21 maja 2024

Rudolf Strauss – zapomniany oszust (uzupełnienie)

O tej tragicznej postaci pisałam już lata temu: ➡ Strauss

Znalezione w raciborskim archiwum dokumenty spowodowały, że muszę zrobić uzupełnienie do historii żydowskiego przedsiębiorcy Rudolfa Straussa, przedwojennego właściciela garbarni, której budynki stały mniej więcej tam gdzie dziś straszy biurowiec „telekomunikacji”, czyli w okolicach ulic Pocztowej i Hallera. Nieistniejący zielony budynek dawnej przychodni przy Hallera przed wojną należał właśnie do tego zakładu. Zburzono go w 2015 r. Oficjalny, przedwojenny adres garbarni to ul. Pocztowa 6.

28 marca tego roku minęło 80 lat od zamordowania w KL Plaszow Rudolfa Straussa, do którego, jak do wielu szemranych postaci z Rybnika, mam wyjątkowy sentyment. Dla przedwojennej prasy był to oszust, malwersant i wyzyskiwacz. Dla mnie to mało krystaliczny fabrykant, którego los na jakiś czas związał z Rybnikiem i którego życie być może zostało przerwane przez „pana śmierci i życia”. Obóz w Płaszowie kojarzy mi się jednoznacznie z „Listą Schindlera” i oczyma wyobraźni widzę jak ów „pan” tj. Amon Göth z papierosem w ustach strzela z balkonu swej wilii do Straussa pchającego wagonik z wapieniem. Co prawda zaświadczenie wystawione przez Waffen SS Konzentrationslager Krakau-Plaszow informuje tylko, że „żyd Rudolf Strauss ur. 4 sierpnia 1895 w Zabłociu pow. Żywiec zmarł dnia 28 marca 1944 w obozie koncentracyjnym”, ale inaczej wtedy nie pisano. Gdy w archiwum w Raciborzu dotykałam jego odręcznego testamentu spisanego w obozie czułam wyjątkowy smutek. Jakie wtedy miały znaczenie te jego nieruchomości, długi i hipoteczne obciążenia?

Strauss pojawił się w Rybniku pod koniec lat 20-tych, początkowo jako zarządca, a następnie jako właściciel Górnośląskiej Fabryki Skór, która była prowadzona jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Przedtem, podobny zakład prowadził w Zabłociu oraz pod Radomiem. Prawie od początku miał problemy z prawem, jak choćby za zatrudnianie bez wymaganego zezwolenia cudzoziemców. W 1933 r. „Gazeta Robotnicza” pisała o wyzysku pracowników i braku umów u „rybnickich fabrykantów skór”. Tu należy wspomnieć, że niewypłacanie wynagrodzeń opisano również u konkurentów Straussa, czyli w garbarni Żurków.

W skład nieruchomości Straussa wchodziły (podaję za testamentem): Realności hipoteczne przy ul. Pocztowej 4 i 6 oraz Hallera 8. Składały się na nie budynki fabryczne, urządzone wraz z magazynami, dołami do garbowania, beczkami do wałkowania skór, budynek magazynowy, budynek wydzierżawiony firmie Sobczyk na wyrób cukierków i czekolady, dwupiętrowa willa z mieszkaniami, w ogrodzie budynki administracyjne i mieszkania dla robotników, łaźnia oraz garaż. W swej ostatniej woli spisanej 14 sierpnia 1943 r. Strauss ujawniał wszystkie zadłużenia, które ciążyły na jego nieruchomościach oraz powołał do spadku swoją żonę Margit Strauss, a także dwie siostry oraz brata. Zastrzegł, że gdyby jego żona nie żyła, to jej część ma przypaść rodzeństwu. Testament oddał w ręce adwokata dr. Jana Kańskiego z Krakowa i mianował go wykonawcą tej woli. Po kilku dniach spisał dodatek do swego ostatniego rozporządzenia, w którym oświadczył, że jest winien pani Stelli Kańskiej (żonie adwokata) kwotę 20.000 dolarów amerykańskich. Dług ten mieli spłacić spadkobiercy.

Poniżej wklejam ostatnią wolę Rudolfa wraz z uzupełnieniem.

Przewidujący wtedy swoją niechybną śmierć w obozie, Rudolf Strauss jeszcze kilka lat przedtem miał wielkie szanse na długie życie. Prowadząc swoją garbarnię w Rybniku był dość majętnym przedsiębiorcą, choć niestety ze skłonnościami do oszustw i do bardzo kreatywnego księgowania. Latem 1937 r. Rybnik (a potem i wiele innych miast) obiegła informacja, że Strauss ogłosił bankructwo i ze sporą ilością gotówki zbiegł zagranicę. Prasa pisała o niepłaceniu podatków, wynagrodzeń, sprzeniewierzeniu składek na ubezpieczenie robotników, o pobranych zaliczkach za towary, poszkodowanych na wysokie kwoty kontrahentach, hipotekach oraz okupacji fabryki przez robotników.

Za uciekinierem wystawiono międzynarodowe listy gończe, a nad fabryką rozciągnięto nadzór sądowy zabezpieczając księgi handlowe i towary. Aresztowano kilka osób podejrzanych o współudział w malwersacjach, przeprowadzono wiele rewizji i gromadzono dowody winy przedsiębiorcy, który wg plotek starał się dostać do Palestyny. To mu się nie udało, gdyż został aresztowany 26 listopada 1937 r. na terenie Czechosłowacji i ostatniego dnia tego samego roku odstawiony do aresztu w Rybniku.

 

Sensacyjny proces Straussa rozpoczął się dopiero we wrześniu 1938 r., gdyż sporo czasu zajęło przygotowanie materiału dowodowego. Na ławie oskarżonych zasiadło jeszcze kilku jego współpracowników i wspólników oraz poborca rybnickiego urzędu skarbowego. Odpowiadali z wolnej stopy w odróżnieniu od głównego oskarżonego, który wyszedł z aresztu dopiero pod koniec października, gdy złożono kaucję w formie zabezpieczenia hipotecznego na nieruchomości jego siostry z Bielska.

I gdy wyszedł na wolność to zaraz wrócił do garbarni jako zarządzający, choć wtedy sam zakład był już wydzierżawiony (być może z jego inicjatywy) dr. Kańskiemu z Krakowa. Tak, tak, temu, który w 1943 r. dostał się jakoś do obozu w Płaszowie i odebrał testament a potem uzupełnienie do niego. Rozmawiałam z pracownikiem Muzeum w Płaszowie i był w szoku, że takie dokumenty zostały w obozie sporządzone i dwukrotnie w niego wyniesione. To było w zasadzie niemożliwe.

Pracownicy garbarni, którzy jeszcze niedawno czuli się poszkodowani i okupowali zakład, składali swemu szefowi życzenia noworoczne pisząc jakim to jest rzetelnym pracodawcą. 

Wyrok w tej bulwersującej rybniczan sprawie zapadł 14 lutego 1939 r. Sąd skazał Straussa na 18 miesięcy więzienia za fałszowanie bilansu, a za pokrzywdzenie wierzycieli również na 18 miesięcy, wymierzając łączną karę dwóch lat pobytu w więzieniu z zawieszeniem na pięć lat. W marcu zapadł jeszcze jeden wyrok w sprawie nieodprowadzania składek do Funduszu Pracy, ale i wtedy oszust nie wrócił za kratki.

1 września 1939 r. żydowski przedsiębiorca na pewno pluł sobie w brodę, że dał się złapać przy węgierskiej granicy. Rybnickie więzienie, w którym spędził niecały rok było rajem w porównaniu z płaszowskim obozem, do którego trafił z Krakowa, gdzie zapewne zbiegł po wybuchu wojny. Dr Jan Kański, już jako Johann Kanski, został zarządcą komisarycznym rybnickiej garbarni, czyli Lederfabrik, z ramienia władzy okupacyjnej.

Ponownie pojawił się w Rybniku, gdy zaraz po wojnie obywatelka Węgier – Julia Böhm, rodzona siostra Rudolfa Straussa zgłosiła się jako spadkobierczyni po bracie. Z uwagi na międzynarodowy wydźwięk tej sprawy, Ministerstwo Spraw Zagranicznych z Warszawy często dopytywało o postępy i kiedy zostanie wydany dekret o dziedziczeniu. Na sprawie zależało też dr. Kańskiemu, gdyż to jego żona została ujęta w dodatku do testamentu jako wierzycielka masy spadkowej. Z powołanych do spadku czterech osób dwie nie żyły. Zarówno Margit, żona Straussa, jak i druga z jego sióstr zostały zamordowane w czasie wojny. Zgodnie z postanowieniem Sądu Grodzkiego w Rybniku obciążony spadek przypadł siostrze mieszkającej w Budapeszcie oraz bratu z Bielska.

 

Nie mam pojęcia, czy Stella Kańska i jej mąż odzyskali swoje 20.000 dolarów, kto spłacił hipoteki, i czy w ogóle żyjący spadkobiercy (brat z Bielska i siostra z Budapesztu) spadek przyjęli. Tajemnicą, chyba na zawsze, pozostanie kwestia powiązań pomiędzy Kańskim i Straussem oraz to w jaki sposób udało mu się przedostać do obozu, by odebrać ostatnią wolę spisaną przez rybnickiego przedsiębiorcę. Czy Strauss napisał testament dobrowolnie? Może na tym dokumencie zależało temu, który był jego wykonawcą? Nie wiem też, w jakich okolicznościach zginęła żona Rudolfa – Margit, z którą ożenił się krótko przed wojną. Sąd ją wezwał na rozprawę pisząc na adres Rybnik Pocztowa 6, ale na tzw. zwrotce pocztowej jest adnotacja, iż „adresat pozostaje nieznany”. 

Budapeszteńska siostra zmarła w 1973 r., a brat inżynier z Bielska, który przeżył wojnę gdzieś w sowieckiej Rosji, wyjechał potem do Australii. 

Mimo wielu zastrzeżeń do tego nieuczciwego właściciela garbarni myślę o nim raczej ciepło. A zarazem mi smutno. Nie tak powinno było się skończyć jego życie…

 

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rudolf Strauss – zapomniany oszust (uzupełnienie) została wyłączona
11 kwietnia 2024

Kochana Tosiu

Dość regularnie przeglądam serwisy aukcyjne – zawsze z nadzieją, że znajdę jakieś rybnickie judaika. Rzadko się one trafiają, ale przy okazji lukam sobie na inne „rybnikana” (hmmm…jak nazwać takie rybnickie pamiątki?) i parę dni temu ujrzałam zwykłą kartkę pocztową. Gdyby nie data wysłania to bym ją olała.

Krótki tekst wysłany do „Kochanej Tosi” mnie wzruszył i od razu kliknęłam „kup”. Cena była znośna. W sumie nie za bardzo wiedziałam na co mi ta kartka, ale kupiłam.
Kartkę wysłano z Rybnika 7 sierpnia 1939 r. do wielmożnej pani Teofili Zys zamieszkałej w Krakowie przy ul. Smoleńsk 35/19.
Treść jest następująca: „Kochana Tosiu! Dzięki p. B. zajechałem szczęśliwie i nic mnie nie kosztowała podróż ale dopiero na 5-tą rano byłem na miejscu, gdyż w Krakowie nie można było nawet wejść na peron. Paczkę dzisiaj otrzymałem w najlepszym porządku, bardzo mi smutno po tym urlopie i ciekawy jestem co znowu mówi Elżunia. Dziękuję Ci za paczkę i za wszystko. Serdeczne pozdrowienia i całuję Was Bronek i proszę mi odpisać jak będzie czas.

