Grudzień 16

Nie nasi, a nasi

Tak się relaksujecie przed świętami, co? A może wręcz przeciwnie i latacie ze szmatami i wycieracie kurze w każdym kątku waszych wypasionych domów. Noo, albo narzekacie, że premii świątecznej za mało dostaliście, że na drogach korki, w lufcie smog, w sklepach tłumy a politycy oszukują. A może, że macie już dość firmowych wigilijek. Bądź, że trzeba będzie kupić głupiej ciotce prezent i wysłuchiwać jej ględzenia podczas Wigilii. To jak wam tak źle, albo jak wam za dobrze, to posłuchajcie opowieści o tych, po których zostało kilka zdjęć i parę aktów urzędowych. Mnie akurat wkurzył WordPress, na którym jest postawiona Szuflada (pociągnął jakąś aktualizację i nie potrafię normalnie pisać postów), więc też mi się przyda przeglądnięcie szufladki Janka i Marysi.

Nie miałam pojęcia jak zacząć opowieść o rodzinie Radoszyckich, no więc zaczęłam tak jadąc po świątecznej bandzie. Ich zdjęcia, skopiowane z Yad Vashem, mam od lat. Najpierw znalazłam Marję i Jasia, bo ich miejsce urodzenia to był Rybnik. Potem, dzięki koleżance dopasowałam do nich rodziców – Itlę i Symchę. Będzińscy Żydzi. Czyli nie nasi. Ale jednak nasi, bo przyjechali do Rybnika. Kiedy? Na pewno przed grudniem 1931 roku. Wtedy bowiem Itli i jej mężowi o imieniu Symcha (Symsze?) urodził się Jaś Leon. Gdyby przeżył wojnę 8 grudnia skończyłby 87 lat.

Krótko po urodzeniu Janka, czyli w styczniu 1932 r. rodzice wzięli w Rybniku ślub cywilny. Sądzę, że mieli przedtem zawarty ślub rabinacki, czyli religijny, który być może w województwie śląskim, do którego należał Rybnik nie był honorowany. Będzin, z którego przyjechali państwo Radoszyccy należał wówczas do woj.kieleckiego. Nie znam się na niuansach związanych z prawem administracyjnym z tamtych czasów i jedynie sobie tak kombinuję. Moje głośne myślenie wynika z tego, iż na akcie zawarcia małżeństwa Symcha (czy też Binem bądź Bunem) uznaje za swoje dziecko „urodzone od jego małżonki”. Wątpię, by uznawał za swe cudze dziecko. Czyli… przedtem zawarli ślub przed rabinem w Będzinie, a potem, cywilny przed urzędnikiem stanu cywilnego pana Piechy, w obecności dwóch świadków. Jednym z nich był kupiec Edmund Klimentowicz, zamieszkały w Rybniku przy ul. Łony 5, a drugim kupiec Aron Stein z Oświęcimia.

Kim byli nowi mieszkańcy Rybnika? Itla, z domu Pinczewska, urodziła się w Książu Wielkim (nie mylić z Książem pod Wałbrzychem). Byłam kiedyś w tej małopolskiej wsi w powiecie miechowskim. Synagogę i cmentarz żydowski tam wówczas zastałam w tragicznym stanie. Jak wynika z aktu ślubu, mama Itli już nie żyła, a tata Abram Pinczewski mieszkał w Warszawie. Śląska Biblioteka Cyfrowa co nieco mi znalazła na temat państwa Pinczewskich. Antysemickie gówno jakim było czasopismo „Do czynu” nieźle ich szkalowało, gdy byli jeszcze na Śląsku, gdzie zmarła mama naszej będzińskiej rybniczanki. Mąż Itli – Symcha, zgodnie z tym co widać na akcie ślubu był cukiernikiem. Przekopałam się przez wszystkie książki teleadresowe, mam na myśli te biznesowe, i nie znalazłam Radoszyckiego. Uważam więc, że nie miał swojego interesu w Rybniku a jedynie był czyimś pracownikiem. Może robił u samego Stokłosy? A może w fabryce cukierków Sobczika? Nie wiem i raczej się nigdy nie dowiem. 

Itla delikatną urodę miała, bujny włos i smutny wzrok.

Mąż zaś taki sobie. Zdjęcia, które przedstawiam pochodzą ze strony Yad Vashem i były zrobione w getcie w Będzinie. Dlatego należy wziąć pod uwagę okoliczności ich robienia. W czasie wojny Symcha już słodkości nie tworzył  🙁 

Jego rodzicami byli sekretarz szkolny Markus Radoszycki oraz żona przy mężu czyli Bajla Ita. Bajla należała do głęboko religijnych żydówek, co widać po peruce na jej głowie. Markus chyba był sekretarzem w szkole żydowskiej.

Młodzi Radoszyccy chcieli się wyrwać z ortodoksyjnego domu. Chcieli w inny świat. Uznali, że Śląsk to będzie ich El Dorado. Może najpierw próbowali zakotwiczyć się w Katowicach, ale się nie udało? Może któryś ze znajomych już wtedy był w Rybniku i ich do nas ściągnął? A może jakaś firma rybnicka poszukiwała cukiernika? A może tak zwyczajnie spakowali skromną walizkę, wsiedli do jednego pociągu, potem do drugiego i wysiedli na nieznanej stacji, a na bilet powrotny kasy nie było to zostali, bo zbliżał się termin porodu. Nie wiem gdzie mieszkali. Nie wiem gdzie pracował Symcha. Wiem, że na pewno chodzili do synagogi, bo aż tak z korzeniami nie potrafili zerwać. Wiem też, że w 1934 r. urodziła im się córeczka Maria. Śliczna była. Smutnie patrzała na fotografa  😥 Mam wrażenie, że łzy łykała.

I tak rodzina mieszkała w Rybniku do wybuchu wojny. Potem, albo została przesiedlona do Będzina, albo sama przed wysiedleniem wyjechała do rodzinnego miasta. Na każdym z powyższych zdjęć są adnotacje w języku niemieckim. Mężczyźni zostali naznaczeni dodatkowym imieniem Izrael, a kobiety Sara. 

Według odręcznych notek wynika, iż Radoszyccy zamieszkali przy ul. Modrzejowskiej 88, czyli wówczas Marktstrasse. Po utworzeniu getta, właśnie przy tej kamienicy znajdował się punkt kontrolny. Moja koleżanka z forum Eksploratorów wiele lat temu zaczęła projekt pt. ➡ Zapomniane twarze będzińskich ulic

Fotografowała miejsca i umieszczała w nich zamordowanych Żydów z będzińskiego getta. W jej projekcie znalazła się też rodzina Radoszyckich i kamienica przy Modrzejowskiej 88, choć ponoć jest problem z lokalizacją. Zobaczcie jak Marktstrasse 88 wygląda współcześnie.

Może po tych schodach Jaś i Marysia uciekali, gdy na ulicy zaczynała się jakaś strzelanina? Może po tych schodach Koffermacher, bo jako cukiernik był bezużyteczny, Symcha wracał z fabryki walizek Frochzweiga? Może gdzieś w tej piwnicy chowali się przed ostateczną wywózką? 

Czy przez to okno ze strachem patrzeli na ulicę pozostali mieszkańcy tej kamienicy? Jak choćby szykowny Aron czy wielkouchy Hersz – obaj też pracownicy fabryki walizek. 

Czy z Itlą, jakby nie patrzeć rybniczanką przez jakiś czas, dzieliła się obawami, strachami i smutkami młodziutka Ewa? Czy Itla zwierzała jej się ze swoich najczarniejszych myśli, o których nie mówiła mężowi, a tym bardziej dzieciom? W końcu obie pochodziły prawie z tych samych stron. 

Jest jedna niezgodność co do adresu w trakcie pobytu w Będzinie. Strona JewishGen podaje, na podstawie dokumentów w ŻIH-u, iż moi Radoszyccy (nota bene w Bendsburgu mieszkańców noszących to nazwisko było 23) mieszkali przy ul. Zawale 10. No, ale mogli przebywać i tu i tu. Budynku nr 10 przy ulicy Zawale nie ma obecnie.

A potem przyszedł rok 1942, a może 1943. Nie wiem przy której selekcji wysłano, nie naszych, a jednak naszych, Radoszyckich do obozu zagłady. To zostanie tajemnicą już na zawsze. W ich sprawie nikt do mnie nie napisze. Nikt ich nie wygoogluje. Żaden potomek się do mnie nie zgłosi. Wygumkowano ich. Nawet nie skreślono, a wymazano na amen. Zostały tylko te zdjęcia zrobione przez Judenrat, akt ślubu i zapewne dwa akty urodzenia w rybnickim USC. Został projekt klamerki na forum Eksploratorów, moja szufladka i jeszcze coś. Coś, co będzie przypominać o naszym Jasiu i naszej Marysi – urodzonych w Rybniku dzieciach, które zginęły w komorze gazowej.

Oboje zostali upamiętnieni w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach na wystawie stałej. I to przetrwa najdłużej. 

Przeczytali? To możecie wracać do sprzątania, kupowania prezentów, myślenia o cioci. I proszę zero narzekania, marudzenia i pitolenia jak to źle jest. Ja już też olewam ten zmodyfikowany WordPress i sprzątanie i to, że koty mi sikają na kanapy. To są wszystko małe pikusie. Cieszcie się życiem i n-tymi skarpetami czy książką kucharską pod choinką. 

 

Zdjęcia: klamerka, ja oraz ze strony Yad Veshem

 

Grudzień 10

Autopromocja, czyli rok mediów

Uwaga! Wpis zawiera lokowanie produktu  :mrgreen: Jak ktoś nie lubi reklam, to niech kliknie taki krzyżyk z prawej strony na górze.

Remanentu ciąg dalszy. Warszawską konfę opisałam, to czas na autopromocję, czyli medialne podsumowanie 2018 roku.

Zaczęło się od startu w konkursie na „Człowieka roku”, ogłaszanego przez internetowy portal rybnik.com.pl. Startowałam w dwóch kategoriach: kultura oraz człowiek roku wg internautów. Poważnych i zasłużonych przeciwników miałam 🙂 Ale i wierną grupę głosujących oraz niesamowitego coacha, czyli mojego byłego szefa, dzięki któremu w głosowaniu zajęłam drugie miejsce. W mieście, gdzie rządzi żużel i gdzie ma tak ogromną rzeszę fanów, bycie drugą na mecie – zaraz za wyśmienitym żużlowcem Kacprem Woryną, to był dla mnie niewiarygodny wyczyn. Kacper! Jeszcze raz brawo za zdobycie pierwszego miejsca i za tą wspaniałą sportową walkę! Walka „ż” kontra „ż” 😉 czyli żużlowiec kontra „żydówka” to było coś!

https://www.rybnik.com.pl/glosowanie,czlowiek-roku-rybnik-com-pl-2017,27.html

Powtórzę, to co napisałam wówczas na Fb. Jestem wdzięczna WSZYSTKIM, którzy oddali na mnie choćby jeden głos, klik, czy sms. Dziękuję mojemu managerowi ds. marketingu, czyli Andrzejowi. Jego codzienne wpisy i nagabywanie znajomych były nadzwyczajne. Nie byłoby takiego wyniku gdyby nie Ola, przyboczna zdalna sekretarka – razem z naszym Endrju vel Muflonem, byliśmy ponownie jak „Załoga G”, czyli team, który przez cały 2017 rok na te ponad 4200 głosów zapracował. Dziękuję wszystkim FORowiczom, czyli członkom Forum Obywateli Rybnika. Dziękuję kolegom z Forum Zapomnianego Rybnika oraz członkom Forum Zbuntowanych Poszukiwaczy. Dziękuję rodzinie, tej bliskiej i dalekiej. Poranne przeliczania stanu głosów, które robił mój Tata czasem doprowadzały mnie do pasji, ale wiem, że to z miłości. Dziękuję przyjaciołom, sąsiadom, fejsbukowym znajomym – tym znanym i nieznanym (tu ukłon dla znajomych Andrzeja, bo to był wielce zdyscyplinowany elektorat). Dziękuję Olutce, Donacie, Alicji, Gabrysi, Łukaszowi, Halince, Marysi i Mariuszowi, pp. Bulandrom, Likom, koleżankom ze studiów podyplomowych, judaistom. No i dziękuję moim żydowskim przyjaciołom, którzy klikali z całego świata. Moniko, byłaś pomysłodawcą mojego startowania – to też był Twój sukces!

W głosowaniu kapituły (na nią od początku nie liczyłam) w kategorii kultura wygrał bardzo uzdolniony młody saksofonista Kuba Więcek. Brawo! Stojąc pierwszy raz w życiu na scenie naszego teatru myślałam jedynie, by się nie wywalić w butach na obcasach, które na tą okazję kupiłam. Jednak wolę swoje cichobiegi i trepy, a eleganckie trzewiki niech noszą eleganckie laski, a nie takie podstarzałe hipiski jak jak.

(fot. www.rybnik.com.pl)

Po kilku miesiącach, pod koniec sierpnia, wróciłam do portalu rybnik.com.pl  :mrgreen: Zostałam zaproszona przez redaktora naczelnego Wacława Wranę do programu pt. „Dziękuję, nie słodzę”.

(fot. Dominik Gajda)

Nie pozwoliłam się zafluidować ani pomalować ust szminką, czym lekko zbulwersowałam panią przygotowującą do wywiadu. Choć na moje rozeznanie byłam dość wyciaprana na buzi, to pani makijażystka skonstatowała patrząc na mnie: „Ma pani makijaż sauté„. Lepiej być sauté niż ociekać kosmetykami.

