25 sierpnia 2022

Ksiądz Teodor Kremski a kaplica św. Juliusza

W miarę niedawno, prawie wszystkie nasze lokalne media informowały, że wreszcie, po wielu latach zapomnienia i zamknięcia, zostanie udostępniona rybniczanom dawna kaplica przyszpitalna p.w. św. Juliusza. Stanie się to za sprawą Fundacji na rzecz Ochrony Dóbr Kultury, która przez najbliższe 25 lat ma zarządzać tym zdesakralizowanym obiektem. Jakie to będzie zarządzanie pokaże czas. Na razie należy się cieszyć i mieć nadzieję, że ta zmiana będzie dla kaplicy bardziej niż korzystna.

Rzadko na Szufladzie podejmuję tematy, które nie są związane z żydowskimi mieszkańcami Rybnika, teraz jednak uznałam, że Teodor Kremski – kompletnie nieznany wśród rybniczan i całkowicie zapomniany ksiądz, który służył miastu i pacjentom szpitala Juliusz przez prawie 34 lata, musi zostać przypomniany. Poza tym przez całe swoje życie dążył do współpracy i porozumienia z wyznawcami innych religii, więc tym bardziej jest mi bliski.

Powinien zostać uhonorowany w kaplicy, bo choć nie zostawił po sobie żadnego nowego kościoła, to swoją służbą i pracą u podstaw zasłużył sobie na to jak mało który lokalny duchowny. Dokładnie w tym roku mija 150 lat, gdy ksiądz Teodor Kremski pojawił się w Rybniku, by objąć funkcję kapelana szpitalnego dla nowo wybudowanej lecznicy. Powstała ona z inicjatywy dr. Juliusa Rogera – niemieckiego lekarza o dziesiątkach zainteresowań (o nim pisać nie muszę, bo każdy rybniczanin, i nie tylko, o nim słyszał).

 

Gdy ksiądz Kremski osiadł w Rybniku nie był już młodzieniaszkiem. Miał 43 lata i za sobą wiele miejsc, gdzie służył oraz wiele inicjatyw, które do dziś służą. Miał ogromne doświadczenie, wiedzę, ale i niezwykłą skromność, niewątpliwie także pokorę wobec życia.
Teodor urodził się w Tarnowskich Górach, w dość bogatej i ponoć wpływowej rodzinie. Jego ojciec miał sklep z płótnem, był królem tarnogórskiego Bractwa Strzeleckiego i przez ponad 30 lat był właścicielem kamienicy, która w Tarnowskich Górach określana jest jako „kamienica Petrascha”. Zdolny Teodor ukończył sześcioklasowe Królewskie Gimnazjum Katolickie w Nysie z wynikiem celującym i rozpoczął studia prawnicze na wrocławskim Schlesische Friedrich-Wilhelms Universität. Rodzinę stać było na opłacanie dalszego kształcenia młodzieńca na uniwersytecie w Bonn. Ostatecznie, stosowne tytuły uzyskał na Uniwersytecie Wilhelma Humboldta w Berlinie. Został specjalistą od prawa świeckiego i kościelnego i po powrocie na Górny Śląsk objął posadę referendarza w swoim rodzinnym mieście. Władze miasta szykowały go na stanowisko prezesa sądu. Młody prawnik jednak od jakiegoś czasu myślał o czymś kompletnie innym. W 1853 r. ponownie wyjechał do Wrocławia, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Uzyskał tytuł doktora obojga praw i w 28. roku życia przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany na parafię do Bujakowa pod Mikołowem, a następnie do Opola.
Już wtedy był wrażliwy na biedę i starał się walczyć z nędzą ludu górnośląskiego. A że miał zaplecze finansowe, jakim była jego rodzina, robił to dość skutecznie. Musiał być wyjątkowo kumatym i sprawnym kapelanem, gdyż to jemu w 1860 r. powierzono urząd kuratusa w Katowicach, które jeszcze wtedy były wielonarodowościową i wielowyznaniową wsią bez praw miejskich. Kuratus był samodzielnym duchownym na prawach proboszcza. Młody i przedsiębiorczy ksiądz od razu zabrał się do pracy. Marzył o nowym, pięknym kościele parafialnym w tym szybko rozwijającym się ośrodku przemysłowym. Biskup wrocławski wyraził zgodę i rozpoczęło się wznoszenie monumentalnej świątyni. Na architekta wyznaczono Alexia Langera. Budowa trwała od 1862 r. do 1870 r.

