Marzec 23

Tragedia zapisana na nagrobku

Miałam w Gliwicach zrobić tylko zdjęcie grobu teściów mojego rybnickiego, przedwojennego skandalisty Majera Krakauera. Oczywiście zrobiłam. Ale jak to zazwyczaj bywa, przy okazji czegoś mało istotnego, wyskoczyła z kapelusza, a raczej z nagrobka, jakaś tajemnica.

Grób państwa Hechtów na żydowskim cmentarzu w Gliwicach zachował się w dobrym stanie. Zresztą tak jak i postawiony na nim obelisk. Wynika z niego, iż w tym miejscu, w 1918 roku, został pochowany Josef Hecht, a po 12 latach jego małżonka Valeska. Standard, nic szczególnego, czy pobudzającego wyobraźnię. Co prawda dla mnie każdy nagrobek ma w sobie tajemnicę, bo to czyjeś życie ujęte w nawiasy dwóch dat i nawet takie podstawowe informacje mogą wywołać emocje. No, ale nie każdy tak podchodzi do cmentarzy, czy kamieni nagrobnych i jest to zrozumiałe.

Na macewie małżonków widnieje dopisek, informujący o tragicznej śmierci dzieci Maxa i Rosy Hecht w dniu 30 czerwca 1911 roku, czyli 7 lat zanim umarł pierwszy z tu pochowanych – Josef. Każda śmierć dziecka jest tragiczna dla rodziców. Nie ma znaczenia, czy to dziecko było małe, czy dorosłe i akurat świeżo po ślubie, jak to miało miejsce w przypadku Maxa Hechta, syna spoczywających tu Josefa i Valeski. Napis dodatkowo podaje, iż Max i jego małżonka Rose z domu Riessner utonęli w trakcie rejsu łodzią w miejscowości Arnswalde, dzień po swoim ślubie. Dziś to Choszczono w województwie zachodniopomorskim.

Wróciłam z Gliwic do domu. Lampka została zapalona, więc zaczęłam szukać informacji na temat gliwickich Hechtów, ich syna, „chwilowej” synowej oraz owego wypadku, o którym wzmiankę umieszczono na nagrobku na Górnym Śląsku, choć dramat miał miejsce daleko na Pomorzu.

Pochodzący prawdopodobnie z Imielina, Josef Hecht imał się różnych spraw mieszkając w Gleiwitz. Był dorożkarzem, ale i miał coś wspólnego z piekarnią wytwarzającą macę. Z kolei w Zabrzu wraz z bratem (chyba) prowadził sklep. Mieszkał przy dzisiejszej Plebańskiej oraz Jagiellońskiej.

 

Doszukałam się co najmniej szóstki dzieci. Oprócz wspomnianego Maxa, urodzonego w 1884 roku w Gliwicach, na pewno Valeska i Josef Hecht mieli syna Kurta, potem Moritza oraz trzy córki. Co ciekawe, wszystkie córki za mężów wybierały polskich Żydów, choć rodzina była niemiecka. Najstarsza Róża, w Rybniku, w 1920 r. poślubiła Judkę Kupermanna ze Zwolenia. Elfriede, po tym jak szybko została wdową, wyszła za mąż za pochodzącego z Żarek Majera Krakauera i wyprowadziła się z Gliwic do Rybnika. Powinnam dodać, że jej pierwszy mąż też nie był Niemcem i nosił bardzo polskie nazwisko Chrzanowski. Najmłodsza Irma, w moim rodzinnym mieście, zapewne wyswatana przez obie siostry, wówczas już rybniczanki, wzięła sobie za męża rozwodnika – ➡ zegarmistrza z krakowskiego Podgórza, nota bene kolegę Krakauera. Ich losy na ten moment pominę, bo o zegarmistrzu już kiedyś pisałam, a Krakauer jest zbyt skomplikowaną postacią, by go opisać w kilku zdaniach. Ciekawe, jak na tych tzw. „Ostjuden” zięciów reagowała rodzina Hechtów.

