Lipiec 19

Zaś się popłakałam

Niewiele mi trzeba, by się pobeczeć. No i teraz se właśnie beczę rzewnymi łzami. Z emocji, z radości i sama jeszcze za bardzo nie wiem z czego. Zawsze, gdy mówię o żydowskich dzieciach z Rybnika mam przed oczami wielkooką Shaindlę Rybę, córkę Abrahama i Miriam. Może przez to, że moja Mama też mi taką kokardę na głowie robiła i też miałam takie bycze ślepia… Ja żyję, bo urodziłam się w dobrych czasach, a ją zagazowano, bo jeden zjeb tak uznał.

(Shaindla Ryba – źródło: Yad Vashem)

Niejednokrotnie pokazywałam jej zdjęcie na spacerach po Rybniku. Waliłam ludziom po oczach tą fotografią, by wiedzieli do czego prowadzi nienawiść. Widziałam łzy w oczach kobiet, zresztą samej mi się łamał głos przy pokazywaniu tej dziewczynki, co na pewno nie było profesjonalne ze strony przewodnika. Dla niej szłam w Marszu Żywych (tu o tym wydarzeniu  ➡ „Jesteśmy ich zemstą”). To ta mała dziewczynka, zamordowana w obozie zagłady, jest dla mnie symbolem Szoa.

I przed chwilą mi plipnęła komórka informując o mailu. W ciul ich dostaję, więc nie zawsze odczytuję od razu. Tym razem jednak czekam na list z Anglii, no to kliknęłam. Nawet bez breli ujrzałam, że pisze do mnie ktoś z rodziny Rybów. Od lat jestem zarejestrowanym użytkownikiem portalu JewishGen, na którym wypisałam wiele rybnickich nazwisk, których poszukuję. No i prask! Pisze pani, że się akurat zarejestrowała. Dodaje, że jej mama urodziła się w Rybniku, jako córka Abrahama i Miriam i czy jest „connection”? No kurde! Takie connection, że się zaraz poryczałam. Pani jest córką siostry Shaindli, czyli wnuczką Abrahama i Miriam (też zginęli w obozie zagłady – przynajmniej tak podaje Yad Vashem).

(Abraham Ryba – źródło: Yad Vashem)

(Miriam Ryba – źródło: Yad Vashem)

Nie wiem, czy logicznie napiszę ten post, bo w łepie mi się głębią miliony myśli. Bierzcie poprawkę na mój skołowany z emocji mózg  😉

Abraham Ryba nie pochodził z Rybnika. Skąd był, to na razie nie wiem. Wiem czym się zajmował, bo to można znaleźć w starych wykazach na Śląskiej Biblio Cyfrowej.

Z kolei w Jagielońskiej Biblio, jak człowiek pogrzebie, to znajdzie antysemickie przytyki w jego kierunku. Takie „kwiatuszki” miały miejsce na wiecu, który prowadzili ojcowie franciszkanie z mojego miasta  👿

Prawdopodobnie miał brata, który miał też mały geszefcik.

Abram nie należał do krezusów, co widać z wysokości płaconych podatków na rzecz gminy żydowskiej. Skupował stare żelastwo i tym handlował. Mieszkał se przy ulicy Korfantego, a handlował na Młyńskiej.

Na pewno nikomu za mocno nie wadził.  Aż do momentu, gdy kurdupel z wąsem wlazł do Polski.

Jak przeżyła Genia – siostra Shaindli – urodzona w Rybniku w 1930 r. to jeszcze nie wiem. Mam wielką nadzieję, że się dowiem, gdy pani, która się do mnie odezwała podzieli się tą historią. Oby!

Na razie idę se dalej beczeć, bo takie odkrycie to trzeba odreagować. Miałam ćwiczyć przemówienia na konfę w Warszawie, ale dziś ją olewam. Po raz n-ty utwierdzam się w przekonaniu, że idę właściwą drogą. Dla takich momentów warto spędzać godziny przed kompem, w archiwach i olewać co myślą ci inni.

Marzec 6

O żydowskiej ochronce w Rybniku i związanej z nią rodzinie Katzów cz.1

Do opisania żydowskiej ochronki i jej dyrektora – doktora Leopolda Katza przymierzałam się jak sójka do wylotu za morze. Gdyby nie materiały, które jakiś czas temu podesłał mi pan Piotr Hnatyszyn z Muzeum Miejskiego w Zabrzu, to nadal sierociniec i rodzina Katzów leżałaby zakopana w szufladzie. Nota bene, nie myślcie, że ja to mam wsio faktycznie w szufladach. Nie, mam to w segregatorach  😉

Piotr podsyłając, sfotografowane przy okazji własnych poszukiwań, kilka informacji o rodzinie Katzów, zmobilizował mnie do wsadzenia tyłka w fotel, skomasowania rzeczy, które wiem i opowiedzenia tego cuzamen do kupy czytelnikom Szuflady.

Nie będę zaczynać od słów „”na początku był chaos” i nie będę szczegółowo opisywać samej idei powstania żydowskiego sierocińca na Górnym Śląsku, gdyż dla mnie najbardziej istotne jest to, że powstał w Rybniku. Gdyby nie 20.000 marek, które przekazał, wówczas już rentier, Ferdynand Haase, to myślę, że ochronka nie zostałaby wybudowana w moim mieście. Ferdynand kasę obiecał, ale dał warunek: To musi powstać w Rybniku. Przekazywanie różnych kwot pieniężnych deklarowali Żydzi nie tylko ze Śląska. Dorzucały się gminy – te bogatsze, jak i te biedniejsze. Rybnicki kupiec Prager ofiarował 10 tys. cegieł. No i zaczęli wznosić obiekt, który miał służyć żydowskim sierotom oraz ubogim dzieciom aż do 1922 r.

Uroczyste otwarcie ochronki zaplanowano na 29 października 1893 r. Kogo tu nie było na tej imprezie  :mrgreen: Śmietanka towarzysko-polityczno-urzędniczo-religijna. I to wszystkich wyznań. Radca sanitarny Freund przekazał klucze landratowi, budowniczy Fuchs wszystkich oprowadził po całym obiekcie, rabin Cohn z Katowic sierociniec pobłogosławił. Na koniec zaśpiewał chór i wszyscy goście przeszli do hotelu Wittiga przy Rynku na wyżerkę na 120 osób. Niestety, głównego fundatora na uroczystości nie było, gdyż chorował. Zmarł tego samego roku na początku grudnia. O nim samym możecie przeczytać tu  ➡ Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)

Nowoczesna ochronka dla dzieci zaczęła działać. Uchwalono statut i wybrano specjalne Kuratorium (jego skład się często zmieniał). Do pomocy, kuratorium wybierało tzw. „damy honorowe”, których zadaniem było sprawowanie dodatkowej opieki nad dziećmi. Ponadto właśnie to Kuratorium, za aprobatą Zarządu Związku Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, podejmowało decyzję o zatrudnianiu kierownika zakładu. Pierwszym kierownikiem został mianowany dr Oskar Götz z Rybnika. Pracował na tym urzędzie niecały rok. Po nim zatrudniono dr. Leopolda Katza, który kierował sierocińcem do 1922 r.

Co wiemy o tym zasłużonym dla miasta i na pewno dla dzieci lekarzu? Dr Katz urodził się w 22 lutego 1864 r. w Mollerfelde koło Getyngi. Seminarium nauczycielskie skończył w Hanowerze, potem w mieście Höxter pracował jako kaznodzieja i nauczyciel, w latach 1887-1890 w Lesznie również uczył dzieci. Sądzę, że właśnie tam poznał swą, o 8 lat młodszą, żonę Betty, z domu Falk.  Miastem, z którego pochodziła Betty był Poznań, a z niego blisko do Leszna. Poza tym sama była nauczycielką z wykształcenia i zawodu, więc o spotkanie nie było trudno  😉 Jeśli para się faktycznie tam poznała, to gdy Leopold został zatrudniony jako belfer w Raciborzu (1890-1894) zapewne byli już małżeństwem. Przybyli do małego Rybnika i 30 kwietnia 1894 r. Leopold zaczął szefowanie sierocińcem położonym w pobliżu dworca kolejowego i paradnego budynku starostwa.

Do rodziny Katzów wrócę później, a tymczasem opiszę samą ochronkę., która wg sprawozdania sporządzonego przez dyrektora stała pośrodku dużego ogrodu o powierzchni 3 morgów. Składała się z suteryny, parteru i pierwszego piętra. W suterenie była sala modlitewna, kuchnia, jadalnia, pralnia i magiel. Na parterze znajdowały się sale robocze, łazienki (ogrzewane!), sala dla dzieci chorych, biuro oraz mieszkanie dla kierownika zakładu. Z kolei na pierwszym piętrze były sale sypialne, wyposażone w łóżka, szafki dla dzieci, krzesła, miednice i inne cuda na kiju, typu spluwaczki czy termometry, wieszadła, itp., itd. W pobliżu sierocińca stał budynek gospodarczy, w którym były pomieszczenia do nauki robót ręcznych, warsztat stolarski, sala gimnastyczna wraz ze sprzętem. Po podłączeniu zakładu do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, oraz po zainstalowaniu, nowoczesnego, jak na owe czasy, centralnego ogrzewania, sierociniec należał do najlepiej wyposażonych obiektów użyteczności publicznej w Rybniku.

Ogród urządził fachowiec nad fachowcami, czyli mistrz Knyst z Pyskowic. Część kosztów jego urządzenia pokrył hurtownik win z Gliwic – Troplowitz, który sam należał do tych, którzy znali się na sztuce ogrodowej.

