Maj 16

Abramek z warszawskiego getta i rybnicki „hasiok”

Zdjęcie na 16 maja 2020, gdy został wygumkowany Kazik. Ze zbiorów Imperial War Museum w Londynie.

Dziś ważna data. 77 lat temu Jurgen Stroop wysadził synagogę na Tłomackiem. Dzielnica żydowska przestała istnieć. „Getto warszawskie skończyło swój żywot. Bo tak chciał Adolf Hitler i Heinrich Himmler” (słowa Stroopa). „Trujka” ostatecznie też przestała istnieć, ale to kompletnie inne światy.

Rybnik z warszawskim gettem nie ma wiele wspólnego, za wyjątkiem jednego z naszych ➡ Żydów, który według przekazów tam został wywieziony i ślad po nim zaginął. Może tych powiązań jest więcej, ale niestety nic o nich nie wiem.

Jakiś czas temu znajomy z Tarnowskich Gór, onegdaj kustosz w Imperial War Museum w Londynie, podesłał mi zdjęcie, które znajduje się w zasobach tej placówki.

THE WARSAW GHETTO, OCTOBER 1940-MAY 1943 (HU 60651) A teenage boy in ragged clothes standing by a waste container (produced by the Silesia Steelworks in Rybnik) in the ghetto. Copyright: © IWM. Original Source: http://www.iwm.org.uk/collections/item/object/205395068

Co widzimy na tej fotografii, zrobionej właśnie w getcie?

Stoi chłopak w łachmanach. Śmieciarz. Podarty sweter, spodnie zrobione z resztek szmat, związane w pasie sznurkami. Zresztą gacie też powiązane sznurkami. Ja go nazwałam Abramek. Dlaczego tak? Nie wiem.

Bose, zapewne w zimie odmrożone, brudne nogi. Na głowie czapka, taki kaszkiet, chyba za duży na głowę tego chłopaka. Na szyi coś a la chustka. Dziś powiedzielibyśmy: bandanka.

Ręce obwiązane szmatami schowane jakby w kieszeniach. Coś zawadiackiego jest w tym chłopcu. Czy ma strach w oczach? Raczej nie, choć tego nie widać spod czapki, bo daszek zasłania oczy. Rozchylone, pełne usta. Jest lato, a on ma na sobie wszystkie części ubrania, które posiadał. Jak się faktycznie nazywał? Kim był? Ile miał lat? Czyjś syn, zapewne brat. Dziecko, które walczyło o przetrwanie kilku kolejnych dni, czy godzin zbierając śmieci. Abramek patrzy na fotografa. Zdziwiony? Może. Mały warszawski andrus. Tak sobie wyobrażam, że był łobuziakiem. Że był cwany, bo zmusiło go do tego życie. Że był gagatkiem, bo takie były okoliczności. Że nie umarł od śmierci głodowej, bo nie był Abramkiem frajerem, a Abramkiem huncwotem. Niestety, na prawie 100% jest pewne, że nie przeżył getta. Czy jego końcem była „Mała Stacja Treblinki”? Czy też kulka jeszcze w getcie? A może udało mi się dotrwać do kwietnia 1943 roku i przed śmiercią zdążył kropnąć jakiegoś Szkopa?

Na tym zdjęciu drugim bohaterem jest kubeł na śmieci. Po naszemu, czyli po śląsku, to „hasiok”. Popatrzcie na napis: „ HUTA SILESIA Rybnik”*.

Hasiok solidny, z przesuwnym wiekiem i porządnymi uchwytami. Na pewno wyprodukowany w Rybniku przed wojną, bo jeszcze ma polski napis „HUTA”. Hasiok jako świadek tragedii jednego narodu. Hasiok jako narzędzie pracy, ale i na pewno rzecz, którą się dokładnie sprawdzało w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło pomóc przeżyć następny dzień. Bez względu na to, czy to był suchy kawalątek chleba, czy 20 cm sznurka, czy kąsek hadry**. Śląski hasiok jako przyjaciel Abramka. Czy hasiok przetrwał spalenie getta? Miał na to większe szanse od Abramka.

Kim był autor fotografii?

Radiooperator Willy Georg z Münster urodził się w 1911 r.- zaciągnął się do wojska jako „stary żołnierz”. Był znakomitym fotografem, a podczas służby uzupełniał swoje dochody, robiąc zdjęcia swoim kolegom aparatem Leica. Latem 1941 r., gdy jego oddział stacjonował w Warszawie, fotograf Willy Georg razem z kilkoma kolegami wybrali się z aparatem do getta, by uchwycić życie codzienne.

Georg zużył cztery rolki filmów i rozpoczął piątą, gdy został zatrzymany przez niemiecką żandarmerię. Skonfiskowano jego aparat oraz 5-ty film. Na szczęście nie sprawdzono mu kieszeni, zanim nie został wyprowadzony z getta. Georg opracował cztery pakiety zdjęć i zachował je przez najbliższe pięćdziesiąt lat wraz z innymi obrazami wojennymi. Pod koniec lat 80. spotkał Rafaela Scharfa z Londynu, badacza relacji polsko-żydowskich, któremu dał te zdjęcia, i który opublikował je w 1993 roku w postaci książki- albumu pt. „W warszawskim getcie: Lato 1941”.

Obecnie te fotografie są własnością Imperial War Museum. I tam też jest zdjęcie Abramka, który pamiętnego roku 1941 znalazł się w obiektywie Georga przy hasioku z Rybnika. Niech dusza Abramka będzie związana węzłem życia

*Huta Silesia powstała oficjalnie w 1753 roku. Początkowo funkcjonowała jako typowa huta w Paruszowcu (obecnie dzielnica Rybnika), zajmowała się produkcją blachy oraz tego typu przetwórstwem. Zakład z czasem przechodził z rąk do rąk. Był między innymi własnością Królestwa Pruskiego, znajdował się pod władaniem prywatnych właścicieli, spółek, a po II wojnie światowej znalazł się w rękach państwa polskiego. „Huta Silesia” została zlikwidowana w latach 90. XX w.

** Hadra po śląsku to szmata, gałganek.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Abramek z warszawskiego getta i rybnicki „hasiok” została wyłączona
Maj 7

Cmentarze żydowskie w Rybniku online

Rybniczanie i nie tylko!

Serdecznie zapraszam do internetowego wykładu na żywo o cmentarzach żydowskich✡️ oraz o miejscach pochówków Żydów w Rybniku 10 maja 2020 roku o godz.16.00.
Po serii „Opowieści z Szuflady Małgosi” nagrywanych bez udziału słuchających nadszedł czas na kolejny etap wtajemniczenia, czyli na próbę opowiadania przy udziale internetowej publiczności.
Nie ukrywam, że zainspirował mnie Sławek Pastuszka z Pszczyny i dlatego zdaję sobie sprawę, że łatwo nie będzie, bo poprzeczka jest wysoko 😉
Nie możemy się spotkać na żywo, to spotkajmy się przez ekranami komputerów, czy komórek. W trakcie spotkania dozwolone picie kawy, herbaty, piwa, wina, palenie papierosów czy jedzenie chipsów. Stroje dowolne, czyli piżamy dzienne akceptowane 😉

Wykład będzie na platformie ZOOM.
➡️ link do spotkania: https://us02web.zoom.us/j/85088590422?pwd=UmtRYzNqNFo4K0s3MVNWYjVMRnNwZz09
➡️ ID spotkania: 850 8859 0422
➡️ hasło do spotkania: 026942

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Cmentarze żydowskie w Rybniku online została wyłączona
Kwiecień 26

Kryminalny spacer po Rybniku online

Ten spacer z cyklu „przewodnik znowu czeka w Rybniku” został zaplanowany w lutym. Zresztą tak jak i pozostałe spacery organizowane przez halo! Rybnik. Pandemia wszystko pokrzyżowała i rybniczanie nie spotkają się dziś przy ulicy Sobieskiego, jak to wielokrotnie bywało. I mimo, że na zewnątrz taka cudowna pogoda, to wspólnie nie powędrujemy ulicami miasta. Możecie to zrobić pojedynczo, w maseczkach, z zachowaniem stosownych środków ostrożności. Gdy wrócicie naładowani widokiem zazieleniających się skwerów, będziecie mogli zasiąść do laptopów, czy tabletów by posłuchać o czym bym Wam dziś opowiedziała, gdybyśmy się spotkali.