 

Od razu założyłam, że wysłał ją stacjonujący w Rybniku żołnierz – zapewne zmobilizowany na wypadek wojny. Musiał zostawić żonę Tosię, córeczkę Elżunię i czekać na rozwój wypadków w Rybniku. Jak te wypadki się potoczyły to wiemy. Rybnik został zajęty zaraz 1 września. Sądzę, że w sierpniu już go nie puszczono do rodziny, więc ten urlop, o którym Bronek wspomina był ostatnim spotkaniem z Elżunią i Tosią.
Nie jestem biegła w ustalaniu losów żołnierzy polskich, ale tu udało mi się znaleźć dokumenty Bronisława Zysa. Nie było to akurat trudne – są online na stronie archiwum Arolsen. Bronisław Zys urodził się w 1910 r. w Ibramowicach, był po szkole powszechnej i przed wojną pracował w zarządzie dróg wodnych w Krakowie. Faktycznie mieszkał przy ul. Smoleńsk i jego żona nazywała się Teofila. Ślub wzięli w 1935 r. w Krakowie w kościele św. Szczepana. Urodziła się Elżunia, a potem Bronka wzięli do wojska bo zbliżała się wojna. Najpewniej był zwykłym szeregowym.

Bronek dostał się do niewoli (nie wiem gdzie) i przeżył całą wojnę w obozach jenieckich pod Żaganiem. Najpierw w obozie przejściowym w Kunau (obecnie Konin Żagański), a następnie w stalagu VIIIC w Sagan, czyli Żaganiu. Z powojennych dokumentów wynika, że w maju 1945 r. dostał się do obozu dipisowskiego na północnych peryferiach miejscowości Lahde nad Wezerą. Przebywał w nim aż do 1948 r. Elżunia na pewno w międzyczasie nie tylko nauczyła się nowych słów, ale i czytać i pisać i wielu innych rzeczy.

Na dokumentach napisano: „nie wraca ze względów politycznych”. Reszta pozostaje tajemnicą.

Czy wrócił do żony? Czy żona wyjechała do niego? Internety podają jedynie, że Teofila zmarła we wrześniu 2004 r. w wieku 95 lat. O żołnierzu, który w sierpniu 1939 r. w Rybniku z niepokojem czekał na to co nadejdzie niczego więcej nie znalazłam.
Publikuję to, bo może żyją potomkowie Bronka, Tosi i Elżuni, dla których ta kartka może mieć większą wartość niż dla mnie. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Kochana Tosiu została wyłączona
5 kwietnia 2024

Rybnickie wybory w 1927 r.

14 listopada 1926 r. odbyły się wybory komunalne w woj. śląskim. Wynik tych wyborów w Rybniku był niekorzystny dla strony polskiej. Rozbicie głosów polskich, przy równoczesnej konsolidacji stronnictwa niemieckiego było porażką dla Polaków.

Do Rady Miejskiej mieli wejść:
Lista 1 (Polska Partia Socjalistyczna, Rybnik) 2 mandaty:
1. Szczepanek Jan, restaurator, 2. Sobik Nikodem, spedytor.
Lista 2 (Polska Partia Socjalistyczna, Paruszowiec) 1 mandat:
1. Szypuła Franciszek, hutnik.
Lista 3 (Deutsche Buergerpartei, Rybnik) 11 mandatów:
1. Dr. Konrad Wiesner, lekarz, 2. Mateja Józef, kierownik „Volksbundu“, 3. Herger Antoni, właściciel fabryki mebli. 4. Banczyk Józef, asesor stud., 5. Lukaschik Brunon, restaurator, 6. Huhnt Artur, monter, 7. Fiala Paweł, kupiec, 8. Sladky Karol, kupiec, 9. Damis Ludwik, mistrz stolarski, 10. Musioł Leon, książkowy, 11. Richter Maksymiljan, budowniczy
Lista 7 (Polskie Zjednoczenie Stronnictw Chrześcijańskich) 12 mandatów:
1. Antoni Grzesik, budowniczy, 2. Walenty Klama, sekretarz związkowy, 3. Edmund Mura, rolnik, 4. Wilhelm Fojcik, radca rządowy, 5. Alojzy Prus, kupiec, 6. Dr. Feliks Biały, lekarz powiatowy, 7. Wiktor Wieczorek, posiedziciel nieruchomości i urzędnik „Silesji“, 8. Paweł Botor, mistrz kamieniarski, 9. Henryk Osiecki, restaurator, 10. Jan Krupa, sekretarz Urzędu Górniczego, 11. Maksymiljan Piełka, inspektor pocztowy, 12. Antoni Bartkowiak, kolejarz.
Lista 8 (Związek Obrony Górnoślązaków, Kustos) 2 mandaty:
1. Rembalski Rudolf, kontroler górniczy, 2. Wichtorowski Jan, inwalida wojenny.

Wiele znanych nazwisk rybnickich. 

„Sztandar Polski i Gazeta Rybnicka” donosiły wtedy: Koniecznie powinniśmy się raz nareszcie opamiętać i współpracować przeciwko głównym wrogom naszym. Wszak Niemcy szli zwartym szeregiem: i socjaliści i katolicy i żydzi. Zrozumieli on, że w jedności jest siła. Tak i my postępować powinniśmy. Mimo wszystkiego jednak cieszyć winniśmy się z tego wyniku. Mimo przekupstw najróżnorodniejszych miasto nasze pokazało, że Polacy tu mieszkają, że Rybnik jest polskiem miastem w całem tego słowa znaczenia.

W tych „zwartych w szeregu żydach” widzę jedynie ➡ Maksa Richtera. Miał parcie do rządzenia. Nie tylko w gminie żydowskiej.

Wyborów tych nie zatwierdzono i rozpisano nowe na 15 maja 1927 r. Nadal działała w Rybniku Komisaryczna Rada Miasta, której ostatnie posiedzenie miało miejsce 13 maja 1927 r.

A w prasie się działo! Szczególnie prasa robotnicza publikowała wiele informacji o wiecach i aferach. 

Na brednie warchoła i zaprzańca komunistycznego zabrał głos tow. Juchelek, sprawiając temuż zasłużoną odprawę, który wskutek tego czmychnął z Sali jak lis. Mamy świeży dowód tchórzostwa ludzi mocnych w pysku.

W dyskusji na tymże wiecu przemawiał p. Ochojski, żądając zakazu głosowania kobiet, na co tow. Pech zareagował, że nie żyjemy w średniowieczu, żeby tego rodzaju upośledzenie większej części społeczeństwa wprowadzać. Zaiste klerykalska dusza p. Ochojskiego członka Ch. D. miała na myśli traktowania kobiety na równi z wołem, osłem, jak się to w dziewiątym i dziesiątym przykazaniu boskim powtarza.”

W drugie święto wielkanocne odbyły się w Sali hotelu „Świerklaniec “ zapowiedziane zawody bokserskie „Gwiazdy“ Rybnik contra Mysłowice 09. Rzadko kiedy na imprezach sportowych zauważyć można było tyle zebranej publiczności. Dotąd bowiem sport w Rybniku traktowano po macoszemu. Znikąd towarzystwa sportowe nie czerpią dochodów materialnych, ani nie doznawają nawet poparcia duchowego. XX takich warunkach oczywiście sportowcy prowadzą ciężki byt i tylko ich miłość do sportu sprawia, że przezwyciężają wszelkie przeszkody. Miasto mało dotąd w tej sprawie poczyniło. Mamy jednak nadzieję, że nowy Magistrat i Rada Miejska i pod tym względem pokażą swą postępowość. Bowiem od sportu zależy zdrowie i siła mężczyzn, naszych przyszłych żołnierzy i obrońców. Zdrowa młodzież, to zdrowy naród, a przez to i silny.”

Przy tych uzupełniających wyborach polska strona powołała jedynie dwie listy. Obwieszczono wielki sukces.

Strona niemiecka straciła parę miejsc no i mój Maks Richter do Rady się nie dostał, choć kandydował. Oprócz niego do rady starał się dostać inny Żyd – Filip Weiss. Też bezskutecznie. Poniższa lista podana przez prasę jest niezwykle interesująca, gdyż podaje adresy pod którymi wybrani członkowie mieszkali.

Richter starał się jeszcze zostać tzw. ławnikiem honorowych, czyli nieodpłatnym, ale kłody jakie mu podkładano pod nogi przez wiele lat chyba spowodowały, że wolał się zająć browarem. Zapewne, gdy zarządzał browarem już lepiej władał „narzeczem śląskim”, co mu wytykało Starostwo w Rybniku.

Oficjalne źródła podawały, że wybory do rady miejskiej w Rybniku 15 maja 1927 r.: Odbyły się w zupełnym spokoju i porządku. W czasie przeprowadzania wyborów od rozpoczęcia głosowania aż do zamknięcia postępowania wyborczego i ogłoszenia wyników głosowania, nie zdarzył się ani jeden wypadek zamącenia spokoju publicznego, który by wymagał interwencji organów bezpieczeństwa. Udział wyborców był niezwykle liczny, bo doszedł do 96% uprawnionych do głosowania. Skutkiem racjonalnego ustalenia okręgów głosowania w żadnej komisji wyborczej nie było natłoku.
Ja tam znalazłam jednak parę „incydentów” jak choćby nie do końca jasne pobicie redaktora Augustusa Hergera właśnie rankiem 15 maja 1927 r., o czym szeroko trąbiła prasa niemiecka. Polskie gazety z kolei sprawę bagatelizowały i trywializowały. 

Aaaa, a tak przy okazji tego pobitego redaktora (prowadził lokalny oddział niemieckiego „Der Oberschlesische Kurier”) to jego grób jest przy głównej alejce na naszym rybnickim cmentarzu. Herger wraz z Arturem Trunkhardtem też starali się zostać ławnikami honorowymi po tych wyborach i dupa z tego wyszła, choć protest dotarł aż do Urzędu do Spraw Mniejszości i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnickie wybory w 1927 r. została wyłączona
28 marca 2024

Sprawa komina

W styczniu, na fanpejdżu „Zapomnianego Rybnika” pokazywałam kilka starych pocztówek oraz fotografii przedstawiających okolice obecnego Placu Kopernika. Komentujący pytali o wysoki komin, którego już w mieście nie mamy, a który wyraźnie wystawał ponad pobliskie budynki i był widoczny zarówno od strony obecnej ulicy Korfantego (gdy nie było jeszcze poczty) jak i z Miejskiej. Stał on gdzieś na tyłach współczesnego bloku, znanego w naszych czasach głównie ze sklepu „Koniaczek”.

Odpowiedź wydawała mi się początkowo prosta: to komin dawnej garbarni, którą prawie do plajty doprowadził przez II wojną szemrany żydowski przedsiębiorca ➡ Rudolf Strauss. Osobnik bardzo kontrowersyjny, gdyż raczej mało uczciwy, za którym wystawiono listy gończe i którego za różne malwersacje sądzono przed sądem w Rybniku. Przy tym równocześnie postać tragiczna, bo jak inaczej określić kogoś, kto został zamordowany w płaszowskim obozie koncentracyjnym w marcu 1944 r. Zabudowania garbarni Straussa znajdowały się gdzieś pomiędzy obecną ul. Hallera, nowym parkingiem wielopoziomowym a biurowcem telekomunikacji. Nie dawało mi jednak spokoju to, że Strauss pojawił się w Rybniku dopiero na początku lat 30., a komin widoczny jest już na pocztówkach z początku XX w., oraz na zdjęciach autorstwa Alfreda Glücksmanna z czasów III powstania śląskiego, czyli przed pojawieniem się tego fabrykanta w naszym mieście.