Parę pytań mnie nieźle zaskoczyło  :mrgreen: co widać na mojej twarzy. Andrzej jest nadal na liście do odstrzału 😉 Kto chętny, niech sobie obejrzy  ➡

https://www.rybnik.com.pl/video,dziekuje-nie-slodze-malgorzata-ploszaj-odc-63,vid5-24-1668.html

Opowiadając o sukcesie i o odkryciach Szuflady wskazałam na to, że kontaktują się ze mną potomkowie, którzy trafiają do tego zakątka internetu. Od tego czasu mam następny taki strzał! Ale na razie niech czeka w szufladce na swój czas 😉

Po ważnym rybnickim medium internetowym, we wrześniu przyszedł czas na telewizję. Gdyby mi ktoś kilkanaście lat temu powiedział, że będę opowiadać o naszych Żydach, w tym o rodzinie Haase, dla telewizji publicznej, to bym mu powiedziała, że ma się klupnąć w łeb i zamówić se wizytę na Gliwickiej. Nie-rybniczanom wyjaśniam, iż przy tej ulicy mamy byczy, stary i nadal funkcjonujący szpital psychiatryczny. Wyobraźcie sobie, że ja o tych moich Żydach opowiadałam jako o ważnym elemencie historii miasta! Kilkanaście lat temu tak totalnie zapomniani, a teraz o nich się dowie Polska. Srał pies, że to dla telewizji publicznej, której programowo od 3 lat nie oglądam. Ten program, który nazywa się „Zakochaj się w Polsce” zobaczę. Bo będzie o moim Rybniku i o moich Żydach, no i o Marszu Śmierci. Oczywiście będzie nie tylko o społeczności żydowskiej, ale to, że ktoś wskazał na mnie, bym o niej opowiedziała, to jest to triumf, bomba, wiktoria, sukces i co tam ino jeszcze. Twardoch by to na pewno potrafił opisać – ja nie bardzo. Program ma być puszczany w TVP na wiosnę, a jego prowadzącym jest Tomasz Bednarek. Zdaję sobie sprawę, że ileś z mojej wypowiedzi będzie wycięte. Nieważne. Ważne, że! Że będzie to na wizji.

Poniższe zdjęcia zostały zrobione na cmentarzu psychiatrycznym przy mogile zbiorowej z Marszu Śmierci w trakcie luźnej rozmowy o wszystkim i o niczym z panem Bednarkiem.

 

A teraz ostatni akord medialny 2018 roku  :mrgreen:  Pamiętacie mój bardzo odległy wpis o cmentarzu w Raciborzu i radiu BBC? Ukazał się w lutym 2015 roku i nosił tytuł  ➡ To jest polski kraj, więc nie pytaj why. Gdy został przeze mnie napisany, to dzięki podlinkowaniu przez portal „Nasz Racibórz” miałam największą, jak do tej pory, liczbę wejść na Szufladę jednego dnia. 1626 niezależnych wejść. Niepobity do dziś rekord. Otóż Adrian Goldberg, dziennikarz, który wówczas przyjechał, by upamiętnić 70-tą rocznicę wyzwolenia Auschwitz, a także by opisać miasto swoich przodków, postanowił wrócić do Raciborza. Tym razem oprócz radiowców, miał przyjechać z ekipą telewizyjną. Znowu BBC. Dokładnego celu wizyty to nie skumałam, ale sądzę, że programy mają być o cmentarzu żydowskim w Raciborzu oraz o społeczności żydowskiej w tym mieście. Dla potrzeb audycji skontaktowałam Adriana z Robertem Urbanowskim z lokalnego Żydowskiego Teatru Midraszowego.

Wczesnym, zimnym, listopadowym rankiem wyruszyłam do Raciborza. Meeting miał być na rynku. Po ostatnim doświadczeniu z kręceniem audycji parę lat temu wiedziałam, że należy oczekiwać kolejnego cyrku. Angielska ekipa, jak zwykle, nad wyraz miła. Jak ujrzałam ciciatego (mikrofon), to się w duchu uśmiechałam do wspomnień sprzed paru lat. Buzi, buzi i dawaj kręcimy dla BBC – Radio 4. Piździawa makabryczna. Śnieg, wiatr i chłód. Pierwszy na tapecie był Robert, który opisywał swoje doświadczenia bycia Żydem w Raciborzu. Ja służyłam za tłumacza jedynie.

Adrian strzelał pytaniami jak z karabinu maszynowego, co chwilę się czymś dziwiąc, a Robert odpowiadał. Mniejszy ciciaty mikrofon radiowy znowu łykał słowa Roberta i moją angielszczyznę, nad którą nie miałam czasu się zastanawiać. Wsio pędem. Szybka fota i jedziemy na cmentarz. Osiem warstw ciuchów przenikała zimnica.

Na cmentarzu dopiero wygwizdów. Znowu podłączanie mikrofonu, kabelków i szybkie ustalenie gdzie idziemy, co gadamy. Najpierw dla radia. Nagrywa sympatyczna Angielka. Nogi jak słupy lodu. W łbie bez czapki (wiadomo, że nie mogłam ubrać, bo bym wyglądała jak pół dupy zza krzaka) mózg zamrożony. Czemu nie ubrałam jeszcze paru warstw swetrów?

Radio poszło w miarę szybko. Teraz telewizja BBC. No i się zaczęło. Powtórka za powtórką. Cały czas ta sama lajera. Mimo zimowego obuwia, palce u nóg prawie odmrożone. Z nosa leci ciompa. Jeszcze raz Malgozia. I to nie z mej winy, ale po prostu tych ujęć musi być tyle, by mogli wybrać najlepsze. Znowu w dół cmentarza i podejście pod górę. Pitu pitu, zaś ta sama gadka. A ja nie potrafię gadać za każdym razem tak samo. Jeszcze raz podchodzimy do zbitej macewy. Identyczna komedia co w 2015 roku. Kładziemy kamyczek. Dubel. Wyjście na ścieżkę i to samo, ale kamera stoi w innym miejscu. Kładziemy kamyczek. Sorry Malgozia. Once again. I byczy smile na buzi operatora  :mrgreen: Wielki ciciaty mikrofon wciąga moje wciąganie, czyli rejestruje moje ciompy.

Królestwo za gorącą herbatę! Kawę mam w plecaczku, ale nie ma czasu na jego ściąganie, poza tym, by się mikrofon i kable pobelątały. Lecimy jeszcze raz. Teraz przejścia bez słów. Ciciaty nas nie rejestruje za to kamera ślizga się po butach, twarzach i minach, które w moim przypadku nie należą do wyjątkowo mądrych. Telewizyjni też już zamarznięci. Pada parę razy „why„. I pytanie o antysemityzm. Bronię się i bronię nas. Udaje mi się przemycić zdanie (choć nie wiem, czy będzie na antenie), że nie tylko w Polsce jest to zjawisko „anty”. Ono jest wszędzie. I w Anglii, i we Francji, i w Niemczech i na Węgrzech. Wreszcie koniec. Jeszcze tylko „dokręcają” Adriana i będziemy się żegnać.

Znowu buzi, buzi, kurtuazyjne pożegnania i podziękowania. Damy znać kiedy to będzie w TV i w radiu. Bye, bye! Hmmm, i tak nie obejrzę, ale choć dam znać angielskiej rodzinie  😀 Zamrożona na maksa wsiadam wraz z Robertem do samochodu jeszcze jednego raciborzanina, który był z nami. Jedziemy na kawę. Po godzinie odtajałam, potem jeszcze zaleciałam z wywalonym jęzorem do Archiwum, w którym zdążyłam przelecieć śluby z lat 20-tych i 30-tych. Ten pełen atrakcji dzień oczywiście odbił się na zdrowiu i w efekcie padłam na 3 dni do wyra. Ale tak jak o rybnickich Żydach warto mówić nawet dla telewizji publicznej, tak i dla cmentarza w Raciborzu warto zachorować.

Na tym kończę inwentaryzację za 2018 rok. Czeka na mnie rodzina Radoszyckich i Król z Sosnowca. Będzie wnet smutno. Stay tuned.

 

Grudzień 2

Wreszcie o konfie, czyli mała Szuflandia w wielkim świecie

Rzadziej teraz bywam w mieście, więc nie spotykam swoich czytelników, których można w sumie na palcach policzyć. Ale… ostatnio mi się zdarzyło parę razy dotrzeć do centrum i wyobraźcie sobie, że najpierw, przy okazji prowadzonego przeze mnie spaceru po dawnych knajpach, jedna ze spacerowiczek spytała dlaczego nie opisałam warszawskiej konfy genealogicznej. No łał! Ktoś o to zapytał! A wnet potem, w ważnym dniu, jakim było 100 lat od zakończenia wielkiej wojny, podeszła do mnie nieznana mi pani. Okazało się, iż też czyta Szufladę i też czeka na relację z warszawskiej konferencji żydowskiej. Jeśli więc dwie osoby czekają, to wypada mi wreszcie opowiedzieć o tym niesamowitym (dla mnie) wydarzeniu. Zapraszam do uczestnictwa w Międzynarodowej Konferencji o Genealogii Żydowskiej widzianej moimi oczami  :mrgreen:

Swoje przedkonfowe strachy, rozterki, obawy i opisałam krótko przed wyjazdem, gdy dookoła były hyce i zieleń  ➡ Jeżech z Rybnika i jada do Warszawy. Dziś już grudzień, czyli czas, by zrobić przedświąteczny porządek w szufladach.

Do Warszawy elegancko dowiózł mnie Intercity. Uznałam, że taksówki są dla ludzi, nawet tych nie za bogatych i pod Centralnym wsiadłam do jednej. Doznałam szoku! Do swojego hotelu dojechałam za 20 zł. Tu od razu uprzedzam. Nie spałam w Hiltonie, choć mogłam  😆 Cała konfa była w Hiltonie na terenie dawnego getta. Z uwagi na to, że zwracano mi wszystkie koszty związane z moim wyjazdem i uczestnictwem w konferencji, to uznałam, że byłoby bezczelnością z mojej strony naciągać organizatorów na jedynkę w tak drogim hotelu, skoro za połowę ceny mogłam mieć inny, położony w odległości 10 minut spacerem.

O ile pamiętam to już kiedyś pisałam, iż byłam zaproszona przez The German-Jewish Special Interest Group (GerSIG) w osobach Rogera Lustiga ze Stanów i Jeanette Rosenberg z Wielkiej Brytanii. Rogera znałam mailowo od lat. To on, jako wysokiej klasy genealog, znalazł dla mnie informacje, iż ostatni z Haasych zdołał uciec Hitlerowi. Roger jest potomkiem gliwickich Żydów i w jego kręgu zainteresowań są wszystkie tereny, które należały do Niemiec przed I wojną a teraz są polskie. Jeanette zaś zajmuje się ziemiami typowo niemieckimi. Wiedziałam, że właśnie z nimi mam się tam spotkać. Wiedziałam też, że specjalnie na mój wykład przyleci z Anglii Clare Weissenberg, no i miałam jeszcze jedną osobę, z którą miałam umówione spotkanie. Była to Renee z Nowego Jorku, z którą zgadałam się na konferencyjnej grupie Fb. Otóż rodzina Renee pochodziła ze Śląska. Jak więc widzicie tylko Clare mi była znana osobiście, reszta jedynie przez internety.

Po zadokowaniu się w swoim hotelu, uznałam, że czas brać byka za rogi i pruć do Hiltona na rozeznanie. Potem, codziennie, przez tydzień, mijałam te miejsca, gdzie nowe pożerało stare, gdzie ślady po dawnych mieszkańcach tej części Warszawy były wyburzane 🙁

Lacze na szłapy, plecaczek i dawaj do Hiltona. Już przy wejściu bym prasnęła jak długa, bo mi się schody pobelontały, gdy patrzałam na ilość pięter. Wlazłam. Zimnica klimatyzacji walnęła mnie obuchem. Na zewnątrz było ponad 30, a w hotelu jak na biegunie.

Z pewną dozą nieśmiałości, jak to mówiła kiedyś jedna pani w kultowej reklamie, zaczęłam się rozglądać po ogromniastej recepcji. Przybywali już uczestnicy. Wszyscy się do siebie uśmiechali, stali grzecznie z walizkami w kolejce, niektórzy się rozpoznawali i generalnie mimo chłodu hiltonowego, czuć było ciepłą atmosferę. Jeszcze był szabat, więc dla fest pobożnych były nawet schody szabatowe. Nie mam pojęcia czym się różniły od zwykłych, ale były takowe. Osobiście nie sprawdziłam, bo szabatów nie obchodzę.

Najpierw ujrzałam Jeanette. Poznałam ją kiedyś w czasie jednej rozmowy na skypie. No i na Fb. Czyli znajomość, że hej 😉 Podeszłam i przedstawiłam się. W ciągu 10 minut ta nieznana mi kobieta, okazuje się być bliska jak koleżanka z klasy. Jeanette jest osobą niepełnosprawną, poruszającą się przy pomocy specjalnego wózka oraz chodzika. Ma w sobie niesamowitą pogodę ducha i tą moc, którą mają właśnie osoby niepełnosprawne oraz angielską życzliwość i uprzejmość. Jakiś czas potem pojawił się Roger z żoną. Jego droga do Polski trwała długo, przez perturbacje na amerykańskim lotnisku. Pomogłam obcokrajowcom w zakupach w pobliskiej Biedronce (w Rybolu po biedrach nie chodzę, a przyhiltonową odwiedziłam 😉 ) Wnet zostało postanowione, że cały top GerSIG  idzie wraz z Małgosią na kolację. No i tu się zaczął problem. Dla mnie oczywiście, gdyż nie jadam potraw obcych kuchni. Mój układ pokarmowy ich nie trawi. A knajpa, do której poszliśmy była meksykańska. Jak to mówią: dla towarzystwa Cygan dał się powiesić. Dałam się powiesić i dwa dni cierpiałam  🙄

W końcu uznałam, że czas wracać do mojego pokoiku, bo późno. Hilton i pobliskie wieżowce się rozświetliły, a ja mijałam stare i nowe.

Prysznic i bach na wygodne, podwójne łoże. Niestety, mimo zmęczenia pół nocy nie przespałam. Tramwaje i motocykle hałasowały, jelita cierpiały, upał doskwierał, a ja nie znoszę klimy, więc wolałam jej nie uruchamiać i starałam się spać przy otwartym oknie. Gdy już w końcu kimnęłam, to mnie z rana obudziły modły. Zerwałam się na nogi a tu: procesja! A raczej pielgrzymka warszawska.

Dobra Małgosia. Wstawaj, ubieraj się, śniadanie i do Hiltona. Trzeba się zarejestrować, a jeszcze nie wiadomo jak  😳 Znowu brzydkie nowe po drodze i zapomniane stare.