Dziś interesuje mnie to, co się stało na wodach jeziora obok Choszczna. Max Hecht znalazł sobie wybrankę daleko od Śląska. I wybrał niemiecką Żydówkę. Tak zresztą, jak i jego bracia. Jego przyszła, zaledwie dwudniowa żona, urodziła się w małym miasteczku Seelow, leżącym ok.70 km na wschód od Berlina. Rosalie pochodziła z rodziny Reissnerów, którzy należeli do nielicznej społeczności żydowskiej w tej miejscowości. Ponoć pod koniec XIX w., czyli za jej dzieciństwa, w Seelow mieszkało, tak pi razy oko, 50 Żydów, z których większość stanowili członkowie jej rodziny. Nie ma się więc co dziwić, że w swoim mieście nie znalazła przyszłego męża. Jak doszło do skoligacenia Maxa Hechta z Oberschlesien z Rosalie Reissner z Brandenburg to tajemnica. Wszystko poszło zgodnie z obowiązującymi wtedy prawidłami i zaręczyny ogłoszono w gliwickiej prasie w grudniu 1910 roku.

Zgodnie z kolejną tradycją ślub został zawarty w rodzinnej miejscowości panny młodej. Akt małżeństwa wskazuje na kolejną profesję taty Maxa. Josef Hecht w czerwcu 1911 roku był handlarzem końmi. I to tłumaczy „Ostjüdisch” zamążpójścia dwóch jego córek. Judka Kupermann oraz Majer Krakauer też handlowali końmi. Świadkami zawarcia tego górnośląsko-brandendurskiego małżeństwa byli lokalsi, czyli brat panny młodej oraz rzeźnik z Seelow.
28 czerwca 1911 roku Rosa i Max odpowiedzieli twierdząco na pytanie czy chcą się pobrać. Urzędnik stanu cywilnego z Seelow to oświadczenie przyjął, a państwo młodzi myślami byli już w podróży poślubnej.

Arnswalde, czyli dzisiejsze Choszczono było przepiękną miejscowością położoną nad jeziorem Klückensee. Dlaczego akurat tam pojechali? Może ktoś im polecił ten urokliwy zakątek, a może ktoś z rodziny miał tam jakieś powiązania biznesowe. Na starych fotografiach i pocztówkach z Arnswalde widać łodzie na jeziorze, przystań, plażę, molo, łabędzie, piękną zabudowę, elegancką promenadę i lasy. Jak podają internety, późniejsze Choszczono było jednym z bardziej zniszczonych miast na Pomorzu. W 1945 r. 80% tej miejscowości legło w zgliszczach. Gdy Max Hecht i jego młoda żona rozpoczynali swoją Hochzeitsreise wyglądało tak.

Może zatrzymali się w Hotelu Ladisch przy Rynku naprzeciw przepięknej fontanny z postacią żniwiarki. Przyjechali z Seelow zmęczeni, w końcu to było ponad 120 km. Arnswalde na pewno ich zauroczyło. Zobaczcie sami, jakie było piękne, co pokazuje kilka filmów stworzonych ze starych zdjęć. 

Rejs łodzią kusił. Zginęli dwa dni po swoim ślubie. Utonęli. Nie wiem, czy wyłowiono zwłoki. Jeśli je wyłowiono, to gdzie zostali pochowani? W Choszcznie? A może w Seelow?

Po samej tragedii, w śląskiej prasie, ukazała się klepsydra podpisana przez rodziców oraz rodzeństwo.

Jedyną wzmiankę prasową na temat wypadku znalazłam w Nowinach Raciborskich. Co prawda Nowiny na początku lipca 1911 r. napisały o Szprewie pod Berlinem, ale wszyscy dobrze wiemy, że prasa przeinacza fakty.

Po latach, na nagrobku państwa Hecht w Gliwicach, kamieniarz złoconymi literami dopisał wzmiankę upamiętniającą ich syna oraz synową.
Josef Hecht zmarł w 1918, a Valeska w 1930 roku.

Valeska na pewno strasznie przeżyła śmierć swego syna. Potem pochowała męża, a pod koniec 1921 r. zięcia. Jej owdowiała córka Frieda, stojąc nad trumną męża, nosiła pod sercem syna. Pogrobowiec Adolf, syn Adolfa i Friedy, zarazem wnuk Valeski i Josefa Hechtów, urodził się w Gliwicach na początku czerwca 1922. Niewiele wiem o innych wnukach Hechtów, ale ten na pewno wojnę przeżył. Wiele lat temu pisałam o jednej ➡ Mariannie Hecht, i teraz, przy okazji tej historii, doszło do mnie, iż owa ocalała Marianna też była wnuczką gliwickich Hechtów. No, ale to już są historie związane z moim Rybnikiem, ojczymem Adolfa – Majerem Krakauerem, II wojną i powojennymi tajemnicami, a nie z nagrobkiem w Gliwicach, czy śmiercią Maxa i Rosy Hecht w wodach jeziora Kluki. Jedno jest pewne. Gliwiccy Hechtowie mieli wiele powiązań z Rybnikiem i będę w tym jeszcze drążyć. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Tragedia zapisana na nagrobku została wyłączona
Marzec 20

