Marzec 17

Korona, którą można pogłaskać

Korona to dziś najczęściej wymieniane słowo we wszystkich mediach. Po wpisaniu „onej” do Googla na pierwszym miejscu pokazuje się „Koronavirus alert”, potem ileś tam stron na temat wirusa. Na szczęście dość wysoko jest nadal „Korona Kielce”. Uff 😉 Jeszcze nadal mamy inne korony w naszym świecie. Mamy koronę jako atrybut monarszy, są waluty o tej nazwie, niejeden z nas ma protetyczną koronę, za oknami widzimy korony drzew, wnet zobaczymy korony kwiatków, w Pieninach ciągle stoją Trzy Korony, a mój wpis być może czyta teraz ktoś, kto zdobył np. Koronę Gór Polskich. Jak widzicie jest tych koron multum, więc o tej, o której wszyscy teraz rozmawiamy, na chwilę zapomnijcie. Jest też bowiem coś takiego jak Korona Tory, czyli Keter Tora. To taka zewnętrzna ozdoba zwoju Tory. Korona symbolizuje Boga, ale także zwieńczenie życia pobożnego Żyda i jest symbolem uznania najwyższej władzy, świętości i mądrości Tory.
I ja dziś o tej innej koronie, którą można pogłaskać, bowiem często spotyka się żydowskich nagrobkach. Poniżej zdjęcie z cmentarza w Złotowie (woj. Wielkopolskie).

Na macewach taka korona symbolizuje, że osoba zmarła była wyjątkowo pobożna, posiadała znajomość ksiąg religijnych. Może również obrazować to, że zmarły był cenionym członkiem społeczności, jak na tablicach nagrobkowych cadyków w Radomsku.

Zostawiam Was z przepięknymi koronami, jakie wybrałam dziś spośród tysięcy zdjęć, które przez lata robiłam na cmentarzach żydowskich. Oczywiście to ułamek, tego co mam na dyskach, ale myślę, że starczy, by choć na moment oderwać się od tego małego gnojka, którego nazwano coronavirus i który pokazuje nam, że w naturze wielki nie rządzi. Pojeździmy sobie po Polsce siedząc przed komputerami. Na początek „zagłębie koronowe”, czyli cmentarz żydowski w Częstochowie.

Teraz skok na południe i Ustrzyki Dolne.

Skoro jesteśmy na południu, to Lesko.

Z Leska przeniesiemy się do mojego ukochanego Leżajska, gdzie spoczął wielki cadyk Elimelech z Leżajska. Niestety w tym roku maleńka „korona” uniemożliwiła tysiącom Żydów z całego świata pielgrzymkę do jego grobu.

Ze wschodu śmigamy w okolice Jury do Pilicy. Może ktoś spróbuje tak rozłożyć ręce, jak to zrobiła Magda? Te dłonie w geście błogosławieństwa, oznaczają, że zmarły był z pochodzenia kohenem z rodu Aarona.

Skoro jesteśmy w Pilicy, to nie sposób nie zahaczyć o cudowne Żarki. Przy okazji, Wojtku macham Ci 🙂

Lecimy teraz do miasta, w którym korony na głowy nakładano królom. Kraków.

Zdrowie teraz najważniejsze, więc może do uzdrowiska śmigniemy 😉 Krynica Zdrój.

Z Krynicy wracamy w okolice Krakowa – do Niepołomic.

Na cmentarzach, które znajdują się na byłym terenach niemieckich, takich symboli nie ma zbyt wiele. Znajdziemy je jedynie na starszych nekropoliach, jak choćby w Wielowsi.

Kolejne korony są znowu z królewskiego miasta. Jesteśmy w stolicy przy ulicy Okopowej. Przy okazji możecie sobie przypomnieć jak wygląda śnieg.

Z Warszawy ponownie jedziemy na południowy wschód Polski. Na cmentarzu w Oleszycach w woj.podkarpackim jest wiele nagrobków, na których widać resztki oryginalnych farb na macewach.

Z Oleszyc mamy rzut beretem do Sieniawy. Tamtejszy kirkut to korona na koronie.

W maleńkich Rybotyczach na Podkarpaciu też znajdziemy interesujący nas element.

Zmieniamy kompletnie kierunek podróżowania i kierujemy się na zachód, do Białej w woj.opolskim. Kiedyś to miasteczko zamieszkiwało więcej Żydów niż chrześcijan, co było ewenementem na Śląsku.

Zostajemy w moim Heimacie i kierujemy się do Tarnowskich Gór, gdzie został pochowany pierwszy rybnicki rabin Karfunkel. Na jego grobie jest przepiękna korona i dłonie w geście błogosławienia.

Powinniśmy wrócić do Wielkopolski, od której zaczęliśmy. Cmentarz w Koźminie Wielkopolskim w powiecie krotoszyńskim jest przecudny.

Ale cudniejszy jest stary cmentarz w Cieszynie.

Takie samo cudo to kirkut w małopolskiej Bobowej.

Z Bobowej w miarę blisko do Łabowej w powiecie nowosądeckim.

Wracamy w okolice Częstochowy, czyli do Krzepic. Tamtejszy cmentarz to unikat z uwagi na ogromną ilość żeliwnych macew. Niestety nie znalazłam wśród swoich zdjęć żeliwnej korony w Krzepicach. Przeważają orły, jelenie i lwy.

Przenosimy się do województwa łódzkiego, czyli do Tomaszowa Mazowieckiego.

Zjeżdżamy w dół mapy do Proszowic w pobliżu Krakowa.

Jeszcze jedziemy na dół, tym razem do Ryglic w powiecie tarnowskim.

Zostając w tej okolicy podjeżdżamy do Tarnowa.

Benzyna ponoć tanieje, więc stać nas na to, by pokierować się daleko na północ, do Jastrowia w powiecie złotowskim na górnej granicy Wielkopolski. Uwaga na bycze mrówki!

Teraz Dolny Śląsk i Legnica.

Mijamy Olkusz…

… i zmierzamy do Sokołowa Małopolskiego.

Z Sokołowa jedziemy do Korczyny w powiecie krośnieńskim. Tu łapie nas ulewa 😉

W Dukli nadal leje.

W Żołyni pogoda się poprawia.



W Jarosławiu pogoda już idealna.

Powoli zaczynamy wracać na zachód mijając Żabno.

Zatrzymujemy się na moment w Dębicy.

Lekko zbaczamy z głównej trasy i przelatujemy przez Dąbrowę Tarnowską.

Wjeżdżamy do wiosennego Andrychowa.

Jeszcze czeka na nas Jaworzno.

Powoli powinniśmy lądować w domu, czyli w Rybniku. Niestety, na naszych cmentarzach nie zachowały się nagrobki. Ale, ale… możemy sobie na końcu zrobić podróż w głąb czasu i przenieść się do początku lat trzydziestych XX wieku. I wtedy zobaczylibyśmy, że i u nas na macewach były korony. Tym historycznym zdjęciem przedstawiającym stary cmentarz żydowski w Rybniku kończymy dzisiejszą wyprawę szlakiem korony, do której można się zbliżyć bez obawy utraty zdrowia. Trzymajcie się i nadal zostawajcie w domu! Zdrowia!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Korona, którą można pogłaskać została wyłączona
Marzec 14

Piękni i młodzi – nieznajoma

Jeden mały kulkowaty gnojek z wypustkami wyglądającymi jak parzydełka, uziemił prawie cały świat w domu. Tym samym spowodował, że ludzie zaczęli odrabiać zaległości. Zgodnie z zaleceniami lepiej poczytać książkę, obejrzeć komedię, czy pograć w brydża niż dobijać się przytłaczającymi wiadomościami. Przed chwilą na Messengera dostałam kolejną wiadomość, jak to należy się modlić, gdyż idzie koniec świata. Zablokowałam następną osobę i zasiadłam do tego, na co dotychczas nie miałam czasu. Maurycy stwierdził, że to mało interesujące dla niego 😉

Jak pamiętacie w ubiegłym roku zabrałam się do opisywanie dwunastu nastolatków ze zdjęcia, które dostałam od pani Miriam Glucksmann – córki urodzonego w Rybniku Alfreda. Wiele osób z fotografii już opisałam, bo potrafiłam znaleźć o nich informacje. Kolejna, niestety, zostanie nieznana, bowiem na odwrocie zdjęcia, ciocia Miriam oznaczyła ją znakiem zapytania.

Na oko dziewczyna ma kilkanaście lat. Jest w tym samym wieku co pozostali. Stoi pomiędzy Fritzem Aronade a Ilse Glücksmann. Przyjmując, iż zdjęcie zostało zrobione w maju 1921 roku, to musiała się urodzić pomiędzy 1903 a maksymalnie 1908 rokiem. Tyle wiem, ile widzę. Śliczna buzia, regularne rysy, ładnie wykrojone usta, gęste włosy zaczesane do tyłu. Lekko się uśmiecha, podnosząc jeden kącik ust – jakby ironiczny uśmieszek. Sukienka chyba plisowana, przewiązany pasek z klamrą. Czyją była córką nie wiem. Jak miała na imię nie wiem. Czy przeżyła wojnę nie wiem.

Przeanalizowałam wiele aktów urodzin dla tych lat. Raczej nie była siostrą Fritza – Berthą, bowiem ta urodziła się w 1900 roku, a na 21 lat ta panna nie wygląda. Poza tym na pewno Ilse Glucksmann by zapamiętała jej imię, skoro Fritza opisała. Sądzę też, że nie należała do rodziny Priesterów, bo panienek z tego roku na fotce jest więcej, więc też w pamięci opisującej by się utrwaliło. Z tego samego powodu nie jest to panna z Silbigerów. Może to zatem Edith Brauer? Córka Izaaka i Fanny z domu Weissler urodzona w 1903 roku? Jeśli byłaby to ona, to należałoby się cieszyć, bowiem Edith, jako Edita Preiss zmarła w 1989 r. w Buenos Aires.

A może to Elsa Karolina Kornblum, urodzona w 1908, córka Martina i Hedwig? Jeśli tak, to powodów do radości by nie było 🙁

Albo jedna z pociech Benno i Julii Lewin? Naprawdę nie wiem. Równie dobrze można uznać, że to ktoś z poza Rybnika, kto znalazł się na uroczystości, przy okazji której ci młodzi ludzie zostali uwiecznieni. Zostanie więc tajemniczą, młodą i piękną „Nieznajomą”.

Tymczasem się trzymajcie w swoich domach. Nie potępiajmy tych, którzy popełnili błędy, bo dzięki nim może nam się to udać! Trzymajmy kciuki za Włochów! To dopiero początek tego Armagedonu, więc jak się nudzicie, to posznupajcie sobie po moich szufladach. Sądzę, że lepiej poczytać o tym co było, niż kombinować co będzie przeglądając kolejne fakenewsy. Ja przechodzę na „Kurnik” i wracam do polskiej wersji scrabble on-line. Jakby co, to gram jako mploszaj.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – nieznajoma została wyłączona
Marzec 7

Hazynhajda

To miejsce darzę ogromnym sentymentem. Wielki park, ofiarowany miastu pod koniec XIX wieku przez żydowskiego przedsiębiorcę, radnego, filantropa – Juliusa Haase (pisałam o nim 5 lat temu tu ➡ Juliusz społecznik). Na cześć darczyńcy nazwany Haasenheide.

