26 października 2023

„Orbity” Salo Pragera

Na ścianach naszej ulubionej księgarni „Orbita” można zobaczyć fragmenty pocztówki przedstawiające południową pierzeję rybnickiego Rynku. Wnikliwi obserwatorzy zauważą, że w miejscu, w którym od lat kupujemy książki, na początku XX w. handlował odzieżą żydowski kupiec Salo Prager. Z dokumentu urodzenia jego córki Margot wynika, że w 1902 r. również w tej „Orbitowej” kamienicy mieszkał – zapewne nad swoim sklepem. Urodzona w 1905 r. druga córka Ilse też przyszła na świat pod spadzistym dachem budynku, który do naszych czasów wzbogacił się o dwie lukarny.

Tajemniczy Salo niby od lat był na orbicie moich zainteresowań, choćby z racji tego, że był Żydem, w dodatku o dość znanym w mieście nazwisku, ale nigdy jakoś nie kierowałam na niego swoich „narzędzi do obserwacji”. W końcu uznałam, że nadszedł ten czas, bo sama przez pół roku byłam na orbicie „Orbity” i Salo często mi wchodził w oczy.
To nie będzie wesoła opowieść. Nie będzie też w żaden sposób spektakularna. Ot, kilka faktów z życia zwykłego kupca, który przyszedł na świat w małej wsi i podobnie małej wsi je zakończył.

Salo Prager urodził się w 1873 r. w pobliskiej Czernicy, jako syn Adolfa i Ernestine. Ojciec prowadził Gasthaus w tej wsi. Zachowany budynek mieszkańcy wsi dziś zwą „Porwolikowcem” od nazwiska jednego z późniejszych właścicieli.

Salo nie był jedynakiem. Prawdopodobnie za namową starszego brata Karla, zamienił wieś na miasteczko i na początku XX w. otworzył tu sklep z odzieżą męską i to od razu w najważniejszym miejscu, czyli na Rynku. Nie zachowały się żadne jego reklamy prasowe. Za to ilość anonsów, które publikował brat Karl, prowadzący sklep w „domie Hermanna Müller”, jest niezwykle imponująca, w dodatku zachwycająca pod względem językowym. 

W Rybniku mieliśmy osobną gałąź Pragerów, być może powiązanych z czernickimi, a dowodów na to nie znalazłam. Dlatego zakładam, że bracia nie byli krewnymi Moritza, założyciela tzw. fabryki modrych druków i tym samym jego syna Abrahama – niezwykle zasłużonego dla miasta obywatela i przedsiębiorcy.
Gdy Salo znalazł się na orbicie powiatowego miasteczka niczym specjalnym w Rybniku się nie wyróżniał i jakimś wyjątkowym blaskiem nie świecił. Urodziły mu się zaledwie dwie córki, do władz gminy nie należał, w prasie się raczej nie ogłaszał, czyli śladów po jego życiu w Rybniku nie zostało wiele. Ze strzępków informacji o Salo wiemy, że wraz z innymi informował o zamknięciu swego sklepu z okazji nadchodzących świąt żydowskich, tj. żydowskiego nowego roku oraz Jom Kippur, które w 1905 r. przypadały na przełom września i października oraz, że czasem szukał sprzedawcy.

Poza Rynkiem, przez jakiś czas, miał sklep w kamienicy przy ul. Raciborskiej (została zburzona pod koniec wojny) gdyż na starych pocztówkach widoczny jest szyld reklamowy kierujący do drugiego geszeftu. Jak to i w innych domach żydowskich bywało, gdy został powołany do armii Kajzera, sklepem zapewne zajmowała się żona Getrud wraz z nieletnimi córkami. Zanim jednak znalazł się w okopach, wraz Karlem musieli odprowadzić na zabrzański cmentarz żydowski trzeciego brata – Georga, który po wyprowadzce najpierw z Czernicy, a potem Raciborza, prowadził firmę w Zabrzu, gdzie zmarł na początku 1914 r.

Gdy Salo szczęśliwie wrócił do Rybniku po zakończonej Wielkiej Wojnie, wszystko już było inne. Obaj z Karlem zadecydowali, że już tu nie będą oferować mantli czy guzików „ku manszetom i kraglom” i na fali wyjazdów, w związku z ewentualnym podziałem Górnego Śląska, opuścili nasze miasto. W 1919 r. szyld reklamowy „Salo Prager” na rynkowej kamienicy zniknął – w jego miejsce pojawił się nowy: „Fr. Heidrich”. Pozostali, niespokrewnieni Pragerowie też powoli wyjeżdżali. Bracia Karl i Salo znaleźli się na orbicie wielkiego Breslau, a tam gdzie dziś sprzedawane są książki rybniczanie kupowali buty.

W latach 30. Salo mieszkał w samym centrum starego Wrocławia przy Dorotheengasse z żoną i niezamężną córką Margot. Interesy prowadził zaś przy Reuschestrasse (dziś Ruska). Nadal handlował odzieżą, ale rozszerzył asortyment o towary dla pań. Druga z urodzonych w Rybniku córek – Ilse wyszła za mąż za Kurta Briegera, po jakimś czasie i Margot została mężatką.
Kiedy przyszły złe dla Żydów czasy, Pragerowie zostali zmuszeni do zamknięcia interesów. W maju 1939 r. bracia z rodzinami mieszkali w jednym mieszkaniu obok kościoła św. Doroty. Wielu wrocławskim Żydom udało się wyjechać z Niemiec pod koniec lat 30. Jednym z nich był zięć Salo Pragera – Kurt. Jeszcze przed wybuchem wojny znalazł się w Anglii. Co działo się wtedy z drugą córką Margot i co stało się z jej mężem o nazwisko Dallmann nie udało mi się ustalić.

Salo, jego żona i ich córka Ilse Brieger, ale i rodzina brata Karla, stopniowo byli wypychani z orbity Wrocławia, tylko przez to, że urodzili się Żydami. Początkowo deportowano ich do wsi Tormersdorf, a stamtąd 31 sierpnia 1942 r. do Terezina na terenie Czechosłowacji. Ale to nie getto w Terezinie było tą czarną dziurą, z której nawet światło nie ucieknie, i w której czeluściach mieli zakończyć życie Pragerowie. 7 lipca 1942 r. austriacki lekarz Irmfried Eberl, jako komendant obozu we wsi Treblinka informował, że wnet będzie gotowy do rozpoczęcia „operacji”. I niestety był.

29 września 1942 r. z Terezina wyjechał transport oznaczony symbolem „Bs”. Po 3 dniach ten tzw. Alterstransporte z 2000 Żydów dotarł do małej stacji Treblinka. Salo miał 69 lat, brat Karl o 7 więcej, żona Gertrud i bratowa Klara miały 65, zaś obozem kierował już inny Austriak – o większej „skuteczności”, jak to stwierdzono. Do tego jesiennego dnia, w „operacji”, na którą był gotowy pierwszy komendant, w tym miejscu zamordowano 531.985 Żydów. W dniu następnym liczba wzrosła do 532.868 osób i w tej suchej statystyce byli Salo i Gertrud Pragerowie ze sklepu na rybnickim Rynku oraz Karl, który tak pięknie reklamował „oblecz dla konfirmujących” i jego Klara.

A stacja jest maleńka
i rosną trzy choinki,
i napis jest zwyczajny:
tu stacja Treblinki.

I nie ma nawet kasy
ani bagażowego,
za milion nie dostaniesz
biletu powrotnego…

Nie czeka nikt na stacji
i nikt nie macha chustką,
i cisza tylko wisi,
i wita głuchą pustką.

I milczy słup stacyjny,
i milczą trzy choinki,
i milczy czarny napis,
że… stacja Treblinki.

Władysław Szlengel, fragment wiersza „Mała stacja Treblinki”

Nie udało mi się ustalić gdzie zamordowano Ilse Brieger. W tej smutnej historii jest jednak coś optymistycznego. Druga z córek Salo, urodzona w 1902 r. w Rybniku Margot, zdołała wydostać się z Rzeszy i przez Japonię dotarła USA w październiku 1940 r. Chyba pozostanie tajemnicą jak tego dokonała. Niestety, z 11 spokrewnionych ze sobą osób mieszkających w maju 1939 r. pod adresem Breslau Dorotheengasse 7, przeżyła tylko ona i mąż jej siostry Kurt Brieger.

Cieszę się, że dawny kupiec, dzięki pomysłowi współczesnego kolegi, znalazł swą pośmiertną orbitę w „Orbicie”.

Właściciel księgarni „Orbita” Jan Grzonka na tle sklepu Salo Pragera. Fot. Wacław Troszka.
Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania „Orbity” Salo Pragera została wyłączona
18 października 2023

Chwałowicka piekarnia

(Miałam to napisać parę dni temu, ale ważniejsze były wybory i powyborcza radość 🙂 )


Ponad 90 lat temu, mój pradziadek Teofil Ochwat wymyślił sobie, by jednemu ze swoich synów wybudować piekarnię. Nie mam pojęcia, co go tak naszło. Sam przez całe życie fedrował na grubie, większość jego synów (a miał ich sześciu oraz jedną córkę) poszła w „przemysły” i „na państwowe”, a tu pomysł z piekarnią. Teofil nie był jakimś potentatem finansowym, ale zwykłym nadgórnikiem na kopalni Donnersmarck w małych Chwałowicach pod Rybnikiem. A może więcej niż zwykłym, gdyż jak czytam w Księdze Pamiątkowej Polskiego Związku Pracowników Przemysłowych, Biurowych i Handlowych, należał do tzw. dozorców górniczych, czyli był chyba zastępcą sztajgra. Gdy sobie wymyślił tę piekarnię, to był około sześćdziesiątki, więc był już na zasłużonej penzyji.
Pradziadek był pierwszym z mojego rodu, który zamieszkał w Chwałowicach. Mam swoją teorię na to. Otóż, gdy powstawała Donnersmarck-Grube Teofil pracował na kopalni Charlotte w pobliskich Rydułtowach. Zapewne nowa kopalnia oferowała lepsze zarobki i pradziadek wraz ze swoją żoną Zofią 😉 i będącymi już na świecie małymi synami przekludził się tu, gdzie i ja dziś mieszkam. Nawiasem mówiąc mieszkam na ziemi, którą mój przodek nabył jakieś sto lat temu. Dzięki ciężkiej pracy pod ziemią, po jakimś czasie wybudował sobie dom, a jakże, dość paradny z typową śląską laubą od strony podwórza, w której grano w skata i pito piwo.

Dom pradziadków – wyglądają przez okno. Przed domem od lewej stoi wujek, przyszły piekorz, a obok niego mój dziadek. Poniżej starzik ze starką, synami, córką oraz synową (pierwszą żoną mojego dziadka) i wnukami.

Cała męska część rodziny to byli skaciorze 😉 Do niedzielnych partyjek to mój dziadek nawet muszkę ubierał. 

Pradziadek inwestował w ziemię, by ją potem sprawiedliwie podzielić między synów (czyli i mojego dziadka) i w pewnym momencie wymyślił, że jeden syn zostanie piekarzem. O ile pamiętam tego wujka piekorza to nie był on typem biznesmena. To raczej jego żona, ciotka Ana, była prototypem zaradnej i bardzo obrotnej bizneswoman. Kto wie, może pradziadek czuł już przy ślubie syna, że to synowa ma tę grajfkę do handlu i stąd pomysł do interesu. Siedząc przy pannie młodej czuł jak biła od niej moc gospodarnej i trzeźwo myślącej kobity. W rodzinie zapamiętana jest historia, jak to Ana po II wojnie, gdy piekarnię chciało zabrać państwo komunistyczne, pojechała do samego Bieruta ze skargą, czy też prośbą. Powiadają, że się do niego dostała i na jakiś czas ta decyzja została odroczona. Wujek Heinrich piekorz był taki raczej dobrotliwie „dupiaty”, co prawdopodobnie wynikało z tego, że w czasie wojny doznał poważnego urazu głowy, gdy go napadnięto jak wracał z frontu w Norwegii. Tak, tak w mojej rodzinie byli żołnierze Wehrmachtu.

Wracam jednak do piekarni, bo to ona jest bohaterką tego wpisu. A raciborskim archiwum są dokumenty, z których można wyczytać, że inwestorem nowego domu mieszkalnego i piekarni był Teofil Ochwat. Cała budowa miała powstać na „posiadłości” T. Ochwata na skrzyżowaniu ulic, z których jedna prowadziła do kościoła, druga na Kielowiec, a jedna była drogą, jak to określono, komunalną. Gdy jestem przy kościele, to muszę dodać, iż w kronice tutejszej parafii jest następujący wpis (podaję za Kronika parafii w Chwałowicach: Ze względu na to, że wspomniana parcela była wydzierżawiona obywatelom, którzy mieli tam swoje ziemniaki, zboże… zezwolił p. Ochwat, że na jego polu, graniczącym z planem budowy złożono materiał budowlany. Tymczasem powstańcy i kongregacjonistki wykopały dół na wapno bezpłatnie. Tak samo dobrowolnie i bez wynagrodzenia właściciele furmanek zwieźli cegły, które dostarczyła świerklańska cegielnia. Najwięcej trudności sprawił dowóz wody”… Utworzył się komitet budowy! Czyli na gruntach pradziadka składowano materiały do budowy kościoła w drugiej połowie lat 20-tych ubiegłego wieku.

Budowniczy powiatowy sprawdził wszystkie obliczenia pod względem „policyjno-budowlanym”. Pozwolenie na budowę „zakładu przemysłowego piekarni” zostało wystawione 16 października 1934 r., czyli dokładnie 89 lat temu, przez Naczelnika Okręgu Urzędowego w Chwałowicach. Wszystkie pisma kierowane do władz czy urzędów były pisane przez mojego dziadka Józefa (poznaję jego przepiękne pismo) a pradziadek jedynie je podpisywał.

