14 grudnia 2023

Wdowa Schindler

Klara Schindler od jakiegoś czasu całkiem sama musiała się zajmować zarówno restauracją jak i tą ogromną kamienicą. Kiedyś tutejsi nazwą ją „plebiscytową”, ale o tym Klara jeszcze nie wiedziała, bo był 1914 r. i całe jej życie toczyło się wokół chorego męża, dwóch córek, no i interesów, które miała głowie. W połowie roku do miasta dotarła informacja, że zaczęła się wojna, którą za kilka lat ludzie będą nazywać Wielką, ale jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy, gdyż bardziej ich interesowały problemy lokalne i nie mieli pojęcia o okopach czy przyszłym rozpadzie niemieckiego mocarstwa. Na pogrzeb brata Leopolda Klara nie pojechała, bo tu, w Rybniku, były ważniejsze sprawy.

10 września 1914 r. czuwała przy odchodzącym mężu i choć była przygotowana na jego śmierć, to mimo wszystko ją to zaskoczyło. Był szabat. Zamknęła mu oczy, zasłoniła lustra i wylała wodę z wszystkich naczyń, a śląską służącą posłała z wiadomością do Phillipa Weissa. Następnego dnia Weiss poszedł do urzędu, by zgłosić śmierć Paula Schindlera, restauratora, urodzonego w Zabrzu, zamieszkałego ostatnio przy Kirchplatzu w Rybniku, a w „Rybniker Kreisblatt” ukazał się nekrolog informujący o zgonie oraz pogrzebie o 3 po południu tego samego dnia.

Choć na pogrzeb nie dotarli krewni z daleka, to żałobników było naprawdę wielu. Brat Siegfried z całą rodziną, zarząd i reprezentanci gminy żydowskiej, Eugen Weissmann, który od kilku lat najmował w Schindlerowej kamienicy sklep, wielu klientów Gasthausu, no i one: wdowa Klara z córkami Erną oraz Margarethą. Stojąc na cmentarzu Klara cały czas rozmyślała co teraz zrobi w tym mieście, z którym nie była zbytnio związana. Pochodziła z okolic miasta Sagan, dziś zwanego Żaganiem, a ślub z Paulem brała w mieście Breslau, czyli była związana z krainą, którą jeden poczytny pisarz po 109 latach nazwie „Odrzanią”. To za mężem przyjechała do Oberschlesien i choć mieszkała tu już kilka lat, to jednak nadal czuła się obco. Po narodzinach córek w Breslau przyjechali najpierw do Kattowitz, a potem za namową swego brata Siegfrieda, Paul kupił od Danzingera tę wielką kamienicę przy katolickim kościele.

I teraz ona została z wszystkim sama. Obie córki należało wnet wydać za mąż, w końcu Erna miała 24, a Margarethe 22 lata. Jedna krnąbrna i przebojowa, a druga zahukana i nieśmiała. Jeszcze w czasie pogrzebu uznała, że musi się zwrócić o pomoc do szwagra. Może on pomoże jej znaleźć właściwych kandydatów na mężów dla córek. To Siegfried mieszka w tym małym mieście od tylu lat, prowadzi modny sklep na Ringu, więc na pewno zna więcej ludzi niż ona.

Klara starała się prowadzić Gasthaus po mężu, co jakoś jej się udawało, bowiem pochodziła z rodziny karczmarzy. Ciągle jednak borykała się z zaległymi czynszami od tych, którym wynajmowała mieszkania i sklepy i nawet nie zauważyła, że w międzyczasie kończyła się wojna i nadchodziły nowe czasy. Choć polityka jej nie interesowała, to w swojej restauracji słuchała o czym coraz głośniej i dość otwarcie gadano.

Nadszedł 1919 r. Skończyła 60 lat i czuła, że nie ma już tylu sił, by zajmować się tak wielkim majątkiem. Pewnego wieczoru siadła z córkami, by im oznajmić, że być może trzeba będzie to wszystko sprzedać, ale informacja, którą znienacka przekazała jej starsza Erna spowodowała, że sprawy kamienicy nagle stały się nieważne. Klara aż pobladła, gdy usłyszała, że Erna zamierza wyjść za mąż za katolika. – Co by ojciec powiedział? Paul Schindler od sześciu lat spoczywał na cmentarzu, więc nie mógł zaprotestować. Erna postawiła na swoim i jeszcze tego samego roku jesienią, zawarła ślub z Alfonsem Reinschem. By podniesć rangę tego wydarzenia, na uroczystość wdowa zaprosiła aż z Hamburga swego brata Theodora Borowera. Śląsk nie był mu obcy, gdyż przez jakiś czas prowadził interesy w Zabrzu. Przystał na propozycję by zostać świadkiem wraz z ojcem pana młodego.

Druga córka, nieśmiała Margarethe nadal była sama i taką miała pozostać aż do momentu, gdy została wsadzona 13 kwietnia 1942 r. do bydlęcego wagonu i wywieziona do getta w Izbicy. Ale o jakiejś Izbicy w momencie ślubu Erny nikt nie słyszał. Za to słuchano i rozprawiano o Wersalu i traktacie na mocy którego do Rybnika zawitali żołnierze w różnych mundurach. Jakieś komitety, plebiscyty, komisje i manifestacje zajmowały teraz klientów Gasthausu wdowy Schindler.

Zięć okazał się porządnym Niemcem, który zgadzał się z teściową i wujkiem Siegfriedem z Ringu, że prawdopodobnie trzeba będzie wyjechać, bo nie wiadomo co tu będzie się dalej dziać. Przez zawirowania polityczne interesy szły coraz gorzej. Kamienica generowała koszty i w dużej części była pusta. Inflacja coraz bardziej przyspieszała i Klara wiedziała, że trudno jej będzie znaleźć kupca za dobrą cenę, a tu jeszcze miała się powiększyć rodzina, więc należało się spieszyć z podjęciem decyzji.

Jedyny, ale wtedy Klara jeszcze tego nie wiedziała, wnuk urodził się przy Kirchplatzu pod koniec stycznia 1921 r. Dano mu na pierwsze imię Horst, a na drugie Paul pod błogosławionej pamięci żydowskim dziadku. Krótko przedtem teściowa i zięć ustalili, iż bez względu na to, że są Niemcami to wynajmą jeden lokal polskiej gazecie. I tak w Schindlerowej kamienicy można było nabyć Gazetę Rybnicką – współorgan „Sztandaru Polskiego” oraz satyrycznego „Kocyndra”.

Niedługo zaś potem wspólnie wyrazili zgodę na to, by w kamienicy należącej do nich – niemieckich Żydówek: Klary Schindler i jej córek, miał siedzibę Polski Komitet Plebiscytowy. W kamienicy rybniczanie widywali teraz dr. Białego, dr. Różańskiego, czy innych polskich działaczy zaangażowanych w zbliżający się plebiscyt. Księgarz Basista miał kilka kroków do siedziby komitetu i w tym gorącym okresie bywał tam częściej niż w domu. Tak samo zresztą jak Emil Winkler z Ligoty. Klara Schindler oraz jej zięć Alfons Reinsch szukali na gwałt potencjalnego kupca na ten ogromny budynek, choć zdawali sobie sprawę z tego, że nie oni jedni starali się pozbyć majątku w mieście, o które walczyły, choć na razie jedynie głosując, dwie strony. 

Gdy wybuchło III powstanie Klara z balkonu patrzała na uzbrojonych Ślązaków ustawiających się przed willą Haasów. Wnet do kamienicy dotarła wiadomość o zamordowaniu młodego Rudolfa Haasego za angażowanie się po stronie niemieckiej. Byli prawie sąsiadami. I gdy wydawało się, że już nie uda się sprzedać tego kamienicznego kolosa, zięć jednego dnia przyniósł dobrą nowinę. Ten Winkler, który tu bywał, a potem latał z bronią ponoć pytał o cenę. Klara nie negocjowała warunków z niedawnym powstańcem. Przystała na jego wszystkie warunki i w sierpniu 1921 r. „Sztandar Polski” poinformował: „Drogą kupna przeszedł dom wdowy pani Szindler, w którym znajdują się dwa wyszynki i dawniejszy podkom. plebiscytowy, na własność pana Emila Winklera z Ligoty za sumę 400.000 marek.”

Przez jakiś czas jeszcze Emil Winkler w prasie podpierał się nazwiskiem poprzedniej właścicielki informując o jakichś wydarzeniach. Niestety, tak jak i Paul Schindler, Winkler zmarł za szybko, w wieku 46 lat, co stało się w 1931 r., a sprawami kamienicy, sklepów i restauracją musiała zajmować się kolejna wdowa. W tych początkach lat trzydziestych nikt jeszcze nie wiedział, że we wrześniu 1939 r. następna wdowa w tej kamienicy będzie opłakiwać śmierć swego męża. No bo wtedy córka Emila – Elżbieta Winkler jeszcze nie myślała, że przyjdzie jej się zakochać w kapitanie wojska polskiego Janie Kotuczu, który zanim zginie 6 września 1939 r. zawoła: „Niech żyje Polska! Tak umiera polski oficer!”.

Na koniec muszę napisać jakie były dalsze losy Klary Schindler, jej córek, zięcia i wnuka. Wszyscy wyjechali z Rybnika do niezwykłej miejscowości w Karkonoszach. Wtedy ani Klara ani jej rodzina nie przypuszczali, że ówczesne Krummhübel zostanie kiedyś nazwane Karpaczem. Wdowa Schindler zmarła pod pokrytymi śniegiem górami w lutym 1925 r.

Osobą, która poinformowała urząd o jej śmierci był katolicki zięć z Rybnika. Zapewne też on organizował pogrzeb i pochówek w Jeleniej Górze, gdyż to do tej gminy żydowskiej oficjalnie należały i matka i córki. W wykazach obie córki figurowały jako bezwyznaniowe Żydówki. Alfons Reinsch początkowo prowadził interesy w Karpaczu wraz z teściową, bo to zapewne ona dała marki na otwarcie sklepu z pamiątkami i artykułami tytoniowymi. Zachowane powojenne dokumenty Erny wskazują na to, że przed 1945 r. została wdową, a mieszane małżeństwo zawarte w naszym mieście, a może i siła charakteru pozwoliły jej przeżyć czasy Hitlera. Co prawda była aresztowana przez Gestapo w 1942 r. ale po dwóch tygodniach ją wypuszczono. W 1944 r. opuściła Krummhübel, gdyż groziło jej kolejne aresztowanie. W 1946 r. mieszkała już w Bawarii starając się o wyjazd do Palestyny. Urodzony w plebiscytowej kamienicy w Rybniku jej syn Horst Reinsch również przeżył. Jedynie nieśmiała Margarethe została zgładzona na terenie okupowanej Polski.

Równo 50 lat po śmierci Paula Schindlera, w 1964 r. na kamienicy, w której zmarł, a którą wdowa po nim wynajęła zaangażowanym w przyłączenie Rybnika do Polski, zamocowano pamiątkową tablicę. Rybniczanie nazwali ją „plebiscytową” łącząc to miejsce z walką o polskość tego miasta i zasłużoną rodziną Winklerów. Chyba niewielu wiedziało, że w tamtym czasie była to własność niemieckiej Żydówki, która z polskością miała tyle wspólnego ile ja z chińskim mandarynem.  

Obecnie, kamienica jest remontowana i być może wnet zobaczymy ją tak samo piękną, jak wtedy gdy wprowadzał się do niej około 120 lat temu Paul Schindler ze swoją Klarą.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Wdowa Schindler została wyłączona
4 września 2023

Tajemnice stuletniej kartki

Zapewne niektórzy rybniczanie pamiętają, że nasze miasto odwiedziła w maju prof. Miriam Glucksmann, córka urodzonego w 1904 r. tutaj, późniejszego wybitnego brytyjskiego embriologa Alfreda Glücksmanna. Jej ojciec, jako nastolatek pasjonował się fotografią i opuszczając Niemcy po dojściu do władzy Hitlera w 1933 r., zabrał ze sobą kopertę z około setką zdjęć – w większości zrobionych w Rybniku w latach 1919-1922.
Miriam niektóre z tych fotografii przywiozła, by je pokazać zarówno mi jak i uczestnikom spotkania zorganizowanego w bibliotece przy okazji wystawy pt. „Z rodzinnego albumu”. Byłam przekonana, że widziałam już wszystkie zdjęcia jej ojca, gdyż sukcesywnie je dostawałam w wersji elektronicznej. Jakież było moje zdumienie, gdy zobaczyłam nowe, kompletnie mi nieznane, przedstawiające zarówno Rybnik jak i istotne dla miasta wydarzenia.
Wśród zdjęć była też jedna karta pocztowa wysłana z Rybnika w kwietniu 1923 r. do uczącego się wtedy we Wrocławiu Glücksmanna.

Niestety, nie znam języka niemieckiego, więc jedyne co zdołałam wywnioskować to to, że nadawca pisze o Rybniku, który jest piękny gdy nie ma w nim Thei Priester. Początkowo myślałam, że nadawcą jest Fritz Aronade, czyli najbliższy przyjaciel Alfreda, który jeszcze w 1921 r. był chłopakiem Thei i jako odtrącony przez dziewczynę jej adorator z sarkazmem mógł przyznawać, że lepiej jest w mieście, gdy wyjechała. Kartka nie dawała mi spokoju i wiedziałam, że musi się znaleźć ktoś, kto odcyfruje te bazgroły, bym miała choćby coś, czego mogę się uczepić. Wiem, że to może wydawać się śmieszne, bo cokolwiek na niej napisane dziś nie ma najmniejszego znaczenia. To zwykła korespondencja dwóch osób, od której nie zależały losy świata. Jednak od lat, jak mam taki mus, to do końca drążę i staram się nie odpuszczać. Tak było i w przypadku tej kartki, na odwrocie której jest leśna polana opisana odręcznym pismem jako „Rudawald”, czyli „Las Ruda”. Do dziś po nim się przechadzają rybniczanie i jeżdżą na rowerach rowerzyści.

Zakładałam, że to kartka zrobiona ze zdjęcia, wykonanego przez nadawcę, bo taka wtedy panowała moda. W pomoc w rozszyfrowaniu niemieckich bazgrołów zaangażowali się moi bliżsi i dalsi znajomi z Facebooka. Po kilku dniach poznałam treść i dowiedziałam się, że nadawcą jest tajemniczy Herbert, który prawdopodobnie był kolejnym zranionym przez flirciarę Theę młodzieńcem, Niemcem, nadal mieszkającym w polskim już Rybniku. W tłumaczeniu pomogła znajoma z Warmii.
W międzyczasie przyglądałam się zdjęciom zrobionym przez Alfreda, z których wiele przedstawia przyrodę i kombinowałam kto, jak i on, mógł tak samo patrzeć na drzewa i uznać, że to może być interesujący obraz, by wysłać go do uczącego się w Breslau kolegi. Tu należy dodać, że Alfred fotografował zieleń, architekturę, swoich przyjaciół, istotne wydarzenia polityczno-społeczne (np. przyjeżdżających na plebiscyt w 1921 r. na rybnickim dworu, czy manifestacje i wiece na tutejszym Rynku). Dokumentował też, choć wtedy na pewno nie myślał, że 100 lat później, ktoś będzie analizować jego fotografie jako dokumenty, zwykłe spacery w okolicach Rybnika, ale i powstańców czy wojska rozjemcze stacjonujące na Górnym Śląsku. Chyba fascynował się tzw. techniką silhouette, polegającą na niedoświetlaniu sylwetki tematu głównego – w jego przypadku osób. Wiele z fotografii zostało wykonanych właśnie w ten sposób. Tak sfotografował swojego przyjaciela Fritza Aronade, czy własną siostrę Ilse z Theą Priester.

Tej techniki musiał go nauczyć profesjonalista. Ktoś musiał pokazać temu nastolatkowi jak obsługiwać aparat fotograficzny, który w tamtych czasach niewątpliwie kosztował fortunę. Po jakiś czasie, już jako student medycyny, zamienił ten przyrząd optyczny na inny – mikroskop.

Z racji tego, że na kilku jego zdjęciach widać kamienicę, w której miał swoje atelier ówczesny mistrz fotografii Otto Schwittay, to od razu uznałam, że to on był tym, który młodego Glücksmanna wdrażał w arkana sztuki fotograficznej. Według historyka Michała Palicy, to Schwittay wybudował potężną kamienicę do dziś stojącą na skrzyżowaniu obecnych ulic Chrobrego (wówczas Gimnazjalnej) i 3 Maja. Wielu z rybniczan zapewne kojarzy ją z drogerii „Sanitas”. Samo atelier mieściło się w przybudówce z prawej strony budynku, która w tamtym czasie od strony ulicy nie miała okien, co było celowym zabiegiem.

Sądzę, że fotograf był też miłośnikiem kwiatów, gdyż przed swoim domem miał przepiękny kieszonkowy skwer z pnączami, różami, agawami i innymi egzotycznymi roślinami. Ten mały tajemniczy ogród musiał zachwycać Alfreda, bowiem zachowało się pięć fotografii tego miejsca, na których widać np. kaktusy w doniczkach.

Starając się czegoś dowiedzieć o właścicielu atelier, którego zdjęcia ze specyficznym logo zapewne nadal walają się w wielu domach, odkryłam, że żona Otto Schwittaya była z domu Opitz, czyli też pochodziła z słynnej rodziny fotografów, którzy mieli wiele filii w dużej ilości miast nie tylko na Śląsku. Zapewne jedna z nich była w Rybniku i to tak do niego trafili państwo Schwittayowie po ślubie zawartym w Katowicach w 1903 r. U nas wybudowali wielką kamienicę i nowoczesne atelier, w którym Otto fotografował śluby, komunie, przyjaciół. Robił pojedyncze portrety jak i całych rodzin (w tym i odwalonych jak na odpust moich pradziadków z synami i córką). Co prawda na tej rodzinnej fotografii nie ma charakterystycznego logo Schwittaya, ale poznaję tło, na którym dostojny pradziadek i skromna, ale z surową miną prababka, zapozowali z resztą mojej śląskiej familii.