Bodajże najstarsza karta przedstawiająca park ma właśnie opis: „Haasenhaide. Gruss aus Rybnik. O.S.”. Widać na niej, jak eleganccy mężczyźni spacerują po świeżo wytyczonych i obsadzonych zielenią alejkach. Na drugim planie wije się droga z Chwałowic do Rybnika, który jest gdzieś tam w oddali.

W czasach niemieckich, ten fragment Rybnika był ulubionym tematem na pocztówkach. Po „Stadtparku” przechadzały się rodziny.

Rybniczanki w długich sukniach kryły się przed słońcem w cieniu wielkich drzew.

Kto wie, może te widokówki sponsorował sam Julius Haase. Ta poniższa, na której widać rok nadania 1904, jest z czasów, gdy jeszcze mieszkał w Rybniku. Przyglądający się z troską roślinom, dwaj mężczyźni, to mogą być urzędnicy miejscy sprawdzający, czy przyjęły się posadzone przy Alejce Haasego dęby Bismarcka.

Po wybudowaniu tarasu widokowego, który jest istniejącym do dziś, przeuroczym elementem małej architektury z początków XIX w., wydawcy uznali, że to się może sprzedać 😉 I chyba sprzedawało, bo aż na trzech pocztówkach przedstawiono „Stadtpark-Terasse”. Park tętnił życiem. Były koncerty, mała restauracyjka, rybniczanie dreptali z miasta do tej zielonej oazy z wielką ochotą.

A jak już tam przydreptali to patrzeli na to, jak pięknie wyglądało nasze miasto od strony Hasenheidy! Widać było żydowski sierociniec, Juliuskrankenhaus, starostwo, budynki przy dzisiejszej Świerklańskiej, Antoniczka. Całe miasto buchało zielenią. Przynajmniej ja tak to widzę 😉

W 1905 roku park został powiększony o parę hektarów, które nabyło miasto. Cztery lata później fundator – Juliusz Haase został honorowym obywatelem miasta Rybnika. Jakiś czas potem zostawił Oberschlesien i przeniósł się do Berlina, gdzie zamieszkał w takim paradnym budynku przy Kaiserallee 209.

No, a potem odszedł w wieku 64 lat. Pochowany został na cmentarzu żydowskim Weissensee. Niestety, gdy tam byłam ponad 2 lata temu, to kwatera, w której spoczął Julius, a następnie jego żona, była zawalona drzewami po przejściu huraganu Ksawery. Wiem, że groby małżonków istnieją, ale ich nie znalazłam. Świat jednak, mam nadzieję, jeszcze się nie kończy, więc kiedyś tam wrócę.

Gdy Rybnik stał się polski parkowi zmieniono nazwę z Hasenheide na Kozie Górki (ewentualnie Kozie Góry). Choć jeszcze w 1924, a nawet w 1925, w prasie robotniczej, gdy informowano o obchodach święta 1 Maja, to używano nazwy oryginalnej. Towarzysze szli w pochodzie na Hasenheide 😉

Obecnie park zwą i Kozie Górki, i Hazynhajda, i Hajda. Tą ostatnią nazwę przyjęła jedna z lepszych restauracji rybnickich, która od wielu lat działa w środku tej zielonej plamy. Stoi tam też tablica informacyjna, która w kilku językach skrótowo przedstawia historię tego miejsca.

Sam Julius jest upamiętniony w parku w dwóch miejscach. Od lat stoi stary obelisk przy Restauracji Hajda. Parę lat temu miałam wielką przyjemność, by pociągnąć za szarfę i odsłonić jego nowy pomnik wraz z prezydentem miasta oraz przedstawicielką dzielnicy Meksyk.

W pobliżu parku, niejako w jego otulinie, przez lata stała ruina dawnego hotelu – domu gościnnego o nazwie „Rondo”. Jeszcze dziś można w internecie natrafić na zdjęcia przedstawiające zarówno środek jak i obejście tego należącego do PKP byczego bloku. Wielki komunistyczny moloch swym zdewastowanym obliczem psuł wizerunek pobliskiej Hazynhajdy.

Ponad 3 lata temu pojawiły się informacje, iż ktoś kupił, ktoś coś zmierza, ktoś chce z tego opuszczonego i zrujnowanego ośrodka zrobić mieszkaniową perełkę. Po jakimś czasie okazało się kto i to już zaczęło dobrze wróżyć. Nie żaden szemrany zewnętrzny deweloper, a dziołcha „stond” – „naszo”. Rudo dziołcha z „pałerem”, jak to mówią. I ta dziołcha to kupiła, wyremontowała, a terozki sprzedowo. Czyli ta dziewczyna to kupiła, wyremontowała i teraz sprzedaje. Ale, zdając sobie sprawę z ważności historii, z potencjału Hazynhajdy, to ta dziewczyna stwierdziła, że należy zajrzeć do „szuflad” z naklejką „Haase”. Z wielką przyjemnością je otwarłam i opowiedziałam co wiedziałam.

Teraz te historie będzie przekazywał miły pan ze zdjęcia, bowiem to on, w imieniu rudej dziołchy, zajmie się sprzedażą. Nie jestem skora do reklamowania prywatnych inicjatyw, ale tą muszę, bo wiem, że Juliusz Haase się ucieszył, że wreszcie otoczenie jego parku wyładniało. On sam inwestował w nieruchomości, lubił piękno, na bank był estetą, więc przylazł do mnie w nocy 😉 i rzekł: Małgosia, schreiben Sie über die Wohnsiedlung „Parkowa”. A czegóż ja nie zrobię dla Julka 😉

Podjechałam pod Osiedle Mieszkaniowe Parkowa. Połaziłam se po Hazynhajdzie, pogadałam z Julkiem w myślach. Doszliśmy do wniosku, że jeszcze ciut za mało zieleni przy budynkach. Obojgu nam by się marzyły pnącza i wiele, wiele kwiatów. Mieliśmy to samo zdanie: jak posadzą tam iglaki, to Julek ich będzie straszyć.

Jednak ostatecznie, gdzieś po 15 minutach, Julek filuternie mrugnął okiem tam gdzieś na wysokościach i powiedział: „Aaaa, napisz”. Szkryfnął podpis i dał przyzwolenie.

No to napisałam. Nie wiem, czy mieszkania są w środku ładne. Nie wiem, czy będzie więcej zieleni. Nie wiem, czy remont był dobrze przeprowadzony i czy drogo, czy też tanio. Ale wiem, że to niesamowite miejsce, że w pobliżu jest kilka hektarów starego, naturalistycznego parku, że zaraz obok jest najlepsza pizza w Rybniku i że Julius Haase będzie czuwać nad tym miejscem. Mazeł tow!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Hazynhajda została wyłączona
Luty 23

Ktoś go musi wspomnieć – zapomniany dentysta

Przed 75. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz robiłam taki mini projekt na ➡ Fb Rybnickich Żydów wspominając tych rybniczan, którzy zginęli w tym potwornym miejscu. Przeglądając różne nazwiska wpadł mi w oczy młody człowiek o imieniu Samuel. Starając się na szybko znaleźć jakieś informacje o nim doszłam do wniosku, że raczej jego życie nie zakończyło się w Auschwitz. Dlatego też wówczas go pominęłam, ale ten przystojniak tkwił mi w głowie, więc dziś poświęcam mu odrębną szufladkę. Nie będzie to jakaś wyjątkowa story. Skoro jednak przez jakiś czas u nas mieszkał, to należy mu się wspomnienie, bo na pewno nie ma nikogo, kto by go przypomniał.

Samuel Waldberger

Tylko raz się na niego natknęłam w rybnickich dokumentach. Znalazłam jego podpis jako świadka na ślubie opisywanego już onegdaj zegarmistrza ➡ Aleksandra Waldberga.

Ślub miał miejsce w Rybniku w październiku 1933 roku. Rozwiedziony Aleks, fachowiec od napraw czasomierzów, od wielu lat rybniczanin, brał sobie wtedy za żonę gliwiczankę Irmę Hecht. Gdy pisałam o zegarmistrzu nie wiedziałam skąd pochodził. Dziś już wiem, iż jego miastem rodzinnym było „Podgórze przy Krakowie” jak to zanotował urzędnik USC. Z tego miasta pochodził również Samuel Waldberger. Na dokumencie zawarcia małżeństwa Samuel widnieje jako dentysta zamieszkały w Rybniku przy ulicy Łony 9, czyli w kamienicy, w której mieszkał i Aleks Waldberg.

Obydwaj obcy w Rybniku, obydwaj z Krakowa, a ściślej z Podgórza, obydwaj wykonujący zawód wymagający wielkiej precyzji, no i obydwaj o podobnych nazwiskach. Jeden Waldberg, a drugi Waldberger.

Drugim świadkiem na ślubie Aleksandra i Irmy był Majer Krakauer – kupiec znany w mieście. Majer czeka na opisanie, bo to niezwykła postać. Też nie był „nasz” od urodzenia, choć ostatecznie na naszym cmentarzu został po latach pochowany. Dwaj polscy Żydzi świadkowali na tym na ślubie. Z czego jeden był sąsiadem z tej samej kamienicy przy Łony, a drugi mieszkał o rzut beretem, czyli na Gliwickiej. Swoi trzymali się razem. Niemieccy Żydzi, którzy nadal u nas mieszkali, zapewne nie dopuszczali ich do swojego grona.

Samuel dentysta szykownym facetem był. No, popatrzcie. Regularne rysy, elegancko przystrzyżone bujne włosy, zalotny wąsik. Gdy mieszkał u nas był ledwo po trzydziestce. Synek do wzięcia. Nie znalazłam żadnych informacji o nim w okresie, gdy pomieszkiwał w Rybniku. Podejrzewam, że pojawił się u nas na krótko. Czy miał tu też gabinet? Internety na ten temat milczą. Przedtem był dentystą w Berlinie! Księga adresowa tego miasta dla lat 1931-1932 podaje, iż mieszkał przy Joachimstrasse 11a.

Co ciekawe, przed 1938 r. ponownie zakotwiczył i pracował w Berlinie, choć już pod innym adresem. Zapewne też wnet musiał Niemcy opuścić, jako polski Żyd.

Nie do końca byłam pewna, czy to ten sam człowiek. Ale to on. Za chwilę wyjaśnię na czym opieram tą pewność. Przekopałam wiele stron i znalazłam jego prośbę o wydanie karty identyfikacyjnej dla Żydów. Przebywał w 1940 roku w dawnej wsi podkrakowskiej o nazwie Tonie – dziś części Krakowa. Potem był w getcie, a to utworzono na Podgórzu 🙁 A skoro był w getcie, to… to raczej pewne, że wojny nie przeżył.

„Page of testimony” na stronie Yad Vashem potwierdziło moje przypuszczenia. Tym samym rozwiało wątpliwości, czy Samuel z Joachimstrasse to Sam z Rosentalerstrasse. Jakaś daleka krewna złożyła dwie informacje o tym, iż Samuel (Sam) urodzony w Krakowie, mieszkający przez krótki czas w Rybniku, leczący zęby też w Berlinie, znalazł się w krakowskim getcie i od tego czasu ślad po nim zaginął.