Zadaniem sierocińca była opieka oraz wychowywanie sierot a także dzieci z domów, których nie było na to stać. Jak choćby trójki boroczków z Koszęcina, których tata był na Wielkiej Wojnie, a matka musiała zamknąć swój zakład fryzjerski z powodu choroby i leczenia w szpitalu. Dzieci w ośrodku były uczone pracy, punktualności, porządku, pilności. Oczywiście, wsio na mocnej podbudowie religijnej. Tu muszę dodać, iż sieroty uczęszczały do szkoły powszechnej miejskiej, a w zakładzie miały zajęcia z religii. Ponadto chłopcy i dziewczynki byli przyuczani do przyszłych zawodów. Dzieci uczone były też empatii, gdyż zachęcano je do pomocy przy chorych wychowankach, pokazywano jak udzielać pierwszej pomocy. W 1916 r. zakład przyjął np. rosyjskiego chłopca – ofiarę pogromu żydowskiego, co  świadczy o wielkiej wrażliwości kierownictwa.

No właśnie… kierownictwa. Tymi, którzy przez 28 lat pracowali na rzecz sierot i biednych dzieci byli wspomniani przeze mnie Leopold i Betty Katz. To oni oddali całe swoje dorosłe i dojrzałe życie Rybnikowi i sierotom. Leo i jego żona zasługują na osobny wpis dlatego na dziś zakończę.

Wrócę wnet 🙂

 

 

Styczeń 7

Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds

Jak to dobrze, że przywrócono durne święto, które choć totalnie mi powiewa, to dało potrzebny oddech. Z uwagi na rodzaj pracy, soboty i niedziele nie są dniami wolnymi dla mnie, więc niech żyje Dzień Trzech Mędrców! Od rana Fejsbuk mnie atakował informacjami, jak ministranci winni pisać kredą na drzwiach „odhaczenie” kolędy, więc wolałam już wleźć do kuchni  i przygotować paradny obiad. Po tygodniu zjadania sylwestrowego bigosu, druga część rodziny wyraźnie miała dość, więc stanęłam przy garach (co się rzadko zdarza, bo pichcenia nie lubię) i zrobiłam śląski obiad. Do surowych jeszcze klusek, od razu wtatarowała Marysia vel Nowotko. Cierp ciało, jak żeś młode koty mieć chciało i je adoptowało  😉

 

Kimę zaliczyłam, choinę rozebrałam, reszta dnia była do zagospodarowania. W zasadzie to powinnam się przygotowywać do spaceru szlakiem Marszu Śmierci, ale w końcu święto jest i nie musiałam pracować. Wyszłam sobie na balkon, popatrzałam na Radlin i moją hałdę, no i zapadła decyzja: muszę siąść do lapa i kogoś wziąć na tapetę. Otworzyłam Folder „Rybnik Żydzi”. Spojrzałam na podfoldery. Zaczęłam w nie wchodzić. Ten nie, ten też nie. Gordon – kantor. Niech będzie on.

Co my tu o nim mamy? W sumie nic. Jedynie akt urodzenia jego syna. Beznamiętny, bo jakiż mógłby być inny, urzędowy dokument informujący o narodzinach dziecka pod koniec września 1884 r.  Dziecko płci męskiej, z matki Sophie Gordon z domu Moses oraz ojca Samuela Alberta Gordona.

Ojciec zgłaszający narodzenie dziecka, podpisał się jako kantor – chazan prowadzący modlitwy w synagodze, czy wypełniający inne istotne posługi, gdy brak rabina. Bezsprzecznie musiał to być wokalista o pięknym głosie.

Gdy Samuel udawał się przed oblicze Standesbeamta, w Rybniku nie było rabina. Od wyjazdu  ➡  Fraenkla minęło już parę lat i gmina nie zatrudniała rabina, a jedynie kantora. Wgryzając się w ten akt urodzenia miałam niezłą zagwozdkę, jak rodzice nazwali syna. Jak wiecie, moja znajomość niemieckiego jest słaba, a rękopisy to już w ogóle jest masakra. Metodą porównywania liter wykombinowałam, że dziecku dano imię: Walter.

No i teraz przede mną było szukanie śladów po Walterze. Gordon, to mało żydowskie nazwisko i trochę czasu mi zajęło nim trafiłam właściwy na trop, czyli miasto w Dolnej Saksonii – Hildesheim.

Teraz, jak zwykle puszczam wodze fantazji (zaważając jednak na informacje znalezione w Internetach) i mogę Wam opowiedzieć o Walterze, urodzonym w Rybniku, przyszłym lekarzu, który zakończył swe życie w hrabstwie Suffolk. Przez to, że tam mieszka angielska część mojej rodziny, Walter tego dzisiejszego popołudnia stał mi się jakoś dziwnie bliski.

Na razie wracam jednak do Rybnika. Gdy Walter przyszedł na świat jego tata i mama na pewno się radowali. Może Samuel chciał, by mały w przyszłości został rabinem? Nie wiem, czy w Rybniku Sophie i jej mąż dorobili się innych dzieci. W zapiskach mam tylko ten jeden akt urodzenia u Gordonów, którzy na pewno nie byli z naszego miasta. Kantor był tu na kontrakcie, więc zapewne po jakimś czasie wyjechał. Do czasu wyjazdu pełnił posługę w naszej synagodze odprawiając nabożeństwa, udzielając śluby, grzebiąc zmarłych, itd.

Kiedy wyjechał? Nie wiem. Gdzie? Też nie wiem. Kiedy zmarł? Kolejna zagadka. Pewne jest to, że jego syn, a nasz Walter nie został rabinem, choć podjął studia teologiczna w Breslau. Od bezproduktywnego religijnego pitolenia, wolał pożyteczne babranie się w ludzkich flakach. Został lekarzem w szpitalu St. BernwardKrankenhaus. Zanim, jak wielu niemieckich Żydów, został powołany do wojska w czasie Wielkiej Wojny, ożenił się z Lotte Wolfes z Hamburga. Lotte była od niego młodsza o 10 lat. Para wzięła ślub w sierpniu 1914 r. Ich pierwszy syn Johann Rupert urodził się w 1916 r., co ewidentnie pokazuje, iż Walter bywał na przepustkach 😉 Drugi chłopiec przyszedł na świat już po wojnie, tj. w 1919 r. Młody lekarz w tych ciężkich, bojowych czasach pracował jako chirurg. Niejedno widział i niejedno przeżył. Wojna go zahartowała. Po jej zakończeniu powrócił do Hildesheim, do szpitala St. Bernwarda. W tymże szpitalu, po wielu, wielu latach, umrze na niewydolność wątroby jeden słynny Oskar – Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, który uratował ponad 1200 światów.

Wracam do Waltera. Mieszkał z bliskimi przy ul. Zingel 24. Jego synowie chodzili do starej szkoły żydowskiej w Hildesheim, a cała rodzina do synagogi w dzielnicy Lappenberg. Życie płynęło spokojnie, do momentu, gdy brunatne koszule zaczęły pojawiać się na ulicach i do władzy doszedł mały, zły człowiek, który bał się dentystów, a na śmierć posłał miliony ludzi.

Zaczęły się szykany. Pochodzenie i wyznanie odgrywały najistotniejszą rolę. Nie liczyły się kompetencje i umiejętności Waltera. Nie brano pod uwagę zasług wojennych. Ustawy norymberskie, zwalnianie z pracy, wyrzucenie do Polski Żydów z obywatelstwem polskim, zamykanie w obozach i ostatecznie Kristallnacht. A społeczność żydowska w Hildesheim była spora. Musieli patrzeć jak płonie ich synagoga, jak wybijane są szyby w witrynach sklepów, jak wywlekani są z mieszkań ludzie, jak ich się bije i aresztuje. Czy wtedy, czy jeszcze przedtem Walter z żoną wyjechał do Anglii, to nie wiem. Nie udało mi się tego ustalić. Na pewno w 1936 r. zmarł teść, czyli ojciec Lotte, a sam Walter starał się walczyć o utrzymanie posady, choć poprzez przedstawianie pism od swoich dowódców z czasów wojny. Walczył za kraj, który teraz go traktował jak nie-człowieka. W kwestionariuszu, który musiał nasz rybniczanin wypełnić jeszcze jako lekarz w 1936 r., najważniejszą pozycją była ta, która waliła po oczach słowem : „JUDE”. A jak JUDE to i RAUS!

Hildesheim nie chciało Żydów. Poniższe zdjęcie, pokazujące właśnie tablicę o tej treści, pochodzi ze strony Yad Vashem.

Walter chyba mądry był. Widział, że nie ma na co czekać. Trzeba załatwiać wizy i spierdzielać. Jak to załatwił nie wiem. Ale załatwił i rodzinie udało się wyjechać do Anglii jeszcze przed wybuchem wojny. Czy od razu z synami?  Być może. Choć to oni mogli jako pierwsi opuścić Niemcy, by następnie pomóc rodzicom.

Lotte i Gordon, a także ich synowie, zostali oficjalnie poddanymi króla Jerzego VI w 1947 r. Zamieszkali w mieście Bury St.Edmunds w hrabstwie Suffolk. Po wojnie należeli do The Association of Jewish Refugees (Związku Uchodźców Żydowskich). Walter najpierw pracował jako lekarz w West Suffolk Hospital, a potem w St. Mary’s Hospital jako specjalista od geriatrii. Urodzony w Rybniku w 1884 r. syn kantora odchodził na emeryturę w wieku 75 lat, o czym informował Dziennik Związku Uchodźców Żydowskich, we wrześniu 1959 r. życząc mu dużo zdrowia i szczęścia. 

Walter Gordon zmarł prawdopodobnie w wieku 82 lat, został skremowany i pochowany na żydowskiej części cmentarza miejskiego w Cambridgeshire. Za tą informację to nie dam sobie ręki uciąć, bo by wiedzieć to na 100% musiałabym posłać do Anglii przelew w wysokości 3 funtów i jeszcze jakieś cuda, więc olewam to. Dla mnie ważne jest to, że kolejnemu rybniczaninowi udało się uciec i macki małego, złego człowieka go nie dosięgły. Zapewne też żyją potomkowie Waltera, w dodatku gdzieś tam w Suffolk i okolicy Cambridge, więc mogę spokojnie i z miłymi myślami w głowie, iść spać.

