Marzec 17

Korona, którą można pogłaskać

Korona to dziś najczęściej wymieniane słowo we wszystkich mediach. Po wpisaniu „onej” do Googla na pierwszym miejscu pokazuje się „Koronavirus alert”, potem ileś tam stron na temat wirusa. Na szczęście dość wysoko jest nadal „Korona Kielce”. Uff 😉 Jeszcze nadal mamy inne korony w naszym świecie. Mamy koronę jako atrybut monarszy, są waluty o tej nazwie, niejeden z nas ma protetyczną koronę, za oknami widzimy korony drzew, wnet zobaczymy korony kwiatków, w Pieninach ciągle stoją Trzy Korony, a mój wpis być może czyta teraz ktoś, kto zdobył np. Koronę Gór Polskich. Jak widzicie jest tych koron multum, więc o tej, o której wszyscy teraz rozmawiamy, na chwilę zapomnijcie. Jest też bowiem coś takiego jak Korona Tory, czyli Keter Tora. To taka zewnętrzna ozdoba zwoju Tory. Korona symbolizuje Boga, ale także zwieńczenie życia pobożnego Żyda i jest symbolem uznania najwyższej władzy, świętości i mądrości Tory.
I ja dziś o tej innej koronie, którą można pogłaskać, bowiem często spotyka się żydowskich nagrobkach. Poniżej zdjęcie z cmentarza w Złotowie (woj. Wielkopolskie).

Na macewach taka korona symbolizuje, że osoba zmarła była wyjątkowo pobożna, posiadała znajomość ksiąg religijnych. Może również obrazować to, że zmarły był cenionym członkiem społeczności, jak na tablicach nagrobkowych cadyków w Radomsku.

Zostawiam Was z przepięknymi koronami, jakie wybrałam dziś spośród tysięcy zdjęć, które przez lata robiłam na cmentarzach żydowskich. Oczywiście to ułamek, tego co mam na dyskach, ale myślę, że starczy, by choć na moment oderwać się od tego małego gnojka, którego nazwano coronavirus i który pokazuje nam, że w naturze wielki nie rządzi. Pojeździmy sobie po Polsce siedząc przed komputerami. Na początek „zagłębie koronowe”, czyli cmentarz żydowski w Częstochowie.

Teraz skok na południe i Ustrzyki Dolne.

Skoro jesteśmy na południu, to Lesko.

Z Leska przeniesiemy się do mojego ukochanego Leżajska, gdzie spoczął wielki cadyk Elimelech z Leżajska. Niestety w tym roku maleńka „korona” uniemożliwiła tysiącom Żydów z całego świata pielgrzymkę do jego grobu.

Ze wschodu śmigamy w okolice Jury do Pilicy. Może ktoś spróbuje tak rozłożyć ręce, jak to zrobiła Magda? Te dłonie w geście błogosławieństwa, oznaczają, że zmarły był z pochodzenia kohenem z rodu Aarona.

Skoro jesteśmy w Pilicy, to nie sposób nie zahaczyć o cudowne Żarki. Przy okazji, Wojtku macham Ci 🙂

Lecimy teraz do miasta, w którym korony na głowy nakładano królom. Kraków.

Zdrowie teraz najważniejsze, więc może do uzdrowiska śmigniemy 😉 Krynica Zdrój.

Z Krynicy wracamy w okolice Krakowa – do Niepołomic.

Na cmentarzach, które znajdują się na byłym terenach niemieckich, takich symboli nie ma zbyt wiele. Znajdziemy je jedynie na starszych nekropoliach, jak choćby w Wielowsi.

Kolejne korony są znowu z królewskiego miasta. Jesteśmy w stolicy przy ulicy Okopowej. Przy okazji możecie sobie przypomnieć jak wygląda śnieg.

Z Warszawy ponownie jedziemy na południowy wschód Polski. Na cmentarzu w Oleszycach w woj.podkarpackim jest wiele nagrobków, na których widać resztki oryginalnych farb na macewach.

Z Oleszyc mamy rzut beretem do Sieniawy. Tamtejszy kirkut to korona na koronie.

W maleńkich Rybotyczach na Podkarpaciu też znajdziemy interesujący nas element.

Zmieniamy kompletnie kierunek podróżowania i kierujemy się na zachód, do Białej w woj.opolskim. Kiedyś to miasteczko zamieszkiwało więcej Żydów niż chrześcijan, co było ewenementem na Śląsku.

Zostajemy w moim Heimacie i kierujemy się do Tarnowskich Gór, gdzie został pochowany pierwszy rybnicki rabin Karfunkel. Na jego grobie jest przepiękna korona i dłonie w geście błogosławienia.

Powinniśmy wrócić do Wielkopolski, od której zaczęliśmy. Cmentarz w Koźminie Wielkopolskim w powiecie krotoszyńskim jest przecudny.

Ale cudniejszy jest stary cmentarz w Cieszynie.

