Październik 15

Każdy walczy na swój sposób

Sytuacja dookoła nie napawa optymizmem. Z wszystkich stron jak nie pandemia, zarażenia, brak respiratorów, modele statystyczne przyrostów, to polityka, aresztowania, swary, kłótnie i awantury nie warte jednego kliknięcia na klawiaturze. Jakoś się trzeba przed tym bronić, czy wręcz z tym walczyć. Bo albo się człowiek zapije, albo wyląduje na rybnickiej Gliwickiej, a ta ponoć zakoronowana, więc trza się okopać i wleźć do bunkra, by nie trafić do odległych Tworek.
Pierwszy lockdown jakoś udało się przetrwać, więc może i ten kolejny damy radę. Nie wiem jakie Wy macie sposoby na auto izolację, bo moja to z kilkadziesiąt otwartych szuflad, a przed snem durne kabarety i po raz n-ty „Ranczo”. Pamiętam jak lata temu, po śmierci Mamy, namiętnie oglądałam Kiepskich przed snem, przedtem ich nie trawiąc. I pomogli. Teraz zasypiam na idiotycznych dowcipach serwowanych przez współczesne, prymitywne kabarety, w głowie układając to co sobie po południu powkładałam do szuflad „Szuflady”.
Jakie to zrządzenie losu, że w trakcie krótkich wakacji, odezwało się kilka osób, z dalekimi korzeniami w Rybniku. Takie słowa: „My name is … Priester from Israel. I am the son of Frederik (Fritz) Priester from Katowice, son of Wilhelm (and Nanny nee Rosenberger), the youngest son of Isidor (and Johanna nee Kornblum)” zawsze u mnie powodują emocje. Już nie mogłam się doczekać powrotu do domu.
Kolejny potomek z niezwykle rozgałęzionego rodu Priesterów, o których już tu nie raz, nie dwa, czy nie trzy, pisałam. I wyobraźcie sobie, że trafił do Szuflandii, bo odnalazł zdjęcie ➡ „Piękni i młodzi”, na którym jest kilkoro jego dalekich krewnych, których od 2 lat opisuję. No i? No i siedzę teraz w rodzie wywodzącym się od Salomona Priestera i jego żony Rosalie z domu Zeigler, którzy w Rybniku wzięli ślub w 1837 roku.

Jako że para ta miała siedmioro dzieci, z których każde miało kolejnych ileś tam, to możecie sobie wyobrazić moje notatki. Jestem totalnie potracona, bo jak to w tamtych czasach imiona się powtarzają (już mam chyba czwartego Solo Priestera), kobity mi się gubią, bo zmieniały nazwiska, męczę się z niemieckim nie znając go, a pracuję tylko na takich aktach i niejednokrotnie nie wiem, czy dziołcha się urodziła czy synek. Kosmos! Do tego mam pootwieranych z 50 okienek przeglądarki, laptop ledwie zipie, bo równocześnie jestem na „Ancestry.com” (jak to dobrze, że wydałam te dolary na kolejne pół roku dostępu), w archiwach Arolsen, na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, w swoich własnych folderach i jeszcze nie wiadomo gdzie. Przy okazji dziękuję znajomym za zdalną pomoc w różnych sprawach 🙂

O wirusie gdzieś tam w oddali wspomina Radio Nowy Świat, a ja jestem zanurzona w genealogicznej otchłani. Jak sobie wczoraj ustaliłam, że jeden z wielu prawnuków Salomona Priestera, zarazem wnuk jego syna Markusa (ur. w Rybniku w 1839 r.), któremu przy narodzeniu w 1904 r. dano imię Siegfried, przeżył wojnę w Berlinie, to taka mnie radość ogarnęła, że nie macie pojęcia. Co tam korona! Już był w transporcie do Auschwitz i pitnął! Prawdopodobnie uciekł w trakcie wsiadania do wagonów! Potem pomagali mu dobrzy Niemcy i przyszła żona. Był Berlińczykiem, jak i jego tata Hugo Priester, bo to do stolicy Niemiec wyjechał rybnicki Markus. Siegfried jest upamiętniony stosownym „Stolpersteinem” przed domem, w którym mieszkał (źródło: Wikipedia).

Jak zaczęłam krążyć dookoła tego fragmentu rodziny Priesterów, to udało mi się ustalić, że i siostra uciekiniera Siegfrieda, nomen omen Margarethe, też uniknęła śmierci. Po Nocy Kryształowej zdołała wyjechać do Anglii. Trzecią z rodzeństwa – Edith zabiła grypa hiszpanka jeszcze w 1918 r. Kurde flak, a niby miałam nie pisać o wirusach 😉 Oczywiście potomkowie Siegfrieda i jego siostry gdzieś tam w świecie mieszkają i mam nadzieję, że mają się dobrze.

Rybnicki Markus, syn naszego Salomona i naszej Rozalki miał 3 synów, więc dziś biorę na tapetę kolejnego. A biorąc pod uwagę, że Salomon z żoną nie próżnował i poza Markusem miał jeszcze sześcioro dzieci, z których sam jeden Adolf (Aron) w naszym mieście chyba z 9 razy radował się z przyjścia na świat kolejnego potomka, to mogę być na auto lockdownie. Przemieszczam się przy tym od Rybnika, przez Królewską Hutę, Gliwice, Pyskowice, z dłuższym postojem w Gogolinie, gdzie nadal stoi m.in. macewa Rosalie Priester (!), do Berlina i nawet Australii. Czyli ruch jest 😉

Ten Gogolin był ważny dla Priesterów, a oni dla tego miasta. Ale to nitka wychodząca od Isidora, który przez ileś tam lat mieszkał u nas, a potem się wykludził jak Karolinka – do Gogolina, dzięki czemu jego brat mógł u nas handlować tamtejszym wapnem.

Tak więc, brońcie się przed koroną, co i ja czynię i już w te pędy wracam do moich Priesterów. Potem sklecę słusznych rozmiarów mail do Izraela z nowymi odkryciami, a na koniec dnia Wilkowyje. Pamiętajcie DDM! Bo jak się sami nie uchronimy, to te ciuhle*, co siedzą na stołkach nam nie pomogą.

*Pamiętam z wczesnych lat 80-tych taki… powiedzmy mural w Szopienicach: „Limahl to ciuhl”. Taki śmieszny był 😉

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Każdy walczy na swój sposób została wyłączona
Lipiec 19

Sprawa Brauerów – ciąg dalszy

Pół roku minęło od momentu, gdy rozpoczęłam opisywanie zmagań z Salo Brauerem – górnośląskim wagabundą. Zanim przejdziecie poniżej, przeczytajcie o początku całej akcji z karczmarzem z podrybnickiego Niewiadomia. ➡ http://szufladamalgosi.pl/salo-brauer-gornoslaski-tulacz-cz-1/

Przez całą pandemię nawet nie spojrzałam w teczkę opisaną „Salo Brauer”, choć to był idealny czas, by dalej szukać i tym samym nie analizować ilości zachorowań. Jakoś mi nie zeszło. Powrót do pracy po lockdownie, a dokładniej cień, który gdzieś tam ujrzała Kasia (opisana w linku wyżej) chyba kazał mi ponownie zabrać się za rodzinę Brauerów. Wiedząc, że w przypadku Salo od jakiegoś czasu stoję przed wysokim murem i walę w niego bez efektów, przerzuciłam się na rodzinę teściów. Czy też inaczej mówiąc swatów Salo Brauera, tj. teściów jego pierworodnego syna Samuela. Nom omen też Brauerów. W sumie niejednemu Żydowi Brauer na nazwisko 🙂
Dzisiejsza opowieść będzie bardzo górnośląska, bo powędrujemy od Niewiadomia pod Rybnikiem, przez Żory, do Bytomia, Chorzowa, Rudy, Gliwic czy Zabrza. A że Rybnik mi najbliższy, to w nim się zatrzymamy dłużej na końcu.