Niezwykle pracowity Kremski oprócz doglądania budowy cały czas uczył religii w szkole, sprawnie godził interesy w zakresie kształcenia i wychowania dzieci mieszkańców Katowic, czyli Niemców, Polaków i Żydów. Z wielkim taktem i zrozumieniem podchodził do wyznawców trzech religii: katolickiej, ewangelickiej i mojżeszowej. Założył Katolicki Komitet Szkolny, a w 1864 r. doprowadził do powstania prywatnej średniej szkoły żeńskiej w Katowicach, co wydaje mi się niezwykle ważne w jego karierze. Pochylił się nad dalszym kształceniem dziewcząt, co nie było aż tak powszechne w tamtym czasie.
Katowicki kościół, dziś znany jako Mariacki, był już prawie na ukończeniu, gdy nagle przyszedł nieoczekiwany cios, który spowodował, że ksiądz Kremski musiał opuścić Katowice, które już wtedy awansowały do rangi miasta. 2 kwietnia 1866 r., w czasie wygłaszania kazania w drugi dzień Świąt Wielkanocnych nagle stracił głos. Prawdopodobnie przyczyną było przechodzone przeziębienie i zapalenie krtani. Odtąd mógł mówić tylko szeptem. Tu muszę dodać, że kazania zwykle głosił i po niemiecku i po polsku. Żadne kuracje nie pomagały. Uznał, że musi szukać pomocy w dalekich krajach, więc powierzył parafię wikaremu, wziął urlop zdrowotny i ruszył w podróże, by odzyskać głos. Nie pomogli lekarze z Wiedeńskiej Szkoły Medycznej. Nic nie dało leczenie za pomocą orzecha włoskiego i imbiru lekarskiego. Lekarze we Włoszech i Hiszpanii też byli bezradni. Zalecono mu zapuścić długą brodę, by chroniła krtań. Nosił ją potem do końca życia, wyglądając bardziej jak rabin niż jak ksiądz.

W krajach Orientu (odwiedził Algier, Egipt, Palestynę) też nie znaleziono recepty na jego problemy. Pogodzony z losem wrócił na śląską ziemię, ale niestety… musiał pożegnać się z kościołem, który powstawał m.in. z jego własnych pieniędzy. Proboszcz nie mógł być bez głosu. Początkowo znalazł schronienie w małej parafii Trójcy Świętej w Leśnicy koło Góry Świętej Anny. O jego problemach dowiedział się franciszkanin – dawny kolega z wrocławskiego seminarium. Wysznupał mu posadę w ubożuchnym, ledwo co powstałym klasztorze sióstr Służebniczek NMP Niepokalanie Poczętej w Porębie koło Góry Świętej Anny. 16 sierpnia 1868 r. został ojcem duchowym oraz kapelanem w tym małym klasztorze. Rodzinne pieniądze Kremskich, odziedziczone po rodzicach, służyły teraz w upiększaniu tego domu bożego i jego otoczenia.

W trakcie pobytu pod Anabergiem, jak to napisał ks. Henryk Olszar w artykule o Teodorze Kremskim „niósł on pomoc finansową istniejącym tam organizacjom kościelnym, kapłanom, zakonnikom i zakonnicom prowadzącym tamtejsze parafie, szpitale, domy opieki i szkoły oraz seminarium i domy misyjne. (…) Własnym kosztem kazał blisko domu zakonnego w Porębie założyć studnię, aby odciążyć siostry w dotychczasowym trudnym przynoszeniu wody. Zakładał inspekta ogrodowe, ponieważ chciał, aby „nowicjuszki uczyły się robienia kwiatów”. Postulował, aby w środowisku mieszanym narodowo przyjmować do życia zakonnego tylko te kandydatki „co umieją mówić po niemiecku i po polsku”. Żegnał wreszcie siostry-sanitariuszki, „oddane do rannych” w czasie wojny prusko-francuskiej lat 1870-1871. Cały czas interesował się Ziemią Świętą, opisując ją po polsku m.in w czasopiśmie Związku Katolickiego. Zgadzam się z jego opisem Jaffy 🙂 

