Listopad 19

Aleksander Waldberg – rybnicki zegarmistrz i jubiler

Zdarza się, że dzięki Szufladzie odnajdują się cudem uratowani potomkowie rybniczan. To za każdym razem sprawia mi wielką radość i w takich momentach stwierdzam, że ten skromny blog ma sens. Są nikłe szanse, że będzie tak i tym razem, ale nawet jeśli nikt w twojej sprawie Aleksandrze nie napisze, to należy ci się przypomnienie.

Jak zwykle wiem wielkie nic, o ile „nic” może być wielkie :mrgreen: W twoim przypadku to skrawki z reklam czy jakichś wstrętnych antysemickich artykułów. Nazywałeś się Aleksander Waldberg. Czasem reklamowałeś się jako Aleksy. Swój zakład zegarmistrzowski zacząłeś promować w Rybniku mniej więcej pod koniec lat 20-tych, choć jak to wynika z reklam fachowcem byłeś od 1900 r. Początkowo na rogu Placu Wolności – naprzeciw nieistniejącego już kina, potem na ul.Łony, a ostatecznie na Rynkowej. Lubiłeś się przemieszczać z tym swoim geszefcikiem.

Twój warsztat, między składem skór (też prowadzonym przez Żyda) a salonem fryzjerskim, widać na zdjęciu przedstawiającym kamienicę Bezegów.

Polecałeś się łaskawej pamięci „Szanownej Klienteli” nie tylko jako „znany fachowiec w zawodzie zegarmistrzowskim”, ale i jako jubiler oraz optyk.

Nie byłeś rybniczaninem od urodzenia. Nie znalazłam żadnych informacji, wskazujących na to, skąd mógłbyś do nas przybyć. Zakładam, że twoje hebrajskie imię było inne, a tego Aleksego to sobie wymyśliłeś, bo tak na pewno lepiej brzmiało. Marketingowo lepszy był dumnie brzmiący Aleksander od jakiegoś Abramka, czy Mojżesza. I przez to skutecznie skryłeś swoje korzenie, bo namierzałam cię długo, ale bezskutecznie.

W reparacjach zegarów wieżowych miałeś praktykę od 1900 r. Byłeś elastyczny, nowocześnie prowadziłeś swoje małe przedsiębiorstwo – zlecenia można było załatwić u ciebie poprzez pocztę (WOW!), dawałeś towar i usługi za gotówkę i na dogodne raty. Wystarczyła legitymacja z fotografiją  😉 Wykonywałeś usługi tanio i rzetelnie. Regulowałeś podług chronometru. Tylko cenników nie wysyłałeś, no ale zapewne ceny negocjowałeś na bieżąco, więc cenników stałych nie było.

Miałeś i trudne momenty w swojej karierze. Najpierw dopadły cię antysemickie zmory. I to w dodatku na początku twojej kariery w Rybniku.

Potem z Ameryki przylazł krach. No cóż. Wielki kryzys dotknął wtedy prawie każdego. Nie uciekałeś od problemów, nie nakradłeś jak to zrobił twój ziomal Strauss, doprowadzając fabrykę skór do celowego bankructwa. Postąpiłeś zgodnie z prawem i zawnioskowałeś do Sądu o odroczenie wypłat. Myślę, że udało ci się wykaraskać z tarapatów, choć jakby tego wszystkiego było mało, to w 1934 r. jeden emeryt kolejowy z pięcioma nastolatkami obrabowali twój zakład i skradli ci towarów na niemałą kwotę 1600 złotych.

Nadal przykładnie płaciłeś podatki na rzecz gminy żydowskiej stosownie do swoich dochodów.

Zanim jednak doszło do tego rabunku ogłosiłeś swoje zaręczyny i w październiku 1933 r. wziąłeś ślub w rybnickiej synagodze.  Hmmm, Aleksandrze, toż ty już dojrzały facet, w tym 1933 r., byłeś. Od 33 lat byłeś zegarmistrzem, czyli w momencie ożenku mogłeś mieć koło pięćdziesiątki. A twój wybór padł na młodziutką, bowiem urodzoną w 1909 r. Irmę Hecht z Gleiwitz. Ty już 9 lat dłubałeś w trybikach, a ona dopiero w sikała w pieluchy. Miłość to była? Czy wyrachowanie? Niemiecka Żydówka zamieszkała w polskim Rybniku. Łatwo jej nie było.

Razem wam w tym moim mieście nie było łatwo – to raczej pewne. Ale nawet jak miałeś pod górkę, to „ciepnąłeś” od czasu do czasu jakimś groszem dobroczynnym. Te twoje 2 złote to w porównaniu z 50, które dał browar Müllera, niewiele, ale dawałeś tyle ile umiałeś. Gdzie bowiem tobie było się porównywać z Leschczinerami, czy zięciem Müllera – adwokatem Bonczkowiczem.

Ale co tam były kryzysy, włamania, szemrania, że żona Niemką jest. To bzdety były. Dawałaś sobie radę. Miałeś żonę, może i dzieci – kto wie. Nawet te antysemickie paszkwile i donosy, które pisano na ciebie w 1938 r. można było przeżyć. Nie miałeś powodów do obaw, bo posiadałeś i odpowiednie patenty i świadectwa handlowe i płaciłeś podatki. Wykonywałeś swój zawód najlepiej jak potrafiłeś, przez długi czas nie myśląc o tym co się dzieje w rodzinnym mieście Irmy, twej żony.

Najgorsze powoli się zbliżało. W końcu do ciebie dotarło co widział i przeżywał szwagier Artur. Opowiedział ci o tej  ➡  makabrycznej nocy za miedzą, gdy miasto pokryło szkło i spalono synagogę. Cudownym trafem i zapewne za sporą kasę Arturowi udało się zdobyć w kwietniu 1939 r. wizę gwatemalską i wyjechać z Gleiwitz. Czy i ty byłeś tak przewidujący i też pojechałeś w nieznane z Irmą, sprzedając przedtem wszystkie swoje narzędzia, zegary, zegarki, budziki, pierścionki?

Zbliżałeś się sześćdziesiątki. Twój wzrok był coraz gorszy po tylu latach patrzenia w sprężyny, zębniki, wodziki i wahniki, więc może uznałeś, że jesteś za stary i schorowany by ruszać w świat z Rybnika?

Nie odpowiesz na te pytania. Ciebie już nie ma. Wolę myśleć, że ty i Irma dotarliście do Gwatemali, czy innej Brazylii. Rzucam te pytania gdzieś tam w niebo i równocześnie wklepuję w klawiaturę. Bo gdyby tak odnalazł się wasz jakiś wnuk i okazałoby się, że jest zegarmistrzem, to u mnie leżą i czekają popsute zegarki „marki światowej”.

 

Październik 3

Dreams come true, czyli jak dobrze mieć przyjaciela

Marzenia jednak się spełniają! W życiu bym nie pomyślała te ileś tam miesięcy temu, że aż tak szybko.

Gdy dziennikarz lokalnego portalu, na zakończenie mojej tyrady o swojej pasji, zadał mi pytanie o marzenie, ni z gruchy ni z pietruchy powiedziałam, że chciałabym zobaczyć cmentarz żydowski w Berlinie. Tam bowiem pochowano wielu rybniczan oraz innych Żydów ze Śląska. O Izraelu to nie za bardzo marzę z uwagi na niemijającą niechęć, a wręcz strach przed lotami metalową maszynerią. Na cholerę mi zresztą Izrael, gdy to właśnie w Berlinie mieszkali niemieccy Żydzi, a ci mnie od dłuższego czasu interesują, pasjonują i to ich uważam za zbyt mało przypominanych i pomijanych w kontekście Holokaustu. Choćby z jednego powodu: bo to byli Niemcy. W koło Macieju gada się u nas o Żydach polskich, a o niemieckich (czytaj: również śląskich) raczej cisza. Byli asymilowani, byli bohaterami z czasów Wielkiej Wojny, czuli się obywatelami Niemiec. No i nagle ich własne państwo zgotowało im tak straszny los. Nie jakiś zewnętrzny wróg, a państwo dla którego pracowali, zarabiali i walczyli. Dlatego uważam, że ich tragedia jest niekoniecznie większa, bo nie da się określić czyja tragedia jest większa bądź mniejsza, ale na pewno jest inna.