„Kryminalny spacer po Rybniku online szlakiem przestępstw i afer” podzieliłam na dwie części, gdyż bałam się, że w jednym ogromniastym pliku, może mi tego YT nie załadować. Przyznam, że nie przypuszczałam, że nagranie tych dwóch godzin opowieści będzie aż tak skomplikowane. Dwa tygodnie czytania starych gazet, robienie screenów, wyszukiwanie informacji, by tylko to co chciałam opowiedzieć było w miarę wiarygodne. Zapewne pamiętacie, że nie jestem historykiem, a zwykłym domorosłym pasjonatem dziejów naszego Rybnika z ukierunkowaniem na historię naszych Żydów 😉 Dlatego też w spacerze są dwie afery żydowskie.

Ostatnie dwa dni zgrywania poszczególnych fragmentów nie było dla mnie łatwe. Nie mam studia do montażu filmów, mój laptop ma ograniczone możliwości, a ściągane z sieci oprogramowanie było albo za skomplikowane, albo płatne. Internet chodził jak muł, podstawowe programy i laptop się co chwilę wieszały, ileś razy wywalało mi w luft, to co już zrobiłam, Dwa dni byłam jak osa żądląca każdego, kto się napatoczył w realu, czy w wirtualu. Wczorajszy dzień długo zapamiętam pracując na takiej ogromnej ilości gigabajtów. Czerwone ślepia od wpatrywania się w paski postępu pokazujące „renderowanie” filmów oraz „ładowanie na YT” wyraźnie świadczą o tym, że siedziałam przez ekranem łącznie z 17 godzin. Poniżej widzicie, że program się zawiesił na 62% i tak se wisiał przez parę godzin, więc wsio musiałam rozpocząć od nowa 😉

Dlatego przepraszam, jeśli coś się okaże inne niż byście sobie wyobrażali. Robiłam tak skomplikowany – dla mnie – projekt pierwszy raz. Już mówienie do bezdusznej kamerki komórki zamiast patrzenia na spacerowiczów było jakieś dziwne. Nie widziałam Waszych twarzy, reakcji, nie było Waszych pytań, nie mogłam sobie po swojemu wykorzystać mowy ciała. Ehhhh… Gadałam do tłuczka na mięso 🙂 bo podtrzymywaczka do komórki przyszła za późno.

No dobra – tyle użalania się. Teraz o samym pomyśle. Jak zwykle wybór miejsc i tym samym osób – był mój, czyli subiektywny. Wszystkie omówione wydarzenia i postacie zostały wygrzebane przeze mnie z przedwojennej oraz powojennej prasy. Moim źródłem głównie była Śląska Biblioteka Cyfrowa i chyba ze dwa razy Jagiellońska BC. Gazety, z których korzystałam to przede wszystkim przedwojenne „Sztandar Polski i Gazeta Rybnicka”, „Katolik”, „Polonia”, „7 Groszy”, „Polska Zachodnia”, „Narodowiec”, „Orędownik”, „Śląski Kurier Poranny”, „Nasz Przegląd”, a także „Nowiny” z przełomu lat 50. i 60. XX w. Pamiętajcie, że prasa czasem kłamie, więc może niektóre z tych spraw nie były rzetelnie opisane 😉 Dane dotyczące osób czy wyroków można znaleźć w Internecie, więc myślę, że nie naruszyłam przepisów o ochronie danych.

Dwa poniższe linki zadziałają o godz. 14.30 (przynajmniej mam nadzieję, choć po wczorajszym dniu wszystko się może zdarzyć). Takie bowiem możliwości ustawienia premiery daje YouTube. Gdy już wrócicie z niedzielnego spaceru po mieście, będziecie sobie mogli zasiąść z kubkiem kawy czy herbaty wygodnie w fotelu i posłuchać o kryminalnym Rybniku. Ja już dziś nie zbliżam się do elektronicznych urządzeń, a wracam do przerwanej papierowej wersji przygód Eberhardta Mocka.

Pierwsza część spaceru

Druga część spaceru

Pa! I do zobaczenia w bliżej nieokreślonym terminie przed halo! Rybnik. Trzymajcie się zdrowo!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Kryminalny spacer po Rybniku online została wyłączona
Kwiecień 10

Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann

Dziś Wielki Piątek. Czas korony, kwarantanny, pełnej izolacji, mimo trwającego Pesach i nadchodzącej Wielkanocy. Wyznawcy dwóch wielkich religii muszą podejść do dotychczasowego obchodzenia swoich świąt w zupełnie inny sposób. Gdy wstałam, to pomyślałam, że napiszę o Jerozolimie moimi oczami. Ale to mogłoby zostać niewłaściwie odebrane, bo dla mnie Jerozolima to nie jest miasto chrześcijan, a Żydów i Arabów. Czyli nie wpisałabym się w główny nurt dzisiejszego dnia. Dlatego jednak popiszę neutralnie i opowiem o kolejnej osobie ze zdjęcia ➡ „Pięknych i młodych”. By jednak choć ciut nawiązać do miejsca, gdzie dziś nie odbędzie się kolejna droga krzyżowa, wybrałam dziewczynę, która w Jerozolimie mieszkała przez większość swego życia i tam zmarła.

Ilse Glücksmann, czyli dziewczyna o przepięknych włosach.

To jej zawdzięczamy, że tyle zdjęć z Rybnika przetrwało z opisami. To ona pielęgnowała pamięć o swoich rodzicach, wujkach, ciociach ze Śląska.

Ilse urodziła się w naszym mieście w 1906 r. Była młodszą siostrą Alfreda, od którego zaczęła się moja znajomość z Miriam (córką Alfreda i bratanicą Ilse). To dzięki Miriam mogę Wam pokazać tyle niezwykłych fotografii przedstawiających nasze miasto z lat 20-tych XX w. O Alfredzie pisałam jakiś czas temu ➡ Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku. Właśnie przez ten wpis odnalazła mnie Miriam i tak zaczęłam projekt polegający na opowiedzeniu o 12 nastolatkach sfotografowanych w 1921 w Rybniku. Ilse, jako jedna z postaci na zdjęciu, na odwrocie opisała te osoby, których imiona i nazwiska pamiętała. Sama stoi pomiędzy ➡ „Nieznajomą” a swoim bratem, który jak pamiętacie dzięki temu, że uzyskał stypendium w Cambridge z Niemca stał się Brytyjczykiem.

Ilse i Alfred byli dziećmi Selmy i Adolfa Glücksmannów. Patrząc na poniższe zdjęcie przedstawiające rodzeństwo, pierwsza myśl jaka mnie naszła to „Jakież ona miała przepiękne włosy!”. Trzy lata starszy Alfred z grzywką ciachniętą na skos i wielkimi uszami i siostra elegantka. Mamusia do fotografa ubrała najpiękniej jak mogła. Ta kokarda! Te loki! Łatwo przy rozczesywaniu nie było 🙂

Ojciec prowadził sklep w Rybniku przy Breitestrasse. Rodzinie się dobrze powodziło. Wywczasy w Kudowie – modnej wtedy i teraz. I popatrzcie ponownie na włosy dzisiejszej bohaterki. Dziewczynka na tym zdjęciu, zrobionym 23 lipca 1911 roku, ma 5 lat. Znowu mała paniusia. Torebeczka, paradny fartuszek, koraliki, w ręku chyba kapeluszTante Jenny, przy której stoi. Ciotka Jenny była siostrą mamy. Obok cioci kuzyn Ernst. Brat Ilse – Alfred kucający z drugiej strony zdjęcia, ubrany na biało z marynarskim kołnierzem, coś pije. Mama Selma stoi gdzieś z tyłu równie odwalona. W końcu byli „u wód”, czy też im Spa.

W Rybniku młodzi Glücksmannowie chodzili do szkół. Alfred do tej przy ulicy Cmentarnej, a gdzie Ilse? Na pewno to nie jest ten budynek przy starym kościele. Może ktoś z rybniczan rozpozna, przed którą szkołą ustawiły się dziewczynki wraz z nauczycielką panną Irmą Schwarzer. Ilse dość skrupulatnie opisała koleżanki, no i Lehrerin Irmę. Ilse ma loki już albo ścięte, albo upięte z tyłu. Jakaś lekko naburmuszona. Nie dziwię się. Też szkoły nie znosiłam. Zresztą nie tylko Ilse na fotografii jest nie w sosie. Nauczycielka również nadąsana. Na tej fotografii są też ➡ Ilse Silbiger, ➡ Thea Priester, ➡ Lore Priester, o których już pisałam. Przyjaciółki. Niestety z opisu nie wynika dokładnie, która jest która, ale co do nadzwyczajnej urody Dorki (Thea) Priester mam pewne podejrzenia, gdyż tylko jedna z dziewcząt ma „to coś”, co miała Thea.

