synagog.

A teraz taka śmiesznostka. Pomnik stoi już ponad dwa lata. Stoi w samym centrum miasta, dokładnie naprzeciw Urzędu Miasta, codziennie przechodzą koło niego tłumy, bo obok „ważny punkt rozrywkowo-handlowy”. A mnie jest dane rozmawiać z ludźmi (nie takimi szarakami, a nauczycielami historii czy WOS-u), którzy są w szoku, że coś takiego tam stoi. „Serio? Naprawdę? No niemożliwe!” – to usłyszałam niedawno od lokalnego nauczyciela historii, który chciał bym poprowadziła zajęcia z młodzieżą o rybnickich Żydach. Jaki wniosek? Edukować! Edukować! Edukować! Uczyć patrzenia pod nogi, ponad głową, po kamienicach, po kwiatach, po drzewach, a nie po witrynach sklepowych i blacie smartfona.

Co do budynku rabina, w którym również mieścił się dom modlitwy, to został on wyburzony przy okazji rozbudowy Urzędu Miasta. Co stało się w czasie wojny z wyposażeniem sali modlitw nie potrafię Wam powiedzieć.

Fotografie: Internet, forum Zapomnianego Rybnika, Żydowski Instytut Historyczny, AP Katowice, Śląska Biblioteka Cyfrowa, no i własne.

Grudzień 30

Dreams come true no.2

Idzie nowy!!! Oby był tak rewelacyjny jak ten, który powoluśku dobiega końca. Za oknem se pada deszczyk spłukując śląskie syfy i brudy, a ja z rozrzewnieniem myślę o tych 364 dniach, które za nami. To był bardzo dobry czas.

Marzenia się spełniły 😀 W mijającym roku wreszcie rybniccy Żydzi znaleźli właściwe upamiętnienie. To, jak ich pokazano i przedstawiono na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 13 grudnia, czyli dzień otwarcia wystawy był jednym z ważniejszych, o ile nie najważniejszy dla mnie w 2018 roku. Warszawska konfa była taka bardziej osobista, taka moja, a wystawa jest o nich i dla nich. Dla tych wszystkich, o których przez lata nie pamiętano, których pomijano w historii Rybnika i Śląska, których deprecjonowano i niejednokrotnie po wojnie szkalowano. W moim mieście miejsce dla rybnickich Żydów się nie znalazło, ale Gliwice przyjęło ich godnie i tak samo upamiętniło. Na wystawie znalazła się nasza synagoga, cmentarz żydowski, 3 nasi rabini (Fraenkel, Braunschweiger i Rosenthal), historia ochronki, dwa rody przedsiębiorców (Haase i Müller), tragedia Rudolfa Haase, o której pisałam jakiś czas temu:  ➡ „Haase epopeja – śmierć Rudolfa cz.7). 

Pokazano przepiękne świeczniki z naszej synagogi fundowane przez Louise Haase – żonę Ferdynanda. Na multimedialnym ekranie zwiedzający zobaczą fotografie rodziny Manneberg – no cud, miód i malina! 

W części dotyczącej Zagłady można zobaczyć zdjęcia Marysi i Jasia Radoszyckich, o których pisałam w poście  ➡ „Nie nasi, a nasi”, a także fotografię Charlotty Rosenberg. Lotka, bo tak ją nazwałam, też ma u mnie swoją szufladkę pamięci  ➡ „Po tej Lotce zostało tylko zdjęcie”. Dziś, rybniczanie – Charlotta, jak i Jaś z Marysią są upamiętnieni w Gliwicach.

Marzenie o upamiętnieniu moich Żydów się spełniło. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili, czyli Gliwicom, jako miastu, całemu Domowi Pamięci Żydów Górnośląskich, kuratorce wystawy pani Bożenie Kubit, projektantom wystawy, konsultantom, sponsorom oraz moim potomkom, którzy wyrazili zgody na publikację ich rodzinnych zdjęć. 