Dobra, wracam to tego, że „Dreams come true”. O moim marzeniu przeczytała osoba, o której moja ś.p. Mama mawiała, że jak się ją poprosi o kamyk z Indii, to przywiezie (nota bene przywiozła) bo pamięta i jest słowna. Jak będzie miała załatwić jakiś lek, to załatwi. Nie wiem, czemu mi ten kamyk  teraz przyszedł na myśl, bo minęło od tego czasu ponad 30 lat.

Znamy się 41 lat. Jedna ławka w liceum, te same studia, imprezy w akademiku i nie tylko, potem co prawda inne miasta i kontakt nie z tych codziennych, czy nawet comiesięcznych, ale w miarę stały.

I ten przyjaciel (w rodzaju męskim to słowo jakoś wydaje mi się silniejsze), czyta mój czerwcowy wywiad i to marzenie o Berlinie. Po paru dniach słyszę plim i przychodzi krótki mesydż na Fb: „Megulku, jedziemy do Berlina! Ty, ja i musimy namówić Ewę (…). Ty masz pasję a ja lubię spełniać cudze marzenia, bo los tak zrządził, że mogę…” (wyjaśnienie: Ewa to trzecia z nas – przyjaciółek od czasów szkolnej ławy).
Ja pierdolę! Ten okrzyk usłyszała moja załoga w pracy  :mrgreen: Jadę do Berlina!!! Zobaczę największy, po łódzkim, cmentarz żydowski w Europie! Może uda mi się odnaleźć groby rybniczan! Termin po negocjacjach z Trzecią, czyli Ewusią, został ustalony na październik.
Dziś, wiedząc, że wyjeżdżamy w poniedziałek, mam już motyle w brzuchu. Na stole leży mapa Berlina, na której na wszelki wypadek zaznaczam sobie Stolpersteiny w pobliżu miejsc, które ewentualnie będziemy odwiedzać. Przy samym apartamencie Palacina, w którym śpimy, czyli przy Winterfeldstrasse 5 mam aż dwa. A o rzut beretem kilka następnych.

Wiem już, że wczesnym rankiem wymknę się, by je sfotografować, bo jak mi już do łba nawkładała Młoda, nie mogę za bardzo przytłoczyć przyjaciół swoimi Żydami.
Must seen to na pewno Jüdischer Friedhof Berlin-Weißensee.

W starych mailach znalazłam info od jednego z moich internetowych żydowskich znajomych, jakie numery grobów ma ➡ Juliusz Haase i jego żona Bertha. Maryjko kochana! Wreszcie będę mogła położyć kamyki na ich grobie. Codziennie w drodze do i z pracy mijam willę Haasych.

Dzisiaj rano, w deszczu przed tym budynkiem szukałam kamyczków, by mieli takie spod domu, a nie jakieś tam z Chwałowic, czyli z mojej hałdy. I na grób ➡ młodego Rudolfa – zabitego przez powstańców śląskich też pójdziemy. Kieszenie kurtki i tasza już napchane kamolami, które mam złożyć również w imieniu prawnuczek Juliusza mieszkających na drugiej półkuli. Obiecałam im to. Tyle lat tymi Haasymi się zajmuję, od ponad 10 roczków ich rozkminiam i w końcu położę kamyki. O ile of course te groby znajdę, bo cmentarz trochę hektarów ma. A dokładniej to aż 43 ha. Gräberfeldów na mur tam będzie w ciul i jeszcze trochę.


Następny must seen to Synagoga Rykestraße. Jej projektantem był wnuk rybnickiego karczmarza, zarazem syn Davida Hönigera, którego grób znalazłam onegdaj w Białej. Jest wiele mojomiastowych wątków w Berlinie jak choćby projekty synów rabina Fränkla, ale wszystkiego nie da się zobaczyć w trakcie kilku dni, choćby z tego powodu, że do obejrzenia będzie jeszcze Denkmal für die ermordeten Juden Europas, no i Neue Synagoge, a także pozażydowskie fragmenty Berlina  :mrgreen:
Kurde flak, dużo tego, a moje kolegówny nawet nie podejrzewają, ile czasu potrafię siedzieć na cmentarzu. W dodatku na takim, na którym jest około 115.000 grobów.
Na razie nie kombinuję na zapas. Upiję je albo jakąś bronią zmuszę i będą tyrać. Potem mnie znienawidzą, ewentualnie zostaną antysemitami  😉

Na teraz, to se przypominam niemieckie słówka, których znam trzy na krzyż, z czego większość z Klossa i Pancernych i zastanawiam się jak te S- oraz U-Bahny obcykamy. Ehhhh, znowu mi motylki z radości rumplują w brzuchu.

JEDZIEMY! Jak dojedziemy to se wykrzyczę: Ich bin ein Berliner! bo Ich habe einen wunderbaren Freund!

Danke mein Freund Olutka!  :mrgreen:

 

Wrzesień 8

Rybnicki rabin – dr David Braunschweiger

Gdy pisałam poniższy tekst na potrzeby publikacji Wyznania religijne w Rybniku i powiecie rybnickim w XIX i XXw.,  a było to dwa i pół roku temu, w najśmielszych myślach nie przypuszczałam, że może się kiedyś do mnie odezwać wnuk rabina Braunschweigera.

Co prawda przygotowując się do konferencji oraz tegoż artykułu o rybnickich rabinach, nawiązałam kontakt z jednym z wnuków rabina Nellhausa, ale on uznał mnie być może za oszustkę i nie chciał korespondować. Strzeliłam se wtedy babskiego focha i rabina Nellhausa opisałam dość oględnie i skrótowo, czyli nie postąpiłam jak rasowy naukowiec. No cóż, nie jestem nim i se mogę strzelać fochy, gdy mnie ktoś olewa. Szukając informacji o rabinach (nawet prosiłam o pomoc czytelników ➡  Szuflady) odnalazłam również bratanka ostatniego z rybnickich rabinów – Zygmunta Kohlberga, po jakimś czasie też odezwała się do mnie pra pra wnuczka  ➡  Daniela Fraenkla. Czyli wiedziałam, że w świecie żyją potomkowie i krewni naszych rabinów i w zasadzie nie powinno mnie jakoś szokować, ani zadziwiać, że odnajduje się ktoś kolejny. A jednak. Nadal mam tą naiwną, prawie dziecięcą radość, gdy dostaję wiadomość, z której wynika, że piszący jest związany z naszymi Żydami. Tyle lat a moje oczy zawsze lekuśko napełniają się łzami, gdy czytam taki email. Ale se melodramatyczne zdanie teraz napisałam – no Łepkowska ma na noc przy mnie  😉

Wracam do wnuka rabina Braunschweigera, bo ciekawa jest historia jak trafił do mnie. Otóż tym razem nie przez Szufladę, ani Wirtualny Sztetl. Trafił przez stronę Eli Manneberga, na której jest  moja ➡ prezentacja o rybnickich rabinach, którą to dla niego przetłumaczyłam na angielski, by mógł ją zawiesić u siebie. Przy okazji powiem, iż Eli Manneberg, wnuk Josefa, napisał historię rodziny w formie książkowej oraz skrótowo w formie wirtualnej  ➡  Saga Mannebergów.

Gdy dziś ponownie czytam sobie swoje notatki o rabinie Braunschweigerze oraz artykuł w muzealnej publikacji, to widzę, jak tępa byłam i nie zwróciłam uwagi na jeden istotny fakt, o którym napisał mi wnuk rabina. Otóż David był żonaty z Louise z rodu naszych Altmannów. Nie wiem, jak mogłam być tak zamroczona, by nie zwrócić uwagi na to, co miałam u siebie od lat. Jak się ma chaos w notatkach to potem nie wiadomo gdzie szukać. Info o tym, że Braunschweiger był mężem rybniczanki było w koszulce Altmannów no i popapane. A miałam to zapisane już tak dawno…

Nie podjęłam tego tropu pisząc o Dawidzie. Dupa ze mnie i tyle. Muszę to naprawić i zająć się w końcu Altmannami, bo mnie już sumienie gryzie, że nie mają dotychczas własnej szufladki.

Na razie fragment tekstu opisujący dr. Davida Braunschweigera, który ukazał się w Zeszytach Rybnickich Nr 22, wydanych przez nasze Muzeum w 2015 r. Tekst jest bez przypisów. Część informacji pochodzi z rozprawy doktorskiej M.Borkowskiego Gmina żydowska w Opolu w latach 1812-1944; Dzieje i ludzie oraz Biographische Handbuch der Rabbiner. 