Świerklaniec – ku pamięci

Jedna z ważniejszych budowli w naszym mieście, kilka dni temu, w sporej części się zwaliła. Ta ogromna wyrwa w budynku, to nie tylko materialna strata. To też utrata niematerialnego dziedzictwa Rybnika, które przez lata wsiąknęło w te mury. Zasiadam do pisania tego tekstu z wielką nadzieją na odbudowanie i zachowanie naszego Świerklańca.

Przez stulecia do tego miejsca przychodzili rybniczanie, zatrzymywali się tu przyjezdni, występowali artyści, sportowcy. Na wiecach gromadzili się mieszkańcy, politycy, głosowano za jedynymi, albo przeciw drugim. Lał się tu alkohol i serwowano najwykwintniejsze potrawy. Tańczono na balach maskowych i oklaskiwano teatry. Można tu było dobrze zjeść, posłuchać historycznego odczytu, wypożyczyć samochód, kupić na wyprzedaży gorset, czy pośmiać się na występie kabaretu.
Dokładnie sto lat temu ludzie wrzucali do urn kartki opatrzone napisem: „Polska-Polen” lub „Deutschland- Niemcy” i zapewne po głosowaniu debatowali tu przy piwie, komu przypadnie to nasze miasto.
Historię miast tworzą ludzie, zdarzenia oraz budynki. Stojący w samym centrum Rybnika Świerklaniec jest spleciony z historią miasta od stuleci. Jak piszą kroniki mniej więcej tu, już w Średniowieczu, stała jedna z pierwszych karczm tej małej wówczas osady. W 1725 r. „pańska karczma Świerklaniec” składała się z 1 wielkiej izby, 3 małych komórek, 1 kuchni, 1 stajni dla koni gości oraz obory. Jej nazwa pochodziła od słów z języka czeskiego. Świrklić, czy też świrklać oznaczało granie, a dokładniej przygrywanie do tańca. Zapewne wielu czytelników kojarzy arcydzieło polskiej kinematografii, czyli „Austerię” J. Kawalerowicza. Nie byłabym sobą, gdybym nie przywołała żydowskich wątków związanych ze Świerklańcem, którego możemy do takiej austerii porównać. Jeszcze gdy był to parterowy, drewniany budynek posiadaczami oraz arendarzami byli m.in. Singer, Moses Leschcziner, czy Samuel Schaffer. Moses Leschcziner chyba przez ten Świerklaniec na stałe w mieście osiadł. Jego wnuk Noah, w 1903 r. wybudował ogromną kamienicę dokładnie naprzeciw dawnej karczmy swego dziadka. Jedna z piękniejszych pocztówek z początków XX wieku pokazuje zarówno elegancki Świerklaniec, jak i Leschczinerowy ogromny Kaufhaus.

Pierwotnie drewniany zajazd, zapewne wielokrotnie przebudowywany, stał się murowanym obiektem w połowie XIX w. Zmieniali się jego właściciele oraz najemcy. Obecny wygląd Świerklańca pochodzi z końca XIX w. Wtedy to, Paul Langer, ogłaszający się jako właściciel hotelu „Schwirklaniec”, zapraszał wszystkich do nowo otwartego obiektu.

Rozpoczynała się kolejna era dla tego miejsca. Już nie tylko wyszynk i tańce. Świerklaniec zaczął odgrywać o wiele ważniejszą rolę. To tu, po konsekracji kościoła św. Antoniego, na uroczystym obiedzie, spotkali się przedstawiciele wszystkich wyznań oraz najważniejsze osobistości Rybnika. Jak się domyślacie wspólnie przy stole zasiedli z chrześcijanami przedstawiciele gminy żydowskiej. Sto lat temu, w tych trudnych politycznie czasach plebiscytu, hotel był w rękach Pogody oraz Zörnera. I to właśnie do hotelu Pogody przedstawiciele władz miejskich zaprosili na obiad, przewodniczącego Komisji Międzysojuszniczej, generała Le Ronda, po przeglądzie wojsk koalicyjnych w kwietniu 1922 r.
Już wtedy Świerklaniec królował na kulturalnej mapie miasta, choć o koncertach niejednokrotnie jeszcze informowano w języku niemieckim.