Budowę musiał zaopiniować Powiatowy Urząd Budowlany, Starostwo oraz Zarząd Kopalni Donnersmarck. 1 października 1934 r. o godz. 11.30 miała miejsce tzw. komisyjna rozprawa przemysłowa, czyli wizyta komisji na miejscu planowanej budowy. Pradziadek musiał wysłać na stację kolejową w Rybniku furmankę, by przewieźć komisję do Chwałowic i zobowiązał się za tę wizytę zapłacić 72 złote.
Ostateczne orzeczenie wydano w styczniu 1935 r. Określało ono bardzo szczegółowo warunki budowy zarówno piekarni, jak i domu mieszkalnego.

Budowa ruszyła i wnet wujek Heinrich i ciotka Ana zaczęli pracować jako piekorze, ale pradziadek nadal był właścicielem wszystkiego. W 1937 r. ponownie wystąpił z wnioskiem – tym razem na budowę chlewików, ustępu oraz płotu. Oczywiście stosowne zgody uzyskał. Lokalny budowlaniec Wincenty Motyka przystąpił do dalszych prac.

W czasie okupacji piekarnię chyba prowadziła Ana. Różne ploty chodziły 😉 Wujek piekorz wrócił z wojny mocno poturbowany.
W październiku 1947 r. pradziadek zmarł. Z wnioskiem o stwierdzenie nabycia spadku wystąpił wujek piekorz, czyli mistrz piekarski Henryk Ochwat. Jak podano do protokołu, mój pradziadek nie zostawił testamentu, więc zgodnie z prawem dziedziczyła jego żona Zofia oraz synowie i córka: Józef – pracownik umysłowy (mój dziadek), Rudolf – urzędnik kopalniany, Alfred – maszynista, Jerzy – ślusarz, Henryk – mistrz piekarski, Engelbert – urzędnik kopalniany, Aniela – żona urzędnika kolejowego. Dużo urzędników w rodzinie było, haha. Żaden z synów nie poszedł w ślady taty i nie robił na dole. Dopiero wnuki wróciły do zawodu Teofila. 

Prawdopodobnie po śmierci Zofii wszystkie dzieci jakoś tam podzieliły się majątkiem, w wyniku czego piekarnia przypadła wujkowi piekorzowi, którego pamiętam jak przez mgłę jako bardzo ciepłego i miłego człowieka. Moja babcia u niego kupowała mi kołoczki, bo choć ponoć byłam niejadkiem, to kołoczki z serem łykałam jak pelikan ryby. Ciotki Any się raczej bałam, tym bardziej, że często mówiła po niemiecku, co mnie stresowało. To ona nosiła galoty, wszystkim rządziła i obdzielała dzieci z rodziny czekoladami, co w tamtym okresie było niesamowite. W przydomowym garażu miała też ogromny magiel, który napawał mnie strachem. Piekarnia trwała pod zarządem PSS-u i prowadził ją syn wujka – Gienek ze swoją żoną Janką jako ajenci. Przez jakiś okres czasu była tam nawet lodziarnia i to w niej zarobiłam swoje pierwsze w życiu pieniądze sprzedając lody włoskie u swojego wujostwa. Miałam może z 14 lat.
I ta piekarnia przetrwała do dziś! Nadal kupują w niej ludzie chleb, żymły, kołoczki i kołocze. I choć nie jest prowadzona przez nikogo z rodziny (budynek jest w rękach innej prawnuczki Teofila), to kontynuuje tradycje wypieku chleba, który jest jadalny nawet po tygodniu. Nie zdawałam sobie sprawy, że to już 20 lat pod Piekarnią „Stach&Lech” co rano i po południu ustawia się kolejka. Gdy w ubiegły piątek stanęłam by kupić chleb ujrzałam balony. Moją pierwszą myślą było: może któryś z piekarzy się żeni. A tu szok! Rocznica 20 lat!

Składając gratulacje na ręce przemiłej pani ekspedientki, która tam pracuje od lat miałam łzy w oczach. Tyle lat temu mój pradziadek Teofil Ochwat sobie wymyślił taki geszeft dla syna i to nadal trwa. Nadal w tym samym starym piecu w nocy piekorze pieką chleb, a jakieś niejadki dostają od babć na śniadanie kołoczki. Teofil na pewno nie znał tzw. paradoksu Giffena, ale wiedział, że chleb ludzie będą kupować zawsze. Miał mój starzik nosa (nad sumiastym wąsem 😆 ).

Oby piekarnia „Stach&Lech” trwała w tym miejscu przez następne 20 lat, bo żadne sieciowe wypieki nie smakują tak jak chleb pieczony z sercem i według starych receptur. Najlepszego!

 

(To nie była jedyna przedwojenna piekarnia w Chwałowicach, ale o nich niech piszą inni).

25 września 2023

Każdy ma swoją prawdę

 

Proszę, by nie oceniać postaw bohaterów tego artykułu, bo jak powiedziała Szymborska: „Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono”.

Rybnik, wrzesień 1945 r.

Ona

Klara od jakiegoś czasu wiedziała, że koniec wojny jest również końcem jej małżeństwa. Stała w pustym mieszkaniu i przez okno spoglądała na plac, który teraz nazywano Placem Żołnierza Polskiego. Jej myśli od dłuższego czasu krążyły wokół tego co działo się w ostatnich latach. Te plotki w 1935 r., gdy Eryk na nią – zwykłą sprzedawczynię w sklepie jego wujka, zwrócił uwagę. Te protesty jej rodziny, że zakochała się w Żydzie. Ta nieskrywana niechęć matki Eryka, która dopiero, gdy wybuchła wojna zaczęła ją traktować inaczej. Nigdy nie polubiła teściowej i teraz czuła wyrzuty sumienia, że nie raz źle jej życzyła, jak choćby w czasie ostatnich wakacji w Krynicy, gdy Olga przy ludziach dawała jej do zrozumienia, że syn popełnił błąd żeniąc się z katoliczką. Mesalliance – to słowo aż do września 1939 r. śniło jej się po nocach. Bogaty Priester z kupieckiej rodziny, do której należało kilka kamienic i dwa sklepy w Rybniku ożenił się z córką zwykłego urzędnika pocztowego z Gleiwitz. Mimo tych sprzeciwów, plotek i różnic byli bardzo szczęśliwi. Nawet ostatnie wakacje w górach, które chciała spędzić jedynie z nim, ale musiała z całą jego rodziną, teraz wspominała jako cudowne. Minęło zaledwie sześć lat, a czuła jakby postarzała się o 50. Eryk nie przypominał radosnego mężczyzny sprzed wojny. Był cieniem człowieka. Całymi dniami zamykał się sam w pokoju, nie patrzył jej w oczy, i gdyby nie ona, to zapewne i dziś by nie poszedł do Starostwa, aby złożyć ten kwestionariusz dotyczący szkód wojennych.
Jeszcze miała nadzieję na to, że jakoś to się ułoży. Może ci komuniści nie będą tacy źli? Może uda się odzyskać, co utracono? Może Eryk jeszcze będzie taki jak przed wojną? Całe pięć lat walczyła by go ocalić. Przeprowadziła się do Trzebini dokąd go wywieziono z innymi rybnickimi Żydami w maju 1940 r. Musiała być blisko męża. Kursowała między Rybnikiem, Trzebinią, a gettem w Chrzanowie. Starała się ratować ich wszystkich: Eryka, jego siostrę Hertę, jej córkę Werę i nielubianą teściową Olgę. Wyprzedawała majątek Priesterów, by ich uratować. Nie wyraziła zgody na rozwód, więc ją aresztowało gestapo. Na szczęście zwolniło. Nad życie kochała Eryka i robiła to dla niego. Jako katoliczka i Niemka mogła, co prawda z trudnościami, się przemieszczać. Dokonywała cudów, by znaleźć dla niego schronienie na wypadek likwidacji getta. I nic jej się wtedy nie śniło. Działała jak w transie. Mesalliance już przestał ją prześladować, a teściowa Olga bez sprzeciwu pozwalała na sprzedaż wszystkiego, w tym jej ukochanych rodowych sreber. Dla pewności spytała, czy może sprzedać i tę srebrną łyżeczkę, którą karmiono małą siostrzenicę Eryka – Werę. Wtedy, w grudniu 1942 r., widziała starą Priesterową po raz ostatni. Mąż do teraz jej nie powiedział co się stało z jego siostrą, mamą i dziesięcioletnią Werą. Pytała nie raz, ale zawsze odwracał wzrok i wychodził z pokoju. Potem tylko słyszała jego łkanie, które było nie do zniesienia.
Klara czuła, że to inny człowiek. Półtora roku pobytu w kryjówce na tym strychu go złamało. Jeszcze tam siedział z nią – z tą Żydówką. Boże, gdyby dało się cofnąć czas! Już lepiej, by znowu jej się śnił Mesalliance, by despotyczna Olga traktowała ją z góry i by cała rodzina rozprawiała o chorobach delikatnej szwagierki Herty i rozwodzie wuja Maksa.
Usłyszała skrzypnięcie drzwi. Eryk wrócił ze Starostwa. Pierwszy raz od powrotu do Rybnika odezwał się stanowczym głosem: „Ja tu nie mogę mieszkać. Wyjeżdżam”. „Sam?” – spytała Klara. 

 

On
Eryk szedł w stronę Starostwa. Myślał o Klarze. Powinien czuć miłość, wdzięczność, a czuł złość. Po co go ratowała? Co mu z tego, że żyje, skoro nie ma jego mamy, ukochanej siostry i uwielbianej siostrzenicy? Co z niego za mężczyzna, skoro nie potrafił ocalić tych, których kochał? Od momentu wybuchu wojny i powrotu do Rybnika z Krynicy musiał być odpowiedzialny za wszystkich. Za mamę, za siostrę, jej córeczkę i za starego dziadka Noah. On – uważany przez wielu za „tego młodego Priestera”. To on musiał sprowadzić zwłoki zamordowanego we wrześniu 1939 r. szwagra Fritza. To on musiał załatwić jego powtórny pochówek i wspierać siostrę. To on musiał zanieść okup do starego Weissa, by odroczyć wywózkę rybnickich Żydów w grudniu 1939 r. To on musiał iść do hitlerowskiego urzędu i zgłosić zgon dziadka a potem załatwić pogrzeb w styczniu 1940 r. To on musiał przybić na rodzinnej kamienicy tabliczkę „Adolf Hitler Platz”. A potem Trzebinia i getto w Chrzanowie. Nie da się opowiedzieć tego co przeżył. Klara wciąż pytała. Co jej miał odpowiedzieć? Że piekła nie da się opisać? Że ten moment, w którym siostra nie wyraziła zgodę na rozdzielenie z małą Werą był najgorszym w jego życiu? Że błagał, nalegał? Że nie pożegnał się z mamą Olgą? Co miał powiedzieć swej katolickiej żonie Klarze? Że śni mu się ten moment, gdy kobiety, które tak kochał giną w komorze gazowej? Zawiódł. To on, dzięki Polakom z Trzebini i Klarze miał kryjówkę na ciasnym strychu. Klara nigdy nie zrozumie co czuł przez ten czas wiedząc, co stało się z kobietami z jego rodziny. Nie pojmie tego strachu, bólu i tej niepewności. Klara była na wolności. Miała II grupę Volkslisty. Ona nie musiała drżeć, że ją znajdą, wyciągną, wywleką, poniżą i wyślą do Auschwitz. Cały czas widziała niebo i mogła swobodnie oddychać. Tylko Gusta wie, co przeżył. To z nią, nawet bez słów, może się porozumieć.
Dotarł do Starostwa. Dwóch świadków, zorganizowanych przez Klarę, w obecności urzędnika poświadczyło kwestionariusz dotyczący szkód, które poniósł w czasie wojny. Nie zależało mu na żadnych odszkodowaniach. Czuł pustkę, boleść i niewyobrażalny smutek. Nie może tu zostać. Nie może być z Klarą, choć między innymi dzięki niej żyje. Tęsknił za Gustą.

Druga ona.

Gusta straciła prawie wszystkich. Gdy likwidowano getto w Chrzanowie znała jedynie starą Priesterową i jej syna Eryka. Mama Gusty dzieliła z Olgą izdebkę w getcie. Gdy znalazły się w pociągu do Auschwitz Gusta obiecała swojej mamie, że się uratuje. To był moment, gdy esesman nie patrzał. Nie pamiętała jak dotarła nocą do Trzebini, ale wiedziała, że Eryk miał katolicką żonę, która mu pomagała. Znała adres. Ubłagała ją, by spytała Polaków, czy może się tam ukryć. Klara z oporami przystała, Polacy też. Gdy znalazła się na tym samym strychu co Eryk była u skraju wyczerpania. Po jakimś czasie dołączył do nich jeszcze jeden Żyd. I tak w trójkę doczekali wyzwolenia Trzebini. Była silna psychicznie i przez cały czas wspierała Eryka, który nie potrafił wyzwolić się z koszmarów. Obwiniał się za to, że nie uratował swoich bliskich. Wraz z upływem czasu stawali się sobie coraz bliżsi. Dotrwali do końca. Miała tylko jego.

Oni – rybniczanie.