Pojawiła się druga odpowiedź: to być może komin dawnej fabryki tzw. „modrych druków” rodziny Pragerów. Ona – według historyków – też stała gdzieś w tych okolicach. Fabrykę w XIX w. założył ➡ Moritz Prager i to jeden z jego wnuków był później właścicielem Domu Towarowego na Rynku, o czym pisałam w jednym z poprzednich wydań Gazety. Produkująca tekstylia fabryka należała, obok browaru Müllera i garbarni Haasów, do tych większych zakładów działających w Rybniku. Wszystkie te przedsiębiorstwa miały wysokie kominy, stąd też na panoramicznych fotografiach miasta widać ich sporo. Wiedziałam, że potomkowie Moritza wyjechali z Rybnika na początku lat 20., i że potem przez jakiś czas nadal zakład funkcjonował pod polskim zarządem, ale nigdy się mu dokładnie nie przyglądałam. Dopiero ten komin mnie zaintrygował.

Założyłam sobie tezę: Pragerowie sprzedali fabryczkę, której zabudowania po jakimś czasie kupił Rudolf Strauss i z zakładu produkującego m.in. ubrania zrobiono garbarnię.
Zasoby Śląskiej Biblioteki Cyfrowej są ogromne a przeglądanie starych gazet to bardzo żmudna praca i nie zawsze daje pożądane efekty. Tym razem się udało. Blaudruckerei u. Indigo-Farberei Prager in Rybnik prowadzili, jako wspólnicy, bracia Wilhelm i Ludwig Pragerowie aż do podziału Górnego Śląska. Z racji tego, że już przedtem mieli jedną filię również we Wrocławiu, to tam przenieśli swój rybnicki biznes.

W 1923 r. gazeta „Katolik” informowała, że „Pod kierownictwem Polskiego Banku Krajowego i z udziałem wybitnych polskich osobistości założono w Rybniku Rybnickie Zakłady Tekstylne. Nowa spółka nabyła dawniejsze fabryki Pragera, które wkrótce będą rozbudowane i uruchomione.” Nie mam pojęcia kim były te „wybitne polskie osobistości” ale wiem, że planowane zatrudnienie 700-800 pracowników, o czym wtedy pisał „Katolik” nie doszło do skutku. Zakłady powstały jako spółka akcyjna i w tej formie dotrwały aż do momentu ogłoszenia w 1929 r. o rozwiązaniu spółki i przejściu w stan likwidacji. Adres biur spółki, podawany przy okazji zwoływania walnych zgromadzeń, to Dworcowa 4, a po zmianie nazwy ulicy Grażyńskiego 4 (obecnie Miejska).

Początkowo likwidatorami spółki zostali mianowani członkowie zarządu Franciszek Jagoszewski i Ryszard Glücklich (obaj z Bielska), ale dość szybko, uchwałą zgromadzenia wspólników, tego pierwszego usunięto i na jego miejsce powołano Jana Bartelmusa (też z Bielska). Moja intuicja mi podpowiada, że Rudolf Strauss nie pojawił się w Rybniku przypadkowo, a plajta, i w konsekwencji likwidacja Rybnickich Zakładów Tekstylnych była w pewnym sensie sterowana i zaplanowana właśnie przez niego. Jest raczej pewne, że miał jakieś udziały w tej spółce i zapragnął przejąć za pół darmo całe przedsiębiorstwo. Co prawda Strauss urodził się pod Żywcem, ale działał właśnie w Bielsku. Nasz Sąd Grodzki rejestrował częste zmiany w zarządzie spółki w drugiej połowie lat 20. a to może świadczyć o przejmowaniu firmy przez bielszczan, działających być może na niekorzyść przedsiębiorstwa tekstylnego z zamiarem zmiany jego profilu działalności. 

Otóż w połowie 1928 r. starosta rybnicki podał do publicznej wiadomości, że dyrekcja Rybnickich Zakładów Tekstylnych S.A. wniosła o zezwolenie na urządzenie i prowadzenie fabryki skór i garbarni w budynkach fabrycznych przy ul. Pocztowej nr 6. Wnet słowo ciałem się stało i w miejscu dawnej fabryki Pragerów, później zakładów tekstylnych, Rudolf Strauss rozpoczął swoje urzędowanie jako właściciel Górnośląskiej Fabryki Skór. Z komina znowu szedł dym, a za żydowskim przedsiębiorcą wnet zaczął się ciągnąć smród z powodu jego różnych machlojek, które jak na Rybnik były naprawdę poważne.

Mam ambiwalentne uczucia w stosunku do niego. Z jednej strony wiem, że był oszustem i mało krystalicznym przedsiębiorcą z ogromną listą zarzutów stawianych przez prokuratora (np. przywłaszczenie skór powierzonych przez inne zakłady, sprzeniewierzanie zaliczek, fałszowanie bilansów, niepłacenie ubezpieczenia robotników). Z drugiej zaś strony zdaję sobie sprawę, że nie mogę opierać się na ówczesnej prasie, bo dla niej sensacyjna ucieczka Straussa z Polski w 1937 r., jego ekstradycja i proces przed rybnickim sądem w 1938 r., to była woda na młyn, więc dziennikarze pisali co im pasowało, byle tylko gazeta się sprzedawała. Zresztą część z zarzutów w procesie nie została udowodniona. Poza tym, gdy patrzę na jego testament sporządzony w trakcie pobytu w obozie koncentracyjnym w Płaszowie w 1943 r., to od razu mam skojarzenia z innym kominem, choć raczej Straussa nie spalono w krematorium.

Do „afery oszukańczej Straussa”, jak pisano, muszę jeszcze wrócić, bo od mojego wpisu o Rudolfie minęło 9 lat, więc wiem dziś o wiele więcej, ale na razie skończę sprawę komina.

Widoczny więc na wielu starych pocztówkach komin to była najpierw własność żydowskich fabrykantów Pragerów, potem spółki akcyjnej „Rybnickie Zakłady Tekstylne”, następnie Górnośląskiej Fabryki Skór, zaś po wojnie Zakładów Garbarskich. Te ostatnie pracowały jeszcze w latach 70. jako część Śląskich Zakładów Przemysłu Skórzanego „OTMĘT” w Krapkowicach. Ich likwidację ogłoszono w 1976 r. Może czytelnicy wiedzą, bądź pamiętają, kiedy zburzono ów pragerowo-starussowy komin?


Jeśli chodzi o ostatnich właścicieli fabryki modrych druków, czyli Wilhelma i Ludwiga Pragerów, to ich los był równie tragiczny jak Straussa. Na szczęście z hitlerowskich Niemiec udało się wyjechać, urodzonym w Rybniku, synom Wilhelma. Tak więc potomkowie tych, którzy przez lata przyczyniali się do tego, że Rybnik liczył się na biznesowej mapie Górnego Śląska żyją gdzieś w dalekich krajach (m.in. w Australii i w Ameryce Południowej).

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Sprawa komina została wyłączona
7 marca 2024

Jadwiga Barthel de Weydenthal

Jadwidze należy się wspomnienie. W końcu tu przeżyła sporo lat, choć Rybnik nie był jej miastem rodzinnym. Tu została pochowana na cmentarzu parafialnym przy ul. Rudzkiej i tu o niej słyszeli tylko ci, którym opowiadałam o Jadwidze na kilku spacerach.


Jadwiga Barthel de Weydenthal (1884-1961)


Zobaczyłam jej grób lata temu, gdy na cmentarzu szukałam miejsca gdzie została pochowana jedna z sióstr Urszulanek, która uczyła mnie angielskiego w dzieciństwie. Mimo złych wspomnień chciałam siostrze Mechtyldzie zapalić znicz. Łażąc po tej części cmentarza, gdzie leżą zakonnice i zakonnicy z Rybnika rzucił mi się w oczy oddzielny, dość bogaty, inny od pozostałych, nagrobek. No i to dziwnie brzmiące nazwisko: Barthel de Weydenthal.

Zrobiłam zdjęcie i po powrocie do domu zaczęłam szukać jakichkolwiek informacji o tej drugiej, czyli Jadwidze, przy której nie było adnotacji o byciu zakonnicą. I tak pojawiła mi się niezwykła kobieta, która z racji tego, że nie miała z czego żyć znalazła się w Rybniku w 1947 r. i otrzymała schronienie u Urszulanek, bowiem jedna z jej rodzonych sióstr była w tutejszym klasztorze.
Jadwiga była żołnierzem I Brygady Legionów, działaczką niepodległościową, rzeźbiarką, matką chrzestną statku pasażerskiego MS Batory. Była Damą Orderu Virtuti Militari, a także przyjaciółką Aleksandry żony marszałka Piłsudskiego. Niezwykła kobieta. Przynajmniej z faktów, które podane są w Internecie. 


Urodziła się w 1884 r. w Bądkowie na Kujawach w rodzinie ziemiańskiej. Była dość chorowita i zdrowie często krzyżowało jej plany. Uczyła się w Paryżu, a następnie studiowała na wydziale rzeźby Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1921 r. uczyła się w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie u prof. Edwarda Wittiga, autora m.in. pomnika Juliusza Słowackiego. Niestety większość jej prac zaginęło w czasie wojny, choć ponoć nadal niektóre powojenne do dziś zdobią kaplice SS. w Rybniku, zaś w Pokrzywnie Poznańskim – siedzibie jej najmłodszej siostry – również Urszulanki, można zobaczyć jej rzeźby przed- i powojenne. Jadwiga specjalizowała się w rzeźbie sakralnej. 

Po wybuchu I wojny, została mianowana zastępczynią komendantki Oddziału Żeńskiego POW, następnie została kierowniczką sekcji wywiadowczej OŻ POW, której zadaniem było prowadzenie wywiadu wojskowego i politycznego na terenie Warszawy i na prowincji. Była członkiem Zarządu warszawskiego Koła Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego. Od marca 1918 r. weszła w skład Komendy Naczelnej POW.
Za swoje zaangażowanie została odznaczona w 1922 r. Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie Krzyżem Walecznych a w 1931 r. Krzyżem Niepodległości z Mieczami. Przez wiele lat walczyła o honor swojego brata Przemysława, którego jako żołnierza bezpodstawnie oskarżono o tchórzostwo i zdradę w 1919 r. Dopięła swego po wielu miesiącach śledztwa i nawet zdołała sprowadzić jego szczątki z Sowieckiej Rosji, a dokładniej z Odessy na początku lat 30-tych. 

Z racji znajomości z drugą żoną Piłsudskiego, w lipcu 1935 r. została wybrana na matkę chrzestną statku pasażerskiego MS Batory. Uroczystość chrztu odbyła się w porcie w pobliżu Triestu. Wiele podróżowała po Europie dokumentując zaangażowanie kobiet w odzyskanie niepodległości Polski i wygłaszając różne odczyty.

We wrześniu 1939 r. brała udział w obronie Warszawy. Pełniła służbę przy telefonach oraz w służbie sanitarnej, zwożąc rannych żołnierzy z przedpola stolicy. Podczas okupacji zamieszkała z synami swego brata Jerzego (dyplomaty przebywającego m.in. w Chinach). Obaj jej bratankowie należeli do Armii Krajowej. Jeden zginął rozstrzelany przez Niemców w więzieniu w Łowiczu, drugi w czasie akcji oddziału partyzanckiego w Beskidzie Śląskim. II wojna światowa to był dla niej okres dramatów rodzinnych, jak i klęski narodowej. Straciła dom rodzinny w Bądkowie, bratanków oraz kolejnego brata Jana, którego Niemcy wywieźli do obozu w Mathausen-Gussen, gdzie wkrótce zmarł.

