Marzec 17

Korona, którą można pogłaskać

Korona to dziś najczęściej wymieniane słowo we wszystkich mediach. Po wpisaniu „onej” do Googla na pierwszym miejscu pokazuje się „Koronavirus alert”, potem ileś tam stron na temat wirusa. Na szczęście dość wysoko jest nadal „Korona Kielce”. Uff 😉 Jeszcze nadal mamy inne korony w naszym świecie. Mamy koronę jako atrybut monarszy, są waluty o tej nazwie, niejeden z nas ma protetyczną koronę, za oknami widzimy korony drzew, wnet zobaczymy korony kwiatków, w Pieninach ciągle stoją Trzy Korony, a mój wpis być może czyta teraz ktoś, kto zdobył np. Koronę Gór Polskich. Jak widzicie jest tych koron multum, więc o tej, o której wszyscy teraz rozmawiamy, na chwilę zapomnijcie. Jest też bowiem coś takiego jak Korona Tory, czyli Keter Tora. To taka zewnętrzna ozdoba zwoju Tory. Korona symbolizuje Boga, ale także zwieńczenie życia pobożnego Żyda i jest symbolem uznania najwyższej władzy, świętości i mądrości Tory.
I ja dziś o tej innej koronie, którą można pogłaskać, bowiem często spotyka się żydowskich nagrobkach. Poniżej zdjęcie z cmentarza w Złotowie (woj. Wielkopolskie).

Na macewach taka korona symbolizuje, że osoba zmarła była wyjątkowo pobożna, posiadała znajomość ksiąg religijnych. Może również obrazować to, że zmarły był cenionym członkiem społeczności, jak na tablicach nagrobkowych cadyków w Radomsku.

Zostawiam Was z przepięknymi koronami, jakie wybrałam dziś spośród tysięcy zdjęć, które przez lata robiłam na cmentarzach żydowskich. Oczywiście to ułamek, tego co mam na dyskach, ale myślę, że starczy, by choć na moment oderwać się od tego małego gnojka, którego nazwano coronavirus i który pokazuje nam, że w naturze wielki nie rządzi. Pojeździmy sobie po Polsce siedząc przed komputerami. Na początek „zagłębie koronowe”, czyli cmentarz żydowski w Częstochowie.

Teraz skok na południe i Ustrzyki Dolne.

Skoro jesteśmy na południu, to Lesko.

Z Leska przeniesiemy się do mojego ukochanego Leżajska, gdzie spoczął wielki cadyk Elimelech z Leżajska. Niestety w tym roku maleńka „korona” uniemożliwiła tysiącom Żydów z całego świata pielgrzymkę do jego grobu.

Ze wschodu śmigamy w okolice Jury do Pilicy. Może ktoś spróbuje tak rozłożyć ręce, jak to zrobiła Magda? Te dłonie w geście błogosławieństwa, oznaczają, że zmarły był z pochodzenia kohenem z rodu Aarona.

Skoro jesteśmy w Pilicy, to nie sposób nie zahaczyć o cudowne Żarki. Przy okazji, Wojtku macham Ci 🙂

Lecimy teraz do miasta, w którym korony na głowy nakładano królom. Kraków.

Zdrowie teraz najważniejsze, więc może do uzdrowiska śmigniemy 😉 Krynica Zdrój.

Z Krynicy wracamy w okolice Krakowa – do Niepołomic.

Na cmentarzach, które znajdują się na byłym terenach niemieckich, takich symboli nie ma zbyt wiele. Znajdziemy je jedynie na starszych nekropoliach, jak choćby w Wielowsi.

Kolejne korony są znowu z królewskiego miasta. Jesteśmy w stolicy przy ulicy Okopowej. Przy okazji możecie sobie przypomnieć jak wygląda śnieg.

Z Warszawy ponownie jedziemy na południowy wschód Polski. Na cmentarzu w Oleszycach w woj.podkarpackim jest wiele nagrobków, na których widać resztki oryginalnych farb na macewach.

Z Oleszyc mamy rzut beretem do Sieniawy. Tamtejszy kirkut to korona na koronie.

W maleńkich Rybotyczach na Podkarpaciu też znajdziemy interesujący nas element.

Zmieniamy kompletnie kierunek podróżowania i kierujemy się na zachód, do Białej w woj.opolskim. Kiedyś to miasteczko zamieszkiwało więcej Żydów niż chrześcijan, co było ewenementem na Śląsku.

Zostajemy w moim Heimacie i kierujemy się do Tarnowskich Gór, gdzie został pochowany pierwszy rybnicki rabin Karfunkel. Na jego grobie jest przepiękna korona i dłonie w geście błogosławienia.

Powinniśmy wrócić do Wielkopolski, od której zaczęliśmy. Cmentarz w Koźminie Wielkopolskim w powiecie krotoszyńskim jest przecudny.

Ale cudniejszy jest stary cmentarz w Cieszynie.

Takie samo cudo to kirkut w małopolskiej Bobowej.

Z Bobowej w miarę blisko do Łabowej w powiecie nowosądeckim.

Wracamy w okolice Częstochowy, czyli do Krzepic. Tamtejszy cmentarz to unikat z uwagi na ogromną ilość żeliwnych macew. Niestety nie znalazłam wśród swoich zdjęć żeliwnej korony w Krzepicach. Przeważają orły, jelenie i lwy.

Przenosimy się do województwa łódzkiego, czyli do Tomaszowa Mazowieckiego.

Zjeżdżamy w dół mapy do Proszowic w pobliżu Krakowa.

Jeszcze jedziemy na dół, tym razem do Ryglic w powiecie tarnowskim.

Zostając w tej okolicy podjeżdżamy do Tarnowa.

Benzyna ponoć tanieje, więc stać nas na to, by pokierować się daleko na północ, do Jastrowia w powiecie złotowskim na górnej granicy Wielkopolski. Uwaga na bycze mrówki!

Teraz Dolny Śląsk i Legnica.

Mijamy Olkusz…

… i zmierzamy do Sokołowa Małopolskiego.

Z Sokołowa jedziemy do Korczyny w powiecie krośnieńskim. Tu łapie nas ulewa 😉

W Dukli nadal leje.

W Żołyni pogoda się poprawia.



W Jarosławiu pogoda już idealna.

Powoli zaczynamy wracać na zachód mijając Żabno.

Zatrzymujemy się na moment w Dębicy.

Lekko zbaczamy z głównej trasy i przelatujemy przez Dąbrowę Tarnowską.

Wjeżdżamy do wiosennego Andrychowa.