O tym się mówiło pokątnie i ukradkiem, bo nowa władza mogła coś podsłuchać, a była przerażająca i nie napawała nadzieją. Rybniczanki, które przed wojną pracowały w sklepie Eryka przy Sobieskiego 2 czasem w rozmowach wymieniały się tym, co usłyszały na mieście: że przeżył dzięki żonie, że jego siostra nie zgodziła się na rozłączenie z córeczką. Dobrze pamiętały starszą panią Priester. W pamięci młodych dziewczyn utkwiła srebrna łyżeczka, którą mama ich pracodawcy karmiła uwielbianą wnuczkę oraz to jak twardą ręką rządziła rodziną i interesami. Plotkowano, że Eryk był ukrywany z jakąś młodą Żydówką. Niektórzy się nawet cieszyli, że „żydki” już się nie będą panoszyć po Rybniku. Jednak większość czuła współczucie, bo Eryk był lubiany i to co go spotkało poruszało rybniczan. A potem nagle wyjechał i większość zapomniała, bo miała inne problemy na głowie.

Wrzesień 2023
Ja – na podstawie dokumentów
Eryk, syn Olgi Priester z domu Leschcziner ur. się w 1908 r. w Rybniku. Miał dwie siostry, starszą Theę oraz młodszą Hertę. Jego ojciec zmarł w 1926 r. Thea zdołała wyjechać z mężem i synem do Kanady w czerwcu 1939 r. Herta, po ślubie z Fritzem Aronade, w 1932 r. urodziła córeczkę Werę. Eryk w 1936 r. poślubił katoliczkę Klarę Grudziński, mieszkankę Gliwic (wtedy ekspedientkę w sklepie wuja Maksa Leschczinera). Dziadek Noah Leschcziner przekazał jeden ze swoich sklepów najpierw córce Oldze, a potem wnukowi Erykowi. Latem 1939 r. rodzina Priesterów, oprócz męża Herty, wyjechała na wakacje do Krynicy. Do ok. 15 września przebywali w Krakowie. Mąż siostry Herty zginął 4 września w Woszczycach. Dziadek zmarł w styczniu 1940 r. W maju 1940 r. rybnickich Żydów wywieziono do Trzebini, gdzie Eryk do początków 1943 r. pracował w tzw. Gummiwerke. Matka Olga oraz siostra też. Ostatnie ślady po tych kobietach to meldunki z chrzanowskiego getta z grudnia 1942 r. Klarę zmuszano do rozwodu, ale odmówiła, co za została na jakiś czas aresztowana przez gestapo. Eryk przeżył wojnę ukrywany przez Polaków Albinę i Antoniego Małochów w Trzebini. W kwietniu 1945 r. wrócił do Rybnika z żoną Klarą. Ona, jako zaszeregowana do II grupy Volkslisty wystąpiła z wnioskiem o „rehabilitację polityczną”. W 1946 r. Eryk był już w Niemczech, gdzie urodziło mu się dwoje dzieci ze związku z Gustą. Klara wyjechała do Niemiec kilka miesięcy po nim. Eryk pomógł swojej byłej żonie (oraz córce polskiej rodziny z Trzebini) w wyjedzie do USA, dokąd też wyemigrował z Gustą i dziećmi. Zmarł w 1980 r. Dalsze losy Klary nie są mi znane.

Córka Eryka – Witta Priester rozpoczęła procedurę przyznania bohaterskim mieszkańcom Trzebini tytułu „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”.
Dziękuję Pani Teresie Kaźmierskiej za zdjęcia i wspomnienia jej Mamy, która przed wojną pracowała w sklepie Eryka Priestera oraz Pani Agnieszce Kostuch z Trzebini za dokumenty z czasów okupacji, a także Adamowi Lipińskiemu za pewne sekretne „papiery”. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Każdy ma swoją prawdę została wyłączona
4 września 2023

Tajemnice stuletniej kartki

Zapewne niektórzy rybniczanie pamiętają, że nasze miasto odwiedziła w maju prof. Miriam Glucksmann, córka urodzonego w 1904 r. tutaj, późniejszego wybitnego brytyjskiego embriologa Alfreda Glücksmanna. Jej ojciec, jako nastolatek pasjonował się fotografią i opuszczając Niemcy po dojściu do władzy Hitlera w 1933 r., zabrał ze sobą kopertę z około setką zdjęć – w większości zrobionych w Rybniku w latach 1919-1922.
Miriam niektóre z tych fotografii przywiozła, by je pokazać zarówno mi jak i uczestnikom spotkania zorganizowanego w bibliotece przy okazji wystawy pt. „Z rodzinnego albumu”. Byłam przekonana, że widziałam już wszystkie zdjęcia jej ojca, gdyż sukcesywnie je dostawałam w wersji elektronicznej. Jakież było moje zdumienie, gdy zobaczyłam nowe, kompletnie mi nieznane, przedstawiające zarówno Rybnik jak i istotne dla miasta wydarzenia.
Wśród zdjęć była też jedna karta pocztowa wysłana z Rybnika w kwietniu 1923 r. do uczącego się wtedy we Wrocławiu Glücksmanna.

Niestety, nie znam języka niemieckiego, więc jedyne co zdołałam wywnioskować to to, że nadawca pisze o Rybniku, który jest piękny gdy nie ma w nim Thei Priester. Początkowo myślałam, że nadawcą jest Fritz Aronade, czyli najbliższy przyjaciel Alfreda, który jeszcze w 1921 r. był chłopakiem Thei i jako odtrącony przez dziewczynę jej adorator z sarkazmem mógł przyznawać, że lepiej jest w mieście, gdy wyjechała. Kartka nie dawała mi spokoju i wiedziałam, że musi się znaleźć ktoś, kto odcyfruje te bazgroły, bym miała choćby coś, czego mogę się uczepić. Wiem, że to może wydawać się śmieszne, bo cokolwiek na niej napisane dziś nie ma najmniejszego znaczenia. To zwykła korespondencja dwóch osób, od której nie zależały losy świata. Jednak od lat, jak mam taki mus, to do końca drążę i staram się nie odpuszczać. Tak było i w przypadku tej kartki, na odwrocie której jest leśna polana opisana odręcznym pismem jako „Rudawald”, czyli „Las Ruda”. Do dziś po nim się przechadzają rybniczanie i jeżdżą na rowerach rowerzyści.

Zakładałam, że to kartka zrobiona ze zdjęcia, wykonanego przez nadawcę, bo taka wtedy panowała moda. W pomoc w rozszyfrowaniu niemieckich bazgrołów zaangażowali się moi bliżsi i dalsi znajomi z Facebooka. Po kilku dniach poznałam treść i dowiedziałam się, że nadawcą jest tajemniczy Herbert, który prawdopodobnie był kolejnym zranionym przez flirciarę Theę młodzieńcem, Niemcem, nadal mieszkającym w polskim już Rybniku. W tłumaczeniu pomogła znajoma z Warmii.
W międzyczasie przyglądałam się zdjęciom zrobionym przez Alfreda, z których wiele przedstawia przyrodę i kombinowałam kto, jak i on, mógł tak samo patrzeć na drzewa i uznać, że to może być interesujący obraz, by wysłać go do uczącego się w Breslau kolegi. Tu należy dodać, że Alfred fotografował zieleń, architekturę, swoich przyjaciół, istotne wydarzenia polityczno-społeczne (np. przyjeżdżających na plebiscyt w 1921 r. na rybnickim dworu, czy manifestacje i wiece na tutejszym Rynku). Dokumentował też, choć wtedy na pewno nie myślał, że 100 lat później, ktoś będzie analizować jego fotografie jako dokumenty, zwykłe spacery w okolicach Rybnika, ale i powstańców czy wojska rozjemcze stacjonujące na Górnym Śląsku. Chyba fascynował się tzw. techniką silhouette, polegającą na niedoświetlaniu sylwetki tematu głównego – w jego przypadku osób. Wiele z fotografii zostało wykonanych właśnie w ten sposób. Tak sfotografował swojego przyjaciela Fritza Aronade, czy własną siostrę Ilse z Theą Priester.

Tej techniki musiał go nauczyć profesjonalista. Ktoś musiał pokazać temu nastolatkowi jak obsługiwać aparat fotograficzny, który w tamtych czasach niewątpliwie kosztował fortunę. Po jakiś czasie, już jako student medycyny, zamienił ten przyrząd optyczny na inny – mikroskop.

Z racji tego, że na kilku jego zdjęciach widać kamienicę, w której miał swoje atelier ówczesny mistrz fotografii Otto Schwittay, to od razu uznałam, że to on był tym, który młodego Glücksmanna wdrażał w arkana sztuki fotograficznej. Według historyka Michała Palicy, to Schwittay wybudował potężną kamienicę do dziś stojącą na skrzyżowaniu obecnych ulic Chrobrego (wówczas Gimnazjalnej) i 3 Maja. Wielu z rybniczan zapewne kojarzy ją z drogerii „Sanitas”. Samo atelier mieściło się w przybudówce z prawej strony budynku, która w tamtym czasie od strony ulicy nie miała okien, co było celowym zabiegiem.

Sądzę, że fotograf był też miłośnikiem kwiatów, gdyż przed swoim domem miał przepiękny kieszonkowy skwer z pnączami, różami, agawami i innymi egzotycznymi roślinami. Ten mały tajemniczy ogród musiał zachwycać Alfreda, bowiem zachowało się pięć fotografii tego miejsca, na których widać np. kaktusy w doniczkach.

Starając się czegoś dowiedzieć o właścicielu atelier, którego zdjęcia ze specyficznym logo zapewne nadal walają się w wielu domach, odkryłam, że żona Otto Schwittaya była z domu Opitz, czyli też pochodziła z słynnej rodziny fotografów, którzy mieli wiele filii w dużej ilości miast nie tylko na Śląsku. Zapewne jedna z nich była w Rybniku i to tak do niego trafili państwo Schwittayowie po ślubie zawartym w Katowicach w 1903 r. U nas wybudowali wielką kamienicę i nowoczesne atelier, w którym Otto fotografował śluby, komunie, przyjaciół. Robił pojedyncze portrety jak i całych rodzin (w tym i odwalonych jak na odpust moich pradziadków z synami i córką). Co prawda na tej rodzinnej fotografii nie ma charakterystycznego logo Schwittaya, ale poznaję tło, na którym dostojny pradziadek i skromna, ale z surową miną prababka, zapozowali z resztą mojej śląskiej familii.

Mniej więcej w tym samym czasie (połowa lat 20. XX wieku) do pracowni Schwittaya zawitała grupa żydowskich przyjaciół, z których wielu zostało bohaterami mojej książki „Piękni i młodzi”, choćby wspomniana Thea (wtedy już jako mężatka) czy Fritz Aronade. Ta druga fotografia jest o wiele bardziej frywolna od tej z albumu wujka. Inne stroje, alkohol i papierosy, a przede wszystkim luz. Jest na niej jeden chłopak (drugi z lewej), który od dawna pojawia mi się na różnych zdjęciach jednak nie potrafię go zidentyfikować. Może to ten, o którym zaraz poniżej.

Szukając w sumie sama nie wiedząc czego, nagle wydałam z siebie nagle wrzask radości, gdy znalazłam informację z 1928 r., iż niejaki Herbert Schwittay z ulicy Gimnazjalnej w Rybniku chce sprzedać wypasiony, jak na ówczesne czasy, motocykl! To był mój Herbert z kartki pocztowej!

To syn fotografa, który przejął po jakimś czasie fach po ojcu, informował Alfreda o tym co słychać w Rybniku. Poukładały mi się informacje w głowie, czyli również wspomnienia syna kochliwej Thei Priester, który opisał swoją mamę jako dziewczynę, w której wielu się durzyło, m.in. jakiś fotograf. To Herbert sfotografował „Rudawald”, bo być może był jak ojciec miłośnikiem przyrody. I to Herbert był kolejnym, porzuconym przez wyemancypowaną Theę chłopakiem i zarazem przyjacielem grupki młodzieży żydowskiej.
Herbert Schwittay oraz jego rodzice Otto i Louise opuścili Rybnik w sierpniu 1930 r. i przenieśli się do niemieckiego Opola. Stary Schwittay zmarł w 1935 r., o czym poinformowała z żalem parafia ewangelicka w Rybniku.

Tu muszę dodać, że rodzina Schwittay pochodziła z Warmii, a dokładniej z Nidzicy. Tłumaczenie kartki Herberta też przyszło do mnie z Warmii. Ot, taka ciekawa zbieżność.
Przed II wojną Herbert w Opolu miał serwis fotograficzny (Foto-Dienst Schwittay). Nie znam jego dalszych losów, choć intuicja mi podpowiada, że w 1943 r. był w Wehrmachcie. Wtedy bowiem zmarł w Opolu jego kilkumiesięczny syn, a osobą zgłaszającą zgon była żona. W tym samym roku Friedel (tak nazywali Alfreda Glücksmanna przyjaciele, no i Herbert), czyli jego kolega z rybnickich czasów mieszkał w Cambridge i zajmował się badaniami nad szybkim leczeniem ran żołnierzy brytyjskich. Zaś kokietka Thea w Kanadzie z mężem i synem starali się przystosować do życia jako farmerzy. Czwarty z wymienionych z imienia na kartce tj. Fritz Aronade od września 1939 r. już nie żył.

Treść kartki (tłumaczenie Kornelia Kurowska, Fundacja Borussia, Olsztyn)

Mój drogi Friedlu,
Bardzo Ci dziękuję za pocztówkę i za to, że odezwały się „wyrzuty sumienia”. Już prawie sądziłem, że ja i dla Ciebie już nie istnieję. W Rybniku jest „bardzo ładnie“, zwłaszcza że Thea już wyjechała! Czy już Ci się przedstawiła? Gdybyś miał się z nią teraz spotkać, przekaż jej najserdeczniejsze pozdrowienia. Czy Lenchel (? – Lenka?) jest we Wrocławiu? Chcieliśmy ją odwiedzić w niedzielę w Gliwicach, ale się nie udało. Chciałbym ją znowu zobaczyć. Fritz A. wraca za tydzień! Wybacz, że przesyłam Ci tylko kartkę, ale nie mam więcej czasu, a chciałem Ci przynajmniej odpisać.
Pozdrawia Cię najserdeczniej Twój przyjaciel Herbert

Kim była Lenka (Lenchel) nie ustaliłam. 