P.S. Po południu miałam tylko jeden akt urodzenia, a tu tyle informacji się znalazło po 9 godzinach pracy 🙂 Internet to potęga, choć google images coś jakieś udogodnienia wprowadziły i są totalnie z dupy. Przez moment musiałam się przerzucić na Yahoo. Jak coś zaś znajdę, to popiszę. Tymczasem pyrsk, ludkowie  :mrgreen:

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds została wyłączona
Grudzień 30

Rok 2017 – remanent

Dla tych, którzy lubią podsumowania

Nowy rok za rogiem, więc czytelnikom należy się podsumowanie mijającego. Oj wiele i dobrze się działo. Nadal dookoła mnie byli ciekawi i pozytywnie nakręceni ludzie.

Najpierw, w lutym, moja wystawa ze zdjęciami z cmentarzy żydowskich Górnego Śląska pojechała do Mysłowic. Jeszcze raz dziękuję Bogusiowi oraz dyrektorowi Muzeum w Mysłowicach za zaproszenie. Miło być docenionym w obcym, choć w sumie nie obcym mieście.

Krótko potem, gliwicki Dom Pamięci Żydów Górnośląskich obchodził roczek. Wnet miną dwa lata od momentu powstania tego niewiarygodnego miejsca, które przyciąga zwiedzających, przewodników, turystów, młodzież, grupy z Polski i zagranicy. W Rybniku miało powstać Centrum Humanistyczne z podobnymi celami, ale cóż… nie powstało. Lajf is lajf  😉 Gleiwitz mi rekompensuje wszystko.

(Tort na roczek wykonała firma Chechłacz z Żor i też jej za to w tym miejscu dziękuję).

Przez cały rok w Domu, tak jak i w roku ubiegłym, mogłam słuchać najlepszych z najlepszych. Stać sobie z redaktorem Nogasiem i przeklinać, to dla trójkowicza jest naprawdę zaszczytem.

Gdzie, jak nie w Domu Pamięci, mogłabym stanąć do jednego zdjęcia z Julianem i Jakubem Kornhauserami. Bo o swoich koleżankach – wolontariuszkach roku 2017 w Gliwicach nie wspomnę.

W mijającym roku udało mi się ukończyć studia podyplomowe, na których wszystkie trzy semestry zaliczyłam dzięki Żydom, choć studia były pedagogiczne  😉 Praca dyplomowa nosiła tytuł „Doświadczenia edukatora prowadzącego zajęcia z różnymi grupami odbiorców z zakresu wiedzy o Żydach górnośląskich, jako części edukacji wielokulturowej”. Pójść na studia z przygotowania pedagogicznego i fanzolić na każdych zajęciach o Żydach, to trza być miszcz :mrgreen: .

W marcu, dzięki uprzejmości Muzeum w Gliwicach i Karoliny, moja wystawa zawitała w halo! Rybnik. Zaś dzięki Mariuszowi, którego podziwiam i niezwykle szanuję, dorobiłam się pierwszego w życiu plakatu. Mariusz, jeszcze raz buziaki!

Przy okazji wernisażu, zakończyłam cykl spotkań pt. „Geboren in Rybnik”, które miałam przyjemność prowadzić wraz z Jackiem Kamińskim i Jasiem Krajczokiem. Jacek zresztą to moja druga połowa jabłka od prowadzenia spacerów – takiego fachowca to ze świcą należy szukać. Jacku szacun!

Kwiecień to był miesiąc ADY. Mojej Ady, której całą historię udało mi się w końcu rozwikłać i przekazać ludziom. Znowu pomogły dobre i przyjazne człowieki. Moment, w którym bardzo wiekowa pani Klara, odnaleziona dzięki Żanecie, przekazała mi zdjęcie Ady i jej rodziców, zaliczam do jednego z bardziej wzruszających w ciągu tych ostatnich 365 dni. Kto ciekawy kim była Ada, niech pootwiera odpowiednie szufladki. Dziękuję też Oli Namysło, za kontakt z profesor Barbarą Engelking, bo uzyskana od pani profesor relacja Ady z Yad Vashem pozwoliła mi na uzupełnienie najostatniejszych z ostatnich luk w historii rodziny Schwerdt, których już nie opublikowałam. A dlaczego? Bo nie. Kropka.

Kwiecień to był Wrocław i seminarium Centropy. Każdy moment i miejsce są dobre na szukanie śladów po rybniczanach. Hyś, to hyś. Z hysiami się nie walczy.

Czyż cmentarze nie są piękne?

Najważniejsze wydarzenie maja to był spacer szlakiem przedsiębiorców żydowskich i ich skandali. Sporo ludzi przyszło, oj sporo. Nawet moje słuchaczki z Gliwic przyjechały! Serducho się radowało 🙂

W czerwcu zakończyłam cykl wykładów w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich pogadanką o rybnickiej rodzinie Kornblumów. Zaczynałam od Haasych z Rybnika i kończyłam Kornblumami. Trzeba promować własne miasto i lokalną społeczność żydowską. Karola, gdyby nie Ty, to te opowieści by mi się kisiły w laptopie. Przy okazji spaceru szlakiem kobiet, realizowanego wraz z Fundacją Re:akcja, tyle nagadałam o naszych Żydówkach, że hej. Poszłam po bandzie przy opowiadaniu o Geili Majerowicz, że aż sama się popłakałam. No, ale musiałam opowiedzieć o napisie w muzeum w Bełżcu i o samym obozie. Co prawda Geila zginęła w Auschwitz, ale moim celem było wypełnienie prośby pani dyrektor tego mało znanego muzeum. O Bełżcu trzeba ludziom mówić, bo o nim nie wiedzą. Trzeba uświadamiać. Trzeba grzmieć.

W lipcu nasze miasto w końcu upamiętniło miejsce po rybnickiej synagodze. Brawa! Wreszcie nie będzie wstydu przy oprowadzaniu po mieście.

Oprócz tego obelisku z tablicą, uhonorowano jeszcze Juliusza Haase (po raz trzeci!) i w parku Hazynhajda postawiono tablicę z informacją o powstaniu parku i jego założycielu. Tym samym Juliusz Haase jest najczęściej wymienianym rybniczaninem w przestrzeni miejskiej. Takie rzeczy radują niesamowicie.

W sierpniu też był jeden ważny dzień. Przy okazji Pierwszego Rybnickiego Zalewu Dobrego Piwa, organizowaliśmy mini wystawę birofilistyczną. Skoro browary, to i nasi Müllerowie – właściciele kilku z nich. Od kilku lat nie potrafiłam ustalić daty i miejsca urodzenia Hermanna Müllera. No, ale jak ktoś jest totalnym ćwokiem, to nie potrafi się wczytać w akta, które przeglądał dziesiątki razy. Dużo się jeszcze muszę nauczyć, oj dużo. Gdyby nie pani dr Ewa Kulik z naszego muzeum, to nadal bym kombinowała, czy przypadkiem ten późniejszy bogacz nie urodził się w pobliskim Ratibor. A pani Ewa, przed naszą wspólną pogadanką historyczną, na moje głupkowate stwierdzenie, że z tym urodzeniem Hermanna, to mam problem, odparła: Jak problem? Był synem Jacoba i bodajże w 1836 się urodził. To ja jej: Jak to? Tyle razy księgę narodzin przeglądałam i go nie ma! A Ewa: Bo on przy narodzinach był Hirsch. Noż k… mać! Małgosia! Tumanie jeden! Jasne!

Sierpień i wrzesień to były smutne miesiące. Odszedł wielki przyjaciel i druh. Marku, byłeś jedyny i niepowtarzalny 🙁 Pustka po Tobie została… Za tęczowy most przeszła też, po 17 latach życia, nasza Maszunia – część naszej rodziny. Widziała na pewno jak cierpimy i posłała nam Marcysię, vel Nowotkę, która aktualnie robi mi rozpierduchę na biurku, zjada wsio co się da (nawet cebulę, ogórki, ciastka, czy musztardę), daje buzi i wkurza na maksa Mrużkę.

Październik! Miesiąc cudów i spełniania marzeń. Zobaczyłam żydowski Berlin i po tylu latach zajmowania się rodziną Haasych mogłam położyć kamyk na grobie Rudolfa. Olutka! Jesteś jak złota rybka, która spełnia życzenia 😉 Parę ich jeszcze mam  :mrgreen:

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła iluś tam cmentarzy w ciągu całego roku. Była ponownie Biała, Prudnik, był Berlin, WRO, Gliwice ileś tam razy, ale był i Sopot, czy Gdańsk.

 

Obdłubywanie cmentarnych rzepów jest już mi od lat przypisane.

 

W 2017 roku ponownie doznałam szoku, gdy zobaczyłam grę aktorską kolegi odgrywającego rolę zbrodniarza Morela. Remik, wbiłeś mnie w krzesło, rzuciłeś mną o zolę, sponiewierałeś, bo grałeś jak najlepsi z najlepszych. To był jeden z ważniejszych momentów mijającego czasu, o czym zresztą na Szufladzie napisałam.

O ile pamiętacie, to pisałam też o odnalezieniu się wnuka rabina Braunschweigera. Dla takich momentów warto prowadzić tą stronę i robić co robię.

Udało się też doprowadzić do jako takiego stanu wielowyznaniowy cmentarz psychiatryczny przy ul.Weterenów w Rybniku. Dzięki ludziom z Forum Obywateli Rybnika, Ochotniczej Straży Pożarnej z Wielopola oraz uczniom ze szkół, wreszcie można było na cmentarz wejść. Doszło też do jego poświęcenia i odmówienia modlitwy przez księdza. Nieważne, kto za kogo się modlił i kto jakiej wiary tam jest pochowany. Ważne, że nekropolia ta ponownie „odżyła”, jeśli można użyć takiego określenia w stosunku do cmentarza.