Dla równowagi dam też zdjęcia brata przed jego szkołą, którą na pewno rybniczanie rozpoznają. Alfred stoi jako pierwszy z lewej – mały synek w brelach 🙂

Gdy cała rodzina była w Rybniku miały miejsce dwie ważne uroczystości. Bar micwa Alfreda i bat micwa Ilse, czyli uroczystość religijna związana z wejściem dziewczynki w dorosłość. Otrzymała wówczas przepiękny złoty naszyjnik, który do dziś jest w rękach jej bratanicy. Coś z dawnego żydowskiego Rybnika jest nadal w Anglii i to bardzo mnie cieszy. Tym bardziej, że lazuryt jest bardzo wrażliwym kamieniem.

W drugiej połowie 1922 roku państwo Glucksmannowie wyprowadzili się z polskiego już wtedy miasta do Görlitz. Z tego czasu zachowała się fotografia Ilse ze swoim pupilem przed sklepem ojca. Dziś w tym budynku jest hotel.

Po krótkim pobycie w Görlitz rodzina osiadła w Gliwicach. Z gliwickiej fiszki adresowej wyraźnie widać, że Ilse się szybko usamodzielniła i wyprowadziła z mieszkania rodziców, a po jakimś czasie przeniosła się do Berlina.

Rozpoczęła pracę dla Judische Verlag – wydawnictwa, wówczas kierowanego przez Siegmunda Kaznelsona, prawnika, redaktora i działacza syjonistycznego. Kaznelson, jako przewidujący syjonista już w 1931 założył filię w Palestynie. Sam wyjechał z Niemiec w 1937 r. A co mamy o wyemancypowanej Ilse z tamtych czasów. Ano mamy Ilse tradycyjnie i bardzo skromnie…

Mamy Ilse elegantkę i prawie kokietkę, jak w czasach dzieciństwa.

I mamy Ilse wyemancypowaną biuralistkę 🙂 Te modne buty, strój! Ręka nonszalancko w kieszeni 😉 Kapitalnie zapozowane zdjęcie z pracy, jakie i my teraz sobie często robimy.

W 1933 r. brat Alfred opuszczał Niemcy, nie przypuszczając, że na zawsze. Ilse była jeszcze w Berlinie, a ich rodzice w Gliwicach. Prawdopodobnie już wtedy zaczęła starania o wyjazd ze swojego kraju, który powoli przestawał być jej ojczyzną. Potrzebne do złożenia podania o wyjazd pieniądze, otrzymała od innego uchodźcy, który otrzymał pozwolenie na opuszczenie Rzeszy. Sama, gdy swoimi kanałami zdobyła wizę do Palestyny, też przekazała te 500 funtów kolejnej osobie. W 1936 roku znalazła się w Palestynie. Dość szybko wyszła za mąż, zostając Ilse Walter i równie szybko się rozwiodła. Niestety niewiele wiadomo o jej mężu. Jak pamiętacie z poprzednich moich postów rodzice rodzeństwa zostali wywiezieni z Gleiwitz do obozu zagłady. Im nie udało się wyjechać. Starych i bezużytecznych Żydów żadne państwo nie wpuszczało.
Po raz pierwszy Ilse spotkała się z bratem po 16 latach, czyli w 1949 r. w Anglii. Wtedy też poznała swoją bratową oraz maleńką bratanicę.

Rybniczanka Ilse została strażniczką pamięci o rodzinie. Dwukrotnie (w 1956 i 1985) złożyła „Page of testimony” dla swoich rodziców w Instytucie Yad Vashem. Wtedy, gdy je składała zakładała, iż zginęli w Theresienstadt.  Co zapewne było dla niej maleńkim pocieszeniem i nadzieją, że może zmarli śmiercią naturalną w obozie koncentracyjnym. W owych czasach duża część ocalałych Żydów niemieckich uważała, że ich bliscy ginęli w Theresienstadt, a nie np. w Auschwitz czy Bełżcu.



Właśnie Ilse, nosiła przy sobie w torebce zdjęcia rodziców. Na samo wspomnienie o nich zawsze płakała. U Alfreda było jakby wyparcie i brak rozmowy, a u niej wspominanie. Do końca życia uznawała się za Górnoślązaczkę, choć przez większą część życia mieszkała na terenie dzisiejszego Izraela. Uzupełniała rodzinne drzewo genealogiczne, podpisywała zdjęcia, które wywiozła, składała świadectwa w YV dla dalekich członków rodziny, o których niewiele wiedziała. Po wojnie pracowała dla tej samej instytucji co przed wojną w Palestynie i jeszcze przedtem w Berlinie. Od czasu do czasu bywała w Europie. Krótko przed śmiercią przekazała do Centralnego Archiwum Syjonistycznego wiele dokumentów oraz listów. Zapewne pod powiekami nosiła obraz miasta swojego dzieciństwa i młodości. Zastanawiam się czy wiedziała, że prawie wszyscy jej przyjaciele ze zdjęcia „Piękni i młodzi” zdołali przeżyć wojnę w różnych częściach świata. Zginęli jedynie ci, którzy do 1939 roku zostali w Rybniku, czyli ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta Tulla.

Urodzona w nieokreślonej rybnickiej kamienicy, przy dzisiejszej ulicy Sobieskiego, w marcu 1906 roku Ilse Walter, z domu Glücksmann,  zmarła w 1992 r. w Jerozolimie. Obecnie, jej bratanica Miriam kontynuuje to dzieło i spisuje historię rodziny ze strony taty Alfreda Glücksmanna z Rybnika i mamy Ilse Lasnitzky-Glucksmann z Berlina.

Miriam! Hugs from Rybnik! I hope you will come to Rybnik as you planned. I am sure we will go through it and see each other in my family town. Take care!

Zdrowych Świąt dla wszystkich czytelników. Pamiętajcie, nawet jak jest już na maksa źle, to jest nadzieja. To jeszcze nie jest Golgota, a te święta na pewno będą wspaniałe choćby przez to, że mniej napuszone. I mimo oddalenia bardziej rodzinne.

I coś na koniec związanego z dzisiejszym dniem, czyli Wielkim Piątkiem, Jerozolimą no i koroną, która nas zewsząd otacza. Gdy w ubiegłym roku patrzałam na tłumy klękające w prawosławnej kaplicy Śmierci na Krzyżu w bazylice Grobu Pańskiego, to głównie moją uwagę przyciągał zakonnik, który skrupulatnie wsio psikał jakimś detergentem, mając w duszy tych klęczących i modlących się. Psik, psik, a kysz wirusy, bakterie 😉

Źródła: Yad Vashem, Centralna Biblioteka Judaistyczna oraz archiwum rodzinne Miriam Glucksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann została wyłączona
Kwiecień 6

Gadana „Opowieść z Szuflady” cz.5

Tym razem opowiadam o budynku, ale jak zwykle i o ludziach. Historia o byłym Domu Towarowym na rybnickim Rynku i kupcach, którzy w nim handlowali, czyli o Emilu Pragerze i rodzinie Leschczinerów.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Gadana „Opowieść z Szuflady” cz.5 została wyłączona
Marzec 14

Piękni i młodzi – nieznajoma

Jeden mały kulkowaty gnojek z wypustkami wyglądającymi jak parzydełka, uziemił prawie cały świat w domu. Tym samym spowodował, że ludzie zaczęli odrabiać zaległości. Zgodnie z zaleceniami lepiej poczytać książkę, obejrzeć komedię, czy pograć w brydża niż dobijać się przytłaczającymi wiadomościami. Przed chwilą na Messengera dostałam kolejną wiadomość, jak to należy się modlić, gdyż idzie koniec świata. Zablokowałam następną osobę i zasiadłam do tego, na co dotychczas nie miałam czasu. Maurycy stwierdził, że to mało interesujące dla niego 😉

Jak pamiętacie w ubiegłym roku zabrałam się do opisywanie dwunastu nastolatków ze zdjęcia, które dostałam od pani Miriam Glucksmann – córki urodzonego w Rybniku Alfreda. Wiele osób z fotografii już opisałam, bo potrafiłam znaleźć o nich informacje. Kolejna, niestety, zostanie nieznana, bowiem na odwrocie zdjęcia, ciocia Miriam oznaczyła ją znakiem zapytania.