Nie pozostało po nim nic za wyjątkiem zamaszystego podpisu, dwóch mini reklam z Berlina i tego zdjęcia na Yad Vashem. Nie wiem, czy był żonaty, nie wiem, czy miał dzieci. Nie wiem, czy był dobrym dentystą, ani nie wiem, czy był fajnym sąsiadem. Nie wiem, czy lubił się śmiać i nie wiem, czy nie był jednym z tych, których Amon Göth zastrzelił ze swego balkonu z karabinu snajperskiego.

Niestety, wiem już za to, iż zegarmistrz Aleksander Waldberg, na którego ślubie świadkował Samuel, też w czasie wojny znalazł się wraz z żoną Irmą w krakowskim getcie. Nie dotarł ani do Gwatemali, czy innej Brazylii, jak to się łudziłam, gdy pisałam o nim w listopadzie 2017 r. Ostatni ślad po rybnickim fachowcu precyzyjnym i jego żonie to adres: ulica Smolki 4a/3 Kraków-Podgórze 🙁 Potem znalazł się na liście przesiedleńczej do getta. Reszty możecie się domyśleć.

Źródła: Yad Vashem, Ancestry.com, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Archiwum Państwowe w Raciborzu.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Ktoś go musi wspomnieć – zapomniany dentysta została wyłączona
Styczeń 6

Dawid Wajnapel – uciekinier z Marszu Śmierci

Świat szykuje się do 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Ktoś tam nie pojedzie do Izraela, bo nie będzie stał w jednym szeregu z innym i strzela niezrozumiałego focha, jak typowy polaczek. Ten inny z kolei pierdoli farmazony na lewo i prawo, bo niby taki z niego „ruskij gieroj” i filosemita. Jeszcze inny zaczyna wojenkę, bo tak se chce przejść do historii jako „American hero”. A ci, którzy doświadczyli tego co niesie ze sobą wojna, która zaczyna się na ogół od złych słów i czynów, wypowiadanych i popieranych przez tych, którzy mają władzę, już nie mogą niczego skomentować.
Ode mnie: Historia Dawida Wajnapela, uratowanego pod Rybnikiem w Książenicach przez małżeństwo Jurytków, oraz jego niesamowitej żony Saby

Nie musiałam się długo zastanawiać, że jest mus, by ponownie na Szufladzie napisać o ➡ Planecie Auschwitz. Przez godzinę przeglądałam nazwiska tych, którzy szli w Marszu Śmierci przez Rybnik. Już zaczynałam się zabierać za kantora z warszawskiej synagogi Nożyków – Jakuba Lichtermana, ale coś mi nie pasiło. Nie poczułam tego „coś”. Wróciłam do wykazu w książce pana Jana Delowicza. Doszłam do litery „W”: Dawid Wajnapel. Numer obozowy B-1926. Lekarz. Poczułam to „coś”. 8 godzin pracy w sieci przedstawiam Wam poniżej.

Dawid urodził się w styczniu 1907 roku, w Radomiu, w rodzinie Fiszela i Miriam. Miał jednego brata Salomona. Obaj poszli na studia do Warszawy. Dawid na medycynę, a Salo na biologię. Taki i wtedy był lajf, że medycyna dawała dobry zawód, a biologia nie. Salomon nie potrafił znaleźć pracy, borykał się z wieloma problemami, co nie przeszkodziło mu w ożenku. Jego wybranką została pianistka, absolwentka warszawskiego konserwatorium, która szykowała się do najbliższego konkursu szopenowskiego. Te plany przerwała wojna. Rinę, bo tak miała na imię, zagazowano w Treblince. Mąż został sam z maleńką córeczką, którą starał się uratować, oddając Polakom. Niestety, kilkumiesięczne dziecko zostało po jakimś czasie z powrotem oddane do radomskiego getta. Ani Salomon, ani maleńka Ola, nie przeżyli. Zostali zamordowani w Radomiu 21 marca 1943 r. Ten sam los tego dnia spotkał rodziców obu wykształconych braci. Jak podaje Yizkor of Radom, tata Fiszel zanim dostał śmiercionośną kulkę, to podjął walkę z kilkoma oprawcami ukraińskimi.

Mój bohater Dawid pracował jako lekarz w Radomiu. Gdy wybuchła wojna, radomscy Żydzi, znaleźli się w takiej samej tragicznej sytuacji, jak reszta Żydów w Polsce. Stanowili prawie jedną trzecią mieszkańców tego miasta. W ciągu kilku pierwszych miesięcy okupacji, liczba Żydów drastycznie wzrosła, bowiem do Radomia zesłano tych z Poznania i okolic Łodzi. Pierwszego grudnia 1939 ustanowiono Judenrat. Krótko przed powstaniem dwóch radomskich gett, czyli wiosną 1941 roku, w mieście zgromadzono ponad 32 000 Żydów.

Doktor Dawid Wajnapel przez cały czas pracował w szpitalu zakaźnym, który znalazł się na terenie getta. Ten szpital został w nocy z 16 na 17 sierpnia 1942 r. w czasie likwidacji getta (po wymordowaniu przez Niemców wszystkich chorych) zlikwidowany. Radom ohne Juden! Tak przedstawił, wolny od Żydów Radom, niemiecki żołnierz w swoim albumie (z książki „A Glimpse of Evil. Part I of Trilogy” – Spojrzenie diabła. Pierwsza część trylogii, autorstwa Daniela de Varennes, Norberta Podlesny).

Dawid pozostał w Radomiu prawie aż końca marca 1943 r. Wtedy to został wywieziony do obozu pracy przymusowej w Bliżynie w okolicach Skarżyska-Kamiennej. Od stycznia 1944 była tam filia Majdanka. Na terenie obozu w Bliżynie działało swego rodzaju ambulatorium medyczne. Pracował tam, o ile to co robił można nazwać pracą, doktor Wajnapel. Z powodu braku jakichkolwiek lekarstw, lekarze byli bezsilni wobec tyfusu i duru brzusznego, które dziesiątkowały więźniów w Bliżynie.

Tu muszę wprowadzić do historii kobietę. Cofnę się w czasie do 1918 roku, a w przestrzeni do małego miasteczka zwanego Oświęcim. Tam, w ostatnim roku I wojny, w ortodoksyjnej rodzinie chasydzkiej, przyszła na świat Saba Wulkan. Chyba od urodzenia ta dziewczyna szła pod prąd. Wbrew woli rodziny czuła, że nauka to jest to. Wbrew woli rodziny zaczęła pracować w bibliotece. Wbrew woli rodziców została syjonistką. Gdy czytałam o niej, to czułam, że ta niepokorna dusza, przeciwstawiająca się religii, tradycji i najbliższym, byłaby mi bliska. Gdy jej posłuchałam, już jako bardzo wiekowej pani, to uznałam, że na pewno byśmy się polubiły. Silna baba.

Żydowska buntowniczka, która olała tradycję i postanowiła zostać pielęgniarką. Wyprowadziła się z Oświęcimia najpierw bodajże do Bochni, a następnie do Krakowa. Jak to napisał jej późniejszy mąż, czyli Dawid, nie była „grzeczną dziewczynką”. To jej uratowało życie, bo gdyby szła utartą drogą, wytyczoną przez tradycję i rodzinę, to by wojny nie przeżyła, jak jej bliscy z rodu Wulkanów. Miała możliwość wyjechania do Palestyny przed wojną, ale uznała, że jest potrzebna tu – w Polsce. W czasie wojny znalazła się w getcie w Krakowie. Szukając jakiejś drogi ucieczki znalazła się w Radomiu. Została pielęgniarką w szpitalu, w którym pracował Dawid. Stał się jej szefem, choć jak to po latach napisał: „W sumie to ona została moją szefową”. Była waleczna. Walczyła nawet z Judenratem o leki, jedzenie, węgiel dla pacjentów. Ponoć żydowska starszyzna za nią nie przepadała. Niejednokrotnie przewodniczący rady ostrzegał ją, że zostanie deportowana, jeśli nie przestanie atakować go prośbami. Sprowadziła do Radomia swą siostrę z mężem i dzieckiem. Ryzykowała wiele by ich uratować.

Dawid lekarz i Saba pielęgniarka zakochali się w sobie. A miłość powoduje cuda, daje siłę, niewiarygodną moc, sprawczość i może przezwyciężyć wszystko. Jakimś cudem Saba nie została wysłana do obozu zagłady. Uznała, że Dawid, po śmierci wszystkich swoich najbliższych jest na dnie studni rozpaczy. Wystąpiła o zgodę na ślub i ją dostała. Tym samym została więźniem obozu w Bliżynie. Jakaż to musiała być miłość! Dwoje młodych Żydów, bez szans na przeżycie, w strasznym obozie, dookoła panującego tyfusu i katujących wszystkich SS-manów. Nie mamy takiej wyobraźni, bo móc sobie to zobrazować. I lepiej byśmy jej nigdy nie mieli.
Dawida przewieziono do KL Auschwitz-Birkenau II 31 lipca 1944 roku. Nie wiem kiedy znalazła się tam Saba. Dawid został pielęgniarzem w bloku szpitalnym nr 15 sektor BIIa (obóz kwarantanny). To co widział na pewno śniło mu się do końca życia.

W połowie stycznia 1945 roku ruszył wraz w tysiącami innych w Marszu, który dla niego na szczęście nie zakończył się śmiercią. W nieznanym mu lesie pod Rybnikiem, we wsi zwanej wówczas Stein (dziś Kamień) doszło do strzelaniny, w czasie której udało mu się zbiec. W mrozie, śniegu, o głodzie i chłodzie błąkał się po śląskich lasach. Wraz z trzynastoma innymi zbiegami w końcu dotarł do chałupy jednych Hanysów. Prostych ludzi, żyjących na skraju wsi o nazwie Książenice. Tymi ludźmi byli Bronisława i Bruno Jurytko.