Utrzymywał kontakty z wieloma osobami duchownymi z różnych krajów, no i oczywiście z rodziną w Tarnowskich Górach. I bardzo dobrze! Gdyż to właśnie wizyta na rodzinnej uroczystości spowodowała, że odzyskał głos. A miało to miejsce w kwietniu 1872 r. Teodor wzniósł toast wódką, powiedzmy za szwagra, wypił i… przemówił! Nie pomógł ani orzech włoski, ani modlitwy w Ziemi Świętej, a kielonek zwykłej gorzołki właściwie przepłukał gardło.
Kto wie, może odzyskanie głosu spowodowało, że skierowano go do Rybnika by objął stanowisko kapelana szpitala Juliusz (Julius-Krankenhaus). Obecnej – odrębnej kaplicy jeszcze wówczas, w 1872 r., nie było. Do obowiązków ks. Kremskiego należało m.in. duszpasterstwo chorych i pracujących tu sióstr franciszkanek. Jako człowiek czynu nie mógł poprzestać na zwykłym „kapelanowaniu”.
Przyczynił się do powstania przepięknej kaplicy szpitalnej pod wezwaniem świętego Juliusza, oddanej do użytku chorych oraz personelu medycznego w 1894 r. Tej, która ponownie wnet zostanie otwarta dla rybniczan. Gdy parlament debatował nad nową ustawą o zarobkach w szkołach, walczył o poprawę warunków pracy lokalnych nauczycieli, m.in. apelując do księcia raciborskiego o interwencję w sprawie wynagrodzeń, o co poprosili go nauczyciele z Rybnika, Rydułtów i Orzesza.  Schlesische Schulzeitung z 21 stycznia 1897 r. opublikował jego list otwarty, w którym pisał m.in. Najjaśniejszy książę! Szpital Julius to fundament twojego zmarłego ojca. Wszystkie znajdujące się na nim kamienie świadczą o Jego dobrym sercu i o ofierze wszystkich najbliższych krewnych. Rycersko chroń biednych nauczycieli, Herr Herzog, aby nie musieli umierać w tym sanktuarium nędzy.

Chyba lubił politykę, gdyż często brał udział w wiecach przedwyborczych, wybierano go mężem zaufania przy okazji prawie każdych wyborów. Jego zaangażowanie po stronie niektórych niemieckich kandydatów wielokrotnie krytykowano na łamach Nowin Raciborskich. Był znawcą historii śląskiej ziemi.
Kolejni proboszczowie z kościoła starego powierzali mu ważną rolę. Często wystawiano go jako pierwszego witającego wizytujących okolicę biskupów.

Zaangażował się w budowę kościoła p.w. św. Antoniego, gdy po raz pierwszy zaczęto mówić o tym pomyśle. Znalazł się w zwołanym na dzień 10 maja 1897 r. komitecie budowy nowej świątyni. W skład komitetu, oprócz Kremskiego, weszli wówczas ówczesny burmistrz Günther, były burmistrz Fuchs oraz kupiec August Gierich. Już w czerwcu tego samego roku ofiarował 1000 talarów na poczet przyszłej budowy.
Jego kazania i przemówienia były niezwykłe. Jedno wyjątkowo zapadło w pamięci słuchających. 15 sierpnia 1895 r. porwał obecnych opowieścią o męczeńskiej śmierci księdza Walentego. Miało to miejsce w czasie uroczystości poświęcenia kaplicy w jankowickiej Studzience – pątniczym miejscu, do którego pielgrzymowali i moi przodkowie. Daleko nie mieli, a tak po prawdzie to sądzę, że dziadek dymał tam z moją babcią i rodziną, bo w tamtejszym mini schronisku przy grocie serwowano dobre piwo z browaru Müllera.

W kronice jankowickiej parafii zachowały się wpisy proboszcza Bolika opisujące księdza Teodora jako rzetelnego i pilnego pomocnika w chwilach trudnych sytuacji duszpasterskich i wielkiego oratora. Intrygujący jest jeden zapis ówczesnego rybnickiego proboszcza: „od Wielkanocy jest w kościele parafialnym przy środkowej mszy świętej zawsze niemieckie kazanie, a ks. Kremski niech lepiej pozostanie w szpitalu, bo nie każdy przyzwyczaiłby się w kościele do jego brody, którą nosi od swego powrotu z Jerozolimy”. No cóż…

Te wszystkie zasługi Kremskiego dla kościoła nie mają dla mnie aż tak istotnego znaczenia. Ważniejsze wydaje mi się jego poświęcenie chorym i biednym. Jak napisał Marek Szołtysek w styczniowym wydaniu Gazety Rybnickiej z 2001 r. księdza w Rybniku nazywano „bogatym biedakiem”. Całe bogactwo, które odziedziczył po rodzinie z Tarnowskich Gór rozdał biednym i ubogim w naszej okolicy. Wyobrażacie sobie? Ksiądz rozdał swój majątek!
Zmarł nagle na zawał, krótko przed Wigilią 1906 r. spiesząc z wiatykiem do umierającego. Miał 77 lat. Przez 34 lata był rybniczaninem, a w naszym mieście nie został po nim ani jeden ślad, choć tu został pochowany.