Takie samo cudo to kirkut w małopolskiej Bobowej.

Z Bobowej w miarę blisko do Łabowej w powiecie nowosądeckim.

Wracamy w okolice Częstochowy, czyli do Krzepic. Tamtejszy cmentarz to unikat z uwagi na ogromną ilość żeliwnych macew. Niestety nie znalazłam wśród swoich zdjęć żeliwnej korony w Krzepicach. Przeważają orły, jelenie i lwy.

Przenosimy się do województwa łódzkiego, czyli do Tomaszowa Mazowieckiego.

Zjeżdżamy w dół mapy do Proszowic w pobliżu Krakowa.

Jeszcze jedziemy na dół, tym razem do Ryglic w powiecie tarnowskim.

Zostając w tej okolicy podjeżdżamy do Tarnowa.

Benzyna ponoć tanieje, więc stać nas na to, by pokierować się daleko na północ, do Jastrowia w powiecie złotowskim na górnej granicy Wielkopolski. Uwaga na bycze mrówki!

Teraz Dolny Śląsk i Legnica.

Mijamy Olkusz…

… i zmierzamy do Sokołowa Małopolskiego.

Z Sokołowa jedziemy do Korczyny w powiecie krośnieńskim. Tu łapie nas ulewa 😉

W Dukli nadal leje.

W Żołyni pogoda się poprawia.



W Jarosławiu pogoda już idealna.

Powoli zaczynamy wracać na zachód mijając Żabno.

Zatrzymujemy się na moment w Dębicy.

Lekko zbaczamy z głównej trasy i przelatujemy przez Dąbrowę Tarnowską.

Wjeżdżamy do wiosennego Andrychowa.

Jeszcze czeka na nas Jaworzno.

Powoli powinniśmy lądować w domu, czyli w Rybniku. Niestety, na naszych cmentarzach nie zachowały się nagrobki. Ale, ale… możemy sobie na końcu zrobić podróż w głąb czasu i przenieść się do początku lat trzydziestych XX wieku. I wtedy zobaczylibyśmy, że i u nas na macewach były korony. Tym historycznym zdjęciem przedstawiającym stary cmentarz żydowski w Rybniku kończymy dzisiejszą wyprawę szlakiem korony, do której można się zbliżyć bez obawy utraty zdrowia. Trzymajcie się i nadal zostawajcie w domu! Zdrowia!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Korona, którą można pogłaskać została wyłączona
Grudzień 30

Podsumowanie 2019 roku

Słuchając „Asamitu” w Trójce mogłam opisać mijający 2019. To będzie 23. wpis w tym roku. Przy takiej muzyce zostały przywołane tylko pozytywne wspomnienia. No i statystyki blogowe, a te nie kłamią – ludzie tu wchodzą 🙂

Jak przeczuwałam 12 miesięcy temu, ten rok był niezwykły. Zaczął się od żydowskiej Ostrawy, bo tam Szuflada spędzała Sylwestra. Stolpersteiny, trzy cmentarze żydowskie i „pivo jako od Boha”. Bo skoro Czechy, to i dystans właściwy trzeba było mieć.

Potem było wysokie C, czyli w lutym Izrael i Palestyna. Zobaczyłam tyle rzeczy, miejsc i ludzi, że starczyłoby tego na trzy lata, a nie jeden rok. Moi współtowarzysze przeżywali emocje w grocie, którą uznano za miejsce narodzenia Jezusa, a ja na grobie Oskara Schindlera.

Znajomi zdawali sobie sprawę, że Ściana Płaczu to ważne miejsce, ale to chyba mnie tam na maksa ściskało za gardło, gdy wkładałam w szparę swoje i innych prośby.

Choć nie wiem, czy nie bardziej mnie dławiło, gdy stałam przy strasznym murze, który zbudowali Izraelczycy, by oddzielić się od Palestyny. Takich murów nie wolno stawiać, bez względu na to jakie są powody.

Oglądanie różnorakich kościołów nie robiło na mnie żadnego wrażenia, ale grób króla Dawida tak. Choć w sumie nie wiem dlaczego. Ani on mi brat, ani swat. Schindler – ok, bo od niego się u mnie zaczęło. Ale król Dawid? Widać może tam jaki czakram był, albo inny pieron.

Jak przysłowiowa Grażyna na wakacjach sfotografowałam się z wielbłądem i kupiłam 15 magnesów, które zdobią lodówkę.

Jak przeciwieństwo owej Grażyny, zachwycałam się chasydzkim Bobem Dylanem gdzieś na pustyni, wszystkimi kotami i zwykłymi obrazami tego niesamowitego kraju wielu kultur i religii.