Oddam pani Broni głos:
Jużeśmy przygotowywali się do snu. Mąż wrócił z obory(..) gdy rozległo się pukanie w szybę. Niemcy-albo Ruskie-powiedział mąż, ale pomyślałam, iż żołnierze nie stukaliby w okno, tylko w drzwi, albo weszliby od razu do izby. (..) więc pomyślałam, że to nie wojsko. Bruno wyszedł do sieni, otworzył, a za chwilę weszła do izby chmara ludzi. Aż się przeraziłam, gdy ich ujrzałam, a serce rwało się z bólu. Wymarznięci, sini z zimna, wychudzeni, niektórzy boso, nogi czerwone jak krew, oczy błyszczące z gorączki, głowy ogolone. Przeżegnałam się odruchowo, a niektórzy z nich na ten widok łamiącym się głosem wyszeptali: „Niech będzie pochwalony…”, ale tak to mówili, że zaraz poznałam, że to nie nasi. Każdy z nich jak najbliżej chciał pieca stanąć, a chmara ich była- już mówiłam chyba ze dwudziestu(…) byli w obozowych pasiakach, niektórzy na sobie jakieś dodatkowe marynarki, płaszcze chusty. Jeden stał tylko w samych spodniach, wiec mu przyniosłam coś na wierzch. Wyjęłam chleb, dwa ciepłe bochenki, bo u nas się piekło. Jeszcze były trochę ciepłe, wiec pokrajałam je na grube kawałki. Dziękowali, nie wszystko rozumiałam, rozgadali się.(…)
Któryś zaczął opowiadać: uciekli z transportu. Od kilku dni byli w drodze z obozu, jechali pociągiem. Potem ich wypędzono i maszerowali w kolumnie. Kto zostawał, tego zabijano. Po południu zaczęto do nich strzelać. Uciekli. Ukryli się w lesie. Jak się ściemniło, ruszyli w drogę. Już dalej iść nie mogą-„Przyjmiecie nas uratujecie?- zapytali. Zaczęli prosić, któryś płakał. I ja się też rozpłakałam. Mąż mój siedział na krześle, głowę spuścił tylko, a potem wstał i pokuśtykał – kulawy był – do drugiej izby, przyniósł trochę machorki, zrobił skręty i dał im, a mnie powiedział, że mam wziąć syna i pójść do drugiej izby i jakby co to ja o niczym nie wiem. Wreszcie usłyszałam jakieś szuranie, zaczęli wychodzić z kuchni.
Rano, mąż powiedział, abym nagotowała zupy.(..) Przygotowaliśmy wielki garnek (pięćdziesiąt litrów), potem wyjęłam spory kawał mięsa, kaszy, ziemniaków i ugotowałam zupę. Jak się ściemniło, zanieśliśmy ją z mężem do stodoły, w której przechowywaliśmy siano. Tam się bowiem ukryli więźniowie. Gdy poczuli zapach mięsa i kaszy, to nagle z wszystkich stron wysunęły się głowy. Nawet tylu talerzy nie miałam, więc z misek i wprost z garnka jedli. Każdego dnia piekłam cztery bochenki chleba i gotowałam pełny garnek zupy. Ukrywali się u nas przez osiem dni. Ja tych dni nie liczyłam. Sami o tym później napisali. Któregoś dnia przed południem usłyszałam warkot silników, zajechał niemiecki patrol. Mąż wyszedł przed dom. Usłyszałam „Haftlinger! Jude. Nogi mi się zatrzęsły, że kroku nie mogłam zrobić. Nie wiem, może się modliłam, a może stałam jak zamurowana. Bałam się podejść do okna, zobaczyć. Nie wiem ile czasu upłynęło, nim usłyszałam ponowny warkot silników. A potem przyszedł, któryś z sąsiadów i powiedział, że w Leszczynach i Książenicach nie ma już Niemców. Wtedy Mąż wyjął brzytwę i po kolei każdego z ukrywających się ogolił. Wymyli się trochę, a oni podziękowali w różnych językach, aż wreszcie któryś po polsku poprosił o kawałek kartki i pióro. Potem zaczął coś pisać i spisywać.”

Tyle bohaterska Bronia. Wśród uratowanych przez państwa Jurytków był nasz lekarz Dawid z Radomia. Śląska rodzina otrzymała po latach tytuł Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Zresztą nie oni jedni, którzy ratowali uciekinierów spod Rybnika. Nasze śląskie wsie pokazały wtedy swą wielkość. Wstydu nie ma 🙂

Dawid po wojnie był w różnych obozach przesiedleńczych na terenie Niemiec. Zeznawał jako świadek w trakcie procesu norymberskiego. Dawał świadectwo temu co miało miejsce w getcie w Radomiu, w Bliżynie i Auschwitz.

Odnaleźli się z Sabą i wyjechali do USA. Tam pracowali, urodzili synów i tam zmarli w sędziwym wieku. Oboje byli bardzo szanowani i cenieni. Dawid napisał wspomnienia pt. „From death row to freedom”, w której opisał swoje przeżycia, w tym pobyt pod Rybnikiem. Nie był jedynym uratowanym przez małżonków Jurytków.

Niestety nie potrafię jego książki znikąd ściągnąć, więc nie znam jej treści. Wydał ją w USA. Wiem, że zilustrował w niej swoje przeżycia. To niesamowite zobrazowanie tego, co miało miejsce w czasie wojny.

Mam nieśmiałe przeczucie, że mój amerykański znajomy, z którym za tydzień ponownie będę przedeptywać Sosnowiec, wspomnienia Dawida mi przywiezie z dalekiej Ameryki. Z uwagi na to, że oboje jego rodziców przeżyło Auschwitz a maluteńka siostra tam została zamordowana, to ma spore parcie na ten temat. Dziś mu tylko wspomniałam w trakcie rozmowy telefonicznej co piszę, a on już się wgryza w temat lekarza Dawida Wajnapela ocalonego przez zwykłych Ślązaków.

Korzystałam z: geni.com, Ghetto Fighters’ Museum, USC Shoah Foundation, JewishGen, Katarzyna Jedynak „Polscy więźniowie w obozie w Bliżynie w latach 1942–1944”, www.jewishgen.org/Yizkor/radom, http://romabaran.blogspot.com/2009/02/david-wajnapel-and-my-father.html, Jan Delowicz „Śladem krwi”. Rysunki autorstwa Dawida Wajnapela (czy też Wainapel).

PS. Być może uda mi się jeszcze przed 75. rocznicą opisać sosnowieckiego „Króla”, czyli boksera z Zagłębia, który przed wojną walczył z najlepszymi, a po wojnie nie potrafił się zmierzyć z demonami Planety Auschwitz.

Grudzień 30

Podsumowanie 2019 roku

Słuchając „Asamitu” w Trójce mogłam opisać mijający 2019. To będzie 23. wpis w tym roku. Przy takiej muzyce zostały przywołane tylko pozytywne wspomnienia. No i statystyki blogowe, a te nie kłamią – ludzie tu wchodzą 🙂

Jak przeczuwałam 12 miesięcy temu, ten rok był niezwykły. Zaczął się od żydowskiej Ostrawy, bo tam Szuflada spędzała Sylwestra. Stolpersteiny, trzy cmentarze żydowskie i „pivo jako od Boha”. Bo skoro Czechy, to i dystans właściwy trzeba było mieć.

Potem było wysokie C, czyli w lutym Izrael i Palestyna. Zobaczyłam tyle rzeczy, miejsc i ludzi, że starczyłoby tego na trzy lata, a nie jeden rok. Moi współtowarzysze przeżywali emocje w grocie, którą uznano za miejsce narodzenia Jezusa, a ja na grobie Oskara Schindlera.

Znajomi zdawali sobie sprawę, że Ściana Płaczu to ważne miejsce, ale to chyba mnie tam na maksa ściskało za gardło, gdy wkładałam w szparę swoje i innych prośby.

Choć nie wiem, czy nie bardziej mnie dławiło, gdy stałam przy strasznym murze, który zbudowali Izraelczycy, by oddzielić się od Palestyny. Takich murów nie wolno stawiać, bez względu na to jakie są powody.

Oglądanie różnorakich kościołów nie robiło na mnie żadnego wrażenia, ale grób króla Dawida tak. Choć w sumie nie wiem dlaczego. Ani on mi brat, ani swat. Schindler – ok, bo od niego się u mnie zaczęło. Ale król Dawid? Widać może tam jaki czakram był, albo inny pieron.

Jak przysłowiowa Grażyna na wakacjach sfotografowałam się z wielbłądem i kupiłam 15 magnesów, które zdobią lodówkę.

Jak przeciwieństwo owej Grażyny, zachwycałam się chasydzkim Bobem Dylanem gdzieś na pustyni, wszystkimi kotami i zwykłymi obrazami tego niesamowitego kraju wielu kultur i religii.

Nie przypuszczałam wtedy, że pożegnanie z Ruth Manneberg w Nazarecie, po odwiedzinach w ich domu w Yaadzie, będzie tym ostatecznym „good bye”. Cudowna, ciepła „Jidisze mame”, a taką była Ruth, odeszła z tego świata ponad miesiąc temu 🙁

Powrót do „reality” zaczął się od występu Szuflady w Tarnowskich Górach. Tam, na zaproszenie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dotarłam z opowieścią o rodzinie Haase. Dobrze znać takich ciekawych ludzi, jak Mariusz 🙂

Początek wiosny to była inauguracja Festiwalu Kultur na Kopalni Ignacy. Chyba nikt się nie dziwi, że na pierwszy rzut poszedł Dzień Żydowski. Był kompletny misz masz i bałagan, czyli i pieczenie hamantaszy, i lekcja hebrajskiego, i warsztaty wycinanek, i wystawa rybnickich judaików, prelekcja o Alfredzie Glucksmannie, koncert piosenek w wykonaniu Teatru Midraszowego z Raciborza i na końcu spektakl „Gehinom”. To pomieszanie z poplątaniem wyszło i udało się na zabytkowej kopalni, w dzielnicy odległej od centrum.

Gdybym miała na szali rocznej zważyć co było dla mnie najważniejsze w tym roku, to było nim bez wątpienia przedstawienie o Stefci i Geni. Zobaczyłam je na premierze we Wrocławiu, potem w trakcie Festiwalu Kultur i ostatni raz pod koniec roku w Domu Kultury w Chwałowicach. W jakimś tam stopniu Szuflada czuje się mamą chrzestną, gdyż to ja poprosiłam Kasię, by za temat na przedstawienie dyplomowe wzięła historię o dwóch żydowskich dziewczynkach z Rybnika. Napisała scenariusz, wyreżyserowała, a niesamowici aktorzy zagrali. Losy rodziny Rybów w ich wykonaniu powaliły na kolana nie tylko mnie. Szacowni jurorzy na różnych konkursach uznawali „Gehinom” za wart pierwszych nagród.

Dzięki Festiwalowi Kultur, który na Ignacym odbył się 4 razy, zachwyciłam się naszymi nowymi rybniczanami, czyli sąsiadami zza wschodniej granicy. Gdy myślę o Dniu Ukraińskim, to zaraz się w duchu uśmiecham. To był wielki zaszczyt i radość móc z Wami pracować. Fajnie Was spotykać w mieście 🙂

Gdy przywołuję ludzi z tego roku, to jak zwykle los mi sprzyjał. Czyż poznanie i oprowadzanie po Rybniku kogoś takiego jak Ben Judah to nie dar od jakichś wyższych sił? Ten brytyjski, choć może amerykański, dziennikarz, pisarz, reportażysta, analityk polityczny i laureat wielu prestiżowych nagród (m.in. nominowany do Nagrody im. R.Kapuścińskiego) dreptał za mną po mieście i wsłuchiwał się w opowieści o swych przodkach, którymi okazali się być moi ulubieńcy z Haase family. Co prawda w wywiadzie z Benem, który ukazał się w Wyborczej, pani dziennikarka ciut pomyliła fakty, które jej przekazałam, ale wiecie jak to jest z dziennikarzami 😉

Jeszcze jakby tego było mało, to dzięki Benowi, Oli Klich i pani Bożenie Dudko – sekretarzowi nagrody im.Kapuścińskiego, udało mi się po jakimś czasie uścisnąć rękę autorowi biografii o Józefie Rotblacie w trakcie Gali wręczania Nagrody Juliusza.

W takich momentach to se myślę: taka sobie zwykła Małgosia, ze starej szuflady, a takie szychy kreślą dla niej takie miłe słowa i zapraszają na rauty. Potem nie dziwota, że nadciśnienie od sodówy atakuje.