Dr David Braunschweiger
Od 1879 do 1912 r. gmina żydowska w Rybniku nie miała własnego rabina. Tak jak w poprzednich okresach, gdy rabinat był nieobsadzony, władze gminy na okoliczność wyjątkowych uroczystości zapraszały rabinów z innych miast.  Miało to np. miejsce, gdy jesienią 1893 r. otwierano w Rybniku sierociniec żydowski dla dzieci z Górnego Śląska. W uroczystości wzięli wówczas udział rabini: Cohn z Katowic (Kattowitz), Blumenthal z Raciborza (Ratibor), Loewenthal z Tarnowskich Gór (Tarnowitz) oraz Goldschmidt z Królewskiej Huty (Königshütte). Ochronka została wówczas poświęcona przez katowickiego rabina dr. Jacoba Cohna. On też, jako rabin Związku Gmin, wszedł w skład specjalnego Kuratorium nadzorującego działalność sierocińca oraz uczestniczył w obchodach rocznicowych w następnych latach funkcjonowania tej instytucji. Na co dzień potrzeby religijne wiernych zaspokajali kantorzy.
Liczba rybnickich Żydów w tamtym okresie utrzymywała się mniej więcej na tym samym poziomie, choć ich odsetek w stosunku do liczby rybniczan ogółem spadał. Żydzi byli zasymilowani ze swoimi nieżydowskimi współobywatelami, uczestniczyli w życiu społecznym i gospodarczym miasta, a wielu z nich należało do elity miasta. Czuli się Niemcami wyznania mojżeszowego, którym państwo pruskie, a następnie niemieckie przyznało pełnię praw. Emancypacja doprowadziła do zaakceptowania zmian i reform w judaizmie, a co za tym idzie, liberalniejszego traktowania praktyk religijnych. Przełożyło się to tym samym na wybór następnego rabina.
Jeśli bowiem dwóch pierwszych rabinów Rybnika można uważać za konserwatywnych, to już trzeciego z nich, czyli Davida Braunschweigera, należy uznawać za liberała i zwolennika asymilacji. Urodził się 8 sierpnia 1875 r. w Würzburgu; jego ojcem był historyk dr Moses Braunschweiger. Gimnazjum ukończył w rodzinnym mieście, dalszą naukę kontynuował w Berlinie na uniwersytecie oraz uczelni rabinicznej, którą skończył w roku 1911, otrzymując dyplom rabina, choć wówczas przebywał już na stałe na Górnym Śląsku.

Tytuł doktora uzyskał na uniwersytecie w Bonn. W latach 1900–1912 był pomocnikiem rabina oraz nauczycielem religii w liceum, gimnazjum oraz szkole dla dziewcząt w Katowicach. Być może to katowicki rabin Cohn, odwiedzający co jakiś czas Rybnik, polecił Braunschweigera, bowiem w 1912 r. został on mianowany tutejszym rabinem, zapewne i nauczycielem religii, a w roku następnym był już członkiem zarządu rabinów górnośląskich. Jego rybnicki rabinat przypadał głównie na czasy I wojny światowej. Braunschweiger w czasach późniejszych, czyli po wyjeździe z Rybnika, był znany z licznych wystąpień oraz angażowania się w sprawy polityczne (choćby w trakcie plebiscytu w 1921 r., gdy aktywnie działał po stronie niemieckiej), można więc przyjąć, iż i tutaj był niezwykle aktywny oraz twórczy. Dzięki informacjom publikowanym w Rybniker Kreisblatt (rok 1914), czyli tygodniku wydawanym przez starostwo rybnickie, wiemy, iż finansowo wspierał Czerwony Krzyż oraz wojsko, ofiarowując żołnierzom książki. Należy podkreślić, że rybniccy Żydzi brali udział w wojnie, byli odznaczani za męstwo, ginęli na jej frontach. Prawdopodobnie więc Braunschweiger, będąc w Rybniku, koncentrował się na niesieniu otuchy rodzinom, które w jakikolwiek sposób ucierpiały w czasie Wielkiej Wojny. Jeszcze przed zakończeniem działań wojennych opuścił Rybnik i objął rabinat oraz posadę nauczyciela religii w Opolu w lipcu 1918 r. W Opolu mieszkał i pracował aż do swojej śmierci 2 maja 1928 r. W trakcie opolskiego rabinatu angażował się w Loży Wolności (Freiheit-Loge), w stowarzyszeniu żydowskich klubów literackich (jüdischen Literaturvereine), wygłaszał wiele odczytów, startował, z partii liberalno-konserwatywnej, w wyborach do Pruskiego Związku Krajowego Gmin Żydowskich (Preußischen Landesverbandes jüdischer Gemeinden).

 

Dr Braunschweiger był osobą bardzo poważaną i cenioną. W Biographische Handbuch der Rabbiner podano, iż został pochowany na cmentarzu w Strzelcach Opolskich (Gross Strehlitz). Jeśli jest to informacja prawdziwa, to grób rabina nie zachował się do naszych czasów, bowiem cmentarz ten został zniszczony w czasie II wojny światowej i ostatecznie zlikwidowany w latach sześćdziesiątych XX w.

Dziś wiem, że jego żona Louise geboren Altmann zdołała wyjechać z faszystowskich Niemiec. Przez Kubę dostała się do Anglii, gdzie mieszkała już ich córka. Bardzo ucieszyło mnie również potwierdzenie tego, co już dawno temu wysznupałam. Potomkowie siostry Louise – Hannach mieszkają w USA.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Rybnicki rabin – dr David Braunschweiger została wyłączona
Sierpień 15

Doris Aronade – her story

Od siedmiu lat mam w kompie plik, który sobie zgrałam z allegro czy ebaya, w czasach, gdy jeszcze nie kupowałam takich rzeczy. Ktoś sprzedawał wyciąg z aktu urodzenia Doris Aronade, wystawiony przez nasz USC w 1953 roku, czyli w czasach głęboko komunistycznych. Nie kupiłam – żałuję.

Już wówczas, czyli w 2010 roku, zakładałam, że skoro ktoś wystąpił o taki wyciąg, to albo sama Doris przeżyła, albo jakiś jej potomek. W międzyczasie poznałam Ruth Beedle z Londynu. Ruth jest prawnuczką Reginy Jacobowitz, z domu Aronade, a Doris była córką brata Reginy – Adolfa Aronade, urodzonego w 1871 r.

Tatą i Reginy, i Adolfa i całej jeszcze kupy Aronadych był sam Jonas urodzony w Gorzycach, który prowadził prosperujące przedsiębiorstwa, sklepy, hurtownie w Rybniku. Pod nazwą firmy „Jonas Aronade” jego spadkobiercy działali u nas aż do 1939 r. Cały kompleks kamienic na rogu Rynku i ulicy Zamkowej należał do tej zacnej rodziny.

Jedna z kamienic przy Zamkowej, przed dziką, bo usuwającą ślady przeszłości, „rewitalizacją” miała z tyłu elementy świadczące o prowadzonej w niej przed laty działalności kupieckiej Aronadych. Jakieś resztki kołowrotków, wciągarek, może windy. Niestety, dziś można to tylko zobaczyć na moich zdjęciach sprzed 7 lat.

I tu właśnie, w pobliżu synagogi, przy ul. Schloßstrasse urodziła się majowym przedpołudniem 1910 roku malutka Doris. Jej mamusia nie była rybniczanką, choć pochodziła ze Śląska. Adolf i Klara z domu Cohn, pochodząca z Reichenbach (dziś Dzierżoniów) pobrali się dwa lata wcześniej.

Adolf prowadził sklep przy Rynku, na co jednoznacznie wskazuje zarówno pocztówka, jak i reklama z 1914 r.

Dorotka na pewno dorastała w  Rybniku w jednym z mieszkań przy Zamkowej, aż do momentu, gdy rodzice zadecydowali się wyprowadzić z Rybnika. Jak zwykle nasuwają mi się same pytania bez odpowiedzi. Czy stało się to jeszcze przed 1921 r.? Czy powodem wyjazdu rodziców było to, że na majątku Aronadych został Alfred – brat Adolfa? Czy wyjechali od razu do Berlina, czy też po drodze była Kamienna Góra, czyli Landeshut? Natrafiłam bowiem na takie ogłoszenie z 1928 r., ale nie jestem pewna, czy reklamujący się z towarami kolonialnymi, czekoladami i cygarami w Landeshut Adolf, to ten nasz – rybnicki.