Jeden z ważniejszych momentów XX w., czyli wkroczenie wojsk polskich do Rybnika Świerklaniec też widział. Ustawiono przed nim ogromną bramę powitalną na początku lipca 1922 r., którą uwiecznił na fotografii Ludwik Czech. Wnet Breitestrasse zmieniła się w ulicę Jana III Sobieskiego.

Rozpoczynały się najlepsze czasy dla tego miejsca. Przywrócono historyczną nazwę, która pojawiała się we wszystkich możliwych gazetach. Można śmiało powiedzieć, że Świerklaniec był sercem naszego miasta.
Czego tu nie było! Z racji tego, że jestem niepoprawnym fanem boksu i zapasów, to zacznę od sportu. Może to dziwne, ale ogromna sala na pierwszym piętrze była wykorzystywana do walk bokserskich. W 1933 r., prasa pisała iż, nasi bokserzy skompromitowali się w trakcie międzynarodowych zawodów przegrywając z bokserami z Morawskiej Ostrawy stosunkiem 2:14. Boks królował w Świerklańcu i po wojnie. Tato opowiadał mi o jednej walce, którą miał okazję zobaczyć. Krew się lała, a publika ryczała „Dobij go”. Aż mnie ciary przechodzą z emocji na samą myśl 😉 Boks to wg mnie jeden z piękniejszych sportów. Dopiero od połowy lat 50-tych kierownictwo restauracji zaprzestało udostępniania sali sportowcom, gdyż jak to pisały nasze „Nowiny”, dancingi były ważniejsze, bowiem przynosiły większy dochód. Szkoda.

Oprócz bokserów rybniczanie mogli podziwiać zmagania zapaśników. Krótko przed olimpiadą w Amsterdamie w 1928 r. do Rybnika na zawody przyjechali najwybitniejsi polscy zapaśnicy. Dziś możemy tylko pomarzyć o takim sportowym wydarzeniu. Zresztą tak jak i o szermierczych mistrzostwach Polski pań, które odbywały się w Rybniku w 1936 r. Najlepsze polskie florecistki walczyły m.in. w Świerklańcu.
Co prawda poker nie jest w moim rozumieniu sportem, to jednak warto wspomnieć ikonę dziennikarstwa sportowego, która m.in. w Świerklańcu, stawiała wielkie kwoty. Jan Ciszewski, bo o nim mowa, był znany ze swych skłonności do hazardu.
W 1931 roku właścicielem całości został były powstaniec i działacz plebiscytowy Emil Ogórek – człowiek doskonale znający się na hotelarstwie i gastronomii. Wiedział bardzo dobrze jak przyciągać klientelę. Za jego czasów budynek został gruntownie odnowiony. Codziennie zapraszano na dancingi, koncerty, przedstawienia. Oferowano pokoje klubowe oraz sale na zebrania.

Do dobrego tonu należało bywanie tu na wydarzeniach kulturalnych. Na scenie w Świerklańcu występowali najlepsi z najlepszych. Nie sposób wymienić wszystkich. Tu goszczono Juliusza Osterwę, Stefana Jaracza, chór Dana z Mieczysławem Foggiem, Aleksandra Żabczyńskiego, w którym kochało się tyle Polek, w tym i moja babcia, czy Jana Kiepurę (do tego to akurat nie mam sentymentu). Rybniczanie podziwiali występy chóru Kozaków, Zizi Halamy, śmiali się do rozpuku przy dowcipach Kazimierza Krukowskiego „Lopka” i artystów „Morskiego Oka”, zachwycali się głosem śpiewaków operowych na „Madame Butterfly” Pucciniego.

Nasz rodzimy chór Seraf był tu stałym gościem, zarówno przed wojną jak i po niej. Pierwszy koncert pieśni polskiej miał miejsce pod koniec marca 1946 r.

Na koniec zostawiłam sobie sprawy polityczne i społeczne. Czego te mury nie słyszały? Urzędowały tu Komisje Poborowe, wrzucano kartki do urn przy okazji różnorakich wyborów, na zebraniach zbierali się przedstawicie różnych zawodów, były tu wiece PPS’u, Narodowego Związku Powstańców i Byłych Żołnierzy, Obozu Wszechpolskiego, mniejszości niemieckiej, czy chadeków. Mieścił się tu „Związek Restauratorów, Właścicieli Kawiarń i Hotelów”, w którym działał Emil Ogórek.