Od pewnego czasu na fejsie obserwuję jedynie tych, którzy nie narzekają, nie jojczą, nie pitolą o polityce (stosuję eskapizm polityczny – jeśli jest to właściwe określenie na ucieczkę od bagna) a lukam se jedynie na tych, którzy robią wiele dobrego. Jedną z takich osób jest pan Darek Popiela. Pan Darek to sportowiec, olimpijczyk, który w niewiarygodny sposób upamiętnił Żydów z Krościenka oraz, w tym roku, z Grybowa. Byłam parę lat temu na cmentarzu w Grybowie i pamiętam tą górę cmentarną, trudne do przebrnięcia chaszcze i zamknięte wrota, za którymi nie można było dojrzeć niczego za wyjątkiem dżungli. Jakaż była wielka moja radość, gdy na ogólnopolskiej konferencji w Domu (czytaj: Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach), stojąc w kolejce do stolika z kawą, kątem oka dostrzegłam, że ten wielki, ale jakże skromny synek stoi za mną. Jezusiczku kochany! Z małym plecaczkiem, stoi za mną TEN, który tyle zrobił dla zgładzonych i zapomnianych! Pan Darek ze swoją ekipą, w 2020 roku, upamiętni Żydów z Czarnego Dunajca. Śledźcie ich poczynania na „Ludzie, nie liczby”.

Gdy jestem przy Gliwicach, to muszę powiedzieć, że nadal odwiedzam to miasto, które pokochałam jak swoje, bo i ono mnie przyjęło jak swoją. Rybnik tam jest obecny. Uwielbiam załogę i bywalców Domu Pamięci, bo takich to dziś ze świecą szukać. Moja pogadanka, połączona ze skypową rozmową z prof. Miriam Glucksmann była dla mnie ważnym wydarzeniem tego roku.

2019 rok to, jak zwykle spotkania ze spacerowiczami i tymi, których interesuje żydowska, ale nie tylko, historia Rybnika. Dzięki współpracy z Superfundacją, seniorzy z Rybnika posłuchali o żydowskich kobietach z naszej pipidówy, czy o zasługach Juliusza Rogera. Z kolei dzięki zaproszeniu DK Niedobczyce, mieszkańcy tamtejszej dzielni dowiedzieli się, że nie tylko katolicy na Śląsku mieszkali.

Jako przewodnik Szuflada też miała pełne ręce roboty (zawsze macham tymi łapskami jak adehadowiec). Gdyby wszystkie grupy odwiedzające Rybnik były tak cudne i ciekawe, jak chórzyści z Poznania, którzy wpadli w zachwyt nad kiczowatą Art. Cafe, czy też goście z zaprzyjaźnionego miasta w Chorwacji, to mogłabym dreptać po mieście codziennie, bez względu na pogodę.

Niezwykle sympatycznie Szuflada spędzała wiosenne godziny z młodzieżą z IV LO im. Mikołaja Kopernika z Chwałowic. Zresztą nie było to moje pierwsze spotkanie z licealistami z własnej dzielni. Tym razem były to warsztaty w ramach projektu Erasmus+ pt. EuroSpot. A tak po ludzku mówiąc, to młodzi ludzie robili aplikację opisującą ciekawe miejsca w naszym mieście.

Szuflada nie zapomniała o zapomnianych cmentarzach żydowskich. Czy ktoś z Was słyszał o Lędyczku? Albo o Szubinie? No nikt. Przy okazji odwiedzin w magicznym Złotowie, udało mi się zaciągnąć Płoszaja na wiele cmentarzy, które odwiedzają jedynie kleszcze, komary i bycze mrówy. Debrzno, Lędyczek (tam doszło do awantury rodzinnej, bowiem Płoszaj się upierał, że tam gdzie zajechałam z lokalsem to nie cmentarz żydowski, ale w końcu znalazł reszteczkę macewy i ustąpił), Złotów, Rynarzewo, Szubin, Odolanów, Bobolin, Rusko koło Darłowa, Jastrowie, Sławno, Szczecinek (gdzie cmentarz opisano jako teren „pocmentarny”!) – zostały dopisane do listy ponad 300 kirkutów, na których już byłam.

Jak w latach ubiegłych udało mi się nawiązać kontakt z kolejnymi potomkami rybnickich Żydów, jak choćby z wnukiem dr. Waltera Gordona, wnuczką Harrego Priestera (oboje sami mnie znaleźli natrafiając na wpisy o ich przodkach na Szufladzie), czy z rodziną Otto Apta aż w dalekiej Boliwii. Nie muszę dodawać, że kontakty z tymi dawno odszukanymi zachowuję i utrzymuję.

2019 to wydanie dwóch, ważnych dla Szuflady, publikacji. Mój ulubiony ulubieniec i bliski kolega Sławek Pastuszka napisał i wydał wspomnienia naszego wspólnego pszczyńsko-rybnickiego Żyda. Promocja książki pt. „Zostałem tam 4 lata” miała miejsce w Pszczynie oraz w Rybniku. Bardzo mi miło, że wzmianka o Szufladzie znalazła się w książce Sławka. To dla mnie nobilitacja.

Drugą istotną pozycją są „Rybniczanie” wydani przez nasze Muzeum. Dla mnie, jako mamy, to kolejny powód do dumy, bowiem ma w niej udział moja Dusia, która napisała artykuł o Josefie Mannebergu. Przez Magdusię zresztą cały rok byłam fruwająca i puszyłam się jak paw 😉 Muszę też podziękować pani dr Ewie Kulik za bardzo wnikliwe i rzeczowe podejście do rodziny żydowskich browarników. Cieszy to, że od wielu lat nasi Żydzi nie są już zapomniani.

Udało się jesienią mijającego roku doprowadzić do – prawie szczęśliwego końca, sprawę uratowanych w Rybniku macew z cmentarza w Dębowej. Dzięki zaangażowaniu Stowarzyszenia Blechhammer 1944 z Kędzierzyna-Koźla, Szuflady oraz muzealników, macewy trafiły do Muzeum Ziemi Kozielskiej. Być może kiedyś wrócą tam, skąd zostały skradzione. Szuflada namiary na wójta Reńskiej Wsi ma i będzie od czasu do czasu molestować w tej sprawie.

Nie porzuciłam swoich „talentów” detektywistycznych i również w tym roku rozgryzałam historie i losy tych, którzy choćby przez parę lat, ale jednak byli związani z Rybnikiem i okolicą. No i właśnie przez takiego jednego Salo, nie zdążyłam opisać 12 nastolatków ze zdjęcia zrobionego w Rybniku w maju 1921 r. Zostało mi troje, gdyż dwóch dziewczyn i tak nie opiszę, bowiem nie znam ich imion ani nazwisk. Na razie ważniejszy był Salo Brauer i jego rodzina oraz Kasia, która naciska na rozwikłanie losów tego niewiadomskiego oberżysty, który skakał z rodziną po całym Śląsku.

Sprawę Salo, mimo trudności, już bardzo polubiłam. Jak bowiem nie lubić tego szaleństwa, gdy dzięki Salo pije się z Michasią bruderszafty mineralką na polach, po których on nadal chadza, jeździ się dla niego do archiwum w Raciborzu, zwiedza menelskie kamienice w Chorzowie, używa wszelakich kontaktów (Jasiu! Mikołowianie! Piotrku! Genealodzy z GerSIG! Macham Wam!), by tylko wydobyć na światło dzienne jakiś mało znaczący, ale jakże w sumie ważny, fakt, fakcik, faktuniek z jego życia.

Rok był fantastic, jak to mówi nasz wolontariusz z Gruzji. Ludzie byli jeszcze bardziej fantastic. Cieniem się kładzie jedynie śmierć Marcysi Nowotki, która zawsze sprawdzała co piszę i jak piszę. Została staruteńka Mrużka, która generalnie ma wsio w dupie i rzadko zagląda do Szuflady.

Czarna z charakteru i maści Marcelina zawsze ingerowała w pisanie, włażąc na klawiaturę. Dla Marceliny moje odkrycie z końca roku: „Wiśnia” Kaśki Sochackiej. A ja tęsknię…

Wszystkiego dobrego na ten kolejny, przestępny rok. Ten rozpoczynałam od zdjęcia z Januszem Radkiem. Sądzę, że następny zacznę od foty z Janem Emilem Młynarskim, czego i Wam życzę. Pamiętajcie: w życiu trzeba też myśleć o dancingu, salonie i ulicy, czyli o swoich własnych małych przyjemnostkach. Trza się otaczać takimi co witają balonami, dużo się uśmiechają, kochają koty, piwo, przekleństwa i właściwą muzykę.

Fotografie: Adam Grzegorzek, Magda Płoszaj, Asia Sidorowicz, Muzeum Ziemi Kozielskiej, Mariusz Gąsior, IV LO w Rybniku, Kasia Buchalik, Andrzej Kieś, Gazeta Rybnicka, Kasia Rząsa, DK Niedobczyce, friendy z Izraela, no i własne.

Grudzień 26

Salo Brauer – górnośląski tułacz cz.1

Nie jest łatwo opisać kogoś tak tajemniczego jak ten, który spędza sen z powiek nie tylko mnie. Pojawił się w moim życiu w ubiegłym roku, gdy zaczęłam pracować w rybnickim Niewiadomiu na Zabytkowej Kopalni Ignacy. Czyli w sumie w miarę niedawno. Przez ten czas nabrałam do niego wiele sympatii, choć czasem mnie wkurza, gdy nakłada na swoje życie białe płachty i zasłania mi swoje życie.

Niby chce by coś odkryć, ale w sumie bawi się w kotka i myszkę ze mną. Zresztą nie tylko ze mną. Siłuję się z nim po nocach przed laptopem i staram się poskładać jego życie w jakiś logiczny ciąg. Głowię się by wypełnić luki, a on mnie robi w ciula. Nie jest to jeszcze pełna i gotowa opowieść o górnośląskim żydowskim tułaczu, ale by zająć czymś głowę po starcie ukochanej kotki Marceliny Nowotki uznałam, że muszę zacząć pisać, by wyjść ze smutku. Jeszcze niedawno patrzała na mnie gdy myłam okna.

Będzie więc to opowieść pisana przez łzy, które może dzięki temu nomadzie uda się osuszyć. No to zaczynam.
Gdy w ubiegłym roku stałam się częścią załogi Hoyma, przetrzepałam swoje notatki, foldery i pliki i już wtedy stwierdziłam, że rybnicka dzielnica Niewiadom ma wątki żydowskie. Głównie przez ważną dla Śląska, ale i tajemniczą, postać Salomona Izaaka. Niesamowity graf von Hoym, od którego nazwiska kopalnia wiele lat nazywała się Hoym, też miał żydowskie konotacje, bowiem Żydów cenił i szanował.