W 1939 r., gdy przed rynkową kamienicą Aronadych przejeżdżało wojsko Wehrmachtu, Dorki i jej rodziców w Rybniku już nie było. Zakładam, że 19-latka mieszkała już w Berlinie, tak jak i jej rodzice – Klara i Adolf. W Berlinie, w którym od paru lat inny Adolf planował swój Endlösung der Judenfrage.

Rodzina Aronadych, w tym i Doris, wraz z milionami innych, miała zostać zgładzona, bo taki miał plan ten mały człowieczek. I w ramach tego strasznego planu imiennika zbrodniarza i jego żonę Klarę wywieziono z Berlina do Theresienstadt w lipcu 1942 r, gdzie oboje zmarli w krótkich odstępach czasu. Jak podano na aktach zgonu w przypadku Adolfa był to uwiąd starczy (sralis mazgalis referendis duptis bym powiedziała  😡 ), a Klara niby na cukrzycę.

Czy będąc w obozie wiedzieli, że ich córka ma szansę na ocalenie? Czy gdy ich wywożono sprzed Prager Straße 34, Doris już się ukrywała w tym samym centrum zła, jakim była stolica Niemiec? Czy zdążyli się pożegnać? Co czuli, ci dwaj starsi ludzie, gdy gnano ich do pociągu? A Doris? Czy Theo Ziegel z Wągrowca, młody farmaceuta był jej miłością? Jak zdołała znaleźć kogoś, kto jej pomógł? Tak, tak. Dorce, rybniczance, która została berlinianką, pomogły Niemki – też mieszkanki Berlina. Psińco o nich wiem, ale znam ich imiona i nazwiska. Były to dwie siostry Geyer – Maria i Gerda mieszkające w dzielnicy Britz przy Buckower Damm 3. Przynajmniej tyle można wysznupać w google books. Tylko tyle i aż tyle. Żydowska panienka Doris z Rybnika przeżyła koszmar II wojny światowej w Berlinie dzięki Marii i Gerdzie.

Po wojnie Doris została w Berlinie i zaczęła poszukiwać bliskich.

Jak większość ocalałych dawała ogłoszenia w prasie. Nie mam pojęcia kim była poszukiwana, poza rodzicami i prawdopodobną miłością czyli Theo, Else Bender deportowana do Kowna. Może była to bliska przyjaciółka… W końcu świadkiem na ślubie rodziców Doris był Ignatz Bender, więc powiązania Aronadych i Benderów były dość ścisłe.

A Theo? Był młodym farmaceutą, bo tyle udało mi się ustalić. Czuję, że nie szukałaby go po wojnie gdyby nie był dla niej bardzo ważny. Był z Wągrowca, czyli nie był w żaden sposób powiązany rodzinnie z Doris. Studia ukończył w Berlinie, jest więc wielce prawdopodobne, że był wybrankiem jej serca.

W spisie więźniów Auschwitz widnieją dwie osoby o tym nazwisku i imieniu ale o innych numerach obozowych: 104884 oraz 104889. Zresztą bardzo sobie bliskich, czyli może to być tylko jedna osoba a w nazistowskich zapiskach jest jakiś błąd. Sądzę, że Theo nie przeżył  🙁

Z rybnickiej rodziny Aronadych zginęło wielu – m.in Emma, siostra Adolfa, którą też wywieziono z Berlina  ➡ do lasu Bikernieki koło Rygi.  Tylko nielicznym, jak Doris, udało się przeżyć.

Doris ponoć wyjechała po jakimś czasie do USA. Zapewne dla celów wizowych był jej potrzebny wyciąg z aktu urodzenia. Ślad po niej się urywa. Była Żydówką, rybniczanką, mieszkanką Berlina, na końcu została obywatelką Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, czy miała dzieci.

Opisałam jej historię, a raczej Herstory, choć w przypadku niemieckiej Żydówki właściwiej będzie ihre Geschichte w ramach warsztatów prowadzonych przez ➡  Fundację Re:akcja.

 

Akty zgonów Klary oraz Adolfa Aronade pochodzą ze strony ➡  Muzeum w Terezinie.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Doris Aronade – her story została wyłączona
Czerwiec 28

Po tej „Lotce” zostało tylko zdjęcie

Charlotta Rosenberg z domu Rosenbaum… na jej zdjęcie na stronie Yad Vashem trafiłam już dawno. To jedna z tych fotografii, które prześladują. Piękna kobieta o dużych ustach, starannej fryzurze i strachu w oczach. Choć może to jeszcze nie ten ostateczny strach, a jedynie niedowierzanie na widok tego, co się dzieje dookoła?

Już wtedy dodano jej narzucone imię Sara. Na odwrocie fotografii, którą zrobiono w będzińskim getcie dopiski: „Charlotte Sara Rosenberg, geb. Rosenbaum, 5.12.1907. Rybnik, ohne Beruf, wohnh. Bendsburg, Kasernenstr. 94”. Tłumacząc na nasze, to Charlotta została opisana, jako urodzona w Rybniku, bez zawodu, zamieszkała przy ówczesnej ulicy Kasernenstrasse pod numerem 94. Czyli na Warpiu, dzielnicy, w której było tzw. „duże getto”.

Jak podaje Wiki, domki przy tej ulicy (obecnie to 1 Maja) były byle jakie, choć jest jedna cenna informacja, mówiąca, iż budynek nr 94 miał 3 kondygnacje. Można sobie wyobrazić, a raczej nie, nie można sobie wyobrazić tego, co tam się działo. Nikt z nas obecnie, nie może sobie tego wyobrazić. Możemy jedynie to wyczytać w relacjach tych, którzy przeżyli. A to jakby porównywać lekki katar z umieraniem na raka.

Wracam do Charlotty, czyli drugiej Lotki, dla której zakładam osobną szufladkę. Pierwszą była Charlotta Prager, ale jej życie dobiegło zapewne w naturalny i właściwy dla ludzkiego świata sposób ( ➡ więcej TU). Druga Lotka zginęła w Holokauście, mając trzydzieści parę lat. Była w kwiecie wieku.

Urodziła się w naszym małym miasteczku przy ówczesnej Breitestrasse, czyli Szerokiej (obecnie Sobieskiego). Tata Izydor był fryzjerem, co z wielkim trudem udało mi się odcyfrować na jej akcie urodzenia.

Po dwóch latach miała młodszą siostrzyczkę – Ernę. Tata był zapewne pobożnym Żydem, czyli gdy trzeba zamykał swój zakład z okazji wielkich świąt – tak, jak to robili i inni rybniccy izraelici.

W ciężkim dla naszego regionu okresie, za krótkiej kadencji rabina Nallhausa, Isidor obchodził swoje ważne urodziny, co rabin skrupulatnie zapisał w prowadzonym notatniku.

Gdy przyszły polskie czasy stary golibroda nie wyjechał z Rybnika i na pewno wraz z żoną Fryderyką marzył, by jego córki pootwierały małe biznesiki i dobrze wyszły za mąż. Może w duchu mu się śnił za zięcia jakiś bogaty Brauer, czy Priester, kto wie  😉 Sądząc po podatkach, które płacił sam do bogaczy nie należał, więc choć dla córek chciał lepszej przyszłości. No cóż, ale życie płata figle. Przynajmniej, jak tak założyłam, bo jak zwykle trochę fantazji trzeba wprowadzić w te luki, których nijak nie wypełnię, bo nie mam żadnych źródeł.

Uwaga, teraz puszczam wodze swojej wyobraźni. Co prawda kolejne zdania to takie śmoje boje, ale jednak na czymś oparte. Młoda Lotta była już piękną panną do wzięcia i może i oglądali się za nią lokalni młodzieńcy z górnej półki, ale nagle pojawił się w mieście bidny polski Żyd o imieniu Maurycy, a w zasadzie to Moniek. Lotta już skończyła 20 lat i hormony w niej buzowały. Miłość przyszła jak sraczka. Cóż miał poradzić stary Izydor? Nic. Zezwolił na ślub, ale przykazał pierworodnej, by otworzyła sobie mały sklepik ze słodyczami na siebie. Zięć dostał jedynie prokurę.