Na oko dziewczyna ma kilkanaście lat. Jest w tym samym wieku co pozostali. Stoi pomiędzy Fritzem Aronade a Ilse Glücksmann. Przyjmując, iż zdjęcie zostało zrobione w maju 1921 roku, to musiała się urodzić pomiędzy 1903 a maksymalnie 1908 rokiem. Tyle wiem, ile widzę. Śliczna buzia, regularne rysy, ładnie wykrojone usta, gęste włosy zaczesane do tyłu. Lekko się uśmiecha, podnosząc jeden kącik ust – jakby ironiczny uśmieszek. Sukienka chyba plisowana, przewiązany pasek z klamrą. Czyją była córką nie wiem. Jak miała na imię nie wiem. Czy przeżyła wojnę nie wiem.

Przeanalizowałam wiele aktów urodzin dla tych lat. Raczej nie była siostrą Fritza – Berthą, bowiem ta urodziła się w 1900 roku, a na 21 lat ta panna nie wygląda. Poza tym na pewno Ilse Glucksmann by zapamiętała jej imię, skoro Fritza opisała. Sądzę też, że nie należała do rodziny Priesterów, bo panienek z tego roku na fotce jest więcej, więc też w pamięci opisującej by się utrwaliło. Z tego samego powodu nie jest to panna z Silbigerów. Może to zatem Edith Brauer? Córka Izaaka i Fanny z domu Weissler urodzona w 1903 roku? Jeśli byłaby to ona, to należałoby się cieszyć, bowiem Edith, jako Edita Preiss zmarła w 1989 r. w Buenos Aires.

A może to Elsa Karolina Kornblum, urodzona w 1908, córka Martina i Hedwig? Jeśli tak, to powodów do radości by nie było 🙁

Albo jedna z pociech Benno i Julii Lewin? Naprawdę nie wiem. Równie dobrze można uznać, że to ktoś z poza Rybnika, kto znalazł się na uroczystości, przy okazji której ci młodzi ludzie zostali uwiecznieni. Zostanie więc tajemniczą, młodą i piękną „Nieznajomą”.

Tymczasem się trzymajcie w swoich domach. Nie potępiajmy tych, którzy popełnili błędy, bo dzięki nim może nam się to udać! Trzymajmy kciuki za Włochów! To dopiero początek tego Armagedonu, więc jak się nudzicie, to posznupajcie sobie po moich szufladach. Sądzę, że lepiej poczytać o tym co było, niż kombinować co będzie przeglądając kolejne fakenewsy. Ja przechodzę na „Kurnik” i wracam do polskiej wersji scrabble on-line. Jakby co, to gram jako mploszaj.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – nieznajoma została wyłączona
Marzec 7

Hazynhajda

To miejsce darzę ogromnym sentymentem. Wielki park, ofiarowany miastu pod koniec XIX wieku przez żydowskiego przedsiębiorcę, radnego, filantropa – Juliusa Haase (pisałam o nim 5 lat temu tu ➡ Juliusz społecznik). Na cześć darczyńcy nazwany Haasenheide.

Bodajże najstarsza karta przedstawiająca park ma właśnie opis: „Haasenhaide. Gruss aus Rybnik. O.S.”. Widać na niej, jak eleganccy mężczyźni spacerują po świeżo wytyczonych i obsadzonych zielenią alejkach. Na drugim planie wije się droga z Chwałowic do Rybnika, który jest gdzieś tam w oddali.

W czasach niemieckich, ten fragment Rybnika był ulubionym tematem na pocztówkach. Po „Stadtparku” przechadzały się rodziny.

Rybniczanki w długich sukniach kryły się przed słońcem w cieniu wielkich drzew.

Kto wie, może te widokówki sponsorował sam Julius Haase. Ta poniższa, na której widać rok nadania 1904, jest z czasów, gdy jeszcze mieszkał w Rybniku. Przyglądający się z troską roślinom, dwaj mężczyźni, to mogą być urzędnicy miejscy sprawdzający, czy przyjęły się posadzone przy Alejce Haasego dęby Bismarcka.

Po wybudowaniu tarasu widokowego, który jest istniejącym do dziś, przeuroczym elementem małej architektury z początków XIX w., wydawcy uznali, że to się może sprzedać 😉 I chyba sprzedawało, bo aż na trzech pocztówkach przedstawiono „Stadtpark-Terasse”. Park tętnił życiem. Były koncerty, mała restauracyjka, rybniczanie dreptali z miasta do tej zielonej oazy z wielką ochotą.

A jak już tam przydreptali to patrzeli na to, jak pięknie wyglądało nasze miasto od strony Hasenheidy! Widać było żydowski sierociniec, Juliuskrankenhaus, starostwo, budynki przy dzisiejszej Świerklańskiej, Antoniczka. Całe miasto buchało zielenią. Przynajmniej ja tak to widzę 😉

W 1905 roku park został powiększony o parę hektarów, które nabyło miasto. Cztery lata później fundator – Juliusz Haase został honorowym obywatelem miasta Rybnika. Jakiś czas potem zostawił Oberschlesien i przeniósł się do Berlina, gdzie zamieszkał w takim paradnym budynku przy Kaiserallee 209.

No, a potem odszedł w wieku 64 lat. Pochowany został na cmentarzu żydowskim Weissensee. Niestety, gdy tam byłam ponad 2 lata temu, to kwatera, w której spoczął Julius, a następnie jego żona, była zawalona drzewami po przejściu huraganu Ksawery. Wiem, że groby małżonków istnieją, ale ich nie znalazłam. Świat jednak, mam nadzieję, jeszcze się nie kończy, więc kiedyś tam wrócę.

Gdy Rybnik stał się polski parkowi zmieniono nazwę z Hasenheide na Kozie Górki (ewentualnie Kozie Góry). Choć jeszcze w 1924, a nawet w 1925, w prasie robotniczej, gdy informowano o obchodach święta 1 Maja, to używano nazwy oryginalnej. Towarzysze szli w pochodzie na Hasenheide 😉

Obecnie park zwą i Kozie Górki, i Hazynhajda, i Hajda. Tą ostatnią nazwę przyjęła jedna z lepszych restauracji rybnickich, która od wielu lat działa w środku tej zielonej plamy. Stoi tam też tablica informacyjna, która w kilku językach skrótowo przedstawia historię tego miejsca.

Sam Julius jest upamiętniony w parku w dwóch miejscach. Od lat stoi stary obelisk przy Restauracji Hajda. Parę lat temu miałam wielką przyjemność, by pociągnąć za szarfę i odsłonić jego nowy pomnik wraz z prezydentem miasta oraz przedstawicielką dzielnicy Meksyk.

W pobliżu parku, niejako w jego otulinie, przez lata stała ruina dawnego hotelu – domu gościnnego o nazwie „Rondo”. Jeszcze dziś można w internecie natrafić na zdjęcia przedstawiające zarówno środek jak i obejście tego należącego do PKP byczego bloku. Wielki komunistyczny moloch swym zdewastowanym obliczem psuł wizerunek pobliskiej Hazynhajdy.

Ponad 3 lata temu pojawiły się informacje, iż ktoś kupił, ktoś coś zmierza, ktoś chce z tego opuszczonego i zrujnowanego ośrodka zrobić mieszkaniową perełkę. Po jakimś czasie okazało się kto i to już zaczęło dobrze wróżyć. Nie żaden szemrany zewnętrzny deweloper, a dziołcha „stond” – „naszo”. Rudo dziołcha z „pałerem”, jak to mówią. I ta dziołcha to kupiła, wyremontowała, a terozki sprzedowo. Czyli ta dziewczyna to kupiła, wyremontowała i teraz sprzedaje. Ale, zdając sobie sprawę z ważności historii, z potencjału Hazynhajdy, to ta dziewczyna stwierdziła, że należy zajrzeć do „szuflad” z naklejką „Haase”. Z wielką przyjemnością je otwarłam i opowiedziałam co wiedziałam.