Ale w życiu bym nie przypuszczała, że w tym zapomnianym przez dumny i zarozumiały Rybnik, maleńkim Niewiadomiu było tylu Żydów. Sama zresztą nigdy dotychczas nie koncentrowałam się dzielnicach naszego miasta. No… może za wyjątkiem swojej dzielni. Początek był taki. Gdy już uznałam, że to kopalniane biurko jest moje, gdy przestałam myśleć, że Niewiadom to zadupie, gdy zaczęłam się co rano cieszyć na widok przepięknych szybów (a dodam, że było to bardzo szybko)…

…to jednego dnia Kasia – członek naszej załogi spytała: „Gosia, ty to się znasz na nieruchomościach?” Noooo, znam, ale na słowo nieruchomości nadal mam wewnętrzne drgania i odruch wymiotny. 23 lata swoje zrobiło. Okazało się, że Kasia, po śmierci taty robiła wraz z mamą i siostrą porządki majątkowe i pani notariusz uświadomiła je, iż mają w księdze wieczystej wpisane stare prawo drogi na rzecz tam faceta o imieniu Salo. Notariusz przekazała im jakiś stary, gdyż z 1894 roku, wpis, który według niej nie miał żadnego znaczenia. Popatrzałam i potwierdziłam, że to wpis kompletnie nieistotny. Ale on miał i ma znaczenie – dla mnie. Bowiem na kopii starego dokumentu ujrzałam imię i nazwisko, które mnie akurat wiele mówiło. „Kasiu, to Żyd był”. „Jak Żyd?” – spytała Kasia. „ No Żyd”. „Skąd wiesz?” – Kasia na to. Ja: „Bo wiem”. I tak wkroczył w moje życie Salo Brauer. Nota bene, w Kasi księdze nieprawidłowo przepisany przy akcji zcyfrowywania ksiąg jako Salo Braner. Tu muszę co nieco opowiedzieć o Kasi. Sądzę, że zanim się spotkałyśmy nie miała bladego pojęcia o Żydach. Dziś, po ponad roku, Kasia jest mikro fachowcem od Izraelitów. Młoda mi zawsze mówi, bym nie „zażydzała” otoczenia. I staram się – naprawdę się staram 😉 . W przypadku Kasi, to ona sama pchała się w ten temat. Wdepnęła na maksa, hihi. A dlaczego? Ano dlatego, że od wielu, wielu lat dookoła niej działy się jakieś irracjonalne rzeczy. I gdy nagle pokazał się w papierach Salo, uznała, że to on chce jej coś przekazać. Okej, mimo że jestem bardzo racjonalna i generalnie nie wierzę w różnorakie śmoje boje, to wiem, że na świecie się dzieją rzeczy, które się filozofom nie śniły, dlatego i Salo może chcieć coś komuś przekazać. Zaczęłam szukać informacji o nim. Psińco znalazłam. W mojej bazie żadnego Salo Brauera nie znalazłam, choć Brauerów w Rybniku było od zarąbania. I były z nimi związane skandale obyczajowe, i kamienice, i knajpy i w ciul różnorakich Brauerów, ale po Salo ani śladu w Rybniku. Temat olałam, choć Kasia od czasu do czasu mi drążyła dziurę w brzuchu. Posprawdzałam dostępne serwisy genealogiczne i niczego nie znalazłam. Kasia to typ bab, które nie odpuszczają. Wywalą ją przez drzwi, to wlezie dziurką od klucza. Wypierdolą ją przez tą dziurkę, to się przeciśnie przez szparę w futrynie i z uśmiechem oraz oczami kota ze Shreka będzie dalej swoje nawijać. Nawet gdy się ją będzie dobijać, to w swoim ostatnim tchnieniu Kasia będzie swoje pitolić. Nie przemawia przeze mnie teraz żadna złośliwość. Ta śląsko dziołcha ma w sobie tyle serdeczności i naturalności, że gdy przywołam wielu ludzi, których poznałam w życiu, to wiem, że mogą spadać na drzewo przy pani Buchalik. Ta dojrzała dziewczyna ma w sobie niesamowite pokłady energii, radości, chęci poznawania i pomagania, które dziś są rzadkością. Popatrzcie na ten wesoły pychl i dupną czapę…

Moja Mamusia mi zawsze mówiła, że jest jedna osoba, która gdyby trzeba było przywieźć ratujący życie kamyk z drugiego końca świata, to zrobi to Olutka. Olutka to mój friend od zarania dziejów. Mamusia nie znała Kasi. Kasia jest tą drugą, która by ten kamyk załatwiła. Może by nie miała własnych możliwości, ale by po śląsku napisała to gościa, który by znał innego gościa, a tamten by znał tego ważniejszego, a ważniejszy by załatwił. Przeszła by 10 dziurek od klucza, by pomóc. Nawet gdyby trzeba było pisać, bądź dzwonić do Elżbiety II. Tyle o Kasi. Wracam do Salo. A raczej Kasia do niego wróciła, gdy wiele złych i trudnych chwil, jakie w życiu się trafiają, minęło.
Przyszedł listopad 2019 roku. Po Wszystkich Świętych temat tego, który ma prawo przechodzić przez ziemie rodzinne Kasi, wrócił. Sceptycznie podeszłam do Salo. Ale skoro był mus, to nie miałam wyjścia. Niestety nigdzie go nie potrafiłam znaleźć. Kasia ze swej strony zaczęła molestować, jak się okazało skutecznie, różnych mieszkańców Niewiadomia. Wydzwaniała gdzie się dało, by spytać kto go ma w księdze wieczystej. Ludzie nie są skorzy do ujawniania takich danych, ale w końcu udało się przydusić jednego pana, który przyniósł nam kopię starego listu hipotecznego. Z tegoż dokumentu (dodam, iż to rękopis, szwabacha, czyli dla mnie koszmar) udało się wyczytać, iż jakiś tam przedsiębiorca budowlany Abraham Schall z Żor sprzedawał grunty w Niewiadomiu. Skoro Abraham, to Żyd. Skoro z Żor, to mamy punkt zaczepienia, czyli publikację pana Janka Delowicza o gminie żydowskiej z tego, sąsiadującego z Rybnikiem, miasta. Zawsze w takich przypadkach jest potrzebny mały kaganek, który pokaże dalszą drogę. Abraham był tym światełkiem. Znalazłam go w u Delowicza. Tu muszę dodać, że żaden z fachowców od historii Niewiadomia ani słowem mi nie wspomniał, iż część tej wsi nazywano Szalowiec – od nazwiska budowlańca Shalla. A wypytywałam, i to nie raz, o żydowskich mieszkańców tej dziury.

Mimo, że historię żorskich Żydów czytałam wiele razy, to nie są oni z mojej bajki, więc ich nie znam. Zaczęłam ponownie się w nich wgryzać i nagle ujrzałam starą pocztówkę z restauracją Dawida Brauera. Łał, u nich też byli Brauerowie. Szybki przelot do skorowidza nazwisk był strzałem w dziesiątkę! JEST!!! Salo! Otóż córka żorskiego restauratora Dawida Brauera wyszła za mąż w 1903 roku za Samuela Leo Brauera (tak się nazwiskowo żenili), który był synem… tu przeszły przeze mnie prądy, które tylko genealodzy zrozumieją, Salo Brauera z Niewiadomia! Masakra! Pierwszy raz, oficjalnie, nam się pojawił Salo! Pokazała się też jego żona Bertha z domu Juliusberger. Ja pierdziu! To były emocje!

Czyli jednak tu był! Czyli tu działał. Czyli moja baza danych jest niekompletna. Skoro pan Janek Delowicz go ujął, to musi być akt małżeństwa. Prask, pod wieczór napisałam maila do pana Janka, który odpowiedział po paru dniach, iż nie ma tego aktu. Dupa. Już wtedy, w połowie listopada wiedziałam, że czeka nas wizyta w Archiwum w Raciborzu. W międzyczasie jednak się zawzięłam. Nie może być tak, że chłopa nie ma nigdzie. Skoro był w tym Niewiadomiu jako właściciel gospody, skoro Delowicz go spisał, to Salo musi być przez Żydów gdzieś ujęty. Jednej nocy się zaparłam. Oczy napuchnięte od internetów, pełno kubków po herbacie, koty z wkurwem, że nie idę do łóżka, a ja sprawdzałam wszystkich Salo Brauerów, których mi pokazywała strona Jewishgen. Na twarz padałam, klikając na każdego dupka o tym imieniu i nazwisku. A sporo ich było, bo i imię typowe i nazwisko. Odciepywałam jednego za drugim. W końcu wlazłam w trupy, czyli groby. Jak zwykle dla siebie, sceptycznie weszłam w Konigshutte, czyli dzisiejszego Chorzowa. Klikam i widzę: Salo Brauer, zmarł w tym mieście w 1915 roku w wieku 60 lat. W uwagach: Samuel Leo Brauer. Dup! Skoro we uwagach jest Samuel Leo, a wiemy, że takowy był synem Salo z Niewiadomia, to daję se uciąć grzywkę do zera, że to nasz Salo. Kto bowiem był zazwyczaj wpisywany w uwagach? Ten, który zgłaszał zgon. A kto mógł zgłosić zgon, jak nie syn. To musi być nasz Salo! Po kija ten chłop pojechał do Konigshutte?

Chwila przerwy, bo mam jeszcze jedną kotkę, a ta jest już stara i ma swoje potrzeby lekowe i żywieniowe.

Mrużka nakarmiona i leki na tarczycę zaaplikowane. A Marcyni mi brak… Zero łez Małgosia – weź się w garść! Wracamy do Salo. Tej samej nocy napisałam na fejsbukowym forum GerSig, czyli grupie, która zajmuje się Żydami z byłych terenów niemieckich. Nieznani żydowscy znajomi z Ameryki podsyłali tropy. Pół świata żydowskiego zostało zaangażowane w szukanie Salo Brauera z maluśkiego Niewiadomia. W tym mój znajomy z Zabrza, który jest wybitnym fachowcem od Żydów zabrzańskich i stałym bywalcem Archiwum w KATO. To on został zobligowany do odszukania aktu zgonu Salo. A my z Kasią zaczęłyśmy przygotowywać się do wizyty w Archiwum w Raciborzu. Urlop został zaplanowany na 27 listopada. Tu będzie przerwa, bo styknie Wam na dziś emocji. Mnie zresztą też. Mogę jedynie powiedzieć, że dzięki tej wizycie ukazał nam się Salo globtroter, Salo łajza, Salo obieżyświat, Salo włóczykij, Salo koczownik, który nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca. Salo, który do dziś ma prawo przesmradzać się po Niewiadomiu i nikt nie ma prawa ani jego (choć nie żyje) ani jego następców prawnych, a tacy żyją, przegonić.  Współczesna mapa pokazuje jak nasz szefunio z niewiadomskiej knajpy podróżował po Górnym Śląsku. Jak na przełom XIX i XX wieku to był niezły wyczyn. Nosiło go. Popatrzcie na mapę:

https://drive.google.com/open?id=1CI8rvSNB9yuA5dlj2PxC5AfOa4IqttWF&usp=sharing

Dalszy ciąg nastąpi, gdy mi się zachce. Teraz spadam, bo Płoszaj swoje prawa ma 😉 A na koniec drugiego dnia Bożego Narodzenia Semka mi się objawia z tematami żydowskimi w Trójce. Hmmmm… wkurwiać się, olać, czy słuchać? Dobrej nocy dla wszystkich 😉

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Salo Brauer – górnośląski tułacz cz.1 została wyłączona
Październik 29

Rybnicka synagoga cz.3

Wraz końcem sierpnia nadeszła burza, którą wielu przepowiadało. 1 września Wehrmacht wkroczył do Rybnika od strony Raciborza.

Zapewne krótko potem synagoga została zamknięta. Zaczął się koniec. Nie jestem w stanie przedstawić obiektywnego opisu zniszczenia rybnickiej synagogi. Niestety. Mam tylko relację, sporządzoną już po wojnie przez Joannę Gabowicz z domu Seidemann oraz artykuł Piotra Rakowskiego, opublikowany w Gazecie Rybnickiej w 1997 r., a napisany na podstawie wspomnień pani Marii Pieczkówny-Motyki. Artykuł nosił tytuł „ Widziałam płonącą synagogę”.