Na koniec jeszcze kilka zdjęć rybnickiego mistrza fotografii – Otto Schwittaya. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Tajemnice stuletniej kartki została wyłączona
27 czerwca 2023

Żydowskie wątki w rybnickim gimnazjum królewskim

W październiku 1911 r. Królewskie Progimnazjum w Organizacji w Rybniku uzyskało prawa pełnego gimnazjum (choć nadal jeszcze z dopiskiem „w organizacji”), gdyż odebrano budynek, w którym już od czterech lat uczyli się młodzi rybniczanie. Obecnie to I Liceum Ogólnokształcące przy ul. Kościuszki.
Kilka dni temu natrafiłam na coś a la raport, czy też sprawozdanie sporządzone przez ówczesnego dyrektora tej placówki dr. J.G. Wahnera właśnie z okazji pełnego oddania budynku. Prawdopodobnie bym się tym dokumentem nigdy nie zainteresowała, ale wyskoczył mi on przy okazji szukania czegoś o rodzinie Böhm, więc w niego „wniknęłam”, by poszukać wątków żydowskich.

Te znalazłam już w samym opisie nowej szkoły. Jej dyrektor skrupulatnie wymienił wszystkich darczyńców, którzy przyczynili się do upiększenia gimnazjum. Ja skupię się tylko na rybnickich Żydach. I tak rentier Julius Haase, już wówczas przebywający w Berlinie, ale nadal honorowy obywatel naszego miasta ofiarował szkole obraz cesarza Wilhelma II namalowany przez nadwornego portrecistę rodziny cesarskiej – Heinricha Isera. To kosztowne olejne dzieło było w ciężkiej antycznej złotej ramie. Portret miał wisieć w auli honorowych obywateli Rybnika. Jako kolejne osoby, które przyczyniły się do upiększenia szkoły (m.in. przez ufundowanie pięknych okien z witrażami) dr Wahner wymienił kupców Simona Böhma, Aronade (zakładam, że chodziło o Alfreda) i destylatora Fedora Schaeffera.
Klatka schodowa pomiędzy górnymi piętrami została udekorowana oknami witrażowymi, do których dołożyli się między innymi małżonkowie Katz, zarządzający inną placówką w mieście – ochronką żydowską. Akurat to nie dziwota, bowiem jeden z ich synów Lothar wtedy już do tego gimnazjum uczęszczał. W swoim raporcie dyrektor nowej szkoły wymienił dar dyrektora Browaru Zamkowego – Ludwiga Mandowskiego, który przekazał kopię obrazu Antona von Wernera pt. Kaiserproklamation in Versailles w ciężkiej ramie z masy kamiennej.

Zaś sztandar pruski przekazał nowej szkole Herr Leschcziner – na pewno chodziło o Noaha.

By jednak oddać sprawiedliwość innym, nie żydowskim darczyńcom, to muszę wymienić choćby fotografa Otto Schwittaya, który ofiarował zdjęcie kościoła św. Antoniego w pięknej oprawie, jubilera Müllera i jego dębowy barometr, zegarmistrza i zarazem też jubilera Breitschädela, który przekazał dwa zegary ścienne w stylowej dębowej szafce dla dyrektora i pokoju nauczycielskiego, a posrebrzany krucyfiks i dwa srebrne świeczniki otrzymano od właściciela apteki Henniga. Jego Wysokość książę Guido Henkel von Donnersmarck (jak ja uwielbiam tego arystokratę!) dołożył się do witraży, zresztą tak jak radny Siegmund i właściciele huty z Paruszowca oraz dyrektor generalny z „Emmagruby” Rudolf Wachsmann.

No i tenże dyrektor mnie zastopował. Bo na mój niuch był Żydem, choć nie znalazłam stuprocentowych dowodów na to, bo nie znalazłam żadnego urzędowego aktu na to wskazującego. Jak już wydawało mi się, że go namierzyłam, to okazało się, że to inny Rudolf Wachsmann – handlarz skór z Zabrza. Pięć godzin googlowania dało w efekcie wiele, bo mam i jego prawie pełny życiorys, mam jego fotę, ale nadal nie wiem, czy ta niezwykle zasłużona dla górnictwa (w tym w mojej okolicy) osoba była z pochodzenia Żydem. Wszystko na to wskazuje, gdyż w obecnych Siemianowicach Śląskich, w których się urodził w 1869 r. było sporo Żydów noszących to nazwisko. Kolejny trop to jego dokładny życiorys sporządzony z okazji jego 60. urodzin (w 1929 r.), gdzie pominięto, wg mnie celowo, imię ojca, podając jedynie, że był kupcem. Może imię taty zbyt jednoznacznie by kierowało na pochodzenie Oberdirektora 😉

Wymieniono jego wszystkie studia, zajmowane stanowiska (w tym pracę dla żydowskiej rodziny von Friedlaender-Fuld), zasługi, doktorat honoris causa przyznany w 1922 r. przez Technische Hochschule we Wrocławiu, członkostwa w wielu organizacjach, a o życiu rodzinnym ani mru mru. Coś mu jedna powieka opadała 😉 

(fot.: Zeitschrift des Oberschlesischen Berg- und Hüttenmännischen Vereins Z.z., 1929, Jg. 68, Heft 7)

Nie wiem kiedy, ani gdzie zmarł. Książki traktujące o kopalniach z naszego terenu wymieniają go jako dyrektora generalnego, ale niestety milczą o ewentualnych ciekawostkach z jego życia, wskazując jedynie willę, w której mieszkał w Radlinie, a w którym przestał szefować na początku lat 30. Jakaś praca Żydowskiego Instytutu Historycznego podaje Wachsmanna jako ważnego żydowskiego Górnoślązaka, ale nie jest w całości dostępna w Internecie.  

 

Tak więc na razie muszę z dyrektora Rybniker Steinkohlen Gewerkschaft („Rybnickiego Gwarectwa Węglowego”) zrezygnować, choć myślę, że jeszcze kiedyś uda mi się go namierzyć. Wracam do rybnickiego gimnazjum, w którym w roku 1911 uczyło się co najmniej dwóch żydowskich gimnazjalistów. Jednym był wspomniany syn dyrektora ochronki – Lothar Katz, a drugim Fritz Schindler. Lothar Katz w trakcie uroczystości, która miała miejsce w październiku 1911 r. wydeklamował prolog nawiązujący do znaczenia dnia, po którym odśpiewano podniosłą pieśń H. Weinreisa. Później do tej szkoły uczęszczał jeszcze młodszy brat Lothara – Günther, niestety zaraz po jej ukończeniu zaciągnął się do armii kajzera i zginął w młodym wieku na Bałkanach. Na pewno w murach obecnego I Liceum (im. Powstańców Śląskich) uczył się także Fritz Aronade oraz jego przyjaciel Alfred Glücksmann. W artykule dr. Dawida Kellera (Zeszyty Rybnickie nr 17, Muzeum w Rybniku) widzę jeszcze Ernsta Schüftana – syna kantora, Rudolfa Pragera – syna właściciela fabryki i Ernsta Silberberga – syna rybnickiego lekarza.

O Fritzu Schindlerze już pisałam kiedyś. Jego historia skończyła się dobrze ➡ https://szufladamalgosi.pl/100-lat-temu-w-rybniku-cz-2/

Lothar Katz już też ma swoją małą szufladkę. Zdołał dzięki mamie opuścić nazistowskie Niemcy. ➡ https://szufladamalgosi.pl/o-zydowskiej-ochronce-w-rybniku-i-zwiazanej-z-nia-rodzinie-katzow-cz-2/

Zresztą tak jak i Alfred Glücksmann. Gimnazjalista Günther Katz zginął w 1918 r. gdzieś w Macedonii, a syn kantora – Ernst Schüftan zmarł w Breslau w 1923 r., dożywszy zaledwie 27 lat. Nie wiem (jeszcze) co się stało z Rudolfem Pragerem, w odróżnieniu od Ernsta Silberberga (choć tego muszę dokładniej przeinwigilować). Historię jedynego z gimnazjalistów, który został w Rybniku, gdy to gimnazjum stało się szkołą polską, opisywałam wielokrotnie. To Fritz Aronade, którego poniżej możecie zobaczyć, jak po szkole poszedł z Alfredem do lasu, zapewne nie chcąc od razu wracać do domu. Jego historia nie skończyła się dobrze.

Przecudne okna witrażowe, ufundowane przez tylu znamienitych rybniczan wyleciały w luft rozbijając się na setki kawałków, gdy doszło do wybuchu dynamitu 22 czerwca 1921 r. na rybnickim dworcu kolejowym w czasie III powstania śląskiego. Będąc jeszcze wówczas w Rybniku uczeń Alfred Glücksmann strzelił fotę ukazującą straty. Choć kto wie, może sam mistrz Schwittay, albo jego syn zrobili to zdjęcie a Alfred je po prostu zabrał, bo szkoła była dla niego ważna.

Historia niewątpliwie zmiotła też obraz cesarza oraz proklamacji wersalskiej, pruski sztandar, dębowe wycieraczki do atramentu i szklane popielniczki do pokoju nauczycielskiego pana Gebauera, kamienne rzeźby poetów, czy inne dary przekazane przez lokalnych sponsorów. Ostał się ino gelender, który ostatnio mogła dotknąć córka Alfreda, gdy po ponad 100 latach od upuszczenia tej szkoły przez ojca odwiedziła Rybnik. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Żydowskie wątki w rybnickim gimnazjum królewskim została wyłączona
31 maja 2023

Wszyscy jesteśmy ludźmi: i dobry żyd, i dobry chrześcijanin!

To była dość pogodna wiosna. Miasta w końcu swobodnie oddychało, ludzie znowu mogli wychodzić bez obaw na ulice, choć nadal opłakiwali tych, których zabrała szalejąca krótko przedtem epidemia tyfusu. 5 czerwca 1848 r. rabin Lazarus (Eliezer) Karfunkel obudził się bardzo wcześnie. Wreszcie nadszedł ten dzień, na który rybniccy Żydzi czekali od paru lat. On zresztą też. Przygotowując się do kazania, które miał po raz ostatni wygłosić w starej synagodze przypominał sobie ten moment, gdy wraz z braćmi chrześcijanami uczestniczył w podniosłym wydarzeniu, jakim było wmurowanie kamienia węgielnego pod nowe miejsce modlitw i spotkań dla tutejszych Żydów.

Niespełna 6 lat wcześniej, 29 dnia miesiąca Tiszri roku 5603, czyli 3 października 1842 r. według kalendarza gregoriańskiego, w obecności chrześcijańskich sąsiadów rozpoczęto budowę nowej synagogi. W uroczystości wmurowania kamienia węgielnego wzięli udział m.in.: baron von Durant – jako starosta, pastor Wolf, proboszcz senior Husko, burmistrz Utrecht oraz sędzia Buchwald. Fizycznie kamień wmurował mistrz murarski Żyd Plessner. Publicznie spisano wtedy i następnie odczytano zgromadzonym akt, który teraz miał się znaleźć w murach nowej synagogi. Niech Bóg Izraela błogosławi tej budowli, aby wszyscy, którzy będą praktykować w niej pobożność i słuchać w niej słowa Bożego, nauczyli się unikania zła a zarazem uczyli miłowania dobra. Aby w naszych czasach spełniło się to, co Bóg obiecał przez swego świętego proroka Jeremiasza. Rabin Karfunkel przypomniał sobie ważne słowa, które wtedy wygłosił lekarz powiatowy: Tak, my też jesteśmy braćmi i jedno niebo jest kopułą dla wszystkich. Powietrze daje wszystkim oddech, wszyscy jesteśmy ludźmi: i dobry żyd, i dobry chrześcijanin! Kto wie, czym jest Bóg, czym jest człowiek, nie będzie się spierał o religię.

Stara, drewniana synagoga, czy też raczej dom modlitw miejscowych Żydów stała przy Ratiborerstraße (mniej więcej na rogu ulic Raciborskiej i M. Curie Skłodowskiej) i jak podawał Rybniker Kreisblatt z 1842 r. stała na „bezbożnym” gruncie, czyli prawdopodobnie był to budynek jedynie wynajmowany przez tutejszą społeczność żydowską. Była w złym stanie technicznym i ponadto, z uwagi na wzrastającą liczbę wyznawców judaizmu, nie mieściła już wiernych. Na pewno stała jeszcze w 1848 r., gdyż w niej odprawiono nabożeństwo przed poświęceniem nowej synagogi. Dalsze losy tego budynku nie są znane. Być może została rozebrana, lub się spaliła w trakcie jakiegoś pożaru. Na mapce z 1810 r. pod numerem 22 został zaznaczony obiekt o nazwie Jüdische Schule. Ta nazwa funkcjonowała w języku niemieckim od średniowiecza i odnosiła się do synagogi. Nową synagogę wzniesiono na gruncie kupionym od Sobczika, tj. przy obecnej ul. Zamkowej. Stała tam do października 1939 r., kiedy to została spalona przez Niemców.