Jeszcze czeka na nas Jaworzno.

Powoli powinniśmy lądować w domu, czyli w Rybniku. Niestety, na naszych cmentarzach nie zachowały się nagrobki. Ale, ale… możemy sobie na końcu zrobić podróż w głąb czasu i przenieść się do początku lat trzydziestych XX wieku. I wtedy zobaczylibyśmy, że i u nas na macewach były korony. Tym historycznym zdjęciem przedstawiającym stary cmentarz żydowski w Rybniku kończymy dzisiejszą wyprawę szlakiem korony, do której można się zbliżyć bez obawy utraty zdrowia. Trzymajcie się i nadal zostawajcie w domu! Zdrowia!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Korona, którą można pogłaskać została wyłączona
Marzec 14

Piękni i młodzi – nieznajoma

Jeden mały kulkowaty gnojek z wypustkami wyglądającymi jak parzydełka, uziemił prawie cały świat w domu. Tym samym spowodował, że ludzie zaczęli odrabiać zaległości. Zgodnie z zaleceniami lepiej poczytać książkę, obejrzeć komedię, czy pograć w brydża niż dobijać się przytłaczającymi wiadomościami. Przed chwilą na Messengera dostałam kolejną wiadomość, jak to należy się modlić, gdyż idzie koniec świata. Zablokowałam następną osobę i zasiadłam do tego, na co dotychczas nie miałam czasu. Maurycy stwierdził, że to mało interesujące dla niego 😉

Jak pamiętacie w ubiegłym roku zabrałam się do opisywanie dwunastu nastolatków ze zdjęcia, które dostałam od pani Miriam Glucksmann – córki urodzonego w Rybniku Alfreda. Wiele osób z fotografii już opisałam, bo potrafiłam znaleźć o nich informacje. Kolejna, niestety, zostanie nieznana, bowiem na odwrocie zdjęcia, ciocia Miriam oznaczyła ją znakiem zapytania.

Na oko dziewczyna ma kilkanaście lat. Jest w tym samym wieku co pozostali. Stoi pomiędzy Fritzem Aronade a Ilse Glücksmann. Przyjmując, iż zdjęcie zostało zrobione w maju 1921 roku, to musiała się urodzić pomiędzy 1903 a maksymalnie 1908 rokiem. Tyle wiem, ile widzę. Śliczna buzia, regularne rysy, ładnie wykrojone usta, gęste włosy zaczesane do tyłu. Lekko się uśmiecha, podnosząc jeden kącik ust – jakby ironiczny uśmieszek. Sukienka chyba plisowana, przewiązany pasek z klamrą. Czyją była córką nie wiem. Jak miała na imię nie wiem. Czy przeżyła wojnę nie wiem.

Przeanalizowałam wiele aktów urodzin dla tych lat. Raczej nie była siostrą Fritza – Berthą, bowiem ta urodziła się w 1900 roku, a na 21 lat ta panna nie wygląda. Poza tym na pewno Ilse Glucksmann by zapamiętała jej imię, skoro Fritza opisała. Sądzę też, że nie należała do rodziny Priesterów, bo panienek z tego roku na fotce jest więcej, więc też w pamięci opisującej by się utrwaliło. Z tego samego powodu nie jest to panna z Silbigerów. Może to zatem Edith Brauer? Córka Izaaka i Fanny z domu Weissler urodzona w 1903 roku? Jeśli byłaby to ona, to należałoby się cieszyć, bowiem Edith, jako Edita Preiss zmarła w 1989 r. w Buenos Aires.

A może to Elsa Karolina Kornblum, urodzona w 1908, córka Martina i Hedwig? Jeśli tak, to powodów do radości by nie było 🙁

Albo jedna z pociech Benno i Julii Lewin? Naprawdę nie wiem. Równie dobrze można uznać, że to ktoś z poza Rybnika, kto znalazł się na uroczystości, przy okazji której ci młodzi ludzie zostali uwiecznieni. Zostanie więc tajemniczą, młodą i piękną „Nieznajomą”.

Tymczasem się trzymajcie w swoich domach. Nie potępiajmy tych, którzy popełnili błędy, bo dzięki nim może nam się to udać! Trzymajmy kciuki za Włochów! To dopiero początek tego Armagedonu, więc jak się nudzicie, to posznupajcie sobie po moich szufladach. Sądzę, że lepiej poczytać o tym co było, niż kombinować co będzie przeglądając kolejne fakenewsy. Ja przechodzę na „Kurnik” i wracam do polskiej wersji scrabble on-line. Jakby co, to gram jako mploszaj.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – nieznajoma została wyłączona
Marzec 7

Hazynhajda

To miejsce darzę ogromnym sentymentem. Wielki park, ofiarowany miastu pod koniec XIX wieku przez żydowskiego przedsiębiorcę, radnego, filantropa – Juliusa Haase (pisałam o nim 5 lat temu tu ➡ Juliusz społecznik). Na cześć darczyńcy nazwany Haasenheide.

Bodajże najstarsza karta przedstawiająca park ma właśnie opis: „Haasenhaide. Gruss aus Rybnik. O.S.”. Widać na niej, jak eleganccy mężczyźni spacerują po świeżo wytyczonych i obsadzonych zielenią alejkach. Na drugim planie wije się droga z Chwałowic do Rybnika, który jest gdzieś tam w oddali.

W czasach niemieckich, ten fragment Rybnika był ulubionym tematem na pocztówkach. Po „Stadtparku” przechadzały się rodziny.

Rybniczanki w długich sukniach kryły się przed słońcem w cieniu wielkich drzew.

Kto wie, może te widokówki sponsorował sam Julius Haase. Ta poniższa, na której widać rok nadania 1904, jest z czasów, gdy jeszcze mieszkał w Rybniku. Przyglądający się z troską roślinom, dwaj mężczyźni, to mogą być urzędnicy miejscy sprawdzający, czy przyjęły się posadzone przy Alejce Haasego dęby Bismarcka.

Po wybudowaniu tarasu widokowego, który jest istniejącym do dziś, przeuroczym elementem małej architektury z początków XIX w., wydawcy uznali, że to się może sprzedać 😉 I chyba sprzedawało, bo aż na trzech pocztówkach przedstawiono „Stadtpark-Terasse”. Park tętnił życiem. Były koncerty, mała restauracyjka, rybniczanie dreptali z miasta do tej zielonej oazy z wielką ochotą.