Potem rejestracja i rekonesans. W kolejce do zarejestrowania się stałam sobie za panią Agatą Tuszyńską, która też była prelegentką na konfie. Na podstawie kodu kreskowego, który dostawaliśmy na maila, przydzielono wszystkim identyfikatory, tasze reklamowe, cały zestaw ulotek, bony na paradny raut oraz bony na lunche.

W niedzielny, rejestracyjny poranek były tu tłumy. Większość to byli ludzie wiekowi. Usiadłam sobie z boczku i tak na nich patrzałam. Mnóstwo z nich przyleciało do kraju swoich przodków. Do kraju, który nie za bardzo radzi sobie z przeszłością i w którym ich przodkowie ginęli. Siedziałam i myślałam. Byłam ciut zagubiona w tym lekkim chaosie. Ale za to byłam dumna z identyfikatora, który zawiesiłam na szyi. Speaker oraz professional genealogist. Taka se zwykła ja, Małgosia z Rybnika, w takim towarzystwie, na takiej konferencji, i w dodatku jako „zawodowy genealog”. No i prelegent!

W największej hiltonowej sali była tzw. wioska, w której wystawiały się wszystkie możliwe organizacje, można było zasięgnąć porad w sprawach genealogicznych, porozmawiać z rabinem, można było napić się czegoś czy też zjeść jakieś ciasteczko. Na tablicy ogłoszeń można było zostawić wiadomość, iż poszukuje się przodka, czy też towarzystwa do zwiedzania Warszawy.

W niedzielę już zaczynały się wykłady i warsztaty.

Poniżej na zdjęciu GerSIG (niemiecki) Team, czyli Jeanette – SIG Co-Director, Conference and Event Planning, zaraz za nią siedzi Alex – SIG Co-Director, Webmaster oraz Roger – SIG Co-Director, Research Coordinator. Każda część Europy miała swoje własne teamy.

Alex, Roger i jego żona.

Mając na względzie to, że we wtorek miałam dać dwa wykłady musiałam unikać klimy, a jak wspomniałam Hilton był wręcz zmrożony. Dlatego też moim ulubionym miejscem przez ten tydzień był zewnętrzny bar. I to tam właśnie, w niedzielę, natknęłam się na Renee. Wyszłam na zewnątrz, siadłam, poprosiłam o małego Żywca i czekając na niego ponad pół godziny (tak, tak, takie zwyczaje w eleganckim świecie – umierasz z pragnienia, to se umieraj) zobaczyłam kobietę i od razu wiedziałam, że to ona. Hanyska po przodkach, żydówka i katoliczka po przodkach, mieszkanka Nowego Jorku. Oczytana, inteligentna, zwykła, normalna, wesoła, ale i smutna. W niedzielę doleciała z Anglii Clare. To o jej rodzinie miałam mieć tzw. wystąpienie krótsze. Dużo wsparcia z jej strony otrzymałam. Niedzielę spędziłyśmy we trójkę na pitoleniu o wszystkim. Do hotelu wracałam znowu obok śladów wspominających żydowską przeszłość Warszawy…

… oraz powstańczą przeszłość. Ta akurat była hucznie i politycznie upamiętniana przy udziale jednego kandydata, o którym dziś już wiemy, że kariera zakończyła się na „nijakim” kandydowaniu.

Znowu upalna noc i motocykle i tramwaje. Powoli też opanowywał mnie stres związany z wtorkowymi wystąpieniami. Rano śniadanie i deptanko do Hiltka. Ciut inną trasą, by po drodze zobaczyć inne stare, które przetrwało.

W poniedziałek dalej wykłady, prelekcje, spotkania. Uzbrojona w mądrą aplikację, stworzoną specjalnie dla tej konferencji, mogłam się przemieszczać między salami, określanymi nazwami miast Polski. Tu wlazłam posłuchać, tu zobaczyć kto kiedy występuje  🙄 tam posiedziałam. Generalnie przesmradzałam się, bo myśl o nadchodzącym wtorku coraz bardziej mnie paraliżowała.

Ogromniaste sale były przeznaczone dla wykładów rejestrowanych oraz dla wielkich person jak rabin Michael Schudrich, czy  ➡  profesor Antony Polonsky, który mnie powalił na kolana swoją wiedzą, erudycją i tym, że stwierdził, że w Polsce jest tyle samo antysemityzmu ile we Francji, Anglii czy gdziekolwiek indziej.

Z racji cmentarnych zainteresowań w poniedziałek najważniejszy był dla mnie panel dyskusyjny o tym, czy cmentarze żydowskie w Polsce mogą być ocalone. W panelu brali udział naczelny rabin Polski, szefowa Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, Dan A. Oren z Friends of Jewish Heritage in Poland oraz Steven Reece z The Matzevah Foundation. Schudrich, jak prawie każdy rabin wyśmienitym mówcą jest i nie ma dwóch zdań. Tak każdą tezę przedstawi, że nie ma byka – trzeba mu przyznać rację. Szefowa FODŻ to wg mnie mówca słabszy niż słaby. Angielski na poziomie „inglysz”. No dramat. Ten trzeci gościu, który panel prowadził zaczął od wymieniania swoich tytułów naukowych, osiągnięć i chwalenia się. Na to mu zeszło z 15 minut. No chopie, przyszłam słuchać o cmentarzach i gdyby nie ostatni z mówców, czyli Steven Reece, to bym wyszła. Steven to baptysta ze Stanów. Pastor. Zarazem prezes fundacji, która od kilkunastu lat sprząta, porządkuje i przywraca pamięci żydowskie cmentarze w Polsce. Byłam zauroczona jego wykładem. Moja Młoda, która w ubiegłym roku miała okazję poznać Stevena przy okazji wolontariuszowania na cmentarzach żydowskich w Lubelskiem, powiedziała mi: „To na pewno nie był wykład. To na 100% było przepiękne kazanie, które się przez lata pamięta.” Tak. To było kazanie o pojednaniu chrześcijan i żydów.

W tym dniu pokazałam Clare Warszawę. Nie tą żydowską, ale tą odbudowaną. Bycie przewodnikiem po mieście, którego się za bardzo nie zna łatwe nie jest 😉 Nadeptałam się wtedy, oj nadeptałam. Krakowskie Przedmieście, Zamek, Rynek, Kiliński, mały powstaniec. Przy okazji uświadomiłam moją angielską przyjaciółkę, że Skłodowska była Polką. Wprawiło ją to w osłupienie. A Clare doktorem literatury jest, sroce spod ogona nie wypadła. Mało się chwalimy tą naszą noblistką i przez to ludzie w Europie jej z Polską nie kojarzą. Potem podprowadziłam Clare pod Hiltka i jak zwykle mijając stare i nowe dotarłam do swego pokoju.

Noc nieprzespana. Przed szóstą poszłam prasować rzeczy. Z nerwów sraka, śniadania prawie nie tknęłam. Ileś razy sprawdzałam załadowanie power banków, laptopa, komórki. W końcu spakowałam laptopka, wzięłam 3 pendrivy, dysk zewnętrzny (wszędzie miałam te swoje wypociny) i ruszyłam do Hiltona. W brzuchu ciężko. Pierwszy wykład miałam mieć w sali Radom od 9.50 do 10.15. Tzw. „short presentation”. Na szczęście sala mała. Ufff. Kameralnie. Poszłam jeszcze na kawę do baru na zewnątrz Hiltka. Po dwóch dniach już wiedziałam jak się skraca oczekiwanie na podanie czegokolwiek. Ze swojego pierwszego wystąpienia nie za wiele pamiętam. Wiem, że była Clare (to o jej rodzinie mówiłam), była Jeanette, ze 3 osoby się popłakały na koniec, jeden pan zapytał o jakim regionie mówię. Wiadomo, nie wszyscy muszą wiedzieć gdzie Śląsk. Dwie osoby poprosiły o moją wizytówkę. Koniec. Reszty nie pamiętam. Chyba nie było najgorzej, ale nie było też idealnie. Z uwagi na ograniczony czas gadałam za szybko. Nie zbudowałam tym samym napięcia w tej historii, a ona tego wymagała.

Musiałam polecieć ponownie na kawę na zewnątrz i do klopa. Klima w środku dawała mi popalić i wolałam hyce w barze zewnętrznym. Pierwsze nerwy ze mnie spłynęły. Teraz czekanie na następny speech, tym razem po lunchu grupy niemieckiej, czyli grupy, która miała przodków w Niemczech. W tym i na Śląsku. Lunch. No w życiu niczego nie tknę, choć mi w brzuchu burczy. Na widok koszernego mi się podnosi, a to niekoszerne też jakieś podejrzane.

Clare mnie namawia bym jednak coś zjadła. No way. Jeszcze mi się będzie odbijać. Wiem już, że muszę korzystać z mikrofonu, bo sala nie jest tak mała jak poprzednia. Jest w niej w sumie 6 okrągłych stołów, mały stoliczek dla prelegenta, duży ekran. Zaczęli jeść. Na oko około 65 osób.

Nałożyłam sobie kawałeczek sernika i wzięłam jeszcze jedną kawę. Wsio podłączyłam. Pan techniczny z Hiltka sprawdził, czy wszystko działa i sobie poszedł. A słuchacze jedzą. Kombinuję sobie w duchu, czy do kotleta będę nawijać? Zaraz sobie zdaję sprawę z tego, że do kotleta to raczej nie  :mrgreen:  No nic. Dziubię w tym serniku siedząc przy okrągłym stole. Nagle odzywa się do mnie starszy pan z długimi, siwymi włosami jak czarnoksiężnik i tzw. złym wyglądzie: Czy oprócz lunchu będzie tu jeszcze coś? To ja: Tak. Wykład o rodzinie Mannebergów z małego miasta na Śląsku. A na ekranie już można było zobaczyć stronę tytułową mojego wykładu. Czarnoksiężnik, który potem okazał się Żydem mieszkającym w Berlinie, choć przez lata był obywatelem USA, nagle ujrzał identyfikator na mojej piersi i popatrzał na ekran. Skojarzył. A to ty będziesz mówić? To zostanę. Później z Czarnoksiężnikiem siadywaliśmy sobie przy kawie i gadali o historii. Miał swoje specyficzne przemyślenia o niemieckich Żydach. Wracam do sali Białystok i lunchu. W pewnym momencie Jeanette, z teamu GerSIG, zaklupała w szklankę i stanowczym tonem oświadczyła, iż „za pięć minut wszyscy lunch kończą, gdyż Malgozia, która przyjęła nasze zaproszenie na konferencję ma swój wykład”. Za niecałe pięć minut ani jeden nie mlasnął.

Zaczęłam. Nie miałam smutnej historii, więc były momenty, gdy się śmiali. Prawie 1.5 godz. nawijałam o rodzinie Mannebergów z Rybnika po angielsku. No wiem, że parę razy się w czasach ciulnęłam. Trudno. Mikrofon mnie jak zwykle ograniczał w gestykulowaniu. Trudno. W pewnym momencie doszła chrypa (skutek klimy). Trudno. Mam tylko jedno zdjęcie zrobione przez Clare. Trudno 😉

Skończyłam. I nagle brawa. Takie naturalne. Autentyczne. Takie z podziwu. No to ja nieśmiało, czy może są jakieś pytania. I tu las rąk. W życiu bym się nie spodziewała. Pierwsze: Co mieszkańcy mojego miasta na to co robię, szczególnie w dzisiejszych czasach? Moja odpowiedź: mieszkańcy mojego miasta mnie wspierają i nie odczuwam żadnego anty. Na cesarskich mękach bym się przed nimi nie przyznała do żadnego „anty”. Potem padło jeszcze ileś tam pytań. Niestety następni prelegenci czekali, więc musiałam kończyć. I wyobraźcie sobie, że po wykładzie podchodzili słuchacze i zadawali jeszcze pytania ale już indywidualnie. Jedna kobita mnie wyściskała za ten wykład. Kim się okazała ta pani jeszcze napiszę. Na razie byłam w takim szoku, że musiałam, no musiałam zjechać na dół i wyjść do swojego baru. Prasnęłam na pufy i poprosiłam o gin z tonikiem z ogromną ilością lodu. Wiedziałam, że mi wyszło. Wiedziałam, że nie dałam dupy. Wiedziałam, że było bardzo dobrze. Nie przyniosłam gańby Rybnikowi. Nogi mi się jeszcze trzęsły, ręce powoli się uspokajały. Telefon do Młodej, telefon do Płoszaja, telefon do dziadka. Dałam radę! Nie spaliłam się jak przed laty w ŻIH-u. Od teraz jestem tu już jako kolo-luzak. Drina wypiłam duszkiem i wróciłam na wykłady.

A teraz o pani, która mnie zaraz po wykładzie wyściskała. Dla mnie zwykła kobita. Jednak po moim wykładzie, Renee nagle wpadła w ekstazę. Zaczęła mi tłumaczyć, że to jakaś profesor Sprout. Myślę se: ok, profesorów różnorakich tu pełno. Zaczęłam googlować, by sprawdzić z jakiej dziedziny profesor mnie ściskała. No i się okazało, że to profesor czarownica i zielarka. Taki traf! Nie przeczytałam ani jednej z części H.Pottera, nie obejrzałam ani jednego filmu, to jak miałabym skojarzyć 😉 Prof. Sprout, a w zasadzie Miriam Margolyes, brytyjska aktorka, ma korzenie w Polsce. Jej pradziadek Symeon Sandmann urodził się w Margoninie (Wielkopolska).  Wspólne zdjęcie, o które poprosiłam jest dla Młodej, jako fanki całej serii z Harrym Potterem.

Noc z wtorku na środę wreszcie spałam spokojnie. Nie przeszkadzały mi tramwaje, upał, motocykle. Kolejne dni spędzałam już na swobodnym uczestniczeniu w wykładach.

Zupełnie przez przypadek poznałam Barriego z Arizony- emerytowanego żołnierza. Barry przyleciał na konfę ze swoją wiekową mamą, której rodzina zdołała wyjechać z terenów dzisiejszej Ukrainy zaraz po pogromach za cara. Ojjjj, aleśmy z Barrym prowadzili dysputy historyczne. Czasem przysiadał się Czarnoksiężnik z Berlina.