 

Karfunkel był gotowy do dzisiejszej podniosłej uroczystości, choć wiedział, że to nie będzie łatwy dla niego dzień. Od ponad ośmiu lat mieszkał w Rybniku, był tu rabinem i widział te zmiany, które zachodzą w myśleniu tutejszych współwyznawców. Nie był zwolennikiem reform, które zaczynali coraz częściej akceptować niektórzy niemieccy przewodnicy duchowi i mieszkający na Śląsku Żydzi. Już parę lat wcześniej, wraz z kilkoma innymi rabinami górnośląskimi, podpisał się pod protestem w sprawie mianowania rabinem we Wrocławiu wielkiego reformatora i liberała Abrahama Geigera. Karfunkel wiedział, że przedstawiciele miejscowych Żydów zaprosili na ten ważny dzień młodego rabina z Opola – Salomona Cohna i to go wyjątkowo stresowało. Słyszał, że ten o prawie 20 lat od niego młodszy człowiek jest wielkim propagatorem zmian w judaizmie, które nieuchronnie nadciągały, a do których on sam nadal nie był przekonany.

W starej synagodze miał wygłosić kazanie, a potem przejść wraz z orszakiem gości do nowego budynku, którego oddanie było przez różne zawirowania, czyli głównie epidemię i brak finansów, parę razy przekładane. Zaczął mówić spokojnym głosem. Patrzał na tych, których tu zawsze spotykał, na tych, którym udzielał ślubów i z przerażeniem zauważył, że jego słowa nie wywierają na nich wrażenia. Jego ostrzeżenia, by nie płynąć zgodnie z nowymi nurtami do nich nie docierały. Widział w ich oczach, że jego kazanie nie porywało. Do starej synagogi wchodziło świeże czerwcowe powietrze, które jego, konserwatywnego rabina, wręcz ogłuszało. Szło nowe, ale on tego nie chciał zaakceptować. Gdy wraz z dużym orszakiem gości i współwyznawców dotarł do Schloßstraße (Zamkowa) zdał sobie sprawę, że jego czas tu się kończy. 

Kazanie rabina Salomona Cohna w nowej, bogato ustrojonej synagodze porwało słuchających. Ponad godzinę mówił o znaczeniu wybudowania nowej świątyni jako przypomnienie tej zniszczonej – jerozolimskiej. Podkreślał jak ważne jest wymazywanie granic pomiędzy religiami, w pewnych momentach krytykował tych, którzy boją się zmian, co Karfunkel odebrał bardzo osobiście i udowadniał znaczenie żydowskiego Oświecenia. Wszyscy byli bardzo poruszeni, a chrześcijanie wręcz prosili o opublikowanie przedmowy.
5 czerwca 1848 r. pierwszy rybnicki rabin Lazarus Karfunkel, syn wybitnego rabina Arona Karfunkla, nie mógł święcić swego triumfu z okazji poświęcenia nowej synagogi. Czuł się upokorzony przez młokosa z Opola przed tutejszymi Żydami, przed duchowieństwem katolickim i ewangelickim, przed przedstawicielami magistratu, Rady Miasta oraz starostwa, przed miejscowymi elitami i innymi gośćmi zaproszonymi z okolicznych miast . Z żoną Ernestyną nigdy potem o tym nie rozmawiał, ale ona czuła, że ta porażka dla męża jest bardzo dotkliwa. Gdy wychodząca w Lipsku gazeta Allgemeine Zeitung des Judenthums opublikowała relację prywatnego korespondenta, który opisał co działo się w Rybniku w tym ważnym dla tutejszych Żydów dniu, Karfunkel postanowił, że muszą się wyprowadzić z tego miasta. Choć kto wie, może to społeczność żydowska uznała, że nie powinien dalej pełnić tu posługi.

Pierwszą informacją świadczącą o wizytach Karfunkla, wtedy jeszcze nie będącego rabinem, w Rybniku to jego uczestnictwo w ślubie Wolffa Eisnera z Jette w 1822 r. Posiadał stosowną wiedzę na temat wymogów halachicznych związanych z zawieraniem małżeństwa i dlatego mógł „nadzorować” śluby, przy których nie jest konieczna obecność rabina. W preliminarzach gminy wykazywano pensję, którą mu wypłacano.
Ostatnim zaś śladem po pobycie rabina w Rybniku jest dokument poświadczający narodziny jego najmłodszej córki Friederike. Było to w maju 1850 r. Krótko potem Karfunkel, wraz z żoną, wyprowadził się do Tarnowskich Gór, gdzie mieszkała inna z córek Dorel Orgler, której w 1844 r. udzielił w naszym mieście ślubu. Warto dodać, że państwo Karfunklowie należeli do wyjątkowo płodnych, gdyż łącznie w Rybniku i przedtem w Żorach, w których mieszkali przed przyjazdem do nas, urodziło się łącznie 17 dzieci. Muszę jeszcze wspomnieć, iż dwukrotnie jego zięciem był, urodzony w Rybniku w 1837 r., wybitny rabin niemiecki Moritz Rahmer. Rahmer najpierw został mężem jego córki Pauliny, a po jej śmierci ożenił się z jej owdowiałą siostrą Freidal-Friederike – ostatnią z rybnickich dzieci Lazarusa. 

Trzy lata po wyjeździe z Rybnika pierwszy nasz rabin zmarł, co skrupulatnie odnotowano w księdze zgonów tarnogórskich Żydów. Jego grób z przepiękną, bardzo tradycyjną macewą znajduje się na cmentarzu żydowskim w Tarnowskich Górach*. Żona Ernestine przeżyła męża o wiele lat i zmarła we Wrocławiu.

Ten konserwatywny i przeciwny nowym nurtom w judaizmie rabin był przez lata kompletnie zapomniany, choćby z tego względu, że rybnicki kronikarz Artur Trunkhardt jako pierwszego rabina wymienił w „Dziejach miasta Rybnika” dr. Daniela Fraenkla (ten rabinat objął w 1855 r.), co oczywiście było błędne. Oryginalne preliminarze oraz zestawienia przychodów i rozchodów rybnickiej gminy z czasów pobytu Karfunkla w naszym mieście znajdują się w YIVO Institute for Jewisch Research i można je przeglądać on-line. Jedną z częstych pozycji były kwoty wypłacane z budżetu gminy właśnie temu rabinowi. Bardziej liberalne podejście do zasad wiary, czemu tak mocno był przeciwny Karfunkel wnet zostały przyjęte przez wielu członków większości gmin górnośląskich, ale tego już Lazarus nie dożył.

* Grób oraz macewa Karfunkla znajdują się z tyłu cmentarza żydowskiego, po lewej stronie od głównej alejki. Identyfikacji na podstawie inskrypcji hebrajskich dokonał Sławomir Pastuszka.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Wszyscy jesteśmy ludźmi: i dobry żyd, i dobry chrześcijanin! została wyłączona
1 maja 2023

Amor omnia vincit…

Przyszedł na świat w styczniu ostatniego roku Wielkiej Wojny w domu bogatego kupca, prowadzącego skład żelaza przy ulicy Sobieskiego. Rodzice nie należeli do najmłodszych, siostra i brat byli już kilkunastolatkami, więc od swych narodzin był rozpieszczanym chłopcem. Dzieciństwo spędzał na zabawach na tyłach sklepu, w którym cały Rybnik i okolica kupowała materiały budowlane. W sklepie jego ojca nie dość, że można było nabyć wszystko co potrzebne było przy budowie domu, to jeszcze na bardzo korzystnych warunkach, a niejednokrotnie na nieoprocentowany kredyt. Lubił podglądać jak ekspedienci układają wszystko na półkach, podpatrywał jak tata sprawdza, czy wszędzie są wystawione ceny i zazdrościł starszemu bratu Ernstowi, że ten już może doradzać kupującym. Niejednokrotnie Ana, młoda śląska opiekunka musiała go przywoływać do porządku, gdy plątał się pod nogami klientów, podsłuchując rozmowy w sklepie. Tylko ona była dla niego surowa i wymagająca. Mówiła do niego w swoim języku, dzięki czemu chłopczyk szybko mówił i po niemiecku i po śląsku. Wołała na niego Janik, choć przy urodzeniu dano mu imię Hans. Bardzo go kochała i on tę miłość odwzajemniał, mimo tej szorstkości, z jaką go wychowywała.

Czasem ją pytał z ciekawością jak jest w środku w tym kościele, do którego często chodziła. Obiecywała mu, że go tam kiedyś zabierze. Pewnego dnia, idąc do szkoły przy ul. Cmentarnej zajrzał do środka, ale wolał się do tego nie przyznawać rodzicom, tym bardziej, że mama ostatnio często się kłóciła z jego siostrą Rosą i chodziła wyjątkowo zła. Rosa co chwilę wycierała łzy, a ojciec zamykał się w swoim kantorku na całe wieczory i w zasadzie był nieobecny. Hans próbował podpytywać Anę, ale ta mu tylko odburkiwała, że przez te miłości to jedynie same problemy. Z przypadkowo podsłuchanej rozmowy dorosłych wywnioskował, że Rosa się zakochała w jakimś nauczycielu muzyki. Nawet się z tego ucieszył, bo już sobie wyobrażał, jak będzie się mógł uczyć gry na pianinie. Nie bardzo więc rozumiał dlaczego wzięła ślub z tym mało sympatycznym kupcem, skoro kochała innego.

Ana się tylko raz przez przypadek wygadała, że nauczyciel muzyki nie był Żydem. Musiał opiekunce przysiąc, że jej nie wyda przed „państwem”. Bała się, że Frau Mannebergowa może ją zwolnić za takie plotkowanie przy dziecku. Sama, jako kobieta współczuła córce pracodawców. Niechciana ciąża, galan, który nie chciał się żenić, a potem jeszcze to poronienie. Słyszała co ludzie mówili o tej łostudzie u Mannebergów. Maxa, z którym Herr Manneberg krótko potem ożenił Rosę, Ana jakoś nie polubiła. Czuła, że mały Janik też za nim nie przepadał, ale z dziećmi się o takich sprawach nie rozmawiało.


Gdy chłopak skończył 13 lat odbyła się jego bar micwa. W obecności rabina dr. Zygmunta Kohlberga po raz pierwszy przeczytał w rybnickiej synagodze wybrany fragment Tory. Nie należał do zbyt śmiałych, więc bardzo się denerwował, tym bardziej, że ojcu zależało na tym, by jego młodszy syn dobrze wypadł.

Chodził już wtedy do gimnazjum i czuł się prawie dorosły. Coraz częściej tata stawiał go za ladą w sklepie, gdyż kupiec od zawsze uważał, że tylko ciężką pracą można do czegoś dojść. Hans w końcu dołączył do ekspedientów w sklepie i po zdaniu egzaminu przed komisją Związku Kupców Żelaza i Towarów Żelaznych Górnego Śląska w Katowicach zaczął pracować w składzie żelaza i materiałów budowalnych.

Tata Josef obiecał synowi, że gdy skończy 19 lat to będzie mógł zrobić prawo jazdy. Sam samochodu nie prowadził z uwagi na poważną wadę wzroku, ale auta w rodzinie były. Starszy syn Ernst, jak i zięć Max, od jakiegoś czasu dołączyli do rodzinnego geszeftu, gdyż w pobliskim Gleiwitz, w których dotychczas pracowali, nie było już przyjaznej atmosfery dla Żydów. W 1937 r. Hans Manneberg z dumą odebrał dowód uprawniający go do prowadzenia samochodów. Oficjalnie miał polskie obywatelstwo, jak rodzice, więc jego imię brzmiało Jan, ale nadal w rodzinie nazywano go Hansem, a Ana Janikiem. Gdy pokazał opiekunce dokument, to jak zwykle go skarciła. Nie za prawo jazdy, a za brak uśmiechu na fotografii. Tyn mōj Janik dycki taki smutny. Szykowny z niego karlus. Ciekawe kedy mu wpadnie w ôko jakŏś frela?

Młody Manneberg był raczej introwertykiem i miał niewielu bliskich przyjaciół, z którymi się spotykał. Dziewczyny wodziły za nim smętnym wzrokiem, ale żadna nie była tą właściwą. Śliczna Frieda, z którą wraz z kolegami pojechali do Szczyrku latem 1937 r., wydawała mu się zbyt hałaśliwa. Wszyscy się w niej kochali, a on nie. Nie w głowie mu były miłostki, bo w rodzinie znowu były problemy. Brat Ernst z żoną i siostra Rosa z Maxem zdecydowali, że wyjeżdżają z Polski do Palestyny. Został jedynym młodym mężczyzną z rodziny do pomocy w sklepie ojca. Starzejący się kupiec też powoli planował opuszczenie miejsca, w którym się urodził, gdzie miał kamienice i wyśmienicie prosperujący sklep, gdzie wszyscy go szanowali a na cmentarzu leżeli jego rodzice i krewni.

Latem 1938 r. Ana zauważyła, że jej Janik chodzi jakoś dziwnie wyelegantowany i uśmiechnięty. Chyba mŏ dziouchã – przemknęło jej przez myśl. Uradowała się, że może doczeka jego wesela i choć zdawała sobie sprawę z planów Herr Manneberga to cały czas się modliła, by jednak nie wyjechali. Odkąd ją zatrudnili traktowała ich jak rodzinę. Postanowiła wieczorem pójść do starego kościoła i dać na mszę. Nie powie farorzowi, że to w intencji, by jej żydowscy mocodawcy nie wyjeżdżali z Rybnika, ale pocygani, że w intencji dobrego ślubu. Ponbóczek będzie wiedzieć o co jej chodzi, a farorz nie musi. Gdy wychodziła z zakrystii ujrzała w oddali Janika z dziewczyną. Trzymali się za ręce. Jŏ jã znōm! Ale ôna je katoliczka! Od razu jej się przypomniała afera sprzed lat i niefortunny romans Rosy, z którego wynikły same nieszczęścia.