A jak już tam przydreptali to patrzeli na to, jak pięknie wyglądało nasze miasto od strony Hasenheidy! Widać było żydowski sierociniec, Juliuskrankenhaus, starostwo, budynki przy dzisiejszej Świerklańskiej, Antoniczka. Całe miasto buchało zielenią. Przynajmniej ja tak to widzę 😉

W 1905 roku park został powiększony o parę hektarów, które nabyło miasto. Cztery lata później fundator – Juliusz Haase został honorowym obywatelem miasta Rybnika. Jakiś czas potem zostawił Oberschlesien i przeniósł się do Berlina, gdzie zamieszkał w takim paradnym budynku przy Kaiserallee 209.

No, a potem odszedł w wieku 64 lat. Pochowany został na cmentarzu żydowskim Weissensee. Niestety, gdy tam byłam ponad 2 lata temu, to kwatera, w której spoczął Julius, a następnie jego żona, była zawalona drzewami po przejściu huraganu Ksawery. Wiem, że groby małżonków istnieją, ale ich nie znalazłam. Świat jednak, mam nadzieję, jeszcze się nie kończy, więc kiedyś tam wrócę.

Gdy Rybnik stał się polski parkowi zmieniono nazwę z Hasenheide na Kozie Górki (ewentualnie Kozie Góry). Choć jeszcze w 1924, a nawet w 1925, w prasie robotniczej, gdy informowano o obchodach święta 1 Maja, to używano nazwy oryginalnej. Towarzysze szli w pochodzie na Hasenheide 😉

Obecnie park zwą i Kozie Górki, i Hazynhajda, i Hajda. Tą ostatnią nazwę przyjęła jedna z lepszych restauracji rybnickich, która od wielu lat działa w środku tej zielonej plamy. Stoi tam też tablica informacyjna, która w kilku językach skrótowo przedstawia historię tego miejsca.

Sam Julius jest upamiętniony w parku w dwóch miejscach. Od lat stoi stary obelisk przy Restauracji Hajda. Parę lat temu miałam wielką przyjemność, by pociągnąć za szarfę i odsłonić jego nowy pomnik wraz z prezydentem miasta oraz przedstawicielką dzielnicy Meksyk.

W pobliżu parku, niejako w jego otulinie, przez lata stała ruina dawnego hotelu – domu gościnnego o nazwie „Rondo”. Jeszcze dziś można w internecie natrafić na zdjęcia przedstawiające zarówno środek jak i obejście tego należącego do PKP byczego bloku. Wielki komunistyczny moloch swym zdewastowanym obliczem psuł wizerunek pobliskiej Hazynhajdy.

Ponad 3 lata temu pojawiły się informacje, iż ktoś kupił, ktoś coś zmierza, ktoś chce z tego opuszczonego i zrujnowanego ośrodka zrobić mieszkaniową perełkę. Po jakimś czasie okazało się kto i to już zaczęło dobrze wróżyć. Nie żaden szemrany zewnętrzny deweloper, a dziołcha „stond” – „naszo”. Rudo dziołcha z „pałerem”, jak to mówią. I ta dziołcha to kupiła, wyremontowała, a terozki sprzedowo. Czyli ta dziewczyna to kupiła, wyremontowała i teraz sprzedaje. Ale, zdając sobie sprawę z ważności historii, z potencjału Hazynhajdy, to ta dziewczyna stwierdziła, że należy zajrzeć do „szuflad” z naklejką „Haase”. Z wielką przyjemnością je otwarłam i opowiedziałam co wiedziałam.

Teraz te historie będzie przekazywał miły pan ze zdjęcia, bowiem to on, w imieniu rudej dziołchy, zajmie się sprzedażą. Nie jestem skora do reklamowania prywatnych inicjatyw, ale tą muszę, bo wiem, że Juliusz Haase się ucieszył, że wreszcie otoczenie jego parku wyładniało. On sam inwestował w nieruchomości, lubił piękno, na bank był estetą, więc przylazł do mnie w nocy 😉 i rzekł: Małgosia, schreiben Sie über die Wohnsiedlung „Parkowa”. A czegóż ja nie zrobię dla Julka 😉

Podjechałam pod Osiedle Mieszkaniowe Parkowa. Połaziłam se po Hazynhajdzie, pogadałam z Julkiem w myślach. Doszliśmy do wniosku, że jeszcze ciut za mało zieleni przy budynkach. Obojgu nam by się marzyły pnącza i wiele, wiele kwiatów. Mieliśmy to samo zdanie: jak posadzą tam iglaki, to Julek ich będzie straszyć.

Jednak ostatecznie, gdzieś po 15 minutach, Julek filuternie mrugnął okiem tam gdzieś na wysokościach i powiedział: „Aaaa, napisz”. Szkryfnął podpis i dał przyzwolenie.

No to napisałam. Nie wiem, czy mieszkania są w środku ładne. Nie wiem, czy będzie więcej zieleni. Nie wiem, czy remont był dobrze przeprowadzony i czy drogo, czy też tanio. Ale wiem, że to niesamowite miejsce, że w pobliżu jest kilka hektarów starego, naturalistycznego parku, że zaraz obok jest najlepsza pizza w Rybniku i że Julius Haase będzie czuwać nad tym miejscem. Mazeł tow!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Hazynhajda została wyłączona
Grudzień 8

Piękni i młodzi – Dorothea Priester

Bardzo się spóźniam z opisaniem kolejnej postaci uchwyconej w Rybniku przez tajemniczego fotografa w maju 1921 r. Ostatnimi czasy bardzo mnie absorbuje jeden Salo, który od 1894 r. ma prawo se latać po polach (i nie tylko) w Niewiadomiu.  Cała moja moc i wolne chwile są na niego skierowane. Przyrzeczenie jednak było. Obiecałam, że poznacie losy żydowskich nastolatków, więc dziś Salo idzie do kąta, a ja zabieram się za najważniejszą, według mnie, osobę na fotografii. Najważniejszą, bo to ona na niej króluje i dominuje. Przedstawiam Wam Theę, czyli Dorkę Priester.

Ta piękna i elegancka dziewczyna, zalotnie spoglądająca do przodu, urodziła się jako Dorothea 19 września 1905 roku w rodzinie Salo Priestera i Olgi z domu Leschcziner. W jej żyłach płynęła krew najważniejszych z ważnych. Dziadek ze strony mamy był przez spory okres czasu przewodniczącym gminy i miejskim radnym, jej tata, zarządzaniem gminy zajmował się aż do swej przedwczesnej śmierci w 1926 roku.