Teraz te historie będzie przekazywał miły pan ze zdjęcia, bowiem to on, w imieniu rudej dziołchy, zajmie się sprzedażą. Nie jestem skora do reklamowania prywatnych inicjatyw, ale tą muszę, bo wiem, że Juliusz Haase się ucieszył, że wreszcie otoczenie jego parku wyładniało. On sam inwestował w nieruchomości, lubił piękno, na bank był estetą, więc przylazł do mnie w nocy 😉 i rzekł: Małgosia, schreiben Sie über die Wohnsiedlung „Parkowa”. A czegóż ja nie zrobię dla Julka 😉

Podjechałam pod Osiedle Mieszkaniowe Parkowa. Połaziłam se po Hazynhajdzie, pogadałam z Julkiem w myślach. Doszliśmy do wniosku, że jeszcze ciut za mało zieleni przy budynkach. Obojgu nam by się marzyły pnącza i wiele, wiele kwiatów. Mieliśmy to samo zdanie: jak posadzą tam iglaki, to Julek ich będzie straszyć.

Jednak ostatecznie, gdzieś po 15 minutach, Julek filuternie mrugnął okiem tam gdzieś na wysokościach i powiedział: „Aaaa, napisz”. Szkryfnął podpis i dał przyzwolenie.

No to napisałam. Nie wiem, czy mieszkania są w środku ładne. Nie wiem, czy będzie więcej zieleni. Nie wiem, czy remont był dobrze przeprowadzony i czy drogo, czy też tanio. Ale wiem, że to niesamowite miejsce, że w pobliżu jest kilka hektarów starego, naturalistycznego parku, że zaraz obok jest najlepsza pizza w Rybniku i że Julius Haase będzie czuwać nad tym miejscem. Mazeł tow!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Hazynhajda została wyłączona
Grudzień 8

Piękni i młodzi – Dorothea Priester

Bardzo się spóźniam z opisaniem kolejnej postaci uchwyconej w Rybniku przez tajemniczego fotografa w maju 1921 r. Ostatnimi czasy bardzo mnie absorbuje jeden Salo, który od 1894 r. ma prawo se latać po polach (i nie tylko) w Niewiadomiu.  Cała moja moc i wolne chwile są na niego skierowane. Przyrzeczenie jednak było. Obiecałam, że poznacie losy żydowskich nastolatków, więc dziś Salo idzie do kąta, a ja zabieram się za najważniejszą, według mnie, osobę na fotografii. Najważniejszą, bo to ona na niej króluje i dominuje. Przedstawiam Wam Theę, czyli Dorkę Priester.

Ta piękna i elegancka dziewczyna, zalotnie spoglądająca do przodu, urodziła się jako Dorothea 19 września 1905 roku w rodzinie Salo Priestera i Olgi z domu Leschcziner. W jej żyłach płynęła krew najważniejszych z ważnych. Dziadek ze strony mamy był przez spory okres czasu przewodniczącym gminy i miejskim radnym, jej tata, zarządzaniem gminy zajmował się aż do swej przedwczesnej śmierci w 1926 roku.

Gdy opisywałam jej młodszą siostrę Hertę ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/, to już wspomniałam, iż rodzina Doroty była zamożna, typowo niemiecka i niewątpliwie w trakcie plebiscytu głosowała za pozostaniem Rybnika w państwie niemieckim. Dorota, wraz z Hertą i najmłodszym bratem Erichem, dorastała w miłości, dobrobycie, w małym śląskim miasteczku, uwodząc chłopaków. Coś ta dziołcha w sobie miała. Popatrzcie na nią dobrze. Jest w niej jakaś siła, czar, kokieteria. Była charakterna. Już samo umiejscowienie jej w samym środku grupy wiele mówi. Musiała być zawsze w centrum uwagi.

Dlatego też jej wybrankiem został najprzystojniejszy z przyjaciół – Fritz Aronade. Kto sobie chce przypomnieć jego tragiczne losy to niech kliknie ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-fritz-aronade/

Możecie zapytać, skąd ta moja pewność, iż to była para. A ja Wam odpowiem: bo wiem i już. Wiem, bo mam inne zdjęcie, które ponownie pokazuję. Patrzcie!

I co? Chyba się już ze mną zgadzacie 😉 Tak obejmować się mogą tylko zakochani. Wczoraj, nasza noblistka mówiła o czułości. Tą nieśmiałą czułość pod parasolem widać na tym zdjęciu. Pierwsza młodzieńcza miłość jest bardzo silna, długo się o niej pamięta, ale też jak szybko przychodzi, tak szybko odchodzi. Już tu na Szufladzie kombinowałam, dlaczego tych dwoje nie zostało małżeństwem. Teorie mogą być dwie. Albo Fritz przestał kochać, albo Dorota. Skłaniam się bardziej ku temu, że to Dorka, czy też dla przyjaciół – Thea, znalazła nowy obiekt westchnień. Zanim jednak do tego doszło Fritz obdarowywał swoją ukochaną bukietami z bzów, zabierał na przechadzki po Rybniku, wielbił i adorował. Jeszcze dziewczęce rysy, ale już widać, że będzie z niej zgrabniara 🙂

A Thea brylowała w towarzystwie młodych ludzi, angażowała się w sprawy plebiscytowe i być może, już w tamtym czasie uznała, że starszy jedynie o rok Fritz jest dla niej za smarkaty. Wspomniałam ponownie o plebiscycie. Otóż, po głębokiej analizie postaci z poniższego zdjęcia, doszłam do wniosku, że Thea została uwieczniona wraz z grupą Niemców w trakcie tego, ważnego dla naszego regionu, wydarzenia. Jeśli mam rację, to trzeba przyznać, że dziewczyna nie należała do tych siedzących w kącie, czy też haftujących chusteczki na wyprawę ślubną. Była wyemancypowana.

Fotografia przedstawia barak w pobliżu dworca kolejowego, w którym przybywający na plebiscyt Niemcy otrzymywali karty meldunkowe. Ta pyzata dziewczyna z wielką kokardą, to musi być Thea. Głosowanie w Rybniku Niemcy wygrali, ale miasto i tak przypadło Polsce. Dlaczego ta nitka rodziny Priesterów zdecydowała się u nas pozostać dziś nie stwierdzimy. Zostali, zresztą jak wielu innych niemieckich Żydów, mimo utożsamiania się z kulturą niemiecką. Od lat forsuję teorię, że czuli się oni bardziej rybniczanami niż Niemcami. Dla Fritza Aronade i jego żony, a zarazem siostry Thei, okazało się to zgubne. Otóż właśnie. Zapewne już w czasach polskich młodzieńcza miłość zgasła. Thea, mając 21 lat, poślubiła w 1926 roku, o 7 lat starszego od siebie, Maxa Grauera.

Max pochodził z Goleszowa, którego żydowska społeczność należała do gminy w Skoczowie. Jako przedsiębiorca działał w Międzyrzeczu Górnym i Bielsku, po czym czmychnął na Górny Śląsk. W Rybniku, Max pojawił się w 1922 roku, bowiem wtedy, wraz ze swoim przyszłym „prawie szwagrem” został współwłaścicielem firmy spedycyjnej, przejętej od Siegfrieda Gadiela.

W 1923 r. świadkował na ślubie swego wspólnika w interesach, czyli Salomona Młynarskiego. Obydwaj byli powiązani z rodziną Gadiel, gdyż siostra Maxa Grauera – Erna, wyszła za mąż za syna Siegfrieda Gadiela. Z kolei Salomon Młynarski ożenił się z córką Siegfrieda – Hedwig. I na tym właśnie ślubie bawił się Max. Może wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę z Priesterów. A może zauważył ją w synagodze? A może jego firma dostarczała np. nowe meble do domu Priesterów i tak wybuchło uczucie? Wiem, wiem, znowu mam odlot i za dużo fantazjuję 😉 W sumie nieważne jak doszło do spotkania Doroty z kokardą z Maxem transportowcem. Ważne, że zawarli związek małżeński, na którym świadkował wujek Doroty – Maks Leschcziner oraz Samuel Młynarski. A odstawiony Fritz Aronade, albo ze złości, albo z miłości, po paru latach wziął sobie za żonę młodszą siostrę Doroty – Hertę Tullę.