Krótko przypomnę, iż sprawa tajemniczego Salo z Niewiadomia zaczęła się ciut wyjaśniać, gdy znalazłam o nim wzmiankę w książce Jana Delowicza o żydowskiej społeczności pobliskich Żor (dawnej Sohrau). U pana Delowicza ujrzałam informację, że córka żorskiego karczmarza Dawida Brauera – Regina, wyszła za mąż za pierworodnego niewiadomskiego karczmarza Salo Brauera. Samuel Leo, urodzony w 1880 r. w Kuchelnej (dziś to wieś Chuchelná w Czechach w powiecie opawskim) w wieku 23 lat wziął sobie żorzankę o tym samym nazwisku. Był dzieckiem karczmarza z Niewiadomia i ożenił się z karczmarką z Żor. Nazwisko to samo i fach ojców ten sam. Dzięki koledze genealogowi z Anglii doszłam do tego, jak te nitki Brauerów ze sobą powiązane w przeszłości. Otóż teściowie byli braćmi! Salo był bratem Dawida, więc Samuel ożenił się ze swoją kuzynką! O ile o podrybnickim Gasthauzie Salo niewiele wiem, to o teściowym geszefcie już więcej.
Teść Samuela i zarazem wujek – Dawid Brauer prowadził w Żorach gospodę w dużym budynku, który do dziś stoi u zbiegu ulic Dworcowej i Dolne Przedmieście. Obecnie mieści się w nim Miejski Ośrodek Kultury.

Ponoć na parterze znajdował się zajazd. Na jego zapleczu były stajnie dla koni, w piwnicach mieścił się skład lodu, a na piętrze wielka sala przyjęć oraz mieszkania. Za czasów Dawida co roku odbywał się tam bal hutniczy pracowników „Huty Paweł” należącej do żydowskiej rodziny Panofskich. W sieci można znaleźć pocztówkę przedstawiającą posiadłość żorskiego Brauera. Prawa, że dostojnie? Pamiętajcie, że Żory to nie były Gliwice, czy Bytom, więc wielkość i rozmach budynku wyraźnie świadczy o zamożności Dawida.

Niestety, Gasthaus mojego niewiadomskiego Brauera nie załapał się nigdy na żadnej karcie pocztowej. Wiem jak ten budynek wygląda obecnie i dlatego sądzę, że Brauer z Sohrau miał paradniejszy i bogatszy geszeft. Nie oznacza to jednak, że nasz Salo był biedniejszy. Biorąc pod uwagę ilość ziemi, którą posiadał i co za nią kupił, gdy opuszczał ziemię rybnicką, to chyba ich majątki były mniej więcej takie same.

Przez to, że Salo zatarł wiele śladów (i chyba nadal zaciera), to może poprzez teścia syna coś się uda ustalić. Może ktoś… coś… Poczekam jak zwykle.
A na razie historia żorskiego Dawida i jego rodziny.

Urodził się ok. 1852 r. Z żoną Rosalie Guttmann dorobił się szóstki dzieci. Jedną z córek była Regina, żona wspomnianego Samuela Leo. Po ślubie w Żorach w 1903 r., para ta przeprowadziła się do Bytomia, a za jakiś czas do Chorzowa, czyli wówczas Königshütte. Przy Kronprinzenstrasse nr 47 Samuel z żoną mieszkał i prowadził „Gastwirtschaft”, czyli też karczmę. Na pewno żył jeszcze w 1915 roku i na pewno nie żył już w 1927 r. Gdzie zmarł nie wiem. Wiem za to, że z Reginą miał 8 dzieci, z których większość zakończyła swe życie tragicznie. Zresztą tak jak i żona, którą naziści wywieźli z Breslau do Rygi i tam zamordowali. Miała 63 lata. W ubiegłym roku jesienią, szukając chorzowskich śladów po Brauerach, przydreptałyśmy z Kasią pod opustoszałą kamienicę, w której mieszkali i pracowali Samuel i Regina Brauerowie.

Zaplecze, czy też tyły budynku przy obecnej ulicy 3 Maja 47 były mało przyjazne i nie zachęcały do odwiedzin. Z jakiegoś komina walił duszący dym, który w połączeniu z listopadową mgłą sprawił, że uciekałyśmy stamtąd w te pędy. Historia dzieci tej pary czeka jeszcze na pełne odkrycie, choć już teraz wiem, że jest równie ciemna i przytłaczająca jak ten dym, który wydobywał się z komina kamienicy, która kiedyś należała do Samuela i Reginy.

Siostrą Reginy, najstarszą z córek Dawida Brauera była Hulda, której mąż Benno Kiksmann pochodził z Rudy Śląskiej. Benno handlował w swoim rodzinnym mieście, trochę w Zabrzu i Gliwicach. Zapewne mieli dzieci. Może chodziły w tych oryginalnych gumowych mantlach, którymi handlował Benno 😉 Jaki był los państwa Kiksmannów? Tu akurat nie mam kompletnego pojęcia.

Następną z żorzanek, które dzieciństwo spędziły nad Gasthausem taty Dawida była Paula. Jej wybranek Isidor (Iwan) Loebinger był destylatorem, ale i oberżystą, tym razem w Zabrzu. Przez jakiś czas para mieszkała w Gliwicach. Oboje deportowano z Hamburga do getta w Mińsku w listopadzie 1941 r. To była podróż w jedną stronę. W mińskim getcie zginęło ponad 100 tysięcy Żydów.

Rok młodsza od Pauli była Laura urodzona w 1882 r. w Żorach. Wyswatano ją z Hugo Schüftanem z odległego Dobrzynia. Choć sądzę, że gdy się pobierali Hugo już handlował „trzićwierciowymi” chustami, koronkami do łóżek, czy pluszowymi paltotami w Bytomiu. Po przeprowadzce Schüftanów do Gliwic Paula zmarła. Jej męża, czyli zięcia żorskiego restauratora wywieziono z Gleiwitz w jednym z ostatnich transportów do obozu zagłady. Był w moim wieku. Miał 58 lat. Na szczęście ich córka Miriam zdołała wyjechać z Niemiec przed ostateczną likwidacją śląskich Żydów. Zmarła w Izraelu w 2001 r.

W Gasthausie na żorskim Dolnym Przedmieściu dorastało jeszcze dwóch synów Dawida i Rosalie. Starszego z nich Louisa opiszę na końcu, bo on „mój” – rybnicki. Najmłodsze z dzieci Brauerów na pewno ucieszyło rodziców, gdyż był to chłopak. Friedrich, zwany Fritz, był 12 lat młodszy od swej najstarszej siostry Huldy. I on, jak reszta rodzeństwa, wyjechał z maleńkich Żor w wielki świat. Ślub wziął w Lublińcu, skąd pochodziła jego wybranka Anne Apt. Na chwilę zakotwiczyli w Bytomiu – tam urodziła im się córeczka Käthe. Zapewne szybko młodzi małżonkowie uznali, że Gliwice to bardziej nowoczesne miasto, lepsze do biznesu i życia i w nim zamieszkali na początku lat 20. Przy ul. Tarnogórskiej Fritz handlował i mieszkał.

W tamtym czasie ojciec całej brauerowej rodziny, karczmarz Dawid też powoli zbierał się do opuszczenia Żor. Na jakiś czas zamieszkał w Katowicach przy Plebiscytowej (wówczas Heinzelstrasse), ale sądzę, że najmłodszy z rodzeństwa Fritz postanowił wiekowego tatę, wówczas już wdowca, zabrać do siebie. Syn w 1923 r. zamieścił ogłoszenie o zmianie mieszkania z Kattowitz na Gleiwitz. Innym, o ile nie ważniejszym od wieku karczmarza powodem, był podział Śląska. Katowice przypadły Polsce a Brauerowie czuli się Niemcami.

Gasthausbesitzer aus Sohrau, czyli właściciel zajazdu z Żor, ostatnie lata życia spędził w Gliwicach, gdzie zmarł w wieku 75 lat.  Został pochowany w Gliwicach na nowym cmentarzu żydowskim. Miało to miejsce latem 1927 r. Jego nagrobek niestety się nie zachował do naszych czasów. Jednak jeśli ktoś ciekaw to może podjechać do Gliwic, do Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, by zobaczyć jak wygląda miejsce, gdzie zmarłego Dawida poddano rytualnemu oczyszczeniu i gdzie wygłoszono mowę pogrzebową nad jego trumną.

O śmierci ojca oraz teścia informowali ci, którzy jeszcze wtedy żyli: czyli owdowiała córka Regina Brauer, zięć Benno Kiksmann z żoną, zięć Iwan Loebinger z żoną, zięć-wdowiec Hugo Schüftan, oraz synowie Louis i Fritz z żonami. Ta klepsydra to niesamowite źródło informacji. Z niej mogłam wiele wywnioskować.