Końcówka roku miała mocne akordy. Najpierw odnalezienie Szuflady w nowo wydanej monografii Rybnika. Łał! Dziękuję panu Marcinowi Jarząbkowi. To wielki zaszczyt i wyróżnienie, że totalnie niszowy blog, jak Szuflada Małgosi, został wymieniony w tak ważnej dla miasta publikacji.

Drugim ważnym momentem grudnia była pierwsza publikacja „szufladki” w Tygodniku Nowiny. Adrian, i Tobie należą się podziękowania.

Trzecie bycze przednoworoczne BUM, to było zaproszenie mnie – Małgosi – jako gościa honorowego, na międzynarodową konferencję genealogów żydowskich (International Association of Jewish Genealogical Societies), która odbędzie się w Warszawie w przyszłym roku. Zwykły plimplok spod hałdy, wśród ponad 1000 genealogów z całego świata! Mam być w „German Jewish Special Interest Group GerSIG”, czyli grupie niemieckiej, no bo w jakiej bym miała być, skoro moi Żydzi byli Niemcami. Kolejne podziękowania w tym miejscu kieruję do Rogera Lustiga, bo to jemu zawdzięczam to zaproszenie.

Na koniec, żeby nie było, że tylko żydowsko na Szufladzie, muszę dodać, iż cały rok był dobry, bo pracowałam i przebywałam ze swojakami i fajnymi ludziami 😉 Nadal jako starsza pani w halo! Rybnik  :mrgreen: No i chyba przez to prądy mi się w mózgu normują, czyli może wnet zaśpiewam jak ten umierający waleń na plaży (określenie Młodej na moje próby śpiewania): „Bye, bye, meine lieber EPI” i pierdyknę tabsami.

(fot.Urząd Miasta Rybnika)

Jako ta, która otwiera różne szufladki, jeszcze raz wszystkim dziękuję za to, że do nich zaglądacie. Zastanawiałam się nad życzeniami dla Was na następny rok. Pisząc tego posta słuchałam „Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka w Trójce. Tak, tak, jeszcze słucham Trójki, choć coraz częściej niestety muszę się przełączać na różne radia, które też są z dupy. I tak uznałam, że chyba poza zdrowiem dla każdego z nas, Was, nich, i onych, to powinniśmy sobie życzyć, by nie było wojen i nie było nienawiści do innych, bo z tego rodzi się cały ból świata.

Dzięki Ci Olu Klich, że to moje życzenie pokoju mogło się ukazać w Gazecie Wyborczej.

                        Do zobaczenia w 2018 roku! 

Listopad 19

Aleksander Waldberg – rybnicki zegarmistrz i jubiler

Zdarza się, że dzięki Szufladzie odnajdują się cudem uratowani potomkowie rybniczan. To za każdym razem sprawia mi wielką radość i w takich momentach stwierdzam, że ten skromny blog ma sens. Są nikłe szanse, że będzie tak i tym razem, ale nawet jeśli nikt w twojej sprawie Aleksandrze nie napisze, to należy ci się przypomnienie.

Jak zwykle wiem wielkie nic, o ile „nic” może być wielkie :mrgreen: W twoim przypadku to skrawki z reklam czy jakichś wstrętnych antysemickich artykułów. Nazywałeś się Aleksander Waldberg. Czasem reklamowałeś się jako Aleksy. Swój zakład zegarmistrzowski zacząłeś promować w Rybniku mniej więcej pod koniec lat 20-tych, choć jak to wynika z reklam fachowcem byłeś od 1900 r. Początkowo na rogu Placu Wolności – naprzeciw nieistniejącego już kina, potem na ul.Łony, a ostatecznie na Rynkowej. Lubiłeś się przemieszczać z tym swoim geszefcikiem.

Twój warsztat, między składem skór (też prowadzonym przez Żyda) a salonem fryzjerskim, widać na zdjęciu przedstawiającym kamienicę Bezegów.

Polecałeś się łaskawej pamięci „Szanownej Klienteli” nie tylko jako „znany fachowiec w zawodzie zegarmistrzowskim”, ale i jako jubiler oraz optyk.

Nie byłeś rybniczaninem od urodzenia. Nie znalazłam żadnych informacji, wskazujących na to, skąd mógłbyś do nas przybyć. Zakładam, że twoje hebrajskie imię było inne, a tego Aleksego to sobie wymyśliłeś, bo tak na pewno lepiej brzmiało. Marketingowo lepszy był dumnie brzmiący Aleksander od jakiegoś Abramka, czy Mojżesza. I przez to skutecznie skryłeś swoje korzenie, bo namierzałam cię długo, ale bezskutecznie.

W reparacjach zegarów wieżowych miałeś praktykę od 1900 r. Byłeś elastyczny, nowocześnie prowadziłeś swoje małe przedsiębiorstwo – zlecenia można było załatwić u ciebie poprzez pocztę (WOW!), dawałeś towar i usługi za gotówkę i na dogodne raty. Wystarczyła legitymacja z fotografiją  😉 Wykonywałeś usługi tanio i rzetelnie. Regulowałeś podług chronometru. Tylko cenników nie wysyłałeś, no ale zapewne ceny negocjowałeś na bieżąco, więc cenników stałych nie było.

Miałeś i trudne momenty w swojej karierze. Najpierw dopadły cię antysemickie zmory. I to w dodatku na początku twojej kariery w Rybniku.

Potem z Ameryki przylazł krach. No cóż. Wielki kryzys dotknął wtedy prawie każdego. Nie uciekałeś od problemów, nie nakradłeś jak to zrobił twój ziomal Strauss, doprowadzając fabrykę skór do celowego bankructwa. Postąpiłeś zgodnie z prawem i zawnioskowałeś do Sądu o odroczenie wypłat. Myślę, że udało ci się wykaraskać z tarapatów, choć jakby tego wszystkiego było mało, to w 1934 r. jeden emeryt kolejowy z pięcioma nastolatkami obrabowali twój zakład i skradli ci towarów na niemałą kwotę 1600 złotych.

Nadal przykładnie płaciłeś podatki na rzecz gminy żydowskiej stosownie do swoich dochodów.

Zanim jednak doszło do tego rabunku ogłosiłeś swoje zaręczyny i w październiku 1933 r. wziąłeś ślub w rybnickiej synagodze.  Hmmm, Aleksandrze, toż ty już dojrzały facet, w tym 1933 r., byłeś. Od 33 lat byłeś zegarmistrzem, czyli w momencie ożenku mogłeś mieć koło pięćdziesiątki. A twój wybór padł na młodziutką, bowiem urodzoną w 1909 r. Irmę Hecht z Gleiwitz. Ty już 9 lat dłubałeś w trybikach, a ona dopiero w sikała w pieluchy. Miłość to była? Czy wyrachowanie? Niemiecka Żydówka zamieszkała w polskim Rybniku. Łatwo jej nie było.

Razem wam w tym moim mieście nie było łatwo – to raczej pewne. Ale nawet jak miałeś pod górkę, to „ciepnąłeś” od czasu do czasu jakimś groszem dobroczynnym. Te twoje 2 złote to w porównaniu z 50, które dał browar Müllera, niewiele, ale dawałeś tyle ile umiałeś. Gdzie bowiem tobie było się porównywać z Leschczinerami, czy zięciem Müllera – adwokatem Bonczkowiczem.

Ale co tam były kryzysy, włamania, szemrania, że żona Niemką jest. To bzdety były. Dawałaś sobie radę. Miałeś żonę, może i dzieci – kto wie. Nawet te antysemickie paszkwile i donosy, które pisano na ciebie w 1938 r. można było przeżyć. Nie miałeś powodów do obaw, bo posiadałeś i odpowiednie patenty i świadectwa handlowe i płaciłeś podatki. Wykonywałeś swój zawód najlepiej jak potrafiłeś, przez długi czas nie myśląc o tym co się dzieje w rodzinnym mieście Irmy, twej żony.

Najgorsze powoli się zbliżało. W końcu do ciebie dotarło co widział i przeżywał szwagier Artur. Opowiedział ci o tej  ➡  makabrycznej nocy za miedzą, gdy miasto pokryło szkło i spalono synagogę. Cudownym trafem i zapewne za sporą kasę Arturowi udało się zdobyć w kwietniu 1939 r. wizę gwatemalską i wyjechać z Gleiwitz. Czy i ty byłeś tak przewidujący i też pojechałeś w nieznane z Irmą, sprzedając przedtem wszystkie swoje narzędzia, zegary, zegarki, budziki, pierścionki?

Zbliżałeś się sześćdziesiątki. Twój wzrok był coraz gorszy po tylu latach patrzenia w sprężyny, zębniki, wodziki i wahniki, więc może uznałeś, że jesteś za stary i schorowany by ruszać w świat z Rybnika?

Nie odpowiesz na te pytania. Ciebie już nie ma. Wolę myśleć, że ty i Irma dotarliście do Gwatemali, czy innej Brazylii. Rzucam te pytania gdzieś tam w niebo i równocześnie wklepuję w klawiaturę. Bo gdyby tak odnalazł się wasz jakiś wnuk i okazałoby się, że jest zegarmistrzem, to u mnie leżą i czekają popsute zegarki „marki światowej”.

 

Październik 3

Dreams come true, czyli jak dobrze mieć przyjaciela

Marzenia jednak się spełniają! W życiu bym nie pomyślała te ileś tam miesięcy temu, że aż tak szybko.

Gdy dziennikarz lokalnego portalu, na zakończenie mojej tyrady o swojej pasji, zadał mi pytanie o marzenie, ni z gruchy ni z pietruchy powiedziałam, że chciałabym zobaczyć cmentarz żydowski w Berlinie. Tam bowiem pochowano wielu rybniczan oraz innych Żydów ze Śląska. O Izraelu to nie za bardzo marzę z uwagi na niemijającą niechęć, a wręcz strach przed lotami metalową maszynerią. Na cholerę mi zresztą Izrael, gdy to właśnie w Berlinie mieszkali niemieccy Żydzi, a ci mnie od dłuższego czasu interesują, pasjonują i to ich uważam za zbyt mało przypominanych i pomijanych w kontekście Holokaustu. Choćby z jednego powodu: bo to byli Niemcy. W koło Macieju gada się u nas o Żydach polskich, a o niemieckich (czytaj: również śląskich) raczej cisza. Byli asymilowani, byli bohaterami z czasów Wielkiej Wojny, czuli się obywatelami Niemiec. No i nagle ich własne państwo zgotowało im tak straszny los. Nie jakiś zewnętrzny wróg, a państwo dla którego pracowali, zarabiali i walczyli. Dlatego uważam, że ich tragedia jest niekoniecznie większa, bo nie da się określić czyja tragedia jest większa bądź mniejsza, ale na pewno jest inna.