Musiał tak postąpić, bo Moniek był jedynie zwykłym szewcem, w dodatku z niewielkimi dochodami, co widać po malutkim wymiarze składki, którą płacił na rzecz gminy. 24 złote to było naprawdę niewiele. Przy okazji tego spisu podatkowego myślę, że wymieniony w nim Dawid Rosenberg – kramarz był szwagrem Lotty, czyli bratem Maurycego.

I tak sobie żyli w Rybniku, znosząc antysemityzm czasów międzywojennych i borykając się ze zwykłymi sprawami. Czyli urodziły im się dzieci to nie wiem, ale myślę, że tak. A to jeszcze bardziej czyni tą opowieść smutną. Nie zakładam bowiem, by ktoś z tej rodziny przeżył. Przetrwało jedynie zdjęcie Lotty wraz listą stworzoną przez Judenrat w Będzinie, na której jest jej imię i nazwisko.

Niech  Jej  dusza  będzie  włączona  w  wieniec  życia  wiecznego! תנצבה

Żródła:

Yad Vashem, Archiwum Państwowe w KATO oraz Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Instytut Leo Baecka

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Po tej „Lotce” zostało tylko zdjęcie została wyłączona
Czerwiec 10

Richard Heinzelmann, czyli o znaczeniu słówka traf

Ciężko mi było wymyślić tytuł tej historii. Od godziny siedziałam na balkonie patrząc naprzemiennie to na lap, to na chmury, ponownie zbierające się nad Radlinem i traf sprawił, że w TV ktoś tam coś bąknął o trafianiu do bramki (bo u nas albo sport 😡 ,  albo polityka 😡 ) i trafiło mnie palnięcie w łeb  😀 Mam! To będzie opowieść o trafie, czyli przypadku. Zanim jednak do niego dojdę, to muszę się cofnąć do stycznia 2016 r., gdy na allegro rzucił mi się w oczy dokument, którego niestety nie udało mi się kupić. Nie mam aż tak pofyrtane w głowie, by dawać za przedwojenny papier prawie 500 PLN-ów. Nawet, jeśli on dotyczy jakiegoś rybnickiego Żyda. A ten dotyczył. Było to pismo z 1937 r. wysłane przez naszego dentystę – Ryszarda Heinzelmanna do Sądu Grodzkiego w Jarocinie, w którym zwracał się z prośbą o przesłanie dokumentu urodzenia Herminy Kallmann.

Zrobiłam jedynie kopie tych zdjęć na allegro i wsadziłam sobie do folderu „Heinzelmann”.

Takie pismo to niesamowite źródło informacji. Nie trzeba być wybitnym detektywem, by ustalić, że żona Ryszarda była z domu Kallmann, oraz że była córką wymienionego we wniosku Hermanna, choć raczej nie była rzeczoną Herminą, bowiem miała na imię Margarete. A jak to ustaliłam? Ano na podstawie aktu urodzenia syna Richarda i właśnie Margarete, czyli Herberta. Akt narodzin z 1905 r. miałam w laptopie, więc trzy osoby były ustalone.

Widziałam, jak się elegancko reklamował, wskazując miejsce swego gabinetu, czyli kamienicę Frau Fr. Kollar, położoną przy Gleiwitzerstr. 2, w której to nota bene urodził się syn Herbert.

Kamienica stoi do dziś, choć, które mieszkanie zajmowali państwo Heinzelmann, to nie wiem. Może to z balkonem  😉 Ono takie ładne. Dawno temu, gdy zawodowo zajmowałam się mieszkaniami (tfuu, tfu, na psa urok, oby już nigdy :mrgreen: ), byłam tam.

Choć nie kupiłam tego pisma, to jednak starałam się wtedy ustalić, co się stało z dentystą Ryszardem (przed czasami polskimi – Richardem), ale moje próby spełzały na niczym. Wiedziałam, że z Gleiwitzerstrasse przeniósł się na Ratiborerstrasse 4, bo pod tym adresem reklamował się od 1913 r. Zresztą raz z niego był Zahntechniker, a raz Dentist  😉 Jedno pewne, łatał dziury i wyrywał zęby.

Miałam zdjęcia dokumentów, świadczące o tym, że był jednym z nielicznych niemieckich Żydów, którzy u nas zostali po 1922 r. Wiedziałam jakie podatki płacił na rzecz gminy żydowskiej.

Dokumenty mówiły mi, że wybierano go na reprezentanta gminy żydowskiej. Patrzałam sobie na jego podpis…

Ale co się z nim stało od momentu, gdy starał się dostać z Jarocina dokument, który był dla niego „koniecznie potrzebny celem uzyskania wizy wyjazdowej”, to nie wiedziałam. Ryszard – dentysta chciał wyjechać, a do tego potrzebny mu był  jakiś dokument, od którego miał zależeć los jego i rodziny. Aaa, jeszcze wtedy mi się przypomniało, że mój ukochany Jay Kuperman, jeden z dwóch ostatnich (znanych mi osobiście) żyjących rybnickich Żydów, swego czasu mi o owym dentyście wspominał, że takowy był i mieszkał przy ul. Raciborskiej. Tyle i aż tyle udało mi się ustalić. ponad rok temu. Naiwnie sobie założyłam, że wszystkie niezbędne papiery załatwił i wyjechał do jakiegoś kraju, w którym nie rządzili naziści, ani go też nie zajęli po wrześniu 1939 r.

Minął dużo ponad rok, Heinzelmann se leżał odłogiem w koszulce i w laptopowym folderze. Aż nadeszła ciepła czerwcowa sobota w mojej pracy, gdy mieliśmy spotkanie z niewiarygodnym dr. Janem Krajczokiem, prezentującym swoją nową książkę o tajemnicach zameczku w Czernicy. Po sympatycznym spotkaniu usiedliśmy sobie na dodatkowe pogaduchy na tyłach halo! Rybnik – z Jankiem, jego siostrą i jedną uczestniczką wieczoru autorskiego. Gadamy o dużym i małym świecie, aż tu słyszę obcasy mojej Olutki, z którą w tym dniu miałam dyżur. Oho! Jacyś anglojęzyczni goście chyba. Wychodzę z zaplecza, zostawiając dyskutantów, idę za swoją ladę i widzę grupę ludzi.

Ja: Hi! (Oni w zasadzie po mapę miasta.) Where are you from? (Skąd jesteście?)

Jeden z nich: From USA. (Ze Stanów).

Ja: Here? In Rybnik? From USA? (Tutaj? W Rybniku? Ze Stanów?).

On: Yes, I had family here. My grandfather was born here. He was a German and left to USA in 1938. (Tak, miałem tu rodzinę. Mój dziadek tu się urodził. Był Niemcem i wyjechał w 1938 r. do USA.)

Ja z grubej rury, totalnie na bezczelnego: Was he a Jew? (Czy był Żydem?) W sumie, to było to logiczne pytanie, bo mało było Niemców nie-Żydów u nas przed wojną.

On z byczym uśmiechem: Yes. His name was Heinzelmann. (Tak. Nazywał się Heinzelmann).

Znaczenie słowa traf: przypadek, zbieg okoliczności. A po śląsku cufal. To był ten cufal, czyli TRAF. Ten traf, że oni trafili do halo! Rybnik, gdzie ja pracuję. To był ten TRAF, że ja byłam na szychcie. Traf, że im trafiło spotkać mnie, a mnie trafiło spotkać ich.

Dla mnie to było takie kolejne jebut :mrgreen: , gdy praca przynosi nieoczekiwaną radość. Nawijałam jak opętana, oni zresztą też (na szczęście goście na patio mieli swoje tematy o tych światach, religiach, historiach). Niestety byłam wtedy bez swojego laptopa w pracy. W dodatku tak mnie od tego jebut zaćmiło, że nie potrafiłam sobie niczego przypomnieć o jakimś tam Herbercie Heinzelmannie, który był dziadkiem miłego czterdziestolatka Juliana, a zarazem pradziadkiem sympatycznej nastolatki urodzonej na Hawajach. Poza tym, wierzcie mi, mnie oni się już wszyscy mylą 😉

Reszta rodziny na zdjęciu, to mama Juliana oraz jej drugi mąż z Indii i żona Juliana z Nowej Kaledonii. Religijno-narodowościowy misz-masz powiązany z Rybnikiem.