Po śmierci taty, Fritz nadal pracował w Gleiwitz. Prowadził interesy ze szwagrem Schüftanem, szukał pracowników, opłakiwał, a może nie, zmarłą teściową, patrzał z troską na dorastającą córkę.

Nadeszły lata trzydzieste. Zło czaiło się już z wszystkich stron i wyłaziło z każdego kąta. Fritz i Anne coraz częściej zastanawiali się, czy są bezpieczni w swoim kraju. Może żałowali, że nie zostali w polskiej części Górnego Śląska. Mieli kontakt z bratem i bratankami Fritza, którzy w pobliskim Rybniku, co prawda musieli walczyć z różnymi aferami, ale choć nie patrzeli pomnik Führera. Latem 1937 r. wygasła, obowiązująca na tym terenie, tzw. konwencja genewska o ochronie mniejszości narodowych. Gliwicki rabin Ochs protestował przeciwko zakazowi organizowania imprez masowych przez ludność żydowską, co oczywiście nic nie dało. Z 9 na 10 listopada 1938 r. był świadkiem spalenia synagogi. Został dotkliwie pobity i aresztowany. Wraz z innymi Żydami wywieziono go do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Buchenwald. Czy aresztowano wtedy też Fritza Brauera? Sądzę, że tak. Jego sklep w grudniu 1938 r. przejął jeden Heinrich.

Żona Anne i osiemnastoletnia Käthe już wiedziały, że jak tylko Fritz wróci, to muszą szukać możliwości wyjazdu. Fritz wrócił, jak wielu gliwiczan i rabin Ochs. Ten ostatni zdołał wraz z żoną i synem wyjechać do Anglii. Jego miejsce pod koniec kwietnia 1939 r. zajął rabin Egon Löwenstein. Czy już wtedy zwrócił uwagę na urodę młodej Käthe Brauer? Wnuczka żorskiego karczmarza musiała być piękną dziewczyną. Patrzę na jej fotografię z lat 60-tych. Ogromne oczy miała i bardzo wyrazistą urodę.

Być może to zbieg okoliczności, a może nie, że Fritz i Anne Brauerowie, ich córka oraz rabin Löwenstein za przyszłą ojczyznę wybrali Chile. Tym potomkom żorskiego restauratora się udało. W czerwcu 1939 roku wyjechali z Gleiwitz. Rabin Egon Löwenstein, przyszły mąż Käthe Brauer, wraz z nimi. Rzesza pozbawiła ich obywatelstwa niemieckiego. Wszystkich, za wyjątkiem Katarzyny, pochowano na południowoamerykańskich cmentarzach. Pani Kathe Brauer de Lowenstein, żona rabina, dożywszy 96 lat, zmarła 4 lata temu w Izraelu. Ta historia zakończyła się szczęśliwie. Kamienica przy ul.Tarnogórskiej w Gliwicach, którą opuścili z przysłowiową jedną walizką, nadal stoi.

Kolejna opowieść będzie dla mnie bardziej osobista, bo dotyczy rybnickiej nitki Dawida Brauera.

Opisałam, na tyle na ile potrafiłam losy 5 z dzieci Dawida. Zostało mi szóste dziecko, czyli drugi syn – Louis Brauer. Gdy się za niego zabierałam, to wiedziałam jedynie kiedy i gdzie się urodził. Sohrau, 1880 r. Dzięki odnalezionej klepsydrze informującej o pogrzebie jego taty pojawiła się żona – Else Priester. Połączenie tych obu nazwisk wywołało taki „klik” w moim rozumie. Ten pierwszy klik był delikatny i za mocno mnie nie kopnął. Coś mi zaświtało, ale odłożyłam to nazwiskowe powiązanie z Rybnikiem do bocznej szufladki. Na szczęście po paru dniach przyszedł kolejny, zewnętrzny impuls. Impuls, który powoduje, że trzeba szukać oparcia w hobby, by odizolować się od złych bodźców ze strony otoczenia i to mnie olśniło. Małgosia! Sprawdź w swoich folderach, czy jakiś Louis Brauer nie ożenił się przypadkiem z jakąś Priesterówną. Bo to, że Louisa Brauera mieliśmy to wiedziałam. Bingo! Znalazłam akt urodzenia chłopca z taty Louisa i mamy Else z domu Priester! Jak spojrzałam na imię chłopca to już więcej mi nie trzeba było. Lothar! Czyli młodszy brat skandalisty Maxa! Kto swego czasu słuchał mojego pandemicznego „Kryminalnego spaceru po Rybniku online” ten wie o kim mowa 🙂 O Maxie opowiadam od 2:24 min. do 17:30 minuty ➡ https://youtu.be/dZYMqmdhAJk

Tym zaś, którzy wolą słowo pisane od mówionego, historię rybnickich potomków Dawida Brauera zwyczajnie opiszę. Voilà! Urodzonemu w 1880 roku Louisowi na pewno rodzice szukali bogatej żony. Żory były i są blisko Rybnika, Dawid zapewne często tu bywał, więc znał kupca Adolfa Priestera. A u Adolfa dorastała szykowna dziołszka. Raz, dwa, trzy i ich wyswatano. Na ślubie, który odbył się w rybnickiej synagodze w 1907 roku świadkami byli obydwaj ojcowie pary młodej, czyli żorski restaurator Dawid Brauer oraz rybnicki kupiec Adolf Priester.

Tym samym kamienica przy ul. Sobieskiego 11 (wtedy Breitestrasse) przeszła po kądzieli z Priesterów na Brauerów. W tym miejscu można wspomnieć, że około 3 lata temu została sprzedana przez prawnuczkę Dawida i Adolfa. Była ostatnią kamienicą, która była w rękach żydowskich w Rybniku.

W tym domu przyszli na świat dwaj bracia, z których jeden szczególnie rozpalał emocje rybniczan. Ich tata, jako syn karczmarza, kontynuował tradycje i prowadził szynk. Kilka lat temu, w piwnicach kamienicy jeszcze były żelazne płozy do kulania beczek z piwem. Synowie, urodzeni odpowiednio w 1908 roku – Max, oraz w 1909 – Lothar, fachu po tacie oraz dziadku nie przejęli. Zresztą trochę się w swojej młodości naoglądali i błąkali po okolicznych miastach śląskich i dopiero na początku lat 30. powrócili na stałe do Rybnika, który od 1922 r. był polskim miastem. Lothar przedtem mieszkał w Opolu i Gliwicach, z kolei Max w Strzelcach Opolskich i również w Gliwicach. Zapewne tam doszli do wniosku, że trzeba przeciwstawić się ojcu i przebranżowić. Handel skórami to był ich wybór. Max, oprócz wspólnego interesu z bratem przy Sobieskiego miał swój własny przy Kościelnej.

W kamienicy, która onegdaj należała do rodziny ich matki po jakimś czasie otwarli przedstawicielstwo znanej firmy Wohlwort, czyli Woolworth. Tata Louis zajmował się już tylko sprawami gminy żydowskiej, której był reprezentantem, a bracia rozwijali biznes. I rozbijali się po Rybniku.

Chyba o żadnej z rodzin żydowskich w Rybniku, w okresie międzywojennym, nie pisano tyle ile o Brauerach. Ilość poważnych afer, skandali, drobnych szwindli czy nawet burd jest, że tak powiem, imponująca jak na to maleńkie miasto. Najważniejszą z sensacji było oskarżenie Maxa Brauera o molestowanie nieznanej z personaliów chrześcijanki przy starym kościele (lub też w jego wnętrzu, bo różnie prasa pisała). Tą sprawą w 1936 roku zajmowała się prawie cała Polska, bo że Rybnik huczał to wiadomo. Nagłówki w gazetach można porównać do tych ze współczesnego nam „Faktu”. „Afera żydowskiego kupca i wzburzenie w Rybniku”. „Wielkie oburzenie społeczeństwa katolickiego z powodu profanacji starego kościoła w Rybniku”, „Potworna profanacja starego kościoła w Rybniku”, „Zdemolowanie żydowskich straganów po znieważeniu kościoła w Rybniku”, itp., itd.