To tu, po aferze z Maksem Brauerem, który rzekomo molestował chrześcijankę, zebrali się oburzeni rybniczanie i nawet uchwalili obszerną rezolucję. Maks, mieszkający vis a vis Świerklańca zarzucił hotel swoimi ulotkami, a molestowana, niby wielce cnotliwa, katoliczka po latach okazała się być nieznaną prostytutką.

Na tyłach Świerklańca można było, po niskich cenach, wypożyczyć auto na chrzty, wesela, czy udając się w podróż służbową.

Po wkroczeniu Wehrmachtu do Rybnika, pan Ogórek, jako były powstaniec musiał wyjechać z Rybnika. Groziło mu aresztowanie. Świerklaniec został przejęty przez niemieckiego zarządcę komisarycznego, jak zresztą większość przedwojennych geszeftów. Dom towarowy Czesława Beygi, który niejednokrotnie dekorował sale w hotelu, też został przejęty przez niemieckiego zarządcę. 

Dawna ulica Szeroka, później Sobieskiego, została na jakiś czas wtedy nazwana imieniem Rudolfa Hessa, a na Świerklańcu zawisł napis „Reichshof”. Pod wielkim, kryształowym żyrandolem zbierali się teraz członkowie NSDAP, którym uroczyście wręczano odznaczenia przy różnych okazjach. Po ucieczce Hessa z Niemiec ulicę nazwano Günther-Prien-Strasse. Zapewne na drukach firmowych Hotelu Reichshof na szybko zmieniano adres w maju 1941 roku.

NSDAP w naszym Świerklańcu często bywało, robiło wystawy, do odwiedzenia których nakłaniał Der Oberschlesische Wanderer.

Jak i przed wojną odbywały się tu prelekcje. Co by powiedział ojciec Emil Drobny, piewca Ziemi Rybnickiej, który w latach 30-tych opowiadał w Świerklańcu o Janie III Sobieskim, gdyby ujrzał dr. Paula Danzera opowiadającego o wyższości jednej nacji nad innymi? Paul Danzer, pracownik Biura ds. Polityki Rasowej NSDAP miał spotkanie w Rybniku, w Hotelu Reichshof 16 grudnia 1943 r. Bilety w cenie pół marki można było nabyć w biurze Niemieckiego Frontu Pracy.

Po zakończeniu wojny Emil Ogórek wrócił do Rybnika i swojego hotelu. Ponownie starał się go odbudować i prowadzić. By uratować wszystko przed nacjonalizacją, wynajął budynek Związkowi Walki Zbrojnej o Niepodległość i Demokrację, a później Powszechnej Spółdzielni Spożywców. Władza jednak ma to do siebie, że działa zgodnie ze swoim interesem. W 1951 r. Prezydium MRN ustanowiło zarząd przymusowy, co praktycznie wykluczyło właściciela z możliwości zarządzania tym miejscem. Nadal była tu restauracja i hotel, którego pokoje po jakimś czasie przerobiono na biura. Powoli znikało stare wyposażenie, choć ciągle były tu dansingi, imprezy sportowe, różnorakie spotkania i występy, o których informował tygodnik Nowiny. Organizowano bale, mikołajkowe spotkania dla dzieci, kiermasze kulinarne, konkursy.

Główna sala Świerklańca, na początku lat 50-tych zmieniła się w salę sądową. Po największej w dziejach kopalni Jankowice katastrofie górniczej, w wyniku której na początku maja 1950 r. zginęło prawie 30 górników, przeprowadzono pokazowy proces pracowników dozoru oraz dyrektora kopalni. Sąd apelacyjny na sesji wyjazdowej wydał wtedy bardzo surowe wyroki.
W tego typu miejscach kradzieże, czy też gubienie rzeczy (niejednokrotnie po spożyciu czegoś mocniejszego) zdarzały się zawsze. Przybyłego przed wojną (zapewne w interesach) do naszego miasta Żyda Moryca Mendla okradła jedna Agnieszka, a mieszkaniec Jaśkowic zgubił teczkę z przyborami do golenia, być może balując w grudniu 1960 r.

