kwiecień 25

Piękni i młodzi – post scriptum

Opisywanie losów 12 nastolatków, sfotografowanych 100 lat temu w Rybniku, skończyłam pod koniec ubiegłego roku. Gdy dwa lata temu rozpoczynałam tą historię z ➡ „Pięknymi i młodymi” nie przypuszczałam, że zwykłe bajdurzenie w Internecie doprowadzi do tylu wzruszeń, odkryć i spotkań. Tak, tak – spotkań mimo panującej pandemii.
Przypomnę, iż fotografię przedstawiającą szczęśliwych przyjaciół dostałam od Miriam Glucksmann, której ➡ tata to zdjęcie zabrał ze sobą wyjeżdżając w 1933 r. z Niemiec do Anglii. Dzięki temu, że jego   siostra, a zarazem ciocia Miriam opisała na odwrocie uczestników tego spotkania, udało mi się w miarę dobrze ustalić losy tych młodych ludzi. Uznałam, że powinnam o nich napisać i opowiedzieć światu o każdej postaci. Szyłam te opowieści z różnych skrawków informacji. Na ogół były z dziurami, z których niektóre być może kiedyś się uda zacerować. Raz wychodziło lepiej, raz gorzej. Robiłam to w sumie bardziej dla siebie niż dla innych. Tak to pomalutku leciało aż do momentu, gdy napisał do mnie z Izraela potomek familii, z której wywodziło się pięć osób stojących na tym zdjęciu.

Hello Malgosia, For about a week now, since a relative sent me an obituary notice from 1927, and I started reading your drawers (thanks to translation possibility) I feel very lucky. Since my father died when I was young, I did not know much about the family even not the connections to our relatives whom I knew. Now, thanks to you, a photo that was taken almost a hundred years ago, brings my family alive and things start to be clear, though I have some questions.

I się zaczęło. Od października 2020 r. wszystko nabrało ogromnego tempa i doprowadziło do niewiarygodnych emocji, nie tylko z mojej strony, na przełomie stycznia i lutego. Doron z rodziny Priesterów nie był pierwszym, który znalazł w mojej Szufladzie informacje o swoich krewnych. Ale był, jak na razie, tym jedynym który uznał, że trzeba te wiadomości wykorzystać by odszukać w świecie wszystkich, którzy mogliby być zainteresowani tą historią. Zaczęłam tworzyć skomplikowane drzewo genealogiczne Priesterów i razem z Doronem przekopywaliśmy się przez Internet szukając potomków, zmarłego w Rybniku w 1865 r., Salomona Priestera i jego żony Rosalie. Salomon miał sporą gromadkę dzieci, więc pęczniały mi foldery w laptopie, który dyszał jak stary parowóz.

Wspólnie odkrywaliśmy historię górnośląskiego rodu, który związany był z kilkoma miastami w naszym regionie, o czym już tu pisałam przy okazji zakładania pancerza obronnego na ➡ koronę. Doron wydobywał z pamięci jakieś fragmenty opowieści rodzinnych o kimś tam w Szwajcarii, o dalekich krewnych, których nie znał w Kanadzie, czy Australii.

Zbliżał się koniec listopada, a przede mną było zadanie opisania ostatniego z „Młodych”, czyli ➡ Ernsta Gallusa. Wiele o nim wiedziałam, sporo mi pomogli czescy sąsiedzi z forum Petrkovic, a Doron zaczął uparcie szukać bezpośrednich potomków Gallusów, którzy poprzez matkę – Elly Priester byli z nim powiązani. Oczywiście te poszukiwania były internetowe, czego nie muszę wam chyba tłumaczyć 🙂 Tropy prowadziły przez od Dominikany, przez Hiszpanię do Szwajcarii. Byłam już blisko publikowania historii Ernsta, gdy Doron napisał: „Wczoraj, moja kuzynka z Brazylii, znalazła i przesłała mi e-maila Irene – bratanicy Ernsta Gallusa. Napisałem do niej kilka minut temu. Nie wiem, kiedy chcesz publikować post o nim, ale jeśli możesz to trochę to opóźnij. Może będzie zainteresowana i prześle nam jakieś zdjęcia”. To się wstrzymałam. Wiadomo. 100 lat zdjęcie czekało, to te kilka dni nie robi różnicy. Wnet dostałam do wiadomości odpowiedź Irene ze Szwajcarii: „WOW!!! I am amazed!”. Bardziej „amazed” byłam ja, gdy dostałam moich nastolatków opisanych „Thea’s Geburstag 1921”. W szwajcarskiej szufladzie od lat leżało to samo zdjęcie. Wreszcie znałam dokładną datę zdjęcia, gdyż Thea urodziła się we wrześniu. 

Do wymian e-mailowych dołączali kolejni zainteresowani z całego świata. Już wówczas wiedziałam, że pod koniec stycznia będę o „Pięknych i młodych” opowiadać w sieci w ramach cyklu spotkań zatytułowanego „Mistrz i Małgorzata od kuchni”. Dalecy krewni moich młodych, a było ich coraz więcej, oczywiście zostali o tym powiadomieni. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie bezpośrednich potomków Thei Priester – tej, która na zdjęciu była najważniejsza, bo to z okazji jej Geburstagu zebrało się to grono przyjaciół. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Mycie okien, narady nad lockdownową Wigilią, odwodzenie własnych starszych od wspólnego świętowania, kupowanie prezentów w sieci. Pandemia była wtedy jakby poza mną. Żyłam w Internecie i w przeszłości jednego, w sumie mi obcego, choć bliskiego, rodu. Nałożyło się na to jeszcze jedno inne ważne wydarzenie, jakim było przedstawienie online spektaklu o moich (choć też nie z mojej rodziny) siostrzyczkach ➡ Geni i Stefci. Gdyby nie to małe cholerstwo, które zabija tak ogromną ilość ludzi na świecie, to raczej dzieci oraz wnuki, ocalałej z Holokaustu Geni Ryby z Rybnika, nie miałyby okazji zobaczyć na swoich komputerach teatru SAFO na scenie.  Byłam niesamowicie szczęśliwa, że to się udało. Co chwilę beczałam w tym grudniu z radości.

Dzień przed Wigilią nagle zadzwonił domofon. Dzień dobry, przesyłka. W myślach przeleciałam wsio co kupowałam i raczej niczego już się nie spodziewałam. Maska, buty, kurtka i szybko przed furtkę. A tam pan z ogromnym bukietem kwiatów z rybnickiej kwiaciarni. Nie pomylił pan adresów? Nie mam urodzin. Tam jest bilecik, który wszystko wyjaśnia, odparł pan. Pędem na górę, okulary na nos i aż sobie siadłam z wrażenia. Obok choinki w Wigilię stanął wazon z różami zamówionymi w Izraelu w kwiaciarni na rybnickim Rynku.

Już wtedy wiedziałam, że grób Isidora – pradziadka całej tej Priesterowej rodziny, przetrwał w Gogolinie. Doron prosił o zachowanie tej rewelacji, gdyż miał swój własny sekretny pomysł. Tworzyłam swój wykład wkładając w niego tyle serca ile się dało. Wiedziałam, że opowieść, którą miałam snuć 28 stycznia dla słuchaczy Domu Pamięci Żydów Górnośląskich będzie w języku polskim i gdy do tego Zooma dołączą wszyscy odnalezieni krewni tych młodych, to niczego nie zrozumieją. A niech tam! Jaki mam ten angielski, taki mam. Oni to muszą usłyszeć w międzynarodowym języku. Ustaliłam datę meetingu na 24 stycznia. Prywatne spotkanie w sieci. Cały styczeń Doron robił wszystko, by namierzyć wnuki ➡ Thei w Kanadzie. Kilka dni przed godziną zero, na bezczelnego, napisał nawet do policji w Ontario, by pomogli w odnalezieniu dalekich kuzynów, z którymi nigdy nie miał kontaktu. Nie zapominajcie, że on w Izraelu, ja w Polsce, a poszukiwani byli z Kanady. Nazwiska się zmieniają przez zamążpójścia, wszędzie obowiązują przepisy dotyczące danych osobowych i na to wszystko dookoła ogólnoświatowa pandemia. Trzy dni przed planowanym angielskim Zoomem przyszedł e-mail: „Karen Grauer answered me!

No ja pierdzielę! Mój gmail się gotował od ilości otrzymywanych i wysyłanych e-maili. Okazało się, że żyje synowa Thei. W tamtych dniach wolałam się nie malować, bo co chwilę mi się oczy moczyły. Zrobiliśmy krótki Zoom-meeting w przeddzień właściwego spotkania. Czacha dymiła!

24 stycznia rano wstałam cała przejęta, pół nocy nie spałam, ćwicząc w duchu prezentację po angielsku. Pojechałam przed południem do miasta, by sfotografować kamienicę, na tyłach której zrobiono ową fotografię. Stałam tak sobie na pustym Placu Wolności i myślałam, że może kiedyś ktoś z tych, których mam dziś poznać tu dotrze, gdy świat się ogarnie.