Mniej więcej w tym samym czasie (połowa lat 20. XX wieku) do pracowni Schwittaya zawitała grupa żydowskich przyjaciół, z których wielu zostało bohaterami mojej książki „Piękni i młodzi”, choćby wspomniana Thea (wtedy już jako mężatka) czy Fritz Aronade. Ta druga fotografia jest o wiele bardziej frywolna od tej z albumu wujka. Inne stroje, alkohol i papierosy, a przede wszystkim luz. Jest na niej jeden chłopak (drugi z lewej), który od dawna pojawia mi się na różnych zdjęciach jednak nie potrafię go zidentyfikować. Może to ten, o którym zaraz poniżej.

Szukając w sumie sama nie wiedząc czego, nagle wydałam z siebie nagle wrzask radości, gdy znalazłam informację z 1928 r., iż niejaki Herbert Schwittay z ulicy Gimnazjalnej w Rybniku chce sprzedać wypasiony, jak na ówczesne czasy, motocykl! To był mój Herbert z kartki pocztowej!

To syn fotografa, który przejął po jakimś czasie fach po ojcu, informował Alfreda o tym co słychać w Rybniku. Poukładały mi się informacje w głowie, czyli również wspomnienia syna kochliwej Thei Priester, który opisał swoją mamę jako dziewczynę, w której wielu się durzyło, m.in. jakiś fotograf. To Herbert sfotografował „Rudawald”, bo być może był jak ojciec miłośnikiem przyrody. I to Herbert był kolejnym, porzuconym przez wyemancypowaną Theę chłopakiem i zarazem przyjacielem grupki młodzieży żydowskiej.
Herbert Schwittay oraz jego rodzice Otto i Louise opuścili Rybnik w sierpniu 1930 r. i przenieśli się do niemieckiego Opola. Stary Schwittay zmarł w 1935 r., o czym poinformowała z żalem parafia ewangelicka w Rybniku.

Tu muszę dodać, że rodzina Schwittay pochodziła z Warmii, a dokładniej z Nidzicy. Tłumaczenie kartki Herberta też przyszło do mnie z Warmii. Ot, taka ciekawa zbieżność.
Przed II wojną Herbert w Opolu miał serwis fotograficzny (Foto-Dienst Schwittay). Nie znam jego dalszych losów, choć intuicja mi podpowiada, że w 1943 r. był w Wehrmachcie. Wtedy bowiem zmarł w Opolu jego kilkumiesięczny syn, a osobą zgłaszającą zgon była żona. W tym samym roku Friedel (tak nazywali Alfreda Glücksmanna przyjaciele, no i Herbert), czyli jego kolega z rybnickich czasów mieszkał w Cambridge i zajmował się badaniami nad szybkim leczeniem ran żołnierzy brytyjskich. Zaś kokietka Thea w Kanadzie z mężem i synem starali się przystosować do życia jako farmerzy. Czwarty z wymienionych z imienia na kartce tj. Fritz Aronade od września 1939 r. już nie żył.

Treść kartki (tłumaczenie Kornelia Kurowska, Fundacja Borussia, Olsztyn)

Mój drogi Friedlu,
Bardzo Ci dziękuję za pocztówkę i za to, że odezwały się „wyrzuty sumienia”. Już prawie sądziłem, że ja i dla Ciebie już nie istnieję. W Rybniku jest „bardzo ładnie“, zwłaszcza że Thea już wyjechała! Czy już Ci się przedstawiła? Gdybyś miał się z nią teraz spotkać, przekaż jej najserdeczniejsze pozdrowienia. Czy Lenchel (? – Lenka?) jest we Wrocławiu? Chcieliśmy ją odwiedzić w niedzielę w Gliwicach, ale się nie udało. Chciałbym ją znowu zobaczyć. Fritz A. wraca za tydzień! Wybacz, że przesyłam Ci tylko kartkę, ale nie mam więcej czasu, a chciałem Ci przynajmniej odpisać.
Pozdrawia Cię najserdeczniej Twój przyjaciel Herbert

Kim była Lenka (Lenchel) nie ustaliłam. 

Na koniec jeszcze kilka zdjęć rybnickiego mistrza fotografii – Otto Schwittaya. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Tajemnice stuletniej kartki została wyłączona
26 lipca 2023

Rodzina Rosenbaumów

Buchenwald, Bełżec, Auschwitz, whatever, nie spadły z nieba. Te słowa wypowiedziane przez Mariana Turskiego wielu słyszało, ale do niewielu dotarł sens tej wypowiedzi. Jeśli na pikniku rodzinnym jeden starzec definiuje wroga narodu, a słuchające go rodziny biją brawo, to mam pod powiekami scenę z „Kabaretu”. Kto widział ten pamięta młodego nazistę śpiewającego początkowo nostalgiczną piosenkę, która przeradza się w przerażający marsz wojskowy. Ten Buchenwald i to Auschwitz już są nad naszymi głowami. I to dość nisko…


Od kilku dni starałam się coś wydobyć z niewielu dokumentów na temat rybnickiej rodziny Rosenbaumów i cały czas kołatało mi w głowie „Tomorrow belongs to me”.

Wiele lat temu pisałam już o części tej rodziny, gdy znalazłam na stronie Yad Vashem fotografię Charlotty Rosenbaum, urodzonej w Rybniku w 1907 r. Tym razem będzie nie tylko o niej, ale i o reszcie rodziny.


Tak myślę, że gdy fryzjer z Mikołowa, Isidor Rosenbaum żenił się z Friedericke Fleischer, wtedy gogolinianką, już planował przeprowadzkę do Rybnika. Ślub został zawarty w grudniu 1904 r. w Gogolinie, a zaraz w lutym 1905 r. Isidor otwarł polisę ubezpieczeniową w firmie Nordstern, podając miejsce zamieszkania: Rybnik.

Tu przyszły na świat jego dzieci. Najpierw dwie córki: Charlotte w 1907 r., a dwa lata później Erna. Syna, którego rodzice nazwali Georg Wilhelm powitano we wrześniu 1914 r. Zapewne fryzjera zaciągnięto do armii kajzera, z której wrócił cały i zdrowy i dalej golił i strzygł rybniczan. Po zmianach, które zaszły w 1922 r. nie wyjechał z miasta, bo Mikołów z którego pochodził też przypadł Polsce, więc Rosenbaum został w Rybniku. Już w 1923 r. znalazł się na liście „członków gminy izraelickiej uprawnionych do głosowania”. Właśnie przez te zmiany polityczne należało przeprowadzić ponowne wybory do władz gminy, gdyż wielu reprezentantów opuściło miasto i wojewoda wyznaczył komisarza – w osobie burmistrza Webera, który miał być odpowiedzialny, by wszystko przebiegło zgodnie z ustawą o „stosunkach żydowskich” z 1847 r. Tak, tak, nie ma pomyłki w dacie. Choć była tu Polska nadal niejednokrotnie stosowano pruskie prawodawstwo.

Już jako Izydor, Rosenbaum brał udział w tym, i kolejnych, głosowaniach. Przez cały okres międzywojnia odprowadzał stosowne podatki do gminy, niezmiennie podając adres Sobieskiego 5. Wtedy, w tym 1923 r. na liście głosujących znalazł się obok niejakiego Dawida Rozenberga – kramarza. Wnet do Dawida dołączył jego brat Manes, czy też Moniek, ewentualnie Maurycy (imię drugiego Rozenberga różnie podawano). Raczej wątpię, że Izydor Rosenbaum był zadowolony, gdy jego najstarsza córka Charlotte zakochała się w tym przystojnym przybyszu z Będzina. Do ślubu doszło w 1929 r. i panna Rosenbaumówna, jak to napisano na akcie, poślubiła kupca Manesa Rozenberga, syna właściciela domu w Będzinie – Wolfa. Świadków golarz załatwił najprzedniejszych: Marcina Kornbluma oraz Zygfryda Mannaberga. Obaj ze starej gwardii niemieckich Żydów o ugruntowanej pozycji w mieście.

Sam Manes Rozenberg jakoś nie jawi mi się kryształową postacią, ale to tylko moje przeczucie. Zawody zmieniał co chwilę. Raz był kupcem, raz buchalterem czy szewcem, a na jednym dokumencie występował jako agent ubezpieczeniowy. Wraz z żoną początkowo mieszkał przy ul. Reja 9, a po kilku latach para przeniosła się do Izydora, czyli na Sobieskiego 5. Zaraz po ślubie Charlotta, zwana Lotte została wpisana do rejestru handlowego, prowadzonego przez Sąd Grodzki w Rybniku, jako właścicielka składu czekolady i cukierków. Ona, a niej jej mąż. Może przezorny chyba tata wolał, by córka miała swój odrębny i własny interes.

On się trzymał swojego zawodu i raczej żadne afery się go nie imały. No może maleńki skandal, kiedy to rzekomo miał obrażać w jednym sklepie Matkę Boską. Doszło do procesu, mimo że właścicielka sklepu niczego nie potwierdzała, to jednak sprzedawczyni coś tam zeznała (choć czy zgodnie z prawdą?) i uznano to za publiczną obrazę religijną.

W 1932 r. fryzjer owdowiał i został sam z kolejnymi problemami. Najpierw zmarła mała wnuczka, a potem młodsza z córek zaczęła ukradkiem zerkać na pomocnika, którego przyjął do swego zakładu. I znowu to nie był zięć jego marzeń. Izer Szeer z Będzina, syn rzeźnika Icka Berka poślubił Ernę, córkę mistrza fryzjerskiego (tak już podano na akcie) w grudniu 1937 r. Jak poprzednio, tata poprosił na świadka Marcina Kornbluma. Drugim został stary Louis Brauer – sąsiad z Sobieskiego. Izer niewprawnym pismem podpisał się na dokumencie i wszedł do rodziny. Do pisania smykałki nie miał, ale golił wyśmienicie, no i klientki chwaliły go za perfekcyjnie robione trwałe ondulacje.

Trzecie dziecko starego Rosenbauma, czyli syn Georg (Jerzy), uczył się na kupca. Tata zadowolony z jego postępów kupił młodemu mężczyźnie motocykl i po nocach marzył, że może choć on bogato się ożeni. Mimo różnych kłopotów cały czas błogosławił ten moment, że nie zrobił jak inni w 1921 r. i został w Rybniku. Podsłuchiwał w swoim zakładzie plotkującą o polityce klientelę, więc wiedział, co ma miejsce kilkanaście kilometrów za granicą jego miasta. Zresztą sam Kornblum mu opowiadał co się dzieje u brata w Hindenburgu. Pieśń młodych nazistów już była ogłuszającym marszem wojskowym, a nie delikatną piosenką. Wróg był wybrany i wskazany. Zgroza brała Izydora, gdy sobie myślał, że takie rzeczy mogłyby się dziać i tutaj. Coraz mocniej pulsujący w Rybniku antysemityzm uznawał za niegroźny.
W 1938 r. o mało nie dostał zawału, gdy się dowiedział, w co się wplątał zięć Manes Rozenberg. Wszystko mógł zrozumieć, ale przemycanie mąki i powiązania z jakąś szajką, to było za dużo dla szanowanego mistrza fryzjerskiego. Lotte oczywiście broniła męża, który uciekł przed aresztowaniem gdzieś do Zagłębia, ale Izydor swoje czuł. Córka straszyła tatę, że się wyprowadzi z Manesem do Będzina i tyle ją będzie widzieć. Schmuggelbande w Rybniku przy Sobieskiego 5! I to jeszcze w katowickiej prasie! Jak zareagują na to klienci!

W marcu 1939 r. młodsza Erna z radością oświadczyła, że spodziewa się dziecka. Urodzi się w październiku. Przyszły dziadek skończył 61 lat i postanowił, że przekaże swój zakład drugiemu zięciowi, bo miał grajfkę do zawodu.

Nadeszło lato 1939 r. a ja dotarłam do momentu, od którego nie mogę już pozwalać sobie na fantazję i podśmiechujki z tego, że ktoś miał niewrobione pismo lub zmieniał zawody. 1 września niektórzy dawni klienci Izydora Rosenbauma z radością witali wjazd Wehrmachtu do Rybnika. Wozy pancerne mijały zamknięty zakład fryzjerski przy Sobieskiego 5.

Nie wiem co stało się z rybnickim mistrzem sztuki fryzjerskiej Izydorem. A dokładniej: nie wiem gdzie zginął. Zakładam, że obie siostry z mężami wyjechały z Rybnika do Będzina jeszcze przed wybuchem wojny. Czy ojciec pojechał z nimi, czy też jak Marcin Kornblum został wywieziony do Trzebini w maju 1940?

Wiem, że młodsza córka Rosenbauma Erna, żona fryzjera Izera Szeera, 15 października 1939 r. urodziła w Będzinie córeczkę Friedę Sarę. Mam na to pieczątkę na akcie ślubu tej pary. Nie przeżyli, ale porządek w papierach musiał być.

Wiem, że starsza córka Charlotte wraz z mężem Manesem Rozenbergiem była również w getcie w Będzinie. Mam na to dwa zdjęcia zrobione przez Gestapo (obecnie są w zasobach Yad Vashem). Mieszkali na Warpiu. Żadne z nich nie przeżyło.

Fragment z pamiętnika będzińskiej Rutki Laskier (1929-1943): Ludzie mdleli, dzieci płakały, ogólnie mówiąc sądny dzień. Ludzie byli spragnieni, a tu ani na lekarstwo wody, żar był okropny. Potem nagle zaczął padać ulewny deszcz, i tak padało przez cały czas. O 3-ej przyjechał Kuczynski [esesman] i rozpoczęła się segregacja. 1 to powrót, 1a to roboty, co jest stokroć razy gorsze od wysiedlenia, 2 – „do przejrzenia”, a 3 to „wysiedlenie”, czyli śmierć. Wtedy zobaczyłam, co to jest nieszczęście. Myśmy stanęli o 4-tej mama z tatą i braciszkiem poszli na 1 a ja 1a. Szłam jakbym była ogłuszona. Siedział już Salek Goldzweig, Linka Gold, Mania Potocka. Najdziwniejsze było to, żeśmy w ogóle nie płakali, ab-so-lu-tnie, nie uronili ani jednej łzy. Potem napatrzyłam się na tyle nieszczęść, w ogóle tego pióro opisać nie może. Małe dzieci leżały na mokrej od deszczu trawie. Burza szalała nad nami. Policjanci tak okropnie bili i strzelali. 

Najmłodszy z rodziny – Georg też został uznany za wroga. Bo jeden kurdupel sobie przypisał prawo do ustalania kto jest wrogiem. Krótko łudziłam się, że może choć ten z Rosenbaumów zdołał przeżyć. Niestety, najpierw go znalazłam na liście więźniów obozu w Buchenwaldzie, a chwilę potem miałam jego akt zgonu. Nie wiem skąd trafił do Buchenwaldu. Czy najpierw był w Gross Rosen? Czy w innym obozie? Doczekał wyzwolenia, ale zmarł 30 grudnia 1945 r. w szpitalu miejskim w Wiesbaden. Przyczynami były ogólne wycieńczenie, gruźlica jelit i niewydolność krążeniowa. Miał 31 lat. Jego siostry gdy je mordowano miały około 35 lat.

Wtedy w Buchenwaldzie jeszcze jeden rybniczanin był w bardzo złym stanie, gdy wkroczyły wojska Pattona. Na szczęście jemu się udało – jako jedynemu z całej rodziny. Nazywał się Jakub Kuperman. Był moim wielkim przyjacielem i skarbnicą wiedzy o przedwojennym Rybniku. Opowiadał mi co przeszedł w obozach i w jakim był stanie w kwietniu 1945 r., gdy wyzwolono Buchenwald. Jakub odszedł ze świata kilka lat temu, zostawiając po sobie córki, wnuki i prawnuki. Po Rosenbaumach nikt, ani nic nie zostało. Jedynie zapomniane dokumenty w archiwach i parę wzmianek prasowych. Lotta została upamiętniona w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich na wystawie stałej – jako ofiara narodowego nacjonalizmu.

Jeszcze komuś chce się rechotać przy piwie, gdy jakiś starzec czy polski naziol zieje nienawiścią i ustala kto jest wrogiem?

Korzystałam z zasobów Instytutu Yad Vashem, serwisu ancestry.com, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Archiwum Arolsen oraz w Raciborzu.

11 czerwca 2022

Max Richter – krewki budowlaniec i dyrektor browaru

Max szedł za skromną trumną, złożoną na ciągniętym przez dwa czarne konie, karawanie. Nie był na czele konduktu, a wmieszał się w tłum żałobników zaliczających się do znajomych zmarłego. W myślach cały czas analizował co teraz będzie. W zasadzie wiedział, że nagle zmarły bogacz nie sporządził testamentu i cały majątek, który na czas pogrzebu przestał dymić, odziedziczą dalecy krewni nieboszczyka, mieszkający poza Polską. A jak jednak spisał ostatnią wolę? I to wszystko dostanie ona? Na przodzie majaczyła sylwetka młodej kobiety idącej pod pachę z mężem.
Zbliżał się maj i dookoła pachniała zieleń. Gdy kondukt dotarł do cmentarza, Max odczuwał lekki ból w stopach. Jednak to kawał drogi z Zamkowej, a on na tą okazję sprawił sobie nowe buty, które zaczynały go obciskać. Jutro zaraz pójdzie do szewca z reklamacją. Wygarnie mu ile wlezie.
Nowy cmentarz żydowski był ledwo co urządzony i niewiele macew na nim stało. Sam był tym, który przyczynił się do jego powstania, choć przez długi czas był, jak inni, temu przeciwny.