Młodzież endecka atakowała, zbierano się na wiecach, rozrzucano antysemickie ulotki i wytrzaskano szyby w oknach kamienicy Brauerów. Max się bronił rozprowadzając kontrulotki, zakładając sprawy o pomówienie i odgrażając się. Wszystko ciągnęło się jak smród po gaciach i ostatecznie „niepoczytalny bluźnierca”, jak pisano o Maksymilianie, został skazany jedynie za obrazę policjanta i wygrażanie bronią. Wyrok brzmiał dwa miesiące więzienia z warunkowym zawieszeniem. Mniej więcej w tym samym czasie brata Lothara oskarżono o zniewagę godła państwowego, gdyż sprzedawał płyn w butelkach, na których znajdowało się godło wraz z inicjałami „LB”, co mogło oznaczać Lothar Brauer. Ponadto Brauerowie zostali oskarżeni o to, że zakłócali spokój niedzielny. Bowiem w trakcie nabożeństw któryś z nich jeździł hałaśliwie na motocyklu. Wiarygodnych świadków jednak nie znaleziono. Te „gównoburze”, jak to się dziś nazywa, nie przeszkadzały klientom, a jedynie pismakom z „Narodowca”.

Gdy po jakimś czasie miasto się w miarę uspokoiło, to w 1937 roku trzasnęła kolejna sensacja. Do firm braci weszła specjalna komisja skarbowa, która miała przeprowadzić rewizję ksiąg podejrzewając Brauerów o wielkie szwindle. Prasa braci skazała bez wyroku, choć niczego niepokojącego komisja nie ustaliła. Jakby tego wszystkiego było mało, to pod koniec kwietnia 1939 roku Max znowu został oskarżony przez ówczesne media o gwałt na ekspedientce pannie S, którego miał dokonać 10 kwietnia. Panna S. ponoć miała próbować popełnić samobójstwo przedtem napisawszy dramatyczny list do swoich rodziców. Przy okazji tej kolejnej afery prasa przypomniała, o profanacji kościoła przed paru laty i tu wyszło na jaw, iż niby molestowana wówczas chrześcijanka to była prostytutka. Oczywiście przez te wszystkie lata nieustalona z imienia i nazwiska.

Jeśli Max tych czynów dokonał, to nie mam dla niego żadnego słowa na usprawiedliwienie. Jednak wydaje mi się to wszystko szyte bardzo grubymi nićmi. Mogę ewentualnie przyjąć, że coś tam z jakąś prostytutką miał. Zapewne bez jej zgody by do niczego nie doszło. Ale w gwałt na pannie S. nie wierzę. Nie wierzę chorowitej epileptyczce, a tym bardziej antysemickiemu „Narodowcowi”, który to opisał.

Dokładnie wtedy rodziło mu się pierwsze dziecko. 13 kwietnia 1939 roku Helena – żona Maxa urodziła córeczkę, której dano na imię Ruth, czyli Rutka. Pamiętajcie – 1939 rok! Za niecałe 5 miesięcy do Rybnika wkroczył Wehrmacht. Wszystkie seksualne czy gospodarcze afery przestały się liczyć. To co stało się z moimi Brauerami to dywagacje na podstawie kilku dokumentów, których skany mam w laptopie. Max, jego żona Helena, jego wiekowa mama Else z domu Priester, oraz maleńka córeczka Ruth, wojnę przeżyli. Prawdopodobnie jeszcze pod sam koniec sierpnia, przeczuwając co się może stać, wszyscy (w tym stary Louis Brauer – senior rodu i Lothar jego syn i zarazem brat Maxa) rozpoczęli ucieczkę na Wschód. Z powojennych kart rejestracyjnych Centralnego Komitetu Żydów Polskich widać, że rodzina dotarła do Lwowa i tam była w 1939. W rubryce „Przyczyna zmiany adresu” wpisano słowo „ewakuacja”. Ten sam powód podano dla roku 1941. Tym razem ewakuacja zawiodła Brauerów aż do Saratowa nad Wołgą w głębi ZSRR. To tak w połowie drogi między Woroneżem a Samarą. W pierony daleko od Śląska 🙁

Podróży nie przeżył stary Louis oraz Lothar cukrzyk. Ten ostatni ponoć (to wiem z plotek) w trakcie strasznej podróży pociągiem wyszedł gdzieś na ruskiej stacji, w środku tzw. nowhere, po coś do jedzenia. Pociąg ruszył i Lothara już nikt nigdy nie zobaczył.
Jak tych czworo przeżyło te lata nie mam pojęcia. Tym bardziej, że Else Brauer z domu Priester była około sześćdziesiątki i w podróży straciła męża oraz syna, a jej wnuczka Rutka była urodzona w 1939 roku, czyli była dzidziusiem. Jak silni musieli być Max skandalista i jego żona Hela pochodząca z Czechowic! Internety mi podpowiadają, że w Saratowie była dość spora grupa polskich Żydów, ale pamiętajmy, że Brauerowie, choć uciekali z Polski i zapewne mieli polskie obywatelstwo, to jednak wywodzili się z Żydów niemieckich. W Rybniku mieli potężną kamienicę, dobrze prosperujące interesy, służące i raczej nie byli przystosowani do biedy, jak wielu z polskich Żydów. Jeszcze te niemieckie pochodzenie w sowieckiej Rosji! Podejrzewam, że pracowali w kołchozach, bo to musieli robić wszyscy uciekinierzy w Saratowie. Dali radę i doczekali końca wojny. Wierzę w inteligencję swoich czytelników dlatego nie będę się silić by opisywać tego co było ich ówczesną rzeczywistością i czego musieli dokonać, by wrócić.
Powojenne transporty z Saratowa były chyba trzy. Łącznie wróciło wtedy z tego miasta do Polski około 2500 Żydów. Było to w 1946 roku. Cała trójka dorosłych Brauerów zarejestrowała się, nawet kilkakrotnie, w CKŻP. Początkowo podawali adresy pobytu w Katowicach, Gliwicach i Bielsku, a później w Rybniku w swojej, choć czy wtedy jeszcze ich (?), kamienicy przy ul. Sobieskiego 11. Ponoć Max nawet próbował odbudować swój przedwojenny biznes. W sądach wnosił o uznanych za zmarłych wielu członków swej bliższej i dalszej rodziny. Zapewne chodziło o odzyskanie majątku po zamordowanych Brauerach i Priesterach, czy rodzinie żony. Znowu z plotek wiem, że rodzina miała dalekiego wujka w Stanach (potwierdza to też karta rejestracyjna).

Jednak to nie tam Max, jego żona i nastoletnia już Rutka wyjechali w 1950 r. Rzeczpospolita Polska wydała im dowody rejestracyjne, wpisując narodowość żydowską. Dowody uprawniały do przekroczenia granicy polskiej po otrzymaniu wizy państwa Izrael. Mogli tylko wyjechać. Wrócić już nie. Mieli na to 3 miesiące od momentu wydania tych dokumentów. Rutkę, jako Różę, wpisano do dowodu mamy.

12 lipca 1950 roku, czyli 70 lat temu przekroczyli granicę polską. 19 lipca byli już w miejscu, w którym mogli się czuć bezpiecznie – w Izraelu. Dziś też 19. lipca – taka wyszła rocznica 😉 I znowu z plotek wiem, że pobyt w tym państwie im nie służył. Po jakimś czasie osiedlili się w Ameryce Północnej. Nie wiem co się stało ze starszą panią Brauerową geboren Priester. Być może ona wyjechała bezpośrednio do USA?

Max i jego czechowicka żona nie żyją od lat. Za to ich córka Ruth, urodzona w Rybniku krótko przed wybuchem wojny, odzyskała nieruchomość przy Sobieskiego 11 w latach 90-tych ubiegłego wieku. I ją wynajmowała nigdy nie godząc się na sprzedaż, choć wiele podchodów było 😉 Dopiero 3 lata temu, być może z racji wieku, sprzedała ten budynek. Nota bene, miała jeszcze jakieś nieruchomości w Bielsku po przodkach ze strony mamy.

Gdy łaziłam po pustych piwnicach pod kamienicą na Sobieskiego te kilka lat temu, to oprócz wspomnianych płóz do kulania beczek, kilku zardzewiałych kołowrotków z jakichś dźwigów zauważyłam miejsce po skrytce w murze. Wyobraźnia zaraz mi podpowiedziała, że być może przed ucieczką Max coś tam zamurował. Mam nadzieję, że jak wrócił z Rosji to udało mu się to odzyskać.