Clare musiała wracać do Anglii, ale została Renee, której też pokazałam Warszawę i opowiedziałam jej historię. W czwartek pojechałam też na grób Kory. Musiałam. Popłakałam się. Byłam tam dzień po pogrzebie. Zapach kwiatów odurzał. Wręcz w tym upale można było zemdleć.

W czwartek wieczorem miał się odbyć wystawny bankiet. Uznałam, że przed takim wydarzeniem należy się lekko kimnąć. Podreptałam więc znowu do swego hotelu lukając sobie w stare zakamarki.

Wieczorem się odwaliłam w jedyną sukienkę, którą zabrałam i ponownie poszłam do Hiltka. Przydzielono mi numer stołu i wpuszczono do sali bankietowej. No i się zaczął cyrk oraz komedyja 😀

Zaczyna się totalnie nudny wykład, który pod koniec przerodził się w walenie obuchem po Polakach. Nie pamiętam jak się gościu nazywał, ale wg mnie na koniec konfy powinno być więcej dyplomacji. Mógł wystąpić prof. Polonsky albo Schudrich. Siedziałam przy stole z ludźmi, których w ogóle na konferencji nie widziałam. Z mojej lewej małżeństwo z San Francisco. On roszczeniowy prawnik – łysy i elegancki, ona uspokajająca go, też gustownie ubrana. Z prawej małżeństwo z Anglii. Przy mojej prozopagnozji nie pamiętam ich twarzy – chyba przeciętniacy, choć mili. Naprzeciw mnie para z Wenezueli. Ona maszkaron, on chudy i blady. Jeszcze jedna elegancka pani z Nowej Zelandii. No i ja z Polandii. Hi, hi, nice to meet you. How wonderful. I takie te anglosaskie banały. W trakcie wykładu zaczyna się zbieranie zamówień przez kelnerów, którzy paradują po sali jak w „Zaklętych rewirach”. Część z nich to jeszcze raczej dzieci, w dodatku, patrząc na karnację, chyba ze Sri Lanki. Od zbierania zamówień koszernych jest specjalny kucharz z pejsami. Ja: non-kosher. Para z San Francisco też non-kosher. Koszer chce mąż z Anglii i żona z Wenezueli. Pozostali też niekoszernie. Kelnerzy zaczynają roznosić jedzenie dość mocno przy tym hałasując a wykład trwa. Siedzę obok prawnika i czuję jak w nim krew zaczyna buzować. Żona: darling… please. On, mając za nic prośby żony, wstaje i idzie na zaplecze opierdolić kelnerów i tych, których słychać z kuchni. Wraca. Trochę luftu z niego zeszło. Na krótko niestety. Przynoszą żarcie do naszego stołu. Ja dostaję koszerne mimry z mamrami, choć zamawiałam niekoszerne. W dodatku zimne. I na plastikowych talerzach, z plastikowymi sztućcami – no bo koszerne!

Łysy z San Francisco też. Piorun w niego trafia. Robi awanturę przypadkowemu kelnerowi, który w dodatku ni chu chu po angielsku. Żona do niego: darling please. Ja zaczynam dziubać w moim koszernym i już wiem, jak zareagują na to moje jelita. Mija z 10 minut łysy łapie następnego kelnera i upomina się o swoje non-kosher. Angole z prawej uśmiechają się, jakby nie słyszeli awantury. Próbują nawiązać kontakt z Wenezuelą, ale ta mało gadająca. Kolejne 10 minut i łysy nie wytrzymuje. Idzie na zaplecze. Wraca bez żarcia. Jedynie co załatwił to, że zabrali mu kosher, które miał przed nosem, a którego nie tknął. Cały nasz okrągły stół dostał pomieszane jedzenie, ale tylko łysy ma ciśnienie podniesione z tego powodu. Mija pół godziny, ja już skończyłam koszerną szarlotkę, a łysy nadal głodny. W końcu dostaje jedzenie. K…a! Zimne! Żona: darling, please! Nie opłaciło się biednemu kelnerowi ze Sri Lanki. Mam nadzieję, że nie rozumiał co łysy mu powiedział. Ze strachu poleciał po jakiegoś ważniejszego i ten za następne 5 minut przyniósł łysemu ciepłe danie. Zapewne podgrzane w mikroweli, ale takiemu roszczeniowcowi nic lepszego nie powinno przysługiwać. Żona z San Francisco wzrokiem przeprasza za zachowanie męża. Spoko dziewczyno. Pewne typy tak mają. Foty łysego nie daję, bo wolę nie mieć do czynienia z prawnikiem z Hameryki 😉

Wracam do swojego hotelu po drodze zahaczając o sklep nocny. Kabanosy są dla mnie błogosławieństwem. Zasypiam. Rano pakowanko i z walizą do Hiltka na ostatnie interesujące mnie wykłady. Po raz ostatni idę koło intrygującego muralu.

Jeżech z Rybnika czeka w recepcji.

Potem pożegnania: z Barrym, od którego dostałam na pamiątkę jednego dolca, z Rogerem i jego żoną (z nimi wnet się i tak spotykałam na Śląsku), z Jeanette i jej mężem oraz see you z Renee. Z nią też za 3 dni mam się spotkać – tym razem na śląskiej ziemi.

Uczestnictwo w tej konferencji było największym przeżyciem mijającego roku. Następna odbędzie w USA, więc na 100% nie będę w niej uczestniczyć. Jestem niezwykle wdzięczna zespołowi GerSIG za zaproszenie i za to, że mogłam mówić o moim Rybniku i rodzinie Mannebergów.

Wsiadam w Taxi i jadę na Centralny. Do zobaczenia Warszawo. To był męczący ale ciekawy czas. Szuflandia wraca do domu.

 

Listopad 15

Genia i Stefcia

Są tematy, które trzeba drążyć. I są też sprawy, które się same przez przypadek mogą wyjaśnić. Ten jest w trakcie drążenia i czekam na cud wyjaśnienia, czy też choćby zbliżenia do wyjaśnienia. Pamiętacie jak ryczałam, gdy odezwał się do mnie siostrzeniec, zamordowanej w czasie wojny, Shaindli Ryby? Było to w lipcu, więc przypomnę post  ➡ Zaś się popłakałam.

Dzięki korespondencji z synem Geni – siostry Shaindli (po naszemu Stefci) dostałam kilka przedwojennych fotografii obu dziewczynek. Między innymi tą, na której są bardzo małe. Oczy Stefci są niesamowite. Pomyślcie ile w nich było łez, gdy umierała w komorze gazowej… A może przedtem ktoś jej strzelił w małą główkę? A może roztrzaskano ją kolbą z karabinu?

 

Zdjęcie, które dotychczas znałam (Stefcia z wielką kokardą) okazało się zbiorową fotografią rodzinną, na której po lewej stronie stoi tata Abraham i mama Miriam Rybowie oraz dwie ich córeczki. Gdyby dobrze się przyjrzeć młodemu mężczyźnie w środku, to widać wyraźnie podobieństwo z Abrahamem. Sądzę, że to brat. Myślę też, że zdjęcie zostało zrobione w Rybniku, czyli mieście gdzie Rybowie mieszkali i gdzie przyszły na świat ich dwie prześliczne dziewczynki. Może była to jakaś uroczystość rodzinna? A może po prostu odwiedziny krewnych?

Kim są pozostali na zdjęciu ludzie, syn Geni niestety nie wie. Jeśli wszyscy byli Żydami, to jest prawie pewne, że nikt (oprócz Geni – co wiemy) nie przeżył wojny. Nawet to niewiniątko z konikiem w rękach, zginęło  😥

Kolejna fotografia została zrobiona w Rybniku przy ul. Korfantego, czyli na tle kamienicy, w której rodzina mieszkała. Dwie, odświętnie ubrane dziewczyny spacerują z mamusią po paradnej ulicy naszego miasta. Te sandałki, fartuszki, bluzeczki z bufkami – sama takie miałam i ich nie znosiłam. Tak jak nosiłam identyczną kokardę na głowie. Też jej nie cierpiałam. Może dlatego patrząc na Stefcię-Shaindlę widzę małą Małgosię? Genia z warkoczykami. Same domysły w mojej głowie gdy przyglądam się tej fotografii. Jakaś uroczystość, że panienki są tak elegancko ubrane? Ich mama zresztą też. Może początek roku szkolnego? A może Mirian uznała, że zabiera córki na lody do kawiarenki Stokłosy, która była tuż za rogiem, bo przyniosły świadectwa szkolne z samymi dobrymi notami?

Zdjęcie, które mnie najbardziej wzrusza zrobiono, jak mi podpowiada intuicja, na podwórku, czyli z tyłu kamienicy, w której rodzina mieszkała. Do dziś to miejsce za bardzo się nie zmieniło.

Dwie wesołe dziewczynki siedzące na kocyku, czy dywaniku. Świat dla nich wówczas to była mama, tata, szkoła, jakieś beztroskie zabawy z koleżankami, chichotanie przy stole, czy szycie ubranek dla lalek. Może podglądały eleganckich gości, podjeżdżających do pobliskiego Hotelu Polskiego na Rynku? Może z okien patrzały na dymy z kominów garbarni oszusta Straussa, która od tyłu graniczyła z kamienicami przy ulicy Korfantego. Czy katolickie koleżanki z klasy chciały z nimi siedzieć w jednej ławce? Czy ktoś im w pamiętniku wpisał takie słowa „Ku pamięci”: Bądź dobrą dziewczynką, ucz się za młodych lat, bo one szybko miną, i pójdziesz w daleki świat. Tam ludzi kochać trzeba, i z nimi dobrze żyć, od złych nie bierz chleba, ze złymi nie chciej żyć. Jeśli ktoś takie słowa skreślił, to jakie one miały wnet znaczenie, gdy siostrzyczki z Rybnika musiały ze złymi żyć i brać najmniejszy okruszek chleba od każdego, kto im go rzucił pod nogi, gdy znalazły się w getcie w Sosnowcu 🙁

Zanim jednak tam trafiły był czas w miarę dobry. Wycieczki w góry, nowe fatałaszki kupione przez mamę, jak choćby te płaszczyki i śliczne kufereczki z poniższego zdjęcia. Ostatnie pogodne chwile spędzone gdzieś w Beskidach.

No, a potem zaczął się początek końca, który opieram na domysłach. Przypuszczam, że rodzina pochodziła z Zagłębia, choć to może być błędne myślenie. Coś jednak muszę założyć. Jeśli stamtąd pochodzili, to mogli tam wrócić pod koniec 1939 r. Na pewno byli w sosnowieckim getcie. Mogli pochodzić z innej części Polski i mogli zostać wywiezieni najpierw do getta w Trzebini (jak inni rybniccy Żydzi) i stamtąd do Sosnowca. Dziś wydaje mi się to nie do ustalenia. Według syna Geni, rodzina została rozdzielona właśnie w tym mieście i starsza z sióstr, czyli Genia, z getta została wywieziona do obozu pracy w Gabersdorf na terenie Czechosłowacji. Los ślicznej Stefci i jej mamy i taty ciężko ustalić, ale nie trzeba dokumentów, ani żadnych świadectw, by wiedzieć, że życzenia z pamiętnika (…) ucz się za młodych lat, bo one szybko miną, i pójdziesz w daleki świat (…), spełniły się w połowie. Szybko minęły młode lata, a raczej się skończyły w komorze gazowej. I to się wypełniło. Miała 11 lat. Dalekiego świata nigdy nie zobaczyła.

Do strasznego, dalekiego świata, bo aż Sudetenland, wywieziono Genię. Obóz w Gabersdorf nie jest zbytnio znany.

Wiele godzin spędziłam w sieci, by cokolwiek się o nim dowiedzieć. Założono go w 1941 r. i przywożono tu dziewczynki i kobiety żydowskie w wieku od 11 do 30 lat, głównie z terenu Zagłębia. Niektóre były porywane, a niektóre „selekcjonowane” do pracy w przędzalni. W 1944 r. Gabersdorf (dziś Libeč w Czechach) włączono do sieci podobozów Gross Rosen. Wyzwolony został 9 maja przez Armię Czerwoną. To takie suche fakty. One nie robią wrażenia. W trakcie mojego researchu przesłuchałam wielu relacji ocalałych (można je znaleźć na stronie United States Holocaust Memorial Museum), znalazłam na stronie Yad Vashem unikatowy pamiętnik Reginy Honigman z Zawiercia (kto ciekaw niech kliknie ➡ tu ). Szukałam, by znaleźć śladów Geni. W końcu natrafiłam na projekt „By A Threat Film” amerykańskiej dziennikarki Marisy Fox-Bevilacqua. Jej mama przeżyła Gabersdorf. Weszłam z nią w kontakt i Marisa potwierdziła mi, że ma kopie list więźniarek. Genia przybyła do Gabersdorf z Sosnowca, jako Goldie, urodzona w 1929 r., choć faktycznie urodziła się 31 stycznia 1930 r. Może jej własna mama dodała jej rok, by uratować dziewczynkę jeszcze w Sosnowcu? W może w samym Auschwitz? W końcu starsze dzieci już mogły pracować dla wielkiego państwa niemieckiego, a młodsze, to albo w ręce Mengele, albo links, czyli do gazu.

Wszystko co piszę dziś to „może, może, może”. Jeden jest pewnik. Genia przeżyła Gabersdorf i jako 15-latka wróciła do Polski. Czy najpierw do Rybnika? I ponownie znak zapytania. Kolejny pewnik to jej pobyt w Bielsku. Świadczy o tym świadectwo szkolne, którego skan przesłał mi jej syn.

Szkołę ukończyła w styczniu 1946 r. Miała wtedy 16 lat. I tu znowu zaczynam snuć swoje domysły, bo kolejny raz mam tylko jedną rzecz potwierdzoną. Otóż Genia była na słynnym statku Exodus, który w lipcu 1947 r. wypłynął z Marsylii. Na jego pokładzie było ok. 4500 żydowskich uchodźców – w większości kobiet, dzieci, które przeżyły obozy koncentracyjne w czasie wojny. Statek ten został ostrzelany w porcie w Hajfie przez Angoli.