Prasa niejednokrotnie krytycznie przyglądała się Świerklańcowi, informując choćby o tym, że na jego dachu jest cała „plantacja trawy”, czy też że opinia publiczna zbulwersowana jest tym, co dzieje się na świerklanieckich dansingach. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu jednej ze stałych bywalczyń tego, jak to nazwano „punktu zbornego okolicznych amantek”. „Blada twarz, wydłużone barwiczką usta, czarny, obcisły sweter z pokaźnym dekoltem, odsłaniającym kark, plecy i piersi. Tańczy lub raczej szarpie rock and roll z niższym o głowę, mizernym wymoczkiem w zabłoconych spodniach i rozchełstanej, brudnej – jak u większości tutejszych „gości” – koszuli. Co parę taktów odrzuca głowę do tyłu, zanosząc się wrzaskliwym śmiechem”. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak się takie tańce kończyły, to odsyłam do Nowin z 1957 r. Szukajcie artykułu o ryżym „Sznapsie” – bywalcu Świerklańca 😆
Na dansingach tam nie bywałam, ale czasem na obiedzie z rodzicami i owszem. Mam pod powiekami jakiś kiermasz wielkanocny, chyba z wczesnych lat 80-tych, na który poszłam wraz z mamą. Pamiętający czasy niedostatku towarów wiedzą, że takie eventy były wtedy wyjątkowym wydarzeniem. Tam sprzedawano luksusy, którym co prawda wiele brakowało do serwowanej przed wojną kuchni wiedeńskiej, ale wówczas nie miało to znaczenia. „Kalmarów po rybnicku”, o których 1982 r. pisała Trybuna Robotnicza nie pamiętam, ale też owoców morza nigdy nie jadałam.

Potomkowie Emila Ogórka odzyskali nieruchomość w 1991 r. Starali się mu przywrócić dawną świetność, co po tylu latach jej rozkradania i braku faktycznego gospodarza nie było łatwe. Z tego co się orientuję, spadkobiercy, zmarłego w 1962 r. pana Ogórka, jakiś czas temu sprzedali swoje udziały.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden październikowy dzień. W 2014 r. przed Świerklańcem stanęły stare zabytkowe auta, a z balkonu na pierwszym piętrze tego ogromnego budynku, rybnicka pieśniarka śpiewając przeniosła nas w lata 30-te. Tłumy rybniczan stały zauroczone jej śpiewem i grą świateł na wszystkich kamienicach przy ulicy Sobieskiego. Wszyscy byliśmy dumni z odrestaurowanego deptaku, którego Świerklaniec jest integralną częścią.

Dziś jednego balkonu nie ma. Jest ogromna dziura w murze i sercach tych, którzy kochają Rybnik. Miejmy nadzieję, że jednak uda się jakoś te dziury zaklajstrować i kiedyś znowu śpiewaczka, opierając się o przecudną kutą balustradę, coś nam zaśpiewa.

Trzymajmy kciuki, by jakiś gospodarz nas ponownie zaprosił na otwarcie, tak jak zapraszał Emil Serafin Ogórek w sierpniu 1935 r.  Na pewno pan Emil z góry będzie czuwać, a gdyby ktoś uznał, że Świerklaniec należy rozebrać, to niechybnie będzie go straszyć. 

Zainteresowanym historią Świerklańca polecam książkę Michała Palicy „Ludzie i domy – wędrówki po rybnickim Deptaku” oraz artykuły Grzegorza Walczaka w starych wydaniach Gazety Rybnickiej, które są dostępne na stronie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej.

Powyższy tekst, lekko skrócony, ukaże się w najbliższą środę w papierowym wydaniu „Nowin”. 

(Reklamy pochodzą ze starych gazet na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej)

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Świerklaniec – ku pamięci została wyłączona
Luty 7

100 lat temu w Rybniku cz.1

Ten rok będzie na Górnym Śląsku szczególny. W marcu będziemy obchodzić setną rocznicę plebiscytu. Potem, na początku maja, na pewno wszystko będzie się kręcić wokół wybuchu III powstania śląskiego, a jesienią dojdzie kolejna data, czyli 100 lat od decyzji dzielącej Śląsk na dwie części. Większość tych, którzy się będą wypowiadać, będzie pleść narodowe farmazony o patriotyzmie, zbrodniach, walce, dzielnych powstańcach, politycznych uwarunkowaniach i zwycięstwie.
Ani ze mnie historyk, ani fachowiec od powstań, ale swoje zdanie na temat tego, co się wtedy działo mam. Nie mam zamiaru się z nim dzielić, bo dziś na wszystko jest jakiś paragraf. Przymierzę się za to do opisania tych czasów z perspektywy niemieckiej społeczności żydowskiej, która mieszkała w Rybniku i musiała zadecydować, czy nadal tu zostać, czy też wszystko sprzedać i wyjeżdżać. Może mi wyjdą z tego jakiś 3 artykuły. Zobaczymy.
100 lat temu o tej porze już wszyscy wiedzieli w jaki sposób będą głosować i kto będzie do tego uprawniony. Obie strony zaostrzały akcję propagandową, konflikty narastały, a zwykłe rodziny, mieszkające tu od pokoleń, na pewno wieczorami analizowały co przyniesie ten 1921 rok. Prasa, jak to prasa, podkręcała atmosferę, więc mimo zimy było gorąco. 