Po wojnie nie mogła wrócić do majątku rodzinnego. Komuniści uznali rodzinę – z racji dziwnego nazwiska – za Niemców. Jadwiga zamieszkała we Włocławku. W tamtejszej fabryce porcelany znalazła możliwość wykonywania pracy rzeźbiarskiej w ceramice i jako projektantka. Niestety nie trwało to długo, gdyż została zwolniona z fabryki ze względu na ziemiańskie pochodzenie. I tak ok. 1947 r. znalazła się w Rybniku, gdzie przybywała jej druga z sióstr (rodzonych) a zarazem zakonnych – Maria Beata.  Wróciła do rzeźbiarstwa. Pracowała również jako bibliotekarka w szkole prowadzonej przez Urszulanki oraz uczyła doraźnie francuskiego i historii sztuki. Ostatnie lata bardzo chorowała i była przykuta do łóżka. 
Zmarła w rybnickim szpitalu w kwietniu 1961 r. w Rybniku i tu została pochowana. Miała chyba smutne i na pewno ciężkie życie. 

Na rzeźbie się znam jak kura na gwiazdach, a z rzeźbiarzy to tylko Michał Anioł mi pasi. Jednak z racji tego, że na dniach w Rybniku otwiera się Galeria Sztuki Rzeczna, w której będą prezentowane rzeźby pochodzącego z naszego miasta Adolfa Ryszki, to może i znajdzie się tam jakiś kątek na przedstawienie postaci kobiety rzeźbiarki z orderem Virtuti Militari, którą los zagnał na Górny Śląsk. Na pewno takiemu pomysłowi przyklasnęłyby siostry Urszulanki.

Korzystałam z biogramu Jadwigi na stronie Instytutu Pamięci Narodowej oraz Fundacji Generał Elżbiety Zawackiej Toruń.

Na stronie TVP Bydgoszcz można zobaczyć film o bohaterce tego wpisu:

Jadwiga Barthel von Weydenthal

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Jadwiga Barthel de Weydenthal została wyłączona
26 lutego 2024

Bismarckstrasse 5 czyli Powstańców Śląskich 5

Dzisiejsza ulica Powstańców Śląskich nosiła różne nazwy: Sohrauerstrasse (czyli Żorska), w okresie międzywojennym Marszałka Józefa Piłsudskiego, w czasie okupacji Bismarckstrasse, po wojnie była ulicą Stalina. Przy tej części rybnickiego Deptaka na początku XX w. wybudowano małą kamienicę, która aż do naszych czasów w zasadzie nie zmieniła swojego wyglądu. Oznaczona jest numerem 5 i dokładnie przed nią rozpoczyna się Dróżka Prof. Libury.

Właściciele tej nieruchomości dość często się zmieniali, a ostatnimi przed II wojną oraz w trakcie jej trwania byli małżonkowie Józef i Anna Piechowie z Radlina. Nabyli kamieniczkę w 1936 r. od Filipa Piontka i wynajmowali ją pod różne małe geszefty, z których jeden funkcjonuje aż do dziś i ma się bardzo dobrze. W latach 20. otworzył tu biznes Bruno Bielowski – szklarz, którego potomkowie nadal zajmują się podobną branżą w Rybniku. Mnie jednak interesują raczej wątki żydowskie i Żydzi, którzy w tym miejscu handlowali i starali się swoimi towarami przyciągnąć mieszkańców naszego miasta.

Zakup nieruchomości przez mistrza hutniczego Józefa Piechę to czasy, gdy Rybniku mieszkali również Żydzi tzw. polscy. Oprócz tych niemieckich, którzy mimo podziału Górnego Śląska nie zdecydowali się wyjechać i uznali, że to tu jest ich Heimat, bez względu na państwowość, mieliśmy pewną ilość Żydów pochodzących z Zagłębia, dawnej Kongresówki, czy nawet odległych miast Galicji. Nie byli tutejsi – byli nie swoi. Obcy. Kiedyś nazwałam ich „Żydami-gorolami”. To nieładne określenie, ale może Państwu zobrazuje to jak ich tu traktowano. W większości docierali do naszego miasta w poszukiwaniu pracy, lepszego interesu, skuszeni przez tych znajomych i krewnych, którzy teren już rozeznali i wiedzieli, że Rybnik to w miarę dobre miejsce do życia.

Historie tych drobnych sklepikarzy, szewców, krawców, kapeluszników czy obwoźnych handlarzy są bardzo trudne do ustalenia. Gros z nich, mimo pobytu w mieście, nie utożsamiała się z tutejszą gminą żydowską i nie kwapiła się do płacenia podatków na jej rzecz, ale też nie była akceptowana przez tutejszych Żydów niemieckich i resztę rybniczan. Niewiele po nich zostało dokumentów. Rzadko też ogłaszali się w przedwojennej prasie, bo ich po prostu na to nie było stać. Jeśli już trafiają się na ich temat artykuły, to na ogół z przekręconymi nazwiskami i w wyraźnie antysemickich gazetach, które atakowały „żydków zalewających” Śląsk. Jednak mimo dość skąpych informacji uważam, że należy podjąć rękawicę i starać się o nich przypominać, nawet przy tej skromnej ilości danych.

Właśnie dzisiejsza ulica Powstańców Śląskich, to był trakt, przy którym czynsze za sklepy i mieszkania na pewno były niższe niż przy Sobieskiego i stąd też przy tej ulicy sporo było żydowskich geszefcików, nie wartych na ogół ani funta kłaków. Te maluśkie sklepy i warsztaty wyjątkowo drażniły lokalnych antysemitów, którzy wręcz pisali o „szajce” z ulicy Piłsudskiego. 

W kamienicy pod numerem 5 przez jakiś czas miał sklepik z konfekcją zagłębiowski Żyd – krawiec Abraham Flak, którego akurat do „szajki” nie zaliczono. Zapewne sprzedawał to co sam uszył. Nie miał zbytniego szczęścia do biznesu, bo wielokrotnie był okradany. W przypadku tak małego interesu, kradzież 10 ubrań chłopięcych, 10 męskich płaszczy, 25 kapeluszy, całej partii bielizny to była naprawdę wielka strata. Krótko po tym zdarzeniu do sklepu Abrahama wtargnęło dwóch podchmielonych osobników, którzy chcieli wymusić na nim okup, pod groźbą zdemolowania sklepu. Na szczęście się im nie udało. Przy innej kradzieży krawiec Flak stracił 3 weksle na 1000 zł i własne prywatne ubrania. 

To wszystko chyba spowodowało, że Abraham zdecydował się sprzedać, bądź odstąpić swoje towary innemu krawcowi z Będzina – Berkowi Lajtnerowi, który w tym samym miejscu handlował bardzo podobnymi towarami od 1932 r. i też był poza „konfekcyjną szajką”, bo chyba był za biedny, by ktokolwiek na niego zwrócił uwagę.
Przy ulicy Marszałka Piłsudskiego 5, około trzydziestoletni Berek, o którego życiu w Rybniku zaświadczają jedynie dokumenty w Archiwum Państwowym w Katowicach dotrwał w naszym mieście aż do końca sierpnia 1939 r. Prawdopodobnie w związku ze zbliżającym się wybuchem wojny wyjechał do Będzina, by przetrwać (w jego mniemaniu) ten niepewny czas, a potem wrócić z powrotem na prowadzącą do nowego kościoła ulicę.

Zostały po nim dwa weksle, kilka złożonych zamaszystych podpisów i cała fura pism, gdy jego składzik z konfekcją i butami, przy przemianowanej na Bismarcksstrasse ulicy, został jesienią 1939 r. przejęty przez tzw. Treuhändera, czyli powiernika. Była to osoba, która na ziemiach okupowanych przez Niemcy zarządzała z ramienia władz niemieckich danym interesem. Na terenach wcielonych do Rzeszy (czyli i w Rybniku) w przeważającej części byli to Niemcy zamieszkali w Polsce przed wojną. W przypadku sklepu przy ulicy Bismarcka 5 tym Treuhänderem został Theodor Früholz, 67-letni rybniczanin mieszkający przy Ratiborerstrasse 51, a prowadzący handel piwem przy obecnej ul. Kościuszki (wtedy Goeringstr.) Onegdaj był właścicielem wytwórni wód mineralnej gdzieś na Smolnej i jedyną interesującą informację jaką o nim znalazłam, to gdy niemieckojęzyczny Kattowitzer Zeitung doniósł o zaatakowaniu Früholza przez pracownika poczty w Rybniku w 1927 r. W wyniku tego ataku poszkodowanym został sam atakujący, bowiem żona Früholza broniła męża i obiła napastnika drewnianym pantoflem.

Patrzę na przedwojenny podpis Lajtnera (oficjalnie przez Niemców zwanego Leitnerem) i moje myśli krążą wokół zdjęć twarzy setek będzińskich Żydów. Zdjęć które zostały zrobione w getcie na polecenie nazistów. Fotografie ludzi o smutnych i przerażonych oczach. Przejrzałam je wszystkie ponownie na stronie Instytutu Jad Waszem. Jest wielu Lajtnerów, ale Berka brak. Fantazyjne pismo tego młodego mężczyzny być może pokazuje jego pełen naiwnego optymizmu charakter, który skłonił go w marcu 1940 r. do napisania próśb do Treuhändera oraz rybnickiego Landrata. Jego wnioski o pomoc finansową, opatrzone o wiele już mniej fikuśnym i wesołym podpisem, zostały odrzucone i do Będzina, na adres Alter Ring 19 wysłano odmowę.

W międzyczasie Theodor Früholz słał do urzędów swoje pisma z wątpliwościami, gdyż do niego, jako zarządcy dobijali się wierzyciele, którym Berek był winien różne kwoty. Jedną z osób, która upominała się o pieniądze był właściciel małej kamienicy przy Bismarckstr. 5, czyli Josef Piecha. Z jego wyliczeń wynikało, że Berek Lajtner nie płacił od jakiegoś czasu czynszu, ponadto Piecha miał dwa weksle wystawione przez Berka, co łącznie dawało kwotę długu 212 marek. Różni inni komisaryczni zarządcy, którzy jak Früholz dysponowali teraz majątkami żydowskimi upominali się o stare należności, których Lajtner nie chciał, albo nie zdążył zapłacić przed wojną. W dokumentach katowickiego archiwum są weksle podpisane przez Lajtnera a wystawione na wspomnianego wyżej Abrahama Flaka w lipcu 1939 r. Na ich odwrocie pełno indosów, a na przedłużkach protesty oraz adnotacje komornika z lutego 1940 r., z których wynika, że komornik „odbił się od zamkniętych drzwi firmy” i uzyskał jedynie informację, że Żyd Lajtner uciekł. Treuhänder Früholz nie poczuwał się do zapłaty czegokolwiek, gdyż miał urzędowe pismo, zgodnie z którym starych długów nie musiał regulować, gdyż jak to nazwano eufemistycznie „należy poczekać na szczegółowe regulacje prawne”.

Życie Berka zakończyły też pewne „regulacje prawne” Rzeszy Niemieckiej. Czy stało się to jeszcze w będzińskim getcie, czy w Auschwitz nie jestem w stanie ustalić. Przez siedem lat otwierał przed rybniczanami drzwi do swego sklepiku przy ulicy Marszałka Piłsudskiego 5, a i niejednokrotnie na chybcika zamykał przed ścigającymi go wierzycielami. Dla mnie nie był oszustem, a jedynie drobnym handlowcem, który starał się jakoś wiązać koniec z końcem, by przetrwać na rynku. Każdy przedsiębiorca, który teraz czyta te słowa wie co mam na myśli.
Gdy zaciągał kraty na drzwiach po raz ostatni, zabezpieczając swój skromny majątek, co mogło mieć miejsce pod koniec sierpnia bądź na początku września 1939 r., to na pewno nie przypuszczał, że to co nadchodziło wymaże jego istnienie – mało ciekawe życie zwykłego krawca, który tak pięknie pisał literę „B”.