Państwo Grauerowie prawdopodobnie mieszkali przy ulicy Korfantego. Firma spedycyjna Grauer i Młynarski po jakimś czasie umiejscowiła się przy dzisiejszej ulicy Miejskiej (w okresie międzywojennym Grażyńskiego). Rybniczanom powinnam dodać, iż było to w budynku, w którym do dziś ma siedzibę PTTK. Być może zagmatwam całą historię, ale muszę w tym momencie wspomnieć, iż dzięki sprzedaży tej nieruchomości krótko przed wybuchem wojny, cała rodzina Młynarskich zdołała w czasie wojny wyjechać, na lewych papierach, z Krakowa i pociągiem dotarła do Istambułu, a stamtąd do Palestyny.

Zanim jednak Młynarski sprzedał firmę wraz z budynkami, rozstał się ze wspólnikiem Maxem Grauerem. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Zakładam, że powodem wyjazdu Grauerów była sytuacja polityczna w Europie. Na pewno Dorota z Priesterów, jej mąż Max Grauer oraz urodzony w Rybniku, w 1928 roku, synek Harry byli przed wybuchem wojny na terenie Czechosłowacji. Wynika to z listy pasażerów, którzy 6 lipca 1939 r. wypłynęli na statku Duchess of Atholl z Liverpoolu do Montrealu. Na tej liście znalazłam całą rodzinę. Przypłynęli z Europy do Harwich, dotarli do Liverpoolu i w dalekiej Kanadzie znaleźli nową ojczyznę.

Ucieczka uratowała im życie. Gdyby zostali na terenie Czechosłowacji w Prostejowie, to tak jak siostra Maxa – Erna Gadiel, zapewne zginęliby w Terezinie. Gdyby zostali w Rybniku, być może spotkał by ich taki sam smutny los, jaki spotkał młodszą siostrę Doroty i jej męża Fritza Aronade. Zalotna Thea z kokardą, być może dzięki temu, że jej mąż Max, nie czując przywiązania do Rybnika, potrafił wsio sprzedać i zaczął się przemieszczać w kierunku odległym od nazizmu, ratując synka, żonę i siebie. Na pewno po wojnie Thea i Max szukali wieści o swych bliskich. Niestety, mama Thei zginęła w czasie wojny. Siostra Lore wraz z mężem Fritzem Aronade i córeczką Werą też. Przeżył jedynie brat Erich, który po wojnie wyemigrował do USA. W Teresienstadt w 1942 zginęła siostra Maxa – Erna. Jej córka Edith, została zamordowana w wieku 10 lat w obozie zagłady w Małym Trościeńcu koło Mińska. Wiekowego ojca Maxa spotkał podobny los.

W Kanadzie, jedyny syn Grauerów – Harry, skończył medycynę w 1954 roku i został psychiatrą. Jego obszarem zainteresowań były problemy psychiczne osób starszych. Jak napisano na klepsydrze, ten urodzony w Rybniku syn Thei, zrobił bardzo wiele dla ocalałych z Holokaustu, pracując prawie całe życie w Jewish General Hospital w Montrealu. Wspierał działania „Lekarzy bez granic”. Ponoć kochał swój letni domek we wschodnim Ontario, gdzie namiętnie pływał na kajaku i jeździł na rowerze. Zmarł w ubiegłym roku. Thea Priester dożyła w Kanadzie 98 lat. Zmarła w szpitalu w 2003 roku. Doczekała się 5 wnucząt i 7 prawnuków. Jej mąż Maximilian, rybnicki spedytor rodem z Goleszowa, odszedł z tego świata w 1986 r.
W zasadzie powinnam odszukać potomków, by posłać im zdjęcia Doroty, ale może sami się odezwą, jak już to było parę razy. Mam czas, poczekam 😉
Wszelkie informacje podaję na podstawie stron ancestry.com, geni.com, yairgil.com, dokumentów z AP w Raciborzu oraz starych gazet ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia ze zbiorów Miriam Glucksmann.

Sierpień 31

Piękni i młodzi – Otto Apt

Opisałam już Hertę Priester, Ilse Silbiger i Lorę Priester. Nadszedł czas na pierwszego chłopaka ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Tym sfotografowanym na początku lat dwudziestych, wraz z grupą dwunastu nastolatków, był Otto Apt.

Z nim nie miałam problemów. Od paru lat mniej więcej znałam jego życiorys. Otto jest mi bardzo bliski, gdyż miał w sobie krew Mannebergów, a tą rodzinę traktuję prawie jak swoją. Już tu lata temu opisywałam spotkanie z potomkami Josefa Manneberga, a Josef był wujkiem Otto. To dzięki wnukom Josefa dowiedziałam się o tym chłopaku i znalazłam jego akt urodzenia w raciborskim archiwum. Po raz n-ty muszę tu wychwalić pod niebiosa to przecudowne miejsce, które ilekroć odwiedzam czuję się jak w domu.

Otto Emanuel przyszedł na świat w Rybniku w lipcu 1904 roku. Jego mama Regina pochodziła z zasłużonego dla Rybnika rodu Mannebergów. Tatuś Adolf Apt był kupcem z pobliskiego Raciborza. Rodzice wzięli ślub w naszej synagodze w 1895 roku. Otto nie był ich pierworodnym synem. Miał o 7 lat starszego brata Franza, czyli po naszemu Franciszka. Franz nie przyszedł na świat w moim mieście, a w odległym Oberplanitz w okolicach Zwickau. Dlaczego Reginę i Adolfa wywiało aż tak daleko dziś trudno ustalić. Co spowodowało, że małżonkowie wrócili na Śląsk to mogę się domyśleć na podstawie plotek rodzinnych. Brat Reginy – Josef Manneberg, bohater wielu moich opowieści, był opoką dla całej swej rodziny. I podejrzewam, że to on pomógł Aptom na rozwinięcie interesu i starał się zabezpieczyć siostrę jak tylko mógł. Ponoć, powtarzam ponoć, Adolf był takim powiedzmy utracjuszem. A Josef był pragmatykiem, biznesmenem, dbającym o każdego członka rodziny. O siostrę też. Tak więc imaginuję sobie, iż gdy Aptowie nie za dobrze radzili sobie w dalekim Zwickau, to zaoferował im pomoc. No i wrócili do Rybnika. Tu urodził się Otto. Potem przyszła Wielka Wojna. Josef walczył za cesarza, a jego siostra Regina, jak i żona Josefa walczyły, by utrzymać rodziny. Nie wiem, czy Adolf Apt (utracjusz) był żołnierzem. Nie chcę go oceniać. Dokumenty wskazują iż zmarł w grudniu 1918 roku w wieku 50 lat. Czy w wyniku ran? Czy może zwykły zawał? Minęło ponad 100 lat, więc nie ma to znaczenia.

Regina została wdową z dwoma synami.  Bohater tego postu miał 14 lat. Za młody na utratę ojca. Czy miał buntowniczy charakter? Czy akceptował silne rządy stryja Josefa? Gdy tak patrzę na jego buzię, to wyobrażam sobie chachara i zadziorę. Pamiętajcie, że „Szuflada” to moje własne myśli, wyobrażenia i fantazje, więc nie bierzecie wszystkiego jako pewnik (za wyjątkiem dokumentów i ścisłych faktów). Ale sami pomyślcie: czternastolatek traci tatę, wujek o silnym charakterze i finansowych możliwościach decyduje o wszystkim. Bunt? Jasne, że bunt. W dodatku dookoła śląskie zamieszania, czyli powstania, plebiscyt i wojna domowa o zachowanie tej części Śląska w Niemczech. Pamiętajmy, nasi Żydzi byli Niemcami, więc jakaś tam Polska była dla nich obca i wroga. Mama Regina, jako wdowa nie ma wyjścia. Musi trzymać się blisko brata, który postanawia zostać po plebiscycie w tym nowym kraju. Jej starszy syn Franz (brat Otto) może był bardziej spolegliwy i też zostaje. Otto ma w dupie coś co jest obce. Buntuje się. Uczy  się w Katowicach, potem chyba przebywa w Opolu, które zostają w państwie niemieckim. Mogę sobie wyobrazić te awantury rodzinne, te „haje”, te argumenty matki oraz fochy i opór młodego syna. Wyjeżdża do Drezna. Zanim jednak to nastąpiło fotografuje się z przyjaciółmi w Rybniku.