Wolę nie opisywać dramatu tych ludzi, zmuszonych do powrotu do Europy i wsadzonych ponownie do byłych obozów, bo się zaraz wkurwię (sorry, ale nie mam innego określenia na stan ducha). Jeśli kogoś ta historia interesuje, to odsyłam do obejrzenia dokumentu na VOD (z polskim lektorem) pt. Exodus – prawdziwa historia.

Genię znalazłam na liście pasażerów jako Gonię. Dla nie-Polaków taka literówka nie miała znaczenia.

Nie mając nikogo w Polsce, po tym wszystkim co przeżyła, Genia jak setki tysięcy innych Żydów, za wszelką cenę starała się dotrzeć do Palestyny. Myślę, że mogła się tam znaleźć, gdy ziemie te nazywały się już Izraelem.

Była piękną kobietą. W Kraju, jak Izraelczycy nazywają swoje państwo, urodziła córkę i syna, nigdy nie mówiąc o tym, co przeszła. Zmarła w wieku 43 lat na raka. W czasie wojny straciła rodziców, młodszą siostrzyczkę i, jak sądzę, wielu jeszcze innych członków rodziny.

Za cztery dni minie 45 lat od jej śmierci. Jorcajt jak mówią Żydzi. Tak więc „Niech dusza jej będzie związana w węzełku życia”.

W moim dzisiejszym wpisie same iksy i igreki. Same założenia, dywagacje i przypuszczenia. Gdyby doszedł do skutku jeden niewiarygodny i szalony pomysł na etiudę teatralną o dwóch siostrach, to mam nadzieję, że mimo tych wielu niewiadomych, byście ją chcieli zobaczyć, co?

Kasiu! Do dzieła!

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodziny Rybów. Przetrwały, bowiem zostały wysłane przed wojną do dalekich krewnych poza Polską. Zdjęcie Grobu Geni z portalu „Billion Graves”. Zdjęcia grobu Stefci nie ma, bo i jej grobu nie ma  🙁

Kto wie, może za to jest, w jakiejś starej rybnickiej szufladzie, zapomniany pamiętnik, w którym wielkooka dziewczynka z kokardą kiedyś napisała:

I po co kreślić bezmyślne słowa,
Pisać wierszydła bez treści?…
Wystarczy przecież krótkie: – Pamiętaj!
W tym słowie wszystko się mieści.

Ja o Tobie mała Shaindlo będę pamiętać!

 

 

Listopad 9

U nas tej nocy nie było, ale…

U nas Kristallnacht nie było, ale… doświadczyli jej dwaj nasi rabini.

Dr Artur Rosenthal


Był czwartym z kolei rybnickim rabinem. Urodził się 8 października 1885 r. w Saksonii. Jego ojcem był dr Ludwig A. Rosenthal, również rabin i przywódca duchowy społeczności żydowskiej w Berlinie, Köthen oraz Rogoźnie (Rogasen). Życie oraz działalność Arthura Rosenthala są dobrze udokumentowane dzięki jego córce, Judith Rosenthal (po mężu Helfer). Przekazała ona Instytutowi Leo Baeck’a w Nowym Jorku kolekcję zachowanych dyplomów, pism oraz rodzinnych dokumentów, które dzięki temu, że zostały zdigitalizowane, są również dostępne w Internecie. Choć ten niezwykły zbiór nie zawiera zbyt dużo informacji na temat pobytu Rosenthala w Rybniku, to bezsprzecznie jest unikatowy i z całą pewnością można stwierdzić, iż po żadnym z rybnickich rabinów nie zachowało się aż tyle informacji.
Arthur Rosenthal studiował w Berlinie oraz Heidelbergu, gdzie w  1912 r. obronił doktorat z filozofii. Egzamin rabinacki zdał w sierpniu 1915 r. Rybnicki rabinat objął 1 sierpnia 1918 r. Z licznych zaświadczeń wystawionych przez różne berlińskie instytucje wynika, iż przed przybyciem do Rybnika pracował jako nauczyciel religii oraz kaznodzieja aż do momentu powołania do wojska. Zarząd berlińskiej gminy żydowskiej polecał go jako wyśmienitego wykładowcę. W Rybniku, oprócz pełnienia funkcji rabina, pracował jako nauczyciel religii. Z pisma Zarządu Gminy Żydowskiej w Rybniku z 1 lipca 1919 r. wynika, iż był dyrektorem miejscowej szkoły religijnej. Jego działalność rozciągała się na zajęcia dydaktyczne we wszystkich rocznikach wyższej szkoły dla dziewcząt, a także w gimnazjum. Członkowie Zarządu Gminy (podpisani: Aronade, Brauer oraz Priester) w rzeczonym piśmie nadto podawali, iż: Jego pedagogiczne zdolności prowadzenia zajęć lekcyjnych umożliwiają mu adekwatne obchodzenie się z młodzieżą i dziećmi, jak również pouczająco i wychowawczo wpływają na dorastającą młodzież. Założył bibliotekę szkolną oraz utworzył związek młodzieży żydowskiej, czym zasłużył sobie na stałe uznanie. Podpis miał bardzo elegancki jak widać  😀

Na podstawie listu, podpisanego przez zarząd naszej gminy, możemy wnioskować, iż Rosenthal opuścił Rybnik przed majem 1920 r. i wrócił do Berlina, gdzie mieszkały cały czas jego żona i córka. Jeszcze będąc w Rybniku, wysyłał do nich pocztówki z wizerunkiem miasta, na jednej z nich odręcznie wskazując dom, w którym mieszkał. Obecnie tego budynku już nie ma. Pocztówka ta znajduje się w zasobach Instytutu Leo Baeck’a w Nowym Jorku. Prawdopodobnie ostatnim akordem jego rabinatu w Rybniku był odczyt na temat mesjanizmu, który wygłosił 20 marca 1920 r.

W Berlinie Rosenthal przebywał dwa lata, by po raz drugi wrócić na Śląsk (już po jego podziale) 13 czerwca 1922, gdzie objął posadę rabina i nauczyciela religii w Bytomiu. Ostatecznie wyjechał z Górnego Śląska w październiku 1924 r. Listy polecające wystawione przez Gminę Żydowską w Bytomiu również świadczą o tym, że był osobą wielce zasłużoną, szanowaną i lubianą. W latach 1924–1939 był rabinem i duchowym liderem w Berlinie-Lichtenbergu.

Przeglądając listy, notatki, pamiętnik, rysunki czy zdjęcia z kolekcji Arthura Rosenthala i jego córki Judith Helfer (1915–2002) na stronie Instytutu Leo Baecka, od razu daje się zauważyć, że był bardzo rodzinny i kochany przez najbliższych. W 2013 r. Muzeum Żydowskie w Berlinie zrealizowało projekt pt. Początek końca żydostwa niemieckiego (The beginning of the end of German Jewry), w którym m.in. omówiono dwa niezwykle wzruszające, pełne miłości, ale i obaw o przyszłość wiersze, napisane przez Arthura dla swej żony Ilmy. Pierwszy z nich powstał w maju 1933 r., po dojściu Hitlera do władzy i z okazji urodzin Ilmy, drugi zaś już w Anglii, do której rodzinie Rosenthalów udało się wyjechać w 1939 r. (na poniższym zdjęciu rabin wraz z żoną w 1939 r.)

Zanim jednak doszło do emigracji, Arthur Rosenthal był naocznym świadkiem i niejako uczestnikiem Nocy Kryształowej. Dramat tamtego wieczora i nocy opisała po latach córka Judith: Miało to miejsce 9 listopada 1938 roku, zadzwonił dzwonek i zanim zorientowaliśmy się, o co chodzi, dwóch nazistów w brunatnych koszulach wdarło się do apartamentu rodziców, żądając, by mój ojciec – rabin w Berlinie-Lichtenbergu poszedł z nimi. Czuliśmy, że możemy go już nigdy więcej nie zobaczyć. Czekaliśmy jakby ogłuszeni, w ciszy i udręce. Dawno już zapadła noc – czekanie było nie do zniesienia. Około 3 nad ranem usłyszeliśmy jak ojciec wraca do mieszkania. Nigdy jeszcze nie widziałam taty w takim stanie: zazwyczaj przyjazny, z lekkim uśmiechem na twarzy, teraz był sino-popielaty i wydawało się, że nie widzi ani mamy, ani mnie. Bardzo powoli poszedł prosto do swojego gabinetu, zamknął drzwi i nie chciał, byśmy widzieli jego załamania po tym, co się stało w synagodze, gdy naziści zmusili go do oglądania spektaklu. Z racji tego, że ta synagoga nie była budynkiem wolnostojącym, a otaczały ją bloki mieszkalne, to naziści podarli święte dla Żydów zwoje Tory, następnie je podpalili, tak jak się podpalało człowieka na stosie, zmuszając ojca, by był świadkiem tego potwornego widoku. Potem dzikimi uderzeniami zniszczyli przepiękne meble w synagodze, zamieniając to święte miejsce w ruinę. W końcu puścili go do domu – człowieka, który już nigdy nie był sobą, po tym co musiał oglądać .
W Londynie, w którym znalazła się cała rodzina jeszcze przed wybuchem II wojny, Rosenthal nie potrafił znaleźć pracy. Od czasu do czasu dawał lekcje korespondencji dzieciom. Po ok. 12 latach pobytu w Wielkiej Brytanii cała rodzina przeprowadziła się za ocean – do Nowego Jorku, gdzie krótko potem dr Arthur Rosenthal zmarł. Do końca swego życia nie potrafił się pogodzić ze śmiercią niemieckiego żydostwa; jego żona przeżyła go o 24 lata. Ukochana córka, dla której, będąc w Rybniku, pisał pamiętnik i wysyłał pocztówki, zmarła bezdzietnie w 2002 r.

Dr David Dagobert Nellhaus

Kolejnym rabinem, który przeżył Noc Kryształową był Dagobert Nellhaus. Jego rybnicki rabinat był również krótki, co niewątpliwie spowodowane było zmianami politycznymi na mapie Europy. Dr David Dagobert Nellhaus pełnił funkcję rybnickiego rabina około 12 miesięcy. Przyszedł na świat 2 stycznia 1891 r. we Wrocławiu, jako syn kupca Emila Nellhausa. Tam też ukończył gimnazjum, naukę kontynuował na miejscowym uniwersytecie oraz uczelni w Erlangen (Bawaria). Tamże uzyskał promocję naukową. W trakcie I wojny światowej służył w wojsku niemieckim, został ranny w 1915 r., w 1917 pracował jako bibliotekarz w rodzinnym mieście, a w latach 1917–1918 był pomocnikiem rabina polowego. Za męstwo na polu walki został odznaczony żelaznym krzyżem (Eisernes Kreuz). Po wojnie kontynuował studia i ostatecznie zdał egzamin rabinacki w 1922 r., czyli gdy pracował w Rybniku, nie miał jeszcze stosownego certyfikatu. Swój samodzielny, czyli rybnicki, rabinat rozpoczął prawdopodobnie w październiku 1920 r. W zasobach wspomnianego już Instytutu Leo Baecka znajdują się oryginalne zapiski Nellhausa, m.in. skorowidz alfabetyczny do zapisywania wydarzeń, w których uczestniczył od początku lat dwudziestych. Najstarsza data, już nie dotycząca Wrocławia, to 29 września 1920 r. Pod literą G Nellhaus zapisał, iż w tym dniu miał miejsce jubileusz (Jahrestag) osoby z Wodzisławia Śląskiego (Loslau) o nazwisku Gruschka. Należy założyć, że w tym czasie Nellhaus przebywał już w tej części Górnego Śląska i przymierzał się do objęcia funkcji rabina w Rybniku, co stało się w połowie października 1920 r. Już 22 i 23 października umieścił w skorowidzu informację o rybnickich uroczystościach z okazji bar micwy trzech żydowskich chłopców z rodzin Guttmannów, Wolffów i Berlinerów .
Z punktu widzenia historii rybnickich Żydów niezwykle interesujący jest wpis pod literą H z 19 maja 1921 r. Otóż Nellhaus na tej stronie skorowidza dodał zapisek: Haase, Felix, dr, 1921.19.V, pogrzeb zmarłego Rudolfa, R. Litera R w tym przypadku to skrót dla Rybnika, w innych miejscach pisał pełną nazwę miasta, raz użył skrótu Rybn. Okoliczności śmierci Rudolfa Haase oraz historię tej rodziny opisywałam już wiele razy. W skorowidzu alfabetycznym Nellhausa są też adnotacje np. o uroczystości 50. urodzin Adolfa Aronade (22 maja 1921 r.), 80. urodzin Adolfa Priestera (27 lutego 1921 r.). Ostatni wpis odnoszący się do Rybnika dotyczy bar micwy w rodzinie Maxa Rottera (18 czerwca 1921 r.) .
Należy więc przypuszczać, iż w drugiej połowie czerwca 1921 r. rabin D. Nellhaus opuścił Rybnik. Jego rabinat był więc bardzo krótki, nie trwał bowiem jednego roku. Przypadł na czas plebiscytu oraz III powstania śląskiego. Rabin był świadkiem wyjazdów rybnickich Żydów i tak jak swój poprzednik opuszczał miasto, gdyż czuł się Niemcem, dla którego nie było miejsca w Rybniku, który po powstaniu miał zostać przyznany Polsce. Bezsprzecznie Szczecin (Stettin), do którego wyjeżdżał, był w 1921 r. dla Nellhausa, niemieckiego patrioty, weterana I wojny i rabina, miejscem bezpiecznym, bardziej prestiżowym, a przede wszystkim niemieckim.
Od września 1921 r. objął w Szczecinie posadę nauczyciela religii, a od 1 listopada został rabinem w tamtejszej gminie, liczącej wtedy ok. 3 tys. Żydów; w kwietniu 1924 r. ponownie zmienił miejsce zamieszkania i został rabinem w Jeleniej Górze (Hirschberg). W latach 1931 – 1938 był rabinem, publicystą oraz liderem społeczności w Pirmasens. I to tam musiał patrzeć na palącą się synagogę, której resztki po jakimś czasie rozebrano (poniższe zdjęcia pochodzą ze strony http://www.alemannia-judaica.de/pirmasens_synagoge.htm).