Rabin Kohlberg rozpoczął mowę pogrzebową. Zanosiło się na deszcz i tłum nerwowo przedreptywał, patrząc na nadciągające chmury. Max z ukosa spojrzał na, elegancko ubranego, adwokata, podtrzymującego Bertę. Jeśli browarnik spisał testament, to ten katolik, i w dodatku Polak będzie się teraz szarogęsić i wszystkim zarządzać. Nie może do tego dopuścić! Jutro trzeba zaraz wszystko ustalić. Trumnę spuszczono do wykopanego dołu. Pismaki ze Sztandaru Polskiego też tu przylazły! Niedoczekanie ich. Miał z nimi na pieńku od jakiegoś czasu. Taki majątek nie może przejść w polskie ręce. Max wiedział, że zrobi wszystko, by to w jego rękach znalazł się Herman Müller Brauerei. Tłum odprowadzających ostatniego właściciela rybnickiego browaru – Siegfrieda Müllera, powoli się rozchodził. Wszyscy z parasolami nad głowami starali się jak najszybciej dotrzeć do swoich domów. Jedynie rabin Kohlberg został na cmentarzu dłużej. Podszedł do innego, w miarę świeżego grobu, i po policzkach spłynęły mu łzy. Miałbyś już prawie rok synku – pomyślał. Była niedziela 29 kwietnia 1934 r.

Kilka dni później, w prasie ukazało się ogłoszenie, że mimo nagłego odejścia właściciela, browar działa jak działał.

Max Richter, będzie bohaterem tej opowieści. Nie browarnik, nie rabin Kohlberg, a budowniczy, czy, jak dziś byśmy powiedzieli, właściciel lokalnego przedsiębiorstwa budowlanego, którego ambicje doprowadziły do stanowiska dyrektora rybnickiego browaru, po śmierci ostatniego właściciela. Jest to postać naprawdę tajemnicza. Na podstawie tego co o nim zgromadziłam, mogę powiedzieć, że był apodyktycznym, wybuchowym, niezwykle ambitnym i żądnym władzy człowiekiem. Niewątpliwie majętnym. No i niezwykle skutecznym. Nie był lubiany przez polską władzę oraz prasę. Kapitalista w najgorszej postaci, w dodatku z politycznymi aspiracjami. A przede wszystkim dla większości ówczesnych obywateli miasta – Niemiec, w dodatku Żyd.

Jego prywatne życie jest dla mnie tajemnicą. Nie wiem jak wyglądał, nie wiem, czy miał dzieci, nawet dokładnych losów żony Marii nie mogę ustalić – wiem jedynie, że zginęła w czasie wojny. I choć od lat gromadzę o nim skąpe informacje, to dopiero niedawno ustaliłam, że urodził się w Hohenlohehütte (obecnie Wełnowiec, dzielnica Katowic) w 1882 r. jako syn kupca Jakoba i Rosalie. Gdy szedł w kondukcie, kombinując, czy pasierbica zmarłego – Berta, oraz jej polski mąż, mogą zostać właścicielami majątku po Müllerze, miał 52 lata. Na tamte czasy starszy człowiek, na dzisiejsze – mężczyzna w kwiecie wieku.
Richter mieszkał przy ul. Hallera 26 i tam oficjalnie mieściła się jego firma w latach 30-tych. W Rybniku pojawił się jeszcze przed 1920 r. Jego Baugeschäft miał początkowo adres przy Placu Zamkowym, po jakimś czasie przy Promenadenstrasse (dziś 3 Maja).

Do końca lat 30-tych Polacy mu pamiętali, że w trakcie plebiscytu zajadle bronił niemieckości tych terenów i przy każdej okazji, prasa podkreślała, że jest „niemieckim żydkiem”. Nie należał do tej grupy niemieckich Żydów, którzy zostając w mieście, zaakceptowali warunki podziału Śląska, więc jawnie uczestniczył w zebraniach mniejszości niemieckiej, nie kryjąc się ze swoimi poglądami.

Gdy na początku 1930 r. reprezentanci gminy ponownie wybrali go do zarządu, w polskich władzach, zawrzało. Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach początkowo odmówił zatwierdzenia tego wyboru i zażądał od władz miasta, stosowych wyjaśnień. Richter, który miał dupę pełną ambicji, wybór przyjął, choć oficjalnie zarząd nie był zatwierdzony przez polskie władze administracyjne.

Prawie przez rok urzędnicy zajmowali się budowlańcem, który, jak to napisano: „(…) bierze oficjalnie udział, tak w sprawie obrony mniejszości żydowskiej, jak i niemieckiej (…)”. Starosta Wyglenda informował władze zwierzchnie, że gmina żydowska starała się nakłonić Richtera do rezygnacji, na co ten się nie zgodził. Chodził na zebrania przełożeństwa gminy i wraz z Alfredem Aronade oraz Martinem Kornblumem, decydował o sprawach członków gminy, jak choćby o zatrudnieniu rabina Zygmunta Kohlberga, czy o odwołaniu się od decyzji zamknięcia przez miasto starego cmentarza żydowskiego.

W październiku 1930 r. władze wojewódzkie nadal wątpiły w jego lojalność w stosunku do państwa polskiego. Ostatecznie go zatwierdzono i m.in. Richter był tym, który skonstruował nowy statut gminy. Był też osobą, która doszła do porozumienia z miastem w sprawie urządzenia nowego cmentarza przy ul. Rudzkiej. Tu wyczuwam interes, który Richter sobie równocześnie załatwił, gdyż do tego miejsca należało doprowadzić wodociąg oraz wybudować, choćby prowizoryczny, dom przedpogrzebowy. Że taki powstał, świadczy mapa z czasów wojny, na której widać niewielki budynek na terenie nowego cmentarza żydowskiego (obecnie cmentarz czerwonoarmistów).
Właśnie na ten cmentarz odprowadzał zmarłego Siegfrieda Müllera, ostatniego właściciela browaru rybnickiego. Jak napisała lokalna prasa, zwykle nieprzychylna Żydom, miasto straciło zacnego obywatela, który w przeciwieństwie do Maxa Richtera, obowiązki w stosunku do państwa polskiego, wypełniał wzorowo.

Müller nie miał własnych dzieci, a jedynie pasierbicę z pierwszego małżeństwa, jego zmarłej wcześniej żony (ewangeliczki). Dla Richtera było oczywistym, że masą spadkową nie mogą zarządzać prawni spadkobiercy, których jak wyliczono było 109. Tak, tak, aż tylu. Chyba nikt z nich nie mieszkał w Rybniku. Koniecznym było wyznaczenie kuratora, potem założenie spółki no i zatrudnienie dyrektora tego największego przedsiębiorstwa w Rybniku. Max znał się nie tylko na budowlance, gdyż już pod koniec lat 20-tych zasiadał w Radzie Nadzorczej „Fr. Mikeska, Górnośląski Przemysł Spirytusowy, Spółka Akcyjna w Rybniku”. Zapomniałam dodać, że był też przez jakiś czas miejskim radnym, z ramienia frakcji niemieckiej. Wybrano go kuratorem majątku po Müllerze, krótko potem władze sądowe go wymieniły, ale za jakiś czas znowu, ponownie pełnił tą funkcję.

Po zakończonym postępowaniu spadkowym, które jak się mogę domyślać, było dość skomplikowane i długie, zadecydowano o założeniu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Pojęcia nie mam kim byli Rudolf i Stefanie Behr, którzy łącznie mieli aż 200 udziałów, czyli najwięcej. Daleki kuzyn zmarłego, Emil Prager, którego imię i nazwisko jeszcze w czasie wojny było używane, gdy mówiono o domu handlowym na Rynku (dziś drogeria Hebe) miał 30 udziałów. A np. jakiś Erwin Danziger tylko jeden, co stanowiło 1/2160 część spadku.

Richter został dyrektorem przedsiębiorstwa, które nadal warzyło rybnickie piwo. Miłym szefem na pewno nie był. Swoją opinię opieram na artykułach publikowanych w Katholische Volkszeitung, którego wydawcą był Artur Trunkhardt – w sumie Niemiec, choć Polak. Antysemicki „Narodowiec” też szkalował Maxa, ale akurat to wydawnictwo nie jest dla mnie miarodajne.

Trunkhardt, dawny powstaniec, się z Richterem nie pitolił. Jechał po nim jak po starej kobyle i co chwilę publikował niusy, w których opisywał skandaliczne zachowanie dyrektora. A to, że w 1936 r. bezprawnie rozwiązał umowę z najemcą baru restauratorem Cichym, którego prawie z dnia na dzień wywalił na bruk, przedtem nie dostarczając mu piwa oraz odcinając prąd. Choć kto wie, może Cichy nie płacił na czas czynszu? Redaktor uważał, że Richter stosuje w browarze metody rodem z budowlanki oraz, że nie znosi Polaków, więc dlatego naruszył umowę najmu. Wnet gazeta donosiła, że dyrektor browaru uderzył w twarz kierowcę, który zbyt późno wrócił z pracy (rozwoził piwo). Pobity był powstańcem śląskim, więc Trunkhardt grzmiał, iż to było powodem skandalicznego zachowania Richtera. W artykule wspomniał, że nerwy dyrektora mogły być spowodowane tym, że wybudowana przez niego w ogrodzie browarniczym restauracja, nie była zbyt chętnie odwiedzana przez gości.
W 1937 r. Max pobił brygadzistę o nazwisku Salamon, któremu nawet groził, że go zastrzeli. Katholische Volkszeitung informowało, że ordynarne wyzwiska rzucane w stronę pracowników to codzienność. W maju 1938 r. Richter odpowiadał przed sądem za znieważenie innego pracownika Antoniego Reclika. Został skazany na miesiąc więzienia (czy odsiedział, to inna kwestia) oraz 200 zł grzywny. 

Za jego dyrektorowania pojawiło się nowe logo zakładu, a klienci prawie w każdym wydaniu lokalnych gazet widzieli reklamy browaru.

We wrześniu 1938 roku, doszło do serii zamachów na żydowskie geszefty, z których jeden dotknął buńczucznego dyrektora, cały czas równocześnie prowadzącego swoją firmę budowlaną. M.in. pod jego dom przy ul. Hallera, podłożono petardy, których wybuch nie spowodował większych strat. 

W tym czasie, inny poszkodowany, Josef Manneberg już planował wyjazd z Polski. Richter, albo o tym nie myślał, bowiem uważał, że Niemcy to jego naród, albo planów nie zdążył zrealizować. Możliwości do opuszczenia Polski miał, gdyż mógł spieniężyć nie tylko swój biznes, ale i sprzedać nieruchomości. M.in. dom przy Hallera oraz kamienicę przy końcu ul. Sobieskiego, której był właścicielem prawdopodobnie od 1931 r.

Gdy wybuchła wojna miał ponad 57 lat. Browar przejęła Rzesza, nadal produkując w nim piwo.

Od dawna widziałam, że przeżył, choć do teraz nie wiem jak. Miał jakieś niewiarygodne szczęście i nie zginął jak inny z ważniejszych pracowników browaru – Franz Klein, długoletni prokurent tego zakładu (nawet za życia ostatniego właściciela). Pochodzący z Gniewu Klein został zamordowany w 1940 r. w Konzentrationslager Mauthausen, a nie był Żydem jak Richter.

Po zakończeniu wojny Max, czy raczej wtedy już Maks, wrócił do Rybnika i zamieszkał w domu Priesterów przy Placu Wolności. Tak, jak inny ocalały, Eryk Priester, złożył w starostwie kwestionariusz dotyczący szkód, jakie poniósł przez lata okupacji. Oprócz strat materialnych, czyli zniszczeń domów, utraty pieniędzy np. z tytułu najmu nieruchomości, zrabowanych antyków (m.in. obrazów Kossaka, kryształów), przedmiotów gospodarstwa domowego (radia, patefon, telefony), 2 samochodów osobowych, motocykla, rowerów, Richter wymienił również straty moralne oraz uszczerbki na zdrowiu. Zginęła mu żona Maria z domu Horn, a sam stracił zęby, które jak napisał zostały mu „wytrzaskane” (dosłownie napisał: „wycgaskane”) i nabawił się problemów żołądkowych. Podkreślił, że był prześladowany z powodów rasowych i politycznych. Druk, który wypełniali po wojnie starający się o odszkodowanie miał kilka stron. Opisując zdarzenie, które spowodowało szkodę napisał: „na skutek działań wojennych, przybyłem w obozie, w więzieniu, obkradzony, domy przez min i pociski uszkodzone itd.” (pisownia oryginalna). Przedwojenny nieprzejednany Niemiec, w rubrykach przynależność państwowa i narodowość we wrześniu 1945 r. wpisał: Polska i Polak. 

Nie wiem w jakim obozie przebywał, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to ustalić. Długo nie wiedziałam też, czy udało mu się z Polski wyjechać. W 1947 r. we Francji czekała na niego wiza chilijska, którą załatwiał poprzez JOINT. Nie miał wtedy jeszcze tranzytowej wizy francuskiej. Miał 65 lat i chciał w dalekiej Ameryce Południowej zacząć od nowa, bo w Rybniku nie dość, że pamiętano o jego przedwojennych wybrykach, to na dodatek, jego nieruchomości przejmowała komunistyczna władza. Jeszcze w 1945 r. wystąpił z roszczeniami o majątek browaru, o czym z niesmakiem jesienią donosiła Trybuna Robotnicza pisząc iż „pan ten zwiał ze sporą gotówką gdy wybuchła wojna i nie wiadomo gdzie przebywał w czasie okupacji”.  Hmmm… w obozie. 

Nie wiem czy do Chile dotarł. Wiem, że na statku Queen Mary wypłynął z Southamptoon do Nowego Jorku. Był to początek października 1947 r. Mam na to dokument. Ale nie sprawdzę gdzie zmarł, bo mój ukochany Sławek Pastuszka, bezskutecznie starał się mi znaleźć w świecie jego grób i nie znalazł.
Nieznane pozostają również okoliczności śmierci jego żony Marii z domu Horn, która przed wojną była współwłaścicielką (chyba z siostrą) Rybnickiej Fabryki Mydła przy Sobieskiego.

Może ktoś z czytelników słyszał o krewkim dyrektorze, albo mieszka w domu przez niego zbudowanym i kiedyś uzupełnię ten wpis o dodatkowe informacje… 

Tymczasem słyszę, że nadchodzą upały, więc polecam gasić pragnienie piwem z „Browaru Rybnik„, tak jak robiono to przed wojną przy schronisku Studzienka w podrybnickich Jankowicach.  Ciekawe, czy woźnica na zdjęciu, to ten pobity za spóźnienie? Nie lubię szefów nie szanujących swoich pracowników, więc Maximilian Richter nie zostanie zaliczony do grupy ulubionych przedwojennych rybniczan. 

Jak zwykle korzystałam z zasobów Archiwum Państwowego w Raciborzu oraz Katowicach, ze starych gazet, które można czytać na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Max Richter – krewki budowlaniec i dyrektor browaru została wyłączona
27 grudnia 2021

Stary Rok z Nowym pucharem się trąca

Na koniec Starego Roku będzie dużo staroci. Zresztą tak jak zwykle 😉 Z jaką nadzieją wchodzono w rok 1939? Wierszyk z gazety „7 groszy” jest odpowiedzią:
Stary Rok z Nowym pucharem się trąca,
A ten ma oręż, i tamten jest zbrojny,
Starego chyba nie ma co żałować,
Bo w nim o nie mało nie doszło do wojny.
Czy Nowy będzie pod tym względem lepszy?
Co nam uwarzą dyplomatów kuchnie?…
Myślimy, mówiąc: „Witaj Nowy Roku!” –
„Niechże i w tobie wojna nie wybuchnie!”

A czego życzyli swoim klientom rybniccy Żydzi?
Firma Wohle-Worth prowadzona przez rodzinę Brauer, wchodziła w 1939 r. z dobrym towarem i dostępnymi cenami, radując się prywatnie z powiększenia rodziny, które miało wkrótce nastąpić. Mieszkali i handlowali przy Sobieskiego 11. Max Brauer ze swoją żoną oraz urodzoną w kwietniu 1939 r. maleńką córeczką Ruth, wraz z bratem Lotarem i rodzicami Louisem i Else uciekali wnet przed hitlerowcami na wschód. Wojny nie przeżyli Lotar oraz stary dziadek Louis Brauer.

Eryk Priester prowadzący, wraz ze swoją mamą Olgą, interes po dziadku po kądzieli – Noah Leschczinerze, dał takie ogłoszenie życząc wszystkim swoim przyjaciołom, znajomym i klientom szczęścia w Nowym Roku. Miał sklep przy Sobieskiego 2. Dziś to restauracja „Tu i Teraz” przy Rynku.

Sam, te chwile szczęścia zdołał jeszcze złapać na letnich wakacjach w Krynicy właśnie z matką. Wiosną 1940 r. wywieziono go do getta w Trzebini. Zdołał przetrwać ukrywany przez Polaków, wspomaganych przez nieżydowską pierwszą żonę Eryka. Jego mama Olga niestety została zamordowana. Zresztą tak jak i jedna z sióstr Herta. Dziadek Noah zdążył (jak to brzmi!) umrzeć śmiercią naturalną na początku 1940 r. w Rybniku.