Tego lata Hans coraz częściej wymykał się z domu na całe wieczory. Jednego dnia poprosił ojca o auto by pojechać w Beskidy. Josef był tak zajęty czytaniem o tym co się dzieje w Rzeszy, że nawet nie zwrócił mu uwagi by jechał ostrożnie. Jedynie mama spytała z kim się wybiera do tego Ustronia, ale Hans coś mruknął pod nosem i zabrał kluczyki. Nie chciał się spóźnić. Helena czekała na niego w ustalonym miejscu i wyglądała uroczo w jasnej sukience z bufkami. W Ustroniu nie musieli się ukrywać ze swoją miłością – tu ich nikt nie znał. W Rybniku by zaraz zaczęli plotkować, że Żyd, syn Josefa Manneberga spotyka się z katoliczką. Kupił swojej Hels, bo taką ją nazywał, góralską ciupagę na pamiątkę. Spodobała jej się.

Gdy wieczorem wrócili do Rybnika, twarz Hansa znowu była smutna. Czuł, że ta miłość nie ma szans. I nie chodziło o to, że on jest Żydem. Wiedział co planuje ojciec. Wiedział też, że jak on coś ustali, to tak będzie. Zmuszą go do wyjazdu. Był w wieku poborowym, więc gdyby doszło do wojny zostałby natychmiast powołany do wojska, a stary Josef Manneberg dobrze pamiętał Wielką Wojnę, w której walczył pod stronie Kajzera. Ale teraz nie ma Kajzera, a za przeciwnika miał być Hitler.

We wrześniu 1938 r. w mieście doszło do podłożenia petard pod sklepy żydowskie, m.in. obrzucono nimi kamienicę przy Sobieskiego 15. Na szczęście petardy wybuchły na przewodach elektrycznych, więc uszkodzone zostały jedynie kable oraz szyby w oknach. To przypieczętowało decyzję o dołączeniu do tych, którzy mieszkali już w Palestynie. Gdy do Josefa i jego żony dotarły wieści, że ich najmłodszy, ukochany syn spotyka się z jakąś katolicką dziewczyną, ojciec wymógł na Hansie przysięgę, że jej nie wtajemniczy w plany rodziny. Zamiar sprzedaży wszystkiego i wyjazdu miał być utrzymany do końca w tajemnicy. Josef bardzo obawiał się, że ktoś mógłby zablokować opuszczenie Polski, a poza tym jako dobry handlowiec wiedział, że nie może pokazać jak bardzo mu zależy na sprzedaży interesu i wszystkich nieruchomości. Musiał uzyskać jak najwyższą cenę, by mieć na wizy, podróż i zagospodarowanie się na obcej ziemi.

 

Dla Hansa to był trudny okres. Coraz bardziej był przywiązany do Hels, której nie mógł powiedzieć skąd znowu smutek w jego ciemnych oczach. Jeszcze jesienią udało im się kilka razy wyjechać w góry.
W styczniu 1939 r. skończył 21 lat. Wszystko niby toczyło się po staremu, ale powoli zbliżał się dzień, który miał być ich dniem ostatnim. Jeszcze spotykali się z przyjaciółmi na piwie pod Müllerowym browarem, ale dla niego były to smutne spotkania. Wszyscy mówili albo o wyjeździe, albo o tym co działo się kilkanaście kilometrów od Rybnika – po niemieckiej stronie.

Gdy 28 kwietnia 1939 r. Hans otrzymał polski paszport, a zarazem zdał dowód osobisty, wszystko zaczęło przyspieszać. Komenda Rejonu Uzupełnień w Pszczynie wystawiła stosowny dokument o złożeniu dowodu. Ponoć oficjalnie Hans wyjeżdżał jedynie na rejs po Morzu Śródziemnym z planowanym odwiedzeniem siostry w Palestynie. Ta wersja była dla Komendy Uzupełnień. Następnego dnia zgłosił w Rybniku zamiar wymeldowania się z domu przy ul. Sobieskiego 15 z dniem 1 maja 1939 r., czyli w dzień urodzin swego ojca.

30 kwietnia 1939 r. to była niedziela. Hans musiał zobaczyć się z Hels. Na pewno jej w końcu powiedział, że wyjeżdża na stałe do Palestyny. Potwierdzają to słowa, które Hels napisała na trzech fotografiach, które zabrał ze sobą z Rybnika. Dwa z nich zrobione zostały 29 czerwca 1938 r. w Ustroniu, bo taki jest napis ołówkiem. Druga data to 30 kwietnia 1939 r. Wtedy chyba widzieli się ostatni raz. „Amor omnia vincit” – napisała dziewczyna na jednym zdjęciu. Na drugim: „Myśl o mnie”. Na trzeciej fotografii skreśliła: „Bądź silny, dzielny i cierpliwy, a dojdziesz do celu”. Może gdyby nie wybuch wojny, to miłość by wszystko zwyciężyła?

Następnego dnia, 1 maja Hans vel Janik był w drodze z Rybnika do Palestyny. Majowych bzów swojej Hels już nie wręczył. Rozpaczały po nim dwie kobiety, które go kochały. Jedną była Helena, drugą śląska opiekunka Ana. Trzecia kobieta – jego mama, która zapewne kochała go o wiele mocniej niż te dwie pierwsze, gorliwie się modliła, by dotarł bezpiecznie do tego obcego kraju. Niecałe dwa miesiące później zobaczyła go ponownie, gdy wraz z mężem dotarła do Tel Awiwu. Młodzieńcza miłość Hansa Manneberga nie przetrwała, gdyż przerwała ją miłość rodzicielska, a potem wojna. To „kupiec żelaza” był tym, który uratował wszystkich których kochał. Dzięki jego pieniądzom, roztropności, zdolności do przewidywania tego co może się stać, upartości, zorganizowaniu i znajomościom wszyscy członkowie rodziny zdołali wyjechać z Europy przed 1 września 1939 r.

Gdy Jehuda (Hans) Mannaberg, ukochany rybniczanki Hels, był już w podeszłym wieku i zachorował na Alzheimera, to często mówił po śląsku i wymieniał imię swej rybnickiej dziewczyny. Amor omnia vincit… miłość wszystkiego jednak nie zwyciężyła, ale chyba myślał o niej, tak jak poprosiła.

P.S. Nie jest mi znane nazwisko Heleny (Hels). Nie znam też personaliów opiekunki Any. Ana (Anna) służyła w domu Mannebergów aż do ich wyjazdu z Rybnika.

Zdjęcia oraz dokumenty dzięki uprzejmości wnuków Josefa Manneberga oraz ze strony:
https://www.manneberg-saga.com/en/

Historię Hansa Manneberga opublikowała w wersji papierowej Gazeta Rybnicka. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Amor omnia vincit… została wyłączona
18 kwietnia 2023

Ernestine

Pamięci rybniczanki Erny Lewin z domu Seidemann, zamordowanej wraz z mężem Adolfem w warszawskim getcie oraz pamięci innych Żydów niemieckich, deportowanych do Warszawy w czasie wojny.

Gdy się urodziła, to urzędnik stanu cywilnego w Rybniku na akcie dopisał numer 114. Było to 17 listopada 1880 roku. 

Gdy, mając 42 lata, wychodziła za mąż, inny urzędnik – berliński, na stosownym dokumencie starannym pismem wpisał numer 583. Było to w maju 1922 roku.

Gdy miała 58 lat, na tym samym papierze o numerze 583, kolejny urzędnik przybił pieczątkę, informującą, że jej i jej mężowi dodano imiona: Sara i Israel. Było to 23 marca 1939 roku.

Gdy miała 61 lat, kubański urzędnik portowy, na liście pasażerów o numerze 9, przy nazwisku jej młodszego brata zrobił mały haczyk, zaznaczając, że wsiadł na statek SS Mexico. Było to 3 maja 1941 roku.

Gdy miała niecałe 62 lata, raczej już nie urzędnik, choć nadal berliński „ktoś”, przy jej nazwisku na Transportliste dopisał numer 392. Jej mąż miał numer 391. Było to albo 2 albo 3 kwietnia 1942 roku.

Gdy nadal miała ten sam wiek urzędowy, Adam Czerniaków, przewodniczący warszawskiego Judenratu, zanotował we wpisie do dziennika: „O godz.8 przyjechało z Berlina 1025 deportowanych”. Było to 5 kwietnia 1942 roku.

Gdy może czekała na Umschlagplatzu i choć urzędowo była tylko kilka miesięcy starsza to czuła że była krok od śmierci, rybnicki urzędnik stanu cywilnego, na akcie urodzenia jej brata, czyli na dokumencie z 1885 roku o numerze 45, sprawnym ruchem przybił pieczątkę, informującą o jego śmierci w Oranienburgu. Dopisał też numer: 1909/42. Nie dopisał, że miejscem śmierci był KL Sachsenhausen. Było to w lipcu 1942 roku.

Gdy nie wiadomo dokładnie ile miała lat, w warszawskim getcie, choc może i w Treblince, przyszła śmierć. Żaden urzędnik urzędowo tego nie poświadczył, tym samym jej zgon nie został zanumerowany.

Gdy nie miała już żadnych lat i wieku, następny berliński urzędnik stanu cywilnego, na starym dokumencie nr 583 przybił jeszcze inną pieczątkę. Stwierdzała (ta pieczątka) że uchylono z mocą wsteczną II rozporządzenie o wykonaniu ustawy o zmianie imienia i nazwiska z dnia 17 sierpnia 1938 r. Było to 3 czerwca 1954 roku. Niemieckie państwo gumkowało swoje zbrodnie i zbrodnicze prawa.

Nie była numerem. Miała na imię Ernestine. Była córką rzeźnika Jakoba Seidemanna i Augusty z domu Wolff. Rodzice, po ślubie zawartym w Rybniku, doczekali się trójki dzieci. Miała dwóch młodszych braci oraz sporo kuzynek i kuzynów. Brat Max urodził się gdy miała 5 lat, a brat Julius 10 lat później. Może poświęciła się, by ich wychowywać i dlatego wyszła za mąż dopiero w dojrzałym wieku? Kto wie? Starszy z braci z dumą świadkował na jej berlińskim ślubie z pochodzącym ze Żnina kupcem Adolfem Lewinem. Adolf był 46-letnim wdowcem, więc zapewne Ernestine matkowała teraz jego dzieciom. Przez lata mieszkali w Berlinie przy Barnimstrasse 29 i ten adres został zapisany na Transportliste, czyli liście Żydów wywiezionych z Berlina do warszawskiego getta na początku kwietnia 1942 roku. Raczej, gdy zamordowano jej brata w Sachsenhausen, Erna już nie żyła. Zostały po niej tylko numery na różnych dokumentach. Gdzieś w dalekich Stanach jej brat Julius przy okazji jej urodzin zapalał świeczkę. 

Zapewne była jedną z opisanych w poniższym raporcie anonimowego informatora z warszawskiego getta. Może i dojechała do Warszawy z futrem, które kupił jej mąż… Na pewno nie była koniem trojańskim, a biedną, wystraszoną kobietą, której życie zaczęło się w Rybniku a skończyło w Warszawie. 

(…) Z raportu tygodniowego 7 kwietnia 1942 roku. Największe jednak wrażenie wywołała niespodziewana deportacja niemieckich Żydów do Warszawy. Społeczeństwo zastanawiało się powszechnie na temat miejsca pochodzenia nowo przybyłych. Mówiło się, że członkowie pierwszej grupy pochodzili z dystryktów Berlina i Hanoweru oraz obszarów graniczących z Nadrenią. Druga grupa składała się z Żydów berlińskich i drezdeńskich. Kiedy Żydzi ci byli prowadzeni przez ulice miasta, wszystko było zamknięte: deportowanych można było obserwować jedynie z daleka. Zauważono, że byli oni w różnym wieku. Po raz pierwszy warszawscy Żydzi zobaczyli żółtą opaskę, zwrócono również uwagę, że ubrania niemieckich Żydów były czyste i w dobrym stanie, szczególnie rzucały się w oczy ich futra. Jednocześnie rozeszła się pogłoska, że Żydzi z pierwszej grupy zostali zmuszeni do oddania swoich futer. Ponadto zanotowano, że pozwolono im zabrać 50 kg bagażu, mówi się również, że przywieźli oni kilka ciężarówek z żywnością. Nie byli transportowani pociągami towarowymi, ale w wagonach trzeciej klasy, które nie były opieczętowane, tylko zamknięte. Zwrócono również uwagę, że Judenrat potraktował niemieckich Żydów z ogromnym szacunkiem: przewodniczący Judenratu, szef żydowskiej policji, Szeryński oraz inni wyżsi urzędnicy Judenratu pojawili się, aby ich przywitać. Nowo przybyli Żydzi tryskają energią i są bardzo pracowici. Dlatego też rozeszły się pogłoski, że przewodniczący Judenratu otrzymał list od Komisarza Dzielnicy Żydowskiej, nakazujący mu przydzielić ważne posady w administracji dzielnicy żydowskiej niemieckim Żydom. Znajdowały się wśród nich osoby, które uczestniczyły w Pierwszej Wojnie Światowej, którzy otrzymali odznaczenia i pochwały – przede wszystkim byli oficerowie. Przybysze w dalszym ciągu odbywają kwarantannę na Gerichtstrasse 109 (ul. Leszno). Ci, którzy mają krewnych w getcie, mogą ich odwiedzać. Według pogłosek niektórzy z nich zamieszkują Bibliotekę Judaistyczną przy ulicy Tłomackie, która obecnie znajduje się poza granicami getta. Inne źródła mówią, że prowadzone są negocjacje z Judenratem dotyczące ewentualnego zakwaterowania niemieckich Żydów w tym kompleksie budynków, pod warunkiem, że będzie on potem znów włączony do dzielnicy żydowskiej.
Zważywszy na możliwość, że niemieccy Żydzi rzeczywiście zajmą główne stanowiska w Judenracie, uważamy te pogłoski za tendencyjne, mające na celu zwrócenie się przeciwko nim. Mówi się na przykład, że większość z nich jest ochrzczona i nie ma żadnych więzów z judaizmem; że zachowują się oni bardzo arogancko, stawiają wysokie żądania i mają duże ambicje; że ich stosunek do innych Żydów jest bardziej agresywny, niż oczekiwałoby się od prawdziwych Niemców; że żywią głęboką nienawiść do Ostjuden i że w swych działaniach kierują się tą nienawiścią.
Podczas gdy Żydzi z Lublina spotkali się z głębokim współczuciem, uczucia do niemieckich Żydów są ambiwalentne: z jednej strony ludzie im współczują, jednak z drugiej, zastanawiają się, czy ich przybycie nie jest wprowadzeniem w mury getta konia trojańskiego. Taki pogląd jest szczególnie popularny pośród kręgów zbliżonych do Judenratu. (…)*

* The Reports of a Jewish „Informer” in the Warsaw Ghetto – Selected Documents, zamieszczonego w „Yad Vashem Studies”1986, t. 17 (Jerusalem). Opracowanie Israel Gutman, tłumaczenie: Jerzy Giebułtowski.