Po Nocy Kryształowej, w listopadzie 1938 r., został aresztowany i internowany w obozie koncentracyjnym w Dachau. Udało mu się uzyskać wolność i prawdopodobnie dzięki temu, iż jeden z jego nastoletnich synów przebywał wówczas w USA, cała rodzina (żona Minna oraz trójka dzieci) otrzymała wizy amerykańskie i wypłynęła na statku SS „Europa” z Bremen do Nowego Jorku .
W Stanach Zjednoczonych dr Nellhaus nadal był bardzo czynny i zaangażowany w życie społeczności żydowskich. Jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny starał się pomagać Żydom, którzy zostali w Niemczech. Po przybyciu do Ameryki jakiś czas był rabinem w Terre Haute (Indiana). W latach 1940–1941 był pracownikiem Jewish Publication Society, następnie m.in. pracownikiem fabryki obuwia w Haverhill oraz szpitala żydowskiego w Roxbury, nauczycielem w żydowskiej gminie Kehillath Israel, asystentem bibliotekarza w seminarium dla nauczycieli hebrajskiego (na Brooklynie). W latach 1943–1973 był rabinem w Towarzystwie Pomocy Wzajemnej dla Imigrantów w Bostonie (pełniąc posługę z okazji świąt i w czasie pogrzebów). Od 1964 r. służył jako rabin w Hebrajskim Centrum Rehabilitacyjnym dla osób w podeszłym wieku. Do końca życia udzielał się w wielu stowarzyszeniach i przedsięwzięciach, prowadził rozległą korespondencję z mnóstwem osób z całego świata. Zmarł w wieku 89 lat – we wrześniu 1980 r., w mieście Roslindale (USA), gdzie mieściło się wspomniane centrum rehabilitacyjne. Jako ciekawostkę muszę dodać, iż jego synowie służyli w czasie wojny w armii amerykańskiej. Potomkowie rabina żyją do dziś w USA.

Obydwaj, krótko związani z Rybnikiem, rabini przeżyli ten straszny czas listopadowych pogromów i udało im się wyjechać. Na szczęście. Na ich oczach niszczono niemieckie żydostwo, na ich oczach palono synagogi, plądrowano sklepy, bito ludzi, wsadzano ich do obozów. Trzeba prosić niebiosa i nimi zarządzającego, by takich szklanych nocy już nigdy więcej nie było.

(Na podstawie mojego artykułu Rybniccy rabini, który ukazał się w Zeszytach Rybnickich nr 22, pt. Wyznania religijne w Rybniku i powiecie rybnickim w XIX i XX w., wydanych przez Muzeum w Rybniku w 2015 r.).

Część zdjęć ze strony: https://www.jmberlin.de/1933/de/05_16_geburtstagsgedicht-von-rabbiner-arthur-rosenthal-fur-seine-frau-ilma.php oraz z kolekcji Judith Helfer, które są w zasobach Instytutu Leo Baeck’a w Nowym Jorku.

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania U nas tej nocy nie było, ale… została wyłączona
Październik 5

Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku

Kończy się tydzień noblowski 2018. Naukowcy, którzy zostali laureatami w sześciu dziedzinach nauki, w grudniu odbiorą nagrody z rąk króla Szwecji. My nie mieliśmy noblistów. Pobliskie Żory już tak.  Mogą chwalić się tym, że u nich, w 1888 roku, urodził się Otto Stern, wybitny fizyk, który otrzymał nagrodę za wkład w rozwój metody wiązki molekularnej i odkrycia momentu magnetycznego protonu. Cokolwiek to oznacza  🙄

Kombinowałam, o którym rybnickim naukowcu napisać, by choć ciuteńko zbliżyć się do grona najwybitniejszych. Uznałam, że tym, o którym napiszę będzie Alfred, syn Adolfa i Selmy Glücksmannów. Tata Adolf urodził się w Mysłowicach, a mama Selma w Rudzie. Zanim jednak się pobrali, młody Adolf przyprowadził się do Rybnika i tu otworzył swój interes. W 1903 roku, mając 27 lat handlował skórami oraz przyborami szewskimi przy ówczesnej Breitestrasse, czyli Szerokiej (dziś to ul. Sobieskiego). Polecał się Szanownej Publiczności w gazecie Katolik dodając, iż przez swoją „długoletnią czynność” ma dostateczne doświadczenie.

Narzeczoną sobie znalazł w Rudzie, a ściślej w Glückauf Kolonie. Zanim jednak doszło do zawarcia małżeństwa, rodzice dziewczyny prawidłowo ogłosili zaręczyny młodych w prasie.

No, a potem już był ślub w rudzkiej synagodze, po którym małżonkowie wrócili do Rybnika. Selma została panią Glücksmann i mieszkanką Rybnika.

Tego samego 1904 roku, w grudniu, na świat przyszedł ich pierworodny syn – Alfred.  Ojciec zgłosił narodziny dziecka dopiero 4 stycznia. W rok po nim, urodziła się córka Ilse. Do 1917 więcej dzieci się Adolfowi i Selmie nie urodziło w Rybniku.

Nie wiem na 100%, czy Adolf brał udział w I wojnie. Zakładam, że tak. Sądzę też, że przez jakiś czas po wojnie jeszcze handlował w Rybniku. Jednak, gdy Rybnik przypadł Polsce wyprowadził się najpierw do Görlitz, a w marcu 1927 roku otworzył sklep z obuwiem w Gliwicach przy Nikolaistrasse 17. Przynajmniej to można wyczytać z karty adresowej miasta Gleiwitz.

Cały czas na pewno zaiwaniał jak mały motorek, by urodzony w Rybniku syn Alfred mógł skończyć nauki we Wrocławiu, a następnie medycynę w Heidelbergu. Zdolny Alfred, po skończeniu studiów w 1929 r., został asystentem w Instytucie Anatomicznym Uniwersytetu w Heidelbergu. Obronił doktorat, uczył anatomii i dokonywał swoich pierwszych odkryć związanych z rozwojem zarodków. A tata cały czas, zapewne z sukcesem, sprzedawał buty w Gliwicach. Poniższa reklama pochodzi z roku 1930, gdy jeszcze nikt nie spodziewał tego, co nadejdzie.

Przyszedł straszny rok 1933. Żydowscy naukowcy nie byli potrzebni Hitlerowi. Alfred mimo utraty pracy,  gdy naziści doszli do władzy, miał szczęście. Dołączył do zespołu badawczego w laboratorium Strangeways na uniwersytecie w Cambridge. Utrzymywał się z dotacji Rady Pomocy Akademickiej, a jego badania były finansowane przez Cancer Research Campaign. Cały czas specjalizował się w anatomii, embriologii, histologii, patologii kości oraz badaniach nad rakiem. To Alfred, namówił do przeniesienia się do Anglii, swego przyjaciela z czasów studenckich – Norberta Eliasa, później jednego z wybitniejszych socjologów XX w. Nie muszę dodawać, że to uratowało Eliasa, Żyda urodzonego w mieście Breslau, choć po 1933 r. mieszkającego w Paryżu.

Wybuch II wojny spowodował, iż nasz Alfred, jako obywatel Niemiec, nagle stał się wrogiem poddanych króla Jerzego VI. Został internowany i prawie całą wojnę spędził za drutem kolczastym w obozie na Wyspie Man. Internety podają, że również był w czasie wojny w obozie w Kanadzie, ale jakoś to mało prawdopodobne z powodów logistycznych. Bez względu jednak, czy został uznany za wroga, czy że nie mógł pracować naukowo, to żył. Nawet jeśli to życie nie należało do najłatwiejszych.

Bowiem w tym czasie jego rodzice już nawet nie byli uznawani za wrogów. Bo wróg, to jednak człowiek i jakieś prawa ma. A Adolf i Selma w nazistowskich Gliwicach nie mieli już żadnych praw.

Byli przeznaczeni do eksterminacji. Jednym z ostatnich transportów, 28 maja 1942 r, wraz z innymi, zostali wywiezieni do KL Auschwitz. Może byli w jednym wagonie z babcią i prababcią mojej Clare? Else Weissenberg oraz Hermina Bloch były również wywiezione w tym dniu (więcej ➡ tu).

Na kartach adresowych odnotowano tylko daty. Ostatni ślad życia rodziców zdolnego rybniczanina. Odbity datownik: 28.5.1942. Schluss. Koniec. Co się stało z ich córką, która jeszcze pod koniec lat 20-tych wyjechała z Gliwic do Charlottenburga , nie ustaliłam.

Ich życie się skończyło. Nigdy nie ujrzeli urodzonej w Berlinie synowej Ilse Lasnitzki – wybitnej embriolog i biolog. Dodam, pionierki badań nad wpływem palenia na raka płuc. Adolf i Selma nie doczekali narodzin wnuczki Miriam – kolejnej zdolniachy. Miariam jest socjologiem, emerytowaną profesor z Uniwersytetu w Essex.

Po wojnie, Alfred nadal pracował w Anglii w Laboratorium Strangeways. Zmienił nazwisko z Glücksmann na anglosaskie Glucksmann. Uzyskał obywatelstwo brytyjskie, odzyskał swoją pozycję naukową, a nawet został zastępcą dyrektora laboratorium.

Obszarem badań Glucksmanna w trakcie pierwszych lat jego kariery było badanie problemów rozwoju tkanek, przedstawił on, różnie nazywane, klasyczne badania morfologicznej degeneracji życia zarodkowego i prowadził eksperymenty nad wpływem czynników mechanicznych. Później przedmiotem badań Alfreda były ilościowa analiza histologiczna ludzkich nowotworów przed, w trakcie i po ich leczeniu radiologicznym.

Rybniczanin z urodzenia, był członkiem British Institute for Radiology X-ray Award, członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Biologii Komórki, członkiem Międzynarodowej Akademii Cytologii, członkiem Towarzystwa Patologicznego Wielkiej Brytanii.

Alfred zmarł w 1985 r. Jego żona dożyła wieku 91 lat, córka żyje do dziś. Tegoroczny Nobel z medycyny został przyznany za osiągnięcia w walce z rakiem, a ściślej za odkrycie nowej metody walki z rakiem, która polega na regulowaniu odpowiedzi immunologicznej organizmu. Mój Alfred i jego żona też badali raka, Nobla nie dostali, ale na pewno ich badania były ważne i odkrywcze.

Alfred zostaje przeze mnie dopisany do listy: „U nas nieznani, a gdzieś uznani”, jak David Hoeniger, Josef Lustig, czy wielu innych.

Źródła: Śląska Biblioteka Cyfrowa, Centralna Biblioteka Judaistyczna, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, Yad Vashem.

Lipiec 19

Zaś się popłakałam

Niewiele mi trzeba, by się pobeczeć. No i teraz se właśnie beczę rzewnymi łzami. Z emocji, z radości i sama jeszcze za bardzo nie wiem z czego. Zawsze, gdy mówię o żydowskich dzieciach z Rybnika mam przed oczami wielkooką Shaindlę Rybę, córkę Abrahama i Miriam. Może przez to, że moja Mama też mi taką kokardę na głowie robiła i też miałam takie bycze ślepia… Ja żyję, bo urodziłam się w dobrych czasach, a ją zagazowano, bo jeden zjeb tak uznał.

(Shaindla Ryba – źródło: Yad Vashem)

Niejednokrotnie pokazywałam jej zdjęcie na spacerach po Rybniku. Waliłam ludziom po oczach tą fotografią, by wiedzieli do czego prowadzi nienawiść. Widziałam łzy w oczach kobiet, zresztą samej mi się łamał głos przy pokazywaniu tej dziewczynki, co na pewno nie było profesjonalne ze strony przewodnika. Dla niej szłam w Marszu Żywych (tu o tym wydarzeniu  ➡ „Jesteśmy ich zemstą”). To ta mała dziewczynka, zamordowana w obozie zagłady, jest dla mnie symbolem Szoa.

I przed chwilą mi plipnęła komórka informując o mailu. W ciul ich dostaję, więc nie zawsze odczytuję od razu. Tym razem jednak czekam na list z Anglii, no to kliknęłam. Nawet bez breli ujrzałam, że pisze do mnie ktoś z rodziny Rybów. Od lat jestem zarejestrowanym użytkownikiem portalu JewishGen, na którym wypisałam wiele rybnickich nazwisk, których poszukuję. No i prask! Pisze pan, że się akurat zarejestrował. Dodaje, że jego mama urodziła się w Rybniku, jako córka Abrahama i Miriam i czy jest „connection”? No kurde! Takie connection, że się zaraz poryczałam. Pan jest synem siostry Shaindli, czyli wnukiem Abrahama i Miriam (też zginęli w obozie zagłady – przynajmniej tak podaje Yad Vashem).

(Abraham Ryba – źródło: Yad Vashem)

(Miriam Ryba – źródło: Yad Vashem)

Nie wiem, czy logicznie napiszę ten post, bo w łepie mi się głębią miliony myśli. Bierzcie poprawkę na mój skołowany z emocji mózg  😉

Abraham Ryba nie pochodził z Rybnika. Skąd był, to na razie nie wiem. Wiem czym się zajmował, bo to można znaleźć w starych wykazach na Śląskiej Biblio Cyfrowej.

Z kolei w Jagielońskiej Biblio, jak człowiek pogrzebie, to znajdzie antysemickie przytyki w jego kierunku. Takie „kwiatuszki” miały miejsce na wiecu, który prowadzili ojcowie franciszkanie z mojego miasta  👿

Prawdopodobnie miał brata, który miał też mały geszefcik.

Abram nie należał do krezusów, co widać z wysokości płaconych podatków na rzecz gminy żydowskiej. Skupował stare żelastwo i tym handlował. Mieszkał se przy ulicy Korfantego, a handlował na Młyńskiej.

Na pewno nikomu za mocno nie wadził.  Aż do momentu, gdy kurdupel z wąsem wlazł do Polski.

Jak przeżyła Genia – siostra Shaindli – urodzona w Rybniku w 1930 r. to jeszcze nie wiem. Mam wielką nadzieję, że się dowiem, gdy pani, która się do mnie odezwała podzieli się tą historią. Oby!

