Październik 2

Rybnicka synagoga cz.1

W październiku mija 80 lat od zniszczenia rybnickiej synagogi. Którego dnia dokładnie to było, niestety dziś nie stwierdzimy. W sieci jest wiele sprzecznych informacji, podających różne daty spalenia, czy też zniszczenia synagogi. Od lat podaję październik 1939 r., jako najbardziej prawdopodobny miesiąc i rok, bowiem tak zeznała w lipcu 1947 r. Joanna Zajdeman-Gabowicz (przed wojną Johanna Seidemann) – rybnicka Żydówka, która do  maja 1940 r. mieszkała w Rybniku. Jej świadectwo tego co stało się z synagogą oraz starym cmentarzem żydowskim znajduje się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Tak więc data podawana przez Wikipedię (spalenie synagogi na pocz. 1940 r.), czy inne, kopiujące ją źródła, jest raczej błędna. Poniżej fragment zeznania Joanny.

Zanim jednak doszło do tego, że z centrum miasta „wymazano” to ważne miejsce, przez ponad 90 lat biedni i bogaci, miejscowi i przyjezdni, ważni i mało znaczący dla miasta Żydzi tu słuchali rabinów, kantorów, tu zawierali małżeństwa, tu czytali Torę. Pierwsza rybnicka synagoga, drewniana, stała przy ówczesnej Ratiborerstrasse – mniej więcej przed obecnym skrzyżowaniem ulicy Raciborskiej z ulicą Curie-Skłodowskiej. Jak wiele drewnianych budynków w tamtych czasach ponoć spłonęła.
W tym czasie liczba Żydów w mieście stale rosła. Tym samym uznano, iż należy wybudować nową, murowaną synagogę. Cmentarz istniał już od 1814 r., brakowało domu zgromadzenia (bejt kneset). U zbiegu ówczesnych ulic Zamkowej oraz Gimnazjalnej (dziś róg Zamkowej i Chrobrego) rozpoczęto wznoszenie nowego budynku. Na początku czerwca 1848 r. rybniczanie byli świadkami wielce podniosłej i radosnej uroczystości otwarcia nowej synagogi.

Nadal, mieszkańcy opłakiwali ofiary epidemii tyfusu, która nawiedziła te tereny, ale jak to napisano w „Allgemeine Zeitung des Judenthums” (nr 29 z 1848 r.) po ponad 5 latach od wmurowania kamienia węgielnego wreszcie nadszedł dzień radości i dziękczynienia i wszyscy mogli się zjednoczyć, by uczestniczyć w konsekracji świątyni. Ktoś, w prywatnej korespondencji dla tego czasopisma donosił iż: „I wtedy to, gdy nasi chrześcijańscy bracia czując w piersi wiosenne tchnienie jednoczącej ludzi teraźniejszości wyszli nam naprzeciw ze słodkimi darami serca i biorąc udział w uroczystości okazali nam swą miłość”*. Piękne słowa, nie uważacie? Korespondent, którym był zapewne rybnicki Żyd, podawał dalej: „Z radością sprowadzono kwiaty, dywany, doniczki i inne dekoracje, aby jak najpiękniej ozdobić nową świątynię, przy czym każdy prześcigał się w usługach i poczuciu estetyki. W mieście nie było nikogo, kto wykazałby obojętność wobec uroczystości. Duchowieństwo katolickie i ewangelickie, magistrat miejski i członkowie Rady Miejskiej, wojskowi i miejscowe elity, starosta i urzędnicy sądowi wspólnie dołączyli do grona świętujących, a nieogarniony tłum przesuwał się ze starej do nowej synagogi, wkraczając do niej wzdłuż szpaleru, uczynionego przez członków straży obywatelskiej, aby nie dopuścić do natłoku przy wejściu”*. Patrząc na dzisiejsze czasy i porównując to z połową XIX w., to chyba teraz jesteśmy w Średniowieczu jeśli chodzi o tolerancję, koegzystencję religii i szanowanie się sąsiadów. Nie będę tego zbytnio komentować, bo czytelnicy Szuflady są mądrzy i potrafią sami wyciągać wnioski.

W tamtym czasie w Rybniku urzędował rabin Karfunkel, który należał do konserwatywnego nurtu judaizmu i wyraźnie sprzeciwiał się rozprzestrzeniającym się wówczas reformom. Jego kazanie wygłoszone w starej synagodze (tu należy wnioskować, że jeszcze wtedy istniała) nawoływało do chronienia nowej świątyni przed nurtami i czasami, które nadchodzą. A nadchodziły, choćby wraz z młodym rabinem opolskim doktorem Salomonem Cohnem, który został na rybnicką uroczystość zaproszony i to on wygłosił kazanie w nowej synagodze. Jego słowa nawiązywały do epoki Oświecenia, bowiem dr Cohn powiedział, że: „(…) teraz gdy zostały wyrwane polityczne kamienie graniczne w relacjach międzyludzkich, dawno zamazane granice, które dzieliły Izraelitów od życia nie powinny zostać ponownie odnowione (…)”*. Trwające ponad 1,5 godz. kazanie ponoć wywarło ogromne wrażenie na słuchaczach, w szczególności na chrześcijanach. Było ono o wiele lepsze od przemowy ortodoksyjnego Karfunkla, który mówił nieprzystępnym językiem, co spowodowało, iż wielu oddaliło się zanim rabin dobrnął do końca utyskiwania na nowe. Można wnioskować, iż rybniczanie chcieli iść z duchem czasu, a ortodoksja już im nie odpowiadała. Nie dziwota więc, iż 1848 r. to był ostatni rok posługi rabina Karfunkla w naszym mieście. Wyprowadził się do Tarnowskich Gór, gdzie zmarł i został pochowany na tamtejszym cmentarzu. Gdyby ktoś chciał, to może na jego macewie położyć kamyczek. Bez względu na jego poglądy, to należy mu się podziękowanie, bo to za jego kadencji podjęto inicjatywę o budowie świątyni i za jego czasów ją ukończono.

Ten upalny czerwcowy dzień, na pewno wielu mieszkańców miasta długo pamiętało. W uroczystym pochodzie, na przodzie szły ubrane na biało dziewczyny z wiankami z chabrów, sypiąc na drogę płatki z kwiatów, za nimi niewiasty ze świecami, dalej uczniowie szkoły, potem pod baldachimem duchowieństwo, urzędnicy oraz władze. Za drugim baldachimem szli męscy goście. Zaś za trzecim członkowie gminy. Klucz do synagogi niosła niewiasta, która przekazała go staroście, a ten dokonał uroczystego otwarcia świątyni. To niewątpliwie robiło wrażenie na uczestnikach i obserwatorach.

Synagogę budowano ponad 5 lat, bo nie dość, że brakowało pieniędzy na jej dokończenie i gmina żydowska musiała zaciągnąć pożyczkę w starostwie, to na pewno do przerw w pracach budowlanych przyczyniła się epidemia tyfusu. Budowla nie należała do jakichś wybitnie monumentalnych. Utrzymana była w stylu klasycystycznym, na planie prostokąta i oczywiście orientowana. Fronton zdobiła Gwiazda Dawida. Z przodu był murowany podest, ze schodami po bokach i kutymi balustradami. We wnętrzu był wydzielony babiniec. Aron ha-kodesz ponoć był bogato dekorowany, a polichromia sklepienia, miała imitować granatowe niebo ze złotymi gwiazdkami. Niestety, nie przetrwały żadne zdjęcia pokazujące jej wnętrze, ale coś niecoś pamięta ostatni, nadal żyjący rybnicki Żyd – Jay Kupermann. Był nastolatkiem, gdy wybuchła wojna, więc mogę mu wierzyć. Na poniższej pocztówce przedstawiającej szpital Juliusz oraz jego kaplicę, synagoga jest widoczna w oddali – na prawo od kopuły kaplicy (zachodzi na nią datownik pocztowy). Czasem w internecie można się natknąć na złe informacje, które właśnie tą mauretańską budowlę podają jako synagogę.

Do końca XIX wieku posługę w synagodze pełniło tylko dwóch rabinów – wspomniany Lazarus Karfunkel oraz Daniel Fraenkel, o którym już kiedyś pisałam tu ➡ http://szufladamalgosi.pl/rabin-daniel-fraenkel/

Oczywiście byli też kantorzy, ale o nich nie za dużo wiem. Kantorem w Rybniku na pewno był Isaac Landau, dalej Samuel Albert Gordon (również przeze mnie opisany) ➡ http://szufladamalgosi.pl/z-rybnika-przez-hildesheim-do-bury-st-edmunds/ Nota bene, jego wnuk do mnie napisał parę miesięcy temu,  gdyż znalazł wpis na Szufladzie 🙂 Po Gordonie, od lat 80. XIX w. do początków XX w. kantorem i rzezakiem był Isidor Nathan. Sporą czeladkę dzieci spłodził wtedy w Rybniku 😉

Oprócz głównej synagogi w Rybniku funkcjonowały domy modlitwy. Na pewno jeden z nich, istniał w sierocińcu żydowskim, oddanym do użytku w październiku 1893 r. W różnorakich dokumentach ta odrębna sala w ochronce nazywana była salą modlitewną. Zaś w siedzibie gminy żydowskiej, w której mieszkali rybniccy rabini (przy ówczesnej Bahnhofstrasse 5 – budynek już nie istnieje), też był dom modlitwy, czy też raczej salka modlitw z Torą. Czyli w sumie druga synagoga, położona o rzut beretem od ulicy Zamkowej. Oczywiście najważniejszą rolę spełniała bożnica, którą z taką radością otwierali rybniczanie w połowie XIX w. Sala modlitewna w ochronce z założenia służyła dzieciom, które mieszkały na jej terenie, a dom modlitwy w siedzibie gminy był „awaryjny” na wypadek wielkich mrozów, bowiem główna synagoga nie była ogrzewana.

Nie przetrwały żadne zdjęcia wnętrza synagogi. Jedyny element jaki z niej został ocalony to srebrne świeczniki ufundowane przez Luise Haase, żonę Ferdynanda. Nierozwiązaną zagadką pozostanie kwestia ich uratowania. Jeszcze do nich wrócę, ale na razie jedynie wspomnę, iż można je oglądać na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach.

Do naszej synagogi chodzili Żydzi z Rybnika i przynależnej do naszej gminy okolicy – na statucie gminy żydowskiej były one wymienione.

Członkowie gminy płacili na jej rzecz podatki, z których część przeznaczana była m.in. na utrzymanie synagogi (oświetlenie, strojenie, remonty, wynagrodzenie dla rabina, czy kantora, itp.). W ujednoliconym statucie gminy, podpisanym przez jej reprezentantów w marcu 1855 r., widniał zapis (na tyle na ile skumałam niemiecki gotyk z połowy XIX w.), iż niektórym członkom gminy przysługiwały prywatne miejsca w synagodze. Wiadomo, że za to uiszczało się opłatę.
I tak sobie ta nasza synagoga trwała; modliły się w niej całe pokolenia Pragerów, Haasych, Priesterów, Guttmannów, Friedlanderów, Brauerów, Böhmów, Aronadych, Mannebergów, Königsbergerów, Feldmannów, Rahmerów, Picków, Schäfferów, Müllerów i wielu innych. Tu zawierały śluby rybniczanki, których mężowie pochodzili z innych części Prus, a później Niemiec. Tu mieli bar micwy młodzi chłopcy wkraczający w dorosły świat. Za synagogą dymiły kominy browaru Müllera, przed nią przejeżdżały dorożki zmierzające na rynek, handlarze i handlarki przechodzili obok w drodze na cotygodniowe targi. „Bezrabinacie”, które nastało pod koniec lat 70. XIX w. nie miało wpływu na modlitwy np. szabatowe. Porządek nabożeństw był ustalony i przestrzegany. Rybniccy Żydzi, tak jak pozostali niemieccy Izraelici, byli pod wpływem Haskali, nurtów reformatorskich i postępowych, więc myślę, że w synagodze bywały chóry, a reprezentanci gminy byli pewni, że ortodoksyjnych rabinów już nie chcą.