Gdy opisywałam jej młodszą siostrę Hertę ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/, to już wspomniałam, iż rodzina Doroty była zamożna, typowo niemiecka i niewątpliwie w trakcie plebiscytu głosowała za pozostaniem Rybnika w państwie niemieckim. Dorota, wraz z Hertą i najmłodszym bratem Erichem, dorastała w miłości, dobrobycie, w małym śląskim miasteczku, uwodząc chłopaków. Coś ta dziołcha w sobie miała. Popatrzcie na nią dobrze. Jest w niej jakaś siła, czar, kokieteria. Była charakterna. Już samo umiejscowienie jej w samym środku grupy wiele mówi. Musiała być zawsze w centrum uwagi.

Dlatego też jej wybrankiem został najprzystojniejszy z przyjaciół – Fritz Aronade. Kto sobie chce przypomnieć jego tragiczne losy to niech kliknie ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-fritz-aronade/

Możecie zapytać, skąd ta moja pewność, iż to była para. A ja Wam odpowiem: bo wiem i już. Wiem, bo mam inne zdjęcie, które ponownie pokazuję. Patrzcie!

I co? Chyba się już ze mną zgadzacie 😉 Tak obejmować się mogą tylko zakochani. Wczoraj, nasza noblistka mówiła o czułości. Tą nieśmiałą czułość pod parasolem widać na tym zdjęciu. Pierwsza młodzieńcza miłość jest bardzo silna, długo się o niej pamięta, ale też jak szybko przychodzi, tak szybko odchodzi. Już tu na Szufladzie kombinowałam, dlaczego tych dwoje nie zostało małżeństwem. Teorie mogą być dwie. Albo Fritz przestał kochać, albo Dorota. Skłaniam się bardziej ku temu, że to Dorka, czy też dla przyjaciół – Thea, znalazła nowy obiekt westchnień. Zanim jednak do tego doszło Fritz obdarowywał swoją ukochaną bukietami z bzów, zabierał na przechadzki po Rybniku, wielbił i adorował. Jeszcze dziewczęce rysy, ale już widać, że będzie z niej zgrabniara 🙂

A Thea brylowała w towarzystwie młodych ludzi, angażowała się w sprawy plebiscytowe i być może, już w tamtym czasie uznała, że starszy jedynie o rok Fritz jest dla niej za smarkaty. Wspomniałam ponownie o plebiscycie. Otóż, po głębokiej analizie postaci z poniższego zdjęcia, doszłam do wniosku, że Thea została uwieczniona wraz z grupą Niemców w trakcie tego, ważnego dla naszego regionu, wydarzenia. Jeśli mam rację, to trzeba przyznać, że dziewczyna nie należała do tych siedzących w kącie, czy też haftujących chusteczki na wyprawę ślubną. Była wyemancypowana.

Fotografia przedstawia barak w pobliżu dworca kolejowego, w którym przybywający na plebiscyt Niemcy otrzymywali karty meldunkowe. Ta pyzata dziewczyna z wielką kokardą, to musi być Thea. Głosowanie w Rybniku Niemcy wygrali, ale miasto i tak przypadło Polsce. Dlaczego ta nitka rodziny Priesterów zdecydowała się u nas pozostać dziś nie stwierdzimy. Zostali, zresztą jak wielu innych niemieckich Żydów, mimo utożsamiania się z kulturą niemiecką. Od lat forsuję teorię, że czuli się oni bardziej rybniczanami niż Niemcami. Dla Fritza Aronade i jego żony, a zarazem siostry Thei, okazało się to zgubne. Otóż właśnie. Zapewne już w czasach polskich młodzieńcza miłość zgasła. Thea, mając 21 lat, poślubiła w 1926 roku, o 7 lat starszego od siebie, Maxa Grauera.

Max pochodził z Goleszowa, którego żydowska społeczność należała do gminy w Skoczowie. Jako przedsiębiorca działał w Międzyrzeczu Górnym i Bielsku, po czym czmychnął na Górny Śląsk. W Rybniku, Max pojawił się w 1922 roku, bowiem wtedy, wraz ze swoim przyszłym „prawie szwagrem” został współwłaścicielem firmy spedycyjnej, przejętej od Siegfrieda Gadiela.

W 1923 r. świadkował na ślubie swego wspólnika w interesach, czyli Salomona Młynarskiego. Obydwaj byli powiązani z rodziną Gadiel, gdyż siostra Maxa Grauera – Erna, wyszła za mąż za syna Siegfrieda Gadiela. Z kolei Salomon Młynarski ożenił się z córką Siegfrieda – Hedwig. I na tym właśnie ślubie bawił się Max. Może wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę z Priesterów. A może zauważył ją w synagodze? A może jego firma dostarczała np. nowe meble do domu Priesterów i tak wybuchło uczucie? Wiem, wiem, znowu mam odlot i za dużo fantazjuję 😉 W sumie nieważne jak doszło do spotkania Doroty z kokardą z Maxem transportowcem. Ważne, że zawarli związek małżeński, na którym świadkował wujek Doroty – Maks Leschcziner oraz Samuel Młynarski. A odstawiony Fritz Aronade, albo ze złości, albo z miłości, po paru latach wziął sobie za żonę młodszą siostrę Doroty – Hertę Tullę.



Państwo Grauerowie prawdopodobnie mieszkali przy ulicy Korfantego. Firma spedycyjna Grauer i Młynarski po jakimś czasie umiejscowiła się przy dzisiejszej ulicy Miejskiej (w okresie międzywojennym Grażyńskiego). Rybniczanom powinnam dodać, iż było to w budynku, w którym do dziś ma siedzibę PTTK. Być może zagmatwam całą historię, ale muszę w tym momencie wspomnieć, iż dzięki sprzedaży tej nieruchomości krótko przed wybuchem wojny, cała rodzina Młynarskich zdołała w czasie wojny wyjechać, na lewych papierach, z Krakowa i pociągiem dotarła do Istambułu, a stamtąd do Palestyny.

Zanim jednak Młynarski sprzedał firmę wraz z budynkami, rozstał się ze wspólnikiem Maxem Grauerem. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Zakładam, że powodem wyjazdu Grauerów była sytuacja polityczna w Europie. Na pewno Dorota z Priesterów, jej mąż Max Grauer oraz urodzony w Rybniku, w 1928 roku, synek Harry byli przed wybuchem wojny na terenie Czechosłowacji. Wynika to z listy pasażerów, którzy 6 lipca 1939 r. wypłynęli na statku Duchess of Atholl z Liverpoolu do Montrealu. Na tej liście znalazłam całą rodzinę. Przypłynęli z Europy do Harwich, dotarli do Liverpoolu i w dalekiej Kanadzie znaleźli nową ojczyznę.

