czerwiec 3

Kino „Górnik” a rodzina Leuchterów

W planach mojej gruby, czyli Zabytkowej Kopalni Ignacy, jest w sierpniu spacer dla rybniczan śladami górniczymi w centrum Rybnika. Wstępny zarys mam na razie w głowie. Pewne jest jedynie to, że cała przechadzka zakończy się przy „Juliuszu” – dokładnie naprzeciw dawnego kina „Górnik”. Onegdaj kultowego DKF’u. Kultowego nie tylko dla mnie. To tam, jako młoda dziewczyna patrzałam z zapartym tchem na „Lot nad kukułczym gniazdem”, to tam pół mojej klasy sikało ze śmiechu, gdy spytałam dlaczego podniósł się stół na jednym z filmów Mela Brooksa*, to tam, jako dziecko zakochałam się w Kirku Douglasie jako Spartakusie, a później w Paulu Newmanie (ten szelmowski uśmiech w „Żądle”!) i to przez to miejsce zawsze bałam się Indian.
Niewielu wie, że dawne kino „Górnik” przy ul. Miejskiej, przed wojną było w rękach żydowskich. Oczywiście nosiło wtedy inną nazwę. Na pewno do września 1938 roku, gdyż wtedy to ukazało się w prasie ogłoszenie informujące, iż „Kino żydowskie przechodzi w ręce Polaka” i zmienia nazwę z „Wanda” na „Świt”. No i w ogóle na pewno to ucieszy społeczeństwo. Widziałam, że kino było w posiadaniu żydowskiej rodziny Leuchterów, ale to była jedyna informacja, którą miałam zakodowaną w głowie. Od paru dni siedzę wieczorami w sieci i swoich plikach, by ustalić coś więcej. Potwierdzenia, by kino zwało się Wanda nie znalazłam. 

Wiele już wiem, choć jak zwykle nie wszystko. Rodzina Leuchterów mieszkała w Rybniku od końca XVIII w – na pewno byli tu w 1789 r. Czyli pi razy oko, prawie 150 lat byli rybniczanami. Sporo. Przyznam, że nie byłam tego świadoma. Jakoś Leuchterowie nigdy mnie nie zainteresowali. Fabian, niech będzie, że to ten pierwszy – ustalony w papierach z imienia – założyciel rodu, w 1812 r. uzyskał obywatelstwo miasta Rybnika. Potem członkowie rodziny przemieszczali się po okolicy, ale zawsze któryś z nich tu mieszkał. Nawet w rodzie, w połowie XIX w. był lekarz o imieniu Alexander, który swą dysertację pisał o zakaźnej chorobie, czyli grypie. W naszych czasach może inny wirus by go zaciekawił. Młodo mu się zmarło niestety.

Pod koniec XIX w. najważniejszym z Leuchterów został Eugen, syn kolejnego Fabiana (nie założyciela). Sam Eugen był z urodzenia gliwiczaninem, ale już jego brat – następny Alexander (nie lekarz) urodził się w 1866 w Rybniku. I obaj bracia działali w naszym, już wówczas powiatowym, mieście. Czym zajmował się Alexander do lat międzywojennych, niestety nie wiem. Ciut starszy Eugen był bardziej zaangażowany społecznie i politycznie, stąd też więcej informacji o nim można znaleźć. Tu muszę wspomnieć, że oprócz braci były jeszcze siostry: Eva, Ernestine, Dorothea i parę innych. Rodzina musiała być w sumie mało żydowska, gdyż jedna z sióstr poślubiła katolika. Eugen prowadził firmę, którą prawdopodobnie przejął po ojcu i, jak to było w zwyczaju, firmował imieniem taty – Fabiana.

Handlował czym się dało. Ale przede wszystkim był syndykiem masy upadłościowej różnych firm.

Żonę sobie znalazł w Nysie. Martha, z domu Brieger, urodziła mu dwoje dzieci – Fritza w 1893 r. oraz Ruth Rose w 1897 roku.

Jako potomek niemieckich Żydów, którzy w tym mieście mieszkali od stu lat, czuł się odpowiedzialny za miasto i działał na jego rzecz jako radny od 1900 do 1911 roku. Był jednym z tych, którym zawdzięczamy system wodociągów miejskich. Do wybuchu I wojny był w kolegium magistrackim. Niestety, ta wojna zabrała mu jedynego syna. Dwudziestodwulatek Fritz Leuchter zginął jako podoficer II kompanii maszynowej 75. pułku piechoty w marcu 1917 r. Na akcie zgonu, wypisanym w rybnickim urzędzie stanu cywilnego w czerwcu 1917 r., nazwisko ojca pomylono, ale za to napisano, że był „kupcem i posiedzicielem dóbr rycerskich”. O jakie dobra chodziło? Nie mam bladego pojęcia. Od razu wyjaśniam, że to kopia oryginalnego, niemieckiego aktu, którą sporządzono już po 1922 r. 