Nie przypuszczałam wtedy, że pożegnanie z Ruth Manneberg w Nazarecie, po odwiedzinach w ich domu w Yaadzie, będzie tym ostatecznym „good bye”. Cudowna, ciepła „Jidisze mame”, a taką była Ruth, odeszła z tego świata ponad miesiąc temu 🙁

Powrót do „reality” zaczął się od występu Szuflady w Tarnowskich Górach. Tam, na zaproszenie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dotarłam z opowieścią o rodzinie Haase. Dobrze znać takich ciekawych ludzi, jak Mariusz 🙂

Początek wiosny to była inauguracja Festiwalu Kultur na Kopalni Ignacy. Chyba nikt się nie dziwi, że na pierwszy rzut poszedł Dzień Żydowski. Był kompletny misz masz i bałagan, czyli i pieczenie hamantaszy, i lekcja hebrajskiego, i warsztaty wycinanek, i wystawa rybnickich judaików, prelekcja o Alfredzie Glucksmannie, koncert piosenek w wykonaniu Teatru Midraszowego z Raciborza i na końcu spektakl „Gehinom”. To pomieszanie z poplątaniem wyszło i udało się na zabytkowej kopalni, w dzielnicy odległej od centrum.

Gdybym miała na szali rocznej zważyć co było dla mnie najważniejsze w tym roku, to było nim bez wątpienia przedstawienie o Stefci i Geni. Zobaczyłam je na premierze we Wrocławiu, potem w trakcie Festiwalu Kultur i ostatni raz pod koniec roku w Domu Kultury w Chwałowicach. W jakimś tam stopniu Szuflada czuje się mamą chrzestną, gdyż to ja poprosiłam Kasię, by za temat na przedstawienie dyplomowe wzięła historię o dwóch żydowskich dziewczynkach z Rybnika. Napisała scenariusz, wyreżyserowała, a niesamowici aktorzy zagrali. Losy rodziny Rybów w ich wykonaniu powaliły na kolana nie tylko mnie. Szacowni jurorzy na różnych konkursach uznawali „Gehinom” za wart pierwszych nagród.

Dzięki Festiwalowi Kultur, który na Ignacym odbył się 4 razy, zachwyciłam się naszymi nowymi rybniczanami, czyli sąsiadami zza wschodniej granicy. Gdy myślę o Dniu Ukraińskim, to zaraz się w duchu uśmiecham. To był wielki zaszczyt i radość móc z Wami pracować. Fajnie Was spotykać w mieście 🙂

Gdy przywołuję ludzi z tego roku, to jak zwykle los mi sprzyjał. Czyż poznanie i oprowadzanie po Rybniku kogoś takiego jak Ben Judah to nie dar od jakichś wyższych sił? Ten brytyjski, choć może amerykański, dziennikarz, pisarz, reportażysta, analityk polityczny i laureat wielu prestiżowych nagród (m.in. nominowany do Nagrody im. R.Kapuścińskiego) dreptał za mną po mieście i wsłuchiwał się w opowieści o swych przodkach, którymi okazali się być moi ulubieńcy z Haase family. Co prawda w wywiadzie z Benem, który ukazał się w Wyborczej, pani dziennikarka ciut pomyliła fakty, które jej przekazałam, ale wiecie jak to jest z dziennikarzami 😉

Jeszcze jakby tego było mało, to dzięki Benowi, Oli Klich i pani Bożenie Dudko – sekretarzowi nagrody im.Kapuścińskiego, udało mi się po jakimś czasie uścisnąć rękę autorowi biografii o Józefie Rotblacie w trakcie Gali wręczania Nagrody Juliusza.

W takich momentach to se myślę: taka sobie zwykła Małgosia, ze starej szuflady, a takie szychy kreślą dla niej takie miłe słowa i zapraszają na rauty. Potem nie dziwota, że nadciśnienie od sodówy atakuje.

Od pewnego czasu na fejsie obserwuję jedynie tych, którzy nie narzekają, nie jojczą, nie pitolą o polityce (stosuję eskapizm polityczny – jeśli jest to właściwe określenie na ucieczkę od bagna) a lukam se jedynie na tych, którzy robią wiele dobrego. Jedną z takich osób jest pan Darek Popiela. Pan Darek to sportowiec, olimpijczyk, który w niewiarygodny sposób upamiętnił Żydów z Krościenka oraz, w tym roku, z Grybowa. Byłam parę lat temu na cmentarzu w Grybowie i pamiętam tą górę cmentarną, trudne do przebrnięcia chaszcze i zamknięte wrota, za którymi nie można było dojrzeć niczego za wyjątkiem dżungli. Jakaż była wielka moja radość, gdy na ogólnopolskiej konferencji w Domu (czytaj: Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach), stojąc w kolejce do stolika z kawą, kątem oka dostrzegłam, że ten wielki, ale jakże skromny synek stoi za mną. Jezusiczku kochany! Z małym plecaczkiem, stoi za mną TEN, który tyle zrobił dla zgładzonych i zapomnianych! Pan Darek ze swoją ekipą, w 2020 roku, upamiętni Żydów z Czarnego Dunajca. Śledźcie ich poczynania na „Ludzie, nie liczby”.