Ucieczka uratowała im życie. Gdyby zostali na terenie Czechosłowacji w Prostejowie, to tak jak siostra Maxa – Erna Gadiel, zapewne zginęliby w Terezinie. Gdyby zostali w Rybniku, być może spotkał by ich taki sam smutny los, jaki spotkał młodszą siostrę Doroty i jej męża Fritza Aronade. Zalotna Thea z kokardą, być może dzięki temu, że jej mąż Max, nie czując przywiązania do Rybnika, potrafił wsio sprzedać i zaczął się przemieszczać w kierunku odległym od nazizmu, ratując synka, żonę i siebie. Na pewno po wojnie Thea i Max szukali wieści o swych bliskich. Niestety, mama Thei zginęła w czasie wojny. Siostra Lore wraz z mężem Fritzem Aronade i córeczką Werą też. Przeżył jedynie brat Erich, który po wojnie wyemigrował do USA. W Teresienstadt w 1942 zginęła siostra Maxa – Erna. Jej córka Edith, została zamordowana w wieku 10 lat w obozie zagłady w Małym Trościeńcu koło Mińska. Wiekowego ojca Maxa spotkał podobny los.

W Kanadzie, jedyny syn Grauerów – Harry, skończył medycynę w 1954 roku i został psychiatrą. Jego obszarem zainteresowań były problemy psychiczne osób starszych. Jak napisano na klepsydrze, ten urodzony w Rybniku syn Thei, zrobił bardzo wiele dla ocalałych z Holokaustu, pracując prawie całe życie w Jewish General Hospital w Montrealu. Wspierał działania „Lekarzy bez granic”. Ponoć kochał swój letni domek we wschodnim Ontario, gdzie namiętnie pływał na kajaku i jeździł na rowerze. Zmarł w ubiegłym roku. Thea Priester dożyła w Kanadzie 98 lat. Zmarła w szpitalu w 2003 roku. Doczekała się 5 wnucząt i 7 prawnuków. Jej mąż Maximilian, rybnicki spedytor rodem z Goleszowa, odszedł z tego świata w 1986 r.
W zasadzie powinnam odszukać potomków, by posłać im zdjęcia Doroty, ale może sami się odezwą, jak już to było parę razy. Mam czas, poczekam 😉
Wszelkie informacje podaję na podstawie stron ancestry.com, geni.com, yairgil.com, dokumentów z AP w Raciborzu oraz starych gazet ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia ze zbiorów Miriam Glucksmann.

Październik 29

Rybnicka synagoga cz.3

Wraz końcem sierpnia nadeszła burza, którą wielu przepowiadało. 1 września Wehrmacht wkroczył do Rybnika od strony Raciborza.

Zapewne krótko potem synagoga została zamknięta. Zaczął się koniec. Nie jestem w stanie przedstawić obiektywnego opisu zniszczenia rybnickiej synagogi. Niestety. Mam tylko relację, sporządzoną już po wojnie przez Joannę Gabowicz z domu Seidemann oraz artykuł Piotra Rakowskiego, opublikowany w Gazecie Rybnickiej w 1997 r., a napisany na podstawie wspomnień pani Marii Pieczkówny-Motyki. Artykuł nosił tytuł „ Widziałam płonącą synagogę”.

Moim zdaniem, bliżej prawdy była Joanna Gabowicz w 1947 roku, czyli ciut ponad 7 lat od momentu zniszczenia świątyni. Gdy płonęła synagoga Joanna miała 18 lat. Nie była dzieckiem, które mogłoby niewłaściwie zinterpretować to, co widziało. W swoim zeznaniu świadka, podała (pisownia oryginalna): „Gdy wybuchła wojna we wrześniu 1939 roku mieszkali w Rybniku Żydzi miejscowi i napływowi, którzy przyjechali z Będzina, Sosnowca i innych miast Zagłębia. W październiku 1939 roku Niemcy spalili wewnętrzne urządzenie synagogi, a mury rozsadzili. Długie miesiące trwała rozbiórka i uprzątanie gruzów. Pracowała przytem miejscowa ludność nieżydowska. Synagoga mieściła się przy ulicy Zamkowej (…).” Tyle powiedziała Joasia, córka Fryca Seidemanna, o której swego czasu już pisałam, a raczej fantazjowałam o jej miłościach. ➡ http://szufladamalgosi.pl/o-milosciach-rybnickiej-zydowki-na-walentynki/

Dla porównania podam to, co napisał Piotr Rakowski po spotkaniu z panią, która mieszkała przy ulicy Zamkowej – prawie naprzeciw synagogi. Należy jednak pamiętać, iż te słowa zostały spisane 58 lat po zniszczeniu żydowskiego miejsca modlitw. No to cytuję Rakowskiego: „Kiedy Maria Pieczykówna-Motyka wróciła ze swymi dziećmi z pensjonatu pod Kielcami do Rybnika, do własnego mieszkania w kamienicy na Zamkowej, mogła jeszcze widzieć przez szyby okien – synagogę znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej. Była ona zamknięta i nikt do niej nie chodził. Wczesną wiosną 1940 r. w pogodny dzień przed południem, szturmowcy hitlerowcy oblali benzyną i naftą synagogę ze wszystkich stron i podpalili ją. Wielki płomień ognia strzelił w górę. Widziałam przez szyby okna naszego mieszkania ten wielki płomień, taki mocny strzelający w górę słup ognia, palącej się bożnicy – wspomina Maria Pieczkówna-Motyka. Ludzie na ulicy pokrzykiwali, że za rogiem pali się bożnica. Ruch na Zamkowej zrobił się mocny: jedni przechodnie w milczeniu szybko się oddalali od płonącej bożnicy, inni wykrzykiwali antysemickie hasła i podbiegali do palących się murów. To wszystko działo się na oczach policji Schupo i Gestapo. Policjanci cieszyli się i śmiali z widoku płonącej synagogi”. To zapamiętała rybniczanka, mieszkająca w pobliżu tego miejsca. Sądzę, że pani Maria pomyliła miesiące oraz dwa zniszczone na początku wojny miejsca. Otóż wczesną wiosną 1940 r. został „zlikwidowany” cmentarz żydowski, a synagoga została spalona w październiku 1939 r. Moje przekonanie o tym potwierdzają artykuły z prasy niemieckiej, które informowały już w połowie maja 1940, że „z zainteresowaniem mieszkańcy śledzą powstawanie nowego zielonego terenu w miejscu, w którym stała synagoga”.