Pod koniec 1893 roku synagoga gościła wielu ważnych gości. Przy okazji otwierania wspomnianej ochronki zjechała do miasta żydowska (i nie tylko) śmietanka Górnego Śląska (i nie tylko). Raczej jest pewne, że rabini z Katowic (Cohn), Tarnowskich Gór (Löwenthal), Raciborza (Blumenthal), czy Królewskiej Huty (Goldschmidt), którzy odwiedzili Rybnik tego dnia, zawitali i do synagogi.

Przyszedł przełom wieków i Rybnik z przytupem, jako w miarę nowoczesne miasteczko wszedł w XX wiek. Mimo że miasto się rozwijało, było drogowo i kolejowo skomunikowane z resztą Śląska, powstała sieć wodociągowa, centrum zostało skanalizowane, były plany spektakularnej rozbudowy Rybnika, to Żydów ubywało. Wyprowadzali się do większych miast. Nabożeństwa w synagodze nadal odprawiano bez rabina, za to z cudownym (tak myślę) głosem kantora Nathana. Małym wstrząsem dla społeczności żydowskiej było włamanie do świątyni, które miało miejsce późną wiosną 1904 r. Włamanie miało charakter czysto rabunkowy, a za wskazanie bezczelnego złodzieja, który wlazł do przybytku od strony ogrodu Müllera, gmina wyznaczyła nagrodę.

Jeszcze nikt nie przewidywał, że nadejdzie taki czas, który zostanie nazwany Wielką Wojną, której daleką konsekwencją będzie podzielenie tej ziemi między Niemcy a coś, o czym miejscowi – niemieccy Żydzi za bardzo nie słyszeli. Nasi Żydzi, po wielu latach „bezrabinatu”, postanowili, iż w końcu Torę w synagodze winien czytać i głosić kazania nowoczesny, wykształcony i na wskroś zasymilowany oraz liberalny rabin. W rybnickiej Tempel, co jakiś czas, bywał katowicki rabin Cohn i to on prawdopodobnie polecił tutejszej społeczności młodego, acz wielce wykształconego, rabina dr. Dawida Braunschweigera, pracującego w tamtym czasie w prężnym mieście, zwanym wówczas Kattowitz.
Tu wydaje mi się, że mogę przerwać na parę dni opowieść o rybnickiej synagodze, gdyż zbliżający się 1914 rok będzie właściwy dla podzielenia tej historii na dwie części.
Wnet zaczniemy od ślubu i dwóch sarajewskich „pach, pach” (w podbrzusze oraz tchawicę). Stay tuned 😉

*Opis otwarcia synagogi przetłumaczył dla Muzeum w Rybniku dr Gregor Ploch z Muzeum Ziemi Górnośląskiej w Ratingen na potrzeby wystawy o rybnickich Żydach, która miała miejsce w 2012 r. Wybór fragmentów mój.

Wrzesień 8

„Zostałem tam cztery lata”

Przed chwilą skończyłam czytanie nowej książki mojego serdecznego kolegi – Sławka Pastuszki. Jeszcze łzy i ciompy wycieram 😉 Sławek opisał losy naszego wspólnego, tak można by rzec, Żyda. Wspólnego, bo urodził się w „Sławkowej” Pszczynie, a wojnę przeżył w „Małgosinym” Rybniku. Dawid Danieli, czy też przy urodzeniu Dimitr Danielski, to postać, o której już pisałam ponad pięć lat temu ➡ http://szufladamalgosi.pl/opowiesc-z-szuflady-o-jakubie-i-dawidzie/

Urodził się w 1932 r. w Pszczynie z matki Żydówki, pochodzącej z Charkowa, oraz ojca – Ślązaka z Mikołowa. Rodzice na początku 1939 roku przyprowadzili się do Rybnika i stąd wywieziono ich do obozu pracy, a następnie do Auschwitz, gdzie zostali zamordowani. Dawida uratowała rodzina państwa Kapiców, która w czasie wojny też mieszkała w Rybniku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy, którą wykonał Sławek, by dokładnie ustalić losy Dawida. Na szczęście nie napisał pracy naukowej, więc każdy, nawet o nikłej wiedzy historycznej, zrozumie i na pewno wzruszy się, gdy będzie czytał o żydowskim chłopcu, który nagle musiał stać się dorosły. Dla mnie osobiście to bardzo ważna książka.

Znam Dawida, miałam wiele razy okazję z nim rozmawiać, choć nigdy nie spotkaliśmy się osobiście. Miałam przyjemność spotkać wnuczki pani Kapicowej. Byłam w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach, gdy otwierano wystawę o ratujących i ratowanych na Śląsku i łykałam łzy, gdy szef IPN-u wymieniał Dawida.

A teraz jeszcze pozycja książkowa! Przy cytowanych przez Sławka słowach Dawida o wizycie w Polsce wiele lat po wojnie: „Odwiedziłem wtedy cmentarz w Zabrzu, gdzie oddałem hołd przybranej mamie, która dała słowo Żydówce z Charkowa, że zaopiekuje się jej synem. I słowa dotrzymała! Bo w końcu kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”, musiałam sobie zrobić przerwę na kawę i poszukanie chusteczki do nosa. Dziś, nie zdajemy sobie sprawy, jakim bohaterstwem ze strony pani Marty Kapicy i jej rodziny, było dotrzymanie tego słowa w niemieckim Rybniku.

Książka Sławka Pastuszki, której oficjalna promocja będzie pod koniec września 2019 r., powinna się znaleźć w każdej bibliotece rybnickiej oraz w rybnickim muzeum, a o losach Dawida i Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, czyli rodzinie Kapiców, powinni mieć lekcje młodzi ludzie w szkołach średnich. Sławku, bardzo, bardzo Ci dziękuję.
Gdyby ktoś był ciekawy, jeszcze przed kupieniem „”Zostałem tam cztery lata” w opracowaniu Sławka, to może przeczytać, na stronie „Zapomnianego Rybnika” fragmenty wywiadu z Dawidem Danielskim (obecnie Dawidem Danieli) przeprowadzonego wiele lat temu w Izraelu. Wywiad na język polski przetłumaczył i przesłał mi onegdaj Nahum Manor, jeden z ocalałych z „Listy Schindlera” – wieloletni przyjaciel Dawida ➡ http://zapomniany.rybnik.pl/historia-zydowskiego-chlopca-dawida-danielskiego-2/
Osobiście liczę na egzemplarz z autografem autora, a w kalendarzu już sobie wpisuję, że pod koniec września odwiedzę Pszczynę 🙂 Chapeau bas Sławku!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania „Zostałem tam cztery lata” została wyłączona
Wrzesień 4

Piękni i młodzi – Fritz Aronade

Dziś następny z „Pięknych i młodych”, choć nie kolejny z tego zdjęcia. Omijam na razie centralną i najbardziej rzucającą się w oczy postać na fotografii, czyli Theę (Dorotheę) Priester. Co prawda będę o niej pisać, ale nie jej poświęcam ten wpis. Dzisiejszym bohaterem jest Fritz Aronade, przystojny i uśmiechnięty młodzieniec, obejmujący właśnie dziewczynę o imieniu Thea. Jego historia jest długa, smutna i pełna niewyjaśnionych zagadek i dziś według mnie mija 80 lat od jego śmierci. Po raz pierwszy cały wpis podzielę na podrozdziały.

Dzieciństwo i młodzieńcze lata

Fritz, a raczej przy narodzeniu Friedrich Jonas Aronade, przyszedł na świat 5 lipca 1904 roku w Rybniku przy ulicy Schloßstraße. Poniższy akt urodzenia sucho opisuje jego życie od samiuśkiego początku, do ostatecznego końca, co wam później wyjaśnię.

Jego tatą był Aron (Alfred) Aronade, a mamą Betty z domu Cohn. Friedrich urodził się 3 lata po śmierci dziadka Jonasa (zresztą na jego cześć dostał drugie imię) założyciela firmy Aronadych – firmy, która od drugiej połowy XIX w. aż do wybuchu II wojny istniała w Rybniku. Do tej rodziny m.in. należały kamienice przy Rynku i wzdłuż ulicy Zamkowej (od numeru 2 do 6), na tyłach tej ostatniej do dziś jest coś na kształt kuczki. Z okien swoich mieszkań widzieli synagogę i dymiące kominy browaru Müllera.

Fritz, bo tak go zwano, miał jedną starszą o 4 lata siostrę o imieniu Bertha. Pierworodna córeczka Alfreda i Betty – Gertrud, zmarła gdy miała 3 latka. Jak więc widzicie nie była to jakaś wyjątkowo liczna rodzina, choć sam Alfred miał wiele sióstr i braci, ale wszyscy oni wyprowadzili się z Rybnika. Alfred, jako jedyny z dzieci Jonasa, został w naszym mieście po plebiscycie i podziale Śląska i prowadził „Jonas Aronade Kolonialwarengrosshandlung”, czyli „Jonas Aronade Skład kolonialny”. Należał do elity żydowskiej naszego miasta. Był w zarządzie gminy, miał poważną firmę, kamienice, lokale, z wynajmu których czerpał dochód, liczono się z nim w mieście. Młody Fritz dorastał na pewno w luksusowych warunkach. Gdy patrzę na jego twarz wyobrażam sobie żartownisia, duszę towarzystwa, chłopaka, w którym na mur kochały się młode dziewczyny i który był lubiany. W swoich artykule o rybnickich rabinach (był opublikowany w książce „Życie religijne w Rybniku i powiecie rybnickim w XIX i XX w. wydanej przez Muzeum w Rybniku) przytoczyłam słowa Alfreda Aronade, napisane do rabina Artura Rosenthala. Rabin ten urzędował w Rybniku do marca 1920 r. Pozwolę sobie je tu przytoczyć: Z powodu Pańskiego odejścia z Rybnika odczuwam potrzebę, Panu jeszcze raz w ten sposób z całego serca podziękować, że Pan, synowi mojemu Fritzowi, podczas jego nauki w tutejszym gimnazjum udzielał korepetycji z greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego, dzięki czemu mógł on z Pańską pomocą i dzięki Pańskim umiejętnościom dydaktycznym regularnie swoje wyniki polepszać. Pan nie tylko przyswoił mu wymaganą wiedzę, a nawet więcej, udało się Panu dać mu radość z nauki i tym samym dać mu skarb na całe życie, czym dla niego jak i dla nas pozostanie Pan niezapomnianym. Ze szczerym uznaniem Pański – Alfred Aronade.

List, z datą 1 maja 1920 r., znajduje się w zasobach Instytutu Leo Baeck’a w Nowym Jorku, a tłumaczenie dla mnie zrobiła pani Beata Bistram. Fritz nie tylko był przystojny, ale i w miarę dobrze wykształcony. Rodzice dbali o przyszłego następcę i spadkobiercę. Tata Alfred wiedział, że wiedza to ważna sprawa.