Ruth Brauer, o ile jeszcze żyje, jest w prostej linii rybnicką prawnuczką Dawida Brauera – żorskiego karczmarza. I to jest bardzo dobra wiadomość w tych porąbanych czasach.

A gdybyście byli ciekawi jak wyglądał ten domniemany rybnicki Casanova, to powiem, że miał 165 cm wzrostu, twarz okrągłą i oczy czarne, jak podaje rysopis w dowodzie osobistym. Gdy ja na niego patrzę, to widzę oczy smutne, w których widać to wszystko co przeszedł, by ratować kiedyś honor, a później życie – swoje i najbliższych. Zawsze go lubiłam, a teraz w końcu zobaczyłam jak wygląda i lubię go jeszcze bardziej.

Niech ich dusze będą związane w węzeł życia.

Źródła z których korzystałam:
Archiwum Państwowe w Raciborzu, Centralna Biblioteka Judaistyczna ŻIH’u, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Żydowski Instytut Historyczny, Israel State Archives, Słownik Żydów w Zabrzu, serwis ancestry.com, Jan Delowicz „Gmina Wyznania Mojżeszowego w Żorach 1511-1940. Z badań nad historią miasta.” Zdjęcia współczesne – M.Płoszaj

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Sprawa Brauerów – ciąg dalszy została wyłączona
Lipiec 14

Piękni i młodzi – Eleonore Priester

W marcu tego roku zaczęłam opisywać przyjaciół ze zdjęcia „Piękni i młodzi” http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Napisałam wówczas, że znam losy dziewięciu z dwunastu nastolatków. Jedna z podpisanych dziewczyn wówczas była mi nieznana. Wydawało mi się, że nie mam jej w swoich zasobach. A tu zonk. Jak się człowiek przyłoży i dokładnie przypatrzy i właściwie pokombinuje, to znajdzie prawie wszystko. Okazało się, że potrafię odtworzyć historie dziesięciu osób. Doszła mi bowiem Lore Priester, czyli trzecia od lewej na fotografii przesłanej mi jesienią przez Miriam Glucksmann. Opisałam już dwie dziewczyny, Lora będzie trzecią, której historię chcę Wam opowiedzieć.

Nie potrafiłam jej początkowo zidentyfikować, gdyż poszłam po najmniejszej linii oporu i wśród rybnickich Priesterów szukałam kogoś o imieniu Lore lub Lora. A ona przy swoich narodzinach otrzymała imię Eleonore. Dla przyjaciół była Lore. Takie proste, a ja tego nie potrafiłam wykombinować od razu. Urodziła się ósmego lutego 1906 r. w Rybniku, czyli była równolatką Ilse Silbiger, Ilse Glücksmann (obie na zdjęciu z wszystkimi nastolatkami), a także mojego Rudolfa Haase.

Jej rodzicami byli, urodzony w Rybniku, Louis Priester oraz tyszanka Bertha z domu Rosenbaum. Z aktu urodzenia wynika, że rodzina mieszkała przy Breitestrasse, czyli dzisiejszej Sobieskiego, a tata jak większość naszych żydowskich mieszkańców był kupcem. Była drugą córką Louisa i Berthy – miała o kilka lat starszą siostrę Edith. Dwa lata po Lorze państwu Priesterom urodził się jeszcze syn Georg.

Mieszkali sobie wszyscy w Rybniku do czasu, aż nasze miasto stało się polskie. Nie miałam z nimi łatwo, to muszę przyznać z ręką na sercu. Prawie niczego nie ma w sieci na temat Louisa, a to od niego musiałam zacząć. Ekwilibrystyka sieciowa jaką uprawiałam do niczego mnie nie doprowadzała. Ogłupił mnie Oberschleschische Wanderer z 1943 r., w którym znalazłam informację o wykreśleniu firmy Louisa z rejestru firm w Rybniku przez nazistów.

Przez moment myślałam, że Priesterowie mieszkali w naszym mieście do 1939 r. Odrzuciłam ten trop, bo nie było Louisa w wykazach podatkowych. Gdyby zostali u nas po 1922 r. to na pewno znalazłby się w zarządzie gminy. Ten kierunek poszukiwań odpadał więc. Wreszcie „Amtliches Industrie- und Handels-Adressbuch der Provinz Niederschlesien 1925 umfassend die Bezirke der Industrie- u. Handelskammern Breslau, Görlitz, Hirschberg, Liegnitz, Sagan und Schweidnitz“, czyli Adressbuch dla miast Dolnego Śląska, pokazał gdzie mam szukać. Znalazłam Louisa w mieście Breslau. 

Czy był on faktycznie właścicielem fabryki margaryny to nie wiem, ale wiem, że jak zaczęłam szukać we Wrocławiu, to ich w końcu znalazłam na Centralnej Biblio Judaistycznej. W 1930 roku cała rodzina mieszkała przy Hohenzollernstrasse 20 (obecnie to ulica Sudecka). Żadna z dziewcząt nie była mężatką, za to Georg sobie zmienił imię na Harry.

Potwierdziło mi się to jeszcze przy klepsydrze informującej o śmierci Pauli Priester z Rybnika, która była ciocią Louisa.

Było wielkie miasto, byli i moi Priesterowie. Teraz musiałam ustalić co się z nimi stało. Priorytetem była Eleonora. Niby łatwe, a jednak okazało się to trudne. Niestety żadne drzewo genealogiczne tych Priesterów nie miało. Nikt nigdy się nimi nie zajął. Choć muszę Wam powiedzieć, że Priesterów w sieci jest w ciul, ale po tych ani tyci ślad. W końcu znalazłam Louisa, Berthę i Edith na jednej z list emigracyjnych. W zasadzie były to listy, na których umieszczano tych, których Rzesza pozbawiała obywatelstwa. A pozbawiała, gdy dostawali one way ticket, bo z niej wyjeżdżali.

Na liście tej Louis i Bertha mają dodane żydowskie imiona, czyli musiało to być w okolicach 1938 lub 1939 r. Była Edyta, a Eleonora jak duch się mi chowała i jakby w ogóle nie istniała. Jej brat Georg vel Harry nagle ukazał mi się z nienacka w jakiejś książce w Google Books. Palastina!!! Z Ehefrau, czyli z żoną!

O Harrym wspominał też w swoim „Dzienniku z Breslau 1933-1941”, wybitny żydowski historyk niemiecki Willy Cohn. Harry był onegdaj jego uczniem. U Cohna znalazłam informację, że żona Harrego Priestera, brata mojej Lory, pochodziła z Aachen. I tylko tyle, albo aż tyle. Prawie na 100% byłam pewna, że rodzice, Edith i Georg vel Harry z żoną zdołali wyjechać z III Rzeszy. A Lore, czyli Eleonora jak kamień w wodę. Ani krztyny wskazówki, ani skrawka informacji. Co się robi w takich momentach? Ano pisze się do mistrza 🙂 Fejs w ruch i dawaj z prośbą do Sławka Pastuszki. On ma takie dojścia, o których się najlepszym genealogom nie śniło. Nawet trzy minuty nie minęły, jak miałam wszystkie niezbędne informacje. Aż się rozdygotałam z radości. Dostałam wszystkich na tacy. A przede wszystkim miałam Lorę. Tą śliczną uśmiechniętą i radosną dziewczynę z pięknym naszyjnikiem na ciemnej sukience, którą uchwycił fotograf w Rybniku prawdopodobnie w 1921 r.

Eleonora też zdołała wyjechać. Ona, jej siostra Edith i rodzice znaleźli kraj, który ich przygarnął. Tym krajem był Urugwaj. Na pewno lekko im tam na początku nie było, tym bardziej, że dość szybko starsi państwo Priester zmarli. Louis w 1941, a Bertha w 1943 roku. Oboje zostali pochowani na cmentarzu żydowskim w Montevideo. Moja Eleonora wyszła za mąż i nosiła nazwisko Zamury. Może mieszkała w Reus al Norte, gdzie mieszkało wielu Żydów?