Wieczorem w mojej kuchni spotkali się potomkowie i powinowaci rodzin Priester, Aronade, Grauer, Glucksmann, Gallus, ➡ Silbiger, ➡ Apt oraz Młynarski. Wszyscy w jakiś tam sposób byli związani z tymi nastolatkami, którzy we wrześniu 1921 roku spotkali się w Rybniku na urodzinach ➡ Thei Priester (Grauer) i wszyscy powiązani z Rybnikiem. Niektórzy bardzo bezpośrednio – jak kanadyjskie wnuki i synowa Thei, czy Miriam, która jest córką Alfreda z fotografii, a niektórzy bardziej pokrętnie jak np. Susan z USA, która powiedzmy, że reprezentowała ➡ Lotte Priester, bowiem brat jej dziadka był mężem Lotte. Prawie 30 osób, z niemalże wszystkich kontynentów wysłuchało mojej opowieści o Rybniku, o Górnym Śląsku 100 lat temu, a przede wszystkim o losach tych młodych ludzi. Większość z nich o sobie przedtem nie wiedziała, ani nigdy się nie spotkała. Nie potrafię opisać tych emocji, wypowiadanych słów i tej radości. Wtedy, jedyną osobą, która nie miała swojej reprezentacji była ➡ Lore Priester, ale jak to mi relacjonował Doron: „I did not give up, yet, finding Lore’s descantances in Uruguay.” Czyli trwały poszukiwania potomków Lory w Urugwaju.

Po spotkaniu dostałam takie ilości starych fotografii, że musiałam zmieniać polską wersję wykładu, który miał mieć miejsce za kilka dni. Miriam sięgnęła do sekretnej koperty 😉

W międzyczasie, w tym styczniu, starałam się dotrzeć do najlepszej specjalistki od gogolińskich Żydów – pani Reginy Kalli-Szulc. To było chyba trudniejsze niż odnalezienie wnuków Lory. Gdyby nie Facebookowy profil pasjonatów Gogolina, to do teraz bym czekała na odpowiedź z UM.

Dzień przed oficjalnym spotkaniem, organizowanym przez Dom Pamięci, okazało się, że Doron dotarł do wnuczki Lory Priester i że żyje jeszcze córka Lory – Gerda, urodzona przed wojną w Breslau! Takie cuda wtedy miały miejsce. Na polskiego zooma przyszli stali bywalcy Domu, przyszli rybniczanie i nie tylko, ale przede wszystkim przyszli wszyscy krewni z całego świata. Siedzieli półtorej godziny, słuchając opowieści w języku, który dla nich brzmiał, jak dla mnie koreański. W najśmielszych snach bym sobie takiej publiczności nie wymarzyła.

Przesłane po wszystkim skany zdjęć, które ➡ Thea Grauer (Priester) zabrała ze sobą do Kanady w 1939 r. to był największy dar, jaki mogłam dostać. Pierwszy raz zobaczyłam maleńką Werę, córkę ➡ Herty Thulli Priester i jej męża ➡ Fritza Aronade. Obie żyły jeszcze w 1941, o czym świadczy podpis w albumie! Wszyscy troje zostali zamordowani.

Ostatnim niezwykle ważnym akordem tej szalonej zimy było jeszcze jedno spotkanie internetowe. Tym razem z okazji rocznicy śmierci Isidora Priestera urodzonego w Rybniku w 1844 r., a zmarłego na początku lutego 1903 r. w Gogolinie. W końcu udało mi się dotrzeć do pani Reginy z Gogolina, która jest mało zinternetowana, stąd też trudna do zlokalizowania. Z racji tego, że pani Regina to taka sama wariatka jak ja, to choć tylko przez telefon, to czułam jak fluidy porozumienia fruwały między Rybnikiem a Gogolinem. Zostałam zasypana informacjami o pobycie, losach i znaczeniu tej rodziny w Gogolinie. Nie chcę wam teraz gmatwać historii zawiłościami genealogicznymi, ale opowiem jedno. Dla Reginy wyjątkowo ważna była postać lekarza z tej familii, który w pamięci starych mieszkańców tego miasta nadal tkwi. Harry Schein, wnuk Nathana Priestera (kolejnego urodzonego w Rybniku syna Salomona) przewijał się w wielu wywiadach, które przeprowadzała z mieszkańcami autorka książek o gogolińskim cmentarzu oraz Żydach.. No i? No i jego syn też został odnaleziony! Pojawił się na jorcajtowym spotkaniu w lutym. Była też przecudna, wiekowa Gerda. Opowiadała, siedząc w Urugwaju, o mamie Eleonorze (Lorze), o dziadkach z Rybnika, o Wrocławiu, o Jeleniej Górze, w której dorastała do momentu wyjazdu w 1938 r. i o tym jak trudno było niemieckim Żydom zaaklimatyzować się w Ameryce Południowej. Byłam zachwycona jej pamięcią, tym, że przy pomocy córki siedzącej w tym momencie w Hiszpanii ogarnęła całą tą technologię i mogła uczestniczyć wraz z innymi w zjeździe rodziny.

A samo spotkanie rozpoczęło się na lotnisku w Pyrzowicach, byliśmy w Katowicach pod kamienicą, gdzie mieszkali dziadkowie oraz tata Dorona, potem nad obozem Auschwitz-Birkenau, by uczcić tych, którzy zginęli, lecieliśmy nad Pszczyną. Wylądowaliśmy w Rybniku, gdzie poszliśmy na kawę do kawiarenki Secesja przy Sobieskiego (tu Louis Priester – tata Lory, miał sklep), obejrzeliśmy dwa dawne Priesterowe domy, pomachaliśmy z powietrza rybniczanom i zahaczyliśmy na chwilę o Racibórz. Tam z kolei Julius, syn Isidora przez wiele lat prowadził sklep na Rynku. Przez ten trop, w przypływie szaleństwa, kupiłam na Ebayu pocztówkę przedstawiającą właśnie ten budynek. Ostatnim miejscem był Gogolin i cmentarz żydowski. Nad zachowanym grobem Isidora Priestera. Odmówiono Kadisz. Wszystko symbolicznie, internetowo, ale jakże pięknie. Google daje wiele możliwości 😉

Do teraz, gdy myślę „Priester”, to się uśmiecham. Ogromną moc serdeczności od nich otrzymałam. Gdy to co dookoła minie, to jestem przekonana, że niektórzy krewni „Pięknych i młodych” zawitają na Górny Śląsk. Dlatego trzymajmy kciuki za program szczepień, dostawy szczepionek i za świadomość ludzi. Przedtem jednak zawitam do Gogolina, by osobiście podziękować pani Reginie i by już fizycznie położyć kamyki na grobie Isidora oraz jego matki Rosalie.
See you one day in Poland my friends!

Mogę się teraz zabierać za historię rybnickiego skandalisty Krakauera, jego kolegę zegarmistrza Waldberga, brata zegarmistrza oraz za Chaima Sandomierskiego z Gliwic, bo kiedyś to obiecałam pani Izie. Już dziś zapraszam do Domu Pamięci 27 maja o godz.18.00. Tym razem będzie o polskich Żydach, którzy u nas mieszkali.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – post scriptum została wyłączona
luty 7

100 lat temu w Rybniku cz.1

Ten rok będzie na Górnym Śląsku szczególny. W marcu będziemy obchodzić setną rocznicę plebiscytu. Potem, na początku maja, na pewno wszystko będzie się kręcić wokół wybuchu III powstania śląskiego, a jesienią dojdzie kolejna data, czyli 100 lat od decyzji dzielącej Śląsk na dwie części. Większość tych, którzy się będą wypowiadać, będzie pleść narodowe farmazony o patriotyzmie, zbrodniach, walce, dzielnych powstańcach, politycznych uwarunkowaniach i zwycięstwie.
Ani ze mnie historyk, ani fachowiec od powstań, ale swoje zdanie na temat tego, co się wtedy działo mam. Nie mam zamiaru się z nim dzielić, bo dziś na wszystko jest jakiś paragraf. Przymierzę się za to do opisania tych czasów z perspektywy niemieckiej społeczności żydowskiej, która mieszkała w Rybniku i musiała zadecydować, czy nadal tu zostać, czy też wszystko sprzedać i wyjeżdżać. Może mi wyjdą z tego jakiś 3 artykuły. Zobaczymy.
100 lat temu o tej porze już wszyscy wiedzieli w jaki sposób będą głosować i kto będzie do tego uprawniony. Obie strony zaostrzały akcję propagandową, konflikty narastały, a zwykłe rodziny, mieszkające tu od pokoleń, na pewno wieczorami analizowały co przyniesie ten 1921 rok. Prasa, jak to prasa, podkręcała atmosferę, więc mimo zimy było gorąco. 