Prosit Neujahr! Od Josefa Kaisera i familii. Mieli sklep tam gdzie dziś możecie kupić gryfne geszynki – też przy Sobieskiego.

Z siedmioosobowej rodziny cudem przeżyły pobyty w gettach i obozach dwie Kaiserówny Erna i Else. Josef, jego żona Flora, trzecia córka Greta, oraz dwaj synowie Hans i Kurt zostali zamordowani w różnych obozach koncentracyjnych.

Firma Aronadych również nie zapomniała o swojej klienteli na przełomie 1938/1939. Tradycja zobowiązywała do opublikowania ogłoszenia z życzeniami. Przed Nowym Rokiem na pewno w ich sklepie – na roku Rynku i Zamkowej (obecnie kawiarnia Lilly) rybniczanie kupowali na potęgę frykasy na zabawy sylwestrowe. 

Współwłaściciel firmy, jak widać ze zdjęcia – miłośnik zwierząt, ➡ Fritz Aronade, został zamordowany 4 września 1939 w Woszczycach. Jego żonę ➡ Hertę z rodu Priesterów oraz córeczkę Werę zadenuncjowali jacyś rybniczanie. Zamordowano je w okolicach 1941 lub 1942 roku. Drugi z współwłaścicieli, ojciec Fritza – Alfred Aronade, zginął prawdopodobnie w Kazachstanie. Losy młodszego brata nie są znane.

By nie kończyć tak bardzo smutno, przedstawię jeszcze ogłoszenie naszego przedwojennego potentata na rynku produktów żelaznych i budowalnych.

Józef Manneberg, bo o nim mowa, życząc szanownym odbiorcom i znajomym wesołego Nowego Roku już miał wszystko w głowie poukładane. Do roli uchodźcy z Polski, jako polski obywatel, choć z niemieckim pochodzeniem, szykował się od prawie dwóch lat, przewidując w swoim analitycznym umyśle co się może wydarzyć. Stary Rok z Nowym pucharem się trąca, A ten ma oręż, i tamten jest zbrojny. Nie wierzył ani armii, ani politykom, ani polskiej propagandzie, a jedynie swojemu rozsądkowi i intuicji. Rodziny starszego syna i córki już wyprawił do Palestyny. Gdy o północy trącał się z żoną i najmłodszym Hansem kieliszkiem szampana, to wiedział, że trzeba będzie przeboleć i to ukochane miasto, i znajomych, i straty finansowe, i ten dorobek, bo życie jest najważniejsze. Życzyli sobie, by się im udało to, co Józef tak skrupulatnie zaplanował. Swoje 65 urodziny, 1 maja 1939 jeszcze obchodził nad, prawie już nie swoimi sklepami, przy Sobieskiego 15. Pełen obaw żegnał wtedy też syna Hansa, który ostatni raz szedł przez Rynek w stronę stacji kolejowej, która była początkiem jego tułaczki/ucieczki. Gdy 22 maja do Rybnika dotarł telegram, że Hanik, bo tak go zwano, dotarł do Tel Awiwu, Józef częściowo odetchnął z ulgą. Wszystkie dzieci były bezpieczne. Od tego momentu działał jak dobrze nasmarowana maszyna i gdzie trzeba było „smarował” kasą, by żaden trybik nie wyskoczył. 6 czerwca odbiór paszportów w Warszawie, 9 czerwca odbiór wiz w Warszawie, powrót do Rybnika przez Kraków, 14 czerwca przekroczenie granicy polsko-rumuńskiej, następnego dnia port w Konstancy i wypływanie do Istambułu, dalej do Aleksandrii, a stamtąd do Hajfy. 20 czerwca brytyjski urzędnik imigracyjny w Tel Awiwie, do paszportów obojga Mannebergów seniorów, wbił pieczątki uprawniające do pobytu w Palestynie przez 3 miesiące. Spełniło się życzenie sylwestrowe składane jeszcze w Rybniku. Na obcej ziemi, która przygarnęła całą rodzinę z Rybnika doczekał wnuków i złotego wesela.

Bądźmy w tym 2022 roku jak Josef mądrzy, rozsądni, przewidujący i kochający swoją rodzinę. Oby nam się udało doczekać złotych, a nawet diamentowych godów. 

(Wszystkie ogłoszenia noworoczne pochodzą z Katholische Volks-Zeitung Arthura Trukhardta z końca 1938 i początku 1939, zdjęcia zaś z archiwów domowych wspomnianych rodzin).

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Stary Rok z Nowym pucharem się trąca została wyłączona
22 czerwca 2021

O Müllerach i rybnickim browarze

Makabryczny hyc na dworze, poty lecą po karku i po kitach. Jedynym ratunkiem jest ocieniony balkon, nogi w misce z zimną wodą oraz piwo. Po genialnej reklamie Łomży, w wykonaniu Woronowicza, uznałam, że spróbuję. No cóż, reklama boska, piwo takie sobie.
Ale skoro mowa o piwie, to wymyśliłam, że zmierzę się z naszymi browarnikami – Müllerami. Pod kątem genealogicznym, rozległą familię opisała swego czasu, pani dr Ewa Kulik z rybnickiego muzeum w Zeszytach Rybnickich pt. „Rybniczanie”. W necie, ich drzewo prowadzi mój znamienity kolega z Anglii, który ma kapkę müllerowej krwi. Jego babcia przed wojną miała udziały w browarze rybnickim, dzięki skomplikowanemu dziedziczeniu.                             

http://gen.scatteredmind.co.uk/show_person/1255

Tu będzie po mojemu, czyli na podstawie dokumentów z Raciborza, przedwojennych gazet oraz plotek i wspomnień.

Drzewo rodziny jest bardzo skomplikowane i zagmatwane, jak to u Żydów bywało. Zbyt duży upał, bym to Wam wyjaśniała, nawet popijając zimną Łomżę. Pewnikiem jest, iż jednym z pierwszych, który warzył u nas złocisty napój był Jacob Müller, urodzony w 1786 r. Przez to, że żenił się dwa razy, to dorobił się kupy dzieci (14!). Ale to synowie z drugiej małżonki – Karoliny Barber, kontynuowali tradycje ojca. Sam Jacob już w 1841 r. w dokumentach widnieje jako właściciel browaru (przedtem jedynie jako arendarz, czyli dzierżawca). Zmarł w słusznym, jak na tamte czasy, wieku 70 lat i wsio przekazał synom. Jeden z nich – Louis kupił tzw. browar zamkowy, czyli przy naszym obecnym sądzie. Isidor, jako dwudziestoczterolatek założył swój własny browar, a kolejny – Hirsch, bo takie nosił imię przy urodzeniu, objął we władanie przedsiębiorstwo ojca. I to on, znany jako Hermann, najbardziej wpisał się w historię Rybnika. Tu się muszę przyznać do swego nieuctwa. Mam wszystkie rejestry urodzeń żydowskich do 1874 r. i przez długi okres czasu nie potrafiłam w nich znaleźć daty urodzenia Hermanna. Już nawet kombinowałam, że może przyszedł na świat, powiedzmy w Raciborzu. Dopiero pani Ewa Kulik mnie oświeciła. Otóż Hermann został oryginalnie w 1836 roku spisany jako Hirsch. Taka ja niby mądra, a taka jednak tępa.

Hermanna wyobrażam sobie jako fest gościa. I nie mam na myśli tuszy. Na pewno na moje wyobrażenie ma wpływ fotografia, która znajduje się w zasobach Muzeum w Rybniku (jest też przedstawiona w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach). Widać na niej pracowników Hermann Müller Brauerei i jednego, paradnie ubranego, starszego pana, którym niewątpliwie jest Hermann.

Fota datowana jest na rok 1899, czyli gdy Hermann miał 63 lata. Przypatrzcie się tej fotografii. Jest niesamowita. Photoshop nie istniał, a tu takie genialne wplecenie litografii browaru z panoramą miasta (jeszcze bez bryły Antoniczka) w grupę ustawionych pracowników. Jedni siedzą na byczych beczkach, niektórzy beczki dźwigają na ramionach, paru z kuflami piwa, a w tym wszystkim wygumkowana synagoga, która stała dokładnie obok browaru. Być może nie pasowała do reklamowego zdjęcia firmowego. Najbardziej dostojny jest Hermann Müller. Od razu widać, że to właściciel. Siwa broda, futrzana czapa na głowie, na płaszczu kołnierz też z eleganckiego futra. Najbogatszy rybniczanin w tamtym czasie. Radny miejski. Właściciel największego zakładu w Rybniku i wielu innych nieruchomości. Władze miasta musiały się z nim liczyć. Sponsor i donator. To jemu, gmina żydowska, zawdzięczała wybudowanie kaplicy przedpogrzebowej przy ówczesnej Promenadastrasse (dziś ul. 3 Maja). Budynek Bet Tahary, oraz cmentarz, na którym został pochowany, hitlerowcy zniszczyli wiosną 1940 r.

Sam mieszkał w tzw. müllerówce, czyli kamienicy przy ul. Zamkowej, w której od niedawna mieści się Wydział Ksiąg Wieczystych naszego sądu. To po nim zostały, totalnie współcześnie przebudowane, różnorakie hurtownie przy ul. Drzymały za koleją. Miał tam wiele akrów ziemi i stodoły. Mam do Hermanna sporo szacunku. Na jego gruntach, sprzedanych potem przez syna, ojcowie Werbiści założyli ogrody. Był bogaty, ale na mur, tym bogactwem się dzielił z miastem.

Miał swoje punkty sprzedaży w Gleiwitz i Konigshütte.

Gdy patrzę na datę jego urodzin widzę zodiakalnego Strzelca. A to tłumaczy wszystko. Silna osobowość, władczy typ z maksymalnymi siłami witalnymi. Zagadką dla mnie jest chłopczyk, który na fotce z 1899 r. siedzi przed Hermannem okrakiem na beczce. Chłopak musiał być kimś z rodziny, a ja o wnukach wiem wielkie „nic”. Hermann, ożenił się z Linną Prager. Jej mama pochodziła z rodziny Haase i była córką kolejnego z wielkich rybniczan – Efraima Haase. Z kolei ojciec Linny, zarazem teść Hermanna, był założycielem Fabryki Modrych Druków Pragera. Śmiało więc można powiedzieć, że dwóch synów Hermanna i Linny miało geny trzech potężnych rodów żydowskich z Rybnika. A dzieci ze związku urodziło się tylko dwoje. Byli to chłopcy Georg Jacob i Siegfried (w czasach późniejszych, czyli polskich zwany Zygfrydem). Gdy robiono zdjęcie, obaj synowie byli około trzydziestki. Georg na pewno skończył medycynę i mieszkał w Berlinie. Zła jestem, gdyż nic o nim nie wiem, za wyjątkiem zawodu i daty urodzenia (10 grudnia 1866 r.). Dokopałam się informacji, iż jego specjalizacją była ortopedia, a sam doszedł do stanowiska radcy sanitarnego w Berlinie. Dziesiątki nocy spędziłam na poszukiwania jakichkolwiek śladów po nim. Szukanie Müllera w Niemczech to jak szukanie igły w stogu siana. To zbyt popularne nazwisko. Może ten chłopczyk siedzący przed Hermannem, to jakiś syn doktora Georga. Bo na pewno to nie był wnuk młodszego Siegfrieda, co wyjaśnię za chwilę, gdy do niego dojdę.
Piwo rybnickie ponoć należało do przednich i należy bardzo żałować, że nie mamy takiej kontynuacji tradycji browarniczej w naszych mieście, jak ma Racibórz. Po Hermann Müller Brauerei został nam kikut z komina oraz przerobiony budynek dawnej słodowni, który teraz należy do kompleksu galerii handlowej Fokus Park. Nie chce mi się po raz któryś opisywać obietnic Fokusa o mini browarze. Pcińco z nich wyszło. Wracam do Hermanna i, bardziej mi znanego, Siegfrieda. Skoro starszy z braci poszedł w medycynę, to logicznym było, iż ciut młodszy musi przejąć interes taty. To się stało na początku XX w. W międzyczasie inne odnogi Müllerów (po braciach Hermanna) prowadziły pozostałe dwa browary rybnickie, z czego jeden przeszedł po kądzieli w ręce Mandowskich.

O Siegfriedzie Müllerze, urodzonym w 1867 r. różne ploty chodziły. Gdy swego czasu rozmawiałam z sąsiadką, której tata pracował u Müllera, to usłyszałam słowa: „Tata godoł, że on był inny, ale Müllerka była dobro baba. Wziął se ją, by nie godali”. Ciężko jej było wyjaśnić o co chodziło. Naciskałam, pytając o tą inność i okazało się, że mówiono o nim, iż był gejem. Ponoć straszny mruk, dziwak, kochający konie. Cholera wie, czy faktycznie był homoseksualistą. Pewne jest, iż syn Hermanna – Zygfryd, spadkobierca potężnej, jak na Rybnik, fortuny, ożenił się z ewangeliczką, pochodzącą z głębi Niemiec. W dodatku z rozwódką z córką o imieniu Berta. Może, powtarzam może, to faktycznie miało jakoś zamydlić ludziom oczy. Gdy twórca potęgi browaru, Hermann zmarł w 1919 r., jego Siegfried już zarządzał całym przedsiębiorstwem. Dzieci ze swoją żoną nie miał, ale Joanna, dzięki mężowi należąca do elity miasta, wielki wpływ na Siegfrida miała. To za jej namową sprzedał spore pola Werbistom, by mogli powiększyć przyklasztorne włości.

Ponoć przyjeżdżała bryczką do moich rodzinnych Chwałowic, by kupować na święta ryby i drób. Dzieci ją kochały, bo rozdawała cukierki i ołówki i była niezwykle elegancka. Tata mojej sąsiadki był zatrudniony w browarze od 1914 r., by m.in. doglądać koni Müllerów, w tym koni „müllerki”, która uwielbiała jazdę konną po okolicy, czasem pomagał w domu, ale na fotografii dał się uwiecznić przy pompie, która pompowała wodę do browaru z okolic dzisiejszej ul. Wieniawskiego.

Było to już w późnych latach 20-tych. Wtedy Rybnik był polski. Siegfried, wówczas Zygfryd, choć był niemieckim Żydem nie sprzedał wszystkiego i nie wyjechał stąd po podziale Górnego Śląska. Geny kilku rybnickich rodów zatrzymały go w mieście. Wraz z żoną i pasierbicą mieszkał przy ul. Zamkowej, mając swój browar z dymiącymi kominami za płotem. Ojca Hermanna, pochował w 1919 roku, zaraz po Wielkiej Wojnie i dziś możemy się jedynie domyślać, że wystawił mu jeden z większych nagrobków na cmentarzu żydowskim.
Nazwę browaru zachował, nie wciskając się z własnym imieniem, a jedynie skromnie je dodając w pozycji „właściciel”. Konsekwentnie, kontynuował to co postanowił ojciec. Na firmowych drukach, czy reklamach nie było widać synagogi, która stała tuż obok. I tak, jak Hermann działał na rzecz miasta, choćby będąc radnym.

Powyższa reklama pochodzi z 1925 r. W tymże roku, jego pasierbica Berta znalazła sobie wybranka serca. Był nim, pochodzący z Radzionkowa, wówczas sędzia powiatowy w Rybniku – Jan Bonczkowicz. O zaręczynach ogłoszono w prasie, informując równocześnie, iż przyjęcia nie będzie. By poślubić sędziego, pasierbica Zygfryda Müllera, zmieniła religię. Przez lata historycy gadali, iż córka właściciela browaru przeszła z judaizmu na katolicyzm. Dopiero, gdy ze dwa lata temu znalazłam akt ślubu tej pary, wyszło na jaw, że nie była jego córką, a jedynie pasierbicą. No i nie była żydówką, a ewangeliczką jak jej mama i, nieżyjący już wtedy, ojciec.

Mówiono też, że przepiękną willę, położoną przy ul. Pocztowej, Müller wybudował jako wiano dla swej córki. Ani to było wiano, ani jego córka. Sędzia Bonczkowicz, później pracujący jako adwokat i notariusz, kupił ową willę na licytacji. Do ślubu wielce ciekawej pary doszło prawie po roku od zaręczyn, a świadkował ojczym Zygfryd Müller – właściciel browaru.

Gdy przypatrzycie się drobnemu zapiskowi na tym akcie ślubu, to oprócz podpisów pary młodej i świadków, zauważycie małą adnotację informującą o śmierci rybnickiego przedwojennego adwokata, Polaka, męża Niemki Berty, pasierbicy bogatego Żyda. Zmarł w naszym mieście 14 lipca 1940 r. Miał 50 lat. W 1940 r. Rybnik był ponownie niemieckim miastem, w którym najbogatszy nawet Żyd nie miał szans na przeżycie. Na szczęście Zygfryd już wtedy leżał na cmentarzu. Zanim jednak sam zmarł nagłą śmiercią, jego zacna, jak podano na klepsydrze, żona Joanna, ta od koni i rozdawania cukierków, pierwsza odeszła w zaświaty. Została pochowana w Gleiwitz, czyli zagranicą, 31 maja 1932 roku. Prawdopodobnie jej szczątki spoczęły na tzw. cmentarzu hutniczym. Nagrobek do naszych czasów się nie zachował.
Zapewne utrata żony wpłynęła na dziwaka browarnika. Pasierbica miała swoje życie, a Zygfryd, nadal jeszcze w sile wieku, kierował swoim zakładem z, pełnej zakamarków, müllerówki przy Zamkowej. Rodzinną konkurencję dawno wykosił i w Rybniku był monopolistą. Z tamtych czasów pochodziło określenie na zbliżającą się burzę: „w browarze beczki kulają”. Chyba mieszkał tam sam. Zapewne wnętrze kamienicy było paradne. Nie wiem, czy ktoś mi mówił, czy sama sobie wymyśliłam, że było tam ciemno i ponuro i stały bogate meble. Na początku lat trzydziestych Zygfryd, jako „posiedziciel browaru”, najwięcej płacił na rzecz gminy żydowskiej, co łatwo porównać patrząc na wykazy. 