Półtorej godziny im opowiadałam o rybnickich Żydach. Obiecałam, że jak tylko dotrę do domu, to sprawdzę co mam o tych Heinzelmanach. Oni sami niewiele wiedzieli, nie mówiąc, że imię Ryszard (Richard) nie padło, a wymieniany przez nich Herbert nic mi nie mówił. Umówiliśmy się, po wymianie maili, że przyjdą do halo! Rybnik ponownie w poniedziałek, gdyż w niedzielę mają zamiar zwiedzić Wrocław.

Wracając do domu, na wysokości Hajdy (rybniczanie wiedzą gdzie to) było kolejne jebut, że aż sobie poważnie i ostro zaklęłam na głos. Małgosia! Ty ćwoku! Toż to był dentysta! Ten od pisma do Jarocina. Kolację wrzucałam w siebie równocześnie włączając lapa i rozbierając się do domowych ciuchów. Rodzina wie, że takie okoliczności przyrody jednoznacznie wskazują na odnalezienie kolejnego rybnickiego Żyda. Są już na to zobojętnieni. Jedyny dziadek się jeszcze tym jara, choć zawiłości genealogicznych na pewno nie skumał  :mrgreen:

Do nocy siedziałam i wysyłałam to co znalazłam: wykazy podatkowe, reklamy, akty urodzenia, pismo do Jarocina, stare pocztówki, które pokazywały ulicę Gliwicką i Raciborską. No i tak właśnie koło północy przyszło trzecie jebut. Ponownie do mnie dotarło, że trzeba patrzeć wiele razy na to samo, bo za każdym razem widzi się coś innego. Albo dojrzy się coś nowego, jak choćby w przypadku odkrycia ➡  Dawida Hoenigera.

Posortowałam sobie stare pocztówki pokazujące róg Rynku i Raciborskiej, bowiem na samym jej początku Richard Heinzelmann, ojciec Herberta, a zarazem pradziadek gościa, który trafił do mojej pracy, miał gabinet. Kamienica nie dotrwała do naszych czasów, dziś w jej miejscu można zjeść obiad w knajpie zwanej Delicje. Już miałam kliknąć wyślij, gdy patrzę i widzę fragment reklamy: „…nzelmann (-) – Atelier”.

Patrzę na drugą, powiększam i jest! Reklama Richarda Heinzelmanna! Nad nią Salo Prager, a wsio na kamienicy Hermanna Sladky.

Ale to wszystko jeszcze nic! Stopniuję napięcie jak jakiś Hitchcock. Gdy w ubiegłym roku robiłam ten research dotyczący Richarda, na jednej ze stron genealogicznych znalazłam jego maluteńkie zdjęcie. Nigdy nie pisałam do zarządzającego tym rozległym drzewem, ale fotę Richarda i jego Margarete skopiowałam. Jak już odkryłam te dwie reklamy, to zaczęłam analizować trzecią pocztówkę, którą miałam wysłać Julianowi. Jest to ujęcie ulicy Raciborskiej, ale nie od strony Rynku, a w jego stronę. Czyli kamienica, w której znajdował się gabinet Richarda jest po lewej stronie. Widać początek Raciborskiej, ludzi stojących i patrzących na fotografa. Czwartego jebut moja głowa już nie przeżyła. Poszłam sobie zrobić kolejną kawę, zupełnie już nie zwracając uwagi na masakryczne chrapanie męża i ten jego posrany TV, z którego leciały informacje, od których dusza boli, a do którego leciały ćmy.

Popatrzcie! Porównując maluteńkie zdjęcie Richarda, które wkleiłam w pocztówkę i twarz stojącego przed kamienicą nr 4 człowieka widać, że to nasz dentysta.

Wszystko opisałam po angielsku, przetłumaczyłam treści polskich dokumentów i poszłooooo na @ z zapytaniem, co się stało z Richardem. Niestety, wg informacji rodziny Richard, niemiecki dentysta z Rybnika i jego żona Grete nie zdołali uciec Hitlerowi  🙁  Do Stanów wyjechał jedynie ich, urodzony w Rybniku, syn Herbert z żoną, którą poznał w mieście Breslau, bowiem tam żył od końca lat 20-tych. W USA zmienił nazwisko na Heinz.

A wiecie, że był jeszcze jeden traf w tej całej opowieści? Otóż goście w zasadzie nie mieli w planach zwiedzania Rybnika. Mieszkają obecnie we Wiedniu i chcieli zwiedzić Wrocław, a przedtem Katowice. W drodze do KATO, żona Juliana zobaczyła drogowskaz: RYBNIK. Spytała: A czy przypadkiem to nie jest miasto, gdzie urodził się twój dziadek Herbert? Julian odpowiedział: Tak, ale ja tylko wiem, że tam się urodził. Zjechać z drogi to żaden problem. Rozejrzymy się po mieście i pojedziemy dalej. 

Szczęśliwym trafem dotarli do mojej pracy, postanowili ciut zmienić plan pobytu w Polsce, nawet zanocowali w Rybniku, jedli w naszych knajpach, porobili zakupy, wrócili do nas ponownie z WRO, czyli oprócz mojego i ichniego zadowolenia, doszły do tego korzyści ekonomiczne dla miasta  😆

Poniedziałkowa wizyta pozwoliła im na dokładniejsze zwiedzenie miasta, szczególnie miejsc, w których przyjmował pacjentów ich przodek – Richard Heinzelmann i gdzie mieszkał jego syn Herbert. Herbert opuścił Europę w 1938 r., na Kubie, która była dla wielu Żydów miejscem oczekiwania na wizę amerykańską, urodził mu się syn, którego syn wraz z córką odwiedził mój Rybniczek. A wszystko sprawił traf  🙂 Oby mi się takie trafy trafiały jak najczęściej, choć z drugiej strony 4 jebuty w ciągu jednego dnia mogą doprowadzić to wylewu, czy inkszego nieszczęścia 😆

 

Maj 29

Dawni rybniccy radni

Parę dni temu obchodziliśmy Dzień Samorządu Terytorialnego. Takie ogólne śmoje-boje, bo w naszym kraju lubimy wymyślać święta  😉 By było śmieszniej dzień ten ma patronkę katolicką. A mnie, ten dzień skojarzył się jednoznacznie: do 1918 r. mieliśmy w Rybniku wielu radnych wyznania izraelickiego, o których dziś nie pamiętamy. Pracowali dla miasta za friko, bo kiedyś tak było. Patronki nie potrzebowali :mrgreen:  Wtedy bycie rajcą nobilitowało. Być może też się kłócili, może też atakowali, kto wie. Znając jednak solidarność żydowską i pracowitość niemiecką, to dla nich – jako niemieckich Żydów, służących swej małej ojczyźnie jakim był Rybnik, najważniejsze było miasto. Przynajmniej tak mi się wydaje i tak se to w głowie poukładałam.

Nasz niemiecki, ale o polskich inklinacjach, kronikarz – Artur Trunkhardt w Dziejach Rybnika podaje takie informacje (znani mi Żydzi podkreśleni):

Najznamienitsi ze znamienitych. Najbogatsi z bogatych. Najbardziej pracowici z pracowitych.

Choćby pierwsi z brzegu – trzech Haasych, czyli Ferdynand, jego syn Julius i wnuk Felix. Niejednokrotnie już tu pisałam co im nasze miasto zawdzięcza. Nie chcąc się powtarzać, zachęcam do sięgnięcia do starszych szufladek.

Kolejni dwaj. Hermann Müller i jego syn Zygfryd – właściciele rybnickiego browaru. Bogacze jak na Rybnik, ale czynnie angażujący się w sprawy miasta.

Kilku Schäfferów też kronikarz wymienił.

Fabian Leuchter, hurtownik, po latach jego syn będzie prowadzić kino.

Noah Leschcziner, kupiec, którego kamienice budzą zachwyt do dziś, też rajcował. Pisałam już o nim  ➡ tu

Dalej, Josef Altmann – destylator, właściciel okazałej kamienicy na Rynku. Jemu decyzja o przyznaniu Rybnika Polsce nie przypadła do gustu i wyjechał do Berlina.

Kolejny ważny radny, zarazem zasłużony pedagog, pracujący z sierotami w żydowskim przytułku – dr Katz. On też opuścił nasze miasto. Jego postać zasługuje na głębsze badania.

Abraham Prager – kupiec, który nie tylko służył miastu radą i działaniami samorządowymi, ale i wykładał swoją własną kasę na wiele przedsięwzięć. Jak choćby na cegłę, z której wybudowano powyżej pokazaną ochronkę. A cegły tej poszło sporo.