Rybniccy Żydzi mieli tu sklepy, domy, tu się urodzili, tu brali śluby i wychowywali dzieci. Rybnik był ich Heimatem. Maleńkie miasto na rubieżach wielkiego państwa niemieckiego. Wielu z nich ledwo co wróciło z wojny. Powoli zaczynali odbudowywać swoje interesy, a tu znowu wyrastały przed nimi problemy. Jak choćby przed wielokrotnie przeze mnie opisywanym Josefem Mannebergiem, urodzonym w Rybniku w 1874 r. Bił się za Niemcy na terenie Francji i Belgii. Gdy szczęśliwie wrócił uznał, że po wojnie nastąpi boom budowalny i właśnie dlatego zaczął rozwijać swój handel żelazem i materiałami budowlanymi. Na początku 1918 r. urodził mu się najmłodszy syn i miał dla kogo zaiwaniać. To był mądry i przewidujący człowiek i równocześnie bezkonkurencyjny kupiec. W jego domu przy Sobieskiego 15 toczyły się spory, czy zostać, czy może wyjeżdżać. Niedługo po podziale Śląska, wraz z zięciem i najstarszym synem, Josef wyjechał na rekonesans do Palestyny. Tam kupił spory kawał ziemi, ale wrócił. Za bardzo kochał Rybnik. Został tu aż do maja 1939 r., bo tak zadecydowali członkowie rodziny w prywatnym referendum przeprowadzonym w kamienicy przy ówczesnej ulicy Szerokiej (dziś Sobieskiego). 

Jeden z bogatszych w Rybniku – Felix, ostatni z Haasych, na czas zawirowań lat 1919-1920 wywiózł swoją rodzinę do Lipska. Czas pokazał, iż źle zrobił, że ich tu znowu sprowadził z powrotem pod koniec 1920. Na razie też starał się pracować i rozwijać ponad 150-letni biznes rodzinny. Jeszcze w czasie wojny przekształcił go w spółkę akcyjną, a zaraz po jej zakończeniu otworzył filię w Lubece. Zgodnie z prawem publikował wyniki finansowe „F. Haase Lederfabrik Akt.-Ges. in Rybnik”. Synowie Felixa dorastali i coraz bardziej angażowali się w sprawy polityczne, bo Niemcy to był ich kraj. Felix na pewno pisał listy do Berlina siostry i opisywał jej nastroje bratanków.

Młody Alfred Glücksmann, zdolny gimnazjalista chadzał po mieście i fotografował swoim nowym aparatem ludzi i miejsca, nie zdając sobie wtedy sprawy, że po stu latach, jego zdjęcia będą niesamowitym świadectwem tamtych czasów. Jak choćby ta fotografia przedstawiająca róg Rynku i ulicy Zamkowej oraz jakiś wiec, czy też propagandowe spotkanie.

Ciekawość zagnała Alfreda na ówczesny Neuer Ring (dziś Plac Wolności) w trakcie nieokreślonej manifestacji, bądź marszu zwolenników którejś ze stron.

W rodzinie Kornblumów Max wadził się ze swoim bratem Martinem, o to czy należy tu zostać, czy też iść w ślady młodszego Alfreda, który jeszcze przed I wojną opuścił Śląsk. Mieli dzieci i chcieli dla nich jak najlepiej. A czy ewentualna wygrana Polski w plebiscycie miała im gwarantować to „najlepiej”? Zapewne bracia przewidywali wiele zagrożeń jakie miały im przynieść najbliższe lata, ale nawet w najgorszych snach nie przyśniło im się, że z tej wielkiej rodziny, ponad 30 osób zostanie zamordowanych za około 20 lat. I to nie przez Polaków, a przez tych, po których stronie zamierzali stanąć w 1921 r. Na razie jednak zapalali szabatowe świece w swoich mieszkaniach przy Kościelnej i cieszyli się z tego, że udało im się przeżyć Wielką Wojnę. 

U Pragerów takich rozterek związanych z wyjazdem czy pozostaniem nie było. Większość z nich już opuściła Rybnik. Po śmierci nestora Abrahama w 1914 r. jego synowie i córki powoli zaczęli się wyprowadzać. Emil, mimo że przepięknie przebudował swój dom towarowy na Rynku, to wkrótce sprzedał go Leschczinerom. I choć nadal jego nazwisko widniało na reklamach, to sam już mieszkał w Berlinie. Reszta braci i kuzynów też siedziała na walizkach i przenosiła geszefty w głąb Niemiec. Ogłaszający się w prasie Lippmann Berger też planował opuszczenie Rybnika. Jeszcze wtedy nie wiedział, że jego rodzina przeniesie się do Bytomia.

U Leschczinerów też nie za bardzo wiedzieli co zrobić. Tym bardziej, że na wojnie zginął najstarszy z synów Noah – Alfred. Pierworodny miał przejąć po ojcu całość biznesu, ale Wielka Wojna go zabrała. Kolejny z braci po studiach osiadł w Berlinie, a Noah nie był za tym, by stąd się wyprowadzać. I jego za dużo go z Rybnikiem łączyło. Tu był poważany, tu miał wnuki i rozległe interesy. Myślę, że tłukł do łba trzeciemu z męskich potomków oraz córce, a także reszcie rodziny, że trzeba będzie się jakoś z Polakami dogadać i nie wolno tego małego Heimatu opuszczać. Został tu do końca, czyli do swej śmierci na początku 1940 r.

Altmannowie, sąsiedzi Leschczinerów, nie mieli wątpliwości. Trzeba będzie wyruszyć w daleki świat. Luise Altmann, po ślubie z ówczesnym rybnickim rabinem Braunschweigerem, wyjechała za mężem, gdy ten dostał posadę rabina w Opolu w 1918 r. Jej mąż był jednym z tych, którzy bardzo mocno agitowali za niemieckim Śląskiem. Nie dziwota więc, że i reszta rodziny Altmannów, a w większości to były przedsiębiorcze kobiety, zbierała się do opuszczenia miasta, które mogło przypaść Polsce. Adam Przybyła już zbierał kasę, by kupić jedną z większych kamienic na Rynku.

Gdy już jestem przy rabinach, to należałoby przywołać tych dwóch, którzy na krótko zawitali do Rybnika przed plebiscytem. Po rabinie Braunschweigerze przez niecały rok (1919-1920) urzędował w moim mieście dr Arthur Rosenthal. Następny, czyli dr David Dagobert Nellhaus dotarł do nas w październiku 1920 r. Analizując jego lakoniczne zapiski w malutkim notatniku, można przyjąć, że w połowie czerwca 1921 już go u nas nie było. Jego rabinat był więc bardzo krótki. Przypadł na czas głosowania oraz III powstania śląskiego. Organizował posiłki koszerne dla przybyłych głosujących czyli tzw. emigrantów, o czym informowała gazeta Judisch-Liberale Zeitung. Uczył niemiecką młodzież, prowadził nabożeństwa w synagodze, zgodnie z publikowanym wówczas w prasie porządkiem i był tym, który odprowadził na cmentarz syna Felixa Haase – Rudolfa, zamordowanego przez powstańców w maju 1921.

W unikatowym skorowidzu Nellhausa, pod literką „P” zapisał kilka ważnych uroczystości, które miały miejsce w tamtym czasie w rodzinie Priesterów. Dwie bar micwy, dalej 80-te urodziny głowy rodu – Adolfa Priestera pod datą 28.II.1921. Bystre oko zauważy, iż niedługo potem rabin wpisał informację o pogrzebie Adolfa, który zmarł 30 kwietnia, kilka dni przed wybuchem trzeciego zrywu Ślązaków.

Wydaje mi się, że jedynym, który nie kombinował czy wyjechać, czy też zostać był Siegfried Müller, wówczas już pełnoprawny właściciel browaru. Jego wiekowy tata Hermann odszedł jesienią 1919 r. gdy jeszcze nikt na poważnie nie brał pogłosek o ewentualnym podziale Górnego Śląska. Siegfried był mocno związany z miastem, bowiem jego browar to był wówczas najważniejszy zakład produkcyjny. Uważam, że nie rozpatrywał jego sprzedaży i wyprowadzki, mimo że kuzyni pozbywali się udziałów w pozostałych dwóch browarach i praktycznie już tu nie mieszkali. Tyrający po mieście Alfred Glücksmann utrwalił na kliszy prosperujące przedsiębiorstwo browarnicze Siegfrieda i przy okazji wielką kamienicę na roku dzisiejszej ulicy Chrobrego i 3 Maja.

Miasto powoli się szykowało na 20 marca. Prasa w lutym podawała informacje o okręgach, w których można było sprawdzić, czy się jest na liście do głosowania, ewentualnie do niej dopisać. Instruowano jak powinny wyglądać karty legitymacyjne i straszono zbrodnią narodową. Jakie to znajome 😆 

Nadal działały wszystkie sklepy, szukano pracowników, a Siegfried Schindler, rybnicki kupiec z Rynku już planował zaręczyny syna Fritza z katowiczanką Elly Brandt. Ogłoszono je oficjalnie kilka dni po plebiscycie. Mimo napięcia wszystko jakoś funkcjonowało, choć po mieście krążyły obce wojska rozjemcze i napięcie wyczuwalne było na każdym rogu. Wyborne Salemy oferowane przez Rudolfa Aronstamma palono przy każdej dyspucie politycznej. 