Kilka dni później, kolejny artykulik z 24 maja 1940 r. w „Der Oberschlesische Kurier” podawał, iż „Nowy obiekt będzie jednym z najpiękniejszych tego miasta”.

Przeniesiono z Rynku starą fontannę i ustawiono ją na samym środku nowego skweru. Sądzę, że gdyby synagoga została zniszczona wiosną tego roku, to raczej tak szybko by nie powstało ukwiecone „Neue Grünanlage”. A wyglądało to miejsce tak.

Prasa często zajmowała się tym fragmentem miasta. Już w lipcu 1940 martwiono się tym, że psy srają, a opiekunki nie zajmują się dziećmi, które depczą trawę i niszczą kwiaty, mimo stosownych tabliczek z napisami „Chroń zieleń”. Na ławeczkach siadali se ludzie, dzieci dewastowały klomby, a psy robiły kupy i obsikiwały posadzone drzewka. Ciekawe, czy ludzie się cieszyli, że taki „schöner kleiner Park” powstał. Chyba tak. Niewielu było tych, którzy ubolewali (i na pewno jedynie w duchu), że synagoga została zniszczona.

Gdy jestem przy zniszczeniu synagogi to muszę opowiedzieć o dwóch świecznikach. Co się stało z wyposażeniem bożnicy raczej się już nie dowiemy. Zapewne to, co było cenniejsze zostało skradzione, wywiezione, no i ewentualnie spalone. Gdyby przeprowadzić badania archeologiczne w tym miejscu, to jestem przekonana, że wyszłyby na wierzch fragmenty murów, a może i jakieś cenne, z punktu widzenia historii, rzeczy. Niestety na badania się nie zanosi i nigdy (choć jak to mówią: nigdy nie mów nigdy) nikt ich nie przeprowadzi. Ale… ale w nieznanych okolicznościach uratowano świeczniki ze srebra sztancowanego, ufundowane przez Louise Haase. Zostały przekazane w 1949 r. przez Wojewódzki Komitet Żydowski w Katowicach do Warszawy – do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Jak znalazły się w Katowicach? Mam kilka teorii. Każda z nich może być prawdziwa, ale też żadna z nich.

Być może w trakcie niszczenia synagogi ktoś (czytaj żydowski mieszkaniec Rybnika) uratował co nieco z synagogi, oddał komuś w mieście na przechowanie. Ratujący mienie synagogalne przeżył wojnę, wrócił do Rybnika i odebrał to co uratował. Następnie przekazał je Komitetowi w Katowicach, bo powiedzmy wyjeżdżał z Polski. Inna wersja mogłaby zakładać, iż nie-Żyd coś podiwanił w październiku 1939 r., po wojnie go ruszyło sumienie i oddał w Komitecie. Ta wersja jest jednakże mało prawdopodobna 😉 Kolejna teoria jest ciut bardziej zawiła. Być może członkowie gminy, czując co się może stać, pochowali pewne cenne rzeczy jeszcze przed spaleniem synagogi. W grudniu 1939 r., by odroczyć wywózkę, przełożony starszeństwa naszej gminy Filip Weiss zawiózł do Katowic, w formie okupu, pieniądze oraz drogocenne rzeczy. Może były wśród nich te rokokowe lichtarze? Potem jakoś w KATO przetrwały wojnę i w 1949 r. przekazano je do Warszawy. A może było jeszcze inaczej?

Obecnie, te jedyne zachowane pamiątki z naszej synagogi stoją na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest to dla nich najlepsze z możliwych miejsc. Oczywiście stosowna informacja podaje z jakiego pochodzą miasta.

Wczesną jesienią 1940 roku psy nadal srały na placu po synagodze, a urzędnicy kończyli sprawy finansowe związane z kosztami za rozbiórkę synagogi. Prezydent rejencji katowickiej otrzymywał stosowne papiery bo Ordnung muß sein 😉

Przez całą wojnę, obok miejsca, gdzie stała synagoga wiele się działo, bowiem dokładnie naprzeciw stał (i stoi) magistrat. Różni se paradowali, kominy z browaru dymiły, fontanna sikała wodą, psy cały czas srały, a niegrzeczne dzieci niszczyły kwiatki.

Przyszedł rok 1945. Rozpoczęła się ofensywa Armii Czerwonej, a z nią mnogość poległych, których chowano w różnych miejscach Rybnika. Jednym z takich miejsc, gdzie przysypano ziemią żołnierza był „сквер на перекрёстке улиц Гимназистов и Замковая”, czyli skwer na skrzyżowaniu ulicy Gimnazjalnej (obecnie Chrobrego) i Zamkowej. Później, żołnierza tego ekshumowano i przeniesiono na cmentarz. A dokładniej, na nowy cmentarz żydowski, na którym pod koniec lat 40-tych XX w. złożono szczątki Rosjan zabitych i na szybko chowanych zimą i wczesną wiosną 1945 r. Tym samym nowy cmentarz żydowski przestał istnieć.

Nowy system uznał stan zastany za słuszny, czyli skwer, sikającą fontannę, srające psy i to, że trzeba w tym miejscu sadzić kwiaty, wszyscy zaakceptowali.

Miejscowa gazeta „Nowiny” od czasu do czasu, przy okazji jakiś historycznych artykulików, coś tam bąknęła o synagodze.

Coraz mniej ludzi pamiętało, że naprzeciw budynku urzędu miasta kiedyś stała synagoga. Na początku lat 90. parę zaangażowanych osób chciało upamiętnić to miejsce stosowną tablicą. Powstał nawet projekt, ale do realizacji nie doszło. Potem rozpoczęły się targi pomiędzy gminą żydowską w Katowicach a magistratem o działkę, na której onegdaj stała bożnica. Spór o niecałe 1300 m kw. Chyba do dziś ta sprawa nie jest rozstrzygnięta, bowiem jest „wielowątkowa”. Jeden z wątków to dziwne zaginięcie kilku kartek z księgi wieczystej dla tego gruntu.

Sprawa synagogi wróciła na łamy gazet wraz z budową galerii handlowej Fokus Park już w XXI w. Inwestor zobowiązał się do upamiętnienia świątyni. I na zobowiązaniu poprzestał. Z szumnych obietnic psińco zostało. A raczej psie gówno, choć może fokusowe gówno…
Upamiętnienie niby w sumie było, ale mało kto zwracał uwagę na postawioną przez Miasto, czy raczej ukrytą w kątku, tablicę opisującą ten mini park. Informowała ona, iż to miejsce to „Skwer z fontanną”.

