Grudzień 8

Piękni i młodzi – Dorothea Priester

Bardzo się spóźniam z opisaniem kolejnej postaci uchwyconej w Rybniku przez tajemniczego fotografa w maju 1921 r. Ostatnimi czasy bardzo mnie absorbuje jeden Salo, który od 1894 r. ma prawo se latać po polach (i nie tylko) w Niewiadomiu.  Cała moja moc i wolne chwile są na niego skierowane. Przyrzeczenie jednak było. Obiecałam, że poznacie losy żydowskich nastolatków, więc dziś Salo idzie do kąta, a ja zabieram się za najważniejszą, według mnie, osobę na fotografii. Najważniejszą, bo to ona na niej króluje i dominuje. Przedstawiam Wam Theę, czyli Dorkę Priester.

Ta piękna i elegancka dziewczyna, zalotnie spoglądająca do przodu, urodziła się jako Dorothea 19 września 1905 roku w rodzinie Salo Priestera i Olgi z domu Leschcziner. W jej żyłach płynęła krew najważniejszych z ważnych. Dziadek ze strony mamy był przez spory okres czasu przewodniczącym gminy i miejskim radnym, jej tata, zarządzaniem gminy zajmował się aż do swej przedwczesnej śmierci w 1926 roku.

Gdy opisywałam jej młodszą siostrę Hertę ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/, to już wspomniałam, iż rodzina Doroty była zamożna, typowo niemiecka i niewątpliwie w trakcie plebiscytu głosowała za pozostaniem Rybnika w państwie niemieckim. Dorota, wraz z Hertą i najmłodszym bratem Erichem, dorastała w miłości, dobrobycie, w małym śląskim miasteczku, uwodząc chłopaków. Coś ta dziołcha w sobie miała. Popatrzcie na nią dobrze. Jest w niej jakaś siła, czar, kokieteria. Była charakterna. Już samo umiejscowienie jej w samym środku grupy wiele mówi. Musiała być zawsze w centrum uwagi.

Dlatego też jej wybrankiem został najprzystojniejszy z przyjaciół – Fritz Aronade. Kto sobie chce przypomnieć jego tragiczne losy to niech kliknie ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-fritz-aronade/

Możecie zapytać, skąd ta moja pewność, iż to była para. A ja Wam odpowiem: bo wiem i już. Wiem, bo mam inne zdjęcie, które ponownie pokazuję. Patrzcie!

I co? Chyba się już ze mną zgadzacie 😉 Tak obejmować się mogą tylko zakochani. Wczoraj, nasza noblistka mówiła o czułości. Tą nieśmiałą czułość pod parasolem widać na tym zdjęciu. Pierwsza młodzieńcza miłość jest bardzo silna, długo się o niej pamięta, ale też jak szybko przychodzi, tak szybko odchodzi. Już tu na Szufladzie kombinowałam, dlaczego tych dwoje nie zostało małżeństwem. Teorie mogą być dwie. Albo Fritz przestał kochać, albo Dorota. Skłaniam się bardziej ku temu, że to Dorka, czy też dla przyjaciół – Thea, znalazła nowy obiekt westchnień. Zanim jednak do tego doszło Fritz obdarowywał swoją ukochaną bukietami z bzów, zabierał na przechadzki po Rybniku, wielbił i adorował. Jeszcze dziewczęce rysy, ale już widać, że będzie z niej zgrabniara 🙂

A Thea brylowała w towarzystwie młodych ludzi, angażowała się w sprawy plebiscytowe i być może, już w tamtym czasie uznała, że starszy jedynie o rok Fritz jest dla niej za smarkaty. Wspomniałam ponownie o plebiscycie. Otóż, po głębokiej analizie postaci z poniższego zdjęcia, doszłam do wniosku, że Thea została uwieczniona wraz z grupą Niemców w trakcie tego, ważnego dla naszego regionu, wydarzenia. Jeśli mam rację, to trzeba przyznać, że dziewczyna nie należała do tych siedzących w kącie, czy też haftujących chusteczki na wyprawę ślubną. Była wyemancypowana.

Fotografia przedstawia barak w pobliżu dworca kolejowego, w którym przybywający na plebiscyt Niemcy otrzymywali karty meldunkowe. Ta pyzata dziewczyna z wielką kokardą, to musi być Thea. Głosowanie w Rybniku Niemcy wygrali, ale miasto i tak przypadło Polsce. Dlaczego ta nitka rodziny Priesterów zdecydowała się u nas pozostać dziś nie stwierdzimy. Zostali, zresztą jak wielu innych niemieckich Żydów, mimo utożsamiania się z kulturą niemiecką. Od lat forsuję teorię, że czuli się oni bardziej rybniczanami niż Niemcami. Dla Fritza Aronade i jego żony, a zarazem siostry Thei, okazało się to zgubne. Otóż właśnie. Zapewne już w czasach polskich młodzieńcza miłość zgasła. Thea, mając 21 lat, poślubiła w 1926 roku, o 7 lat starszego od siebie, Maxa Grauera.

Max pochodził z Goleszowa, którego żydowska społeczność należała do gminy w Skoczowie. Jako przedsiębiorca działał w Międzyrzeczu Górnym i Bielsku, po czym czmychnął na Górny Śląsk. W Rybniku, Max pojawił się w 1922 roku, bowiem wtedy, wraz ze swoim przyszłym „prawie szwagrem” został współwłaścicielem firmy spedycyjnej, przejętej od Siegfrieda Gadiela.

W 1923 r. świadkował na ślubie swego wspólnika w interesach, czyli Salomona Młynarskiego. Obydwaj byli powiązani z rodziną Gadiel, gdyż siostra Maxa Grauera – Erna, wyszła za mąż za syna Siegfrieda Gadiela. Z kolei Salomon Młynarski ożenił się z córką Siegfrieda – Hedwig. I na tym właśnie ślubie bawił się Max. Może wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę z Priesterów. A może zauważył ją w synagodze? A może jego firma dostarczała np. nowe meble do domu Priesterów i tak wybuchło uczucie? Wiem, wiem, znowu mam odlot i za dużo fantazjuję 😉 W sumie nieważne jak doszło do spotkania Doroty z kokardą z Maxem transportowcem. Ważne, że zawarli związek małżeński, na którym świadkował wujek Doroty – Maks Leschcziner oraz Samuel Młynarski. A odstawiony Fritz Aronade, albo ze złości, albo z miłości, po paru latach wziął sobie za żonę młodszą siostrę Doroty – Hertę Tullę.



Państwo Grauerowie prawdopodobnie mieszkali przy ulicy Korfantego. Firma spedycyjna Grauer i Młynarski po jakimś czasie umiejscowiła się przy dzisiejszej ulicy Miejskiej (w okresie międzywojennym Grażyńskiego). Rybniczanom powinnam dodać, iż było to w budynku, w którym do dziś ma siedzibę PTTK. Być może zagmatwam całą historię, ale muszę w tym momencie wspomnieć, iż dzięki sprzedaży tej nieruchomości krótko przed wybuchem wojny, cała rodzina Młynarskich zdołała w czasie wojny wyjechać, na lewych papierach, z Krakowa i pociągiem dotarła do Istambułu, a stamtąd do Palestyny.

Zanim jednak Młynarski sprzedał firmę wraz z budynkami, rozstał się ze wspólnikiem Maxem Grauerem. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Zakładam, że powodem wyjazdu Grauerów była sytuacja polityczna w Europie. Na pewno Dorota z Priesterów, jej mąż Max Grauer oraz urodzony w Rybniku, w 1928 roku, synek Harry byli przed wybuchem wojny na terenie Czechosłowacji. Wynika to z listy pasażerów, którzy 6 lipca 1939 r. wypłynęli na statku Duchess of Atholl z Liverpoolu do Montrealu. Na tej liście znalazłam całą rodzinę. Przypłynęli z Europy do Harwich, dotarli do Liverpoolu i w dalekiej Kanadzie znaleźli nową ojczyznę.

Ucieczka uratowała im życie. Gdyby zostali na terenie Czechosłowacji w Prostejowie, to tak jak siostra Maxa – Erna Gadiel, zapewne zginęliby w Terezinie. Gdyby zostali w Rybniku, być może spotkał by ich taki sam smutny los, jaki spotkał młodszą siostrę Doroty i jej męża Fritza Aronade. Zalotna Thea z kokardą, być może dzięki temu, że jej mąż Max, nie czując przywiązania do Rybnika, potrafił wsio sprzedać i zaczął się przemieszczać w kierunku odległym od nazizmu, ratując synka, żonę i siebie. Na pewno po wojnie Thea i Max szukali wieści o swych bliskich. Niestety, mama Thei zginęła w czasie wojny. Siostra Lore wraz z mężem Fritzem Aronade i córeczką Werą też. Przeżył jedynie brat Erich, który po wojnie wyemigrował do USA. W Teresienstadt w 1942 zginęła siostra Maxa – Erna. Jej córka Edith, została zamordowana w wieku 10 lat w obozie zagłady w Małym Trościeńcu koło Mińska. Wiekowego ojca Maxa spotkał podobny los.

W Kanadzie, jedyny syn Grauerów – Harry, skończył medycynę w 1954 roku i został psychiatrą. Jego obszarem zainteresowań były problemy psychiczne osób starszych. Jak napisano na klepsydrze, ten urodzony w Rybniku syn Thei, zrobił bardzo wiele dla ocalałych z Holokaustu, pracując prawie całe życie w Jewish General Hospital w Montrealu. Wspierał działania „Lekarzy bez granic”. Ponoć kochał swój letni domek we wschodnim Ontario, gdzie namiętnie pływał na kajaku i jeździł na rowerze. Zmarł w ubiegłym roku. Thea Priester dożyła w Kanadzie 98 lat. Zmarła w szpitalu w 2003 roku. Doczekała się 5 wnucząt i 7 prawnuków. Jej mąż Maximilian, rybnicki spedytor rodem z Goleszowa, odszedł z tego świata w 1986 r.
W zasadzie powinnam odszukać potomków, by posłać im zdjęcia Doroty, ale może sami się odezwą, jak już to było parę razy. Mam czas, poczekam 😉
Wszelkie informacje podaję na podstawie stron ancestry.com, geni.com, yairgil.com, dokumentów z AP w Raciborzu oraz starych gazet ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia ze zbiorów Miriam Glucksmann.

Październik 29

Rybnicka synagoga cz.3

Wraz końcem sierpnia nadeszła burza, którą wielu przepowiadało. 1 września Wehrmacht wkroczył do Rybnika od strony Raciborza.

Zapewne krótko potem synagoga została zamknięta. Zaczął się koniec. Nie jestem w stanie przedstawić obiektywnego opisu zniszczenia rybnickiej synagogi. Niestety. Mam tylko relację, sporządzoną już po wojnie przez Joannę Gabowicz z domu Seidemann oraz artykuł Piotra Rakowskiego, opublikowany w Gazecie Rybnickiej w 1997 r., a napisany na podstawie wspomnień pani Marii Pieczkówny-Motyki. Artykuł nosił tytuł „ Widziałam płonącą synagogę”.

Moim zdaniem, bliżej prawdy była Joanna Gabowicz w 1947 roku, czyli ciut ponad 7 lat od momentu zniszczenia świątyni. Gdy płonęła synagoga Joanna miała 18 lat. Nie była dzieckiem, które mogłoby niewłaściwie zinterpretować to, co widziało. W swoim zeznaniu świadka, podała (pisownia oryginalna): „Gdy wybuchła wojna we wrześniu 1939 roku mieszkali w Rybniku Żydzi miejscowi i napływowi, którzy przyjechali z Będzina, Sosnowca i innych miast Zagłębia. W październiku 1939 roku Niemcy spalili wewnętrzne urządzenie synagogi, a mury rozsadzili. Długie miesiące trwała rozbiórka i uprzątanie gruzów. Pracowała przytem miejscowa ludność nieżydowska. Synagoga mieściła się przy ulicy Zamkowej (…).” Tyle powiedziała Joasia, córka Fryca Seidemanna, o której swego czasu już pisałam, a raczej fantazjowałam o jej miłościach. ➡ http://szufladamalgosi.pl/o-milosciach-rybnickiej-zydowki-na-walentynki/

Dla porównania podam to, co napisał Piotr Rakowski po spotkaniu z panią, która mieszkała przy ulicy Zamkowej – prawie naprzeciw synagogi. Należy jednak pamiętać, iż te słowa zostały spisane 58 lat po zniszczeniu żydowskiego miejsca modlitw. No to cytuję Rakowskiego: „Kiedy Maria Pieczykówna-Motyka wróciła ze swymi dziećmi z pensjonatu pod Kielcami do Rybnika, do własnego mieszkania w kamienicy na Zamkowej, mogła jeszcze widzieć przez szyby okien – synagogę znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej. Była ona zamknięta i nikt do niej nie chodził. Wczesną wiosną 1940 r. w pogodny dzień przed południem, szturmowcy hitlerowcy oblali benzyną i naftą synagogę ze wszystkich stron i podpalili ją. Wielki płomień ognia strzelił w górę. Widziałam przez szyby okna naszego mieszkania ten wielki płomień, taki mocny strzelający w górę słup ognia, palącej się bożnicy – wspomina Maria Pieczkówna-Motyka. Ludzie na ulicy pokrzykiwali, że za rogiem pali się bożnica. Ruch na Zamkowej zrobił się mocny: jedni przechodnie w milczeniu szybko się oddalali od płonącej bożnicy, inni wykrzykiwali antysemickie hasła i podbiegali do palących się murów. To wszystko działo się na oczach policji Schupo i Gestapo. Policjanci cieszyli się i śmiali z widoku płonącej synagogi”. To zapamiętała rybniczanka, mieszkająca w pobliżu tego miejsca. Sądzę, że pani Maria pomyliła miesiące oraz dwa zniszczone na początku wojny miejsca. Otóż wczesną wiosną 1940 r. został „zlikwidowany” cmentarz żydowski, a synagoga została spalona w październiku 1939 r. Moje przekonanie o tym potwierdzają artykuły z prasy niemieckiej, które informowały już w połowie maja 1940, że „z zainteresowaniem mieszkańcy śledzą powstawanie nowego zielonego terenu w miejscu, w którym stała synagoga”.