Dobra, wracam to tego, że „Dreams come true”. O moim marzeniu przeczytała osoba, o której moja ś.p. Mama mawiała, że jak się ją poprosi o kamyk z Indii, to przywiezie (nota bene przywiozła) bo pamięta i jest słowna. Jak będzie miała załatwić jakiś lek, to załatwi. Nie wiem, czemu mi ten kamyk  teraz przyszedł na myśl, bo minęło od tego czasu ponad 30 lat.

Znamy się 41 lat. Jedna ławka w liceum, te same studia, imprezy w akademiku i nie tylko, potem co prawda inne miasta i kontakt nie z tych codziennych, czy nawet comiesięcznych, ale w miarę stały.

I ten przyjaciel (w rodzaju męskim to słowo jakoś wydaje mi się silniejsze), czyta mój czerwcowy wywiad i to marzenie o Berlinie. Po paru dniach słyszę plim i przychodzi krótki mesydż na Fb: „Megulku, jedziemy do Berlina! Ty, ja i musimy namówić Ewę (…). Ty masz pasję a ja lubię spełniać cudze marzenia, bo los tak zrządził, że mogę…” (wyjaśnienie: Ewa to trzecia z nas – przyjaciółek od czasów szkolnej ławy).
Ja pierdolę! Ten okrzyk usłyszała moja załoga w pracy  :mrgreen: Jadę do Berlina!!! Zobaczę największy, po łódzkim, cmentarz żydowski w Europie! Może uda mi się odnaleźć groby rybniczan! Termin po negocjacjach z Trzecią, czyli Ewusią, został ustalony na październik.
Dziś, wiedząc, że wyjeżdżamy w poniedziałek, mam już motyle w brzuchu. Na stole leży mapa Berlina, na której na wszelki wypadek zaznaczam sobie Stolpersteiny w pobliżu miejsc, które ewentualnie będziemy odwiedzać. Przy samym apartamencie Palacina, w którym śpimy, czyli przy Winterfeldstrasse 5 mam aż dwa. A o rzut beretem kilka następnych.

Wiem już, że wczesnym rankiem wymknę się, by je sfotografować, bo jak mi już do łba nawkładała Młoda, nie mogę za bardzo przytłoczyć przyjaciół swoimi Żydami.
Must seen to na pewno Jüdischer Friedhof Berlin-Weißensee.

W starych mailach znalazłam info od jednego z moich internetowych żydowskich znajomych, jakie numery grobów ma ➡ Juliusz Haase i jego żona Bertha. Maryjko kochana! Wreszcie będę mogła położyć kamyki na ich grobie. Codziennie w drodze do i z pracy mijam willę Haasych.

Dzisiaj rano, w deszczu przed tym budynkiem szukałam kamyczków, by mieli takie spod domu, a nie jakieś tam z Chwałowic, czyli z mojej hałdy. I na grób ➡ młodego Rudolfa – zabitego przez powstańców śląskich też pójdziemy. Kieszenie kurtki i tasza już napchane kamolami, które mam złożyć również w imieniu prawnuczek Juliusza mieszkających na drugiej półkuli. Obiecałam im to. Tyle lat tymi Haasymi się zajmuję, od ponad 10 roczków ich rozkminiam i w końcu położę kamyki. O ile of course te groby znajdę, bo cmentarz trochę hektarów ma. A dokładniej to aż 43 ha. Gräberfeldów na mur tam będzie w ciul i jeszcze trochę.


Następny must seen to Synagoga Rykestraße. Jej projektantem był wnuk rybnickiego karczmarza, zarazem syn Davida Hönigera, którego grób znalazłam onegdaj w Białej. Jest wiele mojomiastowych wątków w Berlinie jak choćby projekty synów rabina Fränkla, ale wszystkiego nie da się zobaczyć w trakcie kilku dni, choćby z tego powodu, że do obejrzenia będzie jeszcze Denkmal für die ermordeten Juden Europas, no i Neue Synagoge, a także pozażydowskie fragmenty Berlina  :mrgreen:
Kurde flak, dużo tego, a moje kolegówny nawet nie podejrzewają, ile czasu potrafię siedzieć na cmentarzu. W dodatku na takim, na którym jest około 115.000 grobów.
Na razie nie kombinuję na zapas. Upiję je albo jakąś bronią zmuszę i będą tyrać. Potem mnie znienawidzą, ewentualnie zostaną antysemitami  😉

Na teraz, to se przypominam niemieckie słówka, których znam trzy na krzyż, z czego większość z Klossa i Pancernych i zastanawiam się jak te S- oraz U-Bahny obcykamy. Ehhhh, znowu mi motylki z radości rumplują w brzuchu.

JEDZIEMY! Jak dojedziemy to se wykrzyczę: Ich bin ein Berliner! bo Ich habe einen wunderbaren Freund!

Danke mein Freund Olutka!  :mrgreen:

 

Wrzesień 8

Rybnicki rabin – dr David Braunschweiger

Gdy pisałam poniższy tekst na potrzeby publikacji Wyznania religijne w Rybniku i powiecie rybnickim w XIX i XXw.,  a było to dwa i pół roku temu, w najśmielszych myślach nie przypuszczałam, że może się kiedyś do mnie odezwać wnuk rabina Braunschweigera.

Co prawda przygotowując się do konferencji oraz tegoż artykułu o rybnickich rabinach, nawiązałam kontakt z jednym z wnuków rabina Nellhausa, ale on uznał mnie być może za oszustkę i nie chciał korespondować. Strzeliłam se wtedy babskiego focha i rabina Nellhausa opisałam dość oględnie i skrótowo, czyli nie postąpiłam jak rasowy naukowiec. No cóż, nie jestem nim i se mogę strzelać fochy, gdy mnie ktoś olewa. Szukając informacji o rabinach (nawet prosiłam o pomoc czytelników ➡  Szuflady) odnalazłam również bratanka ostatniego z rybnickich rabinów – Zygmunta Kohlberga, po jakimś czasie też odezwała się do mnie pra pra wnuczka  ➡  Daniela Fraenkla. Czyli wiedziałam, że w świecie żyją potomkowie i krewni naszych rabinów i w zasadzie nie powinno mnie jakoś szokować, ani zadziwiać, że odnajduje się ktoś kolejny. A jednak. Nadal mam tą naiwną, prawie dziecięcą radość, gdy dostaję wiadomość, z której wynika, że piszący jest związany z naszymi Żydami. Tyle lat a moje oczy zawsze lekuśko napełniają się łzami, gdy czytam taki email. Ale se melodramatyczne zdanie teraz napisałam – no Łepkowska ma na noc przy mnie  😉

Wracam do wnuka rabina Braunschweigera, bo ciekawa jest historia jak trafił do mnie. Otóż tym razem nie przez Szufladę, ani Wirtualny Sztetl. Trafił przez stronę Eli Manneberga, na której jest  moja ➡ prezentacja o rybnickich rabinach, którą to dla niego przetłumaczyłam na angielski, by mógł ją zawiesić u siebie. Przy okazji powiem, iż Eli Manneberg, wnuk Josefa, napisał historię rodziny w formie książkowej oraz skrótowo w formie wirtualnej  ➡  Saga Mannebergów.

Gdy dziś ponownie czytam sobie swoje notatki o rabinie Braunschweigerze oraz artykuł w muzealnej publikacji, to widzę, jak tępa byłam i nie zwróciłam uwagi na jeden istotny fakt, o którym napisał mi wnuk rabina. Otóż David był żonaty z Louise z rodu naszych Altmannów. Nie wiem, jak mogłam być tak zamroczona, by nie zwrócić uwagi na to, co miałam u siebie od lat. Jak się ma chaos w notatkach to potem nie wiadomo gdzie szukać. Info o tym, że Braunschweiger był mężem rybniczanki było w koszulce Altmannów no i popapane. A miałam to zapisane już tak dawno…

Nie podjęłam tego tropu pisząc o Dawidzie. Dupa ze mnie i tyle. Muszę to naprawić i zająć się w końcu Altmannami, bo mnie już sumienie gryzie, że nie mają dotychczas własnej szufladki.

Na razie fragment tekstu opisujący dr. Davida Braunschweigera, który ukazał się w Zeszytach Rybnickich Nr 22, wydanych przez nasze Muzeum w 2015 r. Tekst jest bez przypisów. Część informacji pochodzi z rozprawy doktorskiej M.Borkowskiego Gmina żydowska w Opolu w latach 1812-1944; Dzieje i ludzie oraz Biographische Handbuch der Rabbiner. 