23 stycznia 2024

Saga Pragerów (cz.3) Abraham i Emil

W każdym mieście domy przy rynku zawsze były w cenie. Posiadanie kamienic w tak prestiżowym miejscu miasta gwarantowało zyski, więc nie dziwota, że ci których było na nie stać starali się wejść w ich posiadanie.
Dzisiejsza opowieść będzie o fragmencie historii dwóch, sąsiadujących ze sobą kamienic przy naszym rynku, w których posiadanie, w XIX w. weszła rodzina Pragerów, a zarazem będzie to historia o dwóch Pragerach: ojcu Abrahamie i jednym z jego synów – Emilu.

Po ponad 120 latach od sprzedaży większej z kamienic niektórzy rybniczanie nadal ja zwą „na Pragerowym”. Ród Pragerów należał do bardzo zasłużonych familii, które wiele zrobiły i dla miasta i jego mieszkańców. Pisałam już o nich w „Sadze Pragerów” Nr 1 i Nr 2. Dostępne dokumenty jako protoplastę rodziny pokazują Simona Pragera (ur. ok. 1775 r.), którego syn – Moritz założył w Rybniku Dampf-Färberei und Druckerei, Bleicherei und Appretur-Anstalt, tj. jak to określano po polsku: „Fabrykę modrych druków”, czyli produkującą tekstylia. Firma ta, pod koniec XIX w., miała przedstawicielstwa m.in. we Wrocławiu, Berlinie, Królewcu, Kolonii, Stuttgarcie i Londynie i łącznie zatrudniała ok. 120 pracowników.

Właśnie Moritz (1802-1890), zapewne inwestując zarobione talary, kupił dwie kamienice, które obecnie mają adresy: Rynek 5 oraz Sobieskiego 2. Jeszcze za życia sprzedał je swojemu synowi Abrahamowi (1835-1914), z punktu widzenia miasta, bezsprzecznie najznamienitszemu z Pragerów. Patrząc na dokonania Abrahama, można śmiało powiedzieć, że w dojrzałym wieku bardziej od zajmowania się przedsiębiorstwem wolał angażować się w życie miasta. 

(Abraham Prager – zdjęcie z Israelitische Familienblatt z dn. 16.02.1905 r.)

Gdy w 1905 r., obchodził swe 70. urodziny pisano o nim, że jest jedną z najbardziej szanowanych osobistości na Górnym Śląsku. Przez prawie 30 lat (aż do swej śmierci) był radnym miejskim, wraz ze szwagrem Ferdinandem Haase finansował budowę ochronki żydowskiej (po wojnie budynek służył rybniczanom jako szkoła muzyczna). M.in. z jego inicjatywy (i pieniędzy) powstała w mieście profesjonalna straż pożarna, angażował się w zazielenianie Rybnika przez udział w Rybnickim Towarzystwie Upiększania (przyczynił się do zadrzewienia parku Hazynhajda). Przez prawie 40 lat przewodniczył gminie żydowskiej, równocześnie finansując choćby kobierzec przed ołtarzem głównym nowego kościoła pw. Św. Antoniego, czy rozbudowę szpitala Juliusza. Tak to wtedy było. Nieważne było wyznanie, a liczyło się dobro miasta i jego mieszkańców.
Abraham przewodniczył wielu komitetom oraz instytucjom. Po pogromach w carskiej Rosji w latach 1903-1906 , jako Stadtältester (był to tytuł honorowy nadawany członkom rady miasta, którzy długo sprawowali swój urząd) organizował pomoc dla rosyjskich Żydów.

Był zapobiegliwym ojcem, który zabezpieczał finansowo swoje dzieci. Gdy w 1899 r. zmarła jego żona Marie Schweitzer uznał, że dwie kamienice stojące przy rynku przekaże swoim synom Emilowi i Ludwigowi. Jak to się stało, że ostatecznie tylko Emil w nich prowadził interesy to nie wiem. Może taki był warunek teścia Emila, którym był, jak to napisała w „Nowinach Gliwickich” znawczyni historii Gliwic Małgorzata Lichecka „wręcz obrzydliwie bogaty” Nathan Bujakowsky – destylator i właściciel kilku kamienic w ówczesnym Gleiwitz. Ślub rybniczanina Emila Pragera i gliwiczanki Rose Bujakowsky to było połączenie majątków dwóch naprawdę zamożnych górnośląskich rodów żydowskich. Doszło do niego w 1900 r. a owocem tego małżeństwa był, urodzony w Rybniku w 1903 r. syn Heinz, którego dalszych losów niestety nie udało mi się ustalić.

Ulica Breitestrasse (Sobieskiego) ok. 1909 r. z widocznym sklepem Emila Pragera (obecnie restauracja „Tu i Teraz przy Rynku”.

Obrotnemu Emilowi, który dość szybko uznał, że Rybnik jest zbyt małym miastem dla niego, zawdzięczamy sporo. Miał rozległe plany i je zrealizował. Prowadząc sklep w pierwszej po prawej stronie kamienicy przy ówczesnej Breitestrasse równocześnie podjął się rozbudowy sąsiedniego, małego budynku przy Rynku. Wczesnomodernistyczny wygląd kamienicy, który do dziś możemy podziwiać, zawdzięczamy wykonawcy czyli firmie budowlanej Paula Martiny’ego. Na pocztówce z 1908 r. widać jeszcze maleńką piętrową kamienicę, która jakby przykucnęła obok wyższych sąsiadek z obu stron. Sprawne oko zauważy postawione rusztowania i trwające prace budowalne. Emil chciał mieć tak samo paradny budynek jak Altmannowie obok, czy rodzina Böhmów na tej samej pierzei.

(Fragment pocztówki z 1909 r. z widoczną przebudową rynkowej kamienicy Emila Pragera – z kolekcji Bernarda Simona)

Gdy pracownicy budowniczego Martiny’ego zabrali się za pracę, postawili rusztowanie a przedtem prawdopodobnie rozebrali część starego budynku. I… i w kwietniu 1909 r. znaleźli skarb. Sprawa musiała być dość głośna, gdyż napisały o tym nawet krakowskie „Wiadomości numizmatyczno-archeologiczne”, cytując za „Głosem Śląskim”, że „podczas robót koło nowej budowli p. Pragera w Rybniku znaleziono rodzaj garnka z wieloma monetami srebrnymi z 1608 r. Część wykopaliska jest dobrze zachowana.” Kto zgarnął skarb można się domyślać. Raczej tą osobą był sam inwestor.

Emil nie tylko prowadził sklepy z tekstyliami. Stare gazety informują, że parał się swoistym pośrednictwem biznesowym, gdyż angażował się w sprzedaż przedsiębiorstwa, który po latach nazwano Ryfamą.

Gdy nowiuśką kamienicę, czy też raczej elegancki dom towarowy przy rynku, zaczęły odwiedzać pierwsze klientki i klienci, Emil Prager chyba już planował wyjazd z miasta. Jeszcze w 1910 r. szukał sprzedawców i dekoratora, jeszcze w 1911 r. ogłaszał się z nowymi dostawami towarów, ale w międzyczasie negocjował dobrą cenę za sporo warte nieruchomości w środku miasta. We wrześniu 1911 r. gazeta Oberschlesische Volksstimme podała sensacyjną wiadomość. Prager sprzedaje swoje sklepy i budynki rodzinie Leschczinerów! Noah Leschcziner, bo to on był nabywcą, niewątpliwie zapragnął dla swoich synów kamienic przy rynku, o czym możecie Państwo przeczytać ➡ tutaj. Leschczinerowie zachowali, zgodnie z obowiązującym wówczas zwyczajem, nazwę i aż do 1939 r. reklamowali swój dom towarowy jako „Emil Prager i Następcy”. W kamienicy przy Sobieskiego 2 po jakimś czasie zaczęła rządzić córka Noaha – Olga Priester, a po niej wnuk Leschczinera Eryk Priester.

Emil Prager zaś przeniósł się do Berlina, z żoną i synem. Niedługo potem, gdy dopadł go kryzys wieku średniego, rozwiódł się z Rosą, córką bogacza z Gliwic. Rozwód orzeczono pod koniec 1913 r. Kto wie, może ta informacja podkopała zdrowie i przyczyniła się do śmierci zasłużonego nestora rodu – Abrahama Pragera. Zmarł krótko potem, 14 stycznia 1914 r. w wieku 78 lat. Jego pogrzeb odbył się 18 stycznia a mowę pożegnalną wygłosił rabin dr Braunschweiger. Fotografia tego zasłużonego obywatela naszego miasta znajduje się w Berlinie w Muzeum Żydowskim (w zbiorach Maxa Halberstaedtera).

Na kolejnym ślubie Emila Pragera, zawartym w Berlinie w czerwcu 1915 r. z Minną Margaretą Hahlo żaden z braci nie świadkował.

Emil miał 68 lat, gdy w maju 1939 r. w Berlinie dodano mu stygmatyzujące imię „Israel”, a jego drugiej żonie „Sara”. Jakimś cudem jednak, kto wie czy nie dzięki inwestowanym przez lata pieniądzom z rybnickich kamienic, udało mu się wyjechać wraz z Minną do Anglii. W grudniu 1939 r. Anglicy odstąpili od jego internowania, choć był oficjalnie Niemcem, czyli obywatelem państwa, które toczyło wojnę z Wielką Brytanią. Został wtedy zarejestrowany jako były „agent tekstylny” urodzony w mieście „Rybruk”. Niestety nie wiem kiedy dokładnie zmarł (prawdopodobnie w 1952 r.), tak jak i nie wiem co stało się z jego pierwszą żoną oraz synem.

Obecnie w jego dawnych kamienicach mieści się wyśmienita restauracja „Tu i Teraz przy Rynku” (Sobieskiego 2) oraz drogeria Hebe (Rynek 5). W tej pierwszej lubię siadać i dumać sobie o byłych przedsiębiorcach, którzy z radością z góry „teraz” patrzą „tu” na klientów ich dawnych biznesów.
„Pragerowe kamienice”, które potem były „Leschczinerowe” oraz „Priesterowe” dziś naprawdę prezentują się godnie.

Przy okazji wizyt w „Tu i Teraz przy Rynku” zawsze też żałuję, że nie zdążyłam kiedyś kupić wieszaka ze sklepu Emila, który kiedyś pojawił się na jednym z serwisów internetowych.

Na zakończenie muszę dodać, że zarówno zasłużony Abraham, jak i jego syn Emil nie byli jedynakami. Ród Pragerów był bardzo rozległy i może kiedyś jeszcze wrócę do nich.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Saga Pragerów (cz.3) Abraham i Emil została wyłączona
16 stycznia 2024

Nie zostały po nich tylko numerki

Pojechałam do raciborskiego archiwum by sfotografować „uwolnione” spod RODO i kurateli rybnickiego USC żydowskie zgony z Rybnika i wróciłam z plątaniną myśli. Nie, nie. Nie przez żydowskie zgony. Przez te „psychiatryczne”. Od dawna zdawałam sobie sprawy, że w czasie wojny wykończono w naszym psychiatryku (wówczas zwanym Landes Heil und Pflegeanstalt) wielu ludzi, ale co innego wiedza o przypuszczalnej ilości chorych, którzy zmarli/zostali zamordowani w tym szpitalu, a co innego patrzenie na akty zgonów. Na dokumenty, na których jest imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, dane rodziców i przyczyna zgonu. Na każdej kartce w tych grubych księgach jest czyjś dramat, jakieś życie przedtem, cierpienie. Nawet przy tych, których dziś nazwalibyśmy NN, bowiem i tacy w szpitalu umierali. To są tragedie ludzi, których życie się skończyło, bądź je intencjonalnie zakończono właśnie w naszym mieście. Taka lżejsza forma akcji ➡ T4. A może jednak program eutanazji w najczystszej postaci zatuszowany sfałszowaną dokumentacją medyczną i potem ukryty pod niezgodną z prawdą przyczyną zgonu?