Był luty 1921 roku. Wszędzie leżał śnieg. Alfred Glücksmann wraz z przyjaciółmi cieszył się z zimy i aparatu fotograficznego, który niedawno dostał w prezencie. Wieczorami dorośli rozpatrywali ewentualność wyjazdu, a młodzi łowili ich słowa i zastanawiali się, czy ich przyjaźń przetrwa te ciężkie czasy.

Dalszy ciąg tej opowieści nastąpi 🙂

Korzystałam ze starej prasy, którą można znaleźć na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, Kolekcji Nellhausa w Instytucie Leo Baecka oraz albumu rodziny Glücksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.1 została wyłączona
Listopad 28

Piękni i młodzi – niania

Być może przede mną kolejne zdjęcie z uwiecznionymi rybniczanami, a ja jeszcze nie skończyłam jednego opisywać. Czas więc zabrać się do konkretnej roboty i choć jeden pomysł dokończyć.

Zostały mi trzy postacie ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Nie wiedząc o tej fotografii, dwa lata temu opisałam, stojącego z prawej, ➡ Alfreda Glucksmanna. Potem zdarzył się taki mały cud i odezwała się do mnie jego córka, która przesłała tych młodzików, uwiecznionych w maju 1921 roku w Rybniku. ➡ Siostra Alfreda – Ilse, stojąca obok brata, dawno temu podpisała fotografię. Dzięki temu mogłam odtworzyć, wykombinować, czy też wymyśleć losy tych młodych ludzi.

Jeśli komuś się nie chce grzebać w moich szufladach, to podaję poniżej linki. Siedem w miarę pozytywnych historii oraz dwie bardzo smutne.

Od lewej stoją ➡ Herta Thulla Priester, ➡ Ilse Silbiger, ➡ Lore (Eleonora) Priester, ➡ Otto Apt, ➡ Thea (Dorothea) Priester, ➡ Fritz Aronade, ➡ Nieznajoma, ➡ Ilse Glucksmann, ➡ Alfred Glucksmann.

Trzy osoby siedzą na kraciastym kocu u stóp pozostałych. Pierwsza z lewej została opisana jako „Kinderfräulein von Priester”, czyli „niania od Priesterów”. Na kolanie Ernsta Gallusa oparła niedbale rękę. Z prawej strony siedzi Lotte Priester.

Choćbym rok główkowała, to nie wymyślę kim była. I nie znajdę żadnych informacji czy była rybniczanką, czy może pochodziła z Raciborza, a może na przykład z Bytomia. Nie wykombinuję, czy była Żydówką, czy nie. Na pewno była w domu Priesterów prawie jak domownik. Raczej była kilka lat starsza od pozostałych młodych. Nimi się już nie musiała opiekować. Chyba że… była opiekunką dla najmłodszej z nich wszystkich, czyli wówczas dwunastoletniej Herty Thulli z rodu Priesterów – tej w białych rajtach. Wydaje się to dość prawdopodobne, gdyż Herta od dziecka cierpiała na nerki. Jakieś dwa miesiące temu znalazłam korespondencję pomiędzy Hertą, jej mamą oraz siostrą, a żydowskim szpitalem we Wrocławiu, w którym nastolatka odbywała praktykę w kuchni przez kilka miesięcy na przełomie 1928 i 1929. W dokumentach, które można znaleźć na stronie Centralnej Biblioteki Judaistycznej jest stosowne zaświadczenie doktora Sachtlebena z Rybnika informujące o chorobie. Chorująca dziewczynka zapewne rzadko bywała w szkole i potrzebowała panienki do pomocy, choćby w nauce. Z jej świadectwa szkolnego wynika, że miała problemy w szkole. Same dochy i lufa z angielskiego 😉

Jeśli ta śliczna kobieta, o dość rozwiniętych biodrach, znalazła się na tej fotografii, to musiała być ważna, albo dla całej grupy, albo dla kogoś z nich. Skoro dopisek informuje, że była nianią u Priesterów, to moja powyższa teoria wydaje się słuszna. Sprawdziłam, czy u którychkolwiek z rybnickich Priesterów były wtedy jakieś małe szkraby i nie znalazłam. Gdyby współcześni znawcy od mowy ciała wypowiedzieli się na temat tego, że niania siedzi u stóp swej, powiedzmy, dwunastoletniej mocodawczyni, to moje przypuszczenia by zostały poparte przez fachowców 🙂 Sama nie jestem w tym mocna – polegam jedynie na swoich subiektywnych odczuciach. Ha ha, powoli zaczynam wierzyć w to co napisałam powyżej.

Losów tej młodej, ładnej kobiety z misterną „welą”* na głowie nie jestem w stanie odtworzyć. Mogę mieć jedynie nadzieję, że „Niania” dobrze ułożyła swoje życie, gdy przestała się opiekować Hertą. Zapewne dostała odpowiednie referencje. I łudzę się, że jeśli była Żydówką, to udało jej się przetrwać wojnę. Prawdopodobnie, gdy zmarł tata Herty – Salo Priester, a miało to miejsce w 1926 roku, już dla Priesterów nie pracowała. Schorowanej wdowy nie było stać na opłacanie niani dla swej najmłodszej córki. Co prawda był bogaty dziadek ze strony matki – Noah Leschcziner, ale może mama Herty była niezależna i nie chciała pomocy. Poza tym Herta miała już 17 lat i nie wymagała bezustannej opieki, czy pomocy.
Mogłabym tu teraz pisać różne śmoje boje i bajdurzyć o jej późniejszym życiu, ale czy ma to sens? Nie. Dlatego na tym kończę z nadzieją, że jej losy były lepsze niż Herty, jej mamy Olgi i męża Fritza. Herta bowiem, jak możecie przeczytać w moich starszych wpisach zginęła w obozie zagłady, prawdopodobnie wydana przez kogoś z rybniczan. Gdybyście się kiedyś natknęli na referencje wystawione dla Niani a opatrzone podpisem Olgi Priester, to dajcie znać.

Korzystałam z zasobów Centralnej Biblioteki Judaistycznej (Personalien der Herta Priester, Volontärin in der Kochküche.)

*Wela to fryzura po śląsku

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – niania została wyłączona
kwiecień 10

Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann

Dziś Wielki Piątek. Czas korony, kwarantanny, pełnej izolacji, mimo trwającego Pesach i nadchodzącej Wielkanocy. Wyznawcy dwóch wielkich religii muszą podejść do dotychczasowego obchodzenia swoich świąt w zupełnie inny sposób. Gdy wstałam, to pomyślałam, że napiszę o Jerozolimie moimi oczami. Ale to mogłoby zostać niewłaściwie odebrane, bo dla mnie Jerozolima to nie jest miasto chrześcijan, a Żydów i Arabów. Czyli nie wpisałabym się w główny nurt dzisiejszego dnia. Dlatego jednak popiszę neutralnie i opowiem o kolejnej osobie ze zdjęcia ➡ „Pięknych i młodych”. By jednak choć ciut nawiązać do miejsca, gdzie dziś nie odbędzie się kolejna droga krzyżowa, wybrałam dziewczynę, która w Jerozolimie mieszkała przez większość swego życia i tam zmarła.

Ilse Glücksmann, czyli dziewczyna o przepięknych włosach.

To jej zawdzięczamy, że tyle zdjęć z Rybnika przetrwało z opisami. To ona pielęgnowała pamięć o swoich rodzicach, wujkach, ciociach ze Śląska.

Ilse urodziła się w naszym mieście w 1906 r. Była młodszą siostrą Alfreda, od którego zaczęła się moja znajomość z Miriam (córką Alfreda i bratanicą Ilse). To dzięki Miriam mogę Wam pokazać tyle niezwykłych fotografii przedstawiających nasze miasto z lat 20-tych XX w. O Alfredzie pisałam jakiś czas temu ➡ Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku. Właśnie przez ten wpis odnalazła mnie Miriam i tak zaczęłam projekt polegający na opowiedzeniu o 12 nastolatkach sfotografowanych w 1921 w Rybniku. Ilse, jako jedna z postaci na zdjęciu, na odwrocie opisała te osoby, których imiona i nazwiska pamiętała. Sama stoi pomiędzy ➡ „Nieznajomą” a swoim bratem, który jak pamiętacie dzięki temu, że uzyskał stypendium w Cambridge z Niemca stał się Brytyjczykiem.

Ilse i Alfred byli dziećmi Selmy i Adolfa Glücksmannów. Patrząc na poniższe zdjęcie przedstawiające rodzeństwo, pierwsza myśl jaka mnie naszła to „Jakież ona miała przepiękne włosy!”. Trzy lata starszy Alfred z grzywką ciachniętą na skos i wielkimi uszami i siostra elegantka. Mamusia do fotografa ubrała najpiękniej jak mogła. Ta kokarda! Te loki! Łatwo przy rozczesywaniu nie było 🙂

Ojciec prowadził sklep w Rybniku przy Breitestrasse. Rodzinie się dobrze powodziło. Wywczasy w Kudowie – modnej wtedy i teraz. I popatrzcie ponownie na włosy dzisiejszej bohaterki. Dziewczynka na tym zdjęciu, zrobionym 23 lipca 1911 roku, ma 5 lat. Znowu mała paniusia. Torebeczka, paradny fartuszek, koraliki, w ręku chyba kapeluszTante Jenny, przy której stoi. Ciotka Jenny była siostrą mamy. Obok cioci kuzyn Ernst. Brat Ilse – Alfred kucający z drugiej strony zdjęcia, ubrany na biało z marynarskim kołnierzem, coś pije. Mama Selma stoi gdzieś z tyłu równie odwalona. W końcu byli „u wód”, czy też im Spa.