Popatrzcie jaka piękna była w dojrzałym wieku! Sławek te foty mi wysznupał. To wnioski o wizę brazylijską. Jednoznacznie z nich widać, że to moja Lore, że była mężatką i że miała obywatelstwo niemieckie. Przynajmniej tak przyjmowało to południowoamerykańskie państwo. Lore zmarła 18 lipca 1981 r. w wieku 75 lat. Pochowana została na cmentarzu Cementerio Israelita de La Paz w Montevideo. Jej siostra Edith zmarła 6 marca 1991 r., czyli dożyła 89 lat. Tak więc, gdzieś tam daleko, na drugiej półkuli, na urugwajskim cmentarzu leży czworo rybniczan.

Nigdy nie będzie mi dane położyć na ich grobach kamyczki, więc choć w ten sposób ich upamiętniam. Losów brata nie udało mi się odtworzyć. Ale wiem, że wyjechał do Palestyny, więc też czeka w spokoju na przyjście Mesjasza na którymś z izraelskich cmentarzy.
Może kiedyś uda mi się znaleźć potomków Lory, bowiem z rana napisałam list do gminy żydowskiej w Montevideo. Pieron wie… może odpowiedzą. No i Młoda, która obecnie jest w Berlinie na konfie Centropy nawiązała jakiś kontakt urugwajski. Tak więc jest szansa, co prawda mała, ale trza mieć nadzieję.
Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować Sławkowi, bo bez niego bym była w głębokiej dupie. Sławek, jesteś the best!

Kolejny do opisania ze zdjęcia będzie Otto Apt, więc czekajcie na otwarcie następnej szufladki. A opisane już zostały Ilse Silbiger oraz Herta Tulla Priester.

Marzec 10

Piękni i młodzi – Herta Tulla Priester

Zapewne pamiętacie, że obiecałam opisać losy pięknych i młodych uchwyconych przez fotografa na zdjęciu przesłanym mi przez panią Miriam Glucksmann. Tym, którzy nie pamiętają podaję link, by mogli sobie przypomnieć  ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Na wszelki wypadek pokazuję jeszcze raz tą fotografię, gdyby komuś nie chciało się klikać. Widać na nim dwunastu nastolatków w jakimś rybnickim ogrodzie. Zakładam, że to rok 1921, bowiem wszystkie inne przesłane zdjęcia są mniej więcej z tego roku – jakże ważnego dla naszego miasta.

Ciocia pani Miriam podpisała osoby, które widać w ogrodzie. Z dwunastu osób znam losy dziewięciu. Czyli trzy będą bez dalszej historii. Dwie dziewczyny są opisane enigmatycznie, jako „panienka z rodu Priesterów” oraz jako „?”. Trzecia, choć jej imię jest podane, to pozostanie dla mnie na razie tajemnicą, gdyż nie mam jej w żadnych zapiskach, ani dokumentach. 

Oto więc przed wami od lewej do prawej: Tulla (oficjalnie Herta) Priester, Ilse Silbiger, Lore Priester, Otto Apt, Thea (Dorothea) Priester, Fritz Aronade, następnie „?”, i z boku Ilse Glücksmann oraz jej brat Alfred Glücksmann. Na kocyku kucnęli: panienka z Priesterów, Ernst Gallus oraz Lotte (Charlotte) Priester.

By nie gmatwać swoim czytelnikom, postanowiłam zacząć od dziewczynki stojącej najbardziej z lewej strony, czyli Herty Priester zwanej Tullą. Niestety, będzie smutno. Gdy się patrzy na dziewczęcą jeszcze buzię tej dwunastolatki, nieśmiało złożone ręce, ogromną kokardę, wyhaftowane kwiaty na sukience, to widać, że wiekiem jeszcze nie za bardzo pasuje do reszty, która już zapewne myśli gdzie i kiedy by się całować. 

Tulla urodziła się w lipcu 1909 r. przy Breitestrasse. Jej tatą był Salo Priester, jeden z bogatszych i ważniejszych Żydów w ówczesnym Rybniku, zaś mamą Olga, córka Noah Leschczinera. Była więc Tulla, przy urodzeniu nazwana Hertą Minną, dziewczynką, która miała w sobie krew dwóch ważnych rodów kupieckich. Jej dziadek po kądzieli to była naprawdę ważna persona w Rybniku. Szef gminy żydowskiej, rajca miejski, właściciel wielu posesji, paru kamienic i sklepów. Jej tata, również ważny ktoś – członek zarządu gminy, szanowany kupiec. Mama – Olga, po swym ojcu Noah, odziedziczyła smykałkę to handlu. Dziewczynka, wraz ze swoim starszym rodzeństwem, na pewno dorastała w dobrobycie. Miała o 4 lata starszą siostrę Dorotheę (też na zdjęciu) i o rok starszego brata Ericha. Jego na fotce nie ma, ale ja sobie tak myślę, że może to jemu wsadzono w łapki aparat, by cyknął przyjaciół… Kto wie… W końcu był już po bar micwie, więc był dorosły 😉 

Rodzice Tulli, Doroty i Eryka, pobrali się w 1904 r. Byli niemieckimi Żydami, na pewno w plebiscycie głosowali za tym krajem. I choć Rybnik przypadł Polsce, to zdecydowali się zostać w Rybniku. Może nie udało im się sprzedać majątku, a może uznali, że Rybnik ważniejszy niż jakiekolwiek państwo. Zostali. Mieli kamienicę przy Szerokiej, czyli dzisiejszej Sobieskiego, gdzie prawdopodobnie rodziły się ich dzieci oraz przy Placu Wolności. Taki off topic w tym momencie zrobię. Kamienice te w latach 90-tych XX wieku odzyskała córka Eryka Priestera, czyli bratanica naszej bohaterki. Po iluś tam latach obie sprzedała.

Wracajmy jednak tu Tulli i zdjęcia. Gdy przyjrzycie się dokładnie i puścicie wodze fantazji, jak ja to w tej chwili robię, to zauważycie, że to siostra tej dziewczynki w białych rajtuzach jest najbardziej znaczącą postacią w całej grupie. Thea, bo tak ją zwali, stoi obok Fritza Aronade. I to ta para ma się ku sobie. On przystojniak, wówczas siedemnastolatek,  Thea rok młodsza, najbardziej zalotna, z przepiękną ciemną kokardą we włosach, eleganckim naszyjnikiem, w sukience dla dojrzałych panien. Już nie dziecko, a kobieta, która pozwala na to, by Fritz niedbale ją obejmował. Na razie nie pokażę wam zdjęcia tej pary, które jednoznacznie świadczy o tym, że wówczas mieli się ku sobie. Dla Fritza, potomka z równie wyśmienitej rodziny Aronadych, Tulla była siuśką. Gdzie tam taki młodzieniec myślał o niej jako o partnerce na życie. Kochał się w jej siostrze. To pewne. Los jednak sprawił, że stało się inaczej. Zanim jednak do tego doszło, rodzeństwo Priesterów straciło w 1926 r. tatę. Salo zmarł w Rybniku w wieku 48 lat, zostawiając cały swój majątek Oldze z Leschczinerów oraz dzieciom. Interesami zajęła się żona. Domyślam się, że nad wszystkimi geszeftami czuwał też dziadek Noah, bo skoro i Olga i Tulla (Herta) już wcześniej gubiły zwykłe karty cyrkulacyjne, to może i w interesach musiał je ktoś kontrolować.

No i teraz lecę po bandzie i zaczynam se wymyślać :mrgreen: , choć wiele w tym co napiszę jest prawdy. W Rybniku pojawia się nieznany nikomu Max Grauer z Goleszowa. Zaczyna prowadzić firmę transportową. Starsza siostra naszej Tulli zakochuje się od pierwszego wejrzenia 😉 Co tam przystojniak Fritz Aronade, który nie potrafił się jednoznacznie określić. Thea przyjmuje oświadczyny Maxa i wychodzi za niego za mąż olewając spadkobiercę firmy „Jonas Aronade”. Fryderyk przystojniak zostaje na lodzie! Dotknięty w swej męskości, chcąc zrobić na złość swej byłej miłości, zwraca po jakimś czasie swe oczy w stronę jej młodszej siostry, która w międzyczasie wyrosła na piękną kobietę. Oświadcza się i żeni z Tullą (Hertą). Ona ma wtedy 22 lata, on 27. Świadkami na ślubie są dziadek panny młodej, wiekowy już Noah Leschcziner oraz kupiec Martin Kornblum.