Spełnia się też kolejne marzenie, bowiem moja Dusia, moja  ➡ „Ja siama” właśnie w tym cudownym gliwickim Domu, gdzie są moi Żydzi, zaczyna pracę. Będzie łączyć rodzime muzeum z muzeum zza miedzy, czy też dawnej granicy. Jak zwykle w takich momentach wali mi w dekiel, a rzić rośnie od chwolby  :mrgreen: 

A w nowy rok wchodzę z drżeniem każdego kawałka mojego ciała i rozumu i duszy… Next dream will come true! I to taki dream z tych na samych wierchu dreamów  😆 Taka Czomolungma marzeń. I znowu tym świętym Mikołajem spełniającym marzenia jest friend Olutka.

Choć, jak może niektórzy wiedzą ja nie latam, bo się tego panicznie boję, to jednak, jak to śpiewał R.Kelly: „I belive I can fly”. 

 

There are miracles in life I must achieve, But first I know it starts inside of me, ho oh. No tak, są cuda w życiu, do których muszę dążyć i które muszę osiągnąć. I tym cudem, który ma się w lutym wydarzyć jest Izrael! Yes! Yes! Yes! – jak to kiedyś wykrzyczał jeden klasyk (tfu, tfu – polityk). Lecę, by zobaczyć to, co widziała już w tym roku moja Dusia. Wiszą i powiewają mi groty, bazyliki, kościoły, Jordany czy Kany Galilejskie. Jadę zobaczyć Jerozolimę z jej Ścianą Płaczu i grób jednego Oskara, od którego się u mnie wszystko, ponad 20 lat temu, zaczęło. 

Jeszcze nie wiem jak się wymknę wycieczce i pobiegnę na grób Schindlera, ale coś wykombinuję. Jeszcze też nie wiem, jak przeżyję lot, ale może trzy tablety relanium mi pomogą  :mrgreen: Byleby nas nie zestrzelili nad morzem, bo chcę mieć grób. I belive I can fly, bo muszę zobaczyć Morze Martwe. 

I believe I can touch the sky, bo muszę zobaczyć się z moimi Mannebergami, których ponad 4 lata temu tak żegnałam w Rybniku łykając łzy.

Na razie rozwinęłam wielką mapę małego kraju na podłodze i wiem, że if I can see it, then I can do it

Betlejem, Jerozolima, Yad Vashem, Mur Zachodni, w który muszę włożyć karteczkę, Stara Jaffa, Tel Aviv, pustynia Negew, Masada, Jerycho, Nazaret, Hajfa, ogrody Bahaitów, Akka plus wiele innych miejscówek, takich, o których muszę doczytać, by nie wyjść na durnia. Tu mam na myśli choćby jakąś Górę Kuszenia Jezusa (?), Pole Pasterzy (??), Grotę Mleczną (???), drzewo sykomora (daję 4 znaki zapytania, bo kompletnie nie kumam co ma jakiś figowiec z religią). No i tam parę jeszcze inkszych Emmausów. 

Tymczasem pyrsk ludkowie! Wracam do mapy, przewodników i marzeń. Życzę Wam, by cuda się przydarzały, a 2019 rok był pełen dobrych wrażeń i pełnych portfeli, a zdrowie Was nie opuszczało. If we just spread our wings we can fly.

Październik 3

Dreams come true, czyli jak dobrze mieć przyjaciela

Marzenia jednak się spełniają! W życiu bym nie pomyślała te ileś tam miesięcy temu, że aż tak szybko.