Dawał pieniądze na bezrobotnych, uczestniczył, zapewne przez własnych urzędników, w pojedynkach dobroczynności i dziwaczał sam w wielkim domu. Browar sobie szedł swoim ustalonym torem a rybnickie piwo można było kupić na całym Górnym Śląsku.

Jeszcze krótko przed śmiercią życzył wszystkim dobrego kolejnego roku i starał się inwestować w ziemię.

Czy udało mu się tą ziemię kupić? Kto wie, może. Nie miał spadkobierców w linii prostej. Zmarł nagle. Prawdopodobnie, już martwego Zygfryda, w jego domu przy Zamkowej 5, znalazł księgowy z browaru – Jerzy Piotrowski. Miało to miejsce 26 kwietnia 1934 r. Być może szef nie dotarł do swego kantorku i księgowy poszedł sprawdzić, czy coś złego się nie stało. Ostatni z Müllerów miał 66 lat. O śmierci poinformowała zarówno przybrana rodzina w osobach pasierbicy i jej męża, jak i dalsi kuzyni.

Stosowną informację, jakże pochlebną dla zmarłego, opublikowała w prasie załoga browaru.

Bardzo zaskakująca jest relacja, opublikowana w Sztandarze Polskim, który raczej naszych Żydów po głowie nie głaskał. Wynika z niej, że zmarły musiał być faktycznie dobrym człowiekiem.

Jego pogrzeb zgromadził tłumy. Pochowano go na nowym cmentarzu żydowskim przy ul. Rudzkiej. Tu małe wyjaśnienie. Stary cmentarz (przy ul. 3 Maja) był już wtedy zamknięty dla celów pochówkowych. Tak więc, Zygfryd nie spoczął obok swego ojca Hermanna. Był jednym z pierwszych Żydów, których złożono w kompleksie cmentarnym przy Rudzkiej. Zapewne po II wojnie, gdy w tym miejscu składano szczątki żołnierzy Armii Czerwonej, kości ostatniego rybnickiego browarnika zmieszano z kośćmi młodych Sowietów. O samym pogrzebie ponownie zdał relację Sztandar Polski, znowu zmarłego wychwalając i cytując rabina Kohlberga, który porównał zmarłego do gołębicy wypuszczonej w czasie potopu przez Noego.  

Jest wielce prawdopodobne, że Zygfryd nie sporządził testamentu, bowiem po jego śmierci lista spadkobierców była tak długa, iż browar musiał przekształcić się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Zanim ustalono tych, którzy mieli prawa do majątku ostatniego Müllera, ustanawiano kuratorów.

Na liście udziałowców nie znalazła się pasierbica. Nie ma też na niej brata ortopedy, więc zakładam, że już nie żył. Niektórzy ze spadkobierców mieli np. 1/2160 część spadku i jeden udział w spółce, a niektórzy aż 100 udziałów, dziedzicząc 1/18 po Zygfrydzie. Pojęcia nie mam kim byli Rudolf i Stephanie Behr, którzy otrzymali najwięcej. Poniższy wykaz to tylko jedna z trzech kartek wymieniających spadkobierców.

Dla zwykłych rybniczan śmierć właściciela browaru niczego nie zmieniła. Nadal spotykali się na piwie przy ul. Rynkowej, jak choćby Hans Manneberg, syn innego z Żydów, który też wybrał Rybnik po 1922. Wiosną 1939 zasiadł on z przyjaciółmi przy müllerowym kuflu, być może by się z nimi pożegnać przed wyjazdem do Palestyny.

Z kolei w zakładzie odejście Zygfryda Müllera wiele zmieniło. Zaczęły się problemy administracyjne, personalne, zmiany pełnomocników, zatargi z magistratem, a nawet bijatyki, głównie z uwagi na kontrowersyjną postać niemieckiego zarządcy Maksa Richtera (a jakże – Żyda). Ten ostatni jest wielką nierozwiązaną zagadką, którą mam nadzieję kiedyś uda mi się rozwikłać.

Spółka, jako „Browar Rybnicki” działała w imieniu udziałowców – w większości żydowskich, do września 1939, polecając piwa najlepszej jakości.

No a potem, to już wiadomo. Historii wojennej możecie się domyślać, a powojenną znacie. Teraz w tym miejscu mamy galerię handlową i resztkę komina. Ja mam deskę z krzesła z napisem „Hermann Müller”, zjedzoną przez korniki skrzynkę na piwa z tym samym napisem i jedną flaszkę. Mam też przekonanie, że pasierbica Berta przeżyła wojnę i po wojnie mieszkała, chyba z synem Alfredem, we Frankfurcie. Bo ileż mogło być kobiet wdów o nazwisku Bonczkowicz i imieniu Berta w Niemczech w latach 60-tych? Wyszukałam jedną.

Potomków drugiego z synów Hermanna Müllera nigdy nie znalazłam.
To teraz, w nagrodę, że dotarliście do końca możecie sobie nalać do kufla złocisty płyn. Prosit!

Z poważaniem! 

 

Więcej ciekawostek na forum „Zapomnianego Rybnika” ➡

Ciekawostki o browarach

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania O Müllerach i rybnickim browarze została wyłączona
25 kwietnia 2021

Piękni i młodzi – post scriptum

Opisywanie losów 12 nastolatków, sfotografowanych 100 lat temu w Rybniku, skończyłam pod koniec ubiegłego roku. Gdy dwa lata temu rozpoczynałam tą historię z ➡ „Pięknymi i młodymi” nie przypuszczałam, że zwykłe bajdurzenie w Internecie doprowadzi do tylu wzruszeń, odkryć i spotkań. Tak, tak – spotkań mimo panującej pandemii.
Przypomnę, iż fotografię przedstawiającą szczęśliwych przyjaciół dostałam od Miriam Glucksmann, której ➡ tata to zdjęcie zabrał ze sobą wyjeżdżając w 1933 r. z Niemiec do Anglii. Dzięki temu, że jego   siostra, a zarazem ciocia Miriam opisała na odwrocie uczestników tego spotkania, udało mi się w miarę dobrze ustalić losy tych młodych ludzi. Uznałam, że powinnam o nich napisać i opowiedzieć światu o każdej postaci. Szyłam te opowieści z różnych skrawków informacji. Na ogół były z dziurami, z których niektóre być może kiedyś się uda zacerować. Raz wychodziło lepiej, raz gorzej. Robiłam to w sumie bardziej dla siebie niż dla innych. Tak to pomalutku leciało aż do momentu, gdy napisał do mnie z Izraela potomek familii, z której wywodziło się pięć osób stojących na tym zdjęciu.

Hello Malgosia, For about a week now, since a relative sent me an obituary notice from 1927, and I started reading your drawers (thanks to translation possibility) I feel very lucky. Since my father died when I was young, I did not know much about the family even not the connections to our relatives whom I knew. Now, thanks to you, a photo that was taken almost a hundred years ago, brings my family alive and things start to be clear, though I have some questions.

I się zaczęło. Od października 2020 r. wszystko nabrało ogromnego tempa i doprowadziło do niewiarygodnych emocji, nie tylko z mojej strony, na przełomie stycznia i lutego. Doron z rodziny Priesterów nie był pierwszym, który znalazł w mojej Szufladzie informacje o swoich krewnych. Ale był, jak na razie, tym jedynym który uznał, że trzeba te wiadomości wykorzystać by odszukać w świecie wszystkich, którzy mogliby być zainteresowani tą historią. Zaczęłam tworzyć skomplikowane drzewo genealogiczne Priesterów i razem z Doronem przekopywaliśmy się przez Internet szukając potomków, zmarłego w Rybniku w 1865 r., Salomona Priestera i jego żony Rosalie. Salomon miał sporą gromadkę dzieci, więc pęczniały mi foldery w laptopie, który dyszał jak stary parowóz.

Wspólnie odkrywaliśmy historię górnośląskiego rodu, który związany był z kilkoma miastami w naszym regionie, o czym już tu pisałam przy okazji zakładania pancerza obronnego na ➡ koronę. Doron wydobywał z pamięci jakieś fragmenty opowieści rodzinnych o kimś tam w Szwajcarii, o dalekich krewnych, których nie znał w Kanadzie, czy Australii.

Zbliżał się koniec listopada, a przede mną było zadanie opisania ostatniego z „Młodych”, czyli ➡ Ernsta Gallusa. Wiele o nim wiedziałam, sporo mi pomogli czescy sąsiedzi z forum Petrkovic, a Doron zaczął uparcie szukać bezpośrednich potomków Gallusów, którzy poprzez matkę – Elly Priester byli z nim powiązani. Oczywiście te poszukiwania były internetowe, czego nie muszę wam chyba tłumaczyć 🙂 Tropy prowadziły od Dominikany, przez Hiszpanię do Szwajcarii. Byłam już blisko publikowania historii Ernsta, gdy Doron napisał: „Wczoraj, moja kuzynka z Brazylii, znalazła i przesłała mi e-maila Irene – bratanicy Ernsta Gallusa. Napisałem do niej kilka minut temu. Nie wiem, kiedy chcesz publikować post o nim, ale jeśli możesz to trochę to opóźnij. Może będzie zainteresowana i prześle nam jakieś zdjęcia”. To się wstrzymałam. Wiadomo. 100 lat zdjęcie czekało, to te kilka dni nie robi różnicy. Wnet dostałam do wiadomości odpowiedź Irene ze Szwajcarii: „WOW!!! I am amazed!”. Bardziej „amazed” byłam ja, gdy dostałam moich nastolatków opisanych „Thea’s Geburstag 1921”. W szwajcarskiej szufladzie od lat leżało to samo zdjęcie. Wreszcie znałam dokładną datę zdjęcia, gdyż Thea urodziła się we wrześniu. 

Do wymian e-mailowych dołączali kolejni zainteresowani z całego świata. Już wówczas wiedziałam, że pod koniec stycznia będę o „Pięknych i młodych” opowiadać w sieci w ramach cyklu spotkań zatytułowanego „Mistrz i Małgorzata od kuchni”. Dalecy krewni moich młodych, a było ich coraz więcej, oczywiście zostali o tym powiadomieni. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie bezpośrednich potomków Thei Priester – tej, która na zdjęciu była najważniejsza, bo to z okazji jej Geburstagu zebrało się to grono przyjaciół. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Mycie okien, narady nad lockdownową Wigilią, odwodzenie własnych starszych od wspólnego świętowania, kupowanie prezentów w sieci. Pandemia była wtedy jakby poza mną. Żyłam w Internecie i w przeszłości jednego, w sumie mi obcego, choć bliskiego, rodu. Nałożyło się na to jeszcze jedno inne ważne wydarzenie, jakim było przedstawienie online spektaklu o moich (choć też nie z mojej rodziny) siostrzyczkach ➡ Geni i Stefci. Gdyby nie to małe cholerstwo, które zabija tak ogromną ilość ludzi na świecie, to raczej dzieci oraz wnuki, ocalałej z Holokaustu Geni Ryby z Rybnika, nie miałyby okazji zobaczyć na swoich komputerach teatru SAFO na scenie.  Byłam niesamowicie szczęśliwa, że to się udało. Co chwilę beczałam w tym grudniu z radości.

Dzień przed Wigilią nagle zadzwonił domofon. Dzień dobry, przesyłka. W myślach przeleciałam wsio co kupowałam i raczej niczego już się nie spodziewałam. Maska, buty, kurtka i szybko przed furtkę. A tam pan z ogromnym bukietem kwiatów z rybnickiej kwiaciarni. Nie pomylił pan adresów? Nie mam urodzin. Tam jest bilecik, który wszystko wyjaśnia, odparł pan. Pędem na górę, okulary na nos i aż sobie siadłam z wrażenia. Obok choinki w Wigilię stanął wazon z różami zamówionymi w Izraelu w kwiaciarni na rybnickim Rynku.

Już wtedy wiedziałam, że grób Isidora – pradziadka całej tej Priesterowej rodziny, przetrwał w Gogolinie. Doron prosił o zachowanie tej rewelacji, gdyż miał swój własny sekretny pomysł. Tworzyłam swój wykład wkładając w niego tyle serca ile się dało. Wiedziałam, że opowieść, którą miałam snuć 28 stycznia dla słuchaczy Domu Pamięci Żydów Górnośląskich będzie w języku polskim i gdy do tego Zooma dołączą wszyscy odnalezieni krewni tych młodych, to niczego nie zrozumieją. A niech tam! Jaki mam ten angielski, taki mam. Oni to muszą usłyszeć w międzynarodowym języku. Ustaliłam datę meetingu na 24 stycznia. Prywatne spotkanie w sieci. Cały styczeń Doron robił wszystko, by namierzyć wnuki ➡ Thei w Kanadzie. Kilka dni przed godziną zero, na bezczelnego, napisał nawet do policji w Ontario, by pomogli w odnalezieniu dalekich kuzynów, z którymi nigdy nie miał kontaktu. Nie zapominajcie, że on w Izraelu, ja w Polsce, a poszukiwani byli z Kanady. Nazwiska się zmieniają przez zamążpójścia, wszędzie obowiązują przepisy dotyczące danych osobowych i na to wszystko dookoła ogólnoświatowa pandemia. Trzy dni przed planowanym angielskim Zoomem przyszedł e-mail: „Karen Grauer answered me!

No ja pierdzielę! Mój gmail się gotował od ilości otrzymywanych i wysyłanych e-maili. Okazało się, że żyje synowa Thei. W tamtych dniach wolałam się nie malować, bo co chwilę mi się oczy moczyły. Zrobiliśmy krótki Zoom-meeting w przeddzień właściwego spotkania. Czacha dymiła!

24 stycznia rano wstałam cała przejęta, pół nocy nie spałam, ćwicząc w duchu prezentację po angielsku. Pojechałam przed południem do miasta, by sfotografować kamienicę, na tyłach której zrobiono ową fotografię. Stałam tak sobie na pustym Placu Wolności i myślałam, że może kiedyś ktoś z tych, których mam dziś poznać tu dotrze, gdy świat się ogarnie.

Wieczorem w mojej kuchni spotkali się potomkowie i powinowaci rodzin Priester, Aronade, Grauer, Glucksmann, Gallus, ➡ Silbiger, ➡ Apt oraz Młynarski. Wszyscy w jakiś tam sposób byli związani z tymi nastolatkami, którzy we wrześniu 1921 roku spotkali się w Rybniku na urodzinach ➡ Thei Priester (Grauer) i wszyscy powiązani z Rybnikiem. Niektórzy bardzo bezpośrednio – jak kanadyjskie wnuki i synowa Thei, czy Miriam, która jest córką Alfreda z fotografii, a niektórzy bardziej pokrętnie jak np. Susan z USA, która powiedzmy, że reprezentowała ➡ Lotte Priester, bowiem brat jej dziadka był mężem Lotte. Prawie 30 osób, z niemalże wszystkich kontynentów wysłuchało mojej opowieści o Rybniku, o Górnym Śląsku 100 lat temu, a przede wszystkim o losach tych młodych ludzi. Większość z nich o sobie przedtem nie wiedziała, ani nigdy się nie spotkała. Nie potrafię opisać tych emocji, wypowiadanych słów i tej radości. Wtedy, jedyną osobą, która nie miała swojej reprezentacji była ➡ Lore Priester, ale jak to mi relacjonował Doron: „I did not give up, yet, finding Lore’s descantances in Uruguay.” Czyli trwały poszukiwania potomków Lory w Urugwaju.

Po spotkaniu dostałam takie ilości starych fotografii, że musiałam zmieniać polską wersję wykładu, który miał mieć miejsce za kilka dni. Miriam sięgnęła do sekretnej koperty 😉

W międzyczasie, w tym styczniu, starałam się dotrzeć do najlepszej specjalistki od gogolińskich Żydów – pani Reginy Kalli-Szulc. To było chyba trudniejsze niż odnalezienie wnuków Lory. Gdyby nie Facebookowy profil pasjonatów Gogolina, to do teraz bym czekała na odpowiedź z UM.

Dzień przed oficjalnym spotkaniem, organizowanym przez Dom Pamięci, okazało się, że Doron dotarł do wnuczki Lory Priester i że żyje jeszcze córka Lory – Gerda, urodzona przed wojną w Breslau! Takie cuda wtedy miały miejsce. Na polskiego zooma przyszli stali bywalcy Domu, przyszli rybniczanie i nie tylko, ale przede wszystkim przyszli wszyscy krewni z całego świata. Siedzieli półtorej godziny, słuchając opowieści w języku, który dla nich brzmiał, jak dla mnie koreański. W najśmielszych snach bym sobie takiej publiczności nie wymarzyła.

Przesłane po wszystkim skany zdjęć, które ➡ Thea Grauer (Priester) zabrała ze sobą do Kanady w 1939 r. to był największy dar, jaki mogłam dostać. Pierwszy raz zobaczyłam maleńką Werę, córkę ➡ Herty Thulli Priester i jej męża ➡ Fritza Aronade. Obie żyły jeszcze w 1941, o czym świadczy podpis w albumie! Wszyscy troje zostali zamordowani.