Kilka dni później, kolejny artykulik z 24 maja 1940 r. w „Der Oberschlesische Kurier” podawał, iż „Nowy obiekt będzie jednym z najpiękniejszych tego miasta”.

Przeniesiono z Rynku starą fontannę i ustawiono ją na samym środku nowego skweru. Sądzę, że gdyby synagoga została zniszczona wiosną tego roku, to raczej tak szybko by nie powstało ukwiecone „Neue Grünanlage”. A wyglądało to miejsce tak.

Prasa często zajmowała się tym fragmentem miasta. Już w lipcu 1940 martwiono się tym, że psy srają, a opiekunki nie zajmują się dziećmi, które depczą trawę i niszczą kwiaty, mimo stosownych tabliczek z napisami „Chroń zieleń”. Na ławeczkach siadali se ludzie, dzieci dewastowały klomby, a psy robiły kupy i obsikiwały posadzone drzewka. Ciekawe, czy ludzie się cieszyli, że taki „schöner kleiner Park” powstał. Chyba tak. Niewielu było tych, którzy ubolewali (i na pewno jedynie w duchu), że synagoga została zniszczona.

Gdy jestem przy zniszczeniu synagogi to muszę opowiedzieć o dwóch świecznikach. Co się stało z wyposażeniem bożnicy raczej się już nie dowiemy. Zapewne to, co było cenniejsze zostało skradzione, wywiezione, no i ewentualnie spalone. Gdyby przeprowadzić badania archeologiczne w tym miejscu, to jestem przekonana, że wyszłyby na wierzch fragmenty murów, a może i jakieś cenne, z punktu widzenia historii, rzeczy. Niestety na badania się nie zanosi i nigdy (choć jak to mówią: nigdy nie mów nigdy) nikt ich nie przeprowadzi. Ale… ale w nieznanych okolicznościach uratowano świeczniki ze srebra sztancowanego, ufundowane przez Louise Haase. Zostały przekazane w 1949 r. przez Wojewódzki Komitet Żydowski w Katowicach do Warszawy – do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Jak znalazły się w Katowicach? Mam kilka teorii. Każda z nich może być prawdziwa, ale też żadna z nich.

Być może w trakcie niszczenia synagogi ktoś (czytaj żydowski mieszkaniec Rybnika) uratował co nieco z synagogi, oddał komuś w mieście na przechowanie. Ratujący mienie synagogalne przeżył wojnę, wrócił do Rybnika i odebrał to co uratował. Następnie przekazał je Komitetowi w Katowicach, bo powiedzmy wyjeżdżał z Polski. Inna wersja mogłaby zakładać, iż nie-Żyd coś podiwanił w październiku 1939 r., po wojnie go ruszyło sumienie i oddał w Komitecie. Ta wersja jest jednakże mało prawdopodobna 😉 Kolejna teoria jest ciut bardziej zawiła. Być może członkowie gminy, czując co się może stać, pochowali pewne cenne rzeczy jeszcze przed spaleniem synagogi. W grudniu 1939 r., by odroczyć wywózkę, przełożony starszeństwa naszej gminy Filip Weiss zawiózł do Katowic, w formie okupu, pieniądze oraz drogocenne rzeczy. Może były wśród nich te rokokowe lichtarze? Potem jakoś w KATO przetrwały wojnę i w 1949 r. przekazano je do Warszawy. A może było jeszcze inaczej?

Obecnie, te jedyne zachowane pamiątki z naszej synagogi stoją na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest to dla nich najlepsze z możliwych miejsc. Oczywiście stosowna informacja podaje z jakiego pochodzą miasta.

Wczesną jesienią 1940 roku psy nadal srały na placu po synagodze, a urzędnicy kończyli sprawy finansowe związane z kosztami za rozbiórkę synagogi. Prezydent rejencji katowickiej otrzymywał stosowne papiery bo Ordnung muß sein 😉

Przez całą wojnę, obok miejsca, gdzie stała synagoga wiele się działo, bowiem dokładnie naprzeciw stał (i stoi) magistrat. Różni se paradowali, kominy z browaru dymiły, fontanna sikała wodą, psy cały czas srały, a niegrzeczne dzieci niszczyły kwiatki.

Przyszedł rok 1945. Rozpoczęła się ofensywa Armii Czerwonej, a z nią mnogość poległych, których chowano w różnych miejscach Rybnika. Jednym z takich miejsc, gdzie przysypano ziemią żołnierza był „сквер на перекрёстке улиц Гимназистов и Замковая”, czyli skwer na skrzyżowaniu ulicy Gimnazjalnej (obecnie Chrobrego) i Zamkowej. Później, żołnierza tego ekshumowano i przeniesiono na cmentarz. A dokładniej, na nowy cmentarz żydowski, na którym pod koniec lat 40-tych XX w. złożono szczątki Rosjan zabitych i na szybko chowanych zimą i wczesną wiosną 1945 r. Tym samym nowy cmentarz żydowski przestał istnieć.

Nowy system uznał stan zastany za słuszny, czyli skwer, sikającą fontannę, srające psy i to, że trzeba w tym miejscu sadzić kwiaty, wszyscy zaakceptowali.

Miejscowa gazeta „Nowiny” od czasu do czasu, przy okazji jakiś historycznych artykulików, coś tam bąknęła o synagodze.

Coraz mniej ludzi pamiętało, że naprzeciw budynku urzędu miasta kiedyś stała synagoga. Na początku lat 90. parę zaangażowanych osób chciało upamiętnić to miejsce stosowną tablicą. Powstał nawet projekt, ale do realizacji nie doszło. Potem rozpoczęły się targi pomiędzy gminą żydowską w Katowicach a magistratem o działkę, na której onegdaj stała bożnica. Spór o niecałe 1300 m kw. Chyba do dziś ta sprawa nie jest rozstrzygnięta, bowiem jest „wielowątkowa”. Jeden z wątków to dziwne zaginięcie kilku kartek z księgi wieczystej dla tego gruntu.

Sprawa synagogi wróciła na łamy gazet wraz z budową galerii handlowej Fokus Park już w XXI w. Inwestor zobowiązał się do upamiętnienia świątyni. I na zobowiązaniu poprzestał. Z szumnych obietnic psińco zostało. A raczej psie gówno, choć może fokusowe gówno…
Upamiętnienie niby w sumie było, ale mało kto zwracał uwagę na postawioną przez Miasto, czy raczej ukrytą w kątku, tablicę opisującą ten mini park. Informowała ona, iż to miejsce to „Skwer z fontanną”.

Fontanna czasem sikała, czasem nie, kwiatki pięknie sadzono, do srających psów doszli bezdomni, odpoczywający sobie tu na ławeczkach po spożyciu sporych dawek procentowych alkoholi.

Przy okazji różnych spacerów i wizyt zagranicznych gości mówiłam o tym miejscu, w duchu się wstydząc, że mój Rybnik jest w gronie tych nielicznych miast na Śląsku, które ani mru mru o synagodze.
I nagle, tak znienacka, tak zwyczajnie, tak bez pompy, tak po prostu, w lipcu 2017 roku Miasto postawiło skromny, acz naprawdę bardzo gustowny obelisk upamiętniający rybnicką synagogę. Nareszcie! Wielka była moja radość! Po 78 latach od zniszczenia świątyni została ona formalnie i i bardzo namacalnie przypomniana.

Przypomniana i opisana została również w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest na „Drzewie” wśród wielu innych górnośląskich synagog.

A teraz taka śmiesznostka. Pomnik stoi już ponad dwa lata. Stoi w samym centrum miasta, dokładnie naprzeciw Urzędu Miasta, codziennie przechodzą koło niego tłumy, bo obok „ważny punkt rozrywkowo-handlowy”. A mnie jest dane rozmawiać z ludźmi (nie takimi szarakami, a nauczycielami historii czy WOS-u), którzy są w szoku, że coś takiego tam stoi. „Serio? Naprawdę? No niemożliwe!” – to usłyszałam niedawno od lokalnego nauczyciela historii, który chciał bym poprowadziła zajęcia z młodzieżą o rybnickich Żydach. Jaki wniosek? Edukować! Edukować! Edukować! Uczyć patrzenia pod nogi, ponad głową, po kamienicach, po kwiatach, po drzewach, a nie po witrynach sklepowych i blacie smartfona.

Co do budynku rabina, w którym również mieścił się dom modlitwy, to został on wyburzony przy okazji rozbudowy Urzędu Miasta. Co stało się w czasie wojny z wyposażeniem sali modlitw nie potrafię Wam powiedzieć.

Fotografie: Internet, forum Zapomnianego Rybnika, Żydowski Instytut Historyczny, AP Katowice, Śląska Biblioteka Cyfrowa, no i własne.

Październik 22

Rybnicka synagoga cz.2

Historię rybnickiej synagogi przerwałam w 1914 r. Gdzieś na Bałkanach, o których większość rybniczan miała mgliste pojęcie, członek serbskiej nacjonalistycznej organizacji „Młoda Bośnia” zabił następcę tronu austriackiego. Wydawało się, że dla Rybnika to wydarzenie będzie mieć mało istotne znaczenie. Już w sierpniu 1914 r. „Landsturmowe wywołanie” uświadomiło ludziom, że trzeba się będzie bić. Od dwóch lat w mieście mieliśmy ponownie rabina. Na wskroś nowoczesnego, liberalnego, wielce wykształconego Niemca, który rok przed wybuchem wojny ożenił się z rybniczanką – Louise Altmann. Niewątpliwie ślub miał miejsce w naszej synagodze przy Schlossstrasse.

(Fotografia w zasobach: Leo Baeck Institute w Nowym Jorku)

Mogę podejrzewać, iż również w tym miejscu, rabin ➡ dr Dawid Braunschweiger, bo o nim piszę, informował miejscową elitę, że ich patriotycznym obowiązkiem będzie bić się za Kajzera Wilusia. I się bili, i niektórzy ginęli, ale i wracali z wojny do małego miasteczka na wschodnich rubieżach państwa niemieckiego, w którym obok wielkiego browaru stała skromna synagoga. Braunschweiger jeszcze przed zakończeniem wojny zmienił miejsce zamieszkania i przyjął posadę rabina w prestiżowym Oppeln (Opolu). Bezrabinacie jednak Rybnikowi nie groziło. To były trudne czasy, więc wsparcie religijne, ale i polityczne było niemieckim Żydom potrzebne. Od 1 sierpnia 1918 roku w synagodze nabożeństwa odprawiał już dr Arthur Rosenthal. Niecałe dwa lata rybniczanie słuchali jego kazań. Rok przed plebiscytem opuścił Rybnik i wrócił do Berlina, gdzie mieszkały jego żona i córka. Czasy robiły się coraz trudniejsze, a atmosfera na Śląsku coraz gęstsza. W pobliżu budynku odbywały się wiece, gromadzili się ludzie, debatowali o tym co się stanie z Oberschlesien.