Rybniccy Żydzi mieli tu sklepy, domy, tu się urodzili, tu brali śluby i wychowywali dzieci. Rybnik był ich Heimatem. Maleńkie miasto na rubieżach wielkiego państwa niemieckiego. Wielu z nich ledwo co wróciło z wojny. Powoli zaczynali odbudowywać swoje interesy, a tu znowu wyrastały przed nimi problemy. Jak choćby przed wielokrotnie przeze mnie opisywanym Josefem Mannebergiem, urodzonym w Rybniku w 1874 r. Bił się za Niemcy na terenie Francji i Belgii. Gdy szczęśliwie wrócił uznał, że po wojnie nastąpi boom budowalny i właśnie dlatego zaczął rozwijać swój handel żelazem i materiałami budowlanymi. Na początku 1918 r. urodził mu się najmłodszy syn i miał dla kogo zaiwaniać. To był mądry i przewidujący człowiek i równocześnie bezkonkurencyjny kupiec. W jego domu przy Sobieskiego 15 toczyły się spory, czy zostać, czy może wyjeżdżać. Niedługo po podziale Śląska, wraz z zięciem i najstarszym synem, Josef wyjechał na rekonesans do Palestyny. Tam kupił spory kawał ziemi, ale wrócił. Za bardzo kochał Rybnik. Został tu aż do maja 1939 r., bo tak zadecydowali członkowie rodziny w prywatnym referendum przeprowadzonym w kamienicy przy ówczesnej ulicy Szerokiej (dziś Sobieskiego). 

Jeden z bogatszych w Rybniku – Felix, ostatni z Haasych, na czas zawirowań lat 1919-1920 wywiózł swoją rodzinę do Lipska. Czas pokazał, iż źle zrobił, że ich tu znowu sprowadził z powrotem pod koniec 1920. Na razie też starał się pracować i rozwijać ponad 150-letni biznes rodzinny. Jeszcze w czasie wojny przekształcił go w spółkę akcyjną, a zaraz po jej zakończeniu otworzył filię w Lubece. Zgodnie z prawem publikował wyniki finansowe „F. Haase Lederfabrik Akt.-Ges. in Rybnik”. Synowie Felixa dorastali i coraz bardziej angażowali się w sprawy polityczne, bo Niemcy to był ich kraj. Felix na pewno pisał listy do Berlina siostry i opisywał jej nastroje bratanków.

Młody Alfred Glücksmann, zdolny gimnazjalista chadzał po mieście i fotografował swoim nowym aparatem ludzi i miejsca, nie zdając sobie wtedy sprawy, że po stu latach, jego zdjęcia będą niesamowitym świadectwem tamtych czasów. Jak choćby ta fotografia przedstawiająca róg Rynku i ulicy Zamkowej oraz jakiś wiec, czy też propagandowe spotkanie.

Ciekawość zagnała Alfreda na ówczesny Neuer Ring (dziś Plac Wolności) w trakcie nieokreślonej manifestacji, bądź marszu zwolenników którejś ze stron.

W rodzinie Kornblumów Max wadził się ze swoim bratem Martinem, o to czy należy tu zostać, czy też iść w ślady młodszego Alfreda, który jeszcze przed I wojną opuścił Śląsk. Mieli dzieci i chcieli dla nich jak najlepiej. A czy ewentualna wygrana Polski w plebiscycie miała im gwarantować to „najlepiej”? Zapewne bracia przewidywali wiele zagrożeń jakie miały im przynieść najbliższe lata, ale nawet w najgorszych snach nie przyśniło im się, że z tej wielkiej rodziny, ponad 30 osób zostanie zamordowanych za około 20 lat. I to nie przez Polaków, a przez tych, po których stronie zamierzali stanąć w 1921 r. Na razie jednak zapalali szabatowe świece w swoich mieszkaniach przy Kościelnej i cieszyli się z tego, że udało im się przeżyć Wielką Wojnę. 