Tak jak w przypadku Juliusa Rogera, inicjatora budowy szpitala, w którym ksiądz Kremski pocieszał przez lata chorych, na pogrzeb kapelana przyszły tłumy. Ponoć zanotowano, że żegnali się z nim nie tylko katolicy, ale i „innowiercy”. W ogóle się temu nie dziwię. Skoro od początku swego kapłaństwa starał się o dialog z innymi religiami, to na pewno i w Rybniku często spotykał się z luteranami i żydami. Tym bardziej, że jego Juliuszowa kaplica stała dokładnie naprzeciw żydowskiej kaplicy przedpogrzebowej i cmentarza gminy izraelickiej, a rzut beretem miał kościół i nekropolię ewangelicką. Trumnę złożono na cmentarzu przy ul. Gliwickiej zaraz przy wejściu do, wtedy kaplicy cmentarnej, a lata przedtem (i ponownie teraz) kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Wszyscy wiemy co stało się z tym cmentarzem w czasach PRL-u. Zbezczeszczono groby i prawie wsio zaorano. Niestety, grób tak zasłużonego dla miasta księdza był wśród tych, które zniszczono. W broszurce o kościele św. Antoniego wydanej przez ojca Emila Drobnego w 1931 r. można zobaczyć jak wyglądał skromny nagrobek „bogatego biedaka”, który miał wygląd rabina, rozdał wszystko co miał potrzebującym, dążył do dialogu między wyznaniami, chciał by kobiety miały prawo do dalszej nauki i któremu kieliszek wódki przywrócił głos.

Ks. Teodor Kremski objął funkcję kapelana w Rybniku 25 listopada 1872 r. – 150 lat temu.

Korzystałam z artykułu ks. Henryka Olszara pt. „Ks. dr Teodor Kremski (1829-1906)”, oraz jak zwykle starych gazet na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

 

2 października 2019

Rybnicka synagoga cz.1

W październiku mija 80 lat od zniszczenia rybnickiej synagogi. Którego dnia dokładnie to było, niestety dziś nie stwierdzimy. W sieci jest wiele sprzecznych informacji, podających różne daty spalenia, czy też zniszczenia synagogi. Od lat podaję październik 1939 r., jako najbardziej prawdopodobny miesiąc i rok, bowiem tak zeznała w lipcu 1947 r. Joanna Zajdeman-Gabowicz (przed wojną Johanna Seidemann) – rybnicka Żydówka, która do  maja 1940 r. mieszkała w Rybniku. Jej świadectwo tego co stało się z synagogą oraz starym cmentarzem żydowskim znajduje się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Tak więc data podawana przez Wikipedię (spalenie synagogi na pocz. 1940 r.), czy inne, kopiujące ją źródła, jest raczej błędna. Poniżej fragment zeznania Joanny.

Zanim jednak doszło do tego, że z centrum miasta „wymazano” to ważne miejsce, przez ponad 90 lat biedni i bogaci, miejscowi i przyjezdni, ważni i mało znaczący dla miasta Żydzi tu słuchali rabinów, kantorów, tu zawierali małżeństwa, tu czytali Torę. Pierwsza rybnicka synagoga, drewniana, stała przy ówczesnej Ratiborerstrasse – mniej więcej przed obecnym skrzyżowaniem ulicy Raciborskiej z ulicą Curie-Skłodowskiej. Jak wiele drewnianych budynków w tamtych czasach ponoć spłonęła.
W tym czasie liczba Żydów w mieście stale rosła. Tym samym uznano, iż należy wybudować nową, murowaną synagogę. Cmentarz istniał już od 1814 r., brakowało domu zgromadzenia (bejt kneset). U zbiegu ówczesnych ulic Zamkowej oraz Gimnazjalnej (dziś róg Zamkowej i Chrobrego) rozpoczęto wznoszenie nowego budynku. Na początku czerwca 1848 r. rybniczanie byli świadkami wielce podniosłej i radosnej uroczystości otwarcia nowej synagogi.