Nie wiem czym zajmował się w Dreźnie, ale wiem, że tam się ożenił z Deborą z domu Sussmann. W tym przepięknym mieście przyszedł na świat w 1931 r. ich syn Wolfgang. W międzyczasie w Rybniku nadal mieszkała jego matka Regina i brat, któremu spolszczono imię, bo tu była już Polska. Zarówno Regina Apt, jak i jej starszy syn Franz, prowadzili sklepy przy dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich, wówczas Piłsudskiego 12. Franz też założył rodzinę i jeszcze przed Otto został ojcem Ilse. Na poniższym wykazie widzicie oprócz Aptów Fryca Aronade – to on będzie kolejnym, którego muszę opisać i to bardzo szybko 🙂

Akt zawarcia małżeństwa przez Franza, czyli Franciszka Apta. Świadkiem był wuj – Josef Manneberg.

Niemieckie Dresden szybciej stało się niebezpieczne dla Żydów niż polski Rybnik. Otto, Debora i mały Wolfgang zdołali wyjechać z Niemiec. Nie znam okoliczności w jakich to nastąpiło, ale ostatecznie dostali „Reisepassy” z byczą pieczątką „J”, czyli „Jude”. I dotarli, zapewne po wielu perypetiach do Ameryki Południowej, a ściślej do Boliwii. Było to najprawdopodobniej w 1937 r. Mam pewne podejrzenia, że nie docierali tam razem.

Zanim w Europie rozpętało się piekło II wojny, do Ameryki Południowej zdołał wyjechać z Rybnika Franz Apt z żoną i jedenastoletnią Ilse oraz mamą – Reginą Apt z domu Manneberg. Regina miała wówczas 69 lat. W inny koniec świata, tj. do Palestyny udawał się brat Reginy, zarazem wujek Aptów – Josef Manneberg. Jestem przekonana, że podróż rybnickiej linii Aptów i całej swojej rodziny Mannebergów sfinansował Josef. Choć spisany przez niego w 1946 roku testament pokazuje, iż to on był winien swoim siostrzeńcom małe kwoty pieniędzy. Może z tytułu spłat za nieruchomości sprzedane w Rybniku? Kto wie. Nie pokazuję całej ostatniej woli Josefa, a jedynie istotne fragmenty (ze strony
https://www.manneberg-saga.com/en/ )

Myślę, że nie było łatwo niemieckim Żydom zaadoptować się do południowoamerykańskich warunków. Po wojnie, gdy dotarły do nich informacje o tym co źli ludzie zrobili Żydom w Europie, wiedzieli, że decyzja o sprzedaży wszystkiego i wyjeździe na drugi koniec świata była właściwa.

Otto zmarł w La Paz szybko. Stało się to w 1960 r., gdy miał 56 lat. Zanim to się odszedł, jego syn dr Wolfgang Apt założył w 1958 r. firmę prawniczą. Na pewno był dumny. Firma istnieje do dziś i nadal jest prowadzona przez potomków Otto! Nazywa się „Estudio Jurídico APT Soc. Civ. – APT Law Firm”.
https://www.legalapt.com/en/home-2-2/

A teraz popatrzcie i porównajcie młodego buntownika i dojrzałego już pana. Jako młodzik z bujną czupryną – zadziorny, jako starszy człowiek z łysiną – smutny. Może chory był? A może cały czas tęsknił za Europą? Zdjęcie pokazuje uroczystość rodzinną pod koniec lat 50-tych XX wieku.

Żona Otto zmarła 10 lat po nim. Zaś ich syn, zasłużony dla Boliwii prawnik i działacz, zmarł niedawno – w 2014 roku, mając 83 lata. Już po zjednoczeniu Niemiec Wolfgang odwiedzał swe rodzinne Drezno. Raczej wątpię, by pojechał dalej na wschód do miejsca urodzenia ojca, bądź dziadków.
Otto pochowany został na cmentarzu żydowskim w Cochabamba w Boliwii.
Co się stało z jego starszym bratem Franzem i jego rodziną? Zamieszkali w Brazylii. Franz Apt, przedwojenny rybnicki kupiec, został pochowany na cmentarzu w Butanta, które jest częścią Sao Paulo. Franz zmarł w 1978 r. Jego urodzona w Rybniku córka Ilse przeszła na drugą stronę w 2000 r. Spoczęła na tym samym cmentarzu. Nie wiem, gdzie jest pochowana mama Otto i Franza, czyli Regina Apt z rodu Mannebergów. Zdjęcie Franza Apta i jego córki Ilse znalazł dla mnie, jak zwykle niezastąpiony, Sławek Pastuszka. Bez niego Szuflada byłaby o wiele uboższa 🙂

I teraz clou całej historii o Otto. Otóż parę tygodni temu zawzięłam się i znalazłam potomków Otto, choć google w 99% przypadków prowadził do stron, gdzie słowo „Apt” było skrótem od „Apartament”. Koszmar 😉   Napisałam w końcu przez JewishGen do admina drzewa rodzinnego, gdzie znalazłam Otto. Nie był to strzał w dziesiątkę. Wiadomym jest nie od dziś, że największą potęgą jest Facebook, więc zawzięłam się na fejsa. Apt to nie jest zbyt egzotyczne nazwisko, więc sporo ludzi miałam do przejrzenia. W końcu po przeanalizowaniu dziesiątek osób trafiłam właściwie. Byłam na mur przekonana, że znalazłam prawnuczkę Otto. Nota bene przepiękną kobietę. Wiedziałam, że moja wiadomość trafi do spamu, ale uzbroiłam się w cierpliwość. Po ponad 2 tygodniach przyszła odpowiedź!

I dzięki prawnuczce Otto, zarazem wnuczce Wolfganga, po jakimś czasie dostałam 3 kilkugodzinne filmy, nagarne w 1998 roku, na których syn Otto – Wofgang opowiada swoją historię. No… niestety po hiszpańsku. Czyli amen w pacierzu dla mnie. Ale znowu się zawzięłam i je całe przejrzałam. Wiem, że mówił o swoim ojcu, o Rybniku, o Śląsku, plebiscycie, III powstaniu śląskim. Oczywiście znał to z relacji Otto, bo sam w końcu urodził się w 1931 w Dreźnie. Pokazywał jakieś dokumenty rodzinne, o których opowiadał. Cudo, ale po hiszpańsku. Może kiedyś ktoś mi te fragmenty filmów przetłumaczy.

Na razie kończę, bo powinnam się zabierać do spisywania kolejnej historii, tym razem Fryderyka Aronade, gdyż zbliża się 80-ta rocznica jego śmierci. Z tego miejsca pragnę podziękować prawnuczce Otto Apta i jej rodzinie za pomoc i przesłanie filmów. To z nich zrobiłam kilka screenów, które umieściłam powyżej. Dzięki Internetowi Boliwia jest w zasięgu ręki 😉 Bardzo się cieszę, że potomkowie Reginy Manneberg, czyli wnuki i prawnuki jej synów Otto i Franza Aptów mieszkają gdzieś w dalekim świecie, bowiem południowoamerykańskie państwa dały im schronienie wiele lat temu. Plany tego, który wywołał 80 lat temu straszą wojnę, jednak się nie udały!

Źródła, z których korzystałam to: Archiwum rodzinne rodziny Apt, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, strona o Mannebergach, czyli manneberg-saga.com,  jewishgen.com, legalapt.com.

Sierpień 15

Spacer szlakiem reklam

Mądrzy ludzie napisali, iż reklama to informacja połączona z komunikatem perswazyjnym. W sierpniową niedzielę w końcu udało mi się poprowadzić rybniczan szlakiem dawnych reklam. Niestety, starych napisów, czy szyldów reklamowych w Rybniku już prawie nie mamy. Całą, ponad dwuipółgodzinną, przechadzkę oparłam o dawne ogłoszenia prasowe, pocztówki i zdjęcia.

Dla tych, którzy nie mogli w niedzielę być na spacerze zrobię na Szufladzie mały skrót tego, o czym opowiadałam. Nie opiszę wszystkich, o których mówiłam, a jedynie trzy firmy, które według mnie zasługują na podium. Za największego mistrza dawnego marketingu uznałam przedwojennego kupca – Czesława Beygę. Od lat dwudziestych prowadził przy ul.Sobieskiego 20 ogromny dom towarowy, który kupił od Noah Leschczinera. Spójrzcie na różnorodność jego reklam.