Dr David Braunschweiger
Od 1879 do 1912 r. gmina żydowska w Rybniku nie miała własnego rabina. Tak jak w poprzednich okresach, gdy rabinat był nieobsadzony, władze gminy na okoliczność wyjątkowych uroczystości zapraszały rabinów z innych miast.  Miało to np. miejsce, gdy jesienią 1893 r. otwierano w Rybniku sierociniec żydowski dla dzieci z Górnego Śląska. W uroczystości wzięli wówczas udział rabini: Cohn z Katowic (Kattowitz), Blumenthal z Raciborza (Ratibor), Loewenthal z Tarnowskich Gór (Tarnowitz) oraz Goldschmidt z Królewskiej Huty (Königshütte). Ochronka została wówczas poświęcona przez katowickiego rabina dr. Jacoba Cohna. On też, jako rabin Związku Gmin, wszedł w skład specjalnego Kuratorium nadzorującego działalność sierocińca oraz uczestniczył w obchodach rocznicowych w następnych latach funkcjonowania tej instytucji. Na co dzień potrzeby religijne wiernych zaspokajali kantorzy.
Liczba rybnickich Żydów w tamtym okresie utrzymywała się mniej więcej na tym samym poziomie, choć ich odsetek w stosunku do liczby rybniczan ogółem spadał. Żydzi byli zasymilowani ze swoimi nieżydowskimi współobywatelami, uczestniczyli w życiu społecznym i gospodarczym miasta, a wielu z nich należało do elity miasta. Czuli się Niemcami wyznania mojżeszowego, którym państwo pruskie, a następnie niemieckie przyznało pełnię praw. Emancypacja doprowadziła do zaakceptowania zmian i reform w judaizmie, a co za tym idzie, liberalniejszego traktowania praktyk religijnych. Przełożyło się to tym samym na wybór następnego rabina.
Jeśli bowiem dwóch pierwszych rabinów Rybnika można uważać za konserwatywnych, to już trzeciego z nich, czyli Davida Braunschweigera, należy uznawać za liberała i zwolennika asymilacji. Urodził się 8 sierpnia 1875 r. w Würzburgu; jego ojcem był historyk dr Moses Braunschweiger. Gimnazjum ukończył w rodzinnym mieście, dalszą naukę kontynuował w Berlinie na uniwersytecie oraz uczelni rabinicznej, którą skończył w roku 1911, otrzymując dyplom rabina, choć wówczas przebywał już na stałe na Górnym Śląsku.

Tytuł doktora uzyskał na uniwersytecie w Bonn. W latach 1900–1912 był pomocnikiem rabina oraz nauczycielem religii w liceum, gimnazjum oraz szkole dla dziewcząt w Katowicach. Być może to katowicki rabin Cohn, odwiedzający co jakiś czas Rybnik, polecił Braunschweigera, bowiem w 1912 r. został on mianowany tutejszym rabinem, zapewne i nauczycielem religii, a w roku następnym był już członkiem zarządu rabinów górnośląskich. Jego rybnicki rabinat przypadał głównie na czasy I wojny światowej. Braunschweiger w czasach późniejszych, czyli po wyjeździe z Rybnika, był znany z licznych wystąpień oraz angażowania się w sprawy polityczne (choćby w trakcie plebiscytu w 1921 r., gdy aktywnie działał po stronie niemieckiej), można więc przyjąć, iż i tutaj był niezwykle aktywny oraz twórczy. Dzięki informacjom publikowanym w Rybniker Kreisblatt (rok 1914), czyli tygodniku wydawanym przez starostwo rybnickie, wiemy, iż finansowo wspierał Czerwony Krzyż oraz wojsko, ofiarowując żołnierzom książki. Należy podkreślić, że rybniccy Żydzi brali udział w wojnie, byli odznaczani za męstwo, ginęli na jej frontach. Prawdopodobnie więc Braunschweiger, będąc w Rybniku, koncentrował się na niesieniu otuchy rodzinom, które w jakikolwiek sposób ucierpiały w czasie Wielkiej Wojny. Jeszcze przed zakończeniem działań wojennych opuścił Rybnik i objął rabinat oraz posadę nauczyciela religii w Opolu w lipcu 1918 r. W Opolu mieszkał i pracował aż do swojej śmierci 2 maja 1928 r. W trakcie opolskiego rabinatu angażował się w Loży Wolności (Freiheit-Loge), w stowarzyszeniu żydowskich klubów literackich (jüdischen Literaturvereine), wygłaszał wiele odczytów, startował, z partii liberalno-konserwatywnej, w wyborach do Pruskiego Związku Krajowego Gmin Żydowskich (Preußischen Landesverbandes jüdischer Gemeinden).

 

Dr Braunschweiger był osobą bardzo poważaną i cenioną. W Biographische Handbuch der Rabbiner podano, iż został pochowany na cmentarzu w Strzelcach Opolskich (Gross Strehlitz). Jeśli jest to informacja prawdziwa, to grób rabina nie zachował się do naszych czasów, bowiem cmentarz ten został zniszczony w czasie II wojny światowej i ostatecznie zlikwidowany w latach sześćdziesiątych XX w.

Dziś wiem, że jego żona Louise geboren Altmann zdołała wyjechać z faszystowskich Niemiec. Przez Kubę dostała się do Anglii, gdzie mieszkała już ich córka. Bardzo ucieszyło mnie również potwierdzenie tego, co już dawno temu wysznupałam. Potomkowie siostry Louise – Hannach mieszkają w USA.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Rybnicki rabin – dr David Braunschweiger została wyłączona
Sierpień 15

Doris Aronade – her story

Od siedmiu lat mam w kompie plik, który sobie zgrałam z allegro czy ebaya, w czasach, gdy jeszcze nie kupowałam takich rzeczy. Ktoś sprzedawał wyciąg z aktu urodzenia Doris Aronade, wystawiony przez nasz USC w 1953 roku, czyli w czasach głęboko komunistycznych. Nie kupiłam – żałuję.

Już wówczas, czyli w 2010 roku, zakładałam, że skoro ktoś wystąpił o taki wyciąg, to albo sama Doris przeżyła, albo jakiś jej potomek. W międzyczasie poznałam Ruth Beedle z Londynu. Ruth jest prawnuczką Reginy Jacobowitz, z domu Aronade, a Doris była córką brata Reginy – Adolfa Aronade, urodzonego w 1871 r.

Tatą i Reginy, i Adolfa i całej jeszcze kupy Aronadych był sam Jonas urodzony w Gorzycach, który prowadził prosperujące przedsiębiorstwa, sklepy, hurtownie w Rybniku. Pod nazwą firmy „Jonas Aronade” jego spadkobiercy działali u nas aż do 1939 r. Cały kompleks kamienic na rogu Rynku i ulicy Zamkowej należał do tej zacnej rodziny.

Jedna z kamienic przy Zamkowej, przed dziką, bo usuwającą ślady przeszłości, „rewitalizacją” miała z tyłu elementy świadczące o prowadzonej w niej przed laty działalności kupieckiej Aronadych. Jakieś resztki kołowrotków, wciągarek, może windy. Niestety, dziś można to tylko zobaczyć na moich zdjęciach sprzed 7 lat.

I tu właśnie, w pobliżu synagogi, przy ul. Schloßstrasse urodziła się majowym przedpołudniem 1910 roku malutka Doris. Jej mamusia nie była rybniczanką, choć pochodziła ze Śląska. Adolf i Klara z domu Cohn, pochodząca z Reichenbach (dziś Dzierżoniów) pobrali się dwa lata wcześniej.

Adolf prowadził sklep przy Rynku, na co jednoznacznie wskazuje zarówno pocztówka, jak i reklama z 1914 r.

Dorotka na pewno dorastała w  Rybniku w jednym z mieszkań przy Zamkowej, aż do momentu, gdy rodzice zadecydowali się wyprowadzić z Rybnika. Jak zwykle nasuwają mi się same pytania bez odpowiedzi. Czy stało się to jeszcze przed 1921 r.? Czy powodem wyjazdu rodziców było to, że na majątku Aronadych został Alfred – brat Adolfa? Czy wyjechali od razu do Berlina, czy też po drodze była Kamienna Góra, czyli Landeshut? Natrafiłam bowiem na takie ogłoszenie z 1928 r., ale nie jestem pewna, czy reklamujący się z towarami kolonialnymi, czekoladami i cygarami w Landeshut Adolf, to ten nasz – rybnicki.

W 1939 r., gdy przed rynkową kamienicą Aronadych przejeżdżało wojsko Wehrmachtu, Dorki i jej rodziców w Rybniku już nie było. Zakładam, że 19-latka mieszkała już w Berlinie, tak jak i jej rodzice – Klara i Adolf. W Berlinie, w którym od paru lat inny Adolf planował swój Endlösung der Judenfrage.

Rodzina Aronadych, w tym i Doris, wraz z milionami innych, miała zostać zgładzona, bo taki miał plan ten mały człowieczek. I w ramach tego strasznego planu imiennika zbrodniarza i jego żonę Klarę wywieziono z Berlina do Theresienstadt w lipcu 1942 r, gdzie oboje zmarli w krótkich odstępach czasu. Jak podano na aktach zgonu w przypadku Adolfa był to uwiąd starczy (sralis mazgalis referendis duptis bym powiedziała  😡 ), a Klara niby na cukrzycę.

Czy będąc w obozie wiedzieli, że ich córka ma szansę na ocalenie? Czy gdy ich wywożono sprzed Prager Straße 34, Doris już się ukrywała w tym samym centrum zła, jakim była stolica Niemiec? Czy zdążyli się pożegnać? Co czuli, ci dwaj starsi ludzie, gdy gnano ich do pociągu? A Doris? Czy Theo Ziegel z Wągrowca, młody farmaceuta był jej miłością? Jak zdołała znaleźć kogoś, kto jej pomógł? Tak, tak. Dorce, rybniczance, która została berlinianką, pomogły Niemki – też mieszkanki Berlina. Psińco o nich wiem, ale znam ich imiona i nazwiska. Były to dwie siostry Geyer – Maria i Gerda mieszkające w dzielnicy Britz przy Buckower Damm 3. Przynajmniej tyle można wysznupać w google books. Tylko tyle i aż tyle. Żydowska panienka Doris z Rybnika przeżyła koszmar II wojny światowej w Berlinie dzięki Marii i Gerdzie.

Po wojnie Doris została w Berlinie i zaczęła poszukiwać bliskich.

Jak większość ocalałych dawała ogłoszenia w prasie. Nie mam pojęcia kim była poszukiwana, poza rodzicami i prawdopodobną miłością czyli Theo, Else Bender deportowana do Kowna. Może była to bliska przyjaciółka… W końcu świadkiem na ślubie rodziców Doris był Ignatz Bender, więc powiązania Aronadych i Benderów były dość ścisłe.