Pierwsza miłość

Przeglądając swój stary artykuł o rabinach przypomniało mi się, iż kolejny z rybnickich rabinów Dawid Dagobert Nellhaus, w swoim małym notatniczku (też go można znaleźć na stronie wspomnianego wyżej Instytutu) pod datą 22 maja 1921 r. zanotował, że w tym dniu odbyła się uroczystość 50. urodzin Alfreda Aronade. Być może właśnie wtedy zrobiono zdjęcie moim „pięknym i młodym”? Stroje nastolatków oraz bujne liście na drzewach mogą wskazywać na maj. A zapewne na taki „Geburstag” było zaproszonych wielu ważnych obywateli miasta z rodzinami.
Na zdjęciu, które pokazywałam już wielokrotnie widać, iż Fritz i Thea Priester byli sobie wtedy przeznaczeni. Mowa ciała mówi wiele 🙂 Ta niedbale przerzucona ręka na ramieniu dziewczyny. To muśnięcie jej szyi. Thea jest tu gwiazdą. To z niej bije blask. Kokietka. No popatrzcie i pomyślcie sami…

Moją tezę można by obalić, gdyby nie drugie zdjęcie Fritza i panny Priester. Na nim na 100% widać, że przytulający się pod parasolem młodzi ludzie byli parą. Oboje piękni i młodzi. Oboje szczęśliwi. Oboje zakochani. Te pierwsze zauroczenia młodzieńcze są zawsze silne 😉

Jak już jednak wiecie Thea, czyli Dorothea nie została panią Aronade. Opisując życie pierwszej z lewej dziewczynki – tej w białych rajtach, zdradziłam wam już dlaczego. ➡ http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-herta-tulla-priester/ Oczywiście to moja teoria i szufladowe fantazje. Tym, którzy nie chcą czytać starego wpisu przypomnę w skrócie, iż za 4 lata od zrobienia zdjęcia, 21-letnia Thea poślubiła, starszego od siebie o 15 lat, goleszowskiego Żyda Maxa Grauera. Czy to Fritz się nie zadeklarował, bo wolał życie kawalera, czy też Thea zakochała się w przybyłym do Rybnika dojrzałym przedsiębiorcy, dziś już nie stwierdzimy. Czy Fritz cierpiał? Kto wie… Może na pocieszenie wtedy ojciec kupił mu motocykl marki Ariel?

Lata trzydzieste

W międzyczasie wydoroślała i wypiękniała siostra Thei – ta od białych rajtów, no i Fryc uznał, że czas na ustatkowanie się. W marcu 1931 roku pod chupą przyrzekł Hercie Priester miłość.

Miał wtedy 27 lat, a jego wybranka 22. Jednym ze świadków na ślubie był wiekowy już dziadek panny młodej – Noah Leschcziner. Fryderyk od jakiegoś czasu już pracował z ojcem, który w 1934 roku prawnie zrobił go współwłaścicielem firmy „Jonas Aronade”.

Młodzi mieszkali w pięknym mieszkaniu przy ulicy Zamkowej 2. Po jakimś czasie urodziła im się córeczka Wera. Co prawda pojawiały się różnorakie problemy biznesowe, typu włamania do składu (choćby przez członków bandy Siwca, czy niejakiego Piechoczka), samobójstwo inkasenta firmowego, grzywny za sprzedaż cyganionej sody, problemy z płatnościami przez odbiorców towarów i najemców, ale życie Fritzowi i Hercie płynęło chyba raczej spokojnie.

Oprócz bycia wspólnikiem swego ojca, Fryderyk był też samodzielnym biznesmenem. Wszystko szło tak jak powinno, za wyjątkiem pogłosek o strasznych rzeczach, jakie dotykały członków rodziny Aronadych, którzy lata temu wybrali za swą ojczyznę Niemcy. Berliński wujek już w 1933 r. został zwolniony z posady dyrektora banku. Ciocia Regina, wraz z całą rodziną musiała wyemigrować ze stolicy Niemiec do Holandii. Tak przy okazji powiem, że nie uratowało jej to przed śmiercią w komorze gazowej Birkenau. Brat taty Adolf Aronade, onegdaj w Rybniku prowadzący na Rynku sklep z porcelaną, musiał się wyprowadzić ze swego berlińskiego mieszkania i stracił pracę. On i jego żona życie zakończyli w obozie koncentracyjnym Theresienstadt ➡ http://szufladamalgosi.pl/doris-aronade-her-story/ Listy od cioci Emmy też były pełne lęku o przyszłość, choć zapewne nie przeczuwała jeszcze, że człowiek ze zbrodniczej organizacji i w czarnym mundurze strzeli do niej nad wielkim rowem gdzieś pod Rygą ➡ http://szufladamalgosi.pl/z-rybnika-do-lasu-bikernieki-czyli-o-emmie-z-rodu-aronadych/ Te wieści na pewno docierały do sielankowego Rybnika, w którym co prawda zdarzały się jakieś wybryki antysemickie, ale były one niczym w porównaniu z tym czego doświadczali krewni w Berlinie.
Młody Aronade był lubiany. Handlował, bo to lubił i był w tym dobry. Córeczka chowała się zdrowo i bawiła z synem polskiego adwokata, który wynajmował w kamienicy Aronadych i mieszkanie i gabinet, przy okazji występując jako ich prawnik w wielu procesach. Na Szufladzie niedawno opisałam słowa jednej wiekowej rybniczanki, która pamiętała Fritza.
Pani, jo chodziła przed wojnom, z mamom do Aronadych bo maszkety. Pani, łon – tyn młody Aronade stoł przed sklepem i nawoływoł: Komm her, komm zu uns. Neue Ware! Pani, a jaki łon był gryfny! Jaki szykowny!”. Oczy tej ponad 90-letniej kobiety błyszczały, gdy opowiadała o młodym Fritzu. Patrząc na niego jako młodego chłopaka, można sobie wyobrazić, jakie z niego było ciacho przed czterdziestką. Byli z Hertą piękną parą.

„Dlaczego pani w tym grzebie”

Doszłam do momentu, który będzie jednym wielkim domysłem i pozostanie ogromną zagadką, której raczej nie rozwiążę, choć w ostatnich dniach poruszyłam wszystkich i wszystko co się dało, by dojść do prawdy. Zwoje mózgowe mi się przegrzewały od analizowania skrawków informacji. Przy okazji wydaje mi się, że zrzuciłam Fritza z piedestału bohatera. Choć…myślę, że jak przeczytacie poniższe słowa uważnie, to sami ocenicie, czy bohaterem jest się gdy ginie się jako żołnierz, czy można nim być nawet, gdy się ginie jako cywil.
Po kolei jednak. Od lat wiem, że Fryderyk Aronade widnieje jako żołnierz, który zginął w obronie Rybnika. Na cmentarzu komunalnym, przy pomniku upamiętniającym tych, którzy polegli we wrześniu 1939 roku, jest tabliczka poświęcona Fritzowi. Jest na niej data urodzenia i śmierci. Co dziwne, on jeden zginął/zmarł w listopadzie 1939 r. Napis informuje, iż było to w Rybniku. Okej, mógł odnieść rany i umrzeć w szpitalu. Mógł. Pozostali polegli mają podane stopnie wojskowe i datę z początków września. Fryderyk nie ma stopnia wojskowego, ani jednostki.

Co ciekawe, na pomniku żołnierzy radzieckich, który jest przy mogile zbiorowej czerwonoarmistów poległych pod koniec wojny w okolicach Rybnika, Fryderyk też jest wymieniony (oczywiście cyrlicą), jako poległy w 1939 roku. Tu należy dodać, iż Rosjan pochowano w tym miejscu po 1947 r., a przedtem tutaj, od początku lat 30-tych, istniał nowy cmentarz żydowski. Zlikwidowano go, gdy grzebano tu ekshumowane szczątki Ruskich. Taki zonk! Fritz jest i u Ruskich i u naszych. Na poniższym zdjęciu przy nazwisku Fritza widać położony przeze mnie kamyk.

Kolejna zagadka, to dopisek zrobiony ołówkiem na akcie urodzenia Fritza. Dokument ten znajduje się w archiwum w Raciborzu. Ktoś dopisał krzyżyk (symbol śmierci) i datę 4.9.1939 oraz słowa: Woschczytz Kreis Pless, czyli Woszczyce powiat Pszczyna. Woszczyce to dziś część Orzesza. Wspominałam na początku, że ten akt opisuje całe jego życie. Początek i koniec.

Ta adnotacja świadczy o tym, że Fritz zginął/zmarł 4 września w Woszczycach, a nie 10 listopada w Rybniku. W okolicy Woszczyc do niewoli dostali się niektórzy żołnierze 75 pułku piechoty, który bronił Rybnika. Wśród nich był, zamordowany 5 września w Nieborowicach, dowódca Jan Kotucz. To przez jakiś czas utwierdzało mnie w fakcie, że mój Fritz był też żołnierzem (w końcu ma tablicę) i zginął w Woszczycach, gdzie byli i nasi obrońcy Rybnika. Nie pasowało mi to, że nie miał stopnia wojskowego, oraz to, że nie wymienił go w swej książce o obronie naszej ziemi historyk pan Jan Delowicz. Przyjmowałam wersję, iż mógł zginąć jako cywil. Jego zwłoki jakoś sprowadzono do Rybnika i pochowano go na cmentarzu żydowskim (tym nowym), a potem gdy robiono w tym miejscu cmentarz dla Ruskich „wciepnięto” go do przysłowiowego jednego wora jako żołnierza września. No bo poległ w tym miesiącu. Od razu zakładałam, że niemiecka adnotacja jest bardziej pewna od daty listopadowej. Niemcy byli skrupulatni, a Ruscy i Poloki to burdeloki. Dla mojego serca bardziej pasowała mi wersja Żyda-żołnierza i bohatera. Rozum jednak coraz częściej mówił, że to mało prawdopodobne.

W ostatnią niedzielę, czyli dokładnie w 80-tą rocznicę wybuchu wojny, udało mi się porozmawiać z panem, który urodził się w kamienicy Aronadych w 1939 r. Pojechałam do młodszego z synów adwokata Emila Motyki, który przy Zamkowej prowadził kancelarię i mieszkał w kamienicy wraz z Fritzem, jego żoną Hertą i małą Werką.

I mi się wsio obaliło i chyba wyjaśniło. Na samym początku rozmowy, pan Bolek na mnie spojrzał z politowaniem i spytał: „Dlaczego pani w tym grzebie?”. Ja na to: „Bo muszę.” A pan Bolek: „Dziewczyno, na co ci to?”. „No mus mam”. „A w cholerę z takim musem”. A potem opowiedział to, co wiedział od swego ojca. Otóż 1 września adwokat i Fritz Aronade, zaraz z rana, umówili się, że będą uciekać na rowerach w stronę Żor. Rodzina adwokata już wcześniej wyjechała. Fritz się wahał. Ponoć płakał. Adwokat go popędzał, ale Fritz nie ruszał. Może już wtedy Wehrmacht paradował pod ich kamienicą. W końcu adwokat pojechał na tym rowerze w stronę Żor. Potem dowiedział się, że Fritz został zabity gdzieś w okolicy Żor. To by się zgadzało, bo Woszczyce to rzut beretem od Żor. Od pana Bolka się dowiedziałam, że na pewno żołnierzem nie był. Na moje pytanie o żonę Hertę i maleńką Werę usłyszałam tylko: „Ha! Wiem tylko co moja mama mówiła: „Ja żałowałam, że przynajmniej Wery nie wzięłam, bo może by…” 🙁 I więcej mama nie dodawała. Sama wiem z innych plotek, że Herta i Wera zostały zadenuncjowane i wojny nie przeżyły. Rozmawialiśmy se z panem Bolkiem ze 2 godziny. Opowiadał jak to jego starszy brat ponoć wymykał się do Werki, bo byli dziećmi i bardzo się lubili. No i że Aronade bardzo bogaci byli. Na odchodnym jeszcze raz mnie zapytał: „Po co dziołcho w tym grzebiesz?” No grzebię, by oddać hołd żydowskim ofiarom z Rybnika. Tylko tyle i aż tyle.

Nurtowała mnie jeszcze data śmierci Fritza. Dzięki uprzejmości pani z USC (bez protekcji się nie obeszło, bo RODO SRODO ;-)) wiem, że Fritz nie zmarł/zginął w Rybniku, gdyż jego aktu zgonu u nas nie ma. Najpewniej było to w tych Woszczycach.
Tak więc reasumując. Tablica upamiętniająca Fryderyka Aronade na pomniku żołnierzy września nie jest właściwa, gdyż nie zginął jako wojak. On nie bronił Rybnika, a uciekał przez hitlerowskim najeźdźcą. Być może znalazł się w miejscu, gdzie byli nasi żołnierze i ich wzięto do niewoli a jego kropnięto, bo był Żydem. A może dostał przypadkową kulką. Może chciał wrócić stamtąd do domu i się nie udało. Na pewno był w tragicznej sytuacji i potwornym stanie ducha drżąc o zostawioną rodzinę oraz o siebie. Niewłaściwa jest data jego śmierci na pomniku. Czy jego tablica powinna tam być wśród innych, nie mnie oceniać. Kiedyś popełniono błąd i zrobiono z niego żołnierza i teraz chyba nie ma sensu tego zmieniać. Prawda jest jednak inna. Fritz był cywilną ofiarą. Takich w mieście było więcej i nie są wymienieni jako obrońcy, jak bohaterski Jan Kotucz.