 

Tylko tyle? Aż tyle. Każde życie jest warte wspomnienia. Erna z Rybnika też. 

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Ernestine została wyłączona
29 marca 2023

O rybnickiej synagodze na Pesach i Wielkanoc

Rankiem 21 marca 1930 r., rabin Zygmunt Kohlberg wyszedł ze swojego mieszkania. Była sobota. Od końca lutego zdążył już trochę poznać to miasto. Daleko mu było do Wiednia, w którym niedawno skończył studia rabinackie, ale nie narzekał. To dzięki protekcji starszego brata Teodora, też rabina, dostał tę posadę w Rybniku i wiedział, że musi się wykazać oraz udowodnić mieszkającym tu Żydom, że nadaje się zarówno na rabina, jak i nauczyciela ich dzieci. Mieszkanie, które przejął było skromne, zresztą tutejsza synagoga też nie należała do wyjątkowo spektakularnych budowli. No i była tylko jedna. W małym Kałuszu, z którego pochodził było ich kilka.

 

Wciągnął rześkie wiosenne powietrze i ruszył w stronę ulicy Zamkowej. Nie miał daleko do tego miejsca, w którym od prawie miesiąca odprawiał modły i czytał Torę. Poranne nabożeństwo szabatowe, które miał dzisiaj odprawić trochę go stresowało. Jeszcze nie poznał wszystkich członków tutejszej gminy, a wiedział, że to od nich zależy jak długo tu zostanie. Minął magistrat i wszedł do synagogi. Kantor Hahn już był w środku. Krótko porozmawiali o smutnej informacji, która dotarła także do Rybnika. 19 marca 1930 r. zmarł brytyjski polityk Arthur Balfour, który jeszcze w 1917 r., jako minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii ogłosił tzw. deklarację Balfoura w sprawie utworzenia w Palestynie żydowskiej siedziby narodowej. Kohlberg był syjonistą i bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z wagi i znaczenia tej deklaracji.

Na razie rabin rozejrzał się dookoła i podświadomie zanotował w myślach, że tłumów nie ma, choć o godzinach modłów regularnie informowała lokalna gazeta Katholische Volkszeitung. Jeszcze ich przyciągnie, pomyślał. Donośnym głosem rozpoczął modlitwę Szacharit.

Budowa nowej rybnickiej synagogi przy Schloßstraße została ukończona w 1848 r. Utrzymana była w stylu klasycystycznym, na planie prostokąta i oczywiście była orientowana. Fronton zdobiła Gwiazda Dawida. Z przodu był murowany podest, ze schodami po bokach i kutymi balustradami. We wnętrzu był wydzielony babiniec. Aron ha-kodesz ponoć był bogato dekorowany, a polichromia sklepienia, miała imitować granatowe niebo ze złotymi gwiazdkami. Niestety, nie przetrwały żadne zdjęcia pokazujące jej wnętrze. Do końca XIX wieku posługę w synagodze pełniło tylko dwóch rabinów – Lazarus Karfunkel oraz Daniel Fraenkel. Modliły się w niej całe pokolenia Pragerów, Haasów, Priesterów, Guttmannów, Schindlerów, Brauerów, Böhmów, Aronadów, Mannebergów, Königsbergerów, Rahmerów, Picków, Schäfferów, Müllerów i wielu innych. Tu zawierały śluby rybniczanki, których mężowie pochodzili z innych części Prus, a później Niemiec. Tu mieli bar micwy młodzi chłopcy wkraczający w dorosły świat. Za synagogą dymiły kominy browaru Müllera, przed nią przejeżdżały dorożki zmierzające na rynek, handlarze i handlarki przechodzili obok w drodze na cotygodniowe targi.

W 1930 r. żydowska Pascha, czyli trwające 7 dni święto Pesach, oraz chrześcijańska Wielkanoc prawie się zbiegały w czasie. Pesach zaczynało się 12. i trwało do 20 kwietnia, czyli do Wielkiej Niedzieli. Wszyscy rybniczanie szykowali się do tych ważnych dni. Prowadząca Dom Czekolady na rogu Rynku i ul. Rynkowej, Żydówka Maria Konigsfeld, jak co roku o tej porze, od paru tygodni reklamowała swoje czekoladowe baranki i jajka wielkanocne „z marcypanu i cukru”. Jej główną klientelę stanowili katolicy, więc to był dla niej pracowity okres.

Macę, spożywaną w czasie święta przez żydów, oferował piekarz Guttmann. Rabin Kohlberg zastanawiał się, czy w tym mieście też ludzie wierzą w te kompletne bzdury, że maca zawiera krew chrześcijańskich noworodków. Musi o to spytać przy okazji spotkania zarządu gminy. W swoim skromnym mieszkaniu, w niewielkiej kamienicy na tyłach rybnickiego magistratu, układał sobie przemówienie na ostatni dzień Pesach. Z kolei urzędnicy Starostwa, jeszcze przed Wielkanocą, naprędce powiadamiali Wydział Administracyjny Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego, że rabin już mieszka w Rybniku, ale na temat jego „kwalifikacji moralnych” niewiele wiadomo, gdyż przebywa w mieście zbyt krótko.

Po kilku dniach, Zygmunt Kohlberg z satysfakcją przeczytał o swoim wystąpieniu w niemieckojęzycznej prasie żydowskiej wychodzącej w Bielsku. W krótkiej notatce dziennikarz dodawał, że należy mieć nadzieję na lepsze życie religijne, kulturalne oraz narodowe pod kierunkiem nowego rabina w rybnickiej gminie. Dr Kohlberg lekko się do siebie uśmiechnął. Widać, że ktoś stąd musiał do prasy napisać o tym jak minęło Pesach w Rybniku pod kierunkiem nowego rabina. O wymianie korespondencji pomiędzy urzędnikami z miasta a ich władzą zwierzchnią w Katowicach nie wiedział. 

Powoli się aklimatyzował w mieście. Co prawda doszły do niego plotki, że ceniony przez wszystkich kantor Hahn zamierza wyjechać, ale może to i dobrze. Gmina zatrudni nowego i nie będzie się musiał on – rabin, dostosowywać się do nawyków kantora, który tu czuł się trochę panem na włościach. Musi też pomyśleć co z nabożeństwami zimą. Ponoć przy dużych mrozach w synagodze jest bardzo zimno i miejscowi Żydzi niezbyt chętnie do niej chodzą. Już zdążył zauważyć, że osiadli tu od pokoleń niemieccy Żydzi czują się o wiele ważniejsi od tych, którzy przyjechali do miasta po 1922 roku. Kilka razy dano mu do zrozumienia, że wszyscy nadal pamiętają i wyjątkowo ciepło wspominają rabina Braunschweigera, który gdy wyjechał z Rybnika pracował w Opolu. Nie lubił takich porównań. Zresztą tak samo lekko denerwowały go różne artykuliki w prasie, gdzie zawsze przypominano, iż jest młodszym bratem chorzowskiego rabina. Kochał swego starszego brata i bardzo go cenił, ale wolałby nie być w jego cieniu.

Od 1879 do 1912 r. gmina żydowska w Rybniku nie miała własnego rabina. W latach 1912-1918 rabinat oraz posadę nauczyciela religii pełnił dr David Braunschweiger, który tu ożenił się z rybniczanką Luise Altmann. Po nim nabożeństwa w synagodze odprawiał dr Artur Rosenthal, a następnie dr David Nellhaus. Obydwaj przebywali w mieście stosunkowo krótko. Ten drugi opuścił miasto w październiku 1921 roku. Trunkhardt w swoich „Dziejach Miasta Rybnika” jako następnego rabina wymienia Salo Levina, który na pewno przebywał w Rybniku w momencie pisania kroniki. W rzeczywistości był on jedynie kaznodzieją (Prediger), co wynika z Kwestionariusza gminy wyznaniowej Rybnik, dotyczącego prawdopodobnie roku 1923. W dokumencie czytamy, iż w rybnickiej gminie pełnił również funkcję kantora, nauczyciela oraz rzezaka. Od 1924 roku do momentu zatrudniania dr Zygmunta Kohlberga (początek 1930 r.) w Rybniku nie było rabina, a jedynie kantor.

Jesienią 1930 roku wyjechał kantor Hahn. Wielu bardzo żałowało, że jego przepiękny głos już nigdy nie zabrzmi w synagodze. Ciągle wspominano nabożeństwo, które odprawił 11 listopada 1929 r. z okazji odzyskania niepodległości przez Polskę.
Kolejnym kantorem, a zrazem sąsiadem rabina w kamieniczce przy ul. Grażyńskiego został Jakub Kalmus. Wraz z Kohlbergiem doprowadził m.in. do tego, że w Rybniku otwarto sklep z koszerną żywnością oraz żydowską bibliotekę. W 1932 r. rabin czuł się w mieście już bardzo zadomowiony. Nie dość, że przyjechał tu jego trzeci brat – Leopold z rodziną, to wreszcie mógł przed kimś się wygadać wieczorami. W końcu mógł z kimś przedyskutować to co zamierzał powiedzieć współwyznawcom w synagodze, czy dzieciom na lekcjach religii. Tym kimś była żona Irena. Była wyśmienitym doradcą, gdyż skończyła studia filozoficzne i zawsze potrafiła znaleźć właściwe rozwiązanie, gdy natrafiał na problem, z pozoru, nie do rozwikłania. Jak choćby ten z zamknięciem pierwszego cmentarza żydowskiego. Irena mu podpowiadała jak ma rozmawiać z członkami wspólnoty, by ich przekonać do pomysłów ambitnego rabina.

Siadała na babińcu w synagodze i z zachwytem słuchała charyzmatycznego głosu męża. Gdy zbliżało się święto Pesach w 1933 r. była w zaawansowanej ciąży i radowała się ze zbliżających się narodzin ich pierwszego dziecka. Niestety, w maju urodziła chłopca, który po jednym dniu zmarł. Nie pomogła szybka pomoc brata lekarza. Leopold był przy porodzie w Rybniku i widząc stan zdrowia chłopczyka przewiózł go do szpitala dziecięcego w Katowicach. Mały Salomon zmarł w piątek po południu. Rabin Zygmunt Kohlberg nie był w stanie odprawić nabożeństwa szabatowego w synagodze w tym dniu. Dwa lata później państwo Kohlbergowie doczekali przyjścia na świat córeczki, którą nazwali Rózia Noemi. Prawdopodobnie do lata 1939 r. mieszkali w Rybniku.

Gdy w październiku 1939 r, płonęła rybnicka synagoga niektórzy rybniczanie się cieszyli, niektórzy przechodzili obojętnie, ale byli i tacy, którzy ze wstydem spuszczali wzrok i ze strachem myśleli, co się teraz stanie z żydowskimi sąsiadami. Być może stała tam nieznana osoba, która albo jeszcze przed zniszczeniem synagogi, albo w trakcie jej dewastacji zabrała i ukryła kilka niezwykle cennych przedmiotów z tego miejsca. Czy był to jakiś członek społeczności żydowskiej, czy chrześcijanin dziś nie ustalimy. Z całego wyposażenia tego miejsca spotkań miejscowych Żydów, miejsca studiowania Tory i Talmudu, czy też bożnicy jak nazwali ją Polacy, zachowały się srebrne świeczniki, których fundatorką była Louise Haase, srebrny jad (wskazówka do Tory) oraz tarcza na Torę z napisem donacyjnym w języku niemieckim: „Dar Gustawa i Jenny Henschel”. Świeczniki znajdują się obecnie na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach, a pozostałe dwa przedmioty w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie.

Gdy w okolicach Wielkanocy 1940 r., Niemcy w miejscu po synagodze planowali paradny skwer z fontanną, ostatni rybnicki rabin dr Zygmunt Kohlberg był w jakimś nieustalonym mieście lub wsi na terenie okupowanej Polski. Zygmunt, jego żona Irena oraz ich córeczka zostali zamordowani. Obecnie, na skwerze u zbiegu ulicy Zamkowej i Chrobrego stoi obelisk informujący, że do jesieni 1939 r. stała tam rybnicka synagoga. Burmistrz Weber go pilnuje…

 

Tekst w wersji papierowej ukazał się w kwietniowym wydaniu Gazety Rybnickiej. 