A Theo? Był młodym farmaceutą, bo tyle udało mi się ustalić. Czuję, że nie szukałaby go po wojnie gdyby nie był dla niej bardzo ważny. Był z Wągrowca, czyli nie był w żaden sposób powiązany rodzinnie z Doris. Studia ukończył w Berlinie, jest więc wielce prawdopodobne, że był wybrankiem jej serca.

W spisie więźniów Auschwitz widnieją dwie osoby o tym nazwisku i imieniu ale o innych numerach obozowych: 104884 oraz 104889. Zresztą bardzo sobie bliskich, czyli może to być tylko jedna osoba a w nazistowskich zapiskach jest jakiś błąd. Sądzę, że Theo nie przeżył  🙁

Z rybnickiej rodziny Aronadych zginęło wielu – m.in Emma, siostra Adolfa, którą też wywieziono z Berlina  ➡ do lasu Bikernieki koło Rygi.  Tylko nielicznym, jak Doris, udało się przeżyć.

Doris ponoć wyjechała po jakimś czasie do USA. Zapewne dla celów wizowych był jej potrzebny wyciąg z aktu urodzenia. Ślad po niej się urywa. Była Żydówką, rybniczanką, mieszkanką Berlina, na końcu została obywatelką Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, czy miała dzieci.

Opisałam jej historię, a raczej Herstory, choć w przypadku niemieckiej Żydówki właściwiej będzie ihre Geschichte w ramach warsztatów prowadzonych przez ➡  Fundację Re:akcja.

 

Akty zgonów Klary oraz Adolfa Aronade pochodzą ze strony ➡  Muzeum w Terezinie.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Doris Aronade – her story została wyłączona
Czerwiec 28

Po tej „Lotce” zostało tylko zdjęcie

Charlotta Rosenberg z domu Rosenbaum… na jej zdjęcie na stronie Yad Vashem trafiłam już dawno. To jedna z tych fotografii, które prześladują. Piękna kobieta o dużych ustach, starannej fryzurze i strachu w oczach. Choć może to jeszcze nie ten ostateczny strach, a jedynie niedowierzanie na widok tego, co się dzieje dookoła?

Już wtedy dodano jej narzucone imię Sara. Na odwrocie fotografii, którą zrobiono w będzińskim getcie dopiski: „Charlotte Sara Rosenberg, geb. Rosenbaum, 5.12.1907. Rybnik, ohne Beruf, wohnh. Bendsburg, Kasernenstr. 94”. Tłumacząc na nasze, to Charlotta została opisana, jako urodzona w Rybniku, bez zawodu, zamieszkała przy ówczesnej ulicy Kasernenstrasse pod numerem 94. Czyli na Warpiu, dzielnicy, w której było tzw. „duże getto”.

Jak podaje Wiki, domki przy tej ulicy (obecnie to 1 Maja) były byle jakie, choć jest jedna cenna informacja, mówiąca, iż budynek nr 94 miał 3 kondygnacje. Można sobie wyobrazić, a raczej nie, nie można sobie wyobrazić tego, co tam się działo. Nikt z nas obecnie, nie może sobie tego wyobrazić. Możemy jedynie to wyczytać w relacjach tych, którzy przeżyli. A to jakby porównywać lekki katar z umieraniem na raka.

Wracam do Charlotty, czyli drugiej Lotki, dla której zakładam osobną szufladkę. Pierwszą była Charlotta Prager, ale jej życie dobiegło zapewne w naturalny i właściwy dla ludzkiego świata sposób ( ➡ więcej TU). Druga Lotka zginęła w Holokauście, mając trzydzieści parę lat. Była w kwiecie wieku.

Urodziła się w naszym małym miasteczku przy ówczesnej Breitestrasse, czyli Szerokiej (obecnie Sobieskiego). Tata Izydor był fryzjerem, co z wielkim trudem udało mi się odcyfrować na jej akcie urodzenia.

Po dwóch latach miała młodszą siostrzyczkę – Ernę. Tata był zapewne pobożnym Żydem, czyli gdy trzeba zamykał swój zakład z okazji wielkich świąt – tak, jak to robili i inni rybniccy izraelici.

W ciężkim dla naszego regionu okresie, za krótkiej kadencji rabina Nallhausa, Isidor obchodził swoje ważne urodziny, co rabin skrupulatnie zapisał w prowadzonym notatniku.

Gdy przyszły polskie czasy stary golibroda nie wyjechał z Rybnika i na pewno wraz z żoną Fryderyką marzył, by jego córki pootwierały małe biznesiki i dobrze wyszły za mąż. Może w duchu mu się śnił za zięcia jakiś bogaty Brauer, czy Priester, kto wie  😉 Sądząc po podatkach, które płacił sam do bogaczy nie należał, więc choć dla córek chciał lepszej przyszłości. No cóż, ale życie płata figle. Przynajmniej, jak tak założyłam, bo jak zwykle trochę fantazji trzeba wprowadzić w te luki, których nijak nie wypełnię, bo nie mam żadnych źródeł.

Uwaga, teraz puszczam wodze swojej wyobraźni. Co prawda kolejne zdania to takie śmoje boje, ale jednak na czymś oparte. Młoda Lotta była już piękną panną do wzięcia i może i oglądali się za nią lokalni młodzieńcy z górnej półki, ale nagle pojawił się w mieście bidny polski Żyd o imieniu Maurycy, a w zasadzie to Moniek. Lotta już skończyła 20 lat i hormony w niej buzowały. Miłość przyszła jak sraczka. Cóż miał poradzić stary Izydor? Nic. Zezwolił na ślub, ale przykazał pierworodnej, by otworzyła sobie mały sklepik ze słodyczami na siebie. Zięć dostał jedynie prokurę.

Musiał tak postąpić, bo Moniek był jedynie zwykłym szewcem, w dodatku z niewielkimi dochodami, co widać po malutkim wymiarze składki, którą płacił na rzecz gminy. 24 złote to było naprawdę niewiele. Przy okazji tego spisu podatkowego myślę, że wymieniony w nim Dawid Rosenberg – kramarz był szwagrem Lotty, czyli bratem Maurycego.

I tak sobie żyli w Rybniku, znosząc antysemityzm czasów międzywojennych i borykając się ze zwykłymi sprawami. Czyli urodziły im się dzieci to nie wiem, ale myślę, że tak. A to jeszcze bardziej czyni tą opowieść smutną. Nie zakładam bowiem, by ktoś z tej rodziny przeżył. Przetrwało jedynie zdjęcie Lotty wraz listą stworzoną przez Judenrat w Będzinie, na której jest jej imię i nazwisko.

Niech  Jej  dusza  będzie  włączona  w  wieniec  życia  wiecznego! תנצבה

Żródła:

Yad Vashem, Archiwum Państwowe w KATO oraz Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Instytut Leo Baecka

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Po tej „Lotce” zostało tylko zdjęcie została wyłączona
Czerwiec 10

Richard Heinzelmann, czyli o znaczeniu słówka traf

Ciężko mi było wymyślić tytuł tej historii. Od godziny siedziałam na balkonie patrząc naprzemiennie to na lap, to na chmury, ponownie zbierające się nad Radlinem i traf sprawił, że w TV ktoś tam coś bąknął o trafianiu do bramki (bo u nas albo sport 😡 ,  albo polityka 😡 ) i trafiło mnie palnięcie w łeb  😀 Mam! To będzie opowieść o trafie, czyli przypadku. Zanim jednak do niego dojdę, to muszę się cofnąć do stycznia 2016 r., gdy na allegro rzucił mi się w oczy dokument, którego niestety nie udało mi się kupić. Nie mam aż tak pofyrtane w głowie, by dawać za przedwojenny papier prawie 500 PLN-ów. Nawet, jeśli on dotyczy jakiegoś rybnickiego Żyda. A ten dotyczył. Było to pismo z 1937 r. wysłane przez naszego dentystę – Ryszarda Heinzelmanna do Sądu Grodzkiego w Jarocinie, w którym zwracał się z prośbą o przesłanie dokumentu urodzenia Herminy Kallmann.

Zrobiłam jedynie kopie tych zdjęć na allegro i wsadziłam sobie do folderu „Heinzelmann”.

Takie pismo to niesamowite źródło informacji. Nie trzeba być wybitnym detektywem, by ustalić, że żona Ryszarda była z domu Kallmann, oraz że była córką wymienionego we wniosku Hermanna, choć raczej nie była rzeczoną Herminą, bowiem miała na imię Margarete. A jak to ustaliłam? Ano na podstawie aktu urodzenia syna Richarda i właśnie Margarete, czyli Herberta. Akt narodzin z 1905 r. miałam w laptopie, więc trzy osoby były ustalone.

Widziałam, jak się elegancko reklamował, wskazując miejsce swego gabinetu, czyli kamienicę Frau Fr. Kollar, położoną przy Gleiwitzerstr. 2, w której to nota bene urodził się syn Herbert.

Kamienica stoi do dziś, choć, które mieszkanie zajmowali państwo Heinzelmann, to nie wiem. Może to z balkonem  😉 Ono takie ładne. Dawno temu, gdy zawodowo zajmowałam się mieszkaniami (tfuu, tfu, na psa urok, oby już nigdy :mrgreen: ), byłam tam.

Choć nie kupiłam tego pisma, to jednak starałam się wtedy ustalić, co się stało z dentystą Ryszardem (przed czasami polskimi – Richardem), ale moje próby spełzały na niczym. Wiedziałam, że z Gleiwitzerstrasse przeniósł się na Ratiborerstrasse 4, bo pod tym adresem reklamował się od 1913 r. Zresztą raz z niego był Zahntechniker, a raz Dentist  😉 Jedno pewne, łatał dziury i wyrywał zęby.

Miałam zdjęcia dokumentów, świadczące o tym, że był jednym z nielicznych niemieckich Żydów, którzy u nas zostali po 1922 r. Wiedziałam jakie podatki płacił na rzecz gminy żydowskiej.