Coraz mniej Żydów przychodziło do synagogi. Znamienici mieszkańcy miasta, czując co może się stać, wyjeżdżali w głąb Niemiec. Po kilku miesiącach bez rabina, uszczuplona gmina zatrudniła, odznaczonego żelaznym krzyżem za męstwo na polu walki, dr. Dagoberta Nellhausa. Gdy przyjechał do Rybnika, a miało to miejsce w październiku 1920 r., jeszcze nie miał zdanych egzaminów rabinackich. Nie przeszkadzało mu to w odprawianiu uroczystości w synagodze z okazji bar micwy trzech żydowskich chłopców z rodzin Guttmannów, Wolffów i Berlinerów. Nie wątpię, że jako niemiecki rabin nawoływał w synagodze do głosowania w plebiscycie za Niemcami. Porządek nabożeństw i modlitw, zarówno w synagodze, jak i siedzibie gminy, podawał Rybniker Stadtblatt.

Potem przyszło trzecie powstanie śląskie i wojna domowa, bo tak trzeba nazwać ten zbrojny czyn rozpoczęty w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Być może uroczystość z okazji 50 Geburstagu Adolfa Priestera – miało to miejsce 22 maja 1921 r., była skromna, by nie rozdrażniać powstańców? Chyba ostatnie modły w synagodze Nellhaus odprawił z okazji bar micwy w rodzinie Rotterów 18 czerwca 1921 r. Prawdopodobnie krótko po jego wyjeździe do Rybnika przybył kaznodzieja, pełniący posługę rabinacką – Salo Levin. Mieliśmy też cały czas kantora – nazywał się Hahn.

Przyszła połowa roku 1922 i nastał nowy ład, a dla niektórych nieład, na Górnym Śląsku. Rybnik przypadł Polsce. Gmina żydowska dotychczas podlegająca Związkowi Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, stała się gminą izraelicką województwa śląskiego. Coroczne preliminarze, już na polskich drukach, początkowo wypełniano po niemiecku, ujmując w nich synagogę jako majątek gminy wyznaniowej.

Dość szybko jednak trzeba było się całkowicie przestawić na język polski. W budżetach ujawniano przychody i rozchody, również te, które dotyczyły synagogi. Jak widać nadal kasowano za miejsca. No i ogrzewano jedynie dom modlitwy w tzw. budynku rabina. Zimą modlący się się w synagodze marzli.

Życie powoli się stabilizowało. Ci z niemieckich Żydów, którzy chcieli zostać to zostali i teraz musieli nauczyć się współegzystować z coraz liczniejszą grupą Ostjuden, która osiedlała się w mieście. Do zarządu gminy ich nie dopuszczono, ale wstępu do synagogi nie można było zabronić. Często się zastanawiałam jak wyglądały modły w synagodze. Z jednej strony grupa niemieckich, od pokoleń rybnickich Żydów, totalnie zasymilowanych, liberalnych, mówiących na pewno po niemiecku i być może po śląsku. Z drugiej strony o wiele biedniejsza, bardziej ortodoksyjna, tradycyjna, grupa Żydów z Małopolski, Zagłębia, Kielecczyzny, a nawet okolic Lwowa, używających najczęściej jidisz. Chyba do momentu wyjazdu Salo Levina (w 1924 r.) to jakoś szło, potem przyszło ponowne bezrabinacie i na pewno łatwo im ze sobą nie było. Może to śmiesznie zabrzmi, ale mury synagogi widziały godzenie się (czasem pozorne) rodzin, gdy dochodziło do ślubów między Ost– i Westjuden. Księgi metrykalne to niesamowite dokumenty, które jednoznacznie pokazują, iż do takich małżeństw dochodziło. Tak jak w przypadku Lejby Fiszera z Będzina z panną z niemieckiego rodu Silbigerów – Ilsą, córką bogatego rybnickiego kupca. Od razu widać, że Lejb był obcym w mieście, bowiem nawet swoich świadków nie miał.

Gmina powoli znowu stawała się liczniejsza i uznano, że trzeba zatrudnić kolejnego rabina. Życie pokazało, że ostatniego w historii Rybnika. Zanim do tego doszło, kantor Hahn, 11 listopada 1929 r. odprawił w synagodze nabożeństwo za żołnierzy żydowskich. W uroczystości wzięli wówczas udział oficerowie wyznania katolickiego. Oficjalnie o przyjęciu nowego rabina poinformowano Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach pismem z 18 marca 1930 r., przekazując, iż stosownie do uchwały z 3 lutego 1930 r. „(…) został p.dr Zygmunt Kohlberg, obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, jako rabin i nauczyciel religii mojż. w naszej Gminie zaangażowany.” Urząd Wojewódzki przyjął tę uchwałę do zatwierdzającej wiadomości. Zatrudnienie rabina poskutkowało zmianą w preliminarzu wydatków oraz wysokości podatków gminy na rok 1930. Zarząd gminy podniósł o 20% kwotę podatków, które zobowiązani byli płacić członkowie gminy, by zrekompensować zakładane wydatki związane z angażem Kohlberga. Starosta rybnicki uznał tą podwyżkę za niezbyt obciążającą. W budżecie gminy na 1932 rok wynagrodzenie rabina ustalono w wysokości 6 tys. złotych (rocznie), w dokumencie tym widnieje też pozycja nazwana „podatek dla p. Dr.Kohlberga w kwocie 385 złotych”.

Nie wiemy nic, by w tym czasie synagogę remontowano, czy odnawiano. Nie zachowały się, a przynajmniej ja o takowych nie wiem, żadne zdjęcia całej synagogi z lat trzydziestych. Na zdjęciu przedstawiającym dwie nieznane eleganckie rybniczanki, widać jedynie przepiękne kute balustrady przy schodach prowadzących do bożnicy.

Zaś na fotografii, ukazującej córki ówczesnego burmistrza – Władysława Webera, bawiące się w ogrodzie magistratu, możemy zobaczyć fragment synagogi przylegający do dzisiejszej ulicy Chrobrego.

Cały czas obok dymiły kominy browaru Müllera. Dymiły nawet wtedy, gdy z budynku prawie sąsiadującego z synagogą, w kwietniu 1934 r. wyszedł kondukt pogrzebowy z trumną i ciałem Zygfryda Müllera. Zza miedzy dochodziły słuchy o ograniczeniu praw Żydów w nazistowskich Niemczech. Zapewne po modlitwach, na schodach synagogi o tym mówiono, wyrażając zaniepokojenie i rodzący się strach. Wszak wielu rybniczan miało rodziny w Rzeszy. Gmina borykała się z coraz większymi problemami, w tym finansowymi, a jeszcze dodatkowo musiała zajmować się majątkiem po zlikwidowanej gminie w sąsiednim Wodzisławiu.

Nie wiem jak potraktować informacje „Jewish Telegraphic Agency” z 12 października 1938 r., z których wynika, iż policja aresztowała 11 osób w Wilnie i gminie miejskiej Rybnik za antysemickie ekscesy. 6 osób zostało skazanych na obóz koncentracyjny (podaję za oryginałem) w Berezie Kartuskiej za atakowanie Żydów na ulicach Wilna. Pozostali zostali zatrzymani za atak bombowy na rybnicką synagogę (!).

Wg mnie to był ówczesny fejk. Pod koniec września, i owszem, doszło do wybuchów na podłożu antysemickim w Rybniku, ale synagoga nie była celem. Wrzucono petardy w trzech miejscach (przy ul.Rudzkiej, Sobieskiego oraz Hallera), ale nie przy synagodze. Nigdzie, a przejrzałam wiele ówczesnych gazet, nie ma najmniejszej wzmianki o ataku bombowym na żydowską świątynię. Atakowano rybnickie żydostwo, ale nie synagogę. Choć… może jeszcze za mało wiem…

Rabin miał coraz mniej ślubów do udzielania, bar micwy trafiały się rzadko, wielu szykowało się do wyjazdu z Polski. Krótko przed wojną władze wojewódzkie rozwiązały gminę izraelicką w Rybniku.
Kończył się upalny sierpień 1939 roku i od zachodu nadciągały ogromniste chmury. Dziś nazywa się takowe superkomórkami burzowymi. Zaczynał się ostatni, najtragiczniejszy rozdział w historii rybnickiej synagogi i izraelickiej gminy wyznaniowej w Rybniku na Górnym Śląsku. Mam nadzieję, że przedstawię go Wam do końca października.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnicka synagoga cz.2 została wyłączona
Październik 2

Rybnicka synagoga cz.1

W październiku mija 80 lat od zniszczenia rybnickiej synagogi. Którego dnia dokładnie to było, niestety dziś nie stwierdzimy. W sieci jest wiele sprzecznych informacji, podających różne daty spalenia, czy też zniszczenia synagogi. Od lat podaję październik 1939 r., jako najbardziej prawdopodobny miesiąc i rok, bowiem tak zeznała w lipcu 1947 r. Joanna Zajdeman-Gabowicz (przed wojną Johanna Seidemann) – rybnicka Żydówka, która do  maja 1940 r. mieszkała w Rybniku. Jej świadectwo tego co stało się z synagogą oraz starym cmentarzem żydowskim znajduje się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Tak więc data podawana przez Wikipedię (spalenie synagogi na pocz. 1940 r.), czy inne, kopiujące ją źródła, jest raczej błędna. Poniżej fragment zeznania Joanny.

Zanim jednak doszło do tego, że z centrum miasta „wymazano” to ważne miejsce, przez ponad 90 lat biedni i bogaci, miejscowi i przyjezdni, ważni i mało znaczący dla miasta Żydzi tu słuchali rabinów, kantorów, tu zawierali małżeństwa, tu czytali Torę. Pierwsza rybnicka synagoga, drewniana, stała przy ówczesnej Ratiborerstrasse – mniej więcej przed obecnym skrzyżowaniem ulicy Raciborskiej z ulicą Curie-Skłodowskiej. Jak wiele drewnianych budynków w tamtych czasach ponoć spłonęła.
W tym czasie liczba Żydów w mieście stale rosła. Tym samym uznano, iż należy wybudować nową, murowaną synagogę. Cmentarz istniał już od 1814 r., brakowało domu zgromadzenia (bejt kneset). U zbiegu ówczesnych ulic Zamkowej oraz Gimnazjalnej (dziś róg Zamkowej i Chrobrego) rozpoczęto wznoszenie nowego budynku. Na początku czerwca 1848 r. rybniczanie byli świadkami wielce podniosłej i radosnej uroczystości otwarcia nowej synagogi.

Nadal, mieszkańcy opłakiwali ofiary epidemii tyfusu, która nawiedziła te tereny, ale jak to napisano w „Allgemeine Zeitung des Judenthums” (nr 29 z 1848 r.) po ponad 5 latach od wmurowania kamienia węgielnego wreszcie nadszedł dzień radości i dziękczynienia i wszyscy mogli się zjednoczyć, by uczestniczyć w konsekracji świątyni. Ktoś, w prywatnej korespondencji dla tego czasopisma donosił iż: „I wtedy to, gdy nasi chrześcijańscy bracia czując w piersi wiosenne tchnienie jednoczącej ludzi teraźniejszości wyszli nam naprzeciw ze słodkimi darami serca i biorąc udział w uroczystości okazali nam swą miłość”*. Piękne słowa, nie uważacie? Korespondent, którym był zapewne rybnicki Żyd, podawał dalej: „Z radością sprowadzono kwiaty, dywany, doniczki i inne dekoracje, aby jak najpiękniej ozdobić nową świątynię, przy czym każdy prześcigał się w usługach i poczuciu estetyki. W mieście nie było nikogo, kto wykazałby obojętność wobec uroczystości. Duchowieństwo katolickie i ewangelickie, magistrat miejski i członkowie Rady Miejskiej, wojskowi i miejscowe elity, starosta i urzędnicy sądowi wspólnie dołączyli do grona świętujących, a nieogarniony tłum przesuwał się ze starej do nowej synagogi, wkraczając do niej wzdłuż szpaleru, uczynionego przez członków straży obywatelskiej, aby nie dopuścić do natłoku przy wejściu”*. Patrząc na dzisiejsze czasy i porównując to z połową XIX w., to chyba teraz jesteśmy w Średniowieczu jeśli chodzi o tolerancję, koegzystencję religii i szanowanie się sąsiadów. Nie będę tego zbytnio komentować, bo czytelnicy Szuflady są mądrzy i potrafią sami wyciągać wnioski.