Moim zdaniem, bliżej prawdy była Joanna Gabowicz w 1947 roku, czyli ciut ponad 7 lat od momentu zniszczenia świątyni. Gdy płonęła synagoga Joanna miała 18 lat. Nie była dzieckiem, które mogłoby niewłaściwie zinterpretować to, co widziało. W swoim zeznaniu świadka, podała (pisownia oryginalna): „Gdy wybuchła wojna we wrześniu 1939 roku mieszkali w Rybniku Żydzi miejscowi i napływowi, którzy przyjechali z Będzina, Sosnowca i innych miast Zagłębia. W październiku 1939 roku Niemcy spalili wewnętrzne urządzenie synagogi, a mury rozsadzili. Długie miesiące trwała rozbiórka i uprzątanie gruzów. Pracowała przytem miejscowa ludność nieżydowska. Synagoga mieściła się przy ulicy Zamkowej (…).” Tyle powiedziała Joasia, córka Fryca Seidemanna, o której swego czasu już pisałam, a raczej fantazjowałam o jej miłościach. ➡ http://szufladamalgosi.pl/o-milosciach-rybnickiej-zydowki-na-walentynki/

Dla porównania podam to, co napisał Piotr Rakowski po spotkaniu z panią, która mieszkała przy ulicy Zamkowej – prawie naprzeciw synagogi. Należy jednak pamiętać, iż te słowa zostały spisane 58 lat po zniszczeniu żydowskiego miejsca modlitw. No to cytuję Rakowskiego: „Kiedy Maria Pieczykówna-Motyka wróciła ze swymi dziećmi z pensjonatu pod Kielcami do Rybnika, do własnego mieszkania w kamienicy na Zamkowej, mogła jeszcze widzieć przez szyby okien – synagogę znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej. Była ona zamknięta i nikt do niej nie chodził. Wczesną wiosną 1940 r. w pogodny dzień przed południem, szturmowcy hitlerowcy oblali benzyną i naftą synagogę ze wszystkich stron i podpalili ją. Wielki płomień ognia strzelił w górę. Widziałam przez szyby okna naszego mieszkania ten wielki płomień, taki mocny strzelający w górę słup ognia, palącej się bożnicy – wspomina Maria Pieczkówna-Motyka. Ludzie na ulicy pokrzykiwali, że za rogiem pali się bożnica. Ruch na Zamkowej zrobił się mocny: jedni przechodnie w milczeniu szybko się oddalali od płonącej bożnicy, inni wykrzykiwali antysemickie hasła i podbiegali do palących się murów. To wszystko działo się na oczach policji Schupo i Gestapo. Policjanci cieszyli się i śmiali z widoku płonącej synagogi”. To zapamiętała rybniczanka, mieszkająca w pobliżu tego miejsca. Sądzę, że pani Maria pomyliła miesiące oraz dwa zniszczone na początku wojny miejsca. Otóż wczesną wiosną 1940 r. został „zlikwidowany” cmentarz żydowski, a synagoga została spalona w październiku 1939 r. Moje przekonanie o tym potwierdzają artykuły z prasy niemieckiej, które informowały już w połowie maja 1940, że „z zainteresowaniem mieszkańcy śledzą powstawanie nowego zielonego terenu w miejscu, w którym stała synagoga”.

Kilka dni później, kolejny artykulik z 24 maja 1940 r. w „Der Oberschlesische Kurier” podawał, iż „Nowy obiekt będzie jednym z najpiękniejszych tego miasta”.

Przeniesiono z Rynku starą fontannę i ustawiono ją na samym środku nowego skweru. Sądzę, że gdyby synagoga została zniszczona wiosną tego roku, to raczej tak szybko by nie powstało ukwiecone „Neue Grünanlage”. A wyglądało to miejsce tak.

Prasa często zajmowała się tym fragmentem miasta. Już w lipcu 1940 martwiono się tym, że psy srają, a opiekunki nie zajmują się dziećmi, które depczą trawę i niszczą kwiaty, mimo stosownych tabliczek z napisami „Chroń zieleń”. Na ławeczkach siadali se ludzie, dzieci dewastowały klomby, a psy robiły kupy i obsikiwały posadzone drzewka. Ciekawe, czy ludzie się cieszyli, że taki „schöner kleiner Park” powstał. Chyba tak. Niewielu było tych, którzy ubolewali (i na pewno jedynie w duchu), że synagoga została zniszczona.

Gdy jestem przy zniszczeniu synagogi to muszę opowiedzieć o dwóch świecznikach. Co się stało z wyposażeniem bożnicy raczej się już nie dowiemy. Zapewne to, co było cenniejsze zostało skradzione, wywiezione, no i ewentualnie spalone. Gdyby przeprowadzić badania archeologiczne w tym miejscu, to jestem przekonana, że wyszłyby na wierzch fragmenty murów, a może i jakieś cenne, z punktu widzenia historii, rzeczy. Niestety na badania się nie zanosi i nigdy (choć jak to mówią: nigdy nie mów nigdy) nikt ich nie przeprowadzi. Ale… ale w nieznanych okolicznościach uratowano świeczniki ze srebra sztancowanego, ufundowane przez Louise Haase. Zostały przekazane w 1949 r. przez Wojewódzki Komitet Żydowski w Katowicach do Warszawy – do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Jak znalazły się w Katowicach? Mam kilka teorii. Każda z nich może być prawdziwa, ale też żadna z nich.

Być może w trakcie niszczenia synagogi ktoś (czytaj żydowski mieszkaniec Rybnika) uratował co nieco z synagogi, oddał komuś w mieście na przechowanie. Ratujący mienie synagogalne przeżył wojnę, wrócił do Rybnika i odebrał to co uratował. Następnie przekazał je Komitetowi w Katowicach, bo powiedzmy wyjeżdżał z Polski. Inna wersja mogłaby zakładać, iż nie-Żyd coś podiwanił w październiku 1939 r., po wojnie go ruszyło sumienie i oddał w Komitecie. Ta wersja jest jednakże mało prawdopodobna 😉 Kolejna teoria jest ciut bardziej zawiła. Być może członkowie gminy, czując co się może stać, pochowali pewne cenne rzeczy jeszcze przed spaleniem synagogi. W grudniu 1939 r., by odroczyć wywózkę, przełożony starszeństwa naszej gminy Filip Weiss zawiózł do Katowic, w formie okupu, pieniądze oraz drogocenne rzeczy. Może były wśród nich te rokokowe lichtarze? Potem jakoś w KATO przetrwały wojnę i w 1949 r. przekazano je do Warszawy. A może było jeszcze inaczej?

Obecnie, te jedyne zachowane pamiątki z naszej synagogi stoją na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest to dla nich najlepsze z możliwych miejsc. Oczywiście stosowna informacja podaje z jakiego pochodzą miasta.

Wczesną jesienią 1940 roku psy nadal srały na placu po synagodze, a urzędnicy kończyli sprawy finansowe związane z kosztami za rozbiórkę synagogi. Prezydent rejencji katowickiej otrzymywał stosowne papiery bo Ordnung muß sein 😉

Przez całą wojnę, obok miejsca, gdzie stała synagoga wiele się działo, bowiem dokładnie naprzeciw stał (i stoi) magistrat. Różni se paradowali, kominy z browaru dymiły, fontanna sikała wodą, psy cały czas srały, a niegrzeczne dzieci niszczyły kwiatki.

Przyszedł rok 1945. Rozpoczęła się ofensywa Armii Czerwonej, a z nią mnogość poległych, których chowano w różnych miejscach Rybnika. Jednym z takich miejsc, gdzie przysypano ziemią żołnierza był „сквер на перекрёстке улиц Гимназистов и Замковая”, czyli skwer na skrzyżowaniu ulicy Gimnazjalnej (obecnie Chrobrego) i Zamkowej. Później, żołnierza tego ekshumowano i przeniesiono na cmentarz. A dokładniej, na nowy cmentarz żydowski, na którym pod koniec lat 40-tych XX w. złożono szczątki Rosjan zabitych i na szybko chowanych zimą i wczesną wiosną 1945 r. Tym samym nowy cmentarz żydowski przestał istnieć.

Nowy system uznał stan zastany za słuszny, czyli skwer, sikającą fontannę, srające psy i to, że trzeba w tym miejscu sadzić kwiaty, wszyscy zaakceptowali.

Miejscowa gazeta „Nowiny” od czasu do czasu, przy okazji jakiś historycznych artykulików, coś tam bąknęła o synagodze.

Coraz mniej ludzi pamiętało, że naprzeciw budynku urzędu miasta kiedyś stała synagoga. Na początku lat 90. parę zaangażowanych osób chciało upamiętnić to miejsce stosowną tablicą. Powstał nawet projekt, ale do realizacji nie doszło. Potem rozpoczęły się targi pomiędzy gminą żydowską w Katowicach a magistratem o działkę, na której onegdaj stała bożnica. Spór o niecałe 1300 m kw. Chyba do dziś ta sprawa nie jest rozstrzygnięta, bowiem jest „wielowątkowa”. Jeden z wątków to dziwne zaginięcie kilku kartek z księgi wieczystej dla tego gruntu.

Sprawa synagogi wróciła na łamy gazet wraz z budową galerii handlowej Fokus Park już w XXI w. Inwestor zobowiązał się do upamiętnienia świątyni. I na zobowiązaniu poprzestał. Z szumnych obietnic psińco zostało. A raczej psie gówno, choć może fokusowe gówno…
Upamiętnienie niby w sumie było, ale mało kto zwracał uwagę na postawioną przez Miasto, czy raczej ukrytą w kątku, tablicę opisującą ten mini park. Informowała ona, iż to miejsce to „Skwer z fontanną”.

Fontanna czasem sikała, czasem nie, kwiatki pięknie sadzono, do srających psów doszli bezdomni, odpoczywający sobie tu na ławeczkach po spożyciu sporych dawek procentowych alkoholi.

Przy okazji różnych spacerów i wizyt zagranicznych gości mówiłam o tym miejscu, w duchu się wstydząc, że mój Rybnik jest w gronie tych nielicznych miast na Śląsku, które ani mru mru o synagodze.
I nagle, tak znienacka, tak zwyczajnie, tak bez pompy, tak po prostu, w lipcu 2017 roku Miasto postawiło skromny, acz naprawdę bardzo gustowny obelisk upamiętniający rybnicką synagogę. Nareszcie! Wielka była moja radość! Po 78 latach od zniszczenia świątyni została ona formalnie i i bardzo namacalnie przypomniana.

Przypomniana i opisana została również w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Jest na „Drzewie” wśród wielu innych górnośląskich synagog.

A teraz taka śmiesznostka. Pomnik stoi już ponad dwa lata. Stoi w samym centrum miasta, dokładnie naprzeciw Urzędu Miasta, codziennie przechodzą koło niego tłumy, bo obok „ważny punkt rozrywkowo-handlowy”. A mnie jest dane rozmawiać z ludźmi (nie takimi szarakami, a nauczycielami historii czy WOS-u), którzy są w szoku, że coś takiego tam stoi. „Serio? Naprawdę? No niemożliwe!” – to usłyszałam niedawno od lokalnego nauczyciela historii, który chciał bym poprowadziła zajęcia z młodzieżą o rybnickich Żydach. Jaki wniosek? Edukować! Edukować! Edukować! Uczyć patrzenia pod nogi, ponad głową, po kamienicach, po kwiatach, po drzewach, a nie po witrynach sklepowych i blacie smartfona.