Dokumenty mówiły mi, że wybierano go na reprezentanta gminy żydowskiej. Patrzałam sobie na jego podpis…

Ale co się z nim stało od momentu, gdy starał się dostać z Jarocina dokument, który był dla niego „koniecznie potrzebny celem uzyskania wizy wyjazdowej”, to nie wiedziałam. Ryszard – dentysta chciał wyjechać, a do tego potrzebny mu był  jakiś dokument, od którego miał zależeć los jego i rodziny. Aaa, jeszcze wtedy mi się przypomniało, że mój ukochany Jay Kuperman, jeden z dwóch ostatnich (znanych mi osobiście) żyjących rybnickich Żydów, swego czasu mi o owym dentyście wspominał, że takowy był i mieszkał przy ul. Raciborskiej. Tyle i aż tyle udało mi się ustalić. ponad rok temu. Naiwnie sobie założyłam, że wszystkie niezbędne papiery załatwił i wyjechał do jakiegoś kraju, w którym nie rządzili naziści, ani go też nie zajęli po wrześniu 1939 r.

Minął dużo ponad rok, Heinzelmann se leżał odłogiem w koszulce i w laptopowym folderze. Aż nadeszła ciepła czerwcowa sobota w mojej pracy, gdy mieliśmy spotkanie z niewiarygodnym dr. Janem Krajczokiem, prezentującym swoją nową książkę o tajemnicach zameczku w Czernicy. Po sympatycznym spotkaniu usiedliśmy sobie na dodatkowe pogaduchy na tyłach halo! Rybnik – z Jankiem, jego siostrą i jedną uczestniczką wieczoru autorskiego. Gadamy o dużym i małym świecie, aż tu słyszę obcasy mojej Olutki, z którą w tym dniu miałam dyżur. Oho! Jacyś anglojęzyczni goście chyba. Wychodzę z zaplecza, zostawiając dyskutantów, idę za swoją ladę i widzę grupę ludzi.

Ja: Hi! (Oni w zasadzie po mapę miasta.) Where are you from? (Skąd jesteście?)

Jeden z nich: From USA. (Ze Stanów).

Ja: Here? In Rybnik? From USA? (Tutaj? W Rybniku? Ze Stanów?).

On: Yes, I had family here. My grandfather was born here. He was a German and left to USA in 1938. (Tak, miałem tu rodzinę. Mój dziadek tu się urodził. Był Niemcem i wyjechał w 1938 r. do USA.)

Ja z grubej rury, totalnie na bezczelnego: Was he a Jew? (Czy był Żydem?) W sumie, to było to logiczne pytanie, bo mało było Niemców nie-Żydów u nas przed wojną.

On z byczym uśmiechem: Yes. His name was Heinzelmann. (Tak. Nazywał się Heinzelmann).

Znaczenie słowa traf: przypadek, zbieg okoliczności. A po śląsku cufal. To był ten cufal, czyli TRAF. Ten traf, że oni trafili do halo! Rybnik, gdzie ja pracuję. To był ten TRAF, że ja byłam na szychcie. Traf, że im trafiło spotkać mnie, a mnie trafiło spotkać ich.

Dla mnie to było takie kolejne jebut :mrgreen: , gdy praca przynosi nieoczekiwaną radość. Nawijałam jak opętana, oni zresztą też (na szczęście goście na patio mieli swoje tematy o tych światach, religiach, historiach). Niestety byłam wtedy bez swojego laptopa w pracy. W dodatku tak mnie od tego jebut zaćmiło, że nie potrafiłam sobie niczego przypomnieć o jakimś tam Herbercie Heinzelmannie, który był dziadkiem miłego czterdziestolatka Juliana, a zarazem pradziadkiem sympatycznej nastolatki urodzonej na Hawajach. Poza tym, wierzcie mi, mnie oni się już wszyscy mylą 😉

Reszta rodziny na zdjęciu, to mama Juliana oraz jej drugi mąż z Indii i żona Juliana z Nowej Kaledonii. Religijno-narodowościowy misz-masz powiązany z Rybnikiem.

Półtorej godziny im opowiadałam o rybnickich Żydach. Obiecałam, że jak tylko dotrę do domu, to sprawdzę co mam o tych Heinzelmanach. Oni sami niewiele wiedzieli, nie mówiąc, że imię Ryszard (Richard) nie padło, a wymieniany przez nich Herbert nic mi nie mówił. Umówiliśmy się, po wymianie maili, że przyjdą do halo! Rybnik ponownie w poniedziałek, gdyż w niedzielę mają zamiar zwiedzić Wrocław.

Wracając do domu, na wysokości Hajdy (rybniczanie wiedzą gdzie to) było kolejne jebut, że aż sobie poważnie i ostro zaklęłam na głos. Małgosia! Ty ćwoku! Toż to był dentysta! Ten od pisma do Jarocina. Kolację wrzucałam w siebie równocześnie włączając lapa i rozbierając się do domowych ciuchów. Rodzina wie, że takie okoliczności przyrody jednoznacznie wskazują na odnalezienie kolejnego rybnickiego Żyda. Są już na to zobojętnieni. Jedyny dziadek się jeszcze tym jara, choć zawiłości genealogicznych na pewno nie skumał  :mrgreen:

Do nocy siedziałam i wysyłałam to co znalazłam: wykazy podatkowe, reklamy, akty urodzenia, pismo do Jarocina, stare pocztówki, które pokazywały ulicę Gliwicką i Raciborską. No i tak właśnie koło północy przyszło trzecie jebut. Ponownie do mnie dotarło, że trzeba patrzeć wiele razy na to samo, bo za każdym razem widzi się coś innego. Albo dojrzy się coś nowego, jak choćby w przypadku odkrycia ➡  Dawida Hoenigera.

Posortowałam sobie stare pocztówki pokazujące róg Rynku i Raciborskiej, bowiem na samym jej początku Richard Heinzelmann, ojciec Herberta, a zarazem pradziadek gościa, który trafił do mojej pracy, miał gabinet. Kamienica nie dotrwała do naszych czasów, dziś w jej miejscu można zjeść obiad w knajpie zwanej Delicje. Już miałam kliknąć wyślij, gdy patrzę i widzę fragment reklamy: „…nzelmann (-) – Atelier”.

Patrzę na drugą, powiększam i jest! Reklama Richarda Heinzelmanna! Nad nią Salo Prager, a wsio na kamienicy Hermanna Sladky.

Ale to wszystko jeszcze nic! Stopniuję napięcie jak jakiś Hitchcock. Gdy w ubiegłym roku robiłam ten research dotyczący Richarda, na jednej ze stron genealogicznych znalazłam jego maluteńkie zdjęcie. Nigdy nie pisałam do zarządzającego tym rozległym drzewem, ale fotę Richarda i jego Margarete skopiowałam. Jak już odkryłam te dwie reklamy, to zaczęłam analizować trzecią pocztówkę, którą miałam wysłać Julianowi. Jest to ujęcie ulicy Raciborskiej, ale nie od strony Rynku, a w jego stronę. Czyli kamienica, w której znajdował się gabinet Richarda jest po lewej stronie. Widać początek Raciborskiej, ludzi stojących i patrzących na fotografa. Czwartego jebut moja głowa już nie przeżyła. Poszłam sobie zrobić kolejną kawę, zupełnie już nie zwracając uwagi na masakryczne chrapanie męża i ten jego posrany TV, z którego leciały informacje, od których dusza boli, a do którego leciały ćmy.

Popatrzcie! Porównując maluteńkie zdjęcie Richarda, które wkleiłam w pocztówkę i twarz stojącego przed kamienicą nr 4 człowieka widać, że to nasz dentysta.

Wszystko opisałam po angielsku, przetłumaczyłam treści polskich dokumentów i poszłooooo na @ z zapytaniem, co się stało z Richardem. Niestety, wg informacji rodziny Richard, niemiecki dentysta z Rybnika i jego żona Grete nie zdołali uciec Hitlerowi  🙁  Do Stanów wyjechał jedynie ich, urodzony w Rybniku, syn Herbert z żoną, którą poznał w mieście Breslau, bowiem tam żył od końca lat 20-tych. W USA zmienił nazwisko na Heinz.

A wiecie, że był jeszcze jeden traf w tej całej opowieści? Otóż goście w zasadzie nie mieli w planach zwiedzania Rybnika. Mieszkają obecnie we Wiedniu i chcieli zwiedzić Wrocław, a przedtem Katowice. W drodze do KATO, żona Juliana zobaczyła drogowskaz: RYBNIK. Spytała: A czy przypadkiem to nie jest miasto, gdzie urodził się twój dziadek Herbert? Julian odpowiedział: Tak, ale ja tylko wiem, że tam się urodził. Zjechać z drogi to żaden problem. Rozejrzymy się po mieście i pojedziemy dalej. 

Szczęśliwym trafem dotarli do mojej pracy, postanowili ciut zmienić plan pobytu w Polsce, nawet zanocowali w Rybniku, jedli w naszych knajpach, porobili zakupy, wrócili do nas ponownie z WRO, czyli oprócz mojego i ichniego zadowolenia, doszły do tego korzyści ekonomiczne dla miasta  😆

Poniedziałkowa wizyta pozwoliła im na dokładniejsze zwiedzenie miasta, szczególnie miejsc, w których przyjmował pacjentów ich przodek – Richard Heinzelmann i gdzie mieszkał jego syn Herbert. Herbert opuścił Europę w 1938 r., na Kubie, która była dla wielu Żydów miejscem oczekiwania na wizę amerykańską, urodził mu się syn, którego syn wraz z córką odwiedził mój Rybniczek. A wszystko sprawił traf  🙂 Oby mi się takie trafy trafiały jak najczęściej, choć z drugiej strony 4 jebuty w ciągu jednego dnia mogą doprowadzić to wylewu, czy inkszego nieszczęścia 😆