Beyga stosował wszystko co należało, by utrwalić swoją markę i przyciągnąć klientelę. Reklamy prasowe w każdej z możliwych górnośląskich gazet i czasopism (nawet w prasie niemieckiej, choć był zagorzałym Polakiem), sponsorowane artykuły, pokazy mody w kawiarenkach, pokazy prania Persilem (!), sponsoring, czyli fundowanie różnorakich nagród, nowoczesne witryny sklepowe, reklamy neonowe, własne logo. Jego markę i nazwę firmy zachował nawet komisaryczny zarządca niemiecki Hermann Reisewitz w czasie okupacji. Tego wyśmienitego kupca hitlerowcy wsadzili do więzienia, po zwolnieniu musiał się ukrywać. Po wojnie wrócił do zawodu. Ode mnie ma złoty medal.

Na drugim miejscu postawiłabym rodzinę Leschczinerów, od której Czesław Beyga, na początku lat dwudziestych, kupił dom handlowy przy Sobieskiego 20. To właśnie Noah Leschcziner był prekursorem sprzedaży nie tylko na parterze, ale i na piętrze. To on otworzył pierwszy wielkopowierzchniowy sklep i to on pokazał, że okna wystawowe są wizytówką firmy. No i to on wymalował na ścianie swej kamienicy byczą reklamę „outdoorową”. Znał wartość karty pocztowej jako nośnika reklamy. Mało która kamienica rybnicka ma tyle pocztówek, które zapewne zamawiał Noah.

Jeszcze handlując na Sobieskiego, w 1914 r. nabył dom towarowy na Rynku od Emila Pragera. Początkowo miał go syn Alfred. Po jego śmierci w czasie I wojny, interesy wraz z Noah prowadził najmłodszy Max. Leschczinerowie, mimo że ich nazwisko samo w sobie było marką i reklamą, to zachowali nazwę firmy, którą kupili: „Emil Prager”. Dopisali jedynie słowo: „Następcy”. Wiedzieli, że rybniczanie byli przyzwyczajeni do miejsca i nazwy, więc mimo iż Emil Prager handlował już w odległym Berlinie, to jego imię i nazwisko nadal widniało na dużym, dwupiętrowym „Kaufhausie”, przed który podjeżdżały dorożki z modnisiami.

Elegantki podjeżdżały zresztą też pod sklep przy Sobieskiego – jak widać na pocztówce były to zmotoryzowane rybniczanki 🙂 Kobiety, co wiem z przedwojennej prasy, uwielbiały kupować u Leschczinerów, gdyż sprowadzali do Rybnika wszystko co było wówczas na topie.

Żydowska rodzina Leschczinerów i katolik Beyga na pewno ze sobą konkurowali i prześcigali się w reklamowaniu swoich towarów.

Jak widać z powyższych anonsów, Leschcziner prowadził swój geszeft od 1881 r. Gdy kupił firmę Pragera wykorzystywał fakt, iż Pragerowie mieli w Rybniku interesy od 1822 r. Lepiej brzmiało i gwarantowało tradycję, solidność i trwałość, zarówno dla klientów jak i kontrahentów. Leschcziner wiedział też, że mężczyźni zazwyczaj nie lubią zakupów i raczej na piętro nie pójdą szukać odpowiedniego krawata czy guzików „ku manszetom” . Stąd też konfekcję męską sprzedawał na parterze. Znał kobiety i wiedział, że to one przelecą jak wicher przez parter, wejdą na piętro, kupią co tylko im się spodoba a na dole obejdą wsio jeszcze raz wszystko i sprawią prezent małżonkowi. Tak jak Beyga, organizował pokazy mody, loterie, dawał upusty, promocje. Sponsoring też mu nie był obcy. Przy zakupach powyżej 25 zł nagradzał klientów bezpłatną fotografią wielkości „kabinetowej w artystycznym wykonaniu”. Artystą, któremu za to płacił był Otto Liebeck.

Firma miała swoje własne fikuśne wieszaki oraz eleganckie logo nad wejściem do domu towarowego. Reklamy bombardowały klientów ogromną ilością informacji. Rynek to miejsce prestiżowe, więc trzeba było 😉

Nazwę – żydowskie nazwisko – zachowano i w czasie okupacji. Tak jak w przypadku Czesława Beygi, komisaryczny zarządca reklamował się jako „Kaufhaus Emil Prager Nachfl.”, choć prawowitych następców już wówczas w Rybniku nie było. Poniższe ogłoszenia są z drugiej połowy 1940 r. Noah wówczas nie żył, a Max starał się na lewych papierach wyjechać z Krakowa za granicę.

Leschczinerom przyznaję srebrny medal. W genach mieli handel. Nie tylko synowie, ale i córka Noah, jego siostrzeniec wiedzieli jak wydobyć kasę z rybnickich portfeli.

Ostatnie miejsce na podium to rodzina Aronade. Przygotowując się do spaceru przejrzałam setki starych gazet. Nie jestem marketingowcem, więc oceniałam naszych ówczesnych biznesmenów jako potencjalny ich klient. Może gdyby ktoś inny wziął stare reklamy na tapetę, to przyznałby pierwsze miejsca powiedzmy browarowi Mullera, czy Hermannowi Sladky. Ja brąz daję Aronadym, którzy prowadzili swoje różne interesy na rogu Rynku i Zamkowej. Ilość posiadanych kamienic dawała im potencjał. Mnogość reklam jest porównywalna z tymi, które publikowały dwie powyższe firmy. Trafiały do tych, którzy mówili po polsku i do niemieckojęzycznych. Taki zresztą był personel sklepowy (firma zatrudniała też ekspedientów Polaków nawet, gdy byliśmy jeszcze w państwie niemieckim).

Szyld nad sklepem był prosty: „J.Aronade”. Założycielem geszeftu był bowiem Jonas, który mimo, że zmarł w 1901 r., to nadal widniał w nazwie firmy. Interesami zajęli się jego synowie Alfred oraz Adolf. Adolf w latach dwudziestych sprzedał swoją kamienicę i wyjechał do Berlina. Na rybnickich włościach został Alfred oraz jego syn Fryderyk.

Na spacerze przytoczyłam pewną anegdotę, czy też raczej słowa jednej wiekowej, już nie żyjącej, rybniczanki. Otóż lata temu rozmawiałam z pewną panią (wtedy miała ponad 90 lat) i pytałam ją czy pamięta rybnickich Żydów. Zaczęła opowiadać i w pewnym momencie powiedziała tak: „Pani, jo chodziła przed wojnom, z mamom do Aronadych bo maszkety. Pani, łon – tyn młody Aronade stoł przed sklepem i nawoływoł: Komm her, komm zu uns. Neue Ware! Pani, a jaki łon był gryfny! Jaki szykowny!” Oczy starszej kobiety tak pięknie się zaświeciły, gdy przypomniała sobie młodego Fritza, czyli Fryderyka. Od ubiegłego roku, odkąd mam skan zdjęcia 12 młodych przyjaciół, wiem, że starsza pani „miała recht” 😉 Fryderyk był fest gryfny. On czeka na otwarcie swojej szuflady.

Firma J.Aronade była świadkiem parady wojsk Wehrmachtu 1 września, potem też zastała przejęta przez komisarza niemieckiego i zachowała swą nazwę aż do 1943 r.

Mam jeszcze 2 wyróżnienia. Pierwsze dla Teofila Rospenka z rogu Sobieskiego i Łony. Głównie za „Mydło na parchy, które nie przeszkadza w zatrudnieniu” 😉 No i za wędzone heringi 🙂

Drugie zaś dla, działającej od 1790r., firmy Sobtzik (później Sobczyk), produkującej słodycze i świece. Została upaństwowiona w 1947 r.

Na koniec ogłoszenie, które każdego z nas – niestety – dotyczy. Sygnaturę na nagrobku, czyli bardzo trwałą formę reklamy, znalazłam na cmentarzu żydowskim w Pyskowicach. Franciszek Botór był wielce skuteczny, skoro w dość odległym jak na tamte czasy mieście, ktoś zamówił u niego kamieniarskie dzieło.

Wszystkie reklamy pochodzą ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia to „Zapomniany Rybnik”, Allegro, od znajomych z daleka, z albumu Chóru Seraf. Jak zwykle coś tam popisałam po śląsku, ale to se wygooglujcie 😉