Gdy dziennikarz lokalnego portalu, na zakończenie mojej tyrady o swojej pasji, zadał mi pytanie o marzenie, ni z gruchy ni z pietruchy powiedziałam, że chciałabym zobaczyć cmentarz żydowski w Berlinie. Tam bowiem pochowano wielu rybniczan oraz innych Żydów ze Śląska. O Izraelu to nie za bardzo marzę z uwagi na niemijającą niechęć, a wręcz strach przed lotami metalową maszynerią. Na cholerę mi zresztą Izrael, gdy to właśnie w Berlinie mieszkali niemieccy Żydzi, a ci mnie od dłuższego czasu interesują, pasjonują i to ich uważam za zbyt mało przypominanych i pomijanych w kontekście Holokaustu. Choćby z jednego powodu: bo to byli Niemcy. W koło Macieju gada się u nas o Żydach polskich, a o niemieckich (czytaj: również śląskich) raczej cisza. Byli asymilowani, byli bohaterami z czasów Wielkiej Wojny, czuli się obywatelami Niemiec. No i nagle ich własne państwo zgotowało im tak straszny los. Nie jakiś zewnętrzny wróg, a państwo dla którego pracowali, zarabiali i walczyli. Dlatego uważam, że ich tragedia jest niekoniecznie większa, bo nie da się określić czyja tragedia jest większa bądź mniejsza, ale na pewno jest inna.

Dobra, wracam to tego, że „Dreams come true”. O moim marzeniu przeczytała osoba, o której moja ś.p. Mama mawiała, że jak się ją poprosi o kamyk z Indii, to przywiezie (nota bene przywiozła) bo pamięta i jest słowna. Jak będzie miała załatwić jakiś lek, to załatwi. Nie wiem, czemu mi ten kamyk  teraz przyszedł na myśl, bo minęło od tego czasu ponad 30 lat.

Znamy się 41 lat. Jedna ławka w liceum, te same studia, imprezy w akademiku i nie tylko, potem co prawda inne miasta i kontakt nie z tych codziennych, czy nawet comiesięcznych, ale w miarę stały.

I ten przyjaciel (w rodzaju męskim to słowo jakoś wydaje mi się silniejsze), czyta mój czerwcowy wywiad i to marzenie o Berlinie. Po paru dniach słyszę plim i przychodzi krótki mesydż na Fb: „Megulku, jedziemy do Berlina! Ty, ja i musimy namówić Ewę (…). Ty masz pasję a ja lubię spełniać cudze marzenia, bo los tak zrządził, że mogę…” (wyjaśnienie: Ewa to trzecia z nas – przyjaciółek od czasów szkolnej ławy).
Ja pierdolę! Ten okrzyk usłyszała moja załoga w pracy  :mrgreen: Jadę do Berlina!!! Zobaczę największy, po łódzkim, cmentarz żydowski w Europie! Może uda mi się odnaleźć groby rybniczan! Termin po negocjacjach z Trzecią, czyli Ewusią, został ustalony na październik.
Dziś, wiedząc, że wyjeżdżamy w poniedziałek, mam już motyle w brzuchu. Na stole leży mapa Berlina, na której na wszelki wypadek zaznaczam sobie Stolpersteiny w pobliżu miejsc, które ewentualnie będziemy odwiedzać. Przy samym apartamencie Palacina, w którym śpimy, czyli przy Winterfeldstrasse 5 mam aż dwa. A o rzut beretem kilka następnych.

Wiem już, że wczesnym rankiem wymknę się, by je sfotografować, bo jak mi już do łba nawkładała Młoda, nie mogę za bardzo przytłoczyć przyjaciół swoimi Żydami.
Must seen to na pewno Jüdischer Friedhof Berlin-Weißensee.

W starych mailach znalazłam info od jednego z moich internetowych żydowskich znajomych, jakie numery grobów ma ➡ Juliusz Haase i jego żona Bertha. Maryjko kochana! Wreszcie będę mogła położyć kamyki na ich grobie. Codziennie w drodze do i z pracy mijam willę Haasych.