Rok od śmierci Fritza, tj. 18 marca 1918 r., do tego samego urzędu, udał się Alexander Leuchter – brat Eugena. Poszedł tam, by przed urzędnikiem oświadczyć, iż jego starszy brat zmarł tego dnia przed południem, w wieku 59 lat. Martha ledwo co opłakała śmierć syna, a już musiała załatwiać pogrzeb męża. I tu dochodzimy do wyjątkowo ciekawej rzeczy. Otóż z klepsydry, która ukazała się w Schlesische Zeitung wynika, iż ciało Eugena wyjechało za dwa dni z Rybnika koleją do Zittau (pol. Żytawa) Tam, lub w którymś z okolicznych miast, zostało skremowane, gdyż taką informację podały wdowa oraz córka Rosa. Dziś, by dostać się do Zittau wystarczą niecałe 4 godziny autostradą – dzieli nas odległość około 370 km. Wtedy, pociągiem, to była daleka wyprawa, przez Breslau.

Dlaczego tam? Dlaczego kremacja? Dlaczego nie pochowano go w Rybniku?
By rozwiązać tą zagadkę zaczęłam szukać informacji o Żydach z Zittau. Parę lat temu byłam w tym pięknym mieście totalnie przez przypadek. Nawet dotarłam tam na cmentarz żydowski, po uprzednim dogadywaniu się po niemiecku z recepcjonistką w kilkugwiazdkowym hotelu. Niestety, nie znała angielskiego 🙂 Za to moje „szprechanie” okazało na tyle zrozumiałe, że skumała o co pytam i nakreśliła mi drogę dojazdu.

Teraz, w Internetach natrafiłam na strony o miejscowej społeczności żydowskiej, które prowadzą pasjonaci oraz fachowcy z okolic Zittau: ➡ https://www.mazewa.eu/polski/

➡ http://hillerschevilla.de/netzwerkstatt-blog/juedischer-friedhof/mazewa/

Opisałam historię i wysłałam do Zittau. I? I odpisano mi prawie od razu. Zarówno poprzez Fb jak i mailowo. W polskim Internecie to można czekać na odpowiedź do usranej śmierci. A w Niemczech pełna mobilizacja. Zaangażowało się nawet lokalne archiwum. Niestety, żadnych informacji o Eugenie Leuchterze, wywiezionym z Rybnika do Zittau, nie znaleziono. Ale dzięki wspólnemu przeanalizowaniu faktów, doszliśmy do wniosku, że Eugen, jako bardzo zeświecczony Żyd, mógł sobie życzyć kremacji. Na Śląsku to nie wchodziło w rachubę, więc spalono go tam, gdzie to było możliwe. I stąd ta ostatnia podróż. Niestety nie wiem, gdzie spoczęły jego prochy.

Zanim jednak trumna ze zwłokami wyjechała pociągiem, władze miasta, w osobach burmistrza dr. Hansa Lukaschka (przy okazji poczytajcie o nim – ciekawa postać) oraz przewodniczącego rady miasta dr. Hansratha wspomniały Eugena Leuchtera słowami: „Zawsze poświęcał się dla wspólnego dobra i pozostanie z nami w honorowej pamięci.”

Wdowa opuściła nasze miasto i zamieszkała, wraz z córką, w Breslau przy Schillerstrasse 28. W tej samej kamienicy mieszkał krajan, urodzony w Rybniku, Dagobert Bohm. 

Niestety, obie panie nie przeżyły II wojny. Mającą 79 lat, żonę byłego rybnickiego radnego, wywieziono do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt i zamordowano po kilku miesiącach – w grudniu 1942 r. Gdzie deportowano, nigdy niezamężną Rosę, która chyba poświęciła się dla mamy i nie usamodzielniła, tego nie wiadomo.
No i teraz na pewno kombinujecie, co ta historia ma wspólnego z kinem „Górnik”? Ha! Tak już mam, że zawsze rozwijam, a potem cienką nitką spinam różne wątki. Otóż, po śmierci radnego Eugena, po wyjeździe jego córki oraz wdowy po nim, w naszym mieście nadal pozostał brat – Alexander Leuchter.
Prawdopodobnie wtedy mieszkał w kamienicy rodziny Aronade przy Zamkowej 2, bo tam lokują siedzibę firmy książki adresowe. Firma nadal oficjalnie nosiła nazwę „F. Leuchter”. Też imał się różnych biznesów i trwał. Doczekał plebiscytu, zagłosował, ale nie wyjechał, choć na pewno był i czuł się Niemcem. Miał 56 lat, gdy nastała Polska. Zaadoptował się do nowych warunków. Sześć lat po śmierci brata, ponownie musiał pójść do urzędu stanu cywilnego. Tym razem, by zgłosić śmierć wiekowej mamy Huldy. Jak widzicie akt zgonu sporządzono już w języku polskim, a zgłaszającemu urzędnik zamienił w imieniu „x” na „k”, choć sam Leuchter podpisał się „Alexander”.