Co do budynku rabina, w którym również mieścił się dom modlitwy, to został on wyburzony przy okazji rozbudowy Urzędu Miasta. Co stało się w czasie wojny z wyposażeniem sali modlitw nie potrafię Wam powiedzieć.

Fotografie: Internet, forum Zapomnianego Rybnika, Żydowski Instytut Historyczny, AP Katowice, Śląska Biblioteka Cyfrowa, no i własne.

Październik 22

Rybnicka synagoga cz.2

Historię rybnickiej synagogi przerwałam w 1914 r. Gdzieś na Bałkanach, o których większość rybniczan miała mgliste pojęcie, członek serbskiej nacjonalistycznej organizacji „Młoda Bośnia” zabił następcę tronu austriackiego. Wydawało się, że dla Rybnika to wydarzenie będzie mieć mało istotne znaczenie. Już w sierpniu 1914 r. „Landsturmowe wywołanie” uświadomiło ludziom, że trzeba się będzie bić. Od dwóch lat w mieście mieliśmy ponownie rabina. Na wskroś nowoczesnego, liberalnego, wielce wykształconego Niemca, który rok przed wybuchem wojny ożenił się z rybniczanką – Louise Altmann. Niewątpliwie ślub miał miejsce w naszej synagodze przy Schlossstrasse.

(Fotografia w zasobach: Leo Baeck Institute w Nowym Jorku)

Mogę podejrzewać, iż również w tym miejscu, rabin ➡ dr Dawid Braunschweiger, bo o nim piszę, informował miejscową elitę, że ich patriotycznym obowiązkiem będzie bić się za Kajzera Wilusia. I się bili, i niektórzy ginęli, ale i wracali z wojny do małego miasteczka na wschodnich rubieżach państwa niemieckiego, w którym obok wielkiego browaru stała skromna synagoga. Braunschweiger jeszcze przed zakończeniem wojny zmienił miejsce zamieszkania i przyjął posadę rabina w prestiżowym Oppeln (Opolu). Bezrabinacie jednak Rybnikowi nie groziło. To były trudne czasy, więc wsparcie religijne, ale i polityczne było niemieckim Żydom potrzebne. Od 1 sierpnia 1918 roku w synagodze nabożeństwa odprawiał już dr Arthur Rosenthal. Niecałe dwa lata rybniczanie słuchali jego kazań. Rok przed plebiscytem opuścił Rybnik i wrócił do Berlina, gdzie mieszkały jego żona i córka. Czasy robiły się coraz trudniejsze, a atmosfera na Śląsku coraz gęstsza. W pobliżu budynku odbywały się wiece, gromadzili się ludzie, debatowali o tym co się stanie z Oberschlesien.

Coraz mniej Żydów przychodziło do synagogi. Znamienici mieszkańcy miasta, czując co może się stać, wyjeżdżali w głąb Niemiec. Po kilku miesiącach bez rabina, uszczuplona gmina zatrudniła, odznaczonego żelaznym krzyżem za męstwo na polu walki, dr. Dagoberta Nellhausa. Gdy przyjechał do Rybnika, a miało to miejsce w październiku 1920 r., jeszcze nie miał zdanych egzaminów rabinackich. Nie przeszkadzało mu to w odprawianiu uroczystości w synagodze z okazji bar micwy trzech żydowskich chłopców z rodzin Guttmannów, Wolffów i Berlinerów. Nie wątpię, że jako niemiecki rabin nawoływał w synagodze do głosowania w plebiscycie za Niemcami. Porządek nabożeństw i modlitw, zarówno w synagodze, jak i siedzibie gminy, podawał Rybniker Stadtblatt.

Potem przyszło trzecie powstanie śląskie i wojna domowa, bo tak trzeba nazwać ten zbrojny czyn rozpoczęty w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Być może uroczystość z okazji 50 Geburstagu Adolfa Priestera – miało to miejsce 22 maja 1921 r., była skromna, by nie rozdrażniać powstańców? Chyba ostatnie modły w synagodze Nellhaus odprawił z okazji bar micwy w rodzinie Rotterów 18 czerwca 1921 r. Prawdopodobnie krótko po jego wyjeździe do Rybnika przybył kaznodzieja, pełniący posługę rabinacką – Salo Levin. Mieliśmy też cały czas kantora – nazywał się Hahn.

Przyszła połowa roku 1922 i nastał nowy ład, a dla niektórych nieład, na Górnym Śląsku. Rybnik przypadł Polsce. Gmina żydowska dotychczas podlegająca Związkowi Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, stała się gminą izraelicką województwa śląskiego. Coroczne preliminarze, już na polskich drukach, początkowo wypełniano po niemiecku, ujmując w nich synagogę jako majątek gminy wyznaniowej.

Dość szybko jednak trzeba było się całkowicie przestawić na język polski. W budżetach ujawniano przychody i rozchody, również te, które dotyczyły synagogi. Jak widać nadal kasowano za miejsca. No i ogrzewano jedynie dom modlitwy w tzw. budynku rabina. Zimą modlący się się w synagodze marzli.

Życie powoli się stabilizowało. Ci z niemieckich Żydów, którzy chcieli zostać to zostali i teraz musieli nauczyć się współegzystować z coraz liczniejszą grupą Ostjuden, która osiedlała się w mieście. Do zarządu gminy ich nie dopuszczono, ale wstępu do synagogi nie można było zabronić. Często się zastanawiałam jak wyglądały modły w synagodze. Z jednej strony grupa niemieckich, od pokoleń rybnickich Żydów, totalnie zasymilowanych, liberalnych, mówiących na pewno po niemiecku i być może po śląsku. Z drugiej strony o wiele biedniejsza, bardziej ortodoksyjna, tradycyjna, grupa Żydów z Małopolski, Zagłębia, Kielecczyzny, a nawet okolic Lwowa, używających najczęściej jidisz. Chyba do momentu wyjazdu Salo Levina (w 1924 r.) to jakoś szło, potem przyszło ponowne bezrabinacie i na pewno łatwo im ze sobą nie było. Może to śmiesznie zabrzmi, ale mury synagogi widziały godzenie się (czasem pozorne) rodzin, gdy dochodziło do ślubów między Ost– i Westjuden. Księgi metrykalne to niesamowite dokumenty, które jednoznacznie pokazują, iż do takich małżeństw dochodziło. Tak jak w przypadku Lejby Fiszera z Będzina z panną z niemieckiego rodu Silbigerów – Ilsą, córką bogatego rybnickiego kupca. Od razu widać, że Lejb był obcym w mieście, bowiem nawet swoich świadków nie miał.

Gmina powoli znowu stawała się liczniejsza i uznano, że trzeba zatrudnić kolejnego rabina. Życie pokazało, że ostatniego w historii Rybnika. Zanim do tego doszło, kantor Hahn, 11 listopada 1929 r. odprawił w synagodze nabożeństwo za żołnierzy żydowskich. W uroczystości wzięli wówczas udział oficerowie wyznania katolickiego. Oficjalnie o przyjęciu nowego rabina poinformowano Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach pismem z 18 marca 1930 r., przekazując, iż stosownie do uchwały z 3 lutego 1930 r. „(…) został p.dr Zygmunt Kohlberg, obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, jako rabin i nauczyciel religii mojż. w naszej Gminie zaangażowany.” Urząd Wojewódzki przyjął tę uchwałę do zatwierdzającej wiadomości. Zatrudnienie rabina poskutkowało zmianą w preliminarzu wydatków oraz wysokości podatków gminy na rok 1930. Zarząd gminy podniósł o 20% kwotę podatków, które zobowiązani byli płacić członkowie gminy, by zrekompensować zakładane wydatki związane z angażem Kohlberga. Starosta rybnicki uznał tą podwyżkę za niezbyt obciążającą. W budżecie gminy na 1932 rok wynagrodzenie rabina ustalono w wysokości 6 tys. złotych (rocznie), w dokumencie tym widnieje też pozycja nazwana „podatek dla p. Dr.Kohlberga w kwocie 385 złotych”.

Nie wiemy nic, by w tym czasie synagogę remontowano, czy odnawiano. Nie zachowały się, a przynajmniej ja o takowych nie wiem, żadne zdjęcia całej synagogi z lat trzydziestych. Na zdjęciu przedstawiającym dwie nieznane eleganckie rybniczanki, widać jedynie przepiękne kute balustrady przy schodach prowadzących do bożnicy.

Zaś na fotografii, ukazującej córki ówczesnego burmistrza – Władysława Webera, bawiące się w ogrodzie magistratu, możemy zobaczyć fragment synagogi przylegający do dzisiejszej ulicy Chrobrego.

Cały czas obok dymiły kominy browaru Müllera. Dymiły nawet wtedy, gdy z budynku prawie sąsiadującego z synagogą, w kwietniu 1934 r. wyszedł kondukt pogrzebowy z trumną i ciałem Zygfryda Müllera. Zza miedzy dochodziły słuchy o ograniczeniu praw Żydów w nazistowskich Niemczech. Zapewne po modlitwach, na schodach synagogi o tym mówiono, wyrażając zaniepokojenie i rodzący się strach. Wszak wielu rybniczan miało rodziny w Rzeszy. Gmina borykała się z coraz większymi problemami, w tym finansowymi, a jeszcze dodatkowo musiała zajmować się majątkiem po zlikwidowanej gminie w sąsiednim Wodzisławiu.

Nie wiem jak potraktować informacje „Jewish Telegraphic Agency” z 12 października 1938 r., z których wynika, iż policja aresztowała 11 osób w Wilnie i gminie miejskiej Rybnik za antysemickie ekscesy. 6 osób zostało skazanych na obóz koncentracyjny (podaję za oryginałem) w Berezie Kartuskiej za atakowanie Żydów na ulicach Wilna. Pozostali zostali zatrzymani za atak bombowy na rybnicką synagogę (!).

Wg mnie to był ówczesny fejk. Pod koniec września, i owszem, doszło do wybuchów na podłożu antysemickim w Rybniku, ale synagoga nie była celem. Wrzucono petardy w trzech miejscach (przy ul.Rudzkiej, Sobieskiego oraz Hallera), ale nie przy synagodze. Nigdzie, a przejrzałam wiele ówczesnych gazet, nie ma najmniejszej wzmianki o ataku bombowym na żydowską świątynię. Atakowano rybnickie żydostwo, ale nie synagogę. Choć… może jeszcze za mało wiem…

Rabin miał coraz mniej ślubów do udzielania, bar micwy trafiały się rzadko, wielu szykowało się do wyjazdu z Polski. Krótko przed wojną władze wojewódzkie rozwiązały gminę izraelicką w Rybniku.
Kończył się upalny sierpień 1939 roku i od zachodu nadciągały ogromniste chmury. Dziś nazywa się takowe superkomórkami burzowymi. Zaczynał się ostatni, najtragiczniejszy rozdział w historii rybnickiej synagogi i izraelickiej gminy wyznaniowej w Rybniku na Górnym Śląsku. Mam nadzieję, że przedstawię go Wam do końca października.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnicka synagoga cz.2 została wyłączona