Gdy jestem przy Gliwicach, to muszę powiedzieć, że nadal odwiedzam to miasto, które pokochałam jak swoje, bo i ono mnie przyjęło jak swoją. Rybnik tam jest obecny. Uwielbiam załogę i bywalców Domu Pamięci, bo takich to dziś ze świecą szukać. Moja pogadanka, połączona ze skypową rozmową z prof. Miriam Glucksmann była dla mnie ważnym wydarzeniem tego roku.

2019 rok to, jak zwykle spotkania ze spacerowiczami i tymi, których interesuje żydowska, ale nie tylko, historia Rybnika. Dzięki współpracy z Superfundacją, seniorzy z Rybnika posłuchali o żydowskich kobietach z naszej pipidówy, czy o zasługach Juliusza Rogera. Z kolei dzięki zaproszeniu DK Niedobczyce, mieszkańcy tamtejszej dzielni dowiedzieli się, że nie tylko katolicy na Śląsku mieszkali.

Jako przewodnik Szuflada też miała pełne ręce roboty (zawsze macham tymi łapskami jak adehadowiec). Gdyby wszystkie grupy odwiedzające Rybnik były tak cudne i ciekawe, jak chórzyści z Poznania, którzy wpadli w zachwyt nad kiczowatą Art. Cafe, czy też goście z zaprzyjaźnionego miasta w Chorwacji, to mogłabym dreptać po mieście codziennie, bez względu na pogodę.

Niezwykle sympatycznie Szuflada spędzała wiosenne godziny z młodzieżą z IV LO im. Mikołaja Kopernika z Chwałowic. Zresztą nie było to moje pierwsze spotkanie z licealistami z własnej dzielni. Tym razem były to warsztaty w ramach projektu Erasmus+ pt. EuroSpot. A tak po ludzku mówiąc, to młodzi ludzie robili aplikację opisującą ciekawe miejsca w naszym mieście.

Szuflada nie zapomniała o zapomnianych cmentarzach żydowskich. Czy ktoś z Was słyszał o Lędyczku? Albo o Szubinie? No nikt. Przy okazji odwiedzin w magicznym Złotowie, udało mi się zaciągnąć Płoszaja na wiele cmentarzy, które odwiedzają jedynie kleszcze, komary i bycze mrówy. Debrzno, Lędyczek (tam doszło do awantury rodzinnej, bowiem Płoszaj się upierał, że tam gdzie zajechałam z lokalsem to nie cmentarz żydowski, ale w końcu znalazł reszteczkę macewy i ustąpił), Złotów, Rynarzewo, Szubin, Odolanów, Bobolin, Rusko koło Darłowa, Jastrowie, Sławno, Szczecinek (gdzie cmentarz opisano jako teren „pocmentarny”!) – zostały dopisane do listy ponad 300 kirkutów, na których już byłam.

Jak w latach ubiegłych udało mi się nawiązać kontakt z kolejnymi potomkami rybnickich Żydów, jak choćby z wnukiem dr. Waltera Gordona, wnuczką Harrego Priestera (oboje sami mnie znaleźli natrafiając na wpisy o ich przodkach na Szufladzie), czy z rodziną Otto Apta aż w dalekiej Boliwii. Nie muszę dodawać, że kontakty z tymi dawno odszukanymi zachowuję i utrzymuję.

2019 to wydanie dwóch, ważnych dla Szuflady, publikacji. Mój ulubiony ulubieniec i bliski kolega Sławek Pastuszka napisał i wydał wspomnienia naszego wspólnego pszczyńsko-rybnickiego Żyda. Promocja książki pt. „Zostałem tam 4 lata” miała miejsce w Pszczynie oraz w Rybniku. Bardzo mi miło, że wzmianka o Szufladzie znalazła się w książce Sławka. To dla mnie nobilitacja.

Drugą istotną pozycją są „Rybniczanie” wydani przez nasze Muzeum. Dla mnie, jako mamy, to kolejny powód do dumy, bowiem ma w niej udział moja Dusia, która napisała artykuł o Josefie Mannebergu. Przez Magdusię zresztą cały rok byłam fruwająca i puszyłam się jak paw 😉 Muszę też podziękować pani dr Ewie Kulik za bardzo wnikliwe i rzeczowe podejście do rodziny żydowskich browarników. Cieszy to, że od wielu lat nasi Żydzi nie są już zapomniani.

Udało się jesienią mijającego roku doprowadzić do – prawie szczęśliwego końca, sprawę uratowanych w Rybniku macew z cmentarza w Dębowej. Dzięki zaangażowaniu Stowarzyszenia Blechhammer 1944 z Kędzierzyna-Koźla, Szuflady oraz muzealników, macewy trafiły do Muzeum Ziemi Kozielskiej. Być może kiedyś wrócą tam, skąd zostały skradzione. Szuflada namiary na wójta Reńskiej Wsi ma i będzie od czasu do czasu molestować w tej sprawie.