Ci ludzie mają groby, ale większość tylko z numerem na betonowej tabliczce. Gdy rybniczanie odwiedzają nasze dwa cmentarze psychiatryczne na pewno nie mają pojęcia skąd byli ci, którzy tu leżą. Gdy przerzucałam kartki w grubych księgach zgonów dla lat 1940-1942 widziałam wszystkie możliwe miasta: Bielsko i jego okolice, Zabrze, Cieszyn, Świdnicę, Krefeld, Berlin, Wrocław, Łódź, Pszczynę, Świętochłowice, Trzebnicę, Brzeg, Legnicę, Milicz, Czeladź, Kostomłoty, Poznań, Bełk, Czerwionkę, Wyry, Świerklany, Kraków, Jelenią Górę, Namysłów, Kotlarnię, Głogów, Ciermięcice, Kończyce, Prudnik, Dzierżoniów, Żywiec, i wiele innych. Podałam celowo nazwy polskie dla lepszej orientacji geograficznej.

Rybniczanie nie znają ich nazwisk, bo i skąd by mieli znać. Może pod numerkiem „2035” leży Charlotta Haase z domu Karlis? Ewangeliczka z Berlina, którą przyjęto do tutejszego szpitala 18 września 1943 r. ze szpitala w Jastrzębiu-Zdroju (wówczas Bad Konigsdorf). Była wdową po Hermanie i miała wtedy 55 lat. Jej papiery przeglądałam jakieś 10 lat temu ze względu na nazwisko, które miało dla mnie znaczenie. Myślałam, że może to jakaś krewna naszych Haasów. 

Nie mam jej aktu zgonu, bo on jeszcze jest niedostępny, ale zachowana dokumentacja medyczna jeży włosy na głowie. Przy przyjęciu ważyła 36 kilogramów. Opisano przeprowadzony z nią wywiad lekarski oraz dołączono historię choroby z poprzedniego zakładu psychiatrycznego w Berlinie, z informacjami o próbach samobójczych. Z zapisanych rozmów, które przeprowadzano z chorą jeszcze w Berlinie, jawi mi się biedna kobieta, na której cieniem zaległy przeżycia z młodości oraz śmierć męża. W Rybniku mierzono jej temperaturę, ale nie wiem czy podawano jej jedzenie. Zbadano jej krew i mocz ale wątpię czy aplikowano jakieś lekarstwa. Zmarła 3 tygodnie po przyjęciu – 8 października 1943 r. o godz. 15.20. 

Rybniczanie nie zdają sobie sprawy, że ci pod tymi numerkami byli wszystkich wyznań. Katolicy, ewangelicy, żydzi, bezwyznaniowcy, a i jednego prawosławnego znalazłam. To prawdopodobnie jeniec rosyjski z pierwszej wojny, który zapewne był w szpitalu od jej zakończenia. Nazywał się Aleksander Gonczarow i zmarł tutaj w 12 września 1940 r. w wieku 57 lat.

Jeden z tych, którego religia była nieokreślona, zawrócił moją uwagę ze względu na miejsce urodzenia oraz podany zawód. To urodzony w Pradze redaktor Klebinger i jego historię kiedyś opiszę osobno, bo mnie do niego ciągnie. Najpierw jednak muszę znaleźć jego dokumentację medyczną, a to wymaga kolejnych wizyt w Raciborzu.

Pokusiłam się o przeprowadzenie szybkiej statystyki, gdy dotykałam tych starych kartek. Od 19 sierpnia do 31 grudnia 1942 r. zmarło w Rybniku około 290 osób (w tym są liczone zgony żołnierzy Wehrmachtu na froncie, zwykłe zgony z powodu lat, czy zawału). 120 aktów to „śmierci psychiatryczne”, a to daje 41%. Wyobrażacie sobie! 41%! Nie wierzę w naturalne zgony, ani w to co podano jako przyczyny śmierci. Przynajmniej nie we wszystkich przypadkach. A „niegodne życie” zabijać można nie tylko strzałem w głowę, zagazowaniem, czy podaniem zastrzyku luminalu. Można zabijać śmiertelnymi dawkami światła, jak to np. robił w lublinieckim szpitalu psychiatrycznym, rybniczanin dr Ernst Buchalik. Tak, tak, ten zbrodniarz w kitlu pochodził z naszego miasta. Wraz z dr Elizabeth Hecker, zwaną Mengele w spódnicy, preparowali potem mózgi zamordowanych dzieci chorych na epilepsję i wysyłali je do różnych pseudo naukowych ośrodków w Niemczech. Można przyspieszać śmierć umieszczając chorego w izbach z prątkującymi gruźlikami. Można nie podawać leków, można nie karmić, można zostawić epileptyka z atakiem na podłodze, nie ratować przy zakrztuszeniu. Sposobów na uśmiercenie jest wiele. 

Na aktach, które przeglądałam były różne powody zgonów: chroniczny stan wyczerpania, kretynizm czyli wrodzony zespół niedoboru jodu, zatrzymanie krążenia, ciężki stan depresyjny, ostra utrata sił, niewydolność serca, starość, gruźlica płuc, schizofrenia, apopleksja, wodobrzusze, psychoza klimakteryczna, kacheksja, grypa, paraliż postępujący, chroniczny katar żołądka i jelit, epilepsja, itd., itp. Ta epilepsja mnie zawsze porusza, bo na nią chorowałam. Już to kiedyś chyba napisałam: ja też bym została uśmiercona w Landes Heil und Pflegeanstalt.

Za dużo tych zgonów było w rybnickim szpitalu, by nie pokusić się o tezę, że stosowano tu planową eutanazję. W wielu artykułach i książkach Rybnik jest wymieniany jako jeden z ośrodków akcji T4. Artykułów pisanych (następnie powielanych w sieci) przez dziennikarzy nie korzystających z dokumentów nie należy brać za pewnik, ale prace naukowe (książkowe), w których są przypisy do dokumentów z niemieckich archiwów już tak. W pracy Heinza Faulsticha “Hungersterben in der Psychiatrie 1914-1949: Mit einer Topographie der NS-Psychiatrie” podane są odnośniki do dokumentów, z których wynika, że w Rybniku od 1941 r. wypełniono około 200 formularzy rejestracyjnych tzw. eutanazyjnych (w ramach akcji Vernichtung von lebensunwertem Leben – fizycznej „eliminacji życia niewartego życia”).  To te nadmiarowe zgony, które widziałam. Ponadto informacja o akcji eutanazyjnej na Górnym Śląsku, tj. w Lublińcu i Rybniku, była zamieszczona na wystawie, która onegdaj została pokazana w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich. Przygotowało ją Saksońskie Miejsce Pamięci Pirna-Sonnenstein, czyli niemieccy historycy współpracujący z tym ośrodkiem, gdzie w latach 1940-1941 uśmiercono gazem ponad 13 tys. osób. Byłam tam w ubiegłym roku. Ponoć w szpitalu Sonnenstein zabijano też ludzi przewiezionych od nas. Mroczny obiekt, zresztą jak wszystkie miejsca, gdzie mordowano na masową skalę. Tak sobie teraz myślę, że warto byłoby taką wystawę sprowadzić z Pirny do Rybnika. 

Ale od pisania prac na tak trudny temat są zawodowi historycy lub psychiatrzy, a ja jestem tylko od patrzenia na czyjeś życie poprzez stare papiery. I właśnie takie jedno życie mignęło mi przy kartkowaniu księgi zgonów dla 1941 r.: Graf von Praschma. Po polsku to hrabia Praschma. Syn pana na zamku w Niemodlinie (wówczas Falkenberg O.S.), śląskiego ziemianina, posła do Reichstagu, członka Rady Rzeszy dla Górnego Śląska. Urodzony w 1898 r. Engelbert Maria Antonius Emanuel Graf Praschma zmarł w rybnickim szpitalu 31 stycznia 1941 r. Kolejna tragiczna historia – tym razem lepiej opisana, gdyż wspomnienia jego żony wyszły w formie książki. Graf Engelbert chyba nie należał do arystokratów, którzy podporządkowywali się pruskiemu drylowi znaczącej rodziny. Poszukujący przygód Engelbert poślubił swą żonę aż w dalekim Transwalu (dziś Republika Południowej Afryki). Należy dodać, że wybranka nie była księżniczką, jak np. bratowa – córka pana na zamku w naszych Rudach. Dorothy Eva Ferreira, po mężu von Praschma, dorastała na afrykańskiej farmie. Dla rodziny męża była „chłopką”. Gdy Engelbert po śmierci ojca wrócił do Niemiec, by ubiegać się o należne mu dziedzictwo, rodzina uznała go za czarną owcę i nieodpowiedzialnego rozrzutnika .

Zacytuję słowa żony: Engelbert popadł w kłopoty finansowe. Został oskarżony o handel bronią, a rodzina stwierdziła, że to trudny przypadek, ale dlaczego pozwolili go zabrać do Lublińca, do tzw. sanatorium, do którego wysyła się ludzi nieprzydatnych dla „wspaniałej III Rzeszy”? Czy to możliwe, że rodzina faktycznie wydała go nazistom, bo był dla nich takim cierniem w boku? Dlaczego jego siostra Elisabeth, która pracowała dla wojska, dziesięć dni temu powiedziała mi bez emocji, że skoro Engelbert wkrótce umrze, jedyne, co mi pozostaje, to wrócić do Afryki i zostawić tu dzieci do adopcji odpowiednim rodzinom? Zostawić moje dzieci? Nigdy.

(zdjęcie żony grafa von Praschmy pochodzi z okładki książki pt. „Return of the Swallows” (2018), która jest zbiorem wspomnień Dorothei opracowanych przez jej córkę Ilonę.)

Jak widać rodzinie nie pasił taki graf, więc wmanewrowano go w chorobę psychiczną, skierowano najpierw do Lublińca, a potem do Rybnika. Tu zmarł. Czy został tu pochowany? Wątpię. Jako przyczynę zgonu podano m.in. osłabienie mięśnia sercowego i zapalenie płuc.  

W czasie szalejącej wokół wojny, wdowa Dorothea i jej dzieci znalazły schronienie u ciotki i wujka, hrabiego i hrabiny Stolbergów, w Czechosłowacji. Arystokraci szybko uznali, że przydała się obecność kogoś, kto wiedział, jak zbierać jagody… jak zabijać kurczaka… jak przeciwstawiać się falom nadciągających rosyjskich żołnierzy, a przede wszystkim nie był Niemcem. Jej jedynym dowodem na to była mała, postrzępiona flaga Republiki Południowej Afryki i pieczęcie króla Jerzego na akcie ślubu. Po strasznych następstwach wojny odzyskała swoje małe dzieci, które wysłano do odległych szkół z internatem. Hrabina zmarła w Afryce w 1981 r.

Jak więc widzicie w naszym psychiatryku przebywali arystokraci, kupcy, jeńcy z I wojny, robotnicy, redaktorzy, wozacy, gospodynie domowe, ludzie wszystkich stanów, zawodów, religii, znani z nazwiska i nieznani. Byli sterylizowani, mordowani i umierali, a stan liczebny szpitala uzupełniano przywożąc kolejne chore osoby z innych szpitali z Niemiec.
Ci którzy dotrwali w szpitalu do stycznia 1945 r. częściowo zostali ewakuowani. Ci, których pozostawiono, gdyż wg przekazów nie nadawali się do transportu, zginęli w trakcie ofensywy Armii Czerwonej w styczniu, lutym i marcu 1945 r. Wszystkim należy się pamięć a nie tylko numerek. Pamiętajcie o tym, gdy będziecie przejeżdżać na rowerze przez Las Ruda.