W tamtym czasie w Rybniku urzędował rabin Karfunkel, który należał do konserwatywnego nurtu judaizmu i wyraźnie sprzeciwiał się rozprzestrzeniającym się wówczas reformom. Jego kazanie wygłoszone w starej synagodze (tu należy wnioskować, że jeszcze wtedy istniała) nawoływało do chronienia nowej świątyni przed nurtami i czasami, które nadchodzą. A nadchodziły, choćby wraz z młodym rabinem opolskim doktorem Salomonem Cohnem, który został na rybnicką uroczystość zaproszony i to on wygłosił kazanie w nowej synagodze. Jego słowa nawiązywały do epoki Oświecenia, bowiem dr Cohn powiedział, że: „(…) teraz gdy zostały wyrwane polityczne kamienie graniczne w relacjach międzyludzkich, dawno zamazane granice, które dzieliły Izraelitów od życia nie powinny zostać ponownie odnowione (…)”*. Trwające ponad 1,5 godz. kazanie ponoć wywarło ogromne wrażenie na słuchaczach, w szczególności na chrześcijanach. Było ono o wiele lepsze od przemowy ortodoksyjnego Karfunkla, który mówił nieprzystępnym językiem, co spowodowało, iż wielu oddaliło się zanim rabin dobrnął do końca utyskiwania na nowe. Można wnioskować, iż rybniczanie chcieli iść z duchem czasu, a ortodoksja już im nie odpowiadała. Nie dziwota więc, iż 1848 r. to był ostatni rok posługi rabina Karfunkla w naszym mieście. Wyprowadził się do Tarnowskich Gór, gdzie zmarł i został pochowany na tamtejszym cmentarzu. Gdyby ktoś chciał, to może na jego macewie położyć kamyczek. Bez względu na jego poglądy, to należy mu się podziękowanie, bo to za jego kadencji podjęto inicjatywę o budowie świątyni i za jego czasów ją ukończono.

Ten upalny czerwcowy dzień, na pewno wielu mieszkańców miasta długo pamiętało. W uroczystym pochodzie, na przodzie szły ubrane na biało dziewczyny z wiankami z chabrów, sypiąc na drogę płatki z kwiatów, za nimi niewiasty ze świecami, dalej uczniowie szkoły, potem pod baldachimem duchowieństwo, urzędnicy oraz władze. Za drugim baldachimem szli męscy goście. Zaś za trzecim członkowie gminy. Klucz do synagogi niosła niewiasta, która przekazała go staroście, a ten dokonał uroczystego otwarcia świątyni. To niewątpliwie robiło wrażenie na uczestnikach i obserwatorach.

Synagogę budowano ponad 5 lat, bo nie dość, że brakowało pieniędzy na jej dokończenie i gmina żydowska musiała zaciągnąć pożyczkę w starostwie, to na pewno do przerw w pracach budowlanych przyczyniła się epidemia tyfusu. Budowla nie należała do jakichś wybitnie monumentalnych. Utrzymana była w stylu klasycystycznym, na planie prostokąta i oczywiście orientowana. Fronton zdobiła Gwiazda Dawida. Z przodu był murowany podest, ze schodami po bokach i kutymi balustradami. We wnętrzu był wydzielony babiniec. Aron ha-kodesz ponoć był bogato dekorowany, a polichromia sklepienia, miała imitować granatowe niebo ze złotymi gwiazdkami. Niestety, nie przetrwały żadne zdjęcia pokazujące jej wnętrze, ale coś niecoś pamięta ostatni, nadal żyjący rybnicki Żyd – Jay Kupermann. Był nastolatkiem, gdy wybuchła wojna, więc mogę mu wierzyć. Na poniższej pocztówce przedstawiającej szpital Juliusz oraz jego kaplicę, synagoga jest widoczna w oddali – na prawo od kopuły kaplicy (zachodzi na nią datownik pocztowy). Czasem w internecie można się natknąć na złe informacje, które właśnie tą mauretańską budowlę podają jako synagogę.

Do końca XIX wieku posługę w synagodze pełniło tylko dwóch rabinów – wspomniany Lazarus Karfunkel oraz Daniel Fraenkel, o którym już kiedyś pisałam tu ➡ http://szufladamalgosi.pl/rabin-daniel-fraenkel/

Oczywiście byli też kantorzy, ale o nich nie za dużo wiem. Kantorem w Rybniku na pewno był Isaac Landau, dalej Samuel Albert Gordon (również przeze mnie opisany) ➡ http://szufladamalgosi.pl/z-rybnika-przez-hildesheim-do-bury-st-edmunds/ Nota bene, jego wnuk do mnie napisał parę miesięcy temu,  gdyż znalazł wpis na Szufladzie 🙂 Po Gordonie, od lat 80. XIX w. do początków XX w. kantorem i rzezakiem był Isidor Nathan. Sporą czeladkę dzieci spłodził wtedy w Rybniku 😉

Oprócz głównej synagogi w Rybniku funkcjonowały domy modlitwy. Na pewno jeden z nich, istniał w sierocińcu żydowskim, oddanym do użytku w październiku 1893 r. W różnorakich dokumentach ta odrębna sala w ochronce nazywana była salą modlitewną. Zaś w siedzibie gminy żydowskiej, w której mieszkali rybniccy rabini (przy ówczesnej Bahnhofstrasse 5 – budynek już nie istnieje), też był dom modlitwy, czy też raczej salka modlitw z Torą. Czyli w sumie druga synagoga, położona o rzut beretem od ulicy Zamkowej. Oczywiście najważniejszą rolę spełniała bożnica, którą z taką radością otwierali rybniczanie w połowie XIX w. Sala modlitewna w ochronce z założenia służyła dzieciom, które mieszkały na jej terenie, a dom modlitwy w siedzibie gminy był „awaryjny” na wypadek wielkich mrozów, bowiem główna synagoga nie była ogrzewana.

Nie przetrwały żadne zdjęcia wnętrza synagogi. Jedyny element jaki z niej został ocalony to srebrne świeczniki ufundowane przez Luise Haase, żonę Ferdynanda. Nierozwiązaną zagadką pozostanie kwestia ich uratowania. Jeszcze do nich wrócę, ale na razie jedynie wspomnę, iż można je oglądać na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach.

Do naszej synagogi chodzili Żydzi z Rybnika i przynależnej do naszej gminy okolicy – na statucie gminy żydowskiej były one wymienione.

Członkowie gminy płacili na jej rzecz podatki, z których część przeznaczana była m.in. na utrzymanie synagogi (oświetlenie, strojenie, remonty, wynagrodzenie dla rabina, czy kantora, itp.). W ujednoliconym statucie gminy, podpisanym przez jej reprezentantów w marcu 1855 r., widniał zapis (na tyle na ile skumałam niemiecki gotyk z połowy XIX w.), iż niektórym członkom gminy przysługiwały prywatne miejsca w synagodze. Wiadomo, że za to uiszczało się opłatę.
I tak sobie ta nasza synagoga trwała; modliły się w niej całe pokolenia Pragerów, Haasych, Priesterów, Guttmannów, Friedlanderów, Brauerów, Böhmów, Aronadych, Mannebergów, Königsbergerów, Feldmannów, Rahmerów, Picków, Schäfferów, Müllerów i wielu innych. Tu zawierały śluby rybniczanki, których mężowie pochodzili z innych części Prus, a później Niemiec. Tu mieli bar micwy młodzi chłopcy wkraczający w dorosły świat. Za synagogą dymiły kominy browaru Müllera, przed nią przejeżdżały dorożki zmierzające na rynek, handlarze i handlarki przechodzili obok w drodze na cotygodniowe targi. „Bezrabinacie”, które nastało pod koniec lat 70. XIX w. nie miało wpływu na modlitwy np. szabatowe. Porządek nabożeństw był ustalony i przestrzegany. Rybniccy Żydzi, tak jak pozostali niemieccy Izraelici, byli pod wpływem Haskali, nurtów reformatorskich i postępowych, więc myślę, że w synagodze bywały chóry, a reprezentanci gminy byli pewni, że ortodoksyjnych rabinów już nie chcą.

Pod koniec 1893 roku synagoga gościła wielu ważnych gości. Przy okazji otwierania wspomnianej ochronki zjechała do miasta żydowska (i nie tylko) śmietanka Górnego Śląska (i nie tylko). Raczej jest pewne, że rabini z Katowic (Cohn), Tarnowskich Gór (Löwenthal), Raciborza (Blumenthal), czy Królewskiej Huty (Goldschmidt), którzy odwiedzili Rybnik tego dnia, zawitali i do synagogi.

Przyszedł przełom wieków i Rybnik z przytupem, jako w miarę nowoczesne miasteczko wszedł w XX wiek. Mimo że miasto się rozwijało, było drogowo i kolejowo skomunikowane z resztą Śląska, powstała sieć wodociągowa, centrum zostało skanalizowane, były plany spektakularnej rozbudowy Rybnika, to Żydów ubywało. Wyprowadzali się do większych miast. Nabożeństwa w synagodze nadal odprawiano bez rabina, za to z cudownym (tak myślę) głosem kantora Nathana. Małym wstrząsem dla społeczności żydowskiej było włamanie do świątyni, które miało miejsce późną wiosną 1904 r. Włamanie miało charakter czysto rabunkowy, a za wskazanie bezczelnego złodzieja, który wlazł do przybytku od strony ogrodu Müllera, gmina wyznaczyła nagrodę.

Jeszcze nikt nie przewidywał, że nadejdzie taki czas, który zostanie nazwany Wielką Wojną, której daleką konsekwencją będzie podzielenie tej ziemi między Niemcy a coś, o czym miejscowi – niemieccy Żydzi za bardzo nie słyszeli. Nasi Żydzi, po wielu latach „bezrabinatu”, postanowili, iż w końcu Torę w synagodze winien czytać i głosić kazania nowoczesny, wykształcony i na wskroś zasymilowany oraz liberalny rabin. W rybnickiej Tempel, co jakiś czas, bywał katowicki rabin Cohn i to on prawdopodobnie polecił tutejszej społeczności młodego, acz wielce wykształconego, rabina dr. Dawida Braunschweigera, pracującego w tamtym czasie w prężnym mieście, zwanym wówczas Kattowitz.
Tu wydaje mi się, że mogę przerwać na parę dni opowieść o rybnickiej synagodze, gdyż zbliżający się 1914 rok będzie właściwy dla podzielenia tej historii na dwie części.
Wnet zaczniemy od ślubu i dwóch sarajewskich „pach, pach” (w podbrzusze oraz tchawicę). Stay tuned 😉

*Opis otwarcia synagogi przetłumaczył dla Muzeum w Rybniku dr Gregor Ploch z Muzeum Ziemi Górnośląskiej w Ratingen na potrzeby wystawy o rybnickich Żydach, która miała miejsce w 2012 r. Wybór fragmentów mój.

Wrzesień 4

Piękni i młodzi – Fritz Aronade

Dziś następny z „Pięknych i młodych”, choć nie kolejny z tego zdjęcia. Omijam na razie centralną i najbardziej rzucającą się w oczy postać na fotografii, czyli Theę (Dorotheę) Priester. Co prawda będę o niej pisać, ale nie jej poświęcam ten wpis. Dzisiejszym bohaterem jest Fritz Aronade, przystojny i uśmiechnięty młodzieniec, obejmujący właśnie dziewczynę o imieniu Thea. Jego historia jest długa, smutna i pełna niewyjaśnionych zagadek i dziś według mnie mija 80 lat od jego śmierci. Po raz pierwszy cały wpis podzielę na podrozdziały.

Dzieciństwo i młodzieńcze lata

Fritz, a raczej przy narodzeniu Friedrich Jonas Aronade, przyszedł na świat 5 lipca 1904 roku w Rybniku przy ulicy Schloßstraße. Poniższy akt urodzenia sucho opisuje jego życie od samiuśkiego początku, do ostatecznego końca, co wam później wyjaśnię.

Jego tatą był Aron (Alfred) Aronade, a mamą Betty z domu Cohn. Friedrich urodził się 3 lata po śmierci dziadka Jonasa (zresztą na jego cześć dostał drugie imię) założyciela firmy Aronadych – firmy, która od drugiej połowy XIX w. aż do wybuchu II wojny istniała w Rybniku. Do tej rodziny m.in. należały kamienice przy Rynku i wzdłuż ulicy Zamkowej (od numeru 2 do 6), na tyłach tej ostatniej do dziś jest coś na kształt kuczki. Z okien swoich mieszkań widzieli synagogę i dymiące kominy browaru Müllera.