Niejasne są jeszcze okoliczności zaginięcia jego ojca Alfreda Aronade. Po wojnie, jeden z ocalałych członków dalszej rodziny poszukiwał o nim informacji w prasie polskiej. Podawał wówczas, iż ostatnie wieści od Alfreda były z 1943 roku z dalekiej Rosji. Tak jakby Alfredowi udało się uciec na Wschód, ale nie udało się dotrwać końca wojny. To akurat nie jest dziwne, bo swój wiek miał, a ruski Daleki Wschód to sami wiecie…

Firmę Aronadych w czasie wojny miał w zarządzie komisarycznym volksdojcz. A kamienice przeszły na skarb państwa w 1957 roku.
Dziś mija 80. Rocznica zamordowania Fryderyka Aronade, którego zwłoki prawdopodobnie spoczęły na cmentarzu żydowskim, na którym po wojnie pochowano żołnierzy Armii Czerwonej. Choć nie należy mu się tabliczka żołnierska, to należało mu się upamiętnienie z mojej strony. Córka Wera i żona Herta zostały na pewno spalone w obozie zagłady i im też należy się upamiętnienie. Po Aronadych zostały nam przepiękne kamienice w centrum miasta, kilka dokumentów w archiwum, jakieś anonse w starej prasie i kilka kupionych przeze mnie starych druków.

NIECH DUSZE ICH BĘDĄ ZWIĄZANE W WĘZEŁ ŻYCIA

P.S. A kokietka Thea Priester dobrze wyszła na tym, że nie wyszła za Fritza. Jej udało się wojnę przeżyć. O tym jednak już nie dziś.

Sierpień 31

Piękni i młodzi – Otto Apt

Opisałam już Hertę Priester, Ilse Silbiger i Lorę Priester. Nadszedł czas na pierwszego chłopaka ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Tym sfotografowanym na początku lat dwudziestych, wraz z grupą dwunastu nastolatków, był Otto Apt.

Z nim nie miałam problemów. Od paru lat mniej więcej znałam jego życiorys. Otto jest mi bardzo bliski, gdyż miał w sobie krew Mannebergów, a tą rodzinę traktuję prawie jak swoją. Już tu lata temu opisywałam spotkanie z potomkami Josefa Manneberga, a Josef był wujkiem Otto. To dzięki wnukom Josefa dowiedziałam się o tym chłopaku i znalazłam jego akt urodzenia w raciborskim archiwum. Po raz n-ty muszę tu wychwalić pod niebiosa to przecudowne miejsce, które ilekroć odwiedzam czuję się jak w domu.

Otto Emanuel przyszedł na świat w Rybniku w lipcu 1904 roku. Jego mama Regina pochodziła z zasłużonego dla Rybnika rodu Mannebergów. Tatuś Adolf Apt był kupcem z pobliskiego Raciborza. Rodzice wzięli ślub w naszej synagodze w 1895 roku. Otto nie był ich pierworodnym synem. Miał o 7 lat starszego brata Franza, czyli po naszemu Franciszka. Franz nie przyszedł na świat w moim mieście, a w odległym Oberplanitz w okolicach Zwickau. Dlaczego Reginę i Adolfa wywiało aż tak daleko dziś trudno ustalić. Co spowodowało, że małżonkowie wrócili na Śląsk to mogę się domyśleć na podstawie plotek rodzinnych. Brat Reginy – Josef Manneberg, bohater wielu moich opowieści, był opoką dla całej swej rodziny. I podejrzewam, że to on pomógł Aptom na rozwinięcie interesu i starał się zabezpieczyć siostrę jak tylko mógł. Ponoć, powtarzam ponoć, Adolf był takim powiedzmy utracjuszem. A Josef był pragmatykiem, biznesmenem, dbającym o każdego członka rodziny. O siostrę też. Tak więc imaginuję sobie, iż gdy Aptowie nie za dobrze radzili sobie w dalekim Zwickau, to zaoferował im pomoc. No i wrócili do Rybnika. Tu urodził się Otto. Potem przyszła Wielka Wojna. Josef walczył za cesarza, a jego siostra Regina, jak i żona Josefa walczyły, by utrzymać rodziny. Nie wiem, czy Adolf Apt (utracjusz) był żołnierzem. Nie chcę go oceniać. Dokumenty wskazują iż zmarł w grudniu 1918 roku w wieku 50 lat. Czy w wyniku ran? Czy może zwykły zawał? Minęło ponad 100 lat, więc nie ma to znaczenia.

Regina została wdową z dwoma synami.  Bohater tego postu miał 14 lat. Za młody na utratę ojca. Czy miał buntowniczy charakter? Czy akceptował silne rządy stryja Josefa? Gdy tak patrzę na jego buzię, to wyobrażam sobie chachara i zadziorę. Pamiętajcie, że „Szuflada” to moje własne myśli, wyobrażenia i fantazje, więc nie bierzecie wszystkiego jako pewnik (za wyjątkiem dokumentów i ścisłych faktów). Ale sami pomyślcie: czternastolatek traci tatę, wujek o silnym charakterze i finansowych możliwościach decyduje o wszystkim. Bunt? Jasne, że bunt. W dodatku dookoła śląskie zamieszania, czyli powstania, plebiscyt i wojna domowa o zachowanie tej części Śląska w Niemczech. Pamiętajmy, nasi Żydzi byli Niemcami, więc jakaś tam Polska była dla nich obca i wroga. Mama Regina, jako wdowa nie ma wyjścia. Musi trzymać się blisko brata, który postanawia zostać po plebiscycie w tym nowym kraju. Jej starszy syn Franz (brat Otto) może był bardziej spolegliwy i też zostaje. Otto ma w dupie coś co jest obce. Buntuje się. Uczy  się w Katowicach, potem chyba przebywa w Opolu, które zostają w państwie niemieckim. Mogę sobie wyobrazić te awantury rodzinne, te „haje”, te argumenty matki oraz fochy i opór młodego syna. Wyjeżdża do Drezna. Zanim jednak to nastąpiło fotografuje się z przyjaciółmi w Rybniku.

Nie wiem czym zajmował się w Dreźnie, ale wiem, że tam się ożenił z Deborą z domu Sussmann. W tym przepięknym mieście przyszedł na świat w 1931 r. ich syn Wolfgang. W międzyczasie w Rybniku nadal mieszkała jego matka Regina i brat, któremu spolszczono imię, bo tu była już Polska. Zarówno Regina Apt, jak i jej starszy syn Franz, prowadzili sklepy przy dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich, wówczas Piłsudskiego 12. Franz też założył rodzinę i jeszcze przed Otto został ojcem Ilse. Na poniższym wykazie widzicie oprócz Aptów Fryca Aronade – to on będzie kolejnym, którego muszę opisać i to bardzo szybko 🙂

Akt zawarcia małżeństwa przez Franza, czyli Franciszka Apta. Świadkiem był wuj – Josef Manneberg.

Niemieckie Dresden szybciej stało się niebezpieczne dla Żydów niż polski Rybnik. Otto, Debora i mały Wolfgang zdołali wyjechać z Niemiec. Nie znam okoliczności w jakich to nastąpiło, ale ostatecznie dostali „Reisepassy” z byczą pieczątką „J”, czyli „Jude”. I dotarli, zapewne po wielu perypetiach do Ameryki Południowej, a ściślej do Boliwii. Było to najprawdopodobniej w 1937 r. Mam pewne podejrzenia, że nie docierali tam razem.

Zanim w Europie rozpętało się piekło II wojny, do Ameryki Południowej zdołał wyjechać z Rybnika Franz Apt z żoną i jedenastoletnią Ilse oraz mamą – Reginą Apt z domu Manneberg. Regina miała wówczas 69 lat. W inny koniec świata, tj. do Palestyny udawał się brat Reginy, zarazem wujek Aptów – Josef Manneberg. Jestem przekonana, że podróż rybnickiej linii Aptów i całej swojej rodziny Mannebergów sfinansował Josef. Choć spisany przez niego w 1946 roku testament pokazuje, iż to on był winien swoim siostrzeńcom małe kwoty pieniędzy. Może z tytułu spłat za nieruchomości sprzedane w Rybniku? Kto wie. Nie pokazuję całej ostatniej woli Josefa, a jedynie istotne fragmenty (ze strony
https://www.manneberg-saga.com/en/ )

Myślę, że nie było łatwo niemieckim Żydom zaadoptować się do południowoamerykańskich warunków. Po wojnie, gdy dotarły do nich informacje o tym co źli ludzie zrobili Żydom w Europie, wiedzieli, że decyzja o sprzedaży wszystkiego i wyjeździe na drugi koniec świata była właściwa.

Otto zmarł w La Paz szybko. Stało się to w 1960 r., gdy miał 56 lat. Zanim to się odszedł, jego syn dr Wolfgang Apt założył w 1958 r. firmę prawniczą. Na pewno był dumny. Firma istnieje do dziś i nadal jest prowadzona przez potomków Otto! Nazywa się „Estudio Jurídico APT Soc. Civ. – APT Law Firm”.
https://www.legalapt.com/en/home-2-2/

A teraz popatrzcie i porównajcie młodego buntownika i dojrzałego już pana. Jako młodzik z bujną czupryną – zadziorny, jako starszy człowiek z łysiną – smutny. Może chory był? A może cały czas tęsknił za Europą? Zdjęcie pokazuje uroczystość rodzinną pod koniec lat 50-tych XX wieku.

Żona Otto zmarła 10 lat po nim. Zaś ich syn, zasłużony dla Boliwii prawnik i działacz, zmarł niedawno – w 2014 roku, mając 83 lata. Już po zjednoczeniu Niemiec Wolfgang odwiedzał swe rodzinne Drezno. Raczej wątpię, by pojechał dalej na wschód do miejsca urodzenia ojca, bądź dziadków.
Otto pochowany został na cmentarzu żydowskim w Cochabamba w Boliwii.
Co się stało z jego starszym bratem Franzem i jego rodziną? Zamieszkali w Brazylii. Franz Apt, przedwojenny rybnicki kupiec, został pochowany na cmentarzu w Butanta, które jest częścią Sao Paulo. Franz zmarł w 1978 r. Jego urodzona w Rybniku córka Ilse przeszła na drugą stronę w 2000 r. Spoczęła na tym samym cmentarzu. Nie wiem, gdzie jest pochowana mama Otto i Franza, czyli Regina Apt z rodu Mannebergów. Zdjęcie Franza Apta i jego córki Ilse znalazł dla mnie, jak zwykle niezastąpiony, Sławek Pastuszka. Bez niego Szuflada byłaby o wiele uboższa 🙂

I teraz clou całej historii o Otto. Otóż parę tygodni temu zawzięłam się i znalazłam potomków Otto, choć google w 99% przypadków prowadził do stron, gdzie słowo „Apt” było skrótem od „Apartament”. Koszmar 😉   Napisałam w końcu przez JewishGen do admina drzewa rodzinnego, gdzie znalazłam Otto. Nie był to strzał w dziesiątkę. Wiadomym jest nie od dziś, że największą potęgą jest Facebook, więc zawzięłam się na fejsa. Apt to nie jest zbyt egzotyczne nazwisko, więc sporo ludzi miałam do przejrzenia. W końcu po przeanalizowaniu dziesiątek osób trafiłam właściwie. Byłam na mur przekonana, że znalazłam prawnuczkę Otto. Nota bene przepiękną kobietę. Wiedziałam, że moja wiadomość trafi do spamu, ale uzbroiłam się w cierpliwość. Po ponad 2 tygodniach przyszła odpowiedź!