Teoretycznie mogłabym założyć, że to Fritz zakochał się w Tulli, zostawiając swą młodzieńczą miłość, czyli Dorotheę. Fakty w postaci dokumentów, wskazują jednoznacznie, że to Dorka pierwsza wyszła za mąż w 1926 r., biorąc sobie o 7 lat starszego Maxa Grauera. Uważam, że Fritz cierpiał. Jak odcierpiał 5 lat, to  wziął sobie za żonę młodszą Priesterównę. Tą od białych rajstop. Po roku, urodziła im się, w przepięknym mieszkaniu przy ulicy Zamkowej, jedyna córeczka Wera.

Herta Minna, zwana Tullą, na pewno pławiła się w luksusie. Oczywiście jeśli mamy na myśli luksus na poziomie pipidówy, jaką był Rybnik. Choć, jako małolata pracowała jako pomoc kuchenna w Breslau. Jej mąż, po jakimś czasie został współwłaścicielem całego majątku Aronadych, a to było dość sporo. O Fryderyku (Fritzu) nie będę teraz pisać, bo on będzie mieć swoją odrębną opowieść. Wracam do Tulli. Myślę, że nie pracowała, tylko zajmowała się córeczką. Piotr Rakowski, rybnicki poeta oraz badacz historii naszych Żydów w 1997 r. napisał w Gazecie Rybnickiej artykuł pt. „Widziałam płonącą synagogę”. W artykule jest sporo błędów, które zapewne wynikały z ówczesnego stanu wiedzy pana Piotra. Dziś wiemy o wiele więcej. Jednak, to P. Rakowski dotarł do rodziny Motyków, która mieszkała w kamienicy Aronadych i znała zarówno Fritza, jego żonę oraz córeczkę Werę. Według Rakowskiego malutka Wera była po wybuchu wojny ukrywana w Rybniku przez rok. Gdy miała 6 lat, ktoś doniósł na Gestapo i po dziewczynce wszelki ślad zaginął. Z kolei według różnych stron genealogicznych moja bohaterka – Tulla (Herta) Aronade, z domu Priester, dwunastolatka ze zdjęcia powyżej, zarazem mamusia Wery, zginęła w Treblince. Czy to była Treblinka, czy Bełżec, czy Birkenau, nie ma znaczenia. Tulla nie przeżyła wojny. Została zamordowana mając ciut ponad 30 lat. Być może zanim dotarła do któregoś z miejsc zagłady wykończyły ją nerki, gdyż od dziecka na nie chorowała. O jej mężu na razie nie piszę niczego więcej. Bądźcie cierpliwi. On tu musi mieć swoją osobną szufladę, bo to ważna dla Rybnika postać. 

Tyle na temat Herty, czy też Tulli Priester, która wyszła za mąż za Fryderyka Aronade. Te miłosne perypetie pozmyślałam, ale z drugiej strony, czyż tak nie mogło być? Mogło. Nie wiem, czy skumaliście genealogiczne zawiłości, bo dla mnie są one proste, ale dla innych niekoniecznie. Podsumowując więc: Tulla na zdjęciu ma 12 lat, jej starsza siora ma się w 1921 r. ku Fritzowi, ale ostatecznie to małolata Tulla w 1931 r. wychodzi za niego za mąż, bo starsza Thea 5 lat wcześniej bierze za męża „zewnętrznego” Maxa (15 lat od niej starszego). Czy Thea i jej mąż przeżyją wojnę poczytacie w następnych odcinkach. 

Addendum. Po wojnie, Eryk Priester poszukiwał swej siostry Herty (Tulli) i matki Olgi. Bezskutecznie 😥 

Luty 6

Piękni i młodzi cz.1

Wczoraj dostałam takie zdjęcie od pani Miriam Glucksmann z Anglii. Nazwałam je „Piękni i Młodzi”. Grupa młodzieży żydowskiej z Rybnika. Radośni, filuterni, zalotni, pogodni, eleganccy. Fritz przystojniak i zapewne kobieciarz, Thea prześliczna i kokieteryjna, Alfred od razu widać, że kujon  :mrgreen: , Otto nad wyraz poważny, obie Ilse takie poczciwe, Ernst chyba rozrabiaka. Dwunastu nastolatków uchwyconych przez fotografa na czyimś placu. Domyślam się, że zdjęcie im zrobił kolega. Moja wyobraźnia nawet podpowiada mi kto  😉  

Dziesięć osób jest na odwrocie podpisanych, dwie są niewiadome. Niektórych z nich losy znam. Postaram się użyć całej swojej wiedzy i możliwości internetów, by Wam opowiedzieć kim byli i co stało się z tymi pięknymi i młodymi ludźmi sfotografowanymi mniej więcej w 1920 r. w Rybniku. Czyli… szykuje się długa epopeja  :mrgreen: , którą najpewniej zacznę dopiero w marcu. 

A klopsztanga z prawej niezła, co? 

Październik 7

Priesterowie – rybniczanie w Australii

Tym razem nie będzie smutnego zakończenia, choć jak zwykle o rybnickich Żydach.

Pod koniec sierpnia, mój niesamowity kolega „po fachu”, czyli Sławek Pastuszka z Pszczyny, zaplimplał do mnie późnym wieczorem: Małgosiu, mam prośbę. Czy możesz wyszukać mi coś na temat rodziny: Salo Priester [ur. 5 listopada 1877 w Rybniku]; rodzice: kupiec Adolf Priester i Pauline z domu Freund (oboje z Rybnika). W 1905 mieszkał w Smolnej, obecnie dzielnicy Rybnika, gdzie był karczmarzem. Żona: Martha z domu Guttmann [ur. 13 czerwca 1885 w Radostowicach]. Będę Ci serdecznie wdzięczny za pomoc.

i-hellmanns-majonez-babuni-650mlCo może zrobić Małgosia przy takiej prośbie? Lap na kolana, brele na oczy, kanapka ociekająca Hellmann’sem szybko w dziób, obaniałe nogi na pufa i w te pędy przeszukiwanie folderu z Priesterami. Salo mój, czyli z Rybnika, żona od Sławka, czyli spod Pszczyny. Śląskie małżeństwo zawarte przed rabinem w mieście Pless. Błyskawiczny przelot po Priesterach. Sławku, mam dwóch Priesterów o imieniu Salo. Fejs przesyła Sławkowi pliki. Jakiś Salo, w 1907 r. uczestniczył w kongresie syjonistycznym. Jeden Salo był wykazywany jeszcze w wykazach podatkowych Rybnika w latach 20-tych. Potem z powodu jego śmierci gmina przeprowadza wybory uzupełniające w swoich władzach. To chyba nie ten, którego szukamy. salo-priesterMam jeszcze coś. A takie tam sobie kiedyś screeny porobiłam z dokumentów, które są na Centralnej Bibliotece Judaistycznej. To dokumenty z Gliwic, coś a la karty adresowe. Sławku patrz! No ożesz Ty! Mamy go! Salo Priester geboren in Rybnik. Data urodzenia pasuje. Kaufmann. Może to ten syjonista, kto wie. Adresy, pod którymi mieszkał i na końcu dopisek: Australia??? Ja pierdziuuuuu! Ołówkiem dopisana data 6.6.39 i Australia! Salo mieszkał w Gliwicach od 1922 do 1939, no i ani chybi udało mu się wyemigrować do Australii. Za chwilę mamy jeszcze syna Salo – Kurta.

Taki sam dokument, tylko Australia z datą wcześniejszą, bowiem 25.10.1938. Już sobie w głowie dopisuję całą historię. kurt-priesterKurt ściągnął tatę na drugą półkulę. Z podniecenia aż kolejny kęs kanapki z majonezem robi ciult na klawiaturę 😉 I herbata wystygła. Nawet nie drażni mnie przelot Płoszaja po wszystkich możliwych kanałach tv.

Lecę dalej z przeszukiwaniem Internetu i własnych zasobów laptopowych. Prawie równocześnie ze Sławkiem znajdujemy informację o śmierci Salo Priestera. Zmarł w Australii 25.04.1943 r. Pochowany został na cmentarzu w Melbourne.