Ostatnim niezwykle ważnym akordem tej szalonej zimy było jeszcze jedno spotkanie internetowe. Tym razem z okazji rocznicy śmierci Isidora Priestera urodzonego w Rybniku w 1844 r., a zmarłego na początku lutego 1903 r. w Gogolinie. W końcu udało mi się dotrzeć do pani Reginy z Gogolina, która jest mało zinternetowana, stąd też trudna do zlokalizowania. Z racji tego, że pani Regina to taka sama wariatka jak ja, to choć tylko przez telefon, to czułam jak fluidy porozumienia fruwały między Rybnikiem a Gogolinem. Zostałam zasypana informacjami o pobycie, losach i znaczeniu tej rodziny w Gogolinie. Nie chcę wam teraz gmatwać historii zawiłościami genealogicznymi, ale opowiem jedno. Dla Reginy wyjątkowo ważna była postać lekarza z tej familii, który w pamięci starych mieszkańców tego miasta nadal tkwi. Harry Schein, wnuk Nathana Priestera (kolejnego urodzonego w Rybniku syna Salomona) przewijał się w wielu wywiadach, które przeprowadzała z mieszkańcami autorka książek o gogolińskim cmentarzu oraz Żydach.. No i? No i jego syn też został odnaleziony! Pojawił się na jorcajtowym spotkaniu w lutym. Była też przecudna, wiekowa Gerda. Opowiadała, siedząc w Urugwaju, o mamie Eleonorze (Lorze), o dziadkach z Rybnika, o Wrocławiu, o Jeleniej Górze, w której dorastała do momentu wyjazdu w 1938 r. i o tym jak trudno było niemieckim Żydom zaaklimatyzować się w Ameryce Południowej. Byłam zachwycona jej pamięcią, tym, że przy pomocy córki siedzącej w tym momencie w Hiszpanii ogarnęła całą tą technologię i mogła uczestniczyć wraz z innymi w zjeździe rodziny.

A samo spotkanie rozpoczęło się na lotnisku w Pyrzowicach, byliśmy w Katowicach pod kamienicą, gdzie mieszkali dziadkowie oraz tata Dorona, potem nad obozem Auschwitz-Birkenau, by uczcić tych, którzy zginęli, lecieliśmy nad Pszczyną. Wylądowaliśmy w Rybniku, gdzie poszliśmy na kawę do kawiarenki Secesja przy Sobieskiego (tu Louis Priester – tata Lory, miał sklep), obejrzeliśmy dwa dawne Priesterowe domy, pomachaliśmy z powietrza rybniczanom i zahaczyliśmy na chwilę o Racibórz. Tam z kolei Julius, syn Isidora przez wiele lat prowadził sklep na Rynku. Przez ten trop, w przypływie szaleństwa, kupiłam na Ebayu pocztówkę przedstawiającą właśnie ten budynek. Ostatnim miejscem był Gogolin i cmentarz żydowski. Nad zachowanym grobem Isidora Priestera. Odmówiono Kadisz. Wszystko symbolicznie, internetowo, ale jakże pięknie. Google daje wiele możliwości 😉

Do teraz, gdy myślę „Priester”, to się uśmiecham. Ogromną moc serdeczności od nich otrzymałam. Gdy to co dookoła minie, to jestem przekonana, że niektórzy krewni „Pięknych i młodych” zawitają na Górny Śląsk. Dlatego trzymajmy kciuki za program szczepień, dostawy szczepionek i za świadomość ludzi. Przedtem jednak zawitam do Gogolina, by osobiście podziękować pani Reginie i by już fizycznie położyć kamyki na grobie Isidora oraz jego matki Rosalie.
See you one day in Poland my friends!

Mogę się teraz zabierać za historię rybnickiego skandalisty Krakauera, jego kolegę zegarmistrza Waldberga, brata zegarmistrza oraz za Chaima Sandomierskiego z Gliwic, bo kiedyś to obiecałam pani Izie. Już dziś zapraszam do Domu Pamięci 27 maja o godz.18.00. Tym razem będzie o polskich Żydach, którzy u nas mieszkali.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – post scriptum została wyłączona
18 kwietnia 2021

100 lat temu w Rybniku cz.2

Był 18 dzień miesiąca April 1921 roku. Siegfried Schindler stanął przed swoim sklepem na rybnickim Rynku, by sprawdzić jak prezentuje się wiosenna wystawa. Kątem oka spojrzał na zegar na wieży ratuszowej. Już tak późno? – zdziwił się. Czas dziś zamykać. Za niedługo trzeba będzie pomyśleć o założeniu markiz przed słońcem, by klajdy nie wyblakły. 

Jednak ten czas szybko biegnie. Nie wiadomo kiedy przeleciały te dwa lata od ślubu Edith i Margarethe. Wnet będzie rok od zamążpójścia Getrud. A tu już po zaręczynach Fritza. Wszystko szybko miga, niedawno niby się skończyła wojna, a nadal wszędzie wojsko. Jakie to szczęście, że Hans jakoś przeżył w tym lazarecie pod München. Dobrze, że mnie posłuchał i został dentystą. Na wojnie żołnierzy też bolą zęby. Stary Leschcziner do teraz się nie może pozbierać po śmierci w okopie swego Alfreda. A ➡ dyrektor Katz? Czy kiedykolwiek staną z żoną nad grobem młodziutkiego Günthera? Pani Katzowa aż całkiem osiwiała, gdy przyszła ta wiadomość, że jej osiemnastolatek zginął gdzieś tam w Macedonii. Przy okazji muszę wstąpić do ochronki i przekazać im parę marek na Günther Katz-Stiftung – pomyślał.

Na rynku wiosenny gwar powoli cichł, znudzeni dorożkarze stali pod sklepem Sladkiego, kupcy zamykali swoje interesy, a myśli Siegfrieda przeskakiwały z jednego dziecka na drugie. Na chwilę zamknął oczy i przypomniał sobie jak zamienił bogaty Beuthen na zaściankowy Rybnik. 37 lat już tu mieszka. Przyzwyczaił się, pokochał miasto, a może mu teraz przyjdzie na stare lata się przeprowadzać. Rozmawiał niedawno o tym z Bergerem, który już dosyć często zastanawiał się nad przeniesieniem swego sklepu z obuwiem, który prowadził po przeciwnej stronie Rynku, do Bytomia. Zresztą u Bergerów było ostatnio dużo problemów. Córka wyszła za mąż za wdowca Lilienfelda, którego zmarła żona była od Picków. Siegfried z Markusem Pickiem się przyjaźnił, bo mieli sklepy obok siebie. Prawie obok siebie. Kiedyś oddzielała ich restauracja, do której czasem wstępował. Razem z Markusem zawsze spotykali się w połowie drogi na piwie. Ha, ha. Jego Lina mu te piwo jakoś wybaczała, ale Pickowa woziła się po Markusie. Teraz między nimi był sklep Josefa Gonsiora, a kobiety miały większe zmartwienia od jednego Müllerowego kufla. 

Z kolei z Bergerem był skoligacony, bo sam swoją Edith wydał za mąż za Siegfrieda Bergera. Wolał unikać plotek i nie wdawać się w dyskusje kto ma wychowywać osieroconego przez mamę Iwana Lilienfelda. Pick zaraz miał łzy w oczach na samo wspomnienie zmarłej przy porodzie córki Idy. Nie potrafił wybaczyć zięciowi, że wżenił się w Bergerów. Nie chciał mu oddać wnuka, którego Pickowie wychowywali od dziecka. Picka szkoda, a i Bergera też. Dobrze, że u nas choć takich problemów nie ma – myślał Siegfried. Getrud szczęśliwa z mężem w Glatz, Hans z żoną w München, Margarethe z Herbertem chyba przeniosą się do Breslau. Narzeczona Fritza jest dobrą partią i powinni być szczęśliwi jak już razem zamieszkają w Kattowitz. Miasto piękne, nowoczesne, ma perspektywy, więc i Fritz będzie mieć szanse na dobre interesy. Jeszcze by się wszystko ułożyło najmłodszym – Walterowi i Wilhelmowi, a oboje z żoną będą szczęśliwi i spokojni. Pomachał z daleka Bergerowi, który też już zamykał sklep i w tym momencie przypomniał sobie, że teść córki nie rozliczył się z nim za ostatnią wspólną reklamę.

Jutro z rana do niego pójdzie. Teraz był zbyt zmęczony, a jeszcze musi wszystko wpisać w księgi handlowe i wejść do apteki po proszek od bólu głowy dla żony. Poza tym zauważył, że źle się sprzedają damskie rękawiczki i należy pomyśleć, jak by je szybko upchnąć klientkom.

Minął dorożki, kątem oka patrząc na sikającą fontannę i wszedł do apteki Adlera. Jego żona Lina ostatnio cierpiała na chroniczne migreny. Może to przez te plebiscyty, zagraniczne wojska szwendające się po mieście i plotki o podziale Oberschlesien. Wszystkim się przejmowała od razu widząc najgorsze. Poza tym, jak to matka, cierpiała, że traci kolejnego syna. Bardzo Fritza kochała i nie docierało do niej, że taka jest kolej rzeczy. Matka w pewnym momencie musi oddać syna innej kobiecie.
– Guten Morgen, Herr Adler. Tak. Jak zwykle to samo. Widział pan tych Francuzów? Coraz bardziej się tu panoszą. Już nie wiem, co o tym myśleć.
– Ja, ja. A co zrobimy Herr Schindler, jak tu przyjdą Polacy?
– Lepiej nie myśleć. Żona codziennie mnie o to pyta. Dziękuję za proszki i do widzenia.
– Auf Wiedersehen, Herr Schindler.

Wyszedł z Adler-Apotheke i wolnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku domu. W myślach układał odpowiedzi na pytania Liny o ich przyszłość. Ciężki wieczór go czekał.


Czy tak wyglądał ten kwietniowy dzień sto lat temu w Rybniku? Pojęcia nie mam, ale wiem, że wtedy Siegfried Schindler prowadził sklep z konfekcją w kamienicy przy Rynku. Dziś ten budynek wygląda inaczej. W jego sąsiedztwie, w ratuszu, miał sklep kożusznik Marcus Pick, o którego rodzinie już kiedyś pisałam ➡ Kuśnierz

Na pewno Lippmann Berger handlował butami po przeciwnej stronie. Jedna z córek Schindlera wyszła w 1919 r. za mąż za syna Bergera. Z kolei córka Picka, czyli sąsiada z tej samej pierzei Rynku, zmarła przy porodzie swego syna Iwana, co, bez dwóch zdań, było wielkim dramatem dla rodziców. Zięć, zarazem tata maleńkiego Iwana, ożenił się z inną z córek Bergera, a gdy ponownie owdowiał – z kolejną Bergerówną. Rybnik to była dziura, więc prawie wszyscy byli skoligaceni z wszystkimi. Na pewno też wtedy, 18 kwietnia 1921 r., było po zaręczynach Fritza Schindlera z katowiczanką Elly Brandt.

Informacje o pozostałych dzieciach Siegfrieda i Liny (oficjalnie Karoliny) z rybnickich browarników Müllerów, też są prawdziwe. Syn Schindlerów – Hans – w czasie Wielkiej Wojny służył w wojsku jako dentysta w lazarecie, w tym okresie ożenił się z Alice i został w Monachium. Getrud, po ślubie w 1920 roku Rybniku, przeprowadziła się do rodzinnego miasta męża, pod wielką twierdzę. Tam, na kłodzkim rynku, jej mąż prowadził sklep. Margarethe wydano za mieszkańca Katowic, rodzonego wodzisławianina o nazwisku Ehrlich. Niestety nie wiem niczego o jeszcze jednej córce o imieniu Catharina. Przed ożenkiem byli też dwaj kolejni synowie Walter i Wilhelm.
Najważniejszą informacją jest jednak to, że wszyscy wymienieni opuścili Rybnik, jedni pod koniec 1921, a niektórzy w 1922 roku. Nikt z Schindlerów, Bergerów, czy Picków nie chciał zostać w polskim mieście. Zanim jednak opuścili miasto Schindlerowie obwieścili światu, że ich Fritz, zaręczył się w Katowicach, gdzie już prawdopodobnie mieszkał. Krótko po tych zaręczynach, 3 maja nad ranem, Rybnik prawie cały znalazł się w rękach powstańców. Rozpoczęła się niewypowiedziana wojna. Z racji położenia sklepu, Schindlerowie patrzeli na prowadzonych do ratusza aresztowanych oraz na łopoczącą na wieży polską flagę. Walił się ich stary świat. Być może nawet doszło do splądrowania sklepu. O takowych, wiem z relacji innych Żydów niemieckich mieszkających wówczas w mieście. Zapewne przygotowania do ślubu syna zostały na jakiś czas odłożone.

Doszło do niego ostatecznie w lipcu 1921 roku w Katowicach. Z aktu małżeństwa można wyczytać, że państwo młodzi mieszkali naprzeciwko siebie na początku Beatestrasse, czyli dzisiejszej ulicy Kościuszki. Stara pocztówka przedstawia rogowy budynek z apteką, w którym mieszkał rybnicki Fritz Schindler.

Elly była sześć lat młodsza od Fritza. Choć urodziła się w Strzelcach Opolskich, to dzieciństwo spędziła w Bytomiu oraz Katowicach, bo tam prowadził interesy jej tata – Alexander Brandt. Przejął je po swoim teściu. W polskich już Katowicach Elly urodziła syna Günthera. Prawdopodobnie gdy była w ciąży, jej rybnicki teść, Siegfried Schindler siedział już na walizkach i szukał kupca na swój geszeft na Rynku. 


Siegfried wyszedł przed sklep. Po co kupowałem te markizy? Nikt mi za nie teraz nie zwróci. Lina miała rację. Prędzej czy później nas stąd wyrzucą. Prager już dawno wyjechał. Berger spakowany. Pick w Breslau. Młody Kornblum w Hindenburgu. Aronade ostatnio przed synagogą oświadczył, że zostaje. Może ma rację? Rahmer też znalazł kupca na swój Kaufhaus. Wdowa Altmannowa zapewne pojedzie do Oppeln za córką. Czuł się za stary na zmiany. Dobrze mu tu było przez te wszystkie lata. Wszedł do środka i w kantorku spojrzał na wszystkie pocztówki, na których widać było jego sklep. Kolekcjonował je z dumą. I co mi po nich teraz? Fritz z Elly też nie zamierzają zostać w Kattowitz. Wszystkie dzieci i wnuki gdzieś w świecie. Nic nas tu nie trzyma – powiedział do siebie bez przekonania. Dziś powiem Linie, że się zgadzam i sprzedam sklep. Niech będzie Breslau. Tam już są Edith i Margarete z mężami. Chociaż z Pickiem będę się mógł znowu spotykać. Ze smutkiem wrzucił pocztówki do szuflady. Wyjeżdżamy.


Gdy w sierpniu 1922 r. Rybnik wizytował Piłsudski na kamienicy nie było już reklam Siegrieda, a witryny były zasłonięte.

Zamieszkał w Breslau, gdzie po 8 latach od wyprowadzki z Rybnika, zmarł. Cierpiąca na migreny, Lina z Mullerów przeżyła go o 5 lat i odeszła ze świata w 1935 r. Była świadkiem wieszania swastyk na wrocławskich kamienicach. Z tego miasta w 1941 roku naziści wywieźli do Kowna ich córkę Edith wraz z mężem Siegbertem Bergerem. Oboje, urodzeni w naszym mieście, zostali zamordowani w listopadzie 1941. Na szczęście ich losu nie podzieliła siostra Getrud. Jakimś cudem udało jej się wyjechać z Kłodzka z małżonkiem do Chin. Kilka tysięcy niemieckich Żydów przeżyło wojnę w getcie w Szanghaju. Ostatecznie ta z córek Siegfrieda i Liny w 1947 r. dotarła z rodziną do USA. Syn Hans, dentysta, krótko przed wybuchem wojny wyemigrował z Monachium do Anglii. Jeszcze za życia Siegfrieda Hans zaczął się nazywać Johannes, co bardzo drażniło tatę. I jako ten Johannes został pozbawiony obywatelstwa niemieckiego w 1940. Jakby to miało wtedy dla niego znaczenie.

Kolejna z Schindlerowych dziewczyn urodzonych w Rybniku – Margarete oraz jej mąż Herbert Ehrlich, pod koniec 1938 r. dopłynęli do Chile. Ocaleli. Niewiele znalazłam zdjęć tej rodziny. Ale Małgosię (Gretę) Schindler (Ehrlich) z Rybnika wysznupałam 😆 Greta w 1948 roku starała się o wjazdową wizę brazylijską, bo tam właśnie spotkała się z bratem Walterem, który też zdołał wyjechać z Niemiec do Paragwaju. Od razu wyjaśniam dlaczego na wniosku nie ma jej nazwiska po mężu. Otóż w Chile mężatki po ślubie nadal używają swego nazwiska rodowego, a jedynie dzieci mają nazwisko taty. Choć gdy spojrzycie na podpis Grety, to zauważycie, że użyła tego właściwego.

Z wszystkich dzieci Siegfrieda i Liny Schindlerów z rybnickiego Ringu nie wiem co stało się z urodzonymi u nas Catherine oraz Wilhelmem.
Za to wiem i to bardzo dobrze, gdzie dotarli Fritz oraz jego katowicka żona Elly. Zaręczyli się, jak wspomniałam sto lat temu, potem pobrali, potem urodził się im syn, potem opuścili polskie Katowice, i potem w miarę szybko zrozumieli, co dzieje się w Niemczech. Jako pierwsi z całej familii wyruszyli za morza zaraz po śmierci Liny Schindler. Dotarli do Palestyny 30 grudnia 1935 r.