I dzięki prawnuczce Otto, zarazem wnuczce Wolfganga, po jakimś czasie dostałam 3 kilkugodzinne filmy, nagarne w 1998 roku, na których syn Otto – Wofgang opowiada swoją historię. No… niestety po hiszpańsku. Czyli amen w pacierzu dla mnie. Ale znowu się zawzięłam i je całe przejrzałam. Wiem, że mówił o swoim ojcu, o Rybniku, o Śląsku, plebiscycie, III powstaniu śląskim. Oczywiście znał to z relacji Otto, bo sam w końcu urodził się w 1931 w Dreźnie. Pokazywał jakieś dokumenty rodzinne, o których opowiadał. Cudo, ale po hiszpańsku. Może kiedyś ktoś mi te fragmenty filmów przetłumaczy.

Na razie kończę, bo powinnam się zabierać do spisywania kolejnej historii, tym razem Fryderyka Aronade, gdyż zbliża się 80-ta rocznica jego śmierci. Z tego miejsca pragnę podziękować prawnuczce Otto Apta i jej rodzinie za pomoc i przesłanie filmów. To z nich zrobiłam kilka screenów, które umieściłam powyżej. Dzięki Internetowi Boliwia jest w zasięgu ręki 😉 Bardzo się cieszę, że potomkowie Reginy Manneberg, czyli wnuki i prawnuki jej synów Otto i Franza Aptów mieszkają gdzieś w dalekim świecie, bowiem południowoamerykańskie państwa dały im schronienie wiele lat temu. Plany tego, który wywołał 80 lat temu straszą wojnę, jednak się nie udały!

Źródła, z których korzystałam to: Archiwum rodzinne rodziny Apt, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, strona o Mannebergach, czyli manneberg-saga.com,  jewishgen.com, legalapt.com.

Sierpień 15

Spacer szlakiem reklam

Mądrzy ludzie napisali, iż reklama to informacja połączona z komunikatem perswazyjnym. W sierpniową niedzielę w końcu udało mi się poprowadzić rybniczan szlakiem dawnych reklam. Niestety, starych napisów, czy szyldów reklamowych w Rybniku już prawie nie mamy. Całą, ponad dwuipółgodzinną, przechadzkę oparłam o dawne ogłoszenia prasowe, pocztówki i zdjęcia.

Dla tych, którzy nie mogli w niedzielę być na spacerze zrobię na Szufladzie mały skrót tego, o czym opowiadałam. Nie opiszę wszystkich, o których mówiłam, a jedynie trzy firmy, które według mnie zasługują na podium. Za największego mistrza dawnego marketingu uznałam przedwojennego kupca – Czesława Beygę. Od lat dwudziestych prowadził przy ul.Sobieskiego 20 ogromny dom towarowy, który kupił od Noah Leschczinera. Spójrzcie na różnorodność jego reklam.

Beyga stosował wszystko co należało, by utrwalić swoją markę i przyciągnąć klientelę. Reklamy prasowe w każdej z możliwych górnośląskich gazet i czasopism (nawet w prasie niemieckiej, choć był zagorzałym Polakiem), sponsorowane artykuły, pokazy mody w kawiarenkach, pokazy prania Persilem (!), sponsoring, czyli fundowanie różnorakich nagród, nowoczesne witryny sklepowe, reklamy neonowe, własne logo. Jego markę i nazwę firmy zachował nawet komisaryczny zarządca niemiecki Hermann Reisewitz w czasie okupacji. Tego wyśmienitego kupca hitlerowcy wsadzili do więzienia, po zwolnieniu musiał się ukrywać. Po wojnie wrócił do zawodu. Ode mnie ma złoty medal.

Na drugim miejscu postawiłabym rodzinę Leschczinerów, od której Czesław Beyga, na początku lat dwudziestych, kupił dom handlowy przy Sobieskiego 20. To właśnie Noah Leschcziner był prekursorem sprzedaży nie tylko na parterze, ale i na piętrze. To on otworzył pierwszy wielkopowierzchniowy sklep i to on pokazał, że okna wystawowe są wizytówką firmy. No i to on wymalował na ścianie swej kamienicy byczą reklamę „outdoorową”. Znał wartość karty pocztowej jako nośnika reklamy. Mało która kamienica rybnicka ma tyle pocztówek, które zapewne zamawiał Noah.

Jeszcze handlując na Sobieskiego, w 1914 r. nabył dom towarowy na Rynku od Emila Pragera. Początkowo miał go syn Alfred. Po jego śmierci w czasie I wojny, interesy wraz z Noah prowadził najmłodszy Max. Leschczinerowie, mimo że ich nazwisko samo w sobie było marką i reklamą, to zachowali nazwę firmy, którą kupili: „Emil Prager”. Dopisali jedynie słowo: „Następcy”. Wiedzieli, że rybniczanie byli przyzwyczajeni do miejsca i nazwy, więc mimo iż Emil Prager handlował już w odległym Berlinie, to jego imię i nazwisko nadal widniało na dużym, dwupiętrowym „Kaufhausie”, przed który podjeżdżały dorożki z modnisiami.

Elegantki podjeżdżały zresztą też pod sklep przy Sobieskiego – jak widać na pocztówce były to zmotoryzowane rybniczanki 🙂 Kobiety, co wiem z przedwojennej prasy, uwielbiały kupować u Leschczinerów, gdyż sprowadzali do Rybnika wszystko co było wówczas na topie.

Żydowska rodzina Leschczinerów i katolik Beyga na pewno ze sobą konkurowali i prześcigali się w reklamowaniu swoich towarów.

Jak widać z powyższych anonsów, Leschcziner prowadził swój geszeft od 1881 r. Gdy kupił firmę Pragera wykorzystywał fakt, iż Pragerowie mieli w Rybniku interesy od 1822 r. Lepiej brzmiało i gwarantowało tradycję, solidność i trwałość, zarówno dla klientów jak i kontrahentów. Leschcziner wiedział też, że mężczyźni zazwyczaj nie lubią zakupów i raczej na piętro nie pójdą szukać odpowiedniego krawata czy guzików „ku manszetom” . Stąd też konfekcję męską sprzedawał na parterze. Znał kobiety i wiedział, że to one przelecą jak wicher przez parter, wejdą na piętro, kupią co tylko im się spodoba a na dole obejdą wsio jeszcze raz wszystko i sprawią prezent małżonkowi. Tak jak Beyga, organizował pokazy mody, loterie, dawał upusty, promocje. Sponsoring też mu nie był obcy. Przy zakupach powyżej 25 zł nagradzał klientów bezpłatną fotografią wielkości „kabinetowej w artystycznym wykonaniu”. Artystą, któremu za to płacił był Otto Liebeck.

Firma miała swoje własne fikuśne wieszaki oraz eleganckie logo nad wejściem do domu towarowego. Reklamy bombardowały klientów ogromną ilością informacji. Rynek to miejsce prestiżowe, więc trzeba było 😉

Nazwę – żydowskie nazwisko – zachowano i w czasie okupacji. Tak jak w przypadku Czesława Beygi, komisaryczny zarządca reklamował się jako „Kaufhaus Emil Prager Nachfl.”, choć prawowitych następców już wówczas w Rybniku nie było. Poniższe ogłoszenia są z drugiej połowy 1940 r. Noah wówczas nie żył, a Max starał się na lewych papierach wyjechać z Krakowa za granicę.

Leschczinerom przyznaję srebrny medal. W genach mieli handel. Nie tylko synowie, ale i córka Noah, jego siostrzeniec wiedzieli jak wydobyć kasę z rybnickich portfeli.

Ostatnie miejsce na podium to rodzina Aronade. Przygotowując się do spaceru przejrzałam setki starych gazet. Nie jestem marketingowcem, więc oceniałam naszych ówczesnych biznesmenów jako potencjalny ich klient. Może gdyby ktoś inny wziął stare reklamy na tapetę, to przyznałby pierwsze miejsca powiedzmy browarowi Mullera, czy Hermannowi Sladky. Ja brąz daję Aronadym, którzy prowadzili swoje różne interesy na rogu Rynku i Zamkowej. Ilość posiadanych kamienic dawała im potencjał. Mnogość reklam jest porównywalna z tymi, które publikowały dwie powyższe firmy. Trafiały do tych, którzy mówili po polsku i do niemieckojęzycznych. Taki zresztą był personel sklepowy (firma zatrudniała też ekspedientów Polaków nawet, gdy byliśmy jeszcze w państwie niemieckim).

Szyld nad sklepem był prosty: „J.Aronade”. Założycielem geszeftu był bowiem Jonas, który mimo, że zmarł w 1901 r., to nadal widniał w nazwie firmy. Interesami zajęli się jego synowie Alfred oraz Adolf. Adolf w latach dwudziestych sprzedał swoją kamienicę i wyjechał do Berlina. Na rybnickich włościach został Alfred oraz jego syn Fryderyk.

Na spacerze przytoczyłam pewną anegdotę, czy też raczej słowa jednej wiekowej, już nie żyjącej, rybniczanki. Otóż lata temu rozmawiałam z pewną panią (wtedy miała ponad 90 lat) i pytałam ją czy pamięta rybnickich Żydów. Zaczęła opowiadać i w pewnym momencie powiedziała tak: „Pani, jo chodziła przed wojnom, z mamom do Aronadych bo maszkety. Pani, łon – tyn młody Aronade stoł przed sklepem i nawoływoł: Komm her, komm zu uns. Neue Ware! Pani, a jaki łon był gryfny! Jaki szykowny!” Oczy starszej kobiety tak pięknie się zaświeciły, gdy przypomniała sobie młodego Fritza, czyli Fryderyka. Od ubiegłego roku, odkąd mam skan zdjęcia 12 młodych przyjaciół, wiem, że starsza pani „miała recht” 😉 Fryderyk był fest gryfny. On czeka na otwarcie swojej szuflady.

Firma J.Aronade była świadkiem parady wojsk Wehrmachtu 1 września, potem też zastała przejęta przez komisarza niemieckiego i zachowała swą nazwę aż do 1943 r.

Mam jeszcze 2 wyróżnienia. Pierwsze dla Teofila Rospenka z rogu Sobieskiego i Łony. Głównie za „Mydło na parchy, które nie przeszkadza w zatrudnieniu” 😉 No i za wędzone heringi 🙂

Drugie zaś dla, działającej od 1790r., firmy Sobtzik (później Sobczyk), produkującej słodycze i świece. Została upaństwowiona w 1947 r.

Na koniec ogłoszenie, które każdego z nas – niestety – dotyczy. Sygnaturę na nagrobku, czyli bardzo trwałą formę reklamy, znalazłam na cmentarzu żydowskim w Pyskowicach. Franciszek Botór był wielce skuteczny, skoro w dość odległym jak na tamte czasy mieście, ktoś zamówił u niego kamieniarskie dzieło.

Wszystkie reklamy pochodzą ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, zdjęcia to „Zapomniany Rybnik”, Allegro, od znajomych z daleka, z albumu Chóru Seraf. Jak zwykle coś tam popisałam po śląsku, ale to se wygooglujcie 😉

Lipiec 14

Piękni i młodzi – Eleonore Priester

W marcu tego roku zaczęłam opisywać przyjaciół ze zdjęcia „Piękni i młodzi” http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Napisałam wówczas, że znam losy dziewięciu z dwunastu nastolatków. Jedna z podpisanych dziewczyn wówczas była mi nieznana. Wydawało mi się, że nie mam jej w swoich zasobach. A tu zonk. Jak się człowiek przyłoży i dokładnie przypatrzy i właściwie pokombinuje, to znajdzie prawie wszystko. Okazało się, że potrafię odtworzyć historie dziesięciu osób. Doszła mi bowiem Lore Priester, czyli trzecia od lewej na fotografii przesłanej mi jesienią przez Miriam Glucksmann. Opisałam już dwie dziewczyny, Lora będzie trzecią, której historię chcę Wam opowiedzieć.