Fritz, bo tak go zwano, miał jedną starszą o 4 lata siostrę o imieniu Bertha. Pierworodna córeczka Alfreda i Betty – Gertrud, zmarła gdy miała 3 latka. Jak więc widzicie nie była to jakaś wyjątkowo liczna rodzina, choć sam Alfred miał wiele sióstr i braci, ale wszyscy oni wyprowadzili się z Rybnika. Alfred, jako jedyny z dzieci Jonasa, został w naszym mieście po plebiscycie i podziale Śląska i prowadził „Jonas Aronade Kolonialwarengrosshandlung”, czyli „Jonas Aronade Skład kolonialny”. Należał do elity żydowskiej naszego miasta. Był w zarządzie gminy, miał poważną firmę, kamienice, lokale, z wynajmu których czerpał dochód, liczono się z nim w mieście. Młody Fritz dorastał na pewno w luksusowych warunkach. Gdy patrzę na jego twarz wyobrażam sobie żartownisia, duszę towarzystwa, chłopaka, w którym na mur kochały się młode dziewczyny i który był lubiany. W swoich artykule o rybnickich rabinach (był opublikowany w książce „Życie religijne w Rybniku i powiecie rybnickim w XIX i XX w. wydanej przez Muzeum w Rybniku) przytoczyłam słowa Alfreda Aronade, napisane do rabina Artura Rosenthala. Rabin ten urzędował w Rybniku do marca 1920 r. Pozwolę sobie je tu przytoczyć: Z powodu Pańskiego odejścia z Rybnika odczuwam potrzebę, Panu jeszcze raz w ten sposób z całego serca podziękować, że Pan, synowi mojemu Fritzowi, podczas jego nauki w tutejszym gimnazjum udzielał korepetycji z greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego, dzięki czemu mógł on z Pańską pomocą i dzięki Pańskim umiejętnościom dydaktycznym regularnie swoje wyniki polepszać. Pan nie tylko przyswoił mu wymaganą wiedzę, a nawet więcej, udało się Panu dać mu radość z nauki i tym samym dać mu skarb na całe życie, czym dla niego jak i dla nas pozostanie Pan niezapomnianym. Ze szczerym uznaniem Pański – Alfred Aronade.

List, z datą 1 maja 1920 r., znajduje się w zasobach Instytutu Leo Baeck’a w Nowym Jorku, a tłumaczenie dla mnie zrobiła pani Beata Bistram. Fritz nie tylko był przystojny, ale i w miarę dobrze wykształcony. Rodzice dbali o przyszłego następcę i spadkobiercę. Tata Alfred wiedział, że wiedza to ważna sprawa.

Pierwsza miłość

Przeglądając swój stary artykuł o rabinach przypomniało mi się, iż kolejny z rybnickich rabinów Dawid Dagobert Nellhaus, w swoim małym notatniczku (też go można znaleźć na stronie wspomnianego wyżej Instytutu) pod datą 22 maja 1921 r. zanotował, że w tym dniu odbyła się uroczystość 50. urodzin Alfreda Aronade. Być może właśnie wtedy zrobiono zdjęcie moim „pięknym i młodym”? Stroje nastolatków oraz bujne liście na drzewach mogą wskazywać na maj. A zapewne na taki „Geburstag” było zaproszonych wielu ważnych obywateli miasta z rodzinami.
Na zdjęciu, które pokazywałam już wielokrotnie widać, iż Fritz i Thea Priester byli sobie wtedy przeznaczeni. Mowa ciała mówi wiele 🙂 Ta niedbale przerzucona ręka na ramieniu dziewczyny. To muśnięcie jej szyi. Thea jest tu gwiazdą. To z niej bije blask. Kokietka. No popatrzcie i pomyślcie sami…

Moją tezę można by obalić, gdyby nie drugie zdjęcie Fritza i panny Priester. Na nim na 100% widać, że przytulający się pod parasolem młodzi ludzie byli parą. Oboje piękni i młodzi. Oboje szczęśliwi. Oboje zakochani. Te pierwsze zauroczenia młodzieńcze są zawsze silne 😉

Jak już jednak wiecie Thea, czyli Dorothea nie została panią Aronade. Opisując życie pierwszej z lewej dziewczynki – tej w białych rajtach, zdradziłam wam już dlaczego. ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/ Oczywiście to moja teoria i szufladowe fantazje. Tym, którzy nie chcą czytać starego wpisu przypomnę w skrócie, iż za 4 lata od zrobienia zdjęcia, 21-letnia Thea poślubiła, starszego od siebie o 15 lat, goleszowskiego Żyda Maxa Grauera. Czy to Fritz się nie zadeklarował, bo wolał życie kawalera, czy też Thea zakochała się w przybyłym do Rybnika dojrzałym przedsiębiorcy, dziś już nie stwierdzimy. Czy Fritz cierpiał? Kto wie… Może na pocieszenie wtedy ojciec kupił mu motocykl marki Ariel?

Lata trzydzieste

W międzyczasie wydoroślała i wypiękniała siostra Thei – ta od białych rajtów, no i Fryc uznał, że czas na ustatkowanie się. W marcu 1931 roku pod chupą przyrzekł Hercie Priester miłość.

Miał wtedy 27 lat, a jego wybranka 22. Jednym ze świadków na ślubie był wiekowy już dziadek panny młodej – Noah Leschcziner. Fryderyk od jakiegoś czasu już pracował z ojcem, który w 1934 roku prawnie zrobił go współwłaścicielem firmy „Jonas Aronade”.

Młodzi mieszkali w pięknym mieszkaniu przy ulicy Zamkowej 2. Po jakimś czasie urodziła im się córeczka Wera. Co prawda pojawiały się różnorakie problemy biznesowe, typu włamania do składu (choćby przez członków bandy Siwca, czy niejakiego Piechoczka), samobójstwo inkasenta firmowego, grzywny za sprzedaż cyganionej sody, problemy z płatnościami przez odbiorców towarów i najemców, ale życie Fritzowi i Hercie płynęło chyba raczej spokojnie.

Oprócz bycia wspólnikiem swego ojca, Fryderyk był też samodzielnym biznesmenem. Wszystko szło tak jak powinno, za wyjątkiem pogłosek o strasznych rzeczach, jakie dotykały członków rodziny Aronadych, którzy lata temu wybrali za swą ojczyznę Niemcy. Berliński wujek już w 1933 r. został zwolniony z posady dyrektora banku. Ciocia Regina, wraz z całą rodziną musiała wyemigrować ze stolicy Niemiec do Holandii. Tak przy okazji powiem, że nie uratowało jej to przed śmiercią w komorze gazowej Birkenau. Brat taty Adolf Aronade, onegdaj w Rybniku prowadzący na Rynku sklep z porcelaną, musiał się wyprowadzić ze swego berlińskiego mieszkania i stracił pracę. On i jego żona życie zakończyli w obozie koncentracyjnym Theresienstadt ➡ http://szufladamalgosi.pl/doris-aronade-her-story/ Listy od cioci Emmy też były pełne lęku o przyszłość, choć zapewne nie przeczuwała jeszcze, że człowiek ze zbrodniczej organizacji i w czarnym mundurze strzeli do niej nad wielkim rowem gdzieś pod Rygą ➡ http://szufladamalgosi.pl/z-rybnika-do-lasu-bikernieki-czyli-o-emmie-z-rodu-aronadych/ Te wieści na pewno docierały do sielankowego Rybnika, w którym co prawda zdarzały się jakieś wybryki antysemickie, ale były one niczym w porównaniu z tym czego doświadczali krewni w Berlinie.
Młody Aronade był lubiany. Handlował, bo to lubił i był w tym dobry. Córeczka chowała się zdrowo i bawiła z synem polskiego adwokata, który wynajmował w kamienicy Aronadych i mieszkanie i gabinet, przy okazji występując jako ich prawnik w wielu procesach. Na Szufladzie niedawno opisałam słowa jednej wiekowej rybniczanki, która pamiętała Fritza.
Pani, jo chodziła przed wojnom, z mamom do Aronadych bo maszkety. Pani, łon – tyn młody Aronade stoł przed sklepem i nawoływoł: Komm her, komm zu uns. Neue Ware! Pani, a jaki łon był gryfny! Jaki szykowny!”. Oczy tej ponad 90-letniej kobiety błyszczały, gdy opowiadała o młodym Fritzu. Patrząc na niego jako młodego chłopaka, można sobie wyobrazić, jakie z niego było ciacho przed czterdziestką. Byli z Hertą piękną parą.

„Dlaczego pani w tym grzebie”

Doszłam do momentu, który będzie jednym wielkim domysłem i pozostanie ogromną zagadką, której raczej nie rozwiążę, choć w ostatnich dniach poruszyłam wszystkich i wszystko co się dało, by dojść do prawdy. Zwoje mózgowe mi się przegrzewały od analizowania skrawków informacji. Przy okazji wydaje mi się, że zrzuciłam Fritza z piedestału bohatera. Choć…myślę, że jak przeczytacie poniższe słowa uważnie, to sami ocenicie, czy bohaterem jest się gdy ginie się jako żołnierz, czy można nim być nawet, gdy się ginie jako cywil.
Po kolei jednak. Od lat wiem, że Fryderyk Aronade widnieje jako żołnierz, który zginął w obronie Rybnika. Na cmentarzu komunalnym, przy pomniku upamiętniającym tych, którzy polegli we wrześniu 1939 roku, jest tabliczka poświęcona Fritzowi. Jest na niej data urodzenia i śmierci. Co dziwne, on jeden zginął/zmarł w listopadzie 1939 r. Napis informuje, iż było to w Rybniku. Okej, mógł odnieść rany i umrzeć w szpitalu. Mógł. Pozostali polegli mają podane stopnie wojskowe i datę z początków września. Fryderyk nie ma stopnia wojskowego, ani jednostki.

Co ciekawe, na pomniku żołnierzy radzieckich, który jest przy mogile zbiorowej czerwonoarmistów poległych pod koniec wojny w okolicach Rybnika, Fryderyk też jest wymieniony (oczywiście cyrlicą), jako poległy w 1939 roku. Tu należy dodać, iż Rosjan pochowano w tym miejscu po 1947 r., a przedtem tutaj, od początku lat 30-tych, istniał nowy cmentarz żydowski. Zlikwidowano go, gdy grzebano tu ekshumowane szczątki Ruskich. Taki zonk! Fritz jest i u Ruskich i u naszych. Na poniższym zdjęciu przy nazwisku Fritza widać położony przeze mnie kamyk.

Kolejna zagadka, to dopisek zrobiony ołówkiem na akcie urodzenia Fritza. Dokument ten znajduje się w archiwum w Raciborzu. Ktoś dopisał krzyżyk (symbol śmierci) i datę 4.9.1939 oraz słowa: Woschczytz Kreis Pless, czyli Woszczyce powiat Pszczyna. Woszczyce to dziś część Orzesza. Wspominałam na początku, że ten akt opisuje całe jego życie. Początek i koniec.

Ta adnotacja świadczy o tym, że Fritz zginął/zmarł 4 września w Woszczycach, a nie 10 listopada w Rybniku. W okolicy Woszczyc do niewoli dostali się niektórzy żołnierze 75 pułku piechoty, który bronił Rybnika. Wśród nich był, zamordowany 5 września w Nieborowicach, dowódca Jan Kotucz. To przez jakiś czas utwierdzało mnie w fakcie, że mój Fritz był też żołnierzem (w końcu ma tablicę) i zginął w Woszczycach, gdzie byli i nasi obrońcy Rybnika. Nie pasowało mi to, że nie miał stopnia wojskowego, oraz to, że nie wymienił go w swej książce o obronie naszej ziemi historyk pan Jan Delowicz. Przyjmowałam wersję, iż mógł zginąć jako cywil. Jego zwłoki jakoś sprowadzono do Rybnika i pochowano go na cmentarzu żydowskim (tym nowym), a potem gdy robiono w tym miejscu cmentarz dla Ruskich „wciepnięto” go do przysłowiowego jednego wora jako żołnierza września. No bo poległ w tym miesiącu. Od razu zakładałam, że niemiecka adnotacja jest bardziej pewna od daty listopadowej. Niemcy byli skrupulatni, a Ruscy i Poloki to burdeloki. Dla mojego serca bardziej pasowała mi wersja Żyda-żołnierza i bohatera. Rozum jednak coraz częściej mówił, że to mało prawdopodobne.

W ostatnią niedzielę, czyli dokładnie w 80-tą rocznicę wybuchu wojny, udało mi się porozmawiać z panem, który urodził się w kamienicy Aronadych w 1939 r. Pojechałam do młodszego z synów adwokata Emila Motyki, który przy Zamkowej prowadził kancelarię i mieszkał w kamienicy wraz z Fritzem, jego żoną Hertą i małą Werką.

I mi się wsio obaliło i chyba wyjaśniło. Na samym początku rozmowy, pan Bolek na mnie spojrzał z politowaniem i spytał: „Dlaczego pani w tym grzebie?”. Ja na to: „Bo muszę.” A pan Bolek: „Dziewczyno, na co ci to?”. „No mus mam”. „A w cholerę z takim musem”. A potem opowiedział to, co wiedział od swego ojca. Otóż 1 września adwokat i Fritz Aronade, zaraz z rana, umówili się, że będą uciekać na rowerach w stronę Żor. Rodzina adwokata już wcześniej wyjechała. Fritz się wahał. Ponoć płakał. Adwokat go popędzał, ale Fritz nie ruszał. Może już wtedy Wehrmacht paradował pod ich kamienicą. W końcu adwokat pojechał na tym rowerze w stronę Żor. Potem dowiedział się, że Fritz został zabity gdzieś w okolicy Żor. To by się zgadzało, bo Woszczyce to rzut beretem od Żor. Od pana Bolka się dowiedziałam, że na pewno żołnierzem nie był. Na moje pytanie o żonę Hertę i maleńką Werę usłyszałam tylko: „Ha! Wiem tylko co moja mama mówiła: „Ja żałowałam, że przynajmniej Wery nie wzięłam, bo może by…” 🙁 I więcej mama nie dodawała. Sama wiem z innych plotek, że Herta i Wera zostały zadenuncjowane i wojny nie przeżyły. Rozmawialiśmy se z panem Bolkiem ze 2 godziny. Opowiadał jak to jego starszy brat ponoć wymykał się do Werki, bo byli dziećmi i bardzo się lubili. No i że Aronade bardzo bogaci byli. Na odchodnym jeszcze raz mnie zapytał: „Po co dziołcho w tym grzebiesz?” No grzebię, by oddać hołd żydowskim ofiarom z Rybnika. Tylko tyle i aż tyle.