W Rybniku młodzi Glücksmannowie chodzili do szkół. Alfred do tej przy ulicy Cmentarnej, a gdzie Ilse? Na pewno to nie jest ten budynek przy starym kościele. Może ktoś z rybniczan rozpozna, przed którą szkołą ustawiły się dziewczynki wraz z nauczycielką panną Irmą Schwarzer. Ilse dość skrupulatnie opisała koleżanki, no i Lehrerin Irmę. Ilse ma loki już albo ścięte, albo upięte z tyłu. Jakaś lekko naburmuszona. Nie dziwię się. Też szkoły nie znosiłam. Zresztą nie tylko Ilse na fotografii jest nie w sosie. Nauczycielka również nadąsana. Na tej fotografii są też ➡ Ilse Silbiger, ➡ Thea Priester, ➡ Lore Priester, o których już pisałam. Przyjaciółki. Niestety z opisu nie wynika dokładnie, która jest która, ale co do nadzwyczajnej urody Dorki (Thea) Priester mam pewne podejrzenia, gdyż tylko jedna z dziewcząt ma „to coś”, co miała Thea.

Dla równowagi dam też zdjęcia brata przed jego szkołą, którą na pewno rybniczanie rozpoznają. Alfred stoi jako pierwszy z lewej – mały synek w brelach 🙂

Gdy cała rodzina była w Rybniku miały miejsce dwie ważne uroczystości. Bar micwa Alfreda i bat micwa Ilse, czyli uroczystość religijna związana z wejściem dziewczynki w dorosłość. Otrzymała wówczas przepiękny złoty naszyjnik, który do dziś jest w rękach jej bratanicy. Coś z dawnego żydowskiego Rybnika jest nadal w Anglii i to bardzo mnie cieszy. Tym bardziej, że lazuryt jest bardzo wrażliwym kamieniem.

W drugiej połowie 1922 roku państwo Glucksmannowie wyprowadzili się z polskiego już wtedy miasta do Görlitz. Z tego czasu zachowała się fotografia Ilse ze swoim pupilem przed sklepem ojca. Dziś w tym budynku jest hotel.

Po krótkim pobycie w Görlitz rodzina osiadła w Gliwicach. Z gliwickiej fiszki adresowej wyraźnie widać, że Ilse się szybko usamodzielniła i wyprowadziła z mieszkania rodziców, a po jakimś czasie przeniosła się do Berlina.

Rozpoczęła pracę dla Judische Verlag – wydawnictwa, wówczas kierowanego przez Siegmunda Kaznelsona, prawnika, redaktora i działacza syjonistycznego. Kaznelson, jako przewidujący syjonista już w 1931 założył filię w Palestynie. Sam wyjechał z Niemiec w 1937 r. A co mamy o wyemancypowanej Ilse z tamtych czasów. Ano mamy Ilse tradycyjnie i bardzo skromnie…

Mamy Ilse elegantkę i prawie kokietkę, jak w czasach dzieciństwa.

I mamy Ilse wyemancypowaną biuralistkę 🙂 Te modne buty, strój! Ręka nonszalancko w kieszeni 😉 Kapitalnie zapozowane zdjęcie z pracy, jakie i my teraz sobie często robimy.

W 1933 r. brat Alfred opuszczał Niemcy, nie przypuszczając, że na zawsze. Ilse była jeszcze w Berlinie, a ich rodzice w Gliwicach. Prawdopodobnie już wtedy zaczęła starania o wyjazd ze swojego kraju, który powoli przestawał być jej ojczyzną. Potrzebne do złożenia podania o wyjazd pieniądze, otrzymała od innego uchodźcy, który otrzymał pozwolenie na opuszczenie Rzeszy. Sama, gdy swoimi kanałami zdobyła wizę do Palestyny, też przekazała te 500 funtów kolejnej osobie. W 1937 roku znalazła się w Palestynie. Dość szybko wyszła za mąż, zostając Ilse Walter i równie szybko się rozwiodła. Niestety niewiele wiadomo o jej mężu. Jak pamiętacie z poprzednich moich postów rodzice rodzeństwa zostali wywiezieni z Gleiwitz do obozu zagłady. Im nie udało się wyjechać. Starych i bezużytecznych Żydów żadne państwo nie wpuszczało.
Po raz pierwszy Ilse spotkała się z bratem po 16 latach, czyli w 1949 r. w Anglii. Wtedy też poznała swoją bratową oraz maleńką bratanicę.

Rybniczanka Ilse została strażniczką pamięci o rodzinie. Dwukrotnie (w 1956 i 1985) złożyła „Page of testimony” dla swoich rodziców w Instytucie Yad Vashem. Wtedy, gdy je składała zakładała, iż zginęli w Theresienstadt.  Co zapewne było dla niej maleńkim pocieszeniem i nadzieją, że może zmarli śmiercią naturalną w obozie koncentracyjnym. W owych czasach duża część ocalałych Żydów niemieckich uważała, że ich bliscy ginęli w Theresienstadt, a nie np. w Auschwitz czy Bełżcu.



Właśnie Ilse, nosiła przy sobie w torebce zdjęcia rodziców. Na samo wspomnienie o nich zawsze płakała. U Alfreda było jakby wyparcie i brak rozmowy, a u niej wspominanie. Do końca życia uznawała się za Górnoślązaczkę, choć przez większą część życia mieszkała na terenie dzisiejszego Izraela. Uzupełniała rodzinne drzewo genealogiczne, podpisywała zdjęcia, które wywiozła, składała świadectwa w YV dla dalekich członków rodziny, o których niewiele wiedziała. Po wojnie pracowała dla tej samej instytucji co przed wojną w Palestynie i jeszcze przedtem w Berlinie. Od czasu do czasu bywała w Europie. Krótko przed śmiercią przekazała do Centralnego Archiwum Syjonistycznego wiele dokumentów oraz listów. Zapewne pod powiekami nosiła obraz miasta swojego dzieciństwa i młodości. Zastanawiam się czy wiedziała, że prawie wszyscy jej przyjaciele ze zdjęcia „Piękni i młodzi” zdołali przeżyć wojnę w różnych częściach świata. Zginęli jedynie ci, którzy do 1939 roku zostali w Rybniku, czyli ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta Tulla.

Urodzona w nieokreślonej rybnickiej kamienicy, przy dzisiejszej ulicy Sobieskiego, w marcu 1906 roku Ilse Walter, z domu Glücksmann,  zmarła w 1992 r. w Jerozolimie. Obecnie, jej bratanica Miriam kontynuuje to dzieło i spisuje historię rodziny ze strony taty Alfreda Glücksmanna z Rybnika i mamy Ilse Lasnitzky-Glucksmann z Berlina.

Miriam! Hugs from Rybnik! I hope you will come to Rybnik as you planned. I am sure we will go through it and see each other in my family town. Take care!

Zdrowych Świąt dla wszystkich czytelników. Pamiętajcie, nawet jak jest już na maksa źle, to jest nadzieja. To jeszcze nie jest Golgota, a te święta na pewno będą wspaniałe choćby przez to, że mniej napuszone. I mimo oddalenia bardziej rodzinne.

I coś na koniec związanego z dzisiejszym dniem, czyli Wielkim Piątkiem, Jerozolimą no i koroną, która nas zewsząd otacza. Gdy w ubiegłym roku patrzałam na tłumy klękające w prawosławnej kaplicy Śmierci na Krzyżu w bazylice Grobu Pańskiego, to głównie moją uwagę przyciągał zakonnik, który skrupulatnie wsio psikał jakimś detergentem, mając w duszy tych klęczących i modlących się. Psik, psik, a kysz wirusy, bakterie 😉

Źródła: Yad Vashem, Centralna Biblioteka Judaistyczna oraz archiwum rodzinne Miriam Glucksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ilse Glücksmann została wyłączona
marzec 14

Piękni i młodzi – nieznajoma

Jeden mały kulkowaty gnojek z wypustkami wyglądającymi jak parzydełka, uziemił prawie cały świat w domu. Tym samym spowodował, że ludzie zaczęli odrabiać zaległości. Zgodnie z zaleceniami lepiej poczytać książkę, obejrzeć komedię, czy pograć w brydża niż dobijać się przytłaczającymi wiadomościami. Przed chwilą na Messengera dostałam kolejną wiadomość, jak to należy się modlić, gdyż idzie koniec świata. Zablokowałam następną osobę i zasiadłam do tego, na co dotychczas nie miałam czasu. Maurycy stwierdził, że to mało interesujące dla niego 😉

Jak pamiętacie w ubiegłym roku zabrałam się do opisywanie dwunastu nastolatków ze zdjęcia, które dostałam od pani Miriam Glucksmann – córki urodzonego w Rybniku Alfreda. Wiele osób z fotografii już opisałam, bo potrafiłam znaleźć o nich informacje. Kolejna, niestety, zostanie nieznana, bowiem na odwrocie zdjęcia, ciocia Miriam oznaczyła ją znakiem zapytania.