Na razie idę se dalej beczeć, bo takie odkrycie to trzeba odreagować. Miałam ćwiczyć przemówienia na konfę w Warszawie, ale dziś ją olewam. Po raz n-ty utwierdzam się w przekonaniu, że idę właściwą drogą. Dla takich momentów warto spędzać godziny przed kompem, w archiwach i olewać co myślą ci inni.

Marzec 6

O żydowskiej ochronce w Rybniku i związanej z nią rodzinie Katzów cz.1

Do opisania żydowskiej ochronki i jej dyrektora – doktora Leopolda Katza przymierzałam się jak sójka do wylotu za morze. Gdyby nie materiały, które jakiś czas temu podesłał mi pan Piotr Hnatyszyn z Muzeum Miejskiego w Zabrzu, to nadal sierociniec i rodzina Katzów leżałaby zakopana w szufladzie. Nota bene, nie myślcie, że ja to mam wsio faktycznie w szufladach. Nie, mam to w segregatorach  😉

Piotr podsyłając, sfotografowane przy okazji własnych poszukiwań, kilka informacji o rodzinie Katzów, zmobilizował mnie do wsadzenia tyłka w fotel, skomasowania rzeczy, które wiem i opowiedzenia tego cuzamen do kupy czytelnikom Szuflady.

Nie będę zaczynać od słów „”na początku był chaos” i nie będę szczegółowo opisywać samej idei powstania żydowskiego sierocińca na Górnym Śląsku, gdyż dla mnie najbardziej istotne jest to, że powstał w Rybniku. Gdyby nie 20.000 marek, które przekazał, wówczas już rentier, Ferdynand Haase, to myślę, że ochronka nie zostałaby wybudowana w moim mieście. Ferdynand kasę obiecał, ale dał warunek: To musi powstać w Rybniku. Przekazywanie różnych kwot pieniężnych deklarowali Żydzi nie tylko ze Śląska. Dorzucały się gminy – te bogatsze, jak i te biedniejsze. Rybnicki kupiec Prager ofiarował 10 tys. cegieł. No i zaczęli wznosić obiekt, który miał służyć żydowskim sierotom oraz ubogim dzieciom aż do 1922 r.

Uroczyste otwarcie ochronki zaplanowano na 29 października 1893 r. Kogo tu nie było na tej imprezie  :mrgreen: Śmietanka towarzysko-polityczno-urzędniczo-religijna. I to wszystkich wyznań. Radca sanitarny Freund przekazał klucze landratowi, budowniczy Fuchs wszystkich oprowadził po całym obiekcie, rabin Cohn z Katowic sierociniec pobłogosławił. Na koniec zaśpiewał chór i wszyscy goście przeszli do hotelu Wittiga przy Rynku na wyżerkę na 120 osób. Niestety, głównego fundatora na uroczystości nie było, gdyż chorował. Zmarł tego samego roku na początku grudnia. O nim samym możecie przeczytać tu  ➡ Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)

Nowoczesna ochronka dla dzieci zaczęła działać. Uchwalono statut i wybrano specjalne Kuratorium (jego skład się często zmieniał). Do pomocy, kuratorium wybierało tzw. „damy honorowe”, których zadaniem było sprawowanie dodatkowej opieki nad dziećmi. Ponadto właśnie to Kuratorium, za aprobatą Zarządu Związku Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, podejmowało decyzję o zatrudnianiu kierownika zakładu. Pierwszym kierownikiem został mianowany dr Oskar Götz z Rybnika. Pracował na tym urzędzie niecały rok. Po nim zatrudniono dr. Leopolda Katza, który kierował sierocińcem do 1922 r.

Co wiemy o tym zasłużonym dla miasta i na pewno dla dzieci lekarzu? Dr Katz urodził się w 22 lutego 1864 r. w Mollerfelde koło Getyngi. Seminarium nauczycielskie skończył w Hanowerze, potem w mieście Höxter pracował jako kaznodzieja i nauczyciel, w latach 1887-1890 w Lesznie również uczył dzieci. Sądzę, że właśnie tam poznał swą, o 8 lat młodszą, żonę Betty, z domu Falk.  Miastem, z którego pochodziła Betty był Poznań, a z niego blisko do Leszna. Poza tym sama była nauczycielką z wykształcenia i zawodu, więc o spotkanie nie było trudno  😉 Jeśli para się faktycznie tam poznała, to gdy Leopold został zatrudniony jako belfer w Raciborzu (1890-1894) zapewne byli już małżeństwem. Przybyli do małego Rybnika i 30 kwietnia 1894 r. Leopold zaczął szefowanie sierocińcem położonym w pobliżu dworca kolejowego i paradnego budynku starostwa.

Do rodziny Katzów wrócę później, a tymczasem opiszę samą ochronkę., która wg sprawozdania sporządzonego przez dyrektora stała pośrodku dużego ogrodu o powierzchni 3 morgów. Składała się z suteryny, parteru i pierwszego piętra. W suterenie była sala modlitewna, kuchnia, jadalnia, pralnia i magiel. Na parterze znajdowały się sale robocze, łazienki (ogrzewane!), sala dla dzieci chorych, biuro oraz mieszkanie dla kierownika zakładu. Z kolei na pierwszym piętrze były sale sypialne, wyposażone w łóżka, szafki dla dzieci, krzesła, miednice i inne cuda na kiju, typu spluwaczki czy termometry, wieszadła, itp., itd. W pobliżu sierocińca stał budynek gospodarczy, w którym były pomieszczenia do nauki robót ręcznych, warsztat stolarski, sala gimnastyczna wraz ze sprzętem. Po podłączeniu zakładu do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, oraz po zainstalowaniu, nowoczesnego, jak na owe czasy, centralnego ogrzewania, sierociniec należał do najlepiej wyposażonych obiektów użyteczności publicznej w Rybniku.

Ogród urządził fachowiec nad fachowcami, czyli mistrz Knyst z Pyskowic. Część kosztów jego urządzenia pokrył hurtownik win z Gliwic – Troplowitz, który sam należał do tych, którzy znali się na sztuce ogrodowej.

Zadaniem sierocińca była opieka oraz wychowywanie sierot a także dzieci z domów, których nie było na to stać. Jak choćby trójki boroczków z Koszęcina, których tata był na Wielkiej Wojnie, a matka musiała zamknąć swój zakład fryzjerski z powodu choroby i leczenia w szpitalu. Dzieci w ośrodku były uczone pracy, punktualności, porządku, pilności. Oczywiście, wsio na mocnej podbudowie religijnej. Tu muszę dodać, iż sieroty uczęszczały do szkoły powszechnej miejskiej, a w zakładzie miały zajęcia z religii. Ponadto chłopcy i dziewczynki byli przyuczani do przyszłych zawodów. Dzieci uczone były też empatii, gdyż zachęcano je do pomocy przy chorych wychowankach, pokazywano jak udzielać pierwszej pomocy. W 1916 r. zakład przyjął np. rosyjskiego chłopca – ofiarę pogromu żydowskiego, co  świadczy o wielkiej wrażliwości kierownictwa.

No właśnie… kierownictwa. Tymi, którzy przez 28 lat pracowali na rzecz sierot i biednych dzieci byli wspomniani przeze mnie Leopold i Betty Katz. To oni oddali całe swoje dorosłe i dojrzałe życie Rybnikowi i sierotom. Leo i jego żona zasługują na osobny wpis dlatego na dziś zakończę.

Wrócę wnet 🙂

 

 

Styczeń 7

Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds

Jak to dobrze, że przywrócono durne święto, które choć totalnie mi powiewa, to dało potrzebny oddech. Z uwagi na rodzaj pracy, soboty i niedziele nie są dniami wolnymi dla mnie, więc niech żyje Dzień Trzech Mędrców! Od rana Fejsbuk mnie atakował informacjami, jak ministranci winni pisać kredą na drzwiach „odhaczenie” kolędy, więc wolałam już wleźć do kuchni  i przygotować paradny obiad. Po tygodniu zjadania sylwestrowego bigosu, druga część rodziny wyraźnie miała dość, więc stanęłam przy garach (co się rzadko zdarza, bo pichcenia nie lubię) i zrobiłam śląski obiad. Do surowych jeszcze klusek, od razu wtatarowała Marysia vel Nowotko. Cierp ciało, jak żeś młode koty mieć chciało i je adoptowało  😉

 

Kimę zaliczyłam, choinę rozebrałam, reszta dnia była do zagospodarowania. W zasadzie to powinnam się przygotowywać do spaceru szlakiem Marszu Śmierci, ale w końcu święto jest i nie musiałam pracować. Wyszłam sobie na balkon, popatrzałam na Radlin i moją hałdę, no i zapadła decyzja: muszę siąść do lapa i kogoś wziąć na tapetę. Otworzyłam Folder „Rybnik Żydzi”. Spojrzałam na podfoldery. Zaczęłam w nie wchodzić. Ten nie, ten też nie. Gordon – kantor. Niech będzie on.

Co my tu o nim mamy? W sumie nic. Jedynie akt urodzenia jego syna. Beznamiętny, bo jakiż mógłby być inny, urzędowy dokument informujący o narodzinach dziecka pod koniec września 1884 r.  Dziecko płci męskiej, z matki Sophie Gordon z domu Moses oraz ojca Samuela Alberta Gordona.

Ojciec zgłaszający narodzenie dziecka, podpisał się jako kantor – chazan prowadzący modlitwy w synagodze, czy wypełniający inne istotne posługi, gdy brak rabina. Bezsprzecznie musiał to być wokalista o pięknym głosie.

Gdy Samuel udawał się przed oblicze Standesbeamta, w Rybniku nie było rabina. Od wyjazdu  ➡  Fraenkla minęło już parę lat i gmina nie zatrudniała rabina, a jedynie kantora. Wgryzając się w ten akt urodzenia miałam niezłą zagwozdkę, jak rodzice nazwali syna. Jak wiecie, moja znajomość niemieckiego jest słaba, a rękopisy to już w ogóle jest masakra. Metodą porównywania liter wykombinowałam, że dziecku dano imię: Walter.

No i teraz przede mną było szukanie śladów po Walterze. Gordon, to mało żydowskie nazwisko i trochę czasu mi zajęło nim trafiłam właściwy na trop, czyli miasto w Dolnej Saksonii – Hildesheim.

Teraz, jak zwykle puszczam wodze fantazji (zaważając jednak na informacje znalezione w Internetach) i mogę Wam opowiedzieć o Walterze, urodzonym w Rybniku, przyszłym lekarzu, który zakończył swe życie w hrabstwie Suffolk. Przez to, że tam mieszka angielska część mojej rodziny, Walter tego dzisiejszego popołudnia stał mi się jakoś dziwnie bliski.

Na razie wracam jednak do Rybnika. Gdy Walter przyszedł na świat jego tata i mama na pewno się radowali. Może Samuel chciał, by mały w przyszłości został rabinem? Nie wiem, czy w Rybniku Sophie i jej mąż dorobili się innych dzieci. W zapiskach mam tylko ten jeden akt urodzenia u Gordonów, którzy na pewno nie byli z naszego miasta. Kantor był tu na kontrakcie, więc zapewne po jakimś czasie wyjechał. Do czasu wyjazdu pełnił posługę w naszej synagodze odprawiając nabożeństwa, udzielając śluby, grzebiąc zmarłych, itd.

Kiedy wyjechał? Nie wiem. Gdzie? Też nie wiem. Kiedy zmarł? Kolejna zagadka. Pewne jest to, że jego syn, a nasz Walter nie został rabinem, choć podjął studia teologiczna w Breslau. Od bezproduktywnego religijnego pitolenia, wolał pożyteczne babranie się w ludzkich flakach. Został lekarzem w szpitalu St. BernwardKrankenhaus. Zanim, jak wielu niemieckich Żydów, został powołany do wojska w czasie Wielkiej Wojny, ożenił się z Lotte Wolfes z Hamburga. Lotte była od niego młodsza o 10 lat. Para wzięła ślub w sierpniu 1914 r. Ich pierwszy syn Johann Rupert urodził się w 1916 r., co ewidentnie pokazuje, iż Walter bywał na przepustkach 😉 Drugi chłopiec przyszedł na świat już po wojnie, tj. w 1919 r. Młody lekarz w tych ciężkich, bojowych czasach pracował jako chirurg. Niejedno widział i niejedno przeżył. Wojna go zahartowała. Po jej zakończeniu powrócił do Hildesheim, do szpitala St. Bernwarda. W tymże szpitalu, po wielu, wielu latach, umrze na niewydolność wątroby jeden słynny Oskar – Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, który uratował ponad 1200 światów.

Wracam do Waltera. Mieszkał z bliskimi przy ul. Zingel 24. Jego synowie chodzili do starej szkoły żydowskiej w Hildesheim, a cała rodzina do synagogi w dzielnicy Lappenberg. Życie płynęło spokojnie, do momentu, gdy brunatne koszule zaczęły pojawiać się na ulicach i do władzy doszedł mały, zły człowiek, który bał się dentystów, a na śmierć posłał miliony ludzi.

Zaczęły się szykany. Pochodzenie i wyznanie odgrywały najistotniejszą rolę. Nie liczyły się kompetencje i umiejętności Waltera. Nie brano pod uwagę zasług wojennych. Ustawy norymberskie, zwalnianie z pracy, wyrzucenie do Polski Żydów z obywatelstwem polskim, zamykanie w obozach i ostatecznie Kristallnacht. A społeczność żydowska w Hildesheim była spora. Musieli patrzeć jak płonie ich synagoga, jak wybijane są szyby w witrynach sklepów, jak wywlekani są z mieszkań ludzie, jak ich się bije i aresztuje. Czy wtedy, czy jeszcze przedtem Walter z żoną wyjechał do Anglii, to nie wiem. Nie udało mi się tego ustalić. Na pewno w 1936 r. zmarł teść, czyli ojciec Lotte, a sam Walter starał się walczyć o utrzymanie posady, choć poprzez przedstawianie pism od swoich dowódców z czasów wojny. Walczył za kraj, który teraz go traktował jak nie-człowieka. W kwestionariuszu, który musiał nasz rybniczanin wypełnić jeszcze jako lekarz w 1936 r., najważniejszą pozycją była ta, która waliła po oczach słowem : „JUDE”. A jak JUDE to i RAUS!