Jego śmierć w 1914 roku była wielką stratą dla miasta.

Na liście jest jeszcze choćby dr Landsberg – ojciec późniejszego ministra sprawiedliwości  w pierwszym, demokratycznie wybranym, rządzie Republiki Weimarskiej – Otto Landsberga.

Jeden ze wskazanych przez Trunkhardta rajców – Benno Levy został w Rybniku do 1939 r. Co prawda w okresie międzywojennym już nie działał w radzie miasta, ale pracował na rzecz gminy żydowskiej. Co ciekawe, nie był rodowitym rybniczaninem, gdyż pochodził z miejscowości Mieścisko w Wielkopolsce. Jednak tu się ożenił z panną Kornblumówną i tu żył aż do momentu wywózki do getta w Trzebini. Reszty można się domyśleć. Myślę, że przy selekcji usłyszał słowo „Links!”, czyli od razu do komory gazowej. Był za stary, by usłyszeć „Rechts!”.

O pozostałych już nie napiszę, gdyż muszę kończyć, bo kotka patrzy na mnie już z wyrzutem, że jeszcze mnie nie ma w łóżku  😆

To na tyle z mojej strony jeśli chodzi o dziwne święto związane z rządzeniem miastem.

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Dawni rybniccy radni została wyłączona
Grudzień 2

Takie sobie obwieszczenie gwiazdkowe

Grudzień 2016. Zbliża się Gwiazdka. Wystawy sklepowe pełne migoczących lampek, w centrach handlowych bycze choinki postrojone kolorowymi bombkami, na każdym kroku tłum ludzi szukających prezentów na „Dzieciątko”. No właśnie, u nas geszynki przynosi „Dzieciątko”, żaden tam aniołek, gwiazdor, Mikołaj, czy inny wymyślony cudok. 119 lat temu też tu mówiono na prezenty bożonarodzeniowe „dzieciątko”.

zakaznie-na-mocy-umowy-nowiny-rac-23-12-1897

To chyba było pierwsze co rzuciło mi się w oczy po przeczytaniu obwieszczenia o zakazie dawania podarków. Takie zwykłe ogłoszenie, a ile treści w sobie niesie. Umowa wzajemna. Żydowscy kupcy z Rybnika podpisali wzajemną ugodę z tymi nieżydowskimi, iż nie będą dawać dzieciątka odbiorcom, ich służącym, lub urzędnikom pod karą 10 marek. Urzędnikom też 😉 Zero korupcji.

O co chodziło z tym niedawaniem? Czy kupcy chrześcijańscy się oburzali, że Żydzi dawali coś za darmo, może chcąc tym przyciągnąć klientelę? Czy też odwrotnie? Żydzi nie chcieli, by ich współwyznawcy otrzymywali jakieś zakazane prezenty przy okazji nieuznawanych przez nich świąt? Na chłopski rozum, to raczej chodzi o to pierwsze.

Lista podpisanych jest elegancko ustalona, czyli alfabetycznie. Na pewno więcej jest pod ugodą kupców żydowskich, jak choćby Altmann, Aronade, dwóch Boehmów, Kornblum, Priester, Münzer, Schäffer, czy Geppert.

j-altmann

Nawet jest tu ojciec niedawno wysznupanego przeze mnie żydowskiego lekarza Hefftnera.

No i jeszcze legendarny Hermann Sladky (na obwieszczeniu błąd w nazwisku). Niemiec z krwi i kości. Żaden tam Żyd. Jego syn Karl, urodzony w 1893, po latach będzie przez jakiś czas burmistrzem Rybnika w okresie okupacji. Musiało chyba starego Sladky’iego szpanować, że jego służący mogliby dostawać jakieś podarki od Żydów za darmo.

rynek-i-kamienica-sladky

Parę jeszcze nazwisk odnalazłam na starych pocztówkach. J. Muschalik:

j-muschalik

Gasthaus Richarda Gruberta, członka Rady Nadzorczej Banku Ludowego założonego w 1901 r. i zaraz za nim drogeria V.Proske.

ul-koscielna

Aaa, i jeszcze J.Urbanczyk’s Sohn z Rynku. To na pewno nie byli Żydzi.

 rynek

Kilku ważnych w porozumieniu brakuje. Leschcziner nie dał się w to wmanewrować, ani Pragerowie, Rahmer też chyba wolał coś dać, by potem zyskać. Kapelusznik Pick również siedział cicho i dzieciątkowe geszynki chrześcijanom być może rozdawał 🙂

No cóż. Żydowskich kupców w Rybniku już nie ma i dziś nikt żadnych porozumień nie podpisuje, a jak dają dzieciątko za darmo to się bierze i tyle. Nie ważne od kogo. Na razie. Bo czort wie co się stanie za rok, czy dwa. Może znowu zakażą pod karą brać podarki od „innych”.

Listopad 2

Zaduszki z dr. Hefftnerem

Zaduszki. Pobudka jak zwykle o 6. Śniadanie kotom, kawa, do dwóch kromek z miodem ostatnie 60 stron o Żydach, chujach kaczych, falangistach, czyli pożegnanie z Królem. Sprzątać? Olewam. W końcu ze mnie też chujowa pani domu. Nie ma sensu sprzątać skoro ma przyjść fachowiec do zepsutej pralki. I tak nabałagani.

Siadam do Hugo Perlsa. W sobotę mam o nim gadać. Wszystkie karteluszki mi się pieprzą. Dobra. Jego też olewam. Starczy Żydów, pół nocy czytałam – styknie. Nie mam nerwów do Perlsa. Trzeba zrobić papiery firmowe. Wnet się będzie księgowa upominać. Zrobione, odhaczone. No to może coś neutralnego. Może przygotować się do spaceru szlakiem rybnickich szpitali? To za 10 dni, a temat mi kompletnie nieznany i w dodatku z tych „nie leżących”. Wyciągam Trukhardta. Juliusza mam w małym palcu, ale Szpital Bracki to dla mnie tabula rasa.

szp

Nudy. Może google w czymś pomoże. O! Na śląskiej biblio jest jakieś wielostronicowe sprawozdanie z działań Spółki Brackiej za 1926 r. Nudy. No, może informacja ile zębów wyrwano ma jakąś intrygującą moc w sobie  😉 Rzuca mi się w oczy lekarz od „ócz”.  Jakiś dr Hefftner. Pierwsze słyszę o takim. Spółka Bracka z nim umowy nie przedłużyła od 1927 r., bo nie spełnił „wymogów umowy służbowej”. Pewnie chodziło o polskość. Googlnę se go dla pewności. Niczego ciekawego nie widzę. Nagle… że też ja zawsze znajdę jakiegoś nowego rybnickiego… już zapewne wiecie, że Żyda. Tak. Dr Friedrich Hefftner na mur okazuje się Żydem. A miałam tylko przygotowywać się do oprowadzania po szpitalach. Wsiąkam. Po 5 godzinach ustaliłam nic. A w zasadzie prawie nic. Dla mnie nic. Pan doktor Hefftner urodził się w Rybniku, 27 czerwca 1887 r. Ojcem był Max – kupiec.

urodzenie

Chyba pokładał w synu wielkie nadzieje, bo posłał go do gimnazjum królewskiego w Pless, a następnie na studia, które młody rybniczanin ukończył w Greifswaldzie w 1916 r. W czasie Wielkiej Wojny został odznaczony krzyżem żelaznym klasy I, potem pracował w Spółce Brackiej, czyli szpitalu przy ul. Rudzkiej jako okulista.

krzyz

A potem go zwolniono, gdy już Rybnik był polski. Zakładam, że wtedy wyjechał z Rybnika i z tej Polski, która nie chciała fachowca od chorób ocznych mówiącego po niemiecku. A jeszcze potem Niemcy, które na moment go zapewne zechciały, pozbawiły go wszelkich tytułów naukowych, w tym doktoratu. To oficjalnie stało się w 1940 r. I słuch po Friedrichu zaginął.

hefftner-pozbawienie-doktoratu

The end of story.

Pralka nie do naprawy, dalsze losy lekarza nieznane, z chwałowickiego cmentarza bije piękna łuna. Zapaliłam okuliście mały znicz. Nie przy samym krzyżu, tak bardziej z boku, neutralnie.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Zaduszki z dr. Hefftnerem została wyłączona
Październik 7

Priesterowie – rybniczanie w Australii

Tym razem nie będzie smutnego zakończenia, choć jak zwykle o rybnickich Żydach.