Na oko dziewczyna ma kilkanaście lat. Jest w tym samym wieku co pozostali. Stoi pomiędzy Fritzem Aronade a Ilse Glücksmann. Przyjmując, iż zdjęcie zostało zrobione latem 1921 roku, to musiała się urodzić pomiędzy 1903 a maksymalnie 1908 rokiem. Tyle wiem, ile widzę. Śliczna buzia, regularne rysy, ładnie wykrojone usta, gęste włosy zaczesane do tyłu. Lekko się uśmiecha, podnosząc jeden kącik ust – jakby ironiczny uśmieszek. Sukienka chyba plisowana, przewiązany pasek z klamrą. Czyją była córką nie wiem. Jak miała na imię nie wiem. Czy przeżyła wojnę nie wiem.

Przeanalizowałam wiele aktów urodzin dla tych lat. Raczej nie była siostrą Fritza – Berthą, bowiem ta urodziła się w 1900 roku, a na 21 lat ta panna nie wygląda. Poza tym na pewno Ilse Glucksmann by zapamiętała jej imię, skoro Fritza opisała. Sądzę też, że nie należała do rodziny Priesterów, bo panienek z tego roku na fotce jest więcej, więc też w pamięci opisującej by się utrwaliło. Z tego samego powodu nie jest to panna z Silbigerów. Może to zatem Edith Brauer? Córka Izaaka i Fanny z domu Weissler urodzona w 1903 roku? Jeśli byłaby to ona, to należałoby się cieszyć, bowiem Edith, jako Edita Preiss zmarła w 1989 r. w Buenos Aires.

A może to Elsa Karolina Kornblum, urodzona w 1908, córka Martina i Hedwig? Jeśli tak, to powodów do radości by nie było 🙁

Albo jedna z pociech Benno i Julii Lewin? Naprawdę nie wiem. Równie dobrze można uznać, że to ktoś z poza Rybnika, kto znalazł się na uroczystości, przy okazji której ci młodzi ludzie zostali uwiecznieni. Zostanie więc tajemniczą, młodą i piękną „Nieznajomą”.

Tymczasem się trzymajcie w swoich domach. Nie potępiajmy tych, którzy popełnili błędy, bo dzięki nim może nam się to udać! Trzymajmy kciuki za Włochów! To dopiero początek tego Armagedonu, więc jak się nudzicie, to posznupajcie sobie po moich szufladach. Sądzę, że lepiej poczytać o tym co było, niż kombinować co będzie przeglądając kolejne fakenewsy. Ja przechodzę na „Kurnik” i wracam do polskiej wersji scrabble on-line. Jakby co, to gram jako mploszaj.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – nieznajoma została wyłączona
grudzień 30

Podsumowanie 2019 roku

Słuchając „Asamitu” w Trójce mogłam opisać mijający 2019. To będzie 23. wpis w tym roku. Przy takiej muzyce zostały przywołane tylko pozytywne wspomnienia. No i statystyki blogowe, a te nie kłamią – ludzie tu wchodzą 🙂

Jak przeczuwałam 12 miesięcy temu, ten rok był niezwykły. Zaczął się od żydowskiej Ostrawy, bo tam Szuflada spędzała Sylwestra. Stolpersteiny, trzy cmentarze żydowskie i „pivo jako od Boha”. Bo skoro Czechy, to i dystans właściwy trzeba było mieć.

Potem było wysokie C, czyli w lutym Izrael i Palestyna. Zobaczyłam tyle rzeczy, miejsc i ludzi, że starczyłoby tego na trzy lata, a nie jeden rok. Moi współtowarzysze przeżywali emocje w grocie, którą uznano za miejsce narodzenia Jezusa, a ja na grobie Oskara Schindlera.

Znajomi zdawali sobie sprawę, że Ściana Płaczu to ważne miejsce, ale to chyba mnie tam na maksa ściskało za gardło, gdy wkładałam w szparę swoje i innych prośby.

Choć nie wiem, czy nie bardziej mnie dławiło, gdy stałam przy strasznym murze, który zbudowali Izraelczycy, by oddzielić się od Palestyny. Takich murów nie wolno stawiać, bez względu na to jakie są powody.

Oglądanie różnorakich kościołów nie robiło na mnie żadnego wrażenia, ale grób króla Dawida tak. Choć w sumie nie wiem dlaczego. Ani on mi brat, ani swat. Schindler – ok, bo od niego się u mnie zaczęło. Ale król Dawid? Widać może tam jaki czakram był, albo inny pieron.

Jak przysłowiowa Grażyna na wakacjach sfotografowałam się z wielbłądem i kupiłam 15 magnesów, które zdobią lodówkę.

Jak przeciwieństwo owej Grażyny, zachwycałam się chasydzkim Bobem Dylanem gdzieś na pustyni, wszystkimi kotami i zwykłymi obrazami tego niesamowitego kraju wielu kultur i religii.

Nie przypuszczałam wtedy, że pożegnanie z Ruth Manneberg w Nazarecie, po odwiedzinach w ich domu w Yaadzie, będzie tym ostatecznym „good bye”. Cudowna, ciepła „Jidisze mame”, a taką była Ruth, odeszła z tego świata ponad miesiąc temu 🙁

Powrót do „reality” zaczął się od występu Szuflady w Tarnowskich Górach. Tam, na zaproszenie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dotarłam z opowieścią o rodzinie Haase. Dobrze znać takich ciekawych ludzi, jak Mariusz 🙂

Początek wiosny to była inauguracja Festiwalu Kultur na Kopalni Ignacy. Chyba nikt się nie dziwi, że na pierwszy rzut poszedł Dzień Żydowski. Był kompletny misz masz i bałagan, czyli i pieczenie hamantaszy, i lekcja hebrajskiego, i warsztaty wycinanek, i wystawa rybnickich judaików, prelekcja o Alfredzie Glucksmannie, koncert piosenek w wykonaniu Teatru Midraszowego z Raciborza i na końcu spektakl „Gehinom”. To pomieszanie z poplątaniem wyszło i udało się na zabytkowej kopalni, w dzielnicy odległej od centrum.

Gdybym miała na szali rocznej zważyć co było dla mnie najważniejsze w tym roku, to było nim bez wątpienia przedstawienie o Stefci i Geni. Zobaczyłam je na premierze we Wrocławiu, potem w trakcie Festiwalu Kultur i ostatni raz pod koniec roku w Domu Kultury w Chwałowicach. W jakimś tam stopniu Szuflada czuje się mamą chrzestną, gdyż to ja poprosiłam Kasię, by za temat na przedstawienie dyplomowe wzięła historię o dwóch żydowskich dziewczynkach z Rybnika. Napisała scenariusz, wyreżyserowała, a niesamowici aktorzy zagrali. Losy rodziny Rybów w ich wykonaniu powaliły na kolana nie tylko mnie. Szacowni jurorzy na różnych konkursach uznawali „Gehinom” za wart pierwszych nagród.

Dzięki Festiwalowi Kultur, który na Ignacym odbył się 4 razy, zachwyciłam się naszymi nowymi rybniczanami, czyli sąsiadami zza wschodniej granicy. Gdy myślę o Dniu Ukraińskim, to zaraz się w duchu uśmiecham. To był wielki zaszczyt i radość móc z Wami pracować. Fajnie Was spotykać w mieście 🙂

Gdy przywołuję ludzi z tego roku, to jak zwykle los mi sprzyjał. Czyż poznanie i oprowadzanie po Rybniku kogoś takiego jak Ben Judah to nie dar od jakichś wyższych sił? Ten brytyjski, choć może amerykański, dziennikarz, pisarz, reportażysta, analityk polityczny i laureat wielu prestiżowych nagród (m.in. nominowany do Nagrody im. R.Kapuścińskiego) dreptał za mną po mieście i wsłuchiwał się w opowieści o swych przodkach, którymi okazali się być moi ulubieńcy z Haase family. Co prawda w wywiadzie z Benem, który ukazał się w Wyborczej, pani dziennikarka ciut pomyliła fakty, które jej przekazałam, ale wiecie jak to jest z dziennikarzami 😉

Jeszcze jakby tego było mało, to dzięki Benowi, Oli Klich i pani Bożenie Dudko – sekretarzowi nagrody im.Kapuścińskiego, udało mi się po jakimś czasie uścisnąć rękę autorowi biografii o Józefie Rotblacie w trakcie Gali wręczania Nagrody Juliusza.

W takich momentach to se myślę: taka sobie zwykła Małgosia, ze starej szuflady, a takie szychy kreślą dla niej takie miłe słowa i zapraszają na rauty. Potem nie dziwota, że nadciśnienie od sodówy atakuje.