Gdyby ktoś chciał wspomóc moją pracę to zawsze może to zrobić stawiając mi wirtualną kawę 🙂 ➡ Kawa dla Małgosi

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania O rybnickiej synagodze na Pesach i Wielkanoc została wyłączona
1 marca 2023

Kamienica Noaha Leschczinera

Poniższy tekst (w nieco skróconej wersji) ukazał się w marcowym wydaniu Gazety Rybnickiej ➡ Gazeta Rybnicka marzec 2023

Noah miał około 40 lat, gdy zadecydował, że w miejscu małego parterowego domku przy Breitestrasse wybuduje porządną kamienicę. Widział takie w innych miastach Górnego Śląska, do których jeździł w interesach. Żona Anna w ogóle nie wtrącała się do jego pomysłów, ale w duchu go pochwalała. W końcu mieli czwórkę dzieci i należało już myśleć o ich przyszłości. Olga od dawna była w takim wieku, że należało ją wydać za mąż, a chłopcy mieli po kilkanaście lat i powoli zaczynali pomagać ojcu w interesach. Co prawda Heinrich od dziecka marzył by zostać lekarzem i raczej smykałki do handlu nie miał, ale był jeszcze najstarszy Alfred i fruwający w chmurach młody Max, więc choćby dla nich należało pomyśleć o poważnej inwestycji w ekskluzywny dom towarowy. Taki, do którego będą przyjeżdżać z całej okolicy.

Patrząc na swoje potomstwo Anna czuła, że to właśnie jedyna córka będzie tą, która kiedyś zasiądzie w kantorku i będzie rozliczać dostawców. Na razie nie ujawniała mężowi swoich przeczuć i przy rozmowach o budowie potakiwała, gdy w swoich wizjach widział synów za ladą Kaufhausu, który zamierzał zbudować.
Gdy zaczęły się piąć mury rybniczanie z podziwem, niektórzy z lekką zazdrością, a większość z ciekawością przyglądali się temu co powstawało naprzeciw potężnego Świerklańca. Noah wszystkiego doglądał i choć targował się z murarzami, to kompletnie nie oszczędzał na materiałach budowlanych, a już wręcz szastał pieniędzmi, gdy przyszło decydować o wyposażeniu sklepu oraz mieszkań, do których wnet miała się przeprowadzić cała rodzina. W 1903 roku hucznie obchodzono 20. urodziny Alfreda oraz otwarcie ogromnego Kaufhausu Noaha Leschczinera. Na szczycie kamienicy, wtedy na pewno najpiękniejszej w Rybniku, zamontowano chorągiewkę z datą, która już zawsze miała przypominać o tym ważnym wydarzeniu.

Isidor Priester, który krótko przed swoją śmiercią przyjechał do Rybnika z Gogolina, by negocjować warunki ślubu jego syna Salo z Leschczinerową córką Olgą, patrzał z zachwytem na bogate meble, przepiękne miśnieńskie piece z orientalnymi motywami i wszystkie nowinki techniczne, którymi się chwalił Noah. Priester co prawda został uprzedzony, że przyszła synowa nie wniesie w posagu tego sklepu, który zajmował aż dwie kondygnacje, ale i tak wyjechał z Rybnika zadowolony, że jego Salo dostanie za żonę naprawdę majętną pannę.

Gdy najstarsza z Leschczinerowych dzieci – zaradna i obrotna Olga została panią Priesterową, a stało się to w październiku 1904 r., rybniczanki swoje stroje kupowały już tylko w Kaufhausie jej taty. Często zmieniana wystawa kusiła bogactwem wystawianych w ogromnych witrynach strojów, gustowne lampy oświetlały towary nawet wieczorami, a dość często publikowane ogłoszenia w „Der oberschlesische Kurier” informowały o kolejnych dostawach czy obniżkach starych kolekcji.

Noah Leschcziner wiedział, że reklama jest ważna. Jego nazwisko na wielkich szyldach było widoczne z obu stron Breitestrasse. Niemało zapłacił by na pocztówkach z Rybnika widać było jego kamienicę. Widział, że ta inwestycja się opłaci. Nie wiedział, że po około 120 latach nadal ktoś będzie patrzeć z zachwytem na ten luksusowy dom towarowy z początków XX wieku.
Gdy handlujący cygarami Karl Koristka, w 1905 r. otwierał obok swój skład, to aż zacierał ręce licząc na klientelę, która wychodziła z Kaufhausu żydowskiego kupca. Na lichutkiej kamieniczce, którą wręcz przytłaczał budynek Leschczinera polecił zainstalować wielką reklamę „Cigarren-Haus Karl Koristka” a sam, osobiście udał się do sąsiada z wielkim pudlem wyśmienitych cygar, bo zależało mu znajomości z szanowanym kupcem.

Artur Grünberg też wiedział, że sąsiedztwo takiego „domu kupieckiego” jeśli nie kupujących to na pewno przysporzy oglądających jego wystawę. Jego sklepik przykucnął z drugiej strony Leschczinera. Artur był od niedawna w mieście, bo tu się ożenił, ale poznał Noaha, gdyż był on świadkiem na ślubie Grünberga z rybniczanką Elise Münzer.

Noah wieczorami siadał w skórzanym fotelu, palił cygara Koristki i rozmyślał o przeszłości, ale i przyszłości. Cieszył się, że Samuel – jego ojciec, zdążył jeszcze przed śmiercią trochę pomieszkać w tym paradnym miejscu miasta i doczekał narodzin prawnuczki Thei. Gdy szanowany kupiec i radny miejski pewnego dnia wrócił z synagogi oświadczył swojej Annie, że zamierza znowu poważnie zainwestować. W końcu tej kamienicy nie podzielą w żaden sposób między trzech synów. A że Abraham Prager mu napomknął, że jego syn Emil zamierza sprzedać obie kamienice przy Rynku, to Noahowi od razu zaświtała myśl, by złożyć ofertę kupna. Lepiej to trzymać w tajemnicy i dlatego zakazał żonie wspominania komukolwiek o tym pomyśle. Kolejny dom towarowy Leschczinerów będzie w samym centrum miasta – na Ringu. I tam już będzie gospodarzyć syn Alfred. Gdy „Oberschlesische Volksstimme” napisał, że od września 1911 r. ledwo co rozbudowany drugi rybnicki dom towarowy zmienia właściciela w mieście plotkowali wszyscy. Leschczinerowie zmonopolizowali handel damską i męską odzieżą i nikt się nie mógł z nimi równać.

Noah nadal siadał w swoim fotelu, palił cygaro i patrzał przez okno na podjeżdżające pod Świerklaniec dorożki, no i coraz częściej automobile. Alfred był zabezpieczony i sprawnie zarządzał swoim geszeftem, Heinrich zamierzał studiować medycynę w Berlinie, co bardzo cieszyło oboje rodziców, Olga z mężem też już budowali nowy dom i dobrze im się układało i tylko z najmłodszym Maxem co chwilę były jakieś problemy. W połowie stycznia 1914 r. zmarł zasłużony dla miasta Abraham Prager. Na jego pogrzeb przyszły tłumy. Noah na posiedzeniu reprezentantów gminy żydowskiej wygłosił piękną mowę pożegnalną. Gdy ją kończył słowami jak to źle się zaczął ten rok, nie sądził, że już za następnych kilka miesięcy zawali się prawie cały świat.

Gdy w czerwcu 1915 r. przyszedł telegram informujący o śmierci Alfreda na froncie w Belgii, musiał posłać po lekarza do żony. Zresztą synowej, też nie potrafił uspokoić. Ledwo co została mamą i zaraz wdową. Sam się pozornie trzymał, bo ktoś musiał doglądać dwóch interesów i jedynie gdy siadał w kantorku nad rachunkami to ukradkiem ocierał łzy. Tyle nadziei pokładał w Alfredzie. To on miał wszystko przejąć jako pierworodny syn. Na szczęście w ciągu kolejnych lat wojny żaden smutny telegram już nie dotarł do kamienicy przy Breitestrasse.
Za to w 1919 r. świeżo upieczony doktor medycyny Heinrich Leschcziner oświadczył rodzicom, że zakosztował życia w Berlinie i tylko w stolicy może zrobić karierę, więc na Górny Śląsk nie wróci. Poza tym poznał niezwykłą kobietę i zamierza się żenić. Kolejne plany Noaha legły w gruzach. Liczył, że syn otworzy swą praktykę w Rybniku. Na ślub do Berlina rodzina wysłała Maxa. Stary kupiec coraz częściej zastanawiał się co będzie z dwoma Kaufhausami, gdy jemu siły odmówią posłuszeństwa. Nie za bardzo wierzył w najmłodszego syna, którego zainteresowania były dalekie od handlowych. Do tych rodzinnych zmartwień dochodziły myśli o mieście, w którym nie było za bezpiecznie. Niby sprowadzono jakieś obce wojska, które miały pilnować porządku, ale nic nie funkcjonowało jak przed 1914 r., interesy szły jak po grudzie, a jego ulicę prawie wszyscy nazywali po polsku Szeroką. Na dodatek jednego dnia jego ukochany owczarek uciekł. Na szczęście sowita nagroda, którą obiecał w gazecie pomogła i pewien Ślązak po kilku dniach psa przyprowadził.

Był 1920 rok, gdy przybył mu nowy konkurent w interesach. Ludzie mówili, że pochodzi z Wielkopolski i że ma krewnego w Amcie. Agresywnie się reklamował w polskojęzycznej prasie podkreślając swoje chrześcijańskie pochodzenie. „Swój do swego” to było jego główne hasło reklamowe. Jak zwykle siedząc z cygarem w fotelu, Noah przeanalizował wszystkie „za” i „przeciw” i chyba po raz pierwszy spytał o zdanie Annę. Ta od razu przytaknęła. Tak, musimy coś sprzedać. I choć wygodnie jej było w ogromnym mieszkaniu nad sklepem, to zgodziła się, z tym, że może przeniosą się do Olgi na Neuer Ring, a Maxowi Noah będzie pomagać w interesach przy Rynku.
Leschcziner wiedział, że sam z propozycją sprzedaży nie może iść do tego nowego, rzutkiego kupca. Musi poczekać, aż on do niego się zgłosi. Może najpierw mu wydzierżawi sklep, a potem sprzeda, oczywiście gdy dojdą do porozumienia. Rozpuścił wici, że prawdopodobnie wyjedzie z Rybnika po podziale Górnego Śląska, na co się coraz bardziej zanosiło i czekał. Jednego dnia do sklepu wszedł Czesław Beyga wraz ze swoim wspólnikiem Władysławem Wajskim. Noah zaprosił ich do swego biura i zaproponował dobrą kawę od Aronadego oraz cygara od Koristki. Beyga pogłaskał rudobrązowego owczarka, który usiadł spokojnie obok gościa, kładąc głowę na jego kolanach. Leschcziner pomyślał, że skoro jego ukochany pies zaakceptował tego Polaka, to może jest on dobrym człowiekiem. Poza tym Noah, jako stary kupiec szanował tych, którzy są dobrzy i uczciwi w tym fachu. A takim się mu Czesław Beyga wydawał. Od razu też wyczuł, że Wajski jest temu Polakowi potrzebny tylko do tego interesu i prędzej czy później Beyga będzie prowadzić ten dom towarowy sam.
Doszli do wstępnego porozumienia. Wieczorem Anna odetchnęła z ulgą, że mąż wreszcie będzie mógł choć trochę odpocząć. Co prawda żal jej było tego miejsca, z którego mogła obserwować hotelowych gości w Świerklańcu, spacerujących rybniczan, czy idących na mszę katolików. Gdy pakowała ze służącą swe ostatnie kryształy i srebrne puchary spojrzała jeszcze na wielki piec kaflowy z orientalnym pejzażem. Eh, czemu się wtedy Noah uparł na tę Japonię? Może przez ten piec Maxa tak opętało na punkcie tego kraju?

Wkrótce gazeta „Głos Górnego Śląska” poinformowała, że dnia 1 września 1922 r. nastąpi otwarcie „Pierwszej Górnośląskiej Hurtowni Manufaktury Beyga i Wajski” w Rybniku przy ulicy Szerokiej, którą wnet przemianowano na Sobieskiego.

Anna powoli przyzwyczaiła się do tego, że z okien kamienicy, w której zamieszkali u córki i zięcia, nie mogła obserwować gości udających się na bale w Świerklańcu. Mieszkanie urządziła tak jakby była na starym miejscu. Wkrótce mieli znowu zasiąść przy wielkim stole, gdyż zbliżały się urodziny męża. Pucując karafki na alkohol wyjrzała przez okno, jakby kogoś wypatrując. Wnet minie 10 lat od śmierci Alfreda… pomyślała. Nadal nie mogła się pogodzić z tym faktem, że jej pierworodny do Rybnika już nie zawita. Nie przypuszczała, że wnet do miasta dotrze kolejna straszna wiadomość. Tym razem z Berlina. W lutym 1925 r., po krótkiej chorobie, umrze dr Heinrich Leschcziner – jej kolejny syn.

(na zdjęciu w środku siedzą Anna i Noah Leschczinerowie. Nad nimi stoi ich syn Max, a obok Noaha siedzi córka Olga).

Noah Leschcziner do wybuchu wojny pomagał w interesach swemu synowi Maxowi, także zięciowi, a potem córce Oldze i wnukowi Erichowi w kamienicach na Rynku, przy ul. Sobieskiego 2 oraz na Placu Wolności. Jak potoczyły się ich dalsze losy przeczytacie w mojej książce pt. „Piękni i młodzi. Opowieści o rybnickich Żydach”. Nadal do kupienia w rybnickiej księgarni „Orbita” 🙂

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Kamienica Noaha Leschczinera została wyłączona