Fritz w tamtych czasach jakiś taki groźny był 🙂 Za to gdy spojrzy się na Elly, to widać ciepło, delikatność i dobroć. I taką ją zapamiętaj mój znajomy z rodziny Priesterów. W jego rodzinie mówiono na nią „Omy Elly”. Elly po wojnie, jak to napisał, „adoptowała” jego tatę. Tata mojego znajomego z Izraela, urodził się w Katowicach w latach 20-tych, czyli tak jak syn Elly i Fritza. Niestety jego rodzice i brat nie przeżyli wojny. On sam przetrwał kilka obozów koncentracyjnych i po wojnie wyjechał z Europy. Gdy dotarł do Palestyny Elly była tą, która mu pomagała. Sama straciła rodziców w czasie wojny, więc wiedziała co czuje ten osierocony młody człowiek. Uczestniczyła w jego życiu jako przybrana ciocia z Katowic. Górnośląscy Żydzi się bardzo wspierali. Mój znajomy znał ją jako dziecko i wiedział jedynie, że miała powiązania z Rybnikiem. No bo miała – poprzez męża. Gdy posłałam mu w grudniu kilka dokumentów, to zauważył, że zbliżają się jej 120. urodziny. Poszedł więc na cmentarz, by uhonorować „Omy” Elly i jej męża Fritza Schindlera z Rybnika. Elly zostawił na macewie cyklameny. Gdyby nie zadecydowali o wyjeździe raczej grobów by nie mieli.

Elly zmarła w maju 1980 r. wieku 80 lat, tak więc nie dziwota, że jest pamiętana przez mojego znajomego.

Fritz odszedł wiele lat przed żoną. Zmarł w 1958. Na obu grobach są wspomnienia o tych z rodziny, którzy zginęli w czasie wojny. 


Siegfried Schindler po raz ostatni spojrzał na rybnicki Ring, który wnet się miał stać Rynkiem, na ratusz, fontannę, na figurę Nepomucena. Lina go ponaglała. No chodź już. Jedziemy. To już nie jest twoje. Cieszyła się na spotkanie z córkami i wnukami. Breslau to nie jest jakieś „eine kleine Stadt in Oberschlesien”. Schindler odwrócił się w jej stronę i warknął: Skończ kobieto! To było moje miasto. Ja je kochałem. Mnie tu było dobrze. Tu byłem bezpieczny. Tu miałem przyjaciół. Tu byli moi klienci. Żaden Breslau, czy Berlin mi tego miejsca nie zastąpi! Delikatnie włożył do kieszeni kopertę z pocztówkami i ruszył ciężkim krokiem. Był 1922 rok. Rybnik szykował się do zmiany państwowości. 


Kamienica, w której Schindler miał sklep została przebudowana na początku lat trzydziestych. Dawny Ring 17, to dziś adres Rynek 17. 

Dziękuję Doronowi z rodziny Priesterów za fotografie grobów Elly i Fritza oraz za te kwiaty. Korzystałam ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, portalu ancestry.com, zasobów Archiwów Państwowych, Archiwum Państwowego w Izraelu, forum Zapomnianego Rybnika, oraz z własnej wyobraźni.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.2 została wyłączona
20 marca 2021

Świerklaniec – ku pamięci

Jedna z ważniejszych budowli w naszym mieście, kilka dni temu, w sporej części się zwaliła. Ta ogromna wyrwa w budynku, to nie tylko materialna strata. To też utrata niematerialnego dziedzictwa Rybnika, które przez lata wsiąknęło w te mury. Zasiadam do pisania tego tekstu z wielką nadzieją na odbudowanie i zachowanie naszego Świerklańca.

Przez stulecia do tego miejsca przychodzili rybniczanie, zatrzymywali się tu przyjezdni, występowali artyści, sportowcy. Na wiecach gromadzili się mieszkańcy, politycy, głosowano za jedynymi, albo przeciw drugim. Lał się tu alkohol i serwowano najwykwintniejsze potrawy. Tańczono na balach maskowych i oklaskiwano teatry. Można tu było dobrze zjeść, posłuchać historycznego odczytu, wypożyczyć samochód, kupić na wyprzedaży gorset, czy pośmiać się na występie kabaretu.
Dokładnie sto lat temu ludzie wrzucali do urn kartki opatrzone napisem: „Polska-Polen” lub „Deutschland- Niemcy” i zapewne po głosowaniu debatowali tu przy piwie, komu przypadnie to nasze miasto.
Historię miast tworzą ludzie, zdarzenia oraz budynki. Stojący w samym centrum Rybnika Świerklaniec jest spleciony z historią miasta od stuleci. Jak piszą kroniki mniej więcej tu, już w Średniowieczu, stała jedna z pierwszych karczm tej małej wówczas osady. W 1725 r. „pańska karczma Świerklaniec” składała się z 1 wielkiej izby, 3 małych komórek, 1 kuchni, 1 stajni dla koni gości oraz obory. Jej nazwa pochodziła od słów z języka czeskiego. Świrklić, czy też świrklać oznaczało granie, a dokładniej przygrywanie do tańca. Zapewne wielu czytelników kojarzy arcydzieło polskiej kinematografii, czyli „Austerię” J. Kawalerowicza. Nie byłabym sobą, gdybym nie przywołała żydowskich wątków związanych ze Świerklańcem, którego możemy do takiej austerii porównać. Jeszcze gdy był to parterowy, drewniany budynek posiadaczami oraz arendarzami byli m.in. Singer, Moses Leschcziner, czy Samuel Schaffer. Moses Leschcziner chyba przez ten Świerklaniec na stałe w mieście osiadł. Jego wnuk Noah, w 1903 r. wybudował ogromną kamienicę dokładnie naprzeciw dawnej karczmy swego dziadka. Jedna z piękniejszych pocztówek z początków XX wieku pokazuje zarówno elegancki Świerklaniec, jak i Leschczinerowy ogromny Kaufhaus.

Pierwotnie drewniany zajazd, zapewne wielokrotnie przebudowywany, stał się murowanym obiektem w połowie XIX w. Zmieniali się jego właściciele oraz najemcy. Obecny wygląd Świerklańca pochodzi z końca XIX w. Wtedy to, Paul Langer, ogłaszający się jako właściciel hotelu „Schwirklaniec”, zapraszał wszystkich do nowo otwartego obiektu.

Rozpoczynała się kolejna era dla tego miejsca. Już nie tylko wyszynk i tańce. Świerklaniec zaczął odgrywać o wiele ważniejszą rolę. To tu, po konsekracji kościoła św. Antoniego, na uroczystym obiedzie, spotkali się przedstawiciele wszystkich wyznań oraz najważniejsze osobistości Rybnika. Jak się domyślacie wspólnie przy stole zasiedli z chrześcijanami przedstawiciele gminy żydowskiej. Sto lat temu, w tych trudnych politycznie czasach plebiscytu, hotel był w rękach Pogody oraz Zörnera. I to właśnie do hotelu Pogody przedstawiciele władz miejskich zaprosili na obiad, przewodniczącego Komisji Międzysojuszniczej, generała Le Ronda, po przeglądzie wojsk koalicyjnych w kwietniu 1922 r.
Już wtedy Świerklaniec królował na kulturalnej mapie miasta, choć o koncertach niejednokrotnie jeszcze informowano w języku niemieckim.

Jeden z ważniejszych momentów XX w., czyli wkroczenie wojsk polskich do Rybnika Świerklaniec też widział. Ustawiono przed nim ogromną bramę powitalną na początku lipca 1922 r., którą uwiecznił na fotografii Ludwik Czech. Wnet Breitestrasse zmieniła się w ulicę Jana III Sobieskiego.

Rozpoczynały się najlepsze czasy dla tego miejsca. Przywrócono historyczną nazwę, która pojawiała się we wszystkich możliwych gazetach. Można śmiało powiedzieć, że Świerklaniec był sercem naszego miasta.
Czego tu nie było! Z racji tego, że jestem niepoprawnym fanem boksu i zapasów, to zacznę od sportu. Może to dziwne, ale ogromna sala na pierwszym piętrze była wykorzystywana do walk bokserskich. W 1933 r., prasa pisała iż, nasi bokserzy skompromitowali się w trakcie międzynarodowych zawodów przegrywając z bokserami z Morawskiej Ostrawy stosunkiem 2:14. Boks królował w Świerklańcu i po wojnie. Tato opowiadał mi o jednej walce, którą miał okazję zobaczyć. Krew się lała, a publika ryczała „Dobij go”. Aż mnie ciary przechodzą z emocji na samą myśl 😉 Boks to wg mnie jeden z piękniejszych sportów. Dopiero od połowy lat 50-tych kierownictwo restauracji zaprzestało udostępniania sali sportowcom, gdyż jak to pisały nasze „Nowiny”, dancingi były ważniejsze, bowiem przynosiły większy dochód. Szkoda.

Oprócz bokserów rybniczanie mogli podziwiać zmagania zapaśników. Krótko przed olimpiadą w Amsterdamie w 1928 r. do Rybnika na zawody przyjechali najwybitniejsi polscy zapaśnicy. Dziś możemy tylko pomarzyć o takim sportowym wydarzeniu. Zresztą tak jak i o szermierczych mistrzostwach Polski pań, które odbywały się w Rybniku w 1936 r. Najlepsze polskie florecistki walczyły m.in. w Świerklańcu.
Co prawda poker nie jest w moim rozumieniu sportem, to jednak warto wspomnieć ikonę dziennikarstwa sportowego, która m.in. w Świerklańcu, stawiała wielkie kwoty. Jan Ciszewski, bo o nim mowa, był znany ze swych skłonności do hazardu.
W 1931 roku właścicielem całości został były powstaniec i działacz plebiscytowy Emil Ogórek – człowiek doskonale znający się na hotelarstwie i gastronomii. Wiedział bardzo dobrze jak przyciągać klientelę. Za jego czasów budynek został gruntownie odnowiony. Codziennie zapraszano na dancingi, koncerty, przedstawienia. Oferowano pokoje klubowe oraz sale na zebrania.

Do dobrego tonu należało bywanie tu na wydarzeniach kulturalnych. Na scenie w Świerklańcu występowali najlepsi z najlepszych. Nie sposób wymienić wszystkich. Tu goszczono Juliusza Osterwę, Stefana Jaracza, chór Dana z Mieczysławem Foggiem, Aleksandra Żabczyńskiego, w którym kochało się tyle Polek, w tym i moja babcia, czy Jana Kiepurę (do tego to akurat nie mam sentymentu). Rybniczanie podziwiali występy chóru Kozaków, Zizi Halamy, śmiali się do rozpuku przy dowcipach Kazimierza Krukowskiego „Lopka” i artystów „Morskiego Oka”, zachwycali się głosem śpiewaków operowych na „Madame Butterfly” Pucciniego.

Nasz rodzimy chór Seraf był tu stałym gościem, zarówno przed wojną jak i po niej. Pierwszy koncert pieśni polskiej miał miejsce pod koniec marca 1946 r.

Na koniec zostawiłam sobie sprawy polityczne i społeczne. Czego te mury nie słyszały? Urzędowały tu Komisje Poborowe, wrzucano kartki do urn przy okazji różnorakich wyborów, na zebraniach zbierali się przedstawicie różnych zawodów, były tu wiece PPS’u, Narodowego Związku Powstańców i Byłych Żołnierzy, Obozu Wszechpolskiego, mniejszości niemieckiej, czy chadeków. Mieścił się tu „Związek Restauratorów, Właścicieli Kawiarń i Hotelów”, w którym działał Emil Ogórek.

To tu, po aferze z Maksem Brauerem, który rzekomo molestował chrześcijankę, zebrali się oburzeni rybniczanie i nawet uchwalili obszerną rezolucję. Maks, mieszkający vis a vis Świerklańca zarzucił hotel swoimi ulotkami, a molestowana, niby wielce cnotliwa, katoliczka po latach okazała się być nieznaną prostytutką.

Na tyłach Świerklańca można było, po niskich cenach, wypożyczyć auto na chrzty, wesela, czy udając się w podróż służbową.

Po wkroczeniu Wehrmachtu do Rybnika, pan Ogórek, jako były powstaniec musiał wyjechać z Rybnika. Groziło mu aresztowanie. Świerklaniec został przejęty przez niemieckiego zarządcę komisarycznego, jak zresztą większość przedwojennych geszeftów. Dom towarowy Czesława Beygi, który niejednokrotnie dekorował sale w hotelu, też został przejęty przez niemieckiego zarządcę. 

Dawna ulica Szeroka, później Sobieskiego, została na jakiś czas wtedy nazwana imieniem Rudolfa Hessa, a na Świerklańcu zawisł napis „Reichshof”. Pod wielkim, kryształowym żyrandolem zbierali się teraz członkowie NSDAP, którym uroczyście wręczano odznaczenia przy różnych okazjach. Po ucieczce Hessa z Niemiec ulicę nazwano Günther-Prien-Strasse. Zapewne na drukach firmowych Hotelu Reichshof na szybko zmieniano adres w maju 1941 roku.

NSDAP w naszym Świerklańcu często bywało, robiło wystawy, do odwiedzenia których nakłaniał Der Oberschlesische Wanderer.

Jak i przed wojną odbywały się tu prelekcje. Co by powiedział ojciec Emil Drobny, piewca Ziemi Rybnickiej, który w latach 30-tych opowiadał w Świerklańcu o Janie III Sobieskim, gdyby ujrzał dr. Paula Danzera opowiadającego o wyższości jednej nacji nad innymi? Paul Danzer, pracownik Biura ds. Polityki Rasowej NSDAP miał spotkanie w Rybniku, w Hotelu Reichshof 16 grudnia 1943 r. Bilety w cenie pół marki można było nabyć w biurze Niemieckiego Frontu Pracy.

Po zakończeniu wojny Emil Ogórek wrócił do Rybnika i swojego hotelu. Ponownie starał się go odbudować i prowadzić. By uratować wszystko przed nacjonalizacją, wynajął budynek Związkowi Walki Zbrojnej o Niepodległość i Demokrację, a później Powszechnej Spółdzielni Spożywców. Władza jednak ma to do siebie, że działa zgodnie ze swoim interesem. W 1951 r. Prezydium MRN ustanowiło zarząd przymusowy, co praktycznie wykluczyło właściciela z możliwości zarządzania tym miejscem. Nadal była tu restauracja i hotel, którego pokoje po jakimś czasie przerobiono na biura. Powoli znikało stare wyposażenie, choć ciągle były tu dansingi, imprezy sportowe, różnorakie spotkania i występy, o których informował tygodnik Nowiny. Organizowano bale, mikołajkowe spotkania dla dzieci, kiermasze kulinarne, konkursy.

Główna sala Świerklańca, na początku lat 50-tych zmieniła się w salę sądową. Po największej w dziejach kopalni Jankowice katastrofie górniczej, w wyniku której na początku maja 1950 r. zginęło prawie 30 górników, przeprowadzono pokazowy proces pracowników dozoru oraz dyrektora kopalni. Sąd apelacyjny na sesji wyjazdowej wydał wtedy bardzo surowe wyroki.
W tego typu miejscach kradzieże, czy też gubienie rzeczy (niejednokrotnie po spożyciu czegoś mocniejszego) zdarzały się zawsze. Przybyłego przed wojną (zapewne w interesach) do naszego miasta Żyda Moryca Mendla okradła jedna Agnieszka, a mieszkaniec Jaśkowic zgubił teczkę z przyborami do golenia, być może balując w grudniu 1960 r.

Prasa niejednokrotnie krytycznie przyglądała się Świerklańcowi, informując choćby o tym, że na jego dachu jest cała „plantacja trawy”, czy też że opinia publiczna zbulwersowana jest tym, co dzieje się na świerklanieckich dansingach. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu jednej ze stałych bywalczyń tego, jak to nazwano „punktu zbornego okolicznych amantek”. „Blada twarz, wydłużone barwiczką usta, czarny, obcisły sweter z pokaźnym dekoltem, odsłaniającym kark, plecy i piersi. Tańczy lub raczej szarpie rock and roll z niższym o głowę, mizernym wymoczkiem w zabłoconych spodniach i rozchełstanej, brudnej – jak u większości tutejszych „gości” – koszuli. Co parę taktów odrzuca głowę do tyłu, zanosząc się wrzaskliwym śmiechem”. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak się takie tańce kończyły, to odsyłam do Nowin z 1957 r. Szukajcie artykułu o ryżym „Sznapsie” – bywalcu Świerklańca 😆
Na dansingach tam nie bywałam, ale czasem na obiedzie z rodzicami i owszem. Mam pod powiekami jakiś kiermasz wielkanocny, chyba z wczesnych lat 80-tych, na który poszłam wraz z mamą. Pamiętający czasy niedostatku towarów wiedzą, że takie eventy były wtedy wyjątkowym wydarzeniem. Tam sprzedawano luksusy, którym co prawda wiele brakowało do serwowanej przed wojną kuchni wiedeńskiej, ale wówczas nie miało to znaczenia. „Kalmarów po rybnicku”, o których 1982 r. pisała Trybuna Robotnicza nie pamiętam, ale też owoców morza nigdy nie jadałam.

Potomkowie Emila Ogórka odzyskali nieruchomość w 1991 r. Starali się mu przywrócić dawną świetność, co po tylu latach jej rozkradania i braku faktycznego gospodarza nie było łatwe. Z tego co się orientuję, spadkobiercy, zmarłego w 1962 r. pana Ogórka, jakiś czas temu sprzedali swoje udziały.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden październikowy dzień. W 2014 r. przed Świerklańcem stanęły stare zabytkowe auta, a z balkonu na pierwszym piętrze tego ogromnego budynku, rybnicka pieśniarka śpiewając przeniosła nas w lata 30-te. Tłumy rybniczan stały zauroczone jej śpiewem i grą świateł na wszystkich kamienicach przy ulicy Sobieskiego. Wszyscy byliśmy dumni z odrestaurowanego deptaku, którego Świerklaniec jest integralną częścią.