Nurtowała mnie jeszcze data śmierci Fritza. Dzięki uprzejmości pani z USC (bez protekcji się nie obeszło, bo RODO SRODO ;-)) wiem, że Fritz nie zmarł/zginął w Rybniku, gdyż jego aktu zgonu u nas nie ma. Najpewniej było to w tych Woszczycach.
Tak więc reasumując. Tablica upamiętniająca Fryderyka Aronade na pomniku żołnierzy września nie jest właściwa, gdyż nie zginął jako wojak. On nie bronił Rybnika, a uciekał przez hitlerowskim najeźdźcą. Być może znalazł się w miejscu, gdzie byli nasi żołnierze i ich wzięto do niewoli a jego kropnięto, bo był Żydem. A może dostał przypadkową kulką. Może chciał wrócić stamtąd do domu i się nie udało. Na pewno był w tragicznej sytuacji i potwornym stanie ducha drżąc o zostawioną rodzinę oraz o siebie. Niewłaściwa jest data jego śmierci na pomniku. Czy jego tablica powinna tam być wśród innych, nie mnie oceniać. Kiedyś popełniono błąd i zrobiono z niego żołnierza i teraz chyba nie ma sensu tego zmieniać. Prawda jest jednak inna. Fritz był cywilną ofiarą. Takich w mieście było więcej i nie są wymienieni jako obrońcy, jak bohaterski Jan Kotucz.

Niejasne są jeszcze okoliczności zaginięcia jego ojca Alfreda Aronade. Po wojnie, jeden z ocalałych członków dalszej rodziny poszukiwał o nim informacji w prasie polskiej. Podawał wówczas, iż ostatnie wieści od Alfreda były z 1943 roku z dalekiej Rosji. Tak jakby Alfredowi udało się uciec na Wschód, ale nie udało się dotrwać końca wojny. To akurat nie jest dziwne, bo swój wiek miał, a ruski Daleki Wschód to sami wiecie…

Firmę Aronadych w czasie wojny miał w zarządzie komisarycznym volksdojcz. A kamienice przeszły na skarb państwa w 1957 roku.
Dziś mija 80. Rocznica zamordowania Fryderyka Aronade, którego zwłoki prawdopodobnie spoczęły na cmentarzu żydowskim, na którym po wojnie pochowano żołnierzy Armii Czerwonej. Choć nie należy mu się tabliczka żołnierska, to należało mu się upamiętnienie z mojej strony. Córka Wera i żona Herta zostały na pewno spalone w obozie zagłady i im też należy się upamiętnienie. Po Aronadych zostały nam przepiękne kamienice w centrum miasta, kilka dokumentów w archiwum, jakieś anonse w starej prasie i kilka kupionych przeze mnie starych druków.

NIECH DUSZE ICH BĘDĄ ZWIĄZANE W WĘZEŁ ŻYCIA

P.S. A kokietka Thea Priester dobrze wyszła na tym, że nie wyszła za Fritza. Jej udało się wojnę przeżyć. O tym jednak już nie dziś.

Sierpień 31

Piękni i młodzi – Otto Apt

Opisałam już Hertę Priester, Ilse Silbiger i Lorę Priester. Nadszedł czas na pierwszego chłopaka ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Tym sfotografowanym na początku lat dwudziestych, wraz z grupą dwunastu nastolatków, był Otto Apt.

Z nim nie miałam problemów. Od paru lat mniej więcej znałam jego życiorys. Otto jest mi bardzo bliski, gdyż miał w sobie krew Mannebergów, a tą rodzinę traktuję prawie jak swoją. Już tu lata temu opisywałam spotkanie z potomkami Josefa Manneberga, a Josef był wujkiem Otto. To dzięki wnukom Josefa dowiedziałam się o tym chłopaku i znalazłam jego akt urodzenia w raciborskim archiwum. Po raz n-ty muszę tu wychwalić pod niebiosa to przecudowne miejsce, które ilekroć odwiedzam czuję się jak w domu.

Otto Emanuel przyszedł na świat w Rybniku w lipcu 1904 roku. Jego mama Regina pochodziła z zasłużonego dla Rybnika rodu Mannebergów. Tatuś Adolf Apt był kupcem z pobliskiego Raciborza. Rodzice wzięli ślub w naszej synagodze w 1895 roku. Otto nie był ich pierworodnym synem. Miał o 7 lat starszego brata Franza, czyli po naszemu Franciszka. Franz nie przyszedł na świat w moim mieście, a w odległym Oberplanitz w okolicach Zwickau. Dlaczego Reginę i Adolfa wywiało aż tak daleko dziś trudno ustalić. Co spowodowało, że małżonkowie wrócili na Śląsk to mogę się domyśleć na podstawie plotek rodzinnych. Brat Reginy – Josef Manneberg, bohater wielu moich opowieści, był opoką dla całej swej rodziny. I podejrzewam, że to on pomógł Aptom na rozwinięcie interesu i starał się zabezpieczyć siostrę jak tylko mógł. Ponoć, powtarzam ponoć, Adolf był takim powiedzmy utracjuszem. A Josef był pragmatykiem, biznesmenem, dbającym o każdego członka rodziny. O siostrę też. Tak więc imaginuję sobie, iż gdy Aptowie nie za dobrze radzili sobie w dalekim Zwickau, to zaoferował im pomoc. No i wrócili do Rybnika. Tu urodził się Otto. Potem przyszła Wielka Wojna. Josef walczył za cesarza, a jego siostra Regina, jak i żona Josefa walczyły, by utrzymać rodziny. Nie wiem, czy Adolf Apt (utracjusz) był żołnierzem. Nie chcę go oceniać. Dokumenty wskazują iż zmarł w grudniu 1918 roku w wieku 50 lat. Czy w wyniku ran? Czy może zwykły zawał? Minęło ponad 100 lat, więc nie ma to znaczenia.

Regina została wdową z dwoma synami.  Bohater tego postu miał 14 lat. Za młody na utratę ojca. Czy miał buntowniczy charakter? Czy akceptował silne rządy stryja Josefa? Gdy tak patrzę na jego buzię, to wyobrażam sobie chachara i zadziorę. Pamiętajcie, że „Szuflada” to moje własne myśli, wyobrażenia i fantazje, więc nie bierzecie wszystkiego jako pewnik (za wyjątkiem dokumentów i ścisłych faktów). Ale sami pomyślcie: czternastolatek traci tatę, wujek o silnym charakterze i finansowych możliwościach decyduje o wszystkim. Bunt? Jasne, że bunt. W dodatku dookoła śląskie zamieszania, czyli powstania, plebiscyt i wojna domowa o zachowanie tej części Śląska w Niemczech. Pamiętajmy, nasi Żydzi byli Niemcami, więc jakaś tam Polska była dla nich obca i wroga. Mama Regina, jako wdowa nie ma wyjścia. Musi trzymać się blisko brata, który postanawia zostać po plebiscycie w tym nowym kraju. Jej starszy syn Franz (brat Otto) może był bardziej spolegliwy i też zostaje. Otto ma w dupie coś co jest obce. Buntuje się. Uczy  się w Katowicach, potem chyba przebywa w Opolu, które zostają w państwie niemieckim. Mogę sobie wyobrazić te awantury rodzinne, te „haje”, te argumenty matki oraz fochy i opór młodego syna. Wyjeżdża do Drezna. Zanim jednak to nastąpiło fotografuje się z przyjaciółmi w Rybniku.

Nie wiem czym zajmował się w Dreźnie, ale wiem, że tam się ożenił z Deborą z domu Sussmann. W tym przepięknym mieście przyszedł na świat w 1931 r. ich syn Wolfgang. W międzyczasie w Rybniku nadal mieszkała jego matka Regina i brat, któremu spolszczono imię, bo tu była już Polska. Zarówno Regina Apt, jak i jej starszy syn Franz, prowadzili sklepy przy dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich, wówczas Piłsudskiego 12. Franz też założył rodzinę i jeszcze przed Otto został ojcem Ilse. Na poniższym wykazie widzicie oprócz Aptów Fryca Aronade – to on będzie kolejnym, którego muszę opisać i to bardzo szybko 🙂

Akt zawarcia małżeństwa przez Franza, czyli Franciszka Apta. Świadkiem był wuj – Josef Manneberg.

Niemieckie Dresden szybciej stało się niebezpieczne dla Żydów niż polski Rybnik. Otto, Debora i mały Wolfgang zdołali wyjechać z Niemiec. Nie znam okoliczności w jakich to nastąpiło, ale ostatecznie dostali „Reisepassy” z byczą pieczątką „J”, czyli „Jude”. I dotarli, zapewne po wielu perypetiach do Ameryki Południowej, a ściślej do Boliwii. Było to najprawdopodobniej w 1937 r. Mam pewne podejrzenia, że nie docierali tam razem.

Zanim w Europie rozpętało się piekło II wojny, do Ameryki Południowej zdołał wyjechać z Rybnika Franz Apt z żoną i jedenastoletnią Ilse oraz mamą – Reginą Apt z domu Manneberg. Regina miała wówczas 69 lat. W inny koniec świata, tj. do Palestyny udawał się brat Reginy, zarazem wujek Aptów – Josef Manneberg. Jestem przekonana, że podróż rybnickiej linii Aptów i całej swojej rodziny Mannebergów sfinansował Josef. Choć spisany przez niego w 1946 roku testament pokazuje, iż to on był winien swoim siostrzeńcom małe kwoty pieniędzy. Może z tytułu spłat za nieruchomości sprzedane w Rybniku? Kto wie. Nie pokazuję całej ostatniej woli Josefa, a jedynie istotne fragmenty (ze strony
https://www.manneberg-saga.com/en/ )

Myślę, że nie było łatwo niemieckim Żydom zaadoptować się do południowoamerykańskich warunków. Po wojnie, gdy dotarły do nich informacje o tym co źli ludzie zrobili Żydom w Europie, wiedzieli, że decyzja o sprzedaży wszystkiego i wyjeździe na drugi koniec świata była właściwa.

Otto zmarł w La Paz szybko. Stało się to w 1960 r., gdy miał 56 lat. Zanim to się odszedł, jego syn dr Wolfgang Apt założył w 1958 r. firmę prawniczą. Na pewno był dumny. Firma istnieje do dziś i nadal jest prowadzona przez potomków Otto! Nazywa się „Estudio Jurídico APT Soc. Civ. – APT Law Firm”.
https://www.legalapt.com/en/home-2-2/

A teraz popatrzcie i porównajcie młodego buntownika i dojrzałego już pana. Jako młodzik z bujną czupryną – zadziorny, jako starszy człowiek z łysiną – smutny. Może chory był? A może cały czas tęsknił za Europą? Zdjęcie pokazuje uroczystość rodzinną pod koniec lat 50-tych XX wieku.

Żona Otto zmarła 10 lat po nim. Zaś ich syn, zasłużony dla Boliwii prawnik i działacz, zmarł niedawno – w 2014 roku, mając 83 lata. Już po zjednoczeniu Niemiec Wolfgang odwiedzał swe rodzinne Drezno. Raczej wątpię, by pojechał dalej na wschód do miejsca urodzenia ojca, bądź dziadków.
Otto pochowany został na cmentarzu żydowskim w Cochabamba w Boliwii.
Co się stało z jego starszym bratem Franzem i jego rodziną? Zamieszkali w Brazylii. Franz Apt, przedwojenny rybnicki kupiec, został pochowany na cmentarzu w Butanta, które jest częścią Sao Paulo. Franz zmarł w 1978 r. Jego urodzona w Rybniku córka Ilse przeszła na drugą stronę w 2000 r. Spoczęła na tym samym cmentarzu. Nie wiem, gdzie jest pochowana mama Otto i Franza, czyli Regina Apt z rodu Mannebergów. Zdjęcie Franza Apta i jego córki Ilse znalazł dla mnie, jak zwykle niezastąpiony, Sławek Pastuszka. Bez niego Szuflada byłaby o wiele uboższa 🙂

I teraz clou całej historii o Otto. Otóż parę tygodni temu zawzięłam się i znalazłam potomków Otto, choć google w 99% przypadków prowadził do stron, gdzie słowo „Apt” było skrótem od „Apartament”. Koszmar 😉   Napisałam w końcu przez JewishGen do admina drzewa rodzinnego, gdzie znalazłam Otto. Nie był to strzał w dziesiątkę. Wiadomym jest nie od dziś, że największą potęgą jest Facebook, więc zawzięłam się na fejsa. Apt to nie jest zbyt egzotyczne nazwisko, więc sporo ludzi miałam do przejrzenia. W końcu po przeanalizowaniu dziesiątek osób trafiłam właściwie. Byłam na mur przekonana, że znalazłam prawnuczkę Otto. Nota bene przepiękną kobietę. Wiedziałam, że moja wiadomość trafi do spamu, ale uzbroiłam się w cierpliwość. Po ponad 2 tygodniach przyszła odpowiedź!