Nie potrafiłam jej początkowo zidentyfikować, gdyż poszłam po najmniejszej linii oporu i wśród rybnickich Priesterów szukałam kogoś o imieniu Lore lub Lora. A ona przy swoich narodzinach otrzymała imię Eleonore. Dla przyjaciół była Lore. Takie proste, a ja tego nie potrafiłam wykombinować od razu. Urodziła się ósmego lutego 1906 r. w Rybniku, czyli była równolatką Ilse Silbiger, Ilse Glücksmann (obie na zdjęciu z wszystkimi nastolatkami), a także mojego Rudolfa Haase.

Jej rodzicami byli, urodzony w Rybniku, Louis Priester oraz tyszanka Bertha z domu Rosenbaum. Z aktu urodzenia wynika, że rodzina mieszkała przy Breitestrasse, czyli dzisiejszej Sobieskiego, a tata jak większość naszych żydowskich mieszkańców był kupcem. Była drugą córką Louisa i Berthy – miała o kilka lat starszą siostrę Edith. Dwa lata po Lorze państwu Priesterom urodził się jeszcze syn Georg.

Mieszkali sobie wszyscy w Rybniku do czasu, aż nasze miasto stało się polskie. Nie miałam z nimi łatwo, to muszę przyznać z ręką na sercu. Prawie niczego nie ma w sieci na temat Louisa, a to od niego musiałam zacząć. Ekwilibrystyka sieciowa jaką uprawiałam do niczego mnie nie doprowadzała. Ogłupił mnie Oberschleschische Wanderer z 1943 r., w którym znalazłam informację o wykreśleniu firmy Louisa z rejestru firm w Rybniku przez nazistów.

Przez moment myślałam, że Priesterowie mieszkali w naszym mieście do 1939 r. Odrzuciłam ten trop, bo nie było Louisa w wykazach podatkowych. Gdyby zostali u nas po 1922 r. to na pewno znalazłby się w zarządzie gminy. Ten kierunek poszukiwań odpadał więc. Wreszcie „Amtliches Industrie- und Handels-Adressbuch der Provinz Niederschlesien 1925 umfassend die Bezirke der Industrie- u. Handelskammern Breslau, Görlitz, Hirschberg, Liegnitz, Sagan und Schweidnitz“, czyli Adressbuch dla miast Dolnego Śląska, pokazał gdzie mam szukać. Znalazłam Louisa w mieście Breslau. 

Czy był on faktycznie właścicielem fabryki margaryny to nie wiem, ale wiem, że jak zaczęłam szukać we Wrocławiu, to ich w końcu znalazłam na Centralnej Biblio Judaistycznej. W 1930 roku cała rodzina mieszkała przy Hohenzollernstrasse 20 (obecnie to ulica Sudecka). Żadna z dziewcząt nie była mężatką, za to Georg sobie zmienił imię na Harry.

Potwierdziło mi się to jeszcze przy klepsydrze informującej o śmierci Pauli Priester z Rybnika, która była ciocią Louisa.

Było wielkie miasto, byli i moi Priesterowie. Teraz musiałam ustalić co się z nimi stało. Priorytetem była Eleonora. Niby łatwe, a jednak okazało się to trudne. Niestety żadne drzewo genealogiczne tych Priesterów nie miało. Nikt nigdy się nimi nie zajął. Choć muszę Wam powiedzieć, że Priesterów w sieci jest w ciul, ale po tych ani tyci ślad. W końcu znalazłam Louisa, Berthę i Edith na jednej z list emigracyjnych. W zasadzie były to listy, na których umieszczano tych, których Rzesza pozbawiała obywatelstwa. A pozbawiała, gdy dostawali one way ticket, bo z niej wyjeżdżali.

Na liście tej Louis i Bertha mają dodane żydowskie imiona, czyli musiało to być w okolicach 1938 lub 1939 r. Była Edyta, a Eleonora jak duch się mi chowała i jakby w ogóle nie istniała. Jej brat Georg vel Harry nagle ukazał mi się z nienacka w jakiejś książce w Google Books. Palastina!!! Z Ehefrau, czyli z żoną!

O Harrym wspominał też w swoim „Dzienniku z Breslau 1933-1941”, wybitny żydowski historyk niemiecki Willy Cohn. Harry był onegdaj jego uczniem. U Cohna znalazłam informację, że żona Harrego Priestera, brata mojej Lory, pochodziła z Aachen. I tylko tyle, albo aż tyle. Prawie na 100% byłam pewna, że rodzice, Edith i Georg vel Harry z żoną zdołali wyjechać z III Rzeszy. A Lore, czyli Eleonora jak kamień w wodę. Ani krztyny wskazówki, ani skrawka informacji. Co się robi w takich momentach? Ano pisze się do mistrza 🙂 Fejs w ruch i dawaj z prośbą do Sławka Pastuszki. On ma takie dojścia, o których się najlepszym genealogom nie śniło. Nawet trzy minuty nie minęły, jak miałam wszystkie niezbędne informacje. Aż się rozdygotałam z radości. Dostałam wszystkich na tacy. A przede wszystkim miałam Lorę. Tą śliczną uśmiechniętą i radosną dziewczynę z pięknym naszyjnikiem na ciemnej sukience, którą uchwycił fotograf w Rybniku prawdopodobnie w 1921 r.

Eleonora też zdołała wyjechać. Ona, jej siostra Edith i rodzice znaleźli kraj, który ich przygarnął. Tym krajem był Urugwaj. Na pewno lekko im tam na początku nie było, tym bardziej, że dość szybko starsi państwo Priester zmarli. Louis w 1941, a Bertha w 1943 roku. Oboje zostali pochowani na cmentarzu żydowskim w Montevideo. Moja Eleonora wyszła za mąż i nosiła nazwisko Zamury. Może mieszkała w Reus al Norte, gdzie mieszkało wielu Żydów?

Popatrzcie jaka piękna była w dojrzałym wieku! Sławek te foty mi wysznupał. To wnioski o wizę brazylijską. Jednoznacznie z nich widać, że to moja Lore, że była mężatką i że miała obywatelstwo niemieckie. Przynajmniej tak przyjmowało to południowoamerykańskie państwo. Lore zmarła 18 lipca 1981 r. w wieku 75 lat. Pochowana została na cmentarzu Cementerio Israelita de La Paz w Montevideo. Jej siostra Edith zmarła 6 marca 1991 r., czyli dożyła 89 lat. Tak więc, gdzieś tam daleko, na drugiej półkuli, na urugwajskim cmentarzu leży czworo rybniczan.

Nigdy nie będzie mi dane położyć na ich grobach kamyczki, więc choć w ten sposób ich upamiętniam. Losów brata nie udało mi się odtworzyć. Ale wiem, że wyjechał do Palestyny, więc też czeka w spokoju na przyjście Mesjasza na którymś z izraelskich cmentarzy.
Może kiedyś uda mi się znaleźć potomków Lory, bowiem z rana napisałam list do gminy żydowskiej w Montevideo. Pieron wie… może odpowiedzą. No i Młoda, która obecnie jest w Berlinie na konfie Centropy nawiązała jakiś kontakt urugwajski. Tak więc jest szansa, co prawda mała, ale trza mieć nadzieję.
Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować Sławkowi, bo bez niego bym była w głębokiej dupie. Sławek, jesteś the best!

Kolejny do opisania ze zdjęcia będzie Otto Apt, więc czekajcie na otwarcie następnej szufladki. A opisane już zostały Ilse Silbiger oraz Herta Tulla Priester.

Czerwiec 14

Gaszenie pożaru a rybniccy Żydzi

Uwaga: Będą przekleństwa 😉
Zanim przejdę do pożarniczego tematu mała prywata, taka bardziej dla rybniczan, niż dla ludzi zewnętrznych. Przed chwilą wróciłam, jak się tu u nas mówi, z miasta. Wróciłam z poziomem agresji 9 (w skali od 0 do 10). Jaka jest ostatnio pogoda wszyscy wiedzą – mamy upały afrykańskie. Dodatkowo, po wczorajszych tornadach i burzach wilgotność jak w Amazonii. U siebie, czyli pod moją hałdą, jeszcze jako tako. No, ale w mieście, gdzie królują dizajnerskie ławki, szpetna kostka brukowa, betony, tworzy się pseudo woonerfy na skrzyżowaniach, by se ludzie spalin nawdychali a drzewa się wycina, to można paść i czekać, aż ktoś wezwie pogotowie. I do tego samiuśkiego środka miasta musiałam pojechać, by nakarmić koty Młodej. Trza, to trza. Pot spod cycków leci, po tłustych kitach dopiero. Zaparkowałam w centrumie, czyli na tyłach kamienicy gdzie Młoda mieszka i już mnie prasnęło w łeb. Umpa, umpa na full leci z cudacznego ni to cyrku, ni to wesołego miasteczka za dupnym betonowym parkingiem.

Żeby jeszcze jakieś znośne te umpa, umpa. Ale gdzie tam! Techno w najczystszej postaci. Na całe centrum Rybnika napierdala muza, której nawet w zapadłej dziurze nikt by nie chciał słuchać za free. Nakarmiłam koty i otwieram balkon. Jeb mnie w czerep. Jak obuchem dostałam decybelami. Godzina 21.00. Rypie ile wlezie. Siedzę na tym balkonie, lelkam koty, i se myślę: ten, który wpadł na pomysł, by coś takiego z karuzelami, jakimiś ciulstwami i z tym rykiem wsadzić w sam środek miasta w trakcie Dni Rybnika, to musiał chyba zostać rażony piorunem. No pizło go, to pewne. Toż w mieście (czytaj: centrum) ludzie też żyją, mieszkają, chorują, mają maluśkie dzieci i na mur woleliby, gdyby takie „imprezy dla ubogich” odbywały się np. na stadionie. Rzymianie robili właśnie tam igrzyska. Wytrzymałam na tym balkonie 10 minut. Nawet koty wolały wejść do mieszkania. Zresztą w środku też dudniło. Jeszcze z Rynku dobiegała inna muzyka i wsio to skumulowane spowodowało, że agresja urosła do poziomu 8. Gdy wyszłam ponownie do auta, by wracać do domu, podskoczyła na 9. I potem zdziwko, że ludzie się mordują 😉 W samochodzie, aby schłodzić emocje, puściłam sobie „Winter melody” Donny, nomen omen, Summer i dawaj pod moją hałdę. Przy Hazynhajdzie już było 7. Wjechałam do garażu, spojrzałam na swój obrośnięty bluszczem dom i czułam, że już 6. Wlazłam do swego parnego poddaszowego mieszkania (spod cycków nadal strumyki potu), weszłam na balkon, posłuchałam goniących się jaskółek (już 5), spojrzałam na zarośnięty ogród (agresja 4), siadłam przy stoliczku i popatrzałam na ukryty za zielenią komin radlińskiej koksowni.

Ufff. Zaciurlikał inny ptaszek, po hałdzie przejechał pociąg. Po chwili wyładował wagony (poczułam, że agresja 3), zamiauczały moje koty i stwierdziłam, że już nie muszę nikogo mordować. Siadłam do laptopka. Cisza. Ptaszki ciurlikają, psy szczekają, na hałdzie zbieracze zbierają „wóngiel”, sąsiadka woła sąsiada na kolację, żaby rechoczą w oddali, ktoś gdzieś jakąś kurwą rzucił (jak jest cisza to słuchać interesujące rzeczy) no i nie ma TECHNO! Miziając Nowotkę, mogę opisać to, o czym od rana myślałam od rana.