Dzisiaj rano, w deszczu przed tym budynkiem szukałam kamyczków, by mieli takie spod domu, a nie jakieś tam z Chwałowic, czyli z mojej hałdy. I na grób ➡ młodego Rudolfa – zabitego przez powstańców śląskich też pójdziemy. Kieszenie kurtki i tasza już napchane kamolami, które mam złożyć również w imieniu prawnuczek Juliusza mieszkających na drugiej półkuli. Obiecałam im to. Tyle lat tymi Haasymi się zajmuję, od ponad 10 roczków ich rozkminiam i w końcu położę kamyki. O ile of course te groby znajdę, bo cmentarz trochę hektarów ma. A dokładniej to aż 43 ha. Gräberfeldów na mur tam będzie w ciul i jeszcze trochę.


Następny must seen to Synagoga Rykestraße. Jej projektantem był wnuk rybnickiego karczmarza, zarazem syn Davida Hönigera, którego grób znalazłam onegdaj w Białej. Jest wiele mojomiastowych wątków w Berlinie jak choćby projekty synów rabina Fränkla, ale wszystkiego nie da się zobaczyć w trakcie kilku dni, choćby z tego powodu, że do obejrzenia będzie jeszcze Denkmal für die ermordeten Juden Europas, no i Neue Synagoge, a także pozażydowskie fragmenty Berlina  :mrgreen:
Kurde flak, dużo tego, a moje kolegówny nawet nie podejrzewają, ile czasu potrafię siedzieć na cmentarzu. W dodatku na takim, na którym jest około 115.000 grobów.
Na razie nie kombinuję na zapas. Upiję je albo jakąś bronią zmuszę i będą tyrać. Potem mnie znienawidzą, ewentualnie zostaną antysemitami  😉

Na teraz, to se przypominam niemieckie słówka, których znam trzy na krzyż, z czego większość z Klossa i Pancernych i zastanawiam się jak te S- oraz U-Bahny obcykamy. Ehhhh, znowu mi motylki z radości rumplują w brzuchu.

JEDZIEMY! Jak dojedziemy to se wykrzyczę: Ich bin ein Berliner! bo Ich habe einen wunderbaren Freund!

Danke mein Freund Olutka!  :mrgreen:

 

Maj 29

Dawni rybniccy radni

Parę dni temu obchodziliśmy Dzień Samorządu Terytorialnego. Takie ogólne śmoje-boje, bo w naszym kraju lubimy wymyślać święta  😉 By było śmieszniej dzień ten ma patronkę katolicką. A mnie, ten dzień skojarzył się jednoznacznie: do 1918 r. mieliśmy w Rybniku wielu radnych wyznania izraelickiego, o których dziś nie pamiętamy. Pracowali dla miasta za friko, bo kiedyś tak było. Patronki nie potrzebowali :mrgreen:  Wtedy bycie rajcą nobilitowało. Być może też się kłócili, może też atakowali, kto wie. Znając jednak solidarność żydowską i pracowitość niemiecką, to dla nich – jako niemieckich Żydów, służących swej małej ojczyźnie jakim był Rybnik, najważniejsze było miasto. Przynajmniej tak mi się wydaje i tak se to w głowie poukładałam.

Nasz niemiecki, ale o polskich inklinacjach, kronikarz – Artur Trunkhardt w Dziejach Rybnika podaje takie informacje (znani mi Żydzi podkreśleni):

Najznamienitsi ze znamienitych. Najbogatsi z bogatych. Najbardziej pracowici z pracowitych.

Choćby pierwsi z brzegu – trzech Haasych, czyli Ferdynand, jego syn Julius i wnuk Felix. Niejednokrotnie już tu pisałam co im nasze miasto zawdzięcza. Nie chcąc się powtarzać, zachęcam do sięgnięcia do starszych szufladek.

Kolejni dwaj. Hermann Müller i jego syn Zygfryd – właściciele rybnickiego browaru. Bogacze jak na Rybnik, ale czynnie angażujący się w sprawy miasta.

Kilku Schäfferów też kronikarz wymienił.

Fabian Leuchter, hurtownik, po latach jego syn będzie prowadzić kino.