Od pewnego czasu na fejsie obserwuję jedynie tych, którzy nie narzekają, nie jojczą, nie pitolą o polityce (stosuję eskapizm polityczny – jeśli jest to właściwe określenie na ucieczkę od bagna) a lukam se jedynie na tych, którzy robią wiele dobrego. Jedną z takich osób jest pan Darek Popiela. Pan Darek to sportowiec, olimpijczyk, który w niewiarygodny sposób upamiętnił Żydów z Krościenka oraz, w tym roku, z Grybowa. Byłam parę lat temu na cmentarzu w Grybowie i pamiętam tą górę cmentarną, trudne do przebrnięcia chaszcze i zamknięte wrota, za którymi nie można było dojrzeć niczego za wyjątkiem dżungli. Jakaż była wielka moja radość, gdy na ogólnopolskiej konferencji w Domu (czytaj: Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach), stojąc w kolejce do stolika z kawą, kątem oka dostrzegłam, że ten wielki, ale jakże skromny synek stoi za mną. Jezusiczku kochany! Z małym plecaczkiem, stoi za mną TEN, który tyle zrobił dla zgładzonych i zapomnianych! Pan Darek ze swoją ekipą, w 2020 roku, upamiętni Żydów z Czarnego Dunajca. Śledźcie ich poczynania na „Ludzie, nie liczby”.

Gdy jestem przy Gliwicach, to muszę powiedzieć, że nadal odwiedzam to miasto, które pokochałam jak swoje, bo i ono mnie przyjęło jak swoją. Rybnik tam jest obecny. Uwielbiam załogę i bywalców Domu Pamięci, bo takich to dziś ze świecą szukać. Moja pogadanka, połączona ze skypową rozmową z prof. Miriam Glucksmann była dla mnie ważnym wydarzeniem tego roku.

2019 rok to, jak zwykle spotkania ze spacerowiczami i tymi, których interesuje żydowska, ale nie tylko, historia Rybnika. Dzięki współpracy z Superfundacją, seniorzy z Rybnika posłuchali o żydowskich kobietach z naszej pipidówy, czy o zasługach Juliusza Rogera. Z kolei dzięki zaproszeniu DK Niedobczyce, mieszkańcy tamtejszej dzielni dowiedzieli się, że nie tylko katolicy na Śląsku mieszkali.

Jako przewodnik Szuflada też miała pełne ręce roboty (zawsze macham tymi łapskami jak adehadowiec). Gdyby wszystkie grupy odwiedzające Rybnik były tak cudne i ciekawe, jak chórzyści z Poznania, którzy wpadli w zachwyt nad kiczowatą Art. Cafe, czy też goście z zaprzyjaźnionego miasta w Chorwacji, to mogłabym dreptać po mieście codziennie, bez względu na pogodę.

Niezwykle sympatycznie Szuflada spędzała wiosenne godziny z młodzieżą z IV LO im. Mikołaja Kopernika z Chwałowic. Zresztą nie było to moje pierwsze spotkanie z licealistami z własnej dzielni. Tym razem były to warsztaty w ramach projektu Erasmus+ pt. EuroSpot. A tak po ludzku mówiąc, to młodzi ludzie robili aplikację opisującą ciekawe miejsca w naszym mieście.

Szuflada nie zapomniała o zapomnianych cmentarzach żydowskich. Czy ktoś z Was słyszał o Lędyczku? Albo o Szubinie? No nikt. Przy okazji odwiedzin w magicznym Złotowie, udało mi się zaciągnąć Płoszaja na wiele cmentarzy, które odwiedzają jedynie kleszcze, komary i bycze mrówy. Debrzno, Lędyczek (tam doszło do awantury rodzinnej, bowiem Płoszaj się upierał, że tam gdzie zajechałam z lokalsem to nie cmentarz żydowski, ale w końcu znalazł reszteczkę macewy i ustąpił), Złotów, Rynarzewo, Szubin, Odolanów, Bobolin, Rusko koło Darłowa, Jastrowie, Sławno, Szczecinek (gdzie cmentarz opisano jako teren „pocmentarny”!) – zostały dopisane do listy ponad 300 kirkutów, na których już byłam.

Jak w latach ubiegłych udało mi się nawiązać kontakt z kolejnymi potomkami rybnickich Żydów, jak choćby z wnukiem dr. Waltera Gordona, wnuczką Harrego Priestera (oboje sami mnie znaleźli natrafiając na wpisy o ich przodkach na Szufladzie), czy z rodziną Otto Apta aż w dalekiej Boliwii. Nie muszę dodawać, że kontakty z tymi dawno odszukanymi zachowuję i utrzymuję.

2019 to wydanie dwóch, ważnych dla Szuflady, publikacji. Mój ulubiony ulubieniec i bliski kolega Sławek Pastuszka napisał i wydał wspomnienia naszego wspólnego pszczyńsko-rybnickiego Żyda. Promocja książki pt. „Zostałem tam 4 lata” miała miejsce w Pszczynie oraz w Rybniku. Bardzo mi miło, że wzmianka o Szufladzie znalazła się w książce Sławka. To dla mnie nobilitacja.

Drugą istotną pozycją są „Rybniczanie” wydani przez nasze Muzeum. Dla mnie, jako mamy, to kolejny powód do dumy, bowiem ma w niej udział moja Dusia, która napisała artykuł o Josefie Mannebergu. Przez Magdusię zresztą cały rok byłam fruwająca i puszyłam się jak paw 😉 Muszę też podziękować pani dr Ewie Kulik za bardzo wnikliwe i rzeczowe podejście do rodziny żydowskich browarników. Cieszy to, że od wielu lat nasi Żydzi nie są już zapomniani.

Udało się jesienią mijającego roku doprowadzić do – prawie szczęśliwego końca, sprawę uratowanych w Rybniku macew z cmentarza w Dębowej. Dzięki zaangażowaniu Stowarzyszenia Blechhammer 1944 z Kędzierzyna-Koźla, Szuflady oraz muzealników, macewy trafiły do Muzeum Ziemi Kozielskiej. Być może kiedyś wrócą tam, skąd zostały skradzione. Szuflada namiary na wójta Reńskiej Wsi ma i będzie od czasu do czasu molestować w tej sprawie.

Nie porzuciłam swoich „talentów” detektywistycznych i również w tym roku rozgryzałam historie i losy tych, którzy choćby przez parę lat, ale jednak byli związani z Rybnikiem i okolicą. No i właśnie przez takiego jednego Salo, nie zdążyłam opisać 12 nastolatków ze zdjęcia zrobionego w Rybniku w maju 1921 r. Zostało mi troje, gdyż dwóch dziewczyn i tak nie opiszę, bowiem nie znam ich imion ani nazwisk. Na razie ważniejszy był Salo Brauer i jego rodzina oraz Kasia, która naciska na rozwikłanie losów tego niewiadomskiego oberżysty, który skakał z rodziną po całym Śląsku.

Sprawę Salo, mimo trudności, już bardzo polubiłam. Jak bowiem nie lubić tego szaleństwa, gdy dzięki Salo pije się z Michasią bruderszafty mineralką na polach, po których on nadal chadza, jeździ się dla niego do archiwum w Raciborzu, zwiedza menelskie kamienice w Chorzowie, używa wszelakich kontaktów (Jasiu! Mikołowianie! Piotrku! Genealodzy z GerSIG! Macham Wam!), by tylko wydobyć na światło dzienne jakiś mało znaczący, ale jakże w sumie ważny, fakt, fakcik, faktuniek z jego życia.

Rok był fantastic, jak to mówi nasz wolontariusz z Gruzji. Ludzie byli jeszcze bardziej fantastic. Cieniem się kładzie jedynie śmierć Marcysi Nowotki, która zawsze sprawdzała co piszę i jak piszę. Została staruteńka Mrużka, która generalnie ma wsio w dupie i rzadko zagląda do Szuflady.

Czarna z charakteru i maści Marcelina zawsze ingerowała w pisanie, włażąc na klawiaturę. Dla Marceliny moje odkrycie z końca roku: „Wiśnia” Kaśki Sochackiej. A ja tęsknię…

Wszystkiego dobrego na ten kolejny, przestępny rok. Ten rozpoczynałam od zdjęcia z Januszem Radkiem. Sądzę, że następny zacznę od foty z Janem Emilem Młynarskim, czego i Wam życzę. Pamiętajcie: w życiu trzeba też myśleć o dancingu, salonie i ulicy, czyli o swoich własnych małych przyjemnostkach. Trza się otaczać takimi co witają balonami, dużo się uśmiechają, kochają koty, piwo, przekleństwa i właściwą muzykę.