I dzięki prawnuczce Otto, zarazem wnuczce Wolfganga, po jakimś czasie dostałam 3 kilkugodzinne filmy, nagarne w 1998 roku, na których syn Otto – Wofgang opowiada swoją historię. No… niestety po hiszpańsku. Czyli amen w pacierzu dla mnie. Ale znowu się zawzięłam i je całe przejrzałam. Wiem, że mówił o swoim ojcu, o Rybniku, o Śląsku, plebiscycie, III powstaniu śląskim. Oczywiście znał to z relacji Otto, bo sam w końcu urodził się w 1931 w Dreźnie. Pokazywał jakieś dokumenty rodzinne, o których opowiadał. Cudo, ale po hiszpańsku. Może kiedyś ktoś mi te fragmenty filmów przetłumaczy.

Na razie kończę, bo powinnam się zabierać do spisywania kolejnej historii, tym razem Fryderyka Aronade, gdyż zbliża się 80-ta rocznica jego śmierci. Z tego miejsca pragnę podziękować prawnuczce Otto Apta i jej rodzinie za pomoc i przesłanie filmów. To z nich zrobiłam kilka screenów, które umieściłam powyżej. Dzięki Internetowi Boliwia jest w zasięgu ręki 😉 Bardzo się cieszę, że potomkowie Reginy Manneberg, czyli wnuki i prawnuki jej synów Otto i Franza Aptów mieszkają gdzieś w dalekim świecie, bowiem południowoamerykańskie państwa dały im schronienie wiele lat temu. Plany tego, który wywołał 80 lat temu straszą wojnę, jednak się nie udały!

Źródła, z których korzystałam to: Archiwum rodzinne rodziny Apt, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, strona o Mannebergach, czyli manneberg-saga.com,  jewishgen.com, legalapt.com.

Lipiec 14

Piękni i młodzi – Eleonore Priester

W marcu tego roku zaczęłam opisywać przyjaciół ze zdjęcia „Piękni i młodzi” http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Napisałam wówczas, że znam losy dziewięciu z dwunastu nastolatków. Jedna z podpisanych dziewczyn wówczas była mi nieznana. Wydawało mi się, że nie mam jej w swoich zasobach. A tu zonk. Jak się człowiek przyłoży i dokładnie przypatrzy i właściwie pokombinuje, to znajdzie prawie wszystko. Okazało się, że potrafię odtworzyć historie dziesięciu osób. Doszła mi bowiem Lore Priester, czyli trzecia od lewej na fotografii przesłanej mi jesienią przez Miriam Glucksmann. Opisałam już dwie dziewczyny, Lora będzie trzecią, której historię chcę Wam opowiedzieć.

Nie potrafiłam jej początkowo zidentyfikować, gdyż poszłam po najmniejszej linii oporu i wśród rybnickich Priesterów szukałam kogoś o imieniu Lore lub Lora. A ona przy swoich narodzinach otrzymała imię Eleonore. Dla przyjaciół była Lore. Takie proste, a ja tego nie potrafiłam wykombinować od razu. Urodziła się ósmego lutego 1906 r. w Rybniku, czyli była równolatką Ilse Silbiger, Ilse Glücksmann (obie na zdjęciu z wszystkimi nastolatkami), a także mojego Rudolfa Haase.

Jej rodzicami byli, urodzony w Rybniku, Louis Priester oraz tyszanka Bertha z domu Rosenbaum. Z aktu urodzenia wynika, że rodzina mieszkała przy Breitestrasse, czyli dzisiejszej Sobieskiego, a tata jak większość naszych żydowskich mieszkańców był kupcem. Była drugą córką Louisa i Berthy – miała o kilka lat starszą siostrę Edith. Dwa lata po Lorze państwu Priesterom urodził się jeszcze syn Georg.

Mieszkali sobie wszyscy w Rybniku do czasu, aż nasze miasto stało się polskie. Nie miałam z nimi łatwo, to muszę przyznać z ręką na sercu. Prawie niczego nie ma w sieci na temat Louisa, a to od niego musiałam zacząć. Ekwilibrystyka sieciowa jaką uprawiałam do niczego mnie nie doprowadzała. Ogłupił mnie Oberschleschische Wanderer z 1943 r., w którym znalazłam informację o wykreśleniu firmy Louisa z rejestru firm w Rybniku przez nazistów.

Przez moment myślałam, że Priesterowie mieszkali w naszym mieście do 1939 r. Odrzuciłam ten trop, bo nie było Louisa w wykazach podatkowych. Gdyby zostali u nas po 1922 r. to na pewno znalazłby się w zarządzie gminy. Ten kierunek poszukiwań odpadał więc. Wreszcie „Amtliches Industrie- und Handels-Adressbuch der Provinz Niederschlesien 1925 umfassend die Bezirke der Industrie- u. Handelskammern Breslau, Görlitz, Hirschberg, Liegnitz, Sagan und Schweidnitz“, czyli Adressbuch dla miast Dolnego Śląska, pokazał gdzie mam szukać. Znalazłam Louisa w mieście Breslau. 

Czy był on faktycznie właścicielem fabryki margaryny to nie wiem, ale wiem, że jak zaczęłam szukać we Wrocławiu, to ich w końcu znalazłam na Centralnej Biblio Judaistycznej. W 1930 roku cała rodzina mieszkała przy Hohenzollernstrasse 20 (obecnie to ulica Sudecka). Żadna z dziewcząt nie była mężatką, za to Georg sobie zmienił imię na Harry.

Potwierdziło mi się to jeszcze przy klepsydrze informującej o śmierci Pauli Priester z Rybnika, która była ciocią Louisa.

Było wielkie miasto, byli i moi Priesterowie. Teraz musiałam ustalić co się z nimi stało. Priorytetem była Eleonora. Niby łatwe, a jednak okazało się to trudne. Niestety żadne drzewo genealogiczne tych Priesterów nie miało. Nikt nigdy się nimi nie zajął. Choć muszę Wam powiedzieć, że Priesterów w sieci jest w ciul, ale po tych ani tyci ślad. W końcu znalazłam Louisa, Berthę i Edith na jednej z list emigracyjnych. W zasadzie były to listy, na których umieszczano tych, których Rzesza pozbawiała obywatelstwa. A pozbawiała, gdy dostawali one way ticket, bo z niej wyjeżdżali.

Na liście tej Louis i Bertha mają dodane żydowskie imiona, czyli musiało to być w okolicach 1938 lub 1939 r. Była Edyta, a Eleonora jak duch się mi chowała i jakby w ogóle nie istniała. Jej brat Georg vel Harry nagle ukazał mi się z nienacka w jakiejś książce w Google Books. Palastina!!! Z Ehefrau, czyli z żoną!

O Harrym wspominał też w swoim „Dzienniku z Breslau 1933-1941”, wybitny żydowski historyk niemiecki Willy Cohn. Harry był onegdaj jego uczniem. U Cohna znalazłam informację, że żona Harrego Priestera, brata mojej Lory, pochodziła z Aachen. I tylko tyle, albo aż tyle. Prawie na 100% byłam pewna, że rodzice, Edith i Georg vel Harry z żoną zdołali wyjechać z III Rzeszy. A Lore, czyli Eleonora jak kamień w wodę. Ani krztyny wskazówki, ani skrawka informacji. Co się robi w takich momentach? Ano pisze się do mistrza 🙂 Fejs w ruch i dawaj z prośbą do Sławka Pastuszki. On ma takie dojścia, o których się najlepszym genealogom nie śniło. Nawet trzy minuty nie minęły, jak miałam wszystkie niezbędne informacje. Aż się rozdygotałam z radości. Dostałam wszystkich na tacy. A przede wszystkim miałam Lorę. Tą śliczną uśmiechniętą i radosną dziewczynę z pięknym naszyjnikiem na ciemnej sukience, którą uchwycił fotograf w Rybniku prawdopodobnie w 1921 r.

Eleonora też zdołała wyjechać. Ona, jej siostra Edith i rodzice znaleźli kraj, który ich przygarnął. Tym krajem był Urugwaj. Na pewno lekko im tam na początku nie było, tym bardziej, że dość szybko starsi państwo Priester zmarli. Louis w 1941, a Bertha w 1943 roku. Oboje zostali pochowani na cmentarzu żydowskim w Montevideo. Moja Eleonora wyszła za mąż i nosiła nazwisko Zamury. Może mieszkała w Reus al Norte, gdzie mieszkało wielu Żydów?

Popatrzcie jaka piękna była w dojrzałym wieku! Sławek te foty mi wysznupał. To wnioski o wizę brazylijską. Jednoznacznie z nich widać, że to moja Lore, że była mężatką i że miała obywatelstwo niemieckie. Przynajmniej tak przyjmowało to południowoamerykańskie państwo. Lore zmarła 18 lipca 1981 r. w wieku 75 lat. Pochowana została na cmentarzu Cementerio Israelita de La Paz w Montevideo. Jej siostra Edith zmarła 6 marca 1991 r., czyli dożyła 89 lat. Tak więc, gdzieś tam daleko, na drugiej półkuli, na urugwajskim cmentarzu leży czworo rybniczan.

Nigdy nie będzie mi dane położyć na ich grobach kamyczki, więc choć w ten sposób ich upamiętniam. Losów brata nie udało mi się odtworzyć. Ale wiem, że wyjechał do Palestyny, więc też czeka w spokoju na przyjście Mesjasza na którymś z izraelskich cmentarzy.
Może kiedyś uda mi się znaleźć potomków Lory, bowiem z rana napisałam list do gminy żydowskiej w Montevideo. Pieron wie… może odpowiedzą. No i Młoda, która obecnie jest w Berlinie na konfie Centropy nawiązała jakiś kontakt urugwajski. Tak więc jest szansa, co prawda mała, ale trza mieć nadzieję.
Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować Sławkowi, bo bez niego bym była w głębokiej dupie. Sławek, jesteś the best!

Kolejny do opisania ze zdjęcia będzie Otto Apt, więc czekajcie na otwarcie następnej szufladki. A opisane już zostały Ilse Silbiger oraz Herta Tulla Priester.

Kwiecień 7

Piękni i młodzi – Ilse Silbiger

Kolejną ze zdjęcia, które parę postów powyżej obiecałam opisać, jest Ilse Silbiger. To druga z lewej nastolatka o ciemnych włosach i w czarnej (tak sądzę) sukience. Jej historia dobrze się skończyła, czyli dziś nie będzie totalnie smutno. 

Rodzicami tej, chyba skromnej, a może nie, panny byli Moritz (zwany również Markusem) Silbiger oraz Ernestine z domu Dombrowski. Ojciec pochodził z Górnych Hajduk, czyli dzisiejszego Chorzowa, a mama z Bytomia. Rodzice wzięli ślub pod koniec XIX w. i ich pierworodny syn – Hermann, urodził się w Rybniku w 1899 r. Kolejne dzieci państwa Silbigerów, to była Clara (zmarła jako dziecko), Margot (jej losy są tragiczne, ale nie o tym dziś), następnie Ilse urodzona na początku 1906 r., oraz najmłodsza Charlotte. 

Zdjęcie, które widnieje na stronie Yad Vashem przedstawia rodzinę z czwórką dzieci. Niestety nie wiem, czy brakuje tam już Clary, ale zakładam, że tak. Patrząc na buzie to uważam, że moja dzisiejsza bohaterka to ta z prawej. Zresztą sami popatrzcie i porównajcie. Biorąc pod uwagę mundur Moritza, to fotografia została zrobiona w czasie I wojny światowej.