Fontanna czasem sikała, czasem nie, kwiatki pięknie sadzono, do srających psów doszli bezdomni, odpoczywający sobie tu na ławeczkach po spożyciu sporych dawek procentowych alkoholi.

Przy okazji różnych spacerów i wizyt zagranicznych gości mówiłam o tym miejscu, w duchu się wstydząc, że mój Rybnik jest w gronie tych nielicznych miast na Śląsku, które ani mru mru o synagodze.
I nagle, tak znienacka, tak zwyczajnie, tak bez pompy, tak po prostu, w lipcu 2017 roku Miasto postawiło skromny, acz naprawdę bardzo gustowny obelisk upamiętniający rybnicką synagogę. Nareszcie! Wielka była moja radość! Po 78 latach od zniszczenia świątyni została ona formalnie i i bardzo namacalnie przypomniana.

Przypomniana i opisana została również w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest na „Drzewie” wśród wielu innych górnośląskich synagog.

A teraz taka śmiesznostka. Pomnik stoi już ponad dwa lata. Stoi w samym centrum miasta, dokładnie naprzeciw Urzędu Miasta, codziennie przechodzą koło niego tłumy, bo obok „ważny punkt rozrywkowo-handlowy”. A mnie jest dane rozmawiać z ludźmi (nie takimi szarakami, a nauczycielami historii czy WOS-u), którzy są w szoku, że coś takiego tam stoi. „Serio? Naprawdę? No niemożliwe!” – to usłyszałam niedawno od lokalnego nauczyciela historii, który chciał bym poprowadziła zajęcia z młodzieżą o rybnickich Żydach. Jaki wniosek? Edukować! Edukować! Edukować! Uczyć patrzenia pod nogi, ponad głową, po kamienicach, po kwiatach, po drzewach, a nie po witrynach sklepowych i blacie smartfona.

Co do budynku rabina, w którym również mieścił się dom modlitwy, to został on wyburzony przy okazji rozbudowy Urzędu Miasta. Co stało się w czasie wojny z wyposażeniem sali modlitw nie potrafię Wam powiedzieć.

Fotografie: Internet, forum Zapomnianego Rybnika, Żydowski Instytut Historyczny, AP Katowice, Śląska Biblioteka Cyfrowa, no i własne.

Październik 22

Rybnicka synagoga cz.2

Historię rybnickiej synagogi przerwałam w 1914 r. Gdzieś na Bałkanach, o których większość rybniczan miała mgliste pojęcie, członek serbskiej nacjonalistycznej organizacji „Młoda Bośnia” zabił następcę tronu austriackiego. Wydawało się, że dla Rybnika to wydarzenie będzie mieć mało istotne znaczenie. Już w sierpniu 1914 r. „Landsturmowe wywołanie” uświadomiło ludziom, że trzeba się będzie bić. Od dwóch lat w mieście mieliśmy ponownie rabina. Na wskroś nowoczesnego, liberalnego, wielce wykształconego Niemca, który rok przed wybuchem wojny ożenił się z rybniczanką – Louise Altmann. Niewątpliwie ślub miał miejsce w naszej synagodze przy Schlossstrasse.

(Fotografia w zasobach: Leo Baeck Institute w Nowym Jorku)

Mogę podejrzewać, iż również w tym miejscu, rabin ➡ dr Dawid Braunschweiger, bo o nim piszę, informował miejscową elitę, że ich patriotycznym obowiązkiem będzie bić się za Kajzera Wilusia. I się bili, i niektórzy ginęli, ale i wracali z wojny do małego miasteczka na wschodnich rubieżach państwa niemieckiego, w którym obok wielkiego browaru stała skromna synagoga. Braunschweiger jeszcze przed zakończeniem wojny zmienił miejsce zamieszkania i przyjął posadę rabina w prestiżowym Oppeln (Opolu). Bezrabinacie jednak Rybnikowi nie groziło. To były trudne czasy, więc wsparcie religijne, ale i polityczne było niemieckim Żydom potrzebne. Od 1 sierpnia 1918 roku w synagodze nabożeństwa odprawiał już dr Arthur Rosenthal. Niecałe dwa lata rybniczanie słuchali jego kazań. Rok przed plebiscytem opuścił Rybnik i wrócił do Berlina, gdzie mieszkały jego żona i córka. Czasy robiły się coraz trudniejsze, a atmosfera na Śląsku coraz gęstsza. W pobliżu budynku odbywały się wiece, gromadzili się ludzie, debatowali o tym co się stanie z Oberschlesien.

Coraz mniej Żydów przychodziło do synagogi. Znamienici mieszkańcy miasta, czując co może się stać, wyjeżdżali w głąb Niemiec. Po kilku miesiącach bez rabina, uszczuplona gmina zatrudniła, odznaczonego żelaznym krzyżem za męstwo na polu walki, dr. Dagoberta Nellhausa. Gdy przyjechał do Rybnika, a miało to miejsce w październiku 1920 r., jeszcze nie miał zdanych egzaminów rabinackich. Nie przeszkadzało mu to w odprawianiu uroczystości w synagodze z okazji bar micwy trzech żydowskich chłopców z rodzin Guttmannów, Wolffów i Berlinerów. Nie wątpię, że jako niemiecki rabin nawoływał w synagodze do głosowania w plebiscycie za Niemcami. Porządek nabożeństw i modlitw, zarówno w synagodze, jak i siedzibie gminy, podawał Rybniker Stadtblatt.

Potem przyszło trzecie powstanie śląskie i wojna domowa, bo tak trzeba nazwać ten zbrojny czyn rozpoczęty w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Być może uroczystość z okazji 50 Geburstagu Adolfa Priestera – miało to miejsce 22 maja 1921 r., była skromna, by nie rozdrażniać powstańców? Chyba ostatnie modły w synagodze Nellhaus odprawił z okazji bar micwy w rodzinie Rotterów 18 czerwca 1921 r. Prawdopodobnie krótko po jego wyjeździe do Rybnika przybył kaznodzieja, pełniący posługę rabinacką – Salo Levin. Mieliśmy też cały czas kantora – nazywał się Hahn.

Przyszła połowa roku 1922 i nastał nowy ład, a dla niektórych nieład, na Górnym Śląsku. Rybnik przypadł Polsce. Gmina żydowska dotychczas podlegająca Związkowi Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, stała się gminą izraelicką województwa śląskiego. Coroczne preliminarze, już na polskich drukach, początkowo wypełniano po niemiecku, ujmując w nich synagogę jako majątek gminy wyznaniowej.