Na koniec informacja, którą już ustnie przekazywałam niektórym zainteresowanym. Otóż grób „Józinka” (naprzeciw grobu ofiar Marszu Śmierci) to miejsce pochówku czteroletniego syna przedwojennego dyrektora szpitala – dr. Wiendlochy. Józinek, jako jeden z niewielu, ma właściwy nagrobek.

A gdyby Państwo chcieli spojrzeć na tych, o których napisałam, to wklejam poniżej kilkanaście przykładowych aktów zgonów pacjentów, których „leczono” (to sarkazm) w Rybniku. Proszę pamiętać, że to zgony do końca 1942 r. Potem jeszcze były dwa pełne lata wojny i zima 1945 r. Może ktoś kiedyś trafi tu na swojego przodka…

 

Będę wdzięczna 🙂 za wsparcie moich badań poprzez serwis ➡ Kawa dla Małgosi

21 grudnia 2023

Grudzień 1933 roku

Koniec roku 1933 dla rybniczan i tych, którzy mieszkali w okolicznych wioskach był jak zwykle czasem przygotowań do świąt, które wypadały dokładnie tak jak w obecnym, już kończącym się 2023 roku. Wigilia też przypadała w niedzielę, więc Katolicka Agencja Prasowa wyjaśniała czy powinno się urządzić wieczerzę 23 czy 24 grudnia. Chodziło o kwestie postu, którego nie trzeba było przestrzegać siódmego dnia tygodnia. Tak jak i współcześnie katolicki kupiec Czesław Beyga otworzył się dla klienteli w dwie kolejne niedziele, zachęcając do zakupu podarków gwiazdkowych po najtańszych cenach. Potem zapewne podrałował do spowiedzi, by dostać rozgrzeszenie za pracę w dniach, które powinien był święcić.

Jego żydowscy konkurenci – bracia Brauerowie, handlujący vis a vis przy ul. Sobieskiego, tego problemu nie mieli i też oferowali podarunki na święta „w wielkim wyborze”.

Po pierniki rybniczanki szły do Sobczyka, a po wyśmienitą kawę, kakao i herbatę do Aronadego. Oczywiście te, których było stać na takowe frykasy i specjały.

Ten grudzień 1933 r. to miesiąc, który zaważył na moim istnieniu i to w bardzo bezpośredni sposób. Dokładnie w dniu, w którym uroczyście obchodzono 11-tą rocznicę tragicznej śmierci pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej Gabriela Narutowicza, czyli 16 grudnia, krótko po północy, przyszedł na świat mój Tata. Rodzinny przekaz mówi, że urodził się w szpitalu Spółki Brackiej, gdyż dziadek jako pracownik kopalni Donnersmarck był w spółce ubezpieczony. Jestem przekonana, że dziadek, narodzin kolejnego syna nie świętował przy bonkawie od Aronadego. Wolał konkretniejsze napoje, a okazji do ich smakowania miał dość sporo.

Najpierw, w sierpniu 1932 r. być może zapijał śmierć swej pierwszej żony, potem świętował szybkie zaręczyny i od razu zimowy ślub na początku 1933 r. z moją babcią, która chyba nie do końca sobie zdawała sprawę na co wyraziła zgodę, robiąc na złość swej rodzinie. Tak, tak, babcia poślubiła wdowca z dwojgiem dzieci, bo na przekór swej mamie postanowiła sobie odmrozić uszy. Gdy jej mama, a moja prababcia Florentyna, nie wyraziła zgody na ślub z biednym czeladnikiem rzeźniczym, babcia ponoć powiedziała w złości, że poślubi pierwszego lepszego jaki się napatoczy – nawet wdowca. Jak śląski wdowiec poznał zawziętą, dość już żdżałą frelę ze wsi Szklarka pod Ostrowem Wielkopolskim to zostanie tajemnicą. Florentyna była kobietą biznesu, która twardą ręką trzymała swoje dzieci, ucząc ich ciężkiej pracy, dobrze żeniąc i godziwie wyposażając w posagi. Będąc wdową prowadziła w tej małej wsi dom zajezdny z wyszynkiem i detaliczną sprzedażą napojów alkoholowych, równocześnie wraz z dziećmi obrabiając hektary pola. Tak teraz to piszę i dochodzi do mnie fakt, że jakaś część mojego ja ma pochodzenie chłopskie. Jakoś zawsze brałam pod uwagę jedynie robotnicze i mieszczańskie.

Kto wie, czy właśnie nie wtedy, mój śląski pradziadek Teofil postanowił, że jak już wróci z tego „gorolskiego” wesela na Śląsk to wybuduje jednemu ze swoich synów ➡ piekarnię. Może przez górnicze patrzenie na świat przebił się fakt, że lepsze deko handlu niż kilo ciężkiej roboty.

Ani z babci nie była Liz Taylor, ani z dziadka Richard Burton. Miłości między nimi też nie było. To moi drudzy dziadkowie się kochali. Ci nie. A babcia nie raz, nie dwa, nie trzy te uszy miała odmrożone. Po przyjeździe pod Rybnik szybko zapomniała o białej sukience, pięknym bukiecie i o tym jak podglądały z dziewczynami ze wsi wizyty księcia Radziwiłła w pobliskim Antoninie. Choć czeladnika rzeźnickiego nie zapomniała, bo nawet mi o nim po tylu latach opowiadała.

Moja konserwatywna śląska starka, czyli babci teściowa, „gorolki” nie akceptowała. Dzieci męża, którymi się musiała opiekować babcia Kazia zapewne sprawiały problemy, kwaterunkowe mieszkanie przy dymiącej kopalni nie miało takich wygód jak wielki dom zajezdny na wielkopolskiej wsi, a dziadek… No cóż, dziadek miał dwa zawody, jak to mówi mój tata. Był rachmistrzem na grubie i działaczem sportowym. A działaczowanie to spotkania, wyjazdy, imprezy, wygrane, przegrane, zgromadzenia, wybory i inne śmoje-boje przy okazji których się pijało, pije i pić będzie.

1933 rok musiał być dla babci trudny. Obca dla tutejszych, nieznająca miejscowego języka, obyczajów, ciągle sama z nieswoimi dziećmi i prawie od razu w ciąży. Babcia jednak była też hard kobitą, co bezsprzecznie odziedziczyła po Florentynie restauratorce. Pracowita jak wszyscy Wielkopolanie, oszczędna z musu, a może i przez geny, raczej oschła i mało wylewna. Nie dała się stłamsić tutejszym, choć naprawdę nie miała lekko. Jej największą miłością był, urodzony 16 grudnia 1933 r. Mietek. Poszła pod prąd dając mu bardzo polskie imię i chyba to był ten jej pierwszy bunt. W rodzinie imię Mieczysław uznano za potwarz. „Czamu nie Rudolf? Czamu nie Jorg?”
Nie wiem ile wtedy spędzało się czasu w szpitalu po porodzie. Zapewne niewiele. Ciekawe czy w domu w Chwałowicach czekał na nią mąż? Gazeta „Polska Zachodnia” z 18 grudnia 1933 r. informowała, że właśnie wtedy odbyło się walne zebranie podkręgu Rybnik przy udziale 84 delegatów reprezentujących 24 kluby piłkarskie. Ha! Takiej ważnej i wielkiej imprezy dziadek nie opuścił. Józef Ochwat ponownie został wybrany prezesem. Co tam kolejne dziecko! Po to się ożenił, by żona wszystko ogarniała. On znowu prezesuje! Uszy szczypały babcię od grudniowego mrozu, gdy naprany mąż wrócił do domu.

Mały Mietek miał kilka dni, gdy po Chwałowicach szukano bandyty Siwca – mordercy policjanta, o czym babcia zapewne nie wiedziała, bo raczej z domu nie wychodziła. Za to dziadek przy przedświątecznym spotkaniu z kolegami działaczami szeroko to komentował. Zresztą nie tylko to szokowało rybniczan i mieszkańców okolicznych wiosek i osiedli. Jeszcze przed świętami w tutejszym Sądzie Okręgowym odbył się proces nastoletniego T., który podczas bójki ciężkim kijem (bejsbole już wtedy były w modzie chyba) walnął kolegę. Następnie w złości „Wsadził mu palce obu rąk między zęby, rozdzierając mu obydwa policzki. Widząc, że ten broczy krwią, zaciągnął go do stawu i tam zanurzył w wodzie by go opłukać. Krwiożerczy chłopak widząc, że B. daje słabe oznaki życia postanowił go zabić. Zanurzył jego głowę w wodę i trzymał tak długo, aż się B. udusił” (cytuję za Polską Zachodnią z 21 grudnia 1933). Jak ja lubię przedwojenne rybnickie „kryminałki” 😉 

Potem Mietka ochrzczono, a babcia nauczyła się żyć z tymi przymarzającymi uszami, niekochanym i niezbyt dobrym mężem (dziadkiem był cudnym), pasierbem i pasierbicą i całą tą śląską otoczką. Była ambitna jak na tamte czasy i możliwości oraz niezwykle zorganizowana. Za sprzedaną ziemię ze swego posagu wybudowała dom, w którym urodził się jej drugi syn Tadek. Było to w lutym 1939 r. Biedę wojenną rodzina przeżyła dzięki jej zaradności i smykałce do handlu. Po wojnie też lekko nie było, bo najpierw aresztowanie dziadka przez Ruskich za Volkslistę i krótki Wehrmacht, a potem znowu powrót do działaczowania, brylowania w towarzystwie piłkarzy przy lichej pensji na grubie. Zaciskała zęby i dawała radę.

Ceniła sobie wykształcenie, choć sama go nie miała. Zawsze napierdzielała dziadka po niemiecku (gdy żył), że opowiada mi głupoty o utopcach. Była harda (tak to delikatnie ujmę), praktyczna do szpiku kości, bardzo oszczędna, dość wścibska, ale też ciekawa świata (poleciała samolotem z Katowic do Koszalina do ukochanej siostry w latach 70-tych). Uwielbiała podróże (gdziekolwiek), była mistrzynią krawiecką i zawsze miała dla mnie pod fartuchem pieniążki, bo ja i Mietek byliśmy jedynymi osobami, którym niczego nie skąpiła.

Obie babcie miałam trudne, każdą na swój sposób. Obie kochałam, każdą też na inny sposób. Babcia ze strony mamy na pewno by wydała ostatnie pieniądze na prawdziwą kawę od Aronadego, babcia ze strony taty, by wypiła zbożową.

Po obu mi coś zostało. Po tej z wielkopolskiej Szklarki, mam adamaszkowe serwetki z jej panieńskimi inicjałami, dębowe komody, które były częścią jej wiana, stare zdjęcia, jakieś guziki, talerze, przedwojenną maszynę do szycia i cały rocznik „Przekroju” z 1946 r. Niewiele mam z jej genów, choć obie urodziłyśmy się tego samego dnia. Zmarła, gdy byłam w liceum i od tego czasu czuwa z nieba nad swoim Mietkiem, którego powiła 90 lat temu i który do dziś ma się dobrze. Myślę, że czuwa i nade mną.