Pod koniec sierpnia, mój niesamowity kolega „po fachu”, czyli Sławek Pastuszka z Pszczyny, zaplimplał do mnie późnym wieczorem: Małgosiu, mam prośbę. Czy możesz wyszukać mi coś na temat rodziny: Salo Priester [ur. 5 listopada 1877 w Rybniku]; rodzice: kupiec Adolf Priester i Pauline z domu Freund (oboje z Rybnika). W 1905 mieszkał w Smolnej, obecnie dzielnicy Rybnika, gdzie był karczmarzem. Żona: Martha z domu Guttmann [ur. 13 czerwca 1885 w Radostowicach]. Będę Ci serdecznie wdzięczny za pomoc.

i-hellmanns-majonez-babuni-650mlCo może zrobić Małgosia przy takiej prośbie? Lap na kolana, brele na oczy, kanapka ociekająca Hellmann’sem szybko w dziób, obaniałe nogi na pufa i w te pędy przeszukiwanie folderu z Priesterami. Salo mój, czyli z Rybnika, żona od Sławka, czyli spod Pszczyny. Śląskie małżeństwo zawarte przed rabinem w mieście Pless. Błyskawiczny przelot po Priesterach. Sławku, mam dwóch Priesterów o imieniu Salo. Fejs przesyła Sławkowi pliki. Jakiś Salo, w 1907 r. uczestniczył w kongresie syjonistycznym. Jeden Salo był wykazywany jeszcze w wykazach podatkowych Rybnika w latach 20-tych. Potem z powodu jego śmierci gmina przeprowadza wybory uzupełniające w swoich władzach. To chyba nie ten, którego szukamy. salo-priesterMam jeszcze coś. A takie tam sobie kiedyś screeny porobiłam z dokumentów, które są na Centralnej Bibliotece Judaistycznej. To dokumenty z Gliwic, coś a la karty adresowe. Sławku patrz! No ożesz Ty! Mamy go! Salo Priester geboren in Rybnik. Data urodzenia pasuje. Kaufmann. Może to ten syjonista, kto wie. Adresy, pod którymi mieszkał i na końcu dopisek: Australia??? Ja pierdziuuuuu! Ołówkiem dopisana data 6.6.39 i Australia! Salo mieszkał w Gliwicach od 1922 do 1939, no i ani chybi udało mu się wyemigrować do Australii. Za chwilę mamy jeszcze syna Salo – Kurta.

Taki sam dokument, tylko Australia z datą wcześniejszą, bowiem 25.10.1938. Już sobie w głowie dopisuję całą historię. kurt-priesterKurt ściągnął tatę na drugą półkulę. Z podniecenia aż kolejny kęs kanapki z majonezem robi ciult na klawiaturę 😉 I herbata wystygła. Nawet nie drażni mnie przelot Płoszaja po wszystkich możliwych kanałach tv.

Lecę dalej z przeszukiwaniem Internetu i własnych zasobów laptopowych. Prawie równocześnie ze Sławkiem znajdujemy informację o śmierci Salo Priestera. Zmarł w Australii 25.04.1943 r. Pochowany został na cmentarzu w Melbourne.

Analiza znalezionej w sieci klepsydry podsuwa kolejnych członków rodziny, którzy jak widać umknęli Hitlerowi. Żona (ta z Pszczyny), pochodząca z Berlina synowa Ilse i córka Lotte z mężem Erichem Manneberg (z Mannebergów wodzisławskich – sprawdziłam).

salo-smierc-aufbau-1943

No i syn Kurt, którego namierzam na statku Strathnaver. Gliwice, gdzie mieszkał przy Schroterstrasse 9 (obecnie Ziemowita), pożegnał pod koniec października 1938 r., czyli jeszcze przed Nocą Kryształową, a na australijski ląd zszedł wraz z żoną 5 grudnia 1938 r. Sam sobie zapłacił za podróż do wolności.

strathnaver_ship

Chyba na gwałt przed opuszczeniem Trzeciej Rzeszy się zaręczał i brał ślub. W Jüdisches Gemeindeblatt für Oberschlesien (Gleiwitz 1938-1939) można odnaleźć notki na temat zaręczyn (wrzesień)…

zareczyny-kurta-i-ilse-wrzesien-1938

ślubu (październik)…

slub-kurt-in-ilse

podziękowań…

kurt-i-ilse

… no i zdawkową informację o wyjeździe do Australii. Szczęściarzy opuszczających wówczas Gliwice było kilku.

info-o-emigracji-pazdziernik-1938

Kurt po przybyciu do, jakże obcego dla niemieckiego Żyda, kraju na pewno zrobił wszystko co mógł, by ściągnąć ojca oraz matkę i siostrę z mężem. Na szczęście udało się. Salo i Martha Priesterowie, jak podają dokładne niemieckie zapiski, opuścili miasto Gleiwitz 6 czerwca 1939 r. i do Australii dotarli na statku Strathallan 17 lipca. Tym razem za pieniądze rządowe – sądzę, że chodzi o rząd Australii. Zakładam, że córka Salo, a zarazem siostra Kurta – Lotte Manneberg z mężem, też w ten sposób dotarła na drugi kraniec świata. Jakaś książka o skomplikowanym niemieckim tytule pokazuje Salo i Marthę (której już wówczas dodano imię Sara) oraz ich córkę z zięciem na listach emigracyjnych o bliskich numerach. Myślę, że płynęli razem. Kupa szmalu na to poszła.

Troje urodzonych w Rybniku Żydów: tata Salo (ur. 5.11.1877), jego córka Charlotte (ur. 12.07.1906) i syn Kurt (7.06.1911) zostali Australijczykami, choć Salo na niezbyt długo z racji wieku, w którym dotarł do ziemi, która dała mu schronienie za życia i po śmierci.

law-notices

Jego siostra Elfryda, również z urodzenia rybniczanka, z zamieszkania gliwiczanka, niestety zginęła w Auschwitz.

Gdzieś mi mignęło przed oczami, iż do początku lat 40-tych do Australii dotarło około 8000 niemieckich uchodźców żydowskich. Wiem na 100%, że Priesterowie nie byli jedynymi rybniczanami w tej grupie.

akt-urodzenia-kurta

Jak więc widzicie wreszcie wyskoczyła z Szuflady szczęśliwa historia o rybnickich Żydach. Kurt zmarł w 1993, pochowany został na cmentarzu w Melbourne.

Żył 82 lata, z czego 55 z dala od Europy, miasta swoich narodzin czyli Rybnika i miasta swej młodości, czyli Gliwic. Doczekał syna, 3 wnuków.

Ciekawi mnie, czy był po wojnie w Gliwicach.

(Z lewej akt urodzenia Kurta Priestera, poniżej płyta nagrobna na cmentarzu)

grob-kurta

Powinnam jeszcze dodać, że znalazłam informację o tym, iż służył w wojsku australijskim od 16 marca 1942 roku w stopniu szeregowego. Reszta, czyli okoliczności uratowania się całej rodziny pozostają tajemnicą. Znalazłam namiary na potomków Kurta, ale nie będę do nich pisać, bo nie chcę się narzucać :-). Może sami kiedyś natrafią na ten wpis.

Aaaa, jeszcze jedno przed snem. Salo Priester Australijczyk był bratem Huldy, która wyszła za Maxa Weisslera z Mikołowa, o czym pisałam przy okazji wizyty chasydzkiego małżeństwa na mikołowskim kirkucie. Tak to się plecie na tym żydowskim Śląsku 😉

Zdjęcia grobu Kurta Priestera pochodzi z:

https://billiongraves.com/grave/Kurt-Priester/18059681#/

Karty adresowe pochodzą z:

http://cbj.jhi.pl/?q=Priester

Fota statku wzięta z Wikipedii, zaś wycinki z Jüdisches Gemeindeblatt für Oberschlesien (Gleiwitz 1938-1939) można odnaleźć tu:

https://archive.org/stream/juedischesgemeinreel01#page/n45/mode/2up/search/Priester

A kamienica, w której mieszkali Priesterowie przed emigracją wygląda dziś niesamowicie. Na razie jedynie zdjęcie z Google View, ale mam zamiar kiedyś osobiście dotknąć tych drzwi.

ziemowita-9

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Priesterowie – rybniczanie w Australii została wyłączona