Nadal, mieszkańcy opłakiwali ofiary epidemii tyfusu, która nawiedziła te tereny, ale jak to napisano w „Allgemeine Zeitung des Judenthums” (nr 29 z 1848 r.) po ponad 5 latach od wmurowania kamienia węgielnego wreszcie nadszedł dzień radości i dziękczynienia i wszyscy mogli się zjednoczyć, by uczestniczyć w konsekracji świątyni. Ktoś, w prywatnej korespondencji dla tego czasopisma donosił iż: „I wtedy to, gdy nasi chrześcijańscy bracia czując w piersi wiosenne tchnienie jednoczącej ludzi teraźniejszości wyszli nam naprzeciw ze słodkimi darami serca i biorąc udział w uroczystości okazali nam swą miłość”*. Piękne słowa, nie uważacie? Korespondent, którym był zapewne rybnicki Żyd, podawał dalej: „Z radością sprowadzono kwiaty, dywany, doniczki i inne dekoracje, aby jak najpiękniej ozdobić nową świątynię, przy czym każdy prześcigał się w usługach i poczuciu estetyki. W mieście nie było nikogo, kto wykazałby obojętność wobec uroczystości. Duchowieństwo katolickie i ewangelickie, magistrat miejski i członkowie Rady Miejskiej, wojskowi i miejscowe elity, starosta i urzędnicy sądowi wspólnie dołączyli do grona świętujących, a nieogarniony tłum przesuwał się ze starej do nowej synagogi, wkraczając do niej wzdłuż szpaleru, uczynionego przez członków straży obywatelskiej, aby nie dopuścić do natłoku przy wejściu”*. Patrząc na dzisiejsze czasy i porównując to z połową XIX w., to chyba teraz jesteśmy w Średniowieczu jeśli chodzi o tolerancję, koegzystencję religii i szanowanie się sąsiadów. Nie będę tego zbytnio komentować, bo czytelnicy Szuflady są mądrzy i potrafią sami wyciągać wnioski.

W tamtym czasie w Rybniku urzędował rabin Karfunkel, który należał do konserwatywnego nurtu judaizmu i wyraźnie sprzeciwiał się rozprzestrzeniającym się wówczas reformom. Jego kazanie wygłoszone w starej synagodze (tu należy wnioskować, że jeszcze wtedy istniała) nawoływało do chronienia nowej świątyni przed nurtami i czasami, które nadchodzą. A nadchodziły, choćby wraz z młodym rabinem opolskim doktorem Salomonem Cohnem, który został na rybnicką uroczystość zaproszony i to on wygłosił kazanie w nowej synagodze. Jego słowa nawiązywały do epoki Oświecenia, bowiem dr Cohn powiedział, że: „(…) teraz gdy zostały wyrwane polityczne kamienie graniczne w relacjach międzyludzkich, dawno zamazane granice, które dzieliły Izraelitów od życia nie powinny zostać ponownie odnowione (…)”*. Trwające ponad 1,5 godz. kazanie ponoć wywarło ogromne wrażenie na słuchaczach, w szczególności na chrześcijanach. Było ono o wiele lepsze od przemowy ortodoksyjnego Karfunkla, który mówił nieprzystępnym językiem, co spowodowało, iż wielu oddaliło się zanim rabin dobrnął do końca utyskiwania na nowe. Można wnioskować, iż rybniczanie chcieli iść z duchem czasu, a ortodoksja już im nie odpowiadała. Nie dziwota więc, iż 1848 r. to był ostatni rok posługi rabina Karfunkla w naszym mieście. Wyprowadził się do Tarnowskich Gór, gdzie zmarł i został pochowany na tamtejszym cmentarzu. Gdyby ktoś chciał, to może na jego macewie położyć kamyczek. Bez względu na jego poglądy, to należy mu się podziękowanie, bo to za jego kadencji podjęto inicjatywę o budowie świątyni i za jego czasów ją ukończono.

Ten upalny czerwcowy dzień, na pewno wielu mieszkańców miasta długo pamiętało. W uroczystym pochodzie, na przodzie szły ubrane na biało dziewczyny z wiankami z chabrów, sypiąc na drogę płatki z kwiatów, za nimi niewiasty ze świecami, dalej uczniowie szkoły, potem pod baldachimem duchowieństwo, urzędnicy oraz władze. Za drugim baldachimem szli męscy goście. Zaś za trzecim członkowie gminy. Klucz do synagogi niosła niewiasta, która przekazała go staroście, a ten dokonał uroczystego otwarcia świątyni. To niewątpliwie robiło wrażenie na uczestnikach i obserwatorach.