Hildesheim nie chciało Żydów. Poniższe zdjęcie, pokazujące właśnie tablicę o tej treści, pochodzi ze strony Yad Vashem.

Walter chyba mądry był. Widział, że nie ma na co czekać. Trzeba załatwiać wizy i spierdzielać. Jak to załatwił nie wiem. Ale załatwił i rodzinie udało się wyjechać do Anglii jeszcze przed wybuchem wojny. Czy od razu z synami?  Być może. Choć to oni mogli jako pierwsi opuścić Niemcy, by następnie pomóc rodzicom.

Lotte i Gordon, a także ich synowie, zostali oficjalnie poddanymi króla Jerzego VI w 1947 r. Zamieszkali w mieście Bury St.Edmunds w hrabstwie Suffolk. Po wojnie należeli do The Association of Jewish Refugees (Związku Uchodźców Żydowskich). Walter najpierw pracował jako lekarz w West Suffolk Hospital, a potem w St. Mary’s Hospital jako specjalista od geriatrii. Urodzony w Rybniku w 1884 r. syn kantora odchodził na emeryturę w wieku 75 lat, o czym informował Dziennik Związku Uchodźców Żydowskich, we wrześniu 1959 r. życząc mu dużo zdrowia i szczęścia. 

Walter Gordon zmarł prawdopodobnie w wieku 82 lat, został skremowany i pochowany na żydowskiej części cmentarza miejskiego w Cambridgeshire. Za tą informację to nie dam sobie ręki uciąć, bo by wiedzieć to na 100% musiałabym posłać do Anglii przelew w wysokości 3 funtów i jeszcze jakieś cuda, więc olewam to. Dla mnie ważne jest to, że kolejnemu rybniczaninowi udało się uciec i macki małego, złego człowieka go nie dosięgły. Zapewne też żyją potomkowie Waltera, w dodatku gdzieś tam w Suffolk i okolicy Cambridge, więc mogę spokojnie i z miłymi myślami w głowie, iść spać.

P.S. Po południu miałam tylko jeden akt urodzenia, a tu tyle informacji się znalazło po 9 godzinach pracy 🙂 Internet to potęga, choć google images coś jakieś udogodnienia wprowadziły i są totalnie z dupy. Przez moment musiałam się przerzucić na Yahoo. Jak coś zaś znajdę, to popiszę. Tymczasem pyrsk, ludkowie  :mrgreen:

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds została wyłączona
Grudzień 30

Rok 2017 – remanent

Dla tych, którzy lubią podsumowania

Nowy rok za rogiem, więc czytelnikom należy się podsumowanie mijającego. Oj wiele i dobrze się działo. Nadal dookoła mnie byli ciekawi i pozytywnie nakręceni ludzie.

Najpierw, w lutym, moja wystawa ze zdjęciami z cmentarzy żydowskich Górnego Śląska pojechała do Mysłowic. Jeszcze raz dziękuję Bogusiowi oraz dyrektorowi Muzeum w Mysłowicach za zaproszenie. Miło być docenionym w obcym, choć w sumie nie obcym mieście.

Krótko potem, gliwicki Dom Pamięci Żydów Górnośląskich obchodził roczek. Wnet miną dwa lata od momentu powstania tego niewiarygodnego miejsca, które przyciąga zwiedzających, przewodników, turystów, młodzież, grupy z Polski i zagranicy. W Rybniku miało powstać Centrum Humanistyczne z podobnymi celami, ale cóż… nie powstało. Lajf is lajf  😉 Gleiwitz mi rekompensuje wszystko.

(Tort na roczek wykonała firma Chechłacz z Żor i też jej za to w tym miejscu dziękuję).

Przez cały rok w Domu, tak jak i w roku ubiegłym, mogłam słuchać najlepszych z najlepszych. Stać sobie z redaktorem Nogasiem i przeklinać, to dla trójkowicza jest naprawdę zaszczytem.

Gdzie, jak nie w Domu Pamięci, mogłabym stanąć do jednego zdjęcia z Julianem i Jakubem Kornhauserami. Bo o swoich koleżankach – wolontariuszkach roku 2017 w Gliwicach nie wspomnę.

W mijającym roku udało mi się ukończyć studia podyplomowe, na których wszystkie trzy semestry zaliczyłam dzięki Żydom, choć studia były pedagogiczne  😉 Praca dyplomowa nosiła tytuł „Doświadczenia edukatora prowadzącego zajęcia z różnymi grupami odbiorców z zakresu wiedzy o Żydach górnośląskich, jako części edukacji wielokulturowej”. Pójść na studia z przygotowania pedagogicznego i fanzolić na każdych zajęciach o Żydach, to trza być miszcz :mrgreen: .

W marcu, dzięki uprzejmości Muzeum w Gliwicach i Karoliny, moja wystawa zawitała w halo! Rybnik. Zaś dzięki Mariuszowi, którego podziwiam i niezwykle szanuję, dorobiłam się pierwszego w życiu plakatu. Mariusz, jeszcze raz buziaki!

Przy okazji wernisażu, zakończyłam cykl spotkań pt. „Geboren in Rybnik”, które miałam przyjemność prowadzić wraz z Jackiem Kamińskim i Jasiem Krajczokiem. Jacek zresztą to moja druga połowa jabłka od prowadzenia spacerów – takiego fachowca to ze świcą należy szukać. Jacku szacun!

Kwiecień to był miesiąc ADY. Mojej Ady, której całą historię udało mi się w końcu rozwikłać i przekazać ludziom. Znowu pomogły dobre i przyjazne człowieki. Moment, w którym bardzo wiekowa pani Klara, odnaleziona dzięki Żanecie, przekazała mi zdjęcie Ady i jej rodziców, zaliczam do jednego z bardziej wzruszających w ciągu tych ostatnich 365 dni. Kto ciekawy kim była Ada, niech pootwiera odpowiednie szufladki. Dziękuję też Oli Namysło, za kontakt z profesor Barbarą Engelking, bo uzyskana od pani profesor relacja Ady z Yad Vashem pozwoliła mi na uzupełnienie najostatniejszych z ostatnich luk w historii rodziny Schwerdt, których już nie opublikowałam. A dlaczego? Bo nie. Kropka.

Kwiecień to był Wrocław i seminarium Centropy. Każdy moment i miejsce są dobre na szukanie śladów po rybniczanach. Hyś, to hyś. Z hysiami się nie walczy.

Czyż cmentarze nie są piękne?

Najważniejsze wydarzenie maja to był spacer szlakiem przedsiębiorców żydowskich i ich skandali. Sporo ludzi przyszło, oj sporo. Nawet moje słuchaczki z Gliwic przyjechały! Serducho się radowało 🙂

W czerwcu zakończyłam cykl wykładów w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich pogadanką o rybnickiej rodzinie Kornblumów. Zaczynałam od Haasych z Rybnika i kończyłam Kornblumami. Trzeba promować własne miasto i lokalną społeczność żydowską. Karola, gdyby nie Ty, to te opowieści by mi się kisiły w laptopie. Przy okazji spaceru szlakiem kobiet, realizowanego wraz z Fundacją Re:akcja, tyle nagadałam o naszych Żydówkach, że hej. Poszłam po bandzie przy opowiadaniu o Geili Majerowicz, że aż sama się popłakałam. No, ale musiałam opowiedzieć o napisie w muzeum w Bełżcu i o samym obozie. Co prawda Geila zginęła w Auschwitz, ale moim celem było wypełnienie prośby pani dyrektor tego mało znanego muzeum. O Bełżcu trzeba ludziom mówić, bo o nim nie wiedzą. Trzeba uświadamiać. Trzeba grzmieć.

W lipcu nasze miasto w końcu upamiętniło miejsce po rybnickiej synagodze. Brawa! Wreszcie nie będzie wstydu przy oprowadzaniu po mieście.

Oprócz tego obelisku z tablicą, uhonorowano jeszcze Juliusza Haase (po raz trzeci!) i w parku Hazynhajda postawiono tablicę z informacją o powstaniu parku i jego założycielu. Tym samym Juliusz Haase jest najczęściej wymienianym rybniczaninem w przestrzeni miejskiej. Takie rzeczy radują niesamowicie.

W sierpniu też był jeden ważny dzień. Przy okazji Pierwszego Rybnickiego Zalewu Dobrego Piwa, organizowaliśmy mini wystawę birofilistyczną. Skoro browary, to i nasi Müllerowie – właściciele kilku z nich. Od kilku lat nie potrafiłam ustalić daty i miejsca urodzenia Hermanna Müllera. No, ale jak ktoś jest totalnym ćwokiem, to nie potrafi się wczytać w akta, które przeglądał dziesiątki razy. Dużo się jeszcze muszę nauczyć, oj dużo. Gdyby nie pani dr Ewa Kulik z naszego muzeum, to nadal bym kombinowała, czy przypadkiem ten późniejszy bogacz nie urodził się w pobliskim Ratibor. A pani Ewa, przed naszą wspólną pogadanką historyczną, na moje głupkowate stwierdzenie, że z tym urodzeniem Hermanna, to mam problem, odparła: Jak problem? Był synem Jacoba i bodajże w 1836 się urodził. To ja jej: Jak to? Tyle razy księgę narodzin przeglądałam i go nie ma! A Ewa: Bo on przy narodzinach był Hirsch. Noż k… mać! Małgosia! Tumanie jeden! Jasne!

Sierpień i wrzesień to były smutne miesiące. Odszedł wielki przyjaciel i druh. Marku, byłeś jedyny i niepowtarzalny 🙁 Pustka po Tobie została… Za tęczowy most przeszła też, po 17 latach życia, nasza Maszunia – część naszej rodziny. Widziała na pewno jak cierpimy i posłała nam Marcysię, vel Nowotkę, która aktualnie robi mi rozpierduchę na biurku, zjada wsio co się da (nawet cebulę, ogórki, ciastka, czy musztardę), daje buzi i wkurza na maksa Mrużkę.

Październik! Miesiąc cudów i spełniania marzeń. Zobaczyłam żydowski Berlin i po tylu latach zajmowania się rodziną Haasych mogłam położyć kamyk na grobie Rudolfa. Olutka! Jesteś jak złota rybka, która spełnia życzenia 😉 Parę ich jeszcze mam  :mrgreen:

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła iluś tam cmentarzy w ciągu całego roku. Była ponownie Biała, Prudnik, był Berlin, WRO, Gliwice ileś tam razy, ale był i Sopot, czy Gdańsk.

 

Obdłubywanie cmentarnych rzepów jest już mi od lat przypisane.

 

W 2017 roku ponownie doznałam szoku, gdy zobaczyłam grę aktorską kolegi odgrywającego rolę zbrodniarza Morela. Remik, wbiłeś mnie w krzesło, rzuciłeś mną o zolę, sponiewierałeś, bo grałeś jak najlepsi z najlepszych. To był jeden z ważniejszych momentów mijającego czasu, o czym zresztą na Szufladzie napisałam.

O ile pamiętacie, to pisałam też o odnalezieniu się wnuka rabina Braunschweigera. Dla takich momentów warto prowadzić tą stronę i robić co robię.

Udało się też doprowadzić do jako takiego stanu wielowyznaniowy cmentarz psychiatryczny przy ul.Weterenów w Rybniku. Dzięki ludziom z Forum Obywateli Rybnika, Ochotniczej Straży Pożarnej z Wielopola oraz uczniom ze szkół, wreszcie można było na cmentarz wejść. Doszło też do jego poświęcenia i odmówienia modlitwy przez księdza. Nieważne, kto za kogo się modlił i kto jakiej wiary tam jest pochowany. Ważne, że nekropolia ta ponownie „odżyła”, jeśli można użyć takiego określenia w stosunku do cmentarza.

Końcówka roku miała mocne akordy. Najpierw odnalezienie Szuflady w nowo wydanej monografii Rybnika. Łał! Dziękuję panu Marcinowi Jarząbkowi. To wielki zaszczyt i wyróżnienie, że totalnie niszowy blog, jak Szuflada Małgosi, został wymieniony w tak ważnej dla miasta publikacji.

Drugim ważnym momentem grudnia była pierwsza publikacja „szufladki” w Tygodniku Nowiny. Adrian, i Tobie należą się podziękowania.

Trzecie bycze przednoworoczne BUM, to było zaproszenie mnie – Małgosi – jako gościa honorowego, na międzynarodową konferencję genealogów żydowskich (International Association of Jewish Genealogical Societies), która odbędzie się w Warszawie w przyszłym roku. Zwykły plimplok spod hałdy, wśród ponad 1000 genealogów z całego świata! Mam być w „German Jewish Special Interest Group GerSIG”, czyli grupie niemieckiej, no bo w jakiej bym miała być, skoro moi Żydzi byli Niemcami. Kolejne podziękowania w tym miejscu kieruję do Rogera Lustiga, bo to jemu zawdzięczam to zaproszenie.

Na koniec, żeby nie było, że tylko żydowsko na Szufladzie, muszę dodać, iż cały rok był dobry, bo pracowałam i przebywałam ze swojakami i fajnymi ludziami 😉 Nadal jako starsza pani w halo! Rybnik  :mrgreen: No i chyba przez to prądy mi się w mózgu normują, czyli może wnet zaśpiewam jak ten umierający waleń na plaży (określenie Młodej na moje próby śpiewania): „Bye, bye, meine lieber EPI” i pierdyknę tabsami.

(fot.Urząd Miasta Rybnika)

Jako ta, która otwiera różne szufladki, jeszcze raz wszystkim dziękuję za to, że do nich zaglądacie. Zastanawiałam się nad życzeniami dla Was na następny rok. Pisząc tego posta słuchałam „Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka w Trójce. Tak, tak, jeszcze słucham Trójki, choć coraz częściej niestety muszę się przełączać na różne radia, które też są z dupy. I tak uznałam, że chyba poza zdrowiem dla każdego z nas, Was, nich, i onych, to powinniśmy sobie życzyć, by nie było wojen i nie było nienawiści do innych, bo z tego rodzi się cały ból świata.

Dzięki Ci Olu Klich, że to moje życzenie pokoju mogło się ukazać w Gazecie Wyborczej.

                        Do zobaczenia w 2018 roku!