Noah Leschcziner, kupiec, którego kamienice budzą zachwyt do dziś, też rajcował. Pisałam już o nim  ➡ tu

Dalej, Josef Altmann – destylator, właściciel okazałej kamienicy na Rynku. Jemu decyzja o przyznaniu Rybnika Polsce nie przypadła do gustu i wyjechał do Berlina.

Kolejny ważny radny, zarazem zasłużony pedagog, pracujący z sierotami w żydowskim przytułku – dr Katz. On też opuścił nasze miasto. Jego postać zasługuje na głębsze badania.

Abraham Prager – kupiec, który nie tylko służył miastu radą i działaniami samorządowymi, ale i wykładał swoją własną kasę na wiele przedsięwzięć. Jak choćby na cegłę, z której wybudowano powyżej pokazaną ochronkę. A cegły tej poszło sporo.

Jego śmierć w 1914 roku była wielką stratą dla miasta.

Na liście jest jeszcze choćby dr Landsberg – ojciec późniejszego ministra sprawiedliwości  w pierwszym, demokratycznie wybranym, rządzie Republiki Weimarskiej – Otto Landsberga.

Jeden ze wskazanych przez Trunkhardta rajców – Benno Levy został w Rybniku do 1939 r. Co prawda w okresie międzywojennym już nie działał w radzie miasta, ale pracował na rzecz gminy żydowskiej. Co ciekawe, nie był rodowitym rybniczaninem, gdyż pochodził z miejscowości Mieścisko w Wielkopolsce. Jednak tu się ożenił z panną Kornblumówną i tu żył aż do momentu wywózki do getta w Trzebini. Reszty można się domyśleć. Myślę, że przy selekcji usłyszał słowo „Links!”, czyli od razu do komory gazowej. Był za stary, by usłyszeć „Rechts!”.

O pozostałych już nie napiszę, gdyż muszę kończyć, bo kotka patrzy na mnie już z wyrzutem, że jeszcze mnie nie ma w łóżku  😆

To na tyle z mojej strony jeśli chodzi o dziwne święto związane z rządzeniem miastem.

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Dawni rybniccy radni została wyłączona
Grudzień 31

Dziękuję i Do Siego!

Szuflada jest otwarta dla czytelników od ponad 3 lat.  Wczoraj liczba odsłon tych moich grafomańskich wpisów przekroczyła 33.000 😆

Pierwotny zamysł założenia strony firmowej oraz odciążenia „Zapomnianego Rybnika” od przynudzania swoimi jednostronnymi zainteresowaniami, przekształcił się w bloga o Żydach z Rybnika, Górnego Śląska oraz o  innych sprawach, w które się angażuję.

Rzadkość wpisów nie wynika z braku tematów. Raczej to brak czasu. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni w 2017.

Na razie żegnam 2016 rok – dobry rok, w którym spotkałam na swej drodze znowu tylu życzliwych ludzi.

Rok, w którym znalazłam nowy Dom w Gliwicach – Dom Pamięci Żydów Górnośląskich. Przy okazji też, same Gliwice zaczęłam traktować jako drugi Heimat.

Rok, w którym mogłam w tym Domu uczestniczyć w fantastycznych spotkaniach, słuchać wykładów mądrych, charyzmatycznych i niesamowitych osób.

Rok, w którym w tym Domu wisiała wystawa moich zdjęć (!!!), pod którą siedział sam Michał Nogaś.

Rok, w którym w tym Domu mogłam opowiedzieć gliwiczanom o rybnickich Haasych i o rodzinie Weissenbergów.

Rok, w którym w tym Domu siedziałam razem ze Sławkiem Pastuszką i dr. Jackiem Proszykiem jako goście specjalni!

               (fot. Heniek z forum Eksploratorów)

Rok, w którym reprezentowałam rybnickich Żydów w Muzeum Galicja na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie.