Dziś jednego balkonu nie ma. Jest ogromna dziura w murze i sercach tych, którzy kochają Rybnik. Miejmy nadzieję, że jednak uda się jakoś te dziury zaklajstrować i kiedyś znowu śpiewaczka, opierając się o przecudną kutą balustradę, coś nam zaśpiewa.

Trzymajmy kciuki, by jakiś gospodarz nas ponownie zaprosił na otwarcie, tak jak zapraszał Emil Serafin Ogórek w sierpniu 1935 r.  Na pewno pan Emil z góry będzie czuwać, a gdyby ktoś uznał, że Świerklaniec należy rozebrać, to niechybnie będzie go straszyć. 

Zainteresowanym historią Świerklańca polecam książkę Michała Palicy „Ludzie i domy – wędrówki po rybnickim Deptaku” oraz artykuły Grzegorza Walczaka w starych wydaniach Gazety Rybnickiej, które są dostępne na stronie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej.

Powyższy tekst, lekko skrócony, ukaże się w najbliższą środę w papierowym wydaniu „Nowin”. 

(Reklamy pochodzą ze starych gazet na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej)

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Świerklaniec – ku pamięci została wyłączona
19 grudnia 2020

Piękni i młodzi – Ernst Gallus

Na świecie i w Polsce nie najlepiej. Na horyzoncie narodowe 😉 godziny policyjne, narodowe 😉 lockdowny i jedyna nadzieja w szczepionce ponadnarodowej. Już po Chanuce, a przed Bożym Narodzeniem, więc taki bardzo świąteczny czas mimo całej tej ponurej otoczki covidowej. Dlatego też trzeba go wzmocnić pozytywnym akcentem. To będzie ostatni z nieopisanych nastolatków. Co prawda, na kocyku siedzi jeszcze jedna z rodu Priesterów – Lotte, ale o niej pisałam 4 lata temu, gdy jeszcze o zdjęciu nie miałam pojęcia ➡ „Rybniczanie w Australii„. Z kolei tą ślicznotę z dekoltem w szpic możecie rozpoznać jako ➡ „Nianię od Priesterów„.

Ernst Gallus. Ostatni, choć w sumie był pierwszym, który z całej grupy, ruszył w odległy świat. Czyli albo najbardziej przewidujący, albo najbardziej odważny, bądź też najbardziej szukający przygód w wielkim świecie. Jak przeczytacie – wyszło mu to na dobre.
Zanim jednak usiał na kocu z kuzynkami i przyjaciółmi i zanim kiedyś potem wsiadł do pociągu i opuścił Niemcy, musiał się urodzić. To zacznijmy historię rodziny Ernsta.
Gallusów w Rybniku nie było. Ernst znalazł się w moim mieście, gdyż jego mama Elly Priester była rybniczanką, urodzoną w Rybniku w 1881 r. jako córka Isidora i Johanny z domu Kornblum. Tak więc był spokrewniony z Hertą, Charlotte, Theą oraz Lore (również na zdjęciu i już w Szufladzie). Wszyscy byli prawnukami Salomona Priestera i jego żony Rosalie. Drzewo genealogiczne wywiedzione właśnie od Salomona jest dość skomplikowane, więc wolę Wam nie gmatwać. Dziadek młodzieniaszka z jakichś tam powodów na początku XX wieku opuścił Rybnik i przeniósł się do Gogolina. Tam też wyszła za mąż jego córka Elly Priester. Jej wybrankiem został Eugen Gallus. Ojj… niezłą zagwozdkę miałam z miejscowością, z której pochodził późniejszy tata Ernsta.

Petrzkowitz Kreis Ratibor” to można wyczytać z aktu ślubu. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się to jakoś oczywiste, że to chyba Pietrowice koło Raciborza. Jednak niemiecka nazwa tej obecnej wsi była inna. Google mi podpowiadał, że to Petřkovice, dziś część Ostrawy, ewentualnie Pietrzykowice pod Żywcem. Jako kompletnie absurdalne informacje, odrzuciłam te podpowiedzi. Całe jedno niedzielne popołudnie spędziłam na analizowaniu starych map i nazw niemieckich. W końcu, wiedziona jakimś durnym rozumowaniem uznałam, że to chyba były Pietrzkowice – dziś część pobliskich Rydułtów. Logicznie, gdyby brać pod uwagę odległości. No… bo w miarę blisko Rybnika. Nielogicznie z wielu innych powodów. Raczej tata Priester nie wydałby za mąż swej córki za bidoka. Eugen Gallus musiał mieć jakiś przyzwoity geszeft, by zostać przyjęty jako zięć do dość bogatej rodziny. A te rydułtowskie Pietrzkowice to parę ulic, bez jakichś znaczących starych kamienic. Ale od czego jest Facebook 😉 Narobiłam larma na swoim Fb i ludzie zaczęli pomagać. W międzyczasie udało mi się ustalić jeszcze jedną nazwę dla „Petrzkowitz”. Było to Petershofen. Pomogli wielce uczynni znajomi z Facebooka, którym dziękuję, że zaangażowali się w to, w sumie mało ważne dla nich, dochodzenie. Tata Gallus pochodził z okolic Ostrawy. Pojęcia nie miałam, że tak niby odległa miejscowość należała wówczas do „Kreis Ratibor” i państwa niemieckiego. Na naukę nigdy nie jest za późno. Im więcej wiem, tym więcej mam luk i braków.

Późny wieczór był, gdy swój już totalnie zmęczony umysł, nakierowałam w stronę Czech. I znowu pomógł Facebook. Uwielbiam Zuckerberga za to narzędzie 🙂 Znalazłam niezwykłą grupę czeskich pasjonatów i lokalsów, która tak pięknie wita odwiedzających ➡ „Vítejte na neoficiálním Facebooku Petřkovic.” Znowu napisałam elaborat i umieściłam prośbę na ichnim forum. Prośbę o ustalenie gdzie Eugen Gallus, tata synka z kocyka, mąż rybniczanki Elly, miał w Petřkovicach sklep. Sama od kilkunastu lat jestem członkiem forum ➡ „Zapomnianego Rybnika” i wiem, że zwykli ludzie wiedzą o wiele więcej od najmądrzejszych historyków z doktoratami. I wyobraźcie sobie teraz moją radość, gdy następnego dnia niesamowicie uprzejmi czescy sąsiedzi wszystko ustalili 🙂 Dostałam stare pocztówki oraz mapkę, na których widać jak byk nazwisko Gallus. Wkleili mi fotografie budynku już po sprzedaży obiektu Czechowi Malkowi (do dziś na tą okolicę mówią Malkovec). W ogóle napisali mi, że ta wielka kamienica była jednym z symboli Petřkovic. Sorry, że aż tak opisuję jakiś budynek, który został zburzony w 2013 roku z uwagi na jego zły stan, ale dla mnie to był ważny moment w ustalaniu całej historii. Gdyby nie pan Tomáš i jego znajomi błądziłabym jak ślepy we mgle. A tak możecie sobie teraz uzmysłowić, jak zamożna była rodzina Gallusów. Voilà. Warenhaus Gallus!

Ještě jednou českým historikům moc děkuji! Mam nadzieję, że Google to dobrze przetłumaczył na czeski język 🙂

Ten czeski trop podsunął mi myśl, iż być może uda się odszukać akt urodzenia Ernsta w ogromniastym czeskim archiwum. Dla mnie szukanie tam dokumentów nie jest łatwe, ale udało się. Płoszaj, czyli prywatny mąż, już totalnie olewa moje podskoki i tańce po pokojach w takich momentach 😉 Ernst urodził się w dzisiejszych czeskich Petřkovicach w 1905 r. Tam też urodził się jego, o dwa lata młodszy, brat Georg i siostra Ruth. Na razie Wam jeszcze nie napiszę, skąd mam poniższe zdjęcia, ale życie składa się z małych, a nie dużych cudów i takim cudem są te zachowane stare fotografie, które leżą w jednej szwajcarskiej szufladzie. Na zdjęciach tata Eugen Gallus, jego mama, żona Elly z Priesterów oraz ich dzieci, w tym i mój Ernst. Elly, przypominam, była rybniczanką z urodzenia. Fotografie są cudniejsze od cudnych!

Eugen, przez jakiś czas był właścicielem firmy Noah Leschczinera w moim mieście. Nie jest to zbyt dziwne, gdyż szwagierka Elly, czyli żona jej brata Salo Priestera, była córką Noah. Biznesy rodzinne się przenikały i zazębiały. Właśnie wtedy Gallusowie przyjechali do Rybnika na uroczystość rodzinną. Ernst usiadł z resztą kuzynek i przyjaciół na kocu, a fotograf zrobił „cyk”. Przez prawie dwa lata byłam przekonana, że fotografię zrobiono w maju 1921 r. Jednak w tej szwajcarskiej szufladzie znalazło się to samo zdjęcie, ale bez podpisów, które znałam. W Szwajcarii na odwrocie fotki jest opis „Theas Geburstag”. To były urodziny Doroty! Tej najbardziej paradnej i odwalonej dziewczyny, stojącej w samym środku. Czyli to był wczesny wrzesień 1921 r.

Te pogmatwane dla naszego terenu lata dwudzieste spowodowały, że Eugen sprzedał swój Warenhaus w Petřkovicach, gdyż wnet ta miejscowość miała znaleźć się w granicach Czechosłowacji. Gallusowie byli niemieckimi Żydami i ani Czechosłowacja, ani Polska, której przypadł Rybnik, im nie pasowały. Eugen wszedł w spółkę z wdową po głubczyckim kupcu – Emmą Schlesinger. W latach trzydziestych już prowadził inny biznes na Rynku w Leobschütz, czyli dzisiejszych Głubczycach.

Ernsta już wtedy w Głubczycach nie było. To on, ten sympatyczny chłopak, był pierwszym, który opuścił Niemcy. W 1927 roku wyjechał do Hiszpanii. Tam starał się ułożyć sobie życie. Gdy pozostali ze zdjęcia „Pięknych i młodych”, albo spokojnie mieszkali w polskim Rybniku, albo zaczynali się bać o przyszłość w którymś z niemieckich miast, Ernst był już mieszkańcem Barcelony. Popatrzcie na eleganta na tle pięknego hiszpańskiego miasta (w 1928 r.)

Za namową Ernsta, jego młodszy brat Georg w 1933 roku dołączył do niego. Niemcy nie były już bezpieczne. Bracia przez jakiś czas byli razem. Potem Georg postanowił szukać szczęścia w Anglii, dokąd wyjechał w połowie lat trzydziestych. Wtedy też w maleńkich Głubczycach, gdzie tata braci nadal prowadził sklep, zmarła Elly Gallus. Pochowano ją chyba na nowym cmentarzu żydowskim, który co prawda przetrwał do naszych czasów, ale nagrobków na nim nie uświadczycie. Przetrwała za to fotografia i to ten kolejny mały cud. Niech się teraz odezwie tu jakiś ortodoks, który powie, że na żydowskich grobach nie wolno stawiać kwiatów 😉 Czekam… czekam (sądzę, że mój pszczyński Mistrz też czeka, hahaha). To był prywatny wtręt i za niego przepraszam, ale człowiek czasem musi, bo się inaczej udusi.

Zmarła mama, ale życie toczyło się dalej. Ernst się żenił, rozpoczynała się wojna w Hiszpanii, a nowe życie, które już rosło w brzuszku młodej pani Marii Gallus było dla Ernsta najważniejsze. Podjął decyzję o kolejnej przeprowadzce z uwagi na bezpieczeństwo swojej rodziny. Paryż wydawał się idealny. Niestety, sytuacja w całej Europie była coraz gorsza i w 1939 roku francuskie władze odmówiły przedłużenia wizy Ernstowi, Marii oraz małemu synkowi Ricardo. Gdy Ernst z żoną i synem opuszczali Francję, brat Georg był już w Argentynie, dokąd dotarł za namową i przy pomocy przyjaciół. Na statku „Cap Acrona” wypłynął z Southampton do Buenos Aires we wrześniu 1937 roku. Na szczęście udało się wydostać z faszystowskich szpon również tacie Eugenowi, który zapewne przed wyjazdem poszedł na grób swej Elly w niemieckich Głubczycach i ciężko płakał. Starszym ludziom nie jest łatwo wszystko zostawić i ruszyć w obcy, do końca nie wiadomo czy bezpieczny, świat. Eugen z Petřkovic u Ostravy, którego możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach, dotarł do Republiki Dominikany z kraju po hiszpańsku zwanego Alemania. Ocalił swoje życie.

Tam spotkał wreszcie swego syna Ernsta i ujrzał wnuczka. Zapewne niejedną łzę ocierał, gdy w tym egzotycznym kraju przyszedł na świat kolejny wnuk Alfonso, co miało miejsce w 1944 r. Te jego łzy nie tylko były z radości. Od września 1941 roku nie miał żadnych informacji o córce Ruth, która wraz z mężem mieszkała w Berlinie i pracowała jako pielęgniarka w szpitalu żydowskim. To ona się nim opiekowała przed wyjazdem i wszystkiego dopilnowała, gdy opuszczał w 1939 roku Głubczyce. Jeszcze wtedy praca była jej misją. Starania o opuszczenie Niemiec rozpoczęła, ale było już za późno. Listy przestały docierać do Santo Domingo. Jej się nie udało. Piękna siostra Ernsta i Georga zginęła.
Ernst został obywatelem Republiki Dominikany. Tak jak i jego żona oraz synowie. Jakże odległe od Niemiec było to, zapewne oszałamiające, państwo na Morzu Karaibskim, w którym wówczas rządził dyktator Rafael Leónidas Trujillo. Poczytajcie sobie o nim w Internecie. Jaki kraj, taki dyktator. Rafael doprowadził do „rzezi pietruszkowej”, a Adolf do „ostatecznego rozwiązania”. Nie wybielam „najwyższego protektora dominikańskich ludzi pracy”, tylko prowokuję do sięgnięcia do źródeł. Zbrodniarz to zbrodniarz i nie można go rozpatrywać pod kątem ilości zamordowanych ludzi. Dominikana pod rządami Trujillo przygarnęła Gallusów. Niemcy pod rządami Hitlera, delikatnie mówiąc, ich nie chciały.

Pewnie się zastanawiacie, czy ci młodzi nastolatkowie ze zdjęcia, którym udało się wyjechać, mieli ze sobą kontakt? Uciekając przed Hitlerem dotarli do tak różnych i odległych od siebie miejsc, że aż wydaje to się niemożliwe. Anglia, Palestyna, Australia, Dominikana, Kanada, Boliwia, Urugwaj. Tak, wiedzieli o sobie i się kontaktowali, ale sądzę, że już po wojnie. I na pewno po wojnie dotarły do niech informacje, że dwoje tj. ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta, którzy zostali w Rybniku nie przeżyło 🙁

Jakie były dalsze losy Ernsta Gallusa, chłopaka o bujnej od urodzenia czuprynie, i jego rodziny? Ernst, tak samo jak i brat Georg powrócili do Hiszpanii w latach sześćdziesiątych i tam zakończyli swoją wędrówkę po świecie. Tata Eugen zmarł w egzotycznej Dominikanie wiele lat przedtem.
Na sam koniec należy się Wam wyjaśnienie z czyjej szuflady wyciągnęłam te wszystkie fotografie. Otóż dzięki poprzednim opisom „Pięknych i młodych” odnalazł mnie jeden z potomków rodziny Priesterów. I to on, jako izraelski potomek Górnoślązaków, zawziął się i dotarł do córki brata Ernsta Gallusa, czyli córki przystojnego Georga o melancholijnych oczach.

Irene, bratanica Ernsta, obywatelka Szwajcarii przesłała te cuda i uzupełniła opowieść o jej wujku. Tym samym pomogła mi zakończyć opisywanie dwunastu młodych ludzi, którzy pewnego dnia, prawie sto lat temu, radośni i jeszcze bezpieczni ustawili się przed fotografem w Rybniku. Bardzo Irenie za to dziękuję.
Dotarłam do końca. Być może dopiszę uzupełnienie do historii Charlotty (Lotte) Priester, ale to już nie w tym roku. Na pewno będę mogła o moich – tak o nich myślę w duchu – przyjaciołach opowiedzieć wszystkim zainteresowanym w trakcie wykładu online. Gdy będzie się zbliżać 28 stycznia 2021 roku, to będę o tym trąbić wszerz i wzdłuż we wszystkich możliwych mediach. Uprzedzam: wyjdzie Wam to bokiem 😉 Dom Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach, czyli najbardziej odpowiednie do tego miejsce, od przyszłego roku planuje cykl spotkań z „Mistrzem i Małgorzatą od kuchni”*. Jedno z nich będzie właśnie o „Pięknych i młodych”. I to spotkanie na pewno będzie w sieci, bo raczej nie możemy spodziewać się poprawy sytuacji i odwrotu covidu do tego czasu.
Tak więc stay tuned and see you! Trzimcie sie tam zdrowo wszyscy! I jeszcze raz dziękuję mieszkańcom Petřkovic, bratanicy Ernsta Gallusa, Doronowi z Priesterów oraz moim fejsbukowym znajomym. Bez Was ten wpis byłby niekompletny. Dobrego czasu przesilenia grudniowego! I nawiązując do ruchu 8 gwiazdek napiszę: „***** 2020”.

*Mistrz to Sławek Pastuszka aus Pless, Małgorzata to Małgosia aus Rybnik,
a kuchnia moja własna „boho kitchen” pod hałdą.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ernst Gallus została wyłączona