Analiza znalezionej w sieci klepsydry podsuwa kolejnych członków rodziny, którzy jak widać umknęli Hitlerowi. Żona (ta z Pszczyny), pochodząca z Berlina synowa Ilse i córka Lotte z mężem Erichem Manneberg (z Mannebergów wodzisławskich – sprawdziłam).

salo-smierc-aufbau-1943

No i syn Kurt, którego namierzam na statku Strathnaver. Gliwice, gdzie mieszkał przy Schroterstrasse 9 (obecnie Ziemowita), pożegnał pod koniec października 1938 r., czyli jeszcze przed Nocą Kryształową, a na australijski ląd zszedł wraz z żoną 5 grudnia 1938 r. Sam sobie zapłacił za podróż do wolności.

strathnaver_ship

Chyba na gwałt przed opuszczeniem Trzeciej Rzeszy się zaręczał i brał ślub. W Jüdisches Gemeindeblatt für Oberschlesien (Gleiwitz 1938-1939) można odnaleźć notki na temat zaręczyn (wrzesień)…

zareczyny-kurta-i-ilse-wrzesien-1938

ślubu (październik)…

slub-kurt-in-ilse

podziękowań…

kurt-i-ilse

… no i zdawkową informację o wyjeździe do Australii. Szczęściarzy opuszczających wówczas Gliwice było kilku.

info-o-emigracji-pazdziernik-1938

Kurt po przybyciu do, jakże obcego dla niemieckiego Żyda, kraju na pewno zrobił wszystko co mógł, by ściągnąć ojca oraz matkę i siostrę z mężem. Na szczęście udało się. Salo i Martha Priesterowie, jak podają dokładne niemieckie zapiski, opuścili miasto Gleiwitz 6 czerwca 1939 r. i do Australii dotarli na statku Strathallan 17 lipca. Tym razem za pieniądze rządowe – sądzę, że chodzi o rząd Australii. Zakładam, że córka Salo, a zarazem siostra Kurta – Lotte Manneberg z mężem, też w ten sposób dotarła na drugi kraniec świata. Jakaś książka o skomplikowanym niemieckim tytule pokazuje Salo i Marthę (której już wówczas dodano imię Sara) oraz ich córkę z zięciem na listach emigracyjnych o bliskich numerach. Myślę, że płynęli razem. Kupa szmalu na to poszła.

Troje urodzonych w Rybniku Żydów: tata Salo (ur. 5.11.1877), jego córka Charlotte (ur. 12.07.1906) i syn Kurt (7.06.1911) zostali Australijczykami, choć Salo na niezbyt długo z racji wieku, w którym dotarł do ziemi, która dała mu schronienie za życia i po śmierci.

law-notices

Jego siostra Elfryda, również z urodzenia rybniczanka, z zamieszkania gliwiczanka, niestety zginęła w Auschwitz.

Gdzieś mi mignęło przed oczami, iż do początku lat 40-tych do Australii dotarło około 8000 niemieckich uchodźców żydowskich. Wiem na 100%, że Priesterowie nie byli jedynymi rybniczanami w tej grupie.

akt-urodzenia-kurta

Jak więc widzicie wreszcie wyskoczyła z Szuflady szczęśliwa historia o rybnickich Żydach. Kurt zmarł w 1993, pochowany został na cmentarzu w Melbourne.

Żył 82 lata, z czego 55 z dala od Europy, miasta swoich narodzin czyli Rybnika i miasta swej młodości, czyli Gliwic. Doczekał syna, 3 wnuków.

Ciekawi mnie, czy był po wojnie w Gliwicach.

(Z lewej akt urodzenia Kurta Priestera, poniżej płyta nagrobna na cmentarzu)

grob-kurta

Powinnam jeszcze dodać, że znalazłam informację o tym, iż służył w wojsku australijskim od 16 marca 1942 roku w stopniu szeregowego. Reszta, czyli okoliczności uratowania się całej rodziny pozostają tajemnicą. Znalazłam namiary na potomków Kurta, ale nie będę do nich pisać, bo nie chcę się narzucać :-). Może sami kiedyś natrafią na ten wpis.

Aaaa, jeszcze jedno przed snem. Salo Priester Australijczyk był bratem Huldy, która wyszła za Maxa Weisslera z Mikołowa, o czym pisałam przy okazji wizyty chasydzkiego małżeństwa na mikołowskim kirkucie. Tak to się plecie na tym żydowskim Śląsku 😉

Zdjęcia grobu Kurta Priestera pochodzi z:

https://billiongraves.com/grave/Kurt-Priester/18059681#/

Karty adresowe pochodzą z:

http://cbj.jhi.pl/?q=Priester

Fota statku wzięta z Wikipedii, zaś wycinki z Jüdisches Gemeindeblatt für Oberschlesien (Gleiwitz 1938-1939) można odnaleźć tu:

https://archive.org/stream/juedischesgemeinreel01#page/n45/mode/2up/search/Priester

A kamienica, w której mieszkali Priesterowie przed emigracją wygląda dziś niesamowicie. Na razie jedynie zdjęcie z Google View, ale mam zamiar kiedyś osobiście dotknąć tych drzwi.

ziemowita-9

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Priesterowie – rybniczanie w Australii została wyłączona
Grudzień 30

Mikołów i potomek cadyka Elimelecha z Leżajska

Końcówki roku mam od paru lat cmentarne, a raczej kirkutowe, jeśli tak to można nazwać. Tym razem zagnało mnie do pobliskiego Mikołowa, na którym na pewno leżą i nasi – rybniccy Żydzi. Ci, którzy umierali zanim u nas założono cmentarz oraz ci, którzy z różnych powodów przeprowadzili się do tego pięknego miasta. Księga zgonów dla miasta Rybnika jest wyraźnym na to dowodem.

Ksiega zgonow pochowki w Mikolowie

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Mikołów i potomek cadyka Elimelecha z Leżajska została wyłączona
Grudzień 8

Judaika rybnickie

Dziś, moja skromna kolekcja rybnickich judaików powiększyła się o nowy nabytek, czyli reklamę Domu Towarowego Emila Pragera i następców.

Dom zakupu w większym stylu na razie zawisł pod półką, na której leży fragment oparcia z krzesła z browaru Hermanna Müllera.

Judaika (1)

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Judaika rybnickie została wyłączona
Kwiecień 28

Marsz Żywych, czyli jesteśmy ich zemstą

Marsz Żywych

To był mój pierwszy raz. Jeszcze nigdy nie uczestniczyłam w Marszu Żywych, który idzie z dawnego obozu koncentracyjnego Auschwitz do dawnego obozu zagłady Birkenau. W Marszu biorą udział studenci, uczniowie, dawni więźniowie, ludzie tacy jak jak, idą Żydzi, katolicy, prawosławni, ewangelicy i niewierzący. Nie ma znaczenia wiara czy narodowość.

mp_Marsz zywych 27.04.2014 (133)

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Różniste, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Marsz Żywych, czyli jesteśmy ich zemstą została wyłączona
Marzec 30

Ene due rabe, czyli tajemnice Leschczinerów

Rodzina Leschczinerów

Od jakiegoś już czasu poszukuję potomków rybnickich Żydów, bo to na mnie padło, gdy w niebie przydzielali trudne zadania detektywistyczne. Ktoś tam zrobił wyliczankę:

Ene due rabe
połknął bocian żabę,
a żaba Chińczyka –
Co z tego wynika?
Raz dwa trzy – szukasz  ty!

Czasem mi się to udaje, a czasem dochodzę do muru i nie wiem jak w nim znaleźć dziurę, by przejść dalej. Taką ścianę natrafiłam przy Leschczinerach – rodzinie, która mieszkała w Rybniku od mniej więcej pierwszej połowy XIX wieku. Raciborskie archiwa pokazują, iż ta familia przyprowadziła się do nas z Kamienia (onegdaj osobnej wsi o nazwie Stein). Wielce prawdopodobne, iż przybyli do nas z Leszczyn, co sugerowałoby ich nazwisko. Jeden z pierwszych rybnickich Leschczinerów – Mojżesz był prawdopodobnie arendarzem, a może i właścicielem Świerklańca, gdyż jego podpis widnieje na cenniku z 1827 roku.

Leschcziner

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ene due rabe, czyli tajemnice Leschczinerów została wyłączona