I wreszcie możemy dojść do kina! Alexander bowiem był tym, w którego posiadaniu było późniejsze kino „Górnik”. Brat dawnego radnego, od początku lat 20-tych, umilał rybniczanom wolny czas i zamawiał najnowsze dzieła polskiej i światowej kinematografii do swojego teatru świetlnego „Pałac” przy ulicy Dworcowej, wnet przemianowanej na Grażyńskiego.

Jak napisała Sheila Skaff w książce pt. “The Law of the Looking Glass: Cinema in Poland, 1896–1939”: „Mimo głosowania w plebiscycie za Niemcami, Aleksy Leuchter, właściciel kina „Pałac” był lojalnym obywatelem polskim”. Coś było na rzeczy, gdyż Leuchter podpadł niemieckiemu redaktorowi Arturowi Trukhardtowi, gdy puścił film o Verdun. Gazeta „Górnoślązak” w 1928 r. informowała: „Właściciel kina pan Leuchter dobrze zrobił, że wyświetlił film „Verdun“, przez co wielu zbałamuconym landsmanom Trunkhardta – jego czytelnikom — otworzył oczy, zwłaszcza tym młodym, którzy pod „Verdunem“ nie byli. Toć każdy uczestnik wojny światowej sam był świadkiem, jak niemieccy żołnierze dźwigali ręce do góry i poddawali się Francuzom lub Anglikom, co ich zresztą nie hańbi.” A może motywacją Aleksandra Leuchtera była chęć pokazania okropności wojny, na której zginął jego bratanek? Trunkhardt być może żydowskiego właściciela kina i krytykował, ale na pewno z przyjemnością brał od niego kasę za reklamy w swym Katholische Volkszeitung. Z drugiej jednak strony, aż tak propolski Aleksy też nie był. Razem bowiem z Truknhardtem złamali wówczas obowiązujące prawo i zatrudniali bezrobotnych Niemców. W kinie akurat chodziło o niemieckiego kasjera.

Nic nie wiem o najbliższej rodzinie Aleksandra. Czas leciał, przeprowadził się w latach 30-tych na ulicę Piasta, zestarzał i chyba zdecydował o sprzedaniu kina. Może myślał o wyjeździe z Rybnika? W prasie ukazało się ogłoszenie o zamiarze wynajęcia kina.

Do zmiany właściciela i nazwy doszło jesienią 1938 r. Antysemicki „Narodowiec” pluł się z radości, publikując z ochotą nowy repertuar kina Świt.

W 1938 r. urywają się wszystkie ślady po Aleksandrze. Miał wówczas 72 lata. Czy któryś z mężczyzn stojących przed kinem to może być on? Raczej wątpię.

Gdy po wojnie, w kinie „Górnik” zakładano Dyskusyjny Klub Filmowy, ulica nazywała się Zawadzkiego. I to tam, na czerwonych, tapicerowanych fotelach nauczyłam się miłości do X muzy, którą na pewno też kochał Aleksander Leuchter. Dziś w tym miejscu można kupić wykładziny. Przed wojną oraz po niej, latała tam młodzież „na film”, bądź „do kina” 😆

Może kiedyś uda mi się ustalić dalsze losy Alexandra oraz to, gdzie złożono prochy radnego Eugena. Kto wie… 

*Jeszcze na końcu wyjaśnienie dotyczące Mela Brooksa i filmu „Nieme kino”. Przy świńskich dowcipach niewiele kumałam w młodości (to mi zostało do teraz), więc nie zrozumiałam dlaczego na widok roznegliżowanej laski, stół przy którym siedziało iluś tam mężczyzn nagle się podniósł. Przyjaciele z liceum mi zawsze mówili: „Za rok ci wytłumaczymy.” Byłam o ten rok od nich młodsza 😆

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Opublikowano 3 czerwca 2021 przez Małgorzata Płoszaj in category "Judaika