Nie porzuciłam swoich „talentów” detektywistycznych i również w tym roku rozgryzałam historie i losy tych, którzy choćby przez parę lat, ale jednak byli związani z Rybnikiem i okolicą. No i właśnie przez takiego jednego Salo, nie zdążyłam opisać 12 nastolatków ze zdjęcia zrobionego w Rybniku w maju 1921 r. Zostało mi troje, gdyż dwóch dziewczyn i tak nie opiszę, bowiem nie znam ich imion ani nazwisk. Na razie ważniejszy był Salo Brauer i jego rodzina oraz Kasia, która naciska na rozwikłanie losów tego niewiadomskiego oberżysty, który skakał z rodziną po całym Śląsku.

Sprawę Salo, mimo trudności, już bardzo polubiłam. Jak bowiem nie lubić tego szaleństwa, gdy dzięki Salo pije się z Michasią bruderszafty mineralką na polach, po których on nadal chadza, jeździ się dla niego do archiwum w Raciborzu, zwiedza menelskie kamienice w Chorzowie, używa wszelakich kontaktów (Jasiu! Mikołowianie! Piotrku! Genealodzy z GerSIG! Macham Wam!), by tylko wydobyć na światło dzienne jakiś mało znaczący, ale jakże w sumie ważny, fakt, fakcik, faktuniek z jego życia.

Rok był fantastic, jak to mówi nasz wolontariusz z Gruzji. Ludzie byli jeszcze bardziej fantastic. Cieniem się kładzie jedynie śmierć Marcysi Nowotki, która zawsze sprawdzała co piszę i jak piszę. Została staruteńka Mrużka, która generalnie ma wsio w dupie i rzadko zagląda do Szuflady.

Czarna z charakteru i maści Marcelina zawsze ingerowała w pisanie, włażąc na klawiaturę. Dla Marceliny moje odkrycie z końca roku: „Wiśnia” Kaśki Sochackiej. A ja tęsknię…

Wszystkiego dobrego na ten kolejny, przestępny rok. Ten rozpoczynałam od zdjęcia z Januszem Radkiem. Sądzę, że następny zacznę od foty z Janem Emilem Młynarskim, czego i Wam życzę. Pamiętajcie: w życiu trzeba też myśleć o dancingu, salonie i ulicy, czyli o swoich własnych małych przyjemnostkach. Trza się otaczać takimi co witają balonami, dużo się uśmiechają, kochają koty, piwo, przekleństwa i właściwą muzykę.

Fotografie: Adam Grzegorzek, Magda Płoszaj, Asia Sidorowicz, Muzeum Ziemi Kozielskiej, Mariusz Gąsior, IV LO w Rybniku, Kasia Buchalik, Andrzej Kieś, Gazeta Rybnicka, Kasia Rząsa, DK Niedobczyce, friendy z Izraela, no i własne.

Lipiec 25

Złotów – Wielkopolskie Zdroje – okiem turystki

To nie będzie wpis sponsorowany, a autentyczny zachwyt Ślązaczki (z wielkopolskimi fragmentami DNA) nad jednym miastem.

Od lat Płoszaj, czyli mąż, jeździ raz do roku do Złotowa – małego miasta w północnej Wielkopolsce. Razem z całą zgrają Hanysów jeżdżą tam na turniej skatowy. Tak, tak, nie tylko na Śląsku się gra w tą dziwną grę, której do dziś nie skumałam. Płoszaj mnie zawsze namawiał, bym z nim pojechała do tego Złotowa, który nawet mało wrażliwego chłopa zachwycał. W końcu dałam się namówić. Plan był taki: on se będzie grać tymi szelami, dupkami i hercami, a ja mam mieć luzy i cmentarze żydowskie w okolicy. Zapomnianych cmentarzy zaliczyliśmy przez te kilka dni urlopu sporo, ale nie o nich chcę napisać. Dziś moim bohaterem będzie Złotów – kiedyś Flatow.

Miasteczko cudo. Miasteczko zachwyt. Miasteczko, które mnie urzekło, zachwyciło, oczarowało, olśniło, które mi zaimponowało, zaczarowało i do którego na pewno jeszcze muszę wrócić. Zdaję sobie sprawę, że jak wszędzie tak i w Złotowie są jakieś minusy i niedociągnięcia, ale ja – jako turystka ich nie dostrzegłam. Jestem pełna uznania dla władz miasta (obecnych i byłych) i dla złotowian. Wiem, że dobrem odziedziczonym jest przepiękne położenie miasta. Jeziora, lasy, daleko od trującego przemysłu – to wartości, które nie każda miejscowość w Polsce ma dane „ot tak sobie”. Tu przyroda i krajobraz tworzą klimat.