Synagogę budowano ponad 5 lat, bo nie dość, że brakowało pieniędzy na jej dokończenie i gmina żydowska musiała zaciągnąć pożyczkę w starostwie, to na pewno do przerw w pracach budowlanych przyczyniła się epidemia tyfusu. Budowla nie należała do jakichś wybitnie monumentalnych. Utrzymana była w stylu klasycystycznym, na planie prostokąta i oczywiście orientowana. Fronton zdobiła Gwiazda Dawida. Z przodu był murowany podest, ze schodami po bokach i kutymi balustradami. We wnętrzu był wydzielony babiniec. Aron ha-kodesz ponoć był bogato dekorowany, a polichromia sklepienia, miała imitować granatowe niebo ze złotymi gwiazdkami. Niestety, nie przetrwały żadne zdjęcia pokazujące jej wnętrze, ale coś niecoś pamięta ostatni, nadal żyjący rybnicki Żyd – Jay Kupermann. Był nastolatkiem, gdy wybuchła wojna, więc mogę mu wierzyć. Na poniższej pocztówce przedstawiającej szpital Juliusz oraz jego kaplicę, synagoga jest widoczna w oddali – na prawo od kopuły kaplicy (zachodzi na nią datownik pocztowy). Czasem w internecie można się natknąć na złe informacje, które właśnie tą mauretańską budowlę podają jako synagogę.

Do końca XIX wieku posługę w synagodze pełniło tylko dwóch rabinów – wspomniany Lazarus Karfunkel oraz Daniel Fraenkel, o którym już kiedyś pisałam tu ➡ http://szufladamalgosi.pl/rabin-daniel-fraenkel/

Oczywiście byli też kantorzy, ale o nich nie za dużo wiem. Kantorem w Rybniku na pewno był Isaac Landau, dalej Samuel Albert Gordon (również przeze mnie opisany) ➡ http://szufladamalgosi.pl/z-rybnika-przez-hildesheim-do-bury-st-edmunds/ Nota bene, jego wnuk do mnie napisał parę miesięcy temu,  gdyż znalazł wpis na Szufladzie 🙂 Po Gordonie, od lat 80. XIX w. do początków XX w. kantorem i rzezakiem był Isidor Nathan. Sporą czeladkę dzieci spłodził wtedy w Rybniku 😉

Oprócz głównej synagogi w Rybniku funkcjonowały domy modlitwy. Na pewno jeden z nich, istniał w sierocińcu żydowskim, oddanym do użytku w październiku 1893 r. W różnorakich dokumentach ta odrębna sala w ochronce nazywana była salą modlitewną. Zaś w siedzibie gminy żydowskiej, w której mieszkali rybniccy rabini (przy ówczesnej Bahnhofstrasse 5 – budynek już nie istnieje), też był dom modlitwy, czy też raczej salka modlitw z Torą. Czyli w sumie druga synagoga, położona o rzut beretem od ulicy Zamkowej. Oczywiście najważniejszą rolę spełniała bożnica, którą z taką radością otwierali rybniczanie w połowie XIX w. Sala modlitewna w ochronce z założenia służyła dzieciom, które mieszkały na jej terenie, a dom modlitwy w siedzibie gminy był „awaryjny” na wypadek wielkich mrozów, bowiem główna synagoga nie była ogrzewana.

Nie przetrwały żadne zdjęcia wnętrza synagogi. Jedyny element jaki z niej został ocalony to srebrne świeczniki ufundowane przez Luise Haase, żonę Ferdynanda. Nierozwiązaną zagadką pozostanie kwestia ich uratowania. Jeszcze do nich wrócę, ale na razie jedynie wspomnę, iż można je oglądać na wystawie stałej w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach.

Do naszej synagogi chodzili Żydzi z Rybnika i przynależnej do naszej gminy okolicy – na statucie gminy żydowskiej były one wymienione.