Dość szybko jednak trzeba było się całkowicie przestawić na język polski. W budżetach ujawniano przychody i rozchody, również te, które dotyczyły synagogi. Jak widać nadal kasowano za miejsca. No i ogrzewano jedynie dom modlitwy w tzw. budynku rabina. Zimą modlący się się w synagodze marzli.

Życie powoli się stabilizowało. Ci z niemieckich Żydów, którzy chcieli zostać to zostali i teraz musieli nauczyć się współegzystować z coraz liczniejszą grupą Ostjuden, która osiedlała się w mieście. Do zarządu gminy ich nie dopuszczono, ale wstępu do synagogi nie można było zabronić. Często się zastanawiałam jak wyglądały modły w synagodze. Z jednej strony grupa niemieckich, od pokoleń rybnickich Żydów, totalnie zasymilowanych, liberalnych, mówiących na pewno po niemiecku i być może po śląsku. Z drugiej strony o wiele biedniejsza, bardziej ortodoksyjna, tradycyjna, grupa Żydów z Małopolski, Zagłębia, Kielecczyzny, a nawet okolic Lwowa, używających najczęściej jidisz. Chyba do momentu wyjazdu Salo Levina (w 1924 r.) to jakoś szło, potem przyszło ponowne bezrabinacie i na pewno łatwo im ze sobą nie było. Może to śmiesznie zabrzmi, ale mury synagogi widziały godzenie się (czasem pozorne) rodzin, gdy dochodziło do ślubów między Ost– i Westjuden. Księgi metrykalne to niesamowite dokumenty, które jednoznacznie pokazują, iż do takich małżeństw dochodziło. Tak jak w przypadku Lejby Fiszera z Będzina z panną z niemieckiego rodu Silbigerów – Ilsą, córką bogatego rybnickiego kupca. Od razu widać, że Lejb był obcym w mieście, bowiem nawet swoich świadków nie miał.

Gmina powoli znowu stawała się liczniejsza i uznano, że trzeba zatrudnić kolejnego rabina. Życie pokazało, że ostatniego w historii Rybnika. Zanim do tego doszło, kantor Hahn, 11 listopada 1929 r. odprawił w synagodze nabożeństwo za żołnierzy żydowskich. W uroczystości wzięli wówczas udział oficerowie wyznania katolickiego. Oficjalnie o przyjęciu nowego rabina poinformowano Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach pismem z 18 marca 1930 r., przekazując, iż stosownie do uchwały z 3 lutego 1930 r. „(…) został p.dr Zygmunt Kohlberg, obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, jako rabin i nauczyciel religii mojż. w naszej Gminie zaangażowany.” Urząd Wojewódzki przyjął tę uchwałę do zatwierdzającej wiadomości. Zatrudnienie rabina poskutkowało zmianą w preliminarzu wydatków oraz wysokości podatków gminy na rok 1930. Zarząd gminy podniósł o 20% kwotę podatków, które zobowiązani byli płacić członkowie gminy, by zrekompensować zakładane wydatki związane z angażem Kohlberga. Starosta rybnicki uznał tą podwyżkę za niezbyt obciążającą. W budżecie gminy na 1932 rok wynagrodzenie rabina ustalono w wysokości 6 tys. złotych (rocznie), w dokumencie tym widnieje też pozycja nazwana „podatek dla p. Dr.Kohlberga w kwocie 385 złotych”.

Nie wiemy nic, by w tym czasie synagogę remontowano, czy odnawiano. Nie zachowały się, a przynajmniej ja o takowych nie wiem, żadne zdjęcia całej synagogi z lat trzydziestych. Na zdjęciu przedstawiającym dwie nieznane eleganckie rybniczanki, widać jedynie przepiękne kute balustrady przy schodach prowadzących do bożnicy.

Zaś na fotografii, ukazującej córki ówczesnego burmistrza – Władysława Webera, bawiące się w ogrodzie magistratu, możemy zobaczyć fragment synagogi przylegający do dzisiejszej ulicy Chrobrego.

Cały czas obok dymiły kominy browaru Müllera. Dymiły nawet wtedy, gdy z budynku prawie sąsiadującego z synagogą, w kwietniu 1934 r. wyszedł kondukt pogrzebowy z trumną i ciałem Zygfryda Müllera. Zza miedzy dochodziły słuchy o ograniczeniu praw Żydów w nazistowskich Niemczech. Zapewne po modlitwach, na schodach synagogi o tym mówiono, wyrażając zaniepokojenie i rodzący się strach. Wszak wielu rybniczan miało rodziny w Rzeszy. Gmina borykała się z coraz większymi problemami, w tym finansowymi, a jeszcze dodatkowo musiała zajmować się majątkiem po zlikwidowanej gminie w sąsiednim Wodzisławiu.

Nie wiem jak potraktować informacje „Jewish Telegraphic Agency” z 12 października 1938 r., z których wynika, iż policja aresztowała 11 osób w Wilnie i gminie miejskiej Rybnik za antysemickie ekscesy. 6 osób zostało skazanych na obóz koncentracyjny (podaję za oryginałem) w Berezie Kartuskiej za atakowanie Żydów na ulicach Wilna. Pozostali zostali zatrzymani za atak bombowy na rybnicką synagogę (!).

Wg mnie to był ówczesny fejk. Pod koniec września, i owszem, doszło do wybuchów na podłożu antysemickim w Rybniku, ale synagoga nie była celem. Wrzucono petardy w trzech miejscach (przy ul.Rudzkiej, Sobieskiego oraz Hallera), ale nie przy synagodze. Nigdzie, a przejrzałam wiele ówczesnych gazet, nie ma najmniejszej wzmianki o ataku bombowym na żydowską świątynię. Atakowano rybnickie żydostwo, ale nie synagogę. Choć… może jeszcze za mało wiem…

Rabin miał coraz mniej ślubów do udzielania, bar micwy trafiały się rzadko, wielu szykowało się do wyjazdu z Polski. Krótko przed wojną władze wojewódzkie rozwiązały gminę izraelicką w Rybniku.
Kończył się upalny sierpień 1939 roku i od zachodu nadciągały ogromniste chmury. Dziś nazywa się takowe superkomórkami burzowymi. Zaczynał się ostatni, najtragiczniejszy rozdział w historii rybnickiej synagogi i izraelickiej gminy wyznaniowej w Rybniku na Górnym Śląsku. Mam nadzieję, że przedstawię go Wam do końca października.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnicka synagoga cz.2 została wyłączona