Ale wiecie, że jest wiele miejsc, które też mają cudowne otoczenie i co z tego, skoro nie potrafią tego wykorzystać. Złotów potrafi.
Od początku jednak 🙂 Upalną, czerwcową sobotę zaplanowałam na zwiedzanie i przetreptanie miasta. Zawiozłam Płoszaja na turniej, a sama, zaopatrzona w przygotowane zapiski ruszyłam w teren. Wiadomym było, że pierwsze miejsce to będzie cmentarz żydowski. Zaparkowałam pod Żydowską Górą, wypsikałam się antykleszczowo i weszłam między stare ogromniaste dęby. Widziałam setki cmentarzy żydowskich, więc swoje wiem na temat ich zachowania, utrzymania, zaniedbania, itd. Tu, w Złotowie, stosowna tablica informacyjna, proste lapidarium z macew i współczesna płyta pamiątkowa. Pogłaskałam macewy, bo tak trzeba. Kamyki zostawiłam. BRAWO WY za takie upamiętnienie!

Kolejne miejsce, które miałam na liście to dawna rezydencja myśliwska Działyńskich. Żadna tam ruina, a dość dobrze utrzymany obiekt, choć obecnie budynek mieszkalny. W pobliżu parki, piękne rondo, wszędzie kwiaty i zieleń. Ta zieleń i drzewa w Złotowie zachwycają. Mieszkam w mieście, które też jest zielone, ale w porównaniu ze Złotowem „ma na noc”.

Potem zrobiłam myk do centrum, poszukałam darmowego parkingu i ruszyłam „szłapcugiem” po tym „Wielkopolskim Zdroju”. Miasto nie jest duże, ale ma tyle interesujących punktów, że co rusz to stawałam, przysiadałam na ławeczkach, czytałam jakieś tablice, cykałam foty, więc dotarcie do ratusza trochę mi zajęło. Skoro po drodze był piękny budynek starostwa z pomnikiem Piasta Kołodzieja, parki z opisami historycznymi, rzeźbami, fontannami, kamieniczki, czy też pałacyki „cudeńka”, fantastycznie rozwiązane ścieżki rowerowe, to musiało to trwać. O upale nie wspominając.

Nie jestem rowerzystą, więc ścieżki dla dwukołowców generalnie mnie nie interesują. W moim mieście mi się nie podobają. Tu, zaczęłam je analizować i stwierdziłam, iż Złotów nie zabiera kierowcom przestrzeni, nie wycina drzew, które stoją na drodze rowerzystów, nie tworzy jakichś porąbanych kontrapasów pod prąd. Złotów potrafi pogodzić tych, którzy przemieszczają się na dwóch czy czterech kołach oraz na nogach. Jest droga, jest szeroki chodnik, na którym wydziela się pas dla cyklistów. A wsio to w cieniu ogromniastych lip, cisów i wszelakiej zieleni, jakiej moglibyście sobie zamarzyć w swoich miastach. BRAWO!

Dotarłam do ratusza stojącego przy rondzie z jeleniem – symbolem miasta. Jeleni w Złotowie od groma. Bardzo to piękne, że herbowy symbol jest tak często wykorzystywany w przestrzeni miejskiej. BRAWO! W moim mieście tego brakuje.
Można posłać smsa, by jeleń obrócił się dookoła swojej osi rycząc jak w trakcie godów. BRAWO!

Naprzeciw ratusza stoi Dom Polski, a przed nim rzeźba zasłużonego dla tego regionu księdza Bolesława Domańskiego – polskiego duchownego katolickiego, doktora filozofii i działacza Związku Polaków w Niemczech. Wszystko stosownie opisane. Cały Złotów jest opisany i otablicowany, by turysta nie musiał sięgać do netu, nie musiał nosić przewodnika, czy map. Miód, malina dla miłośników historii. BRAWO!

Pod ratuszem się zorientowałam, że muszę przyspieszyć, by zdążyć do muzeum przed jego zamknięciem. Szybko deptu, deptu, podziwiając co mijałam, dotarłam pod szachulcową kamieniczkę z XVIII w., wyglądającą jak z bajki. No ŁAŁ!!! Strużki potu mi leciały spod kapelusza przeciwsłonecznego. Weszłam do maleńkiego historycznego raju, przed którym elegancko zakręcała ścieżka dla rowerzystów, nie burząc spokoju kierowców.

Od wejścia uśmiechnięta pani. Zero nadąsania, bo sobotnim popołudniem przyszedł turysta. Książek tematycznych multum. Magnesy, pamiątki ceramiczne z elementami grafiki krajeńskiej, herbatki złotowskie o boskiej nazwie „Ryk jelenia”, które kupiłam dla przyjaciół z Hoyma, aniołki krajeńskie, kubki, figurki, breloczki, serwetki z haftem krajeńskim i cała masa innych gadżetów. Czułam się jak w sklepie z pamiątkami we WRO lub KRK, choć tam to większy kicz i tandeta.