Członkowie gminy płacili na jej rzecz podatki, z których część przeznaczana była m.in. na utrzymanie synagogi (oświetlenie, strojenie, remonty, wynagrodzenie dla rabina, czy kantora, itp.). W ujednoliconym statucie gminy, podpisanym przez jej reprezentantów w marcu 1855 r., widniał zapis (na tyle na ile skumałam niemiecki gotyk z połowy XIX w.), iż niektórym członkom gminy przysługiwały prywatne miejsca w synagodze. Wiadomo, że za to uiszczało się opłatę.
I tak sobie ta nasza synagoga trwała; modliły się w niej całe pokolenia Pragerów, Haasych, Priesterów, Guttmannów, Friedlanderów, Brauerów, Böhmów, Aronadych, Mannebergów, Königsbergerów, Feldmannów, Rahmerów, Picków, Schäfferów, Müllerów i wielu innych. Tu zawierały śluby rybniczanki, których mężowie pochodzili z innych części Prus, a później Niemiec. Tu mieli bar micwy młodzi chłopcy wkraczający w dorosły świat. Za synagogą dymiły kominy browaru Müllera, przed nią przejeżdżały dorożki zmierzające na rynek, handlarze i handlarki przechodzili obok w drodze na cotygodniowe targi. „Bezrabinacie”, które nastało pod koniec lat 70. XIX w. nie miało wpływu na modlitwy np. szabatowe. Porządek nabożeństw był ustalony i przestrzegany. Rybniccy Żydzi, tak jak pozostali niemieccy Izraelici, byli pod wpływem Haskali, nurtów reformatorskich i postępowych, więc myślę, że w synagodze bywały chóry, a reprezentanci gminy byli pewni, że ortodoksyjnych rabinów już nie chcą.

Pod koniec 1893 roku synagoga gościła wielu ważnych gości. Przy okazji otwierania wspomnianej ochronki zjechała do miasta żydowska (i nie tylko) śmietanka Górnego Śląska (i nie tylko). Raczej jest pewne, że rabini z Katowic (Cohn), Tarnowskich Gór (Löwenthal), Raciborza (Blumenthal), czy Królewskiej Huty (Goldschmidt), którzy odwiedzili Rybnik tego dnia, zawitali i do synagogi.

Przyszedł przełom wieków i Rybnik z przytupem, jako w miarę nowoczesne miasteczko wszedł w XX wiek. Mimo że miasto się rozwijało, było drogowo i kolejowo skomunikowane z resztą Śląska, powstała sieć wodociągowa, centrum zostało skanalizowane, były plany spektakularnej rozbudowy Rybnika, to Żydów ubywało. Wyprowadzali się do większych miast. Nabożeństwa w synagodze nadal odprawiano bez rabina, za to z cudownym (tak myślę) głosem kantora Nathana. Małym wstrząsem dla społeczności żydowskiej było włamanie do świątyni, które miało miejsce późną wiosną 1904 r. Włamanie miało charakter czysto rabunkowy, a za wskazanie bezczelnego złodzieja, który wlazł do przybytku od strony ogrodu Müllera, gmina wyznaczyła nagrodę.

Jeszcze nikt nie przewidywał, że nadejdzie taki czas, który zostanie nazwany Wielką Wojną, której daleką konsekwencją będzie podzielenie tej ziemi między Niemcy a coś, o czym miejscowi – niemieccy Żydzi za bardzo nie słyszeli. Nasi Żydzi, po wielu latach „bezrabinatu”, postanowili, iż w końcu Torę w synagodze winien czytać i głosić kazania nowoczesny, wykształcony i na wskroś zasymilowany oraz liberalny rabin. W rybnickiej Tempel, co jakiś czas, bywał katowicki rabin Cohn i to on prawdopodobnie polecił tutejszej społeczności młodego, acz wielce wykształconego, rabina dr. Dawida Braunschweigera, pracującego w tamtym czasie w prężnym mieście, zwanym wówczas Kattowitz.
Tu wydaje mi się, że mogę przerwać na parę dni opowieść o rybnickiej synagodze, gdyż zbliżający się 1914 rok będzie właściwy dla podzielenia tej historii na dwie części.
Wnet zaczniemy od ślubu i dwóch sarajewskich „pach, pach” (w podbrzusze oraz tchawicę). Stay tuned 😉

*Opis otwarcia synagogi przetłumaczył dla Muzeum w Rybniku dr Gregor Ploch z Muzeum Ziemi Górnośląskiej w Ratingen na potrzeby wystawy o rybnickich Żydach, która miała miejsce w 2012 r. Wybór fragmentów mój.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnicka synagoga cz.1 została wyłączona