Pan Silbiger już na początku XX wieku zajmował się sprzedażą skór. Od stycznia 1904 r. swój interes prowadził przy Placu Kościelnym – w dużej kamienicy tzw. „plebiscytowej”, którą wybudował inny rybnicki Żyd o nazwisku Danziger. Od wdowy po Danzigerze po jakimś czasie dom zakupi rodzina Winklerów. W którym miejscu handlował przedtem nie ustaliłam. 

W czasie wojny służył w wojsku niemieckim, jak wielu innych naszych Żydów i na pewno w tym okresie interesem zajmowała się żona oraz dzieci. Szczęśliwie z wojny wrócił i już w 1920 r. miał sklep przy ówczesnej ulicy Szerokiej, czyli dzisiejszej Sobieskiego. Numer, który widnieje na reklamie wskazuje, iż wynajmował pomieszczenia na swój Lederhandlung u Noah Leschczinera. To mógł być typowy podnajem, bowiem Noah sam prowadził tam byczy sklep z odzieżą.

Czas powstań oraz plebiscytu na pewno łatwy dla rodziny nie był. Swego czasu wnuczka Moritza napisała mi, iż jej mama Charlotte opowiadała, iż właśnie wtedy, w ich domu, mieszkał wysoki rangą francuski oficer wojsk rozjemczych. Na mój rozum było to już w kamienicy przy Sobieskiego 28, bowiem pod takim adresem Moritz (Markus a po naszemu Marek) widnieje w wykazach podatkowych jako kupiec.

Dziś kamienica ta wygląda bardzo elegancko. Składy Silbigera, bez względu na miejsce, dość często były okradane. A to w 1912 r. włamano się do jego sklepu i skradziono większy zapas skór, kasetkę z pieniędzmi i koło, a to znów w 1922 r. w nocy złodzieje weszli od tyłu sklepu i zwinęli aż 100 tys. marek. Tata Silbiger, oprócz bycia kupcem, zajmował się też sprawami gminy i przez długi okres czasu był zastępcą reprezentanta gminy izraelickiej w Rybniku. Piszę tu już o okresie międzywojennym, czyli o czasach, gdy Rybnik był polski. Wtedy też wychodziły za mąż córki. Charlotta wydała się za zabrzanina o nazwisku Angress, z którym zdołała wyjechać z Niemiec do Londynu, a następnie do Australii. Nasza Ilse za wyszła za Leo Fishera. Trzecia z żyjących sióstr – Margot ślub brała w Rybniku. jej wybrankiem był kupiec Ignacy Gerhard zamieszkały w Katowicach. Nie wiem skąd pochodził mąż Ilse, ale na pewno nie był to mieszkaniec naszego miasta. Nie wiem też, czy najstarszy z rodzeństwa Hermann, który tak jak i Margot, zginął w Shoah, był żonaty. Jak więc już zdołaliście wyczytać, dwie siostry zdołały przeżyć wojnę, a trzecia (poza tą, która zmarła jako młoda osoba i z tego co mi się gdzieś w głowie kiełbasi, jako osoba niepełnosprawna) Margot i najstarszy Hermann zginęli. Naturalną śmiercią zmarła w Rybniku w 1932 r. Ernestyna, czyli mama naszej Ilse i reszty. A Moritz vel Marek, czy też Markus? Chyba po śmierci żony nie potrafił się pozbierać, bo gazety pisały, iż wdawał się w pijackie awantury. Co prawda dla mnie ówczesna Gazeta Rybnicka, a to ona o tym pisała, nie jest zbyt obiektywnym źródłem, to jednak na pewno ciut prawdy w opisanym zdarzeniu było. W 1935 r. wdowiec Silbiger ponoć napadł na chrześcijanina Józefa Skorupę. Z racji tego, że był totalnie zalany odprowadzono go do aresztu. No cóż… zalanym być to nie grzech, ale napadanie na innych to już gorzej. Bez względu na to, czy na chrześcijanina, czy na muzułmanina. Z drugiej jednak strony, może ów Skorupa był mu winien kasę… A może wyzywał go od „żydków”? Krew nie woda, w dodatku z alkoholem 😉 

A co z naszą Ilse, której akt urodzenia pokazuję poniżej.

Mam śladowe informacje o niej. Wiem, że gdzieś w Niemczech, raczej był to Górny Śląsk, urodziła w 1928 r. córkę o imieniu Henny. I wiem, że została, brutalnie mówiąc, wywalona z Niemiec. Domyślam się, że było to po 1937 r. Pochodziła z Rybnika, jej rodzina została tu po plebiscycie, tym samym Ilse miała obywatelstwo polskie, choć w sumie była z pochodzenia Niemką. Prawdopodobnie wróciła do swego ojca i miasta rodzinnego czekając na powrót męża. Według jej siostrzenicy, mąż Ilse – Leo miał wrócić z Ameryki. Gdy wrócił, cała rodzina, czyli nasza dziewczyna w czarnej sukience, wraz z córeczką Henny i mężem Leo, wyjechali do Anglii. Czy wiedzieli, że pożegnanie z tatą oraz rodzinnym domem to jest takie na zawsze? Wszak wtedy mało kto się spodziewał tego, co cywilizowane państwo może zrobić z tymi, którzy urodzili się jako Niemcy.

Ilse zmarła w Londynie w 1993 r. Jej córka Henny, według różnych stron genealogicznych, już też nie żyje. Nie wiem, kiedy ze światem pożegnał się pan Moritz Silbiger – handlarz skór. Ponoć, było to już po wybuchu wojny. Jeśli te „ponoć” jest prawdą, to byłby on drugim, po Noah Leschczinerze, z ważnych wiekowych kupców rybnickich, który musiał oglądać przemarsz wojsk niemieckich przez rybnicki Rynek. No i drugim, o którym wiem, że nie został wywieziony do komory, a zmarł zanim zabili do źli ludzie. 

Po wojnie obie ocalałe siostry, czyli Ilse i Charlotte szukały informacji o swoim bracie Hermannie i siostrze Margot. Niestety Czerwony Krzyż nie pomógł. Kolejne „ponoć” to trop, iż Hermann zginął na Wschodzie w jakiejś kopalni. Mnie udało się znaleźć ślad po Margot i jej mężu w getcie krakowskim. A to jest smutny ślad i chyba Wam nie muszę tłumaczyć dlaczego. Cieszmy się tym, że jedna z przyjaciół ze zdjęcia ➡ „Piękni i młodzi” przeżyła wojnę, a nie zginęła jak jej koleżanka Herta Tulla Priester, którą na początku lat 20-tych obejmowała pozując do fotografii. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ilse Silbiger została wyłączona
Grudzień 30

Dreams come true no.2

Idzie nowy!!! Oby był tak rewelacyjny jak ten, który powoluśku dobiega końca. Za oknem se pada deszczyk spłukując śląskie syfy i brudy, a ja z rozrzewnieniem myślę o tych 364 dniach, które za nami. To był bardzo dobry czas.

Marzenia się spełniły 😀 W mijającym roku wreszcie rybniccy Żydzi znaleźli właściwe upamiętnienie. To, jak ich pokazano i przedstawiono na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 13 grudnia, czyli dzień otwarcia wystawy był jednym z ważniejszych, o ile nie najważniejszy dla mnie w 2018 roku. Warszawska konfa była taka bardziej osobista, taka moja, a wystawa jest o nich i dla nich. Dla tych wszystkich, o których przez lata nie pamiętano, których pomijano w historii Rybnika i Śląska, których deprecjonowano i niejednokrotnie po wojnie szkalowano. W moim mieście miejsce dla rybnickich Żydów się nie znalazło, ale Gliwice przyjęło ich godnie i tak samo upamiętniło. Na wystawie znalazła się nasza synagoga, cmentarz żydowski, 3 nasi rabini (Fraenkel, Braunschweiger i Rosenthal), historia ochronki, dwa rody przedsiębiorców (Haase i Müller), tragedia Rudolfa Haase, o której pisałam jakiś czas temu:  ➡ „Haase epopeja – śmierć Rudolfa cz.7). 

Pokazano przepiękne świeczniki z naszej synagogi fundowane przez Louise Haase – żonę Ferdynanda. Na multimedialnym ekranie zwiedzający zobaczą fotografie rodziny Manneberg – no cud, miód i malina! 

W części dotyczącej Zagłady można zobaczyć zdjęcia Marysi i Jasia Radoszyckich, o których pisałam w poście  ➡ „Nie nasi, a nasi”, a także fotografię Charlotty Rosenberg. Lotka, bo tak ją nazwałam, też ma u mnie swoją szufladkę pamięci  ➡ „Po tej Lotce zostało tylko zdjęcie”. Dziś, rybniczanie – Charlotta, jak i Jaś z Marysią są upamiętnieni w Gliwicach.

Marzenie o upamiętnieniu moich Żydów się spełniło. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili, czyli Gliwicom, jako miastu, całemu Domowi Pamięci Żydów Górnośląskich, kuratorce wystawy pani Bożenie Kubit, projektantom wystawy, konsultantom, sponsorom oraz moim potomkom, którzy wyrazili zgody na publikację ich rodzinnych zdjęć. 

Spełnia się też kolejne marzenie, bowiem moja Dusia, moja  ➡ „Ja siama” właśnie w tym cudownym gliwickim Domu, gdzie są moi Żydzi, zaczyna pracę. Będzie łączyć rodzime muzeum z muzeum zza miedzy, czy też dawnej granicy. Jak zwykle w takich momentach wali mi w dekiel, a rzić rośnie od chwolby  :mrgreen: 

A w nowy rok wchodzę z drżeniem każdego kawałka mojego ciała i rozumu i duszy… Next dream will come true! I to taki dream z tych na samych wierchu dreamów  😆 Taka Czomolungma marzeń. I znowu tym świętym Mikołajem spełniającym marzenia jest friend Olutka.

Choć, jak może niektórzy wiedzą ja nie latam, bo się tego panicznie boję, to jednak, jak to śpiewał R.Kelly: „I belive I can fly”. 

 

There are miracles in life I must achieve, But first I know it starts inside of me, ho oh. No tak, są cuda w życiu, do których muszę dążyć i które muszę osiągnąć. I tym cudem, który ma się w lutym wydarzyć jest Izrael! Yes! Yes! Yes! – jak to kiedyś wykrzyczał jeden klasyk (tfu, tfu – polityk). Lecę, by zobaczyć to, co widziała już w tym roku moja Dusia. Wiszą i powiewają mi groty, bazyliki, kościoły, Jordany czy Kany Galilejskie. Jadę zobaczyć Jerozolimę z jej Ścianą Płaczu i grób jednego Oskara, od którego się u mnie wszystko, ponad 20 lat temu, zaczęło. 

Jeszcze nie wiem jak się wymknę wycieczce i pobiegnę na grób Schindlera, ale coś wykombinuję. Jeszcze też nie wiem, jak przeżyję lot, ale może trzy tablety relanium mi pomogą  :mrgreen: Byleby nas nie zestrzelili nad morzem, bo chcę mieć grób. I belive I can fly, bo muszę zobaczyć Morze Martwe. 

I believe I can touch the sky, bo muszę zobaczyć się z moimi Mannebergami, których ponad 4 lata temu tak żegnałam w Rybniku łykając łzy.

Na razie rozwinęłam wielką mapę małego kraju na podłodze i wiem, że if I can see it, then I can do it

Betlejem, Jerozolima, Yad Vashem, Mur Zachodni, w który muszę włożyć karteczkę, Stara Jaffa, Tel Aviv, pustynia Negew, Masada, Jerycho, Nazaret, Hajfa, ogrody Bahaitów, Akka plus wiele innych miejscówek, takich, o których muszę doczytać, by nie wyjść na durnia. Tu mam na myśli choćby jakąś Górę Kuszenia Jezusa (?), Pole Pasterzy (??), Grotę Mleczną (???), drzewo sykomora (daję 4 znaki zapytania, bo kompletnie nie kumam co ma jakiś figowiec z religią). No i tam parę jeszcze inkszych Emmausów. 

Tymczasem pyrsk ludkowie! Wracam do mapy, przewodników i marzeń. Życzę Wam, by cuda się przydarzały, a 2019 rok był pełen dobrych wrażeń i pełnych portfeli, a zdrowie Was nie opuszczało. If we just spread our wings we can fly.

Marzec 13

Jak pieniądze rybnickiego Żyda pomogły w powstaniu uzdrowiska

Prawie rok temu, przy okazji  ➡  opisywania pośmiertnej kariery Charlotty Haase, wspomniałam, że w tym samym dniu co ona, urodziło się jeszcze dwóch chłopców żydowskich w Rybniku. Jednym z nich był Josef, syn Samuela Lustiga z Lysek.

Josef urodzenie

I ten Josef mógłby śmiało być pierwszym Żydem opisanym w cyklu „U nas nieznani, a gdzieś uznani”.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Jak pieniądze rybnickiego Żyda pomogły w powstaniu uzdrowiska została wyłączona