           (fot. Alicja)

Rok, w którym w Rybniku odsłonięto pomnik Juliusza Haase i nawet poproszono mnie o pomoc w ściąganiu szarfy.

Rok, w którym znowu z radością mogłam pomagać młodzieży w różnych konkursach związanych z kulturą żydowską.

Rok, w którym zwiedziłam dziesiątki cmentarzy żydowskich i synagog.

                 Muszyna

                 Grybów

                   Bobowa

                  (Baligród)

Rok, w którym doznałam wielu życzliwości i usłyszałam mnóstwo miłych słów w trakcie spacerów po Rybniku organizowanych przez halo! Rybnik.

              (fot. Ania Zdrojewska)

Rok, w którym Zapomniany Rybnik skończył 10 lat.

W tym mijającym roku działo się jeszcze wiele innych rzeczy, które radowały, inspirowały, podnosiły adrenalinę a nawet wyciskały łzy. To hipcie lubią najbardziej  😉

Dziękując Wam wszystkim za docieranie do tego zakątka Internetu, życzę dużo zwykłych radości, codziennej uciechy z życia, mało defetyzmu dookoła i i zerowej ilości „dobrych zmian” w 2017 roku!

Małgosia  🙂

Kategoria: Judaika, Różniste, Rybnik | Możliwość komentowania Dziękuję i Do Siego! została wyłączona
Grudzień 26

Haase epopeja – śmierć Rudolfa (cz.7)

Jeszcze nie jestem pewna, czy będzie to ostatnia część historii rodziny Haase, ale na pewno ta, z którą będę mieć najwięcej problemów. Być może nie wszystkim spodoba się moje wytłumaczenie tragedii, która dotknęła Haasych na Śląsku, ale nie jestem historykiem i mam prawo do ocen oraz subiektywnego spojrzenia na sprawy, które miały miejsce prawie sto temu. Biorąc jeszcze pod uwagę co się obecnie dzieje dookoła, tym bardziej będzie trudno opisywać czasy, które podzieliły Ślązaków w tamtym czasie. Ślązaków, do których zaliczam ówczesnych Niemców, Polaków i Żydów.

Przenieśmy się więc do trudnych czasów powstań śląskich, czyli do momentu, w którym przerwałam swoją opowieść  ➡ cz.6.

W czasie swojego pobytu w Lipsku (tam rodzina przebywała w czasie I wojny) synowie Felixa, czyli Fritz (oficjalnie Ernst) i Rudolf uczestniczą w ćwiczeniach Korpusu Ernst i RudiSkatów, które jeszcze wówczas są dla nich formą zabawy. Po powrocie do rodzinnego miasta, czyli w 1919 r. obaj nastoletni chłopcy, czując się Niemcami, zaczynają się angażować po stronie niemieckiej. I nie jest to już zabawa. Starszy Fritz zostaje prywatnym kurierem niemieckiego komisarza plebiscytowego, a następnie Związku Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków. Z kolei Rudolf kieruje grupą chłopaków, do których należy przyjmowanie zamiejscowych Niemców przyjeżdżających do Rybnika na czas plebiscytu. Chłopcy na pewno są rozpoznawalni w mieście, choćby z racji tego, że są synami jednego z najbogatszych rybniczan. Ich poświęcenie dla sprawy niemieckiej nie jest dobrze widziane przez Polaków. Dostają anonimy z poważnymi pogróżkami, wielokrotnie są obrzucani kamieniami, wyzywani.

Rudi – tragiczny bohater mojej opowieści jest wysokim, rzucającym się w oczy blondynem, który niejednokrotnie igra z losem. Krew w nim wre, ale w takim wieku to normalne. Krótko po plebiscycie dochodzi do niebezpiecznego incydentu z udziałem Rudolfa na rybnickim dworcu. Musiał być z niego niezły „zadzior”  :mrgreen:

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Haase epopeja – śmierć Rudolfa (cz.7) została wyłączona
Listopad 14

Śmierć na Kirchplatzu

Moryc Zimbler akt zgonu (1)

Taka sobie opowieść.