A chcę opisać naszą straż pożarną i jej powiązania żydowskie. Jutro, na mojej grubie będzie piknik strażacki, organizowany wespół w zespół z Państwową Strażą Pożarną z Rybnika. Chyba nie ma człowieka, który by źle postrzegał strażaków. Do wielu zawodów można mieć „wąty”, ale nie do strażaków. Dlatego nie będę ich wychwalać, bo wiadomo, że nie trzeba. Sami się bronią swoimi postawami i działaniami. Podejmę wątek żydowski. Mam przed sobą najnowsze wydanie naszego muzeum – właśnie o straży pożarnej. (O! daleki sąsiad kichnął – na zdrowie!).

Otóż w moim mieście, które dziś jest zalane złym hałasem, powstanie straży pożarnej zainicjowały w 1875 r. 3 osoby:  dyrektor kopalniany Hoffmann, burmistrz Fuchs oraz fabrykant, kupiec i zarazem rajca – Abraham Prager.  Znamienita persona.

Pierwsza siedziba straży była przy ul.Klasztornej (za kościołem ewangelickim), następnie na tzw. świńskim targu (przy dzisiejszej ul.Chrobrego) powstała właściwa remiza. We wspomnianej przeze mnie książce Prager nie ma imienia, ale na pewno był to Abraham, bo do takich info dotarłam swego czasu w Archiwum w Raciborzu. W 1876 r. w działania straży byli już zaangażowani kolejni Żydzi: oberżysta Friedlander, kupiec Leuchter (w publikacji muzeum podano błędnie jego nazwisko), właściciel fabryki Ferdynand Haase, właściciel domu Schindler, posiadacz browaru Theodor Muller, właściciel gruntu Guttmann, kupiec Hahn, dwóch braci Altmannów – oberżysta i destylator, kupiec Isidor Priester (jego nazwisko historycy też przekręcili), Salomon Mandowsky, introligator Blumenthal oraz właściciel browaru Seidel. Jak więc widzicie było ich sporo. Leżało im na sercu dobro miasta.

Kiedyś też natknęłam się na ogłoszenie Magistratu (już z początku lat 20-tych XX w.), z którego wynika, iż dwaj żydowscy kupcy: Jonas  Aronade (sam Jonas wtedy nie żył, ale na pewno chodziło o firmę, która była w rękach jego syna) oraz Adolf Priester byli zobowiązani do stawienia koni do sikawek „w razie wybuchnięcia pożaru”.

Księżyc mi już tu mruga, że powinnam iść spać, bo jutro upalna strażacka szychta, ale muszę jeszcze wspomnieć o Eugenie Weissmannie, który w okresie międzywojennym zaopatrywał naszą straż we wszelkie artykuły. Jak wynika z jego reklamy miał przedstawicielstwo niemieckiej firmy „Minimax”, która jako pierwsza wprowadziła na rynek gaśnice pianowe.

Pożar swojego mózgu udało mi się ostatecznie ugasić. Poziom agresji zero, że tak zacytuję klasyków. Nad hałdą cisza, jedynie żabki kumkają i świerszcze cykają. Spokojnej nocy i do zobaczenia jutro na Hoymie, gdzie zaprezentują się strażacy.

Źródła: Śląska Biblioteka Cyfrowa, Zeszyty Rybnickie 27 „Ochotnicza Straż Pożarna Miasta Rybnik” (Muzeum w Rybniku), Michał Palica.

Maj 26

Mateńka kochana

Najpiękniejsze słowo świata: mama, mateńka, mamusia. Dziś Dzień Matki, więc nie mogę nie napisać o żydowskich mateńkach z Rybnika. Wiele z nich już pokazywałam na Szufladzie, ale o Mamach nigdy dość.

Regina, z domu Aronade. Silna, mądra, przedsiębiorcza rybniczanka. Na zdjęciu z córkami i synami. Reginie, wiekowej pani,  odejście zaplanowali hitlerowcy w Auschwitz. Córkom i jednemu synowi udało się przeżyć wojnę.

Ester Kupermann, mama, krawcowa.  Wraz z dwójką młodszych dzieci poszła do komory gazowej. Fotografia zrobiona przed wojną w rybnickim parku.

Piękna Geila Majerowicz. Jaki ją spotkał los?  Czy tuliła Bobiego i maleńką Ester przechodząc bramę Birkenau?

Flora Kaiser, właścicielka sklepu przy ulicy Sobieskiego, mama sporej czeladki dorosłych dzieci też zakończyła swe życie, jak Geila, Ester i Regina.

Sonia Haase. Żona bogacza, mama dwóch chłopaków i jednej córki. Straciła syna Rudolfa w III powstaniu śląskim. Pochowała go w Rybniku, potem ekshumowała i wywiozła na cmentarz w Berlinie. Pisałam o tej historii już kilka razy.

Betty Katz. Przybrana mamusia dla sierot z żydowskiej ochronki w Rybniku. Mama dwóch własnych synów. Jednego zabrała jej I wojna. Drugiego przed nazistami zdołała uratować dzięki swym koneksjom. Siebie już nie uratowała. Zginęła w Theresienstadt.

Miriam Ryba. Mateńka dla dwóch córeczek. W chwili śmierci w komorze wiedziała, że ginie z młodszą Stefcią. Na pewno łudziła się, że starszej uda się uratować. Udało.

Itla Radoszycka. Mamusia Marysi i Jasia. Getto. Obóz zagłady. Ona i jej dzieciątka.

Nic więcej nie napiszę, bo mi się chce beczeć. Jestem szczęściarą, bo moją Mateńkę odprowadziłam głaszcząc po włosach. Śpieszcie się kochać swoje Mamy, bo tak szybko odchodzą.

Maj 1

Margarete Biberstein z Rybnika, a święta Edyta Stein

Jak zwykle miało być o kimś innym, a będzie o jednej Małgorzacie – dalekiej powinowatej Edyty Stein. Wielką miałam kołomyję myślową w łepetynie, ale udało mi się pozbierać myśli i fakty do kupy, by móc Wam przedstawić powiązanie Rybnika z niemiecką filozofką, Żydówką, następnie karmelitanką bosą, męczennicą, świętą katolicką i patronką Europy.

Zanim jednak dojdę do Edyty, kilka słów o rodzinie, która w Rybniku mieszkała przez wiele lat. Schäfferowie na pewno byli u nas już w pierwszej połowie XIX w. Głównie parali się sprzedażą i produkcją alkoholu. Karczmarze i destylatorzy. Jednym z nich był Jakub, w internetach często widniejący jako Jacques. Wraz z żoną Hedwig dorobił się czwórki dzieci. Jedną z nich była Margareta urodzona w Rybniku w 1891 r.

Jacques z żoną, gdy Margarete była jeszcze mała, wyprowadził się z Rybnika i osiadł w Gliwicach. Na pewno to miasto dawało mu lepsze warunki do handlu.

Margarete miała 13 lat, a jej przyszły mąż ogłaszał się już jako gliwicki lekarz specjalista od zaburzeń przewodu moczowego, przyjmujący swoich pacjentów przy Wilhelmstrasse. Dziś to ulica Zwycięstwa – nadal jedna z ważniejszych ulic miasta.

Dr Friedrich Biberstein, bo o nim mowa, urodził się w Siemianowicach, czyli ówczesnej Laurahütte w 1879 r., jako syn Ludwiga i Cecylii. Miał o rok starszą siostrę. Niestety, ich mama zmarła młodo, osierocając Friedricha i Rudolfinę. Jego tata Ludwig (nauczyciel) ożenił się po raz drugi i z tego związku narodził się jeszcze jeden Biberstein – Hans. Macocha przyszłego doktora, a zarazem męża naszej rybniczanki Małgorzaty, nazywała się Dorothea i pochodziła z Rawicza. Wiem, że trochę to skomplikowane, ale właśnie przez Hansa dojdziemy do Edyty Stein, dlatego musicie się skoncentrować. Genealogia to nie jest taka prosta sprawa jakby mogło się wydawać. Po jakimś czasie zmarło się i ojcu Friedricha, Rudolfiny oraz Hansa, a druga pani Biberstein została sama z dwójką przybranych dzieci oraz swoim własnym, czyli Hansem. Jak to opisała Edyta Stein w swojej autobiografii, ojciec tej trójki Bibersteinów był bardzo lubianym i cenionym człowiekiem. Jako nauczyciel, nie zapominajmy, że Żyd, uczył również katolików i jednego z nich przygotowywał do bycia księdzem. Gdy po wielu latach wdowa po nauczycielu z Huty Laura, spotkała właśnie tegoż księdza we Wrocławiu, usłyszała wiele ciepłych słów o swoim mężu, zarazem nieznanym teściu naszej rybnickiej Małgorzaty. Wiem, wiem, już jesteście pogubieni w tych rodzinnych zawiłościach. No to mały skrót: był jeden cudowny i światły żydowski nauczyciel w Świętochłowicach, który miał z pierwszego małżeństwa syna Friedricha i córkę Rudolfinę. Zmarło się jego pierwszej żonie, więc ożenił się drugi raz i spłodził syna Hansa. Potem zmarło się i nauczycielowi. A w międzyczasie, gdzieś tam na skraju państwa niemieckiego, w małej pipidówie o nazwie Rybnik, w bogatej rodzinie Schäfferów przyszła na świat Margareta. Jej rodzice uznali, że pipidówa to nie jest miejsce dla nich, więc przeprowadzili się do Gliwic. A w tym mieście pracował już, jako uznany lekarz, syn nauczyciela z pierwszego małżeństwa. Skumali? Jak nie, to trza wrócić do liceum i powtórzyć lekcje z logiki. Jak tak, to lecę dalej. W Gliwicach, gdzie zamieszkali bogaci rybniczanie Schäfferowie ze swoją Małgosią, pracował już jako lekarz, Friedrich Biberstein. W 1910 r. doszło do zaręczyn 19-letniej dziewczyny ze starszym o 12 lat doktorem, którego młodszy, przyrodni brat za równo 10 lat ożeni się z siostrą Edyty Stein – Erną. Zaręczyny Margerete i pana doktora oficjalnie ogłoszono w prasie lokalnej. Następnie urząd stanu cywilnego podał informację o ślubie młodej dzierlatki z dojrzałym już mężczyzną, przy okazji informując kto się urodził, czy też kto przeszedł na drugą stronę mocy. 

I tu, przy tym ślubie, wreszcie doszłam do styku: katolicka patronka Europy i Rybnik. Otóż siostra świętej Edyty Stein była szwagierką rybniczanki – Małgorzaty Biberstein z domu Schäffer. No dobra, czaję, że wam się też w głowach już wsio plącze, ale jak się wczytacie uważnie, to skumacie. Edyta pochodziła z wielodzietnej rodziny, ale Erna z racji zbliżonego wieku była jej sercu najdroższa. Dlatego też rodzinie Bibersteinów, ta filozofka poświęciła sporo miejsca w swojej autobiografii, z której czerpię większość informacji.  Edytka ciepło pisała o nauczycielu (sądzę, że z racji tego, iż poświęcał swój czas katolikom), delikatnie obsmarowała szwagra Hansa i jego niesamowite przywiązanie do matki, nazywając matczyną miłość, wręcz tyranią. Już będąc zakonnicą pisała o nim niby delikatnie, a jednak z pewną ironią. Hans, na mój rozum to takim rozpieszczonym mamincyckiem i bawidamkiem był. Poniższa fota, u stóp wielu lasek, to obrazuje. Choć… był i niezwykle mądrym, inteligentnym i i zapewne normalnym facetem. Dociekliwym polecam wspomnienia Edyty.

 Noooo i nasza europejska święta wyraźnie napisała, iż starszy, przyrodni brat Hansa, czyli nasz gliwicki lekarz od moczowodów, bardzo bogato się ożenił (przypominam, iż z urodzoną w Rybniku Małgosią), dzięki czemu zaborcza macocha oraz młodszy brat Hans mieli się przez lata lepiej finansowo.

Całej historii świętej Edyty Stein nie będę przytaczać, bo łatwo ją znaleźć w Internecie. Wszyscy wiemy, że odeszła od wiary żydowskiej, co dla większości jej rodziny było straszne. Szczególnie dla mamy  wszystkich Steinów. To właśnie Erna, żona rozpuszczonego przez matkę Hansa Bibersteina, powiedziała rodzinie o zamiarze wstąpienia do klasztoru karmelitek przez Edytę. Jak widać ze zdjęcia Erna na stare lata bardzo elegancką damą była.