Miałam jeden cel zakupowy: „Żydzi powiatu złotowskiego (1859-)1874-1945” Joachima Zdrenki. Kupiłabym tam jeszcze parę książek, ale uznałam, że herbatki, magnesy i ta bycza pozycja o lokalnych Żydach styknie. Poszłam zwiedzać to niby maluteńkie, ale jakże bogate i fenomenalnie zagospodarowane muzeum. Zbiory archeo całe obcykałam dla Młodej. Gdy ujrzałam zewnętrzny dziedziniec, to padłam z zachwytu. Maryjko złota, genialne wykorzystanie miejsca! A jak zobaczyłam lapidarium z nagrobków (w tym i żydowskich), to byłam w siódmym niebie. Judaików w sumie sporo wyłuskałam w zbiorach. Pokoiki ekspozycyjne maciupeńkie, ale właściwie wykorzystane. I wysikać się mogłam, i mineralki napić, i nikt za mną nie łaził patrząc, czy czego nie kradnę, jak to bywa w innych muzeach. Dowiedziałam się co mam zobaczyć, gdzie iść. BRAWO!!! Dziękuję za tą rewelacyjną lekcję historii. I serdecznie pozdrowienia dla pani, która wtedy miała dyżur. Po przejściu całego miasta zrozumiałam jej słowa, że tu znalazła swoje miejsce na Ziemi.

Z ciężką taszą (picie, Żydzi złotowscy, magnesy, parasol i inne ciężary, które kobiety zazwyczaj noszą) ruszyłam dalej. Kawalątek od muzeum jest Plac Paderewskiego. Niby rynek. Celem moim było zobaczenie upamiętnienia złotowskiej synagogi, wysadzonej i rozebranej jeszcze przez Nocą Kryształową. W miejscu, w którym stała znajduje się obrys jej murów, zaznaczony specjalną kostką brukową. Mniej więcej w miejscu, w którym było aron-ha kodesz umieszczono pamiątkową tablicę. BRAWO!

Na placu kolejna fotanienka. W jego pobliżu stary spichlerz, stary bruk (!), inne szachulcowe domki, tablice informacyjne. Rozpływałam się z zachwytu i upału niestety.

Kościoły to nie moja bajka, ale wstępuję czasami, by uspokoić myśli i duszę. Kościół farski piękny, choć zamknięty. Znowu wszędzie stosowne opisy. Podobało mi się to, że nie są one lakoniczne, a dość szczegółowe. Nie każdy turysta jest pobieżny.

Od wczesnobarkowego kościoła pw. Wniebowzięcia NMP ruszyłam w stronę Jeziora Złotowskiego, potem nazad do miasta, pod areszt (bo piękny), a potem długą ulicą Obrońców Warszawy w stronę cmentarzy. Nawet sobie wypatrzyłam dom, w którym bym mogła zamieszkać, gdyby nie bezgraniczna miłość do Śląska i mojej hałdy.

Kompleks cmentarzy był w pobliżu miejsca, w którym fani skata starali się „rajcować”, czyli licytować właściwie. Wiedziałam, no czułam, że tam zabawię ze 3 godziny. W sumie cmentarz katolicki to chciałam odhaczyć z obowiązku, bo ważniejszy wydawał mi się wojenny, czyli ten z 1945 r. Zdarzają się jednak w życiu cmentarnika niespodzianki, które powodują, że chodzi się od grobu do grobu i pieje z zachwytu. Piałam se tak w duchu i na katolickim, i na wojennym i na ewangelickim. Ludzie! Można pielęgnować dziedzictwo polskie nie zapominając o niemieckim.

Dreptałam zauroczona od nagrobka do nagrobka. Napisy polskie z XIX w., napisy niemieckie z XIX i XX w., nic nie przekopane bo 20 lat minęło i nikt się grobem nie opiekuje. BRAWO, BRAWO, BRAWO!!! Gdy zobaczyłam karteczkę o nie zaśmiecaniu, a w miarę możliwości odchwaszczaniu starych grobów, to zaraz posłałam zdjęcie Młodej. Kurde flak, gdyby tak wszędzie się dało zachować stare groby! W Złotowie się da. Nikt nie niszczy porcelanki żołnierza Grenzschutzu. To historia tej ziemi. Nie widziałam na Śląsku takiej tabliczki. Nie będę wam teraz wykładać historii Krajny, czyli okolic tych ziem, bo od tego macie internety. Napiszę tylko, że Złotów był na pograniczu (po I rozbiorze – pruski, potem niemiecki, od 1945 znowu polski, choć przed wojną granica była wręcz za miedzą). Wszystkie pogranicza są ciekawe, bo są wielokulturowe. To zachowanie pamięci o niemieckości tych ziem jest niesamowite. Widziałam to na tablicach informacyjnych, na których co rusz czytałam o tym co się działo w czasach, gdy urzędowy był język niemiecki. Nie możemy pitolić, że wsio co teraz polskie było przez stulecia piastowskie.