Administracja policji w miejscu zawiadomiła pismem z 7-go stycznia 1911 r. , że szewc Moryc Zimbler w wieku 30 lat, mojżeszowego wyznania, zamieszkały w Będzinie w Rosji, urodzony w Będzinie, żonaty z Esterą (…) umarł w Rybniku na placu kościelnym dnia czwartego stycznia roku tysiąc dziewięćset jedenastego, po południu o godzinie dwunastej i trzy kwadranse.

Tyle. Beznamiętny akt zgonu, za którym kryje się historia nieznanego żydowskiego szewca, zmarłego na Kirchplazu w Rybniku. Gdzieś w Będzinie szlochała wdowa Estera, może jakieś małe dziatki, płakała po nim Idische Mame.

Co go przywiodło do pruskiego wówczas Rybnika? Jestem w 100% przekonana, że interesy. Jak zwykle stworzyłam sobie własną opowieść, która z prawdą może mieć niewiele wspólnego, ale fantazjowanie jest przyjemne i sprawia frajdę.

Żył sobie w Będzinie biedny Żyd Moryc. Wraz z żoną Esterą od ślubu borykał się z przeciwnościami losu, choć B-g niedostatek wynagradzał mu sporą gromadką córek. Niestety, to jeszcze bardziej pogłębiało ubóstwo szewca i choć córki radowały jego serducho, to powodowały, że z każdym rokiem chudł i przed 30-tką wyglądał już jak szkielet. Maleńki warsztacik, który przejął po śmierci ojca, nie dawał aż takiego dochodu, by wszystkich wyżywić, ogrzać i odziać. Słuchał opowieści swoich konkurentów o El Dorado, jakim jawił się kraj za Przemszą. Tam, w Wielkich Prusach i klientela bogata, i zapłata bez ociągania, i skóry na cholewki delikatniejsze i dobre rzemiosło cenione.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Śmierć na Kirchplatzu została wyłączona
Lipiec 31

Haase epopeja – Feliks i jego rodzina (cz.6)

Powoli docieram do końca swojej opowieści o rodzinie Haasych. Ta końcówka będzie najtrudniejsza, gdyż będzie dotykać bolesnych czasów plebiscytu i powstań na Górnym Śląsku, ale również i przez to, że wpis na pewno będą czytać żyjący potomkowie ostatniego z właścicieli rybnickiej garbarni – Feliksa Haase.

Juliusz Haase, jak już wspominałam uprzednio, miał dwójkę dzieci – Feliksa urodzonego w 1880 roku oraz córkę Charlottę. Jedyny syn Juliusza otrzymał staranne wykształcenie (choć nie wiem gdzie studiował) i uzyskał tytuł doktora filozofii, którym posługiwał się już w 1904 r.

04. Felix Haase (1880-7.11.1946)

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Haase epopeja – Feliks i jego rodzina (cz.6) została wyłączona
Lipiec 15

Haase epopeja – Juliusz społecznik (cz.5)

Jak zwykle znowu długo trwało zanim wróciłam do moich Haasych. Motywacja przyszła od pań z Wydziału Architektury, z których jedna mi powiedziała, że ktoś te historie czyta. Skoro tak, to trza pisać  😎

Hajda (5)

Tym razem będę się wgryzać w życie mojego faworyta wśród mężczyzn z tego rodu, czyli Juliusza. Gdyby ktoś tu był pierwszy raz, to może zagłębić się w stare opowieści o tej niezwykłej rodzinie rybnickich Żydów, których już nie raz opisywałam.  Ale tu, czyli u siebie piszę o nich od serca i z odrobiną fantazji.

Stare wpisy możecie znaleźć TU i TU i TU i TU.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Haase epopeja – Juliusz społecznik (cz.5) została wyłączona