Fotografie: Adam Grzegorzek, Magda Płoszaj, Asia Sidorowicz, Muzeum Ziemi Kozielskiej, Mariusz Gąsior, IV LO w Rybniku, Kasia Buchalik, Andrzej Kieś, Gazeta Rybnicka, Kasia Rząsa, DK Niedobczyce, friendy z Izraela, no i własne.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Podsumowanie 2019 roku została wyłączona
luty 6

Piękni i młodzi cz.1

Wczoraj dostałam takie zdjęcie od pani Miriam Glucksmann z Anglii. Nazwałam je „Piękni i Młodzi”. Grupa młodzieży żydowskiej z Rybnika. Radośni, filuterni, zalotni, pogodni, eleganccy. Fritz przystojniak i zapewne kobieciarz, Thea prześliczna i kokieteryjna, Alfred od razu widać, że kujon  :mrgreen: , Otto nad wyraz poważny, obie Ilse takie poczciwe, Ernst chyba rozrabiaka. Dwunastu nastolatków uchwyconych przez fotografa na czyimś placu. Domyślam się, że zdjęcie im zrobił kolega. Moja wyobraźnia nawet podpowiada mi kto  😉  

Dziesięć osób jest na odwrocie podpisanych, dwie są niewiadome. Niektórych z nich losy znam. Postaram się użyć całej swojej wiedzy i możliwości internetów, by Wam opowiedzieć kim byli i co stało się z tymi pięknymi i młodymi ludźmi sfotografowanymi mniej więcej w 1920 r. w Rybniku. Czyli… szykuje się długa epopeja  :mrgreen: , którą najpewniej zacznę dopiero w marcu. 

A klopsztanga z prawej niezła, co? 

październik 5

Alfred Glücksmann – wybitny embriolog urodzony w Rybniku

Kończy się tydzień noblowski 2018. Naukowcy, którzy zostali laureatami w sześciu dziedzinach nauki, w grudniu odbiorą nagrody z rąk króla Szwecji. My nie mieliśmy noblistów. Pobliskie Żory już tak.  Mogą chwalić się tym, że u nich, w 1888 roku, urodził się Otto Stern, wybitny fizyk, który otrzymał nagrodę za wkład w rozwój metody wiązki molekularnej i odkrycia momentu magnetycznego protonu. Cokolwiek to oznacza  🙄

Kombinowałam, o którym rybnickim naukowcu napisać, by choć ciuteńko zbliżyć się do grona najwybitniejszych. Uznałam, że tym, o którym napiszę będzie Alfred, syn Adolfa i Selmy Glücksmannów. Tata Adolf urodził się w Mysłowicach, a mama Selma w Rudzie. Zanim jednak się pobrali, młody Adolf przyprowadził się do Rybnika i tu otworzył swój interes. W 1903 roku, mając 27 lat handlował skórami oraz przyborami szewskimi przy ówczesnej Breitestrasse, czyli Szerokiej (dziś to ul. Sobieskiego). Polecał się Szanownej Publiczności w gazecie Katolik dodając, iż przez swoją „długoletnią czynność” ma dostateczne doświadczenie.

Narzeczoną sobie znalazł w Rudzie, a ściślej w Glückauf Kolonie. Zanim jednak doszło do zawarcia małżeństwa, rodzice dziewczyny prawidłowo ogłosili zaręczyny młodych w prasie.

No, a potem już był ślub w rudzkiej synagodze, po którym małżonkowie wrócili do Rybnika. Selma została panią Glücksmann i mieszkanką Rybnika.

Tego samego 1904 roku, w grudniu, na świat przyszedł ich pierworodny syn – Alfred.  Ojciec zgłosił narodziny dziecka dopiero 4 stycznia. W rok po nim, urodziła się córka Ilse. Do 1917 więcej dzieci się Adolfowi i Selmie nie urodziło w Rybniku.

Nie wiem na 100%, czy Adolf brał udział w I wojnie. Zakładam, że tak. Sądzę też, że przez jakiś czas po wojnie jeszcze handlował w Rybniku. Jednak, gdy Rybnik przypadł Polsce wyprowadził się najpierw do Görlitz, a w marcu 1927 roku otworzył sklep z obuwiem w Gliwicach przy Nikolaistrasse 17. Przynajmniej to można wyczytać z karty adresowej miasta Gleiwitz.

Cały czas na pewno zaiwaniał jak mały motorek, by urodzony w Rybniku syn Alfred mógł skończyć nauki we Wrocławiu, a następnie medycynę w Heidelbergu. Zdolny Alfred, po skończeniu studiów w 1929 r., został asystentem w Instytucie Anatomicznym Uniwersytetu w Heidelbergu. Obronił doktorat, uczył anatomii i dokonywał swoich pierwszych odkryć związanych z rozwojem zarodków. A tata cały czas, zapewne z sukcesem, sprzedawał buty w Gliwicach. Poniższa reklama pochodzi z roku 1930, gdy jeszcze nikt nie spodziewał tego, co nadejdzie.

Przyszedł straszny rok 1933. Żydowscy naukowcy nie byli potrzebni Hitlerowi. Alfred mimo utraty pracy,  gdy naziści doszli do władzy, miał szczęście. Dołączył do zespołu badawczego w laboratorium Strangeways na uniwersytecie w Cambridge. Utrzymywał się z dotacji Rady Pomocy Akademickiej, a jego badania były finansowane przez Cancer Research Campaign. Cały czas specjalizował się w anatomii, embriologii, histologii, patologii kości oraz badaniach nad rakiem. To Alfred, namówił do przeniesienia się do Anglii, swego przyjaciela z czasów studenckich – Norberta Eliasa, później jednego z wybitniejszych socjologów XX w. Nie muszę dodawać, że to uratowało Eliasa, Żyda urodzonego w mieście Breslau, choć po 1933 r. mieszkającego w Paryżu.

Wybuch II wojny spowodował, iż nasz Alfred, jako obywatel Niemiec, nagle stał się wrogiem poddanych króla Jerzego VI. Został internowany i jakiś czas spędził za drutem kolczastym w obozie na Wyspie Man. Internety podają, że również był w czasie wojny w obozie w Kanadzie. Bez względu jednak, czy został uznany za wroga, czy że nie mógł pracować naukowo, to żył. Nawet jeśli to życie nie należało do najłatwiejszych.

Bowiem w tym czasie jego rodzice już nawet nie byli uznawani za wrogów. Bo wróg, to jednak człowiek i jakieś prawa ma. A Adolf i Selma w nazistowskich Gliwicach nie mieli już żadnych praw.

Byli przeznaczeni do eksterminacji. Jednym z ostatnich transportów, 28 maja 1942 r, wraz z innymi, zostali wywiezieni do KL Auschwitz. Może byli w jednym wagonie z babcią i prababcią mojej Clare? Else Weissenberg oraz Hermina Bloch były również wywiezione w tym dniu (więcej ➡ tu).

Na kartach adresowych odnotowano tylko daty. Ostatni ślad życia rodziców zdolnego rybniczanina. Odbity datownik: 28.5.1942. Schluss. Koniec. Co się stało z ich córką, która jeszcze pod koniec lat 20-tych wyjechała z Gliwic do Charlottenburga , nie ustaliłam.

Ich życie się skończyło. Nigdy nie ujrzeli urodzonej w Berlinie synowej Ilse Lasnitzki – wybitnej embriolog i biolog. Dodam, pionierki badań nad wpływem palenia na raka płuc. Adolf i Selma nie doczekali narodzin wnuczki Miriam – kolejnej zdolniachy. Miariam jest socjologiem, emerytowaną profesor z Uniwersytetu w Essex.

Po wojnie, Alfred nadal pracował w Anglii w Laboratorium Strangeways. Zmienił nazwisko z Glücksmann na anglosaskie Glucksmann. Uzyskał obywatelstwo brytyjskie, odzyskał swoją pozycję naukową, a nawet został zastępcą dyrektora laboratorium.

Obszarem badań Glucksmanna w trakcie pierwszych lat jego kariery było badanie problemów rozwoju tkanek, przedstawił on, różnie nazywane, klasyczne badania morfologicznej degeneracji życia zarodkowego i prowadził eksperymenty nad wpływem czynników mechanicznych. Później przedmiotem badań Alfreda były ilościowa analiza histologiczna ludzkich nowotworów przed, w trakcie i po ich leczeniu radiologicznym.

Rybniczanin z urodzenia, był członkiem British Institute for Radiology X-ray Award, członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Biologii Komórki, członkiem Międzynarodowej Akademii Cytologii, członkiem Towarzystwa Patologicznego Wielkiej Brytanii.

Alfred zmarł w 1985 r. Jego żona dożyła wieku 91 lat, córka żyje do dziś. Tegoroczny Nobel z medycyny został przyznany za osiągnięcia w walce z rakiem, a ściślej za odkrycie nowej metody walki z rakiem, która polega na regulowaniu odpowiedzi immunologicznej organizmu. Mój Alfred i jego żona też badali raka, Nobla nie dostali, ale na pewno ich badania były ważne i odkrywcze.

Alfred zostaje przeze mnie dopisany do listy: „U nas nieznani, a gdzieś uznani”, jak David Hoeniger, Josef Lustig, czy wielu innych.

Źródła: Śląska Biblioteka Cyfrowa, Centralna Biblioteka Judaistyczna, Archiwum Państwowe w Raciborzu i Katowicach, Yad Vashem.