Nad tym grobem trójki dzieci długo stałam, zastanawiając się jaka tragedia się wydarzyła 21 sierpnia 1970 r.

Z katolickiego cmentarza przy kościele św. Rocha poszłam na nekropolię wojenną, na której pochowano poległych w 1945 żołnierzy. Naszych i ruskich. Słońce waliło mi w dekiel, ale przeszłam każdego. Jakoś tak czułam, że muszę oddać hołd tym dzieciom, które zginęły w okolicach Złotowa. Tym bezimiennym i tym o znanym nazwisku. Tym spod Czerwonej Gwiazdy i tym, co mieli na czapkach orzełka bez korony. Tym, którzy byli wierzący i tym, co Boga mieli w dupie. Tym, których ktoś ochrzcił i tym, którzy zostali obrzezani (również wyznawcom islamu). A przede wszystkim tym, którzy walczyli z nazizmem i których dosięgła kula z dala od domu i rodziny, gdzieś na nieznanej dla nich ziemi. Jak ich wszystkich sfotografowałam, to wróciłam, choć padałam z hycu, do Żydów. Im zostawiłam kamyczki. No i znowu BRAWO dla władz, które dbają o to miejsce i dla złotowian, że szanują. Szacun!

Od wojennego poszłam pod lapidarium ewangelickie. Pięknie! „Ku czci naszym przodkom”.

Padając na pysk, a mineralki mi się już skończyły, wróciłam jeszcze na cmentarz katolicki. Czekałam już na sygnał Płoszaja, że skończył turniej. Godzinę dreptałam między grobami, zapominając, że należę do osób, na które wlezie każdy kleszcz. Co tam borelioza, jak już się ją ma. Najwyżej mnie jakiś dziabnie po raz n-ty. Byłam w siódmym niebie.

Jak już kompletnie wsio obeszłam do wlazłam do auta, które wiele godzin przedtem zaparkowałam w pobliżu i zaczęłam sobie czytać kupioną książkę o miejscowych Żydach. Gdy przylazł zaskacony po kokardy Płoszaj, powiedziałam mu tylko tyle: Miałeś rację. To miasto jest cudowne. Obiad zjedliśmy w uroczej restauracji „Promenada”. Wróciliśmy do Kujanek, zatrzymując się po drodze przy pomniku poległych w styczniu 1945 r.

To nie koniec. Następnego dnia Płoszaj miał znowu turniej. Zawiozłam i wróciłam do letniskowego domku, by w cudownych okolicznościach przyrody nabrać sił przed złotowskim niedzielnym popołudniem.

Obiecałam mężowi, że resztę miasta zwiedzimy wspólnie po jego turnieju. Mała przekąska znowu na promenadzie i kolejne zachwyty. Jeleń, zegar słoneczny, niesamowite obramowania ścieżek (kocham tego, kto wymyślił, by tak pięknie pomalować kamyki), ptactwo (choć nie przepadam na dziobatymi) no i skansen „Zagroda Krajeńska”. Od razu capnął nas pan pasjonat. Trzy godziny słuchałam o chacie krajeńskiej, cepach, narzędziach, kronice gości, wieszakach (i żydowskich), bryczkach, historii Złotowa i wszystkim o co zapytałam. BRAWO! Tacy ludzie tworzą klimat takich miejsc.

Potem se z Płoszajem podreptaliśmy w kierunku Starego Miasta, zachwycając się po drodze kolejnymi tablicami informacyjnymi (ta przedstawiająca zamek – genialna), ławeczkami dla kobiet karmiących, płotami zasłaniającymi kubły na śmieci i tą niesamowitą ilością dupnych drzew. Nie jakimiś pitkami sadzonymi w zamian za wycięty starodrzew, a autentycznymi byczymi konarami. Zero „tujozy” i „kostkozy” w tym mieście. BRAWO! Wszędzie liściaste i trawa.

Płoszaj był lekko padnięty, ale nie miał wyjścia. Zaciągnęłam go jeszcze na kirkut w Debrznie, gdzie go komary zjadły, bo się nie wypsikał. Ja, po powrocie do Kujanek zasiadłam do lektury 🙂

I teraz podsumowanie. Złotów „Wielkopolskie Zdroje”, onegdaj Flatow, to małe, osiemnastotysięczne miasto, ale z potencjałem turystycznym równym najważniejszym miastom w Polsce. Turysta, który lubi historię i przyrodę czuje się tu jak w niebie. Tu się dba o każde dziedzictwo. Jest tu jakaś magia, jakiś niesamowity czar, którego nie da się oddać ani przy pomocy słów, ani zdjęć. Tu trzeba przyjechać. BRAWO dla złotowian od Hanyski spod chwałowickiej hałdy. Chapeau bas! Może kiedyś tam do Was jeszcze wrócę.