Jaki los spotkał przyszłą patronkę katolickiej Europy? Auschwitz. Tam zginęła też inna z jej sióstr – Rosa. Wykształcona Erna i jej, równie kształcony mąż Hans, zdołali wyjechać z dziećmi do USA i tam zmarli, jako i ich dzieci urodzone we Wrocławiu. A nasza rybnicka Małgosia – daleka powinowata Edyty?

Powiem wam tak: Uffff. I ona, i jej  mąż urolog, i ich jedyna córka Eva, też uratowali swoje życie i spoczęli w normalnych grobach na amerykańskiej ziemi. Urodzona w Rybniku Margaret Biberstein, z domu Schäffer, zmarła w wieku 85 lat w Nowym Jorku. Jej mąż, Friedrich Wilhelm Ludwig Paul Biberstein, zmarł mając 87 lat w tym samym mieście. Oczywiście, z racji różnicy wieku, Friedrich zmarł sporo lat przed swoją Margarete. Ich jedyna córka Eva (po mężu Ramos) też już nie żyje od 2001 r. Dzięki Centralnej Bibliotece Judaistycznej Żydowskiego Instytutu Historycznego wiemy, kiedy wyjechali do Ameryki. Margarete wraz z córką w kwietniu 1937 r. Mężowi udało się opuścić Gliwice rok później. 

Tyle. Zawsze będąc w naszej rybnickiej bazylice p.w. św.Antoniego patrzę na ogromny witraż z Edytą Stein.

I tak se myślę: Żydówka, choć katoliczka. Niemka, przez rodzinę Górnoślązaczka, demokratka, przez pewien czas ateistka, potem siostra Teresa Benedykta od Krzyża, na pewno Europejka. Ponoć, gdy ją aresztowano w klasztorze w Holandii powiedziała do swej siostry: Chodź, idziemy cierpieć za swój lud. Wiem na sto procent, że cierpiałaby widząc, co w dzisiejszych czasach robią wyznawcy wiary, którą wybrała, z kukłą w Pruchniku. Wiem na sto procent, że cieszyłaby się ze zjednoczonej Europy. I wiem na sto procent, że z nią, choć organicznie nie znoszę zakonnic, mogłabym se pogadać. Choćby o dalekiej powinowatej – Margarete Biberstein, dla której zrobiłam tą nową, maluśką szufladeczkę.

Korzystałam z autobiografii Edyty Stein w wersji angielskiej pt. „Life in Jewish family. 1891-1916”, portalu www.geni.com, Wikipedii, Centralnej Biblioteki Judaistycznej, zasobów Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Archiwum Państwowego w Raciborzu, strony https://www.wikitree.com/wiki/Biberstein-2, no i swojego umysłu. Mam nadzieję, że Wam się mózgi nie zagotowały od genealogicznych zawiłości 🙂 

Kwiecień 14

Hugo Nothmann – nauczyciel

Wyłączyłam się ze słuchania o polityce i z oglądania tego całego syfu, który jest dookoła jakiś rok temu. Dla własnego zdrowia psychicznego lepiej się izolować od złego. Ale obok pewnych spraw nie da się przejść obojętnie i udawać, że ich nie ma. Czyli jednak co jakiś czas wkurw mnie bierze, bo pomimo poustawianych blokad dookoła głowy ileś gówien, które nam serwują rządzący dociera.

Strajk nauczycieli… Zastanawiałam się, czy jestem za czy przeciw. Nigdy nie lubiłam szkoły. Ani jako dziecko, ani jako rodzic. Nie o tym jednak chciałam dziś pisać. To było dawno i można uznać za niebyłe. Chcę Wam opowiedzieć o jednym nauczycielu, który swego czasu uczył w Rybniku. Jak zwykle niewiele o nim wiem, ale to co udało mi się na jego temat znaleźć postaram się przedstawić.

Miał ładne imię – Hugo. Hugo Nothmann przyszedł na świat w styczniu 1889 r., w mieście Kattowitz, w rodzinie kupca żydowskiego. W wieku 18 lat rozpoczął naukę w żydowskim seminarium teologicznym w Breslau, a uprawnienia nauczycielskie uzyskał w 1914 r. w Marburgu. Jakiś czas później ożenił się z Hedwig z rodu Bielschowsky. Pierwszy syn Alfred urodził się w 1920 r. w Wolfenbüttel w Dolnej Saksonii. Sądzę, że Hugo pracował tam jako nauczyciel. Czego mógł wówczas uczyć, tego niestety nie wiem. Dwa lata później, już bliżej nas – bowiem w Opolu, urodziła się córka Gabrielle. Żona Hugo – Hedwig pochodziła z Carlsruhe (dziś to wieś Pokój w powiecie namysłowskim, z przepięknie położonym cmentarzem żydowskim), więc zapewne powrót państwa Nothmannów z Saksonii był spowodowany tęsknotą za Górnym Śląskiem. No i w 1923 roku znalazł się w moim Rybniku. Był niemieckim Żydem, ale chyba z polskim obywatelstwem. Powtórzę: chyba. Gdy w naszym mieście wybudowano nową siedzibę prywatnej wyższej szkoły niemieckiej Hugo został w niej zaangażowany jako „nauczyciel akademicki”. Ta szkoła to dziś SP Nr 1 im. Janusza Korczaka przy ul.Chrobrego. Moja własna podstawówka, której nienawidziłam. Zanim jednak ją wybudowano, szkoła niemiecka przez krótki okres czasu miała swoje sale w dzisiejszych „Powstańcach”, czyli wówczas już polskim gimnazjum. To nie odpowiadało polskim władzom, dlatego też wybudowano przy ówczesnej ulicy Gimnazjalnej (dziś Chrobrego) nową, okazałą szkołę dla uczniów mniejszości niemieckiej. 

Hugo zamieszkał przy ulicy Kozie Góry nr 7, co wyraźnie widać na wykazie podatkowym, prowadzonym przez Gminę Izraelicką w Rybniku.

Na mój rozum i nos, wynajmował mieszkanie w domu, który do dziś stoi przy Parkowej, w pobliżu Hazynhajdy. Pan profesor do szkoły nie miał zbyt dalekiej drogi. Wielu moich kolegów z podstawówki śmigało z Meksyku (nie-rybniczanom wyjaśniam, iż tak nazywa się dzielnica, w której mieszkał) do budy, której całą dziecięcą mocą nie znosiłam.  

Nasz profesor Hugo uczył matematyki, fizyki i chemii w latach 1923-1929. Być może to on jest na poniższym zdjęciu, które obrazuje pracownię chemiczną w dawnej szkole mniejszościowej.

Teraz dochodzę do sedna sprawy, związanej z czasami współczesnymi. Spójrzcie na poniższy wykaz podatkowy. Podatki płacone na rzecz gminy żydowskiej były uzależnione od dochodów. Jak widzicie, najwięcej w Rybniku płacił posiedziciel browaru Zygfryd Müller. No, ale on był naprawdę bogaczem. Potem było kilka osób, których na tym zdjęciu nie ma (inne litery alfabetu) i byli to zamożni kupcy. Zamożną osobą była Olga Priester, bogaty był Maks Richer – budowniczy. No i bogatym był pan profesor. Płacił więcej na rzecz gminy niż spedytor Młynarski, który do bidoków nie należał, bo obsługiwał prawie cały transport w naszym mieście.

I tak powinno być. Nauczyciel winien być godziwie wynagradzany. Jego zawód powinien być szanowany i nie może być szmacony. Żaden zresztą zawód nie może być źle traktowany i każdy, właściwie i dobrze pracujący człowiek, musi być odpowiednio wysoko wynagradzany. Pasje to se można prywatnie realizować przy koszeniu trawy, albo tak jak ja teraz, pisząc sobie a muzom ten tekst, a nie w pracy. Idei się dziecku do kanapki nie włoży, ani się nią za wywóz śmieci nie zapłaci. I dlatego, mimo, iż moje prywatne doświadczenia z nauczycielami (jako ucznia, rodzica i nie tylko) są, delikatnie mówiąc, byle jakie, to rozumiem ich zmagania i się z nimi solidaryzuję.

Tyle moich wynaturzeń na tematy polityczno-społeczne. Wracam do Hugo. W Rybniku urodził mu się najmłodszy syn – Walter. Było to w roku 1929, czyli w tym, w którym z Rybnika wyprowadził się do Mikołowa. Zapewne i tam uczył. Potem los go rzucił do Hindenburga, czyli Zabrza, gdzie w latach 1935-1937 pracował jako „nauczyciel mianowany”. Nie mam pojęcia dlaczego wyjechał z Polski do Niemiec. Chyba nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego co się może stać. W pewnym jednak momencie musiało to do niego dotrzeć, gdyż znalazł się w Austrii, która oczywiście była dla niego i rodziny bezpieczna tylko przez jakiś czas. Uczył w szkole, w malutkiej mieścinie o nazwie Randegg. Gdy gestapo kazało im opuścić miasto, Hugo ze starszym synem Fredem wyjechał do krewnych do Berlina. Żonie udało się wyjechać do Francji, gdzie pracowała jako pielęgniarka w obozie w Gurs. Nie chce mi się opisywać historii tego miejsca, więc odsyłam do Wikipedii

Niestety, w Berlinie profesor również nie był bezpieczny, jak dziesiątki tysięcy pozostałych Żydów niemieckich. Choć i tak miał więcej szczęścia od swej żony i syna Freda. Hugo został wywieziony do obozu w Theresienstadt. Tam też „Praca czyniła wolnym” jak w Auschwitz (to sarkazm, jakby co).

W obozie Hugo był zaangażowany w nauczanie dzieci żydowskich. Nawet w tak strasznych warunkach wiedział, że mądrość narodu zależy o mądrości przekazywanych dzieciom. Jemu udało się przeżyć Therezienstadt. Jego żonie oraz synowi Fredowi, nie udało się wyjść cało z Auschwitz, do którego się dostali. No, ale porównywanie tych dwóch obozów, to tak jak porównywanie gruźlicy z rakiem mózgu. Po wyzwoleniu w 1945 r. Hugo Nothmann dostał się do obozu dipisowskiego w Deggendorf. Stamtąd pisał listy do Palestyny, w której w nieznanych mi okolicznościach, znalazła się córka Gabrielle. Po wojnie osiadł w mieście Fürth na Bawarii. Na pewno się nie zdziwicie, gdy napiszę, iż pracował jako nauczyciel. Był też aktywnym członkiem Towarzystwa Chrześcijańsko-Żydowskiego. Za swoje osiągnięcia i wiele prac naukowych otrzymał Federalny Krzyż Zasługi. Zmarł w 1975 r. Pochowano go na nowym cmentarzu żydowskim w Fürth. Zapewne w tym domu przedpogrzebowym, nad jego trumną ktoś wygłosił sporo ciepłych słów o Hugonie, który był nauczycielem wielu różnych dzieci i który przez kilka lat uczył także rybnickie latorośle w prywatnej szkole mniejszościowej. Hugo też walczył o godność, choć bezsprzecznie jego walka w obozie koncentracyjnym w żaden sposób nie może być porównywana do zmagań, jakie obecnie toczą nauczyciele. 

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Najmłodszy syn Hugo i Hedwig, urodzony w Rybniku Walter, też przeżył wojnę. Jak? Nie mam bladego pojęcia.

Zdjęcia z Wikipedii, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, AP w KATO oraz googla. Korzystałam m.in. z artykułu z Marcina Wieczorka pt. „Prywatna Wyższa Szkoła w Rybniku z niemieckim językiem wykładowym” (Zeszyty Rybnickie 2008) oraz jak zwykle z internetów 🙂 No i przepraszam za brak właściwego wyśrodkowania tekstu, ale co aktualizacja, to WordPress gorszy.