Koniec grudniowo-rodzinnych wspomnień 🙂 Czas stroić choinkę (choć ja nie za bardzo przy trójce kotów). Jak przedwojenny żydowski zegarmistrz i jubiler Aleksy Waldberg życzę wesołych Świąt Bożego Narodzenia i proszę mnie nadal łaskawie popierać 🙂 

Można to zrobić poprzez kawowy patronat ➡ „Bonkawa dla Małgosi” 

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Grudzień 1933 roku została wyłączona
14 grudnia 2023

Wdowa Schindler

Klara Schindler od jakiegoś czasu całkiem sama musiała się zajmować zarówno restauracją jak i tą ogromną kamienicą. Kiedyś tutejsi nazwą ją „plebiscytową”, ale o tym Klara jeszcze nie wiedziała, bo był 1914 r. i całe jej życie toczyło się wokół chorego męża, dwóch córek, no i interesów, które miała głowie. W połowie roku do miasta dotarła informacja, że zaczęła się wojna, którą za kilka lat ludzie będą nazywać Wielką, ale jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy, gdyż bardziej ich interesowały problemy lokalne i nie mieli pojęcia o okopach czy przyszłym rozpadzie niemieckiego mocarstwa. Na pogrzeb brata Leopolda Klara nie pojechała, bo tu, w Rybniku, były ważniejsze sprawy.

10 września 1914 r. czuwała przy odchodzącym mężu i choć była przygotowana na jego śmierć, to mimo wszystko ją to zaskoczyło. Był szabat. Zamknęła mu oczy, zasłoniła lustra i wylała wodę z wszystkich naczyń, a śląską służącą posłała z wiadomością do Phillipa Weissa. Następnego dnia Weiss poszedł do urzędu, by zgłosić śmierć Paula Schindlera, restauratora, urodzonego w Zabrzu, zamieszkałego ostatnio przy Kirchplatzu w Rybniku, a w „Rybniker Kreisblatt” ukazał się nekrolog informujący o zgonie oraz pogrzebie o 3 po południu tego samego dnia.

Choć na pogrzeb nie dotarli krewni z daleka, to żałobników było naprawdę wielu. Brat Siegfried z całą rodziną, zarząd i reprezentanci gminy żydowskiej, Eugen Weissmann, który od kilku lat najmował w Schindlerowej kamienicy sklep, wielu klientów Gasthausu, no i one: wdowa Klara z córkami Erną oraz Margarethą. Stojąc na cmentarzu Klara cały czas rozmyślała co teraz zrobi w tym mieście, z którym nie była zbytnio związana. Pochodziła z okolic miasta Sagan, dziś zwanego Żaganiem, a ślub z Paulem brała w mieście Breslau, czyli była związana z krainą, którą jeden poczytny pisarz po 109 latach nazwie „Odrzanią”. To za mężem przyjechała do Oberschlesien i choć mieszkała tu już kilka lat, to jednak nadal czuła się obco. Po narodzinach córek w Breslau przyjechali najpierw do Kattowitz, a potem za namową swego brata Siegfrieda, Paul kupił od Danzingera tę wielką kamienicę przy katolickim kościele.

I teraz ona została z wszystkim sama. Obie córki należało wnet wydać za mąż, w końcu Erna miała 24, a Margarethe 22 lata. Jedna krnąbrna i przebojowa, a druga zahukana i nieśmiała. Jeszcze w czasie pogrzebu uznała, że musi się zwrócić o pomoc do szwagra. Może on pomoże jej znaleźć właściwych kandydatów na mężów dla córek. To Siegfried mieszka w tym małym mieście od tylu lat, prowadzi modny sklep na Ringu, więc na pewno zna więcej ludzi niż ona.

Klara starała się prowadzić Gasthaus po mężu, co jakoś jej się udawało, bowiem pochodziła z rodziny karczmarzy. Ciągle jednak borykała się z zaległymi czynszami od tych, którym wynajmowała mieszkania i sklepy i nawet nie zauważyła, że w międzyczasie kończyła się wojna i nadchodziły nowe czasy. Choć polityka jej nie interesowała, to w swojej restauracji słuchała o czym coraz głośniej i dość otwarcie gadano.

Nadszedł 1919 r. Skończyła 60 lat i czuła, że nie ma już tylu sił, by zajmować się tak wielkim majątkiem. Pewnego wieczoru siadła z córkami, by im oznajmić, że być może trzeba będzie to wszystko sprzedać, ale informacja, którą znienacka przekazała jej starsza Erna spowodowała, że sprawy kamienicy nagle stały się nieważne. Klara aż pobladła, gdy usłyszała, że Erna zamierza wyjść za mąż za katolika. – Co by ojciec powiedział? Paul Schindler od sześciu lat spoczywał na cmentarzu, więc nie mógł zaprotestować. Erna postawiła na swoim i jeszcze tego samego roku jesienią, zawarła ślub z Alfonsem Reinschem. By podniesć rangę tego wydarzenia, na uroczystość wdowa zaprosiła aż z Hamburga swego brata Theodora Borowera. Śląsk nie był mu obcy, gdyż przez jakiś czas prowadził interesy w Zabrzu. Przystał na propozycję by zostać świadkiem wraz z ojcem pana młodego.

Druga córka, nieśmiała Margarethe nadal była sama i taką miała pozostać aż do momentu, gdy została wsadzona 13 kwietnia 1942 r. do bydlęcego wagonu i wywieziona do getta w Izbicy. Ale o jakiejś Izbicy w momencie ślubu Erny nikt nie słyszał. Za to słuchano i rozprawiano o Wersalu i traktacie na mocy którego do Rybnika zawitali żołnierze w różnych mundurach. Jakieś komitety, plebiscyty, komisje i manifestacje zajmowały teraz klientów Gasthausu wdowy Schindler.

Zięć okazał się porządnym Niemcem, który zgadzał się z teściową i wujkiem Siegfriedem z Ringu, że prawdopodobnie trzeba będzie wyjechać, bo nie wiadomo co tu będzie się dalej dziać. Przez zawirowania polityczne interesy szły coraz gorzej. Kamienica generowała koszty i w dużej części była pusta. Inflacja coraz bardziej przyspieszała i Klara wiedziała, że trudno jej będzie znaleźć kupca za dobrą cenę, a tu jeszcze miała się powiększyć rodzina, więc należało się spieszyć z podjęciem decyzji.

Jedyny, ale wtedy Klara jeszcze tego nie wiedziała, wnuk urodził się przy Kirchplatzu pod koniec stycznia 1921 r. Dano mu na pierwsze imię Horst, a na drugie Paul pod błogosławionej pamięci żydowskim dziadku. Krótko przedtem teściowa i zięć ustalili, iż bez względu na to, że są Niemcami to wynajmą jeden lokal polskiej gazecie. I tak w Schindlerowej kamienicy można było nabyć Gazetę Rybnicką – współorgan „Sztandaru Polskiego” oraz satyrycznego „Kocyndra”.

Niedługo zaś potem wspólnie wyrazili zgodę na to, by w kamienicy należącej do nich – niemieckich Żydówek: Klary Schindler i jej córek, miał siedzibę Polski Komitet Plebiscytowy. W kamienicy rybniczanie widywali teraz dr. Białego, dr. Różańskiego, czy innych polskich działaczy zaangażowanych w zbliżający się plebiscyt. Księgarz Basista miał kilka kroków do siedziby komitetu i w tym gorącym okresie bywał tam częściej niż w domu. Tak samo zresztą jak Emil Winkler z Ligoty. Klara Schindler oraz jej zięć Alfons Reinsch szukali na gwałt potencjalnego kupca na ten ogromny budynek, choć zdawali sobie sprawę z tego, że nie oni jedni starali się pozbyć majątku w mieście, o które walczyły, choć na razie jedynie głosując, dwie strony. 

Gdy wybuchło III powstanie Klara z balkonu patrzała na uzbrojonych Ślązaków ustawiających się przed willą Haasów. Wnet do kamienicy dotarła wiadomość o zamordowaniu młodego Rudolfa Haasego za angażowanie się po stronie niemieckiej. Byli prawie sąsiadami. I gdy wydawało się, że już nie uda się sprzedać tego kamienicznego kolosa, zięć jednego dnia przyniósł dobrą nowinę. Ten Winkler, który tu bywał, a potem latał z bronią ponoć pytał o cenę. Klara nie negocjowała warunków z niedawnym powstańcem. Przystała na jego wszystkie warunki i w sierpniu 1921 r. „Sztandar Polski” poinformował: „Drogą kupna przeszedł dom wdowy pani Szindler, w którym znajdują się dwa wyszynki i dawniejszy podkom. plebiscytowy, na własność pana Emila Winklera z Ligoty za sumę 400.000 marek.”

Przez jakiś czas jeszcze Emil Winkler w prasie podpierał się nazwiskiem poprzedniej właścicielki informując o jakichś wydarzeniach. Niestety, tak jak i Paul Schindler, Winkler zmarł za szybko, w wieku 46 lat, co stało się w 1931 r., a sprawami kamienicy, sklepów i restauracją musiała zajmować się kolejna wdowa. W tych początkach lat trzydziestych nikt jeszcze nie wiedział, że we wrześniu 1939 r. następna wdowa w tej kamienicy będzie opłakiwać śmierć swego męża. No bo wtedy córka Emila – Elżbieta Winkler jeszcze nie myślała, że przyjdzie jej się zakochać w kapitanie wojska polskiego Janie Kotuczu, który zanim zginie 6 września 1939 r. zawoła: „Niech żyje Polska! Tak umiera polski oficer!”.

Na koniec muszę napisać jakie były dalsze losy Klary Schindler, jej córek, zięcia i wnuka. Wszyscy wyjechali z Rybnika do niezwykłej miejscowości w Karkonoszach. Wtedy ani Klara ani jej rodzina nie przypuszczali, że ówczesne Krummhübel zostanie kiedyś nazwane Karpaczem. Wdowa Schindler zmarła pod pokrytymi śniegiem górami w lutym 1925 r.

Osobą, która poinformowała urząd o jej śmierci był katolicki zięć z Rybnika. Zapewne też on organizował pogrzeb i pochówek w Jeleniej Górze, gdyż to do tej gminy żydowskiej oficjalnie należały i matka i córki. W wykazach obie córki figurowały jako bezwyznaniowe Żydówki. Alfons Reinsch początkowo prowadził interesy w Karpaczu wraz z teściową, bo to zapewne ona dała marki na otwarcie sklepu z pamiątkami i artykułami tytoniowymi. Zachowane powojenne dokumenty Erny wskazują na to, że przed 1945 r. została wdową, a mieszane małżeństwo zawarte w naszym mieście, a może i siła charakteru pozwoliły jej przeżyć czasy Hitlera. Co prawda była aresztowana przez Gestapo w 1942 r. ale po dwóch tygodniach ją wypuszczono. W 1944 r. opuściła Krummhübel, gdyż groziło jej kolejne aresztowanie. W 1946 r. mieszkała już w Bawarii starając się o wyjazd do Palestyny. Urodzony w plebiscytowej kamienicy w Rybniku jej syn Horst Reinsch również przeżył. Jedynie nieśmiała Margarethe została zgładzona na terenie okupowanej Polski.

Równo 50 lat po śmierci Paula Schindlera, w 1964 r. na kamienicy, w której zmarł, a którą wdowa po nim wynajęła zaangażowanym w przyłączenie Rybnika do Polski, zamocowano pamiątkową tablicę. Rybniczanie nazwali ją „plebiscytową” łącząc to miejsce z walką o polskość tego miasta i zasłużoną rodziną Winklerów. Chyba niewielu wiedziało, że w tamtym czasie była to własność niemieckiej Żydówki, która z polskością miała tyle wspólnego ile ja z chińskim mandarynem.  

Obecnie, kamienica jest remontowana i być może wnet zobaczymy ją tak samo piękną, jak wtedy gdy wprowadzał się do niej około 120 lat temu Paul Schindler ze swoją Klarą.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Wdowa Schindler została wyłączona