U Pragerów takich rozterek związanych z wyjazdem czy pozostaniem nie było. Większość z nich już opuściła Rybnik. Po śmierci nestora Abrahama w 1914 r. jego synowie i córki powoli zaczęli się wyprowadzać. Emil, mimo że przepięknie przebudował swój dom towarowy na Rynku, to wkrótce sprzedał go Leschczinerom. I choć nadal jego nazwisko widniało na reklamach, to sam już mieszkał w Berlinie. Reszta braci i kuzynów też siedziała na walizkach i przenosiła geszefty w głąb Niemiec. Ogłaszający się w prasie Lippmann Berger też planował opuszczenie Rybnika. Jeszcze wtedy nie wiedział, że jego rodzina przeniesie się do Bytomia.

U Leschczinerów też nie za bardzo wiedzieli co zrobić. Tym bardziej, że na wojnie zginął najstarszy z synów Noah – Alfred. Pierworodny miał przejąć po ojcu całość biznesu, ale Wielka Wojna go zabrała. Kolejny z braci po studiach osiadł w Berlinie, a Noah nie był za tym, by stąd się wyprowadzać. I jego za dużo go z Rybnikiem łączyło. Tu był poważany, tu miał wnuki i rozległe interesy. Myślę, że tłukł do łba trzeciemu z męskich potomków oraz córce, a także reszcie rodziny, że trzeba będzie się jakoś z Polakami dogadać i nie wolno tego małego Heimatu opuszczać. Został tu do końca, czyli do swej śmierci na początku 1940 r.

Altmannowie, sąsiedzi Leschczinerów, nie mieli wątpliwości. Trzeba będzie wyruszyć w daleki świat. Luise Altmann, po ślubie z ówczesnym rybnickim rabinem Braunschweigerem, wyjechała za mężem, gdy ten dostał posadę rabina w Opolu w 1918 r. Jej mąż był jednym z tych, którzy bardzo mocno agitowali za niemieckim Śląskiem. Nie dziwota więc, że i reszta rodziny Altmannów, a w większości to były przedsiębiorcze kobiety, zbierała się do opuszczenia miasta, które mogło przypaść Polsce. Adam Przybyła już zbierał kasę, by kupić jedną z większych kamienic na Rynku.

Gdy już jestem przy rabinach, to należałoby przywołać tych dwóch, którzy na krótko zawitali do Rybnika przed plebiscytem. Po rabinie Braunschweigerze przez niecały rok (1919-1920) urzędował w moim mieście dr Arthur Rosenthal. Następny, czyli dr David Dagobert Nellhaus dotarł do nas w październiku 1920 r. Analizując jego lakoniczne zapiski w malutkim notatniku, można przyjąć, że w połowie czerwca 1921 już go u nas nie było. Jego rabinat był więc bardzo krótki. Przypadł na czas głosowania oraz III powstania śląskiego. Organizował posiłki koszerne dla przybyłych głosujących czyli tzw. emigrantów, o czym informowała gazeta Judisch-Liberale Zeitung. Uczył niemiecką młodzież, prowadził nabożeństwa w synagodze, zgodnie z publikowanym wówczas w prasie porządkiem i był tym, który odprowadził na cmentarz syna Felixa Haase – Rudolfa, zamordowanego przez powstańców w maju 1921.

W unikatowym skorowidzu Nellhausa, pod literką „P” zapisał kilka ważnych uroczystości, które miały miejsce w tamtym czasie w rodzinie Priesterów. Dwie bar micwy, dalej 80-te urodziny głowy rodu – Adolfa Priestera pod datą 28.II.1921. Bystre oko zauważy, iż niedługo potem rabin wpisał informację o pogrzebie Adolfa, który zmarł 30 kwietnia, kilka dni przed wybuchem trzeciego zrywu Ślązaków.

Wydaje mi się, że jedynym, który nie kombinował czy wyjechać, czy też zostać był Siegfried Müller, wówczas już pełnoprawny właściciel browaru. Jego wiekowy tata Hermann odszedł jesienią 1919 r. gdy jeszcze nikt na poważnie nie brał pogłosek o ewentualnym podziale Górnego Śląska. Siegfried był mocno związany z miastem, bowiem jego browar to był wówczas najważniejszy zakład produkcyjny. Uważam, że nie rozpatrywał jego sprzedaży i wyprowadzki, mimo że kuzyni pozbywali się udziałów w pozostałych dwóch browarach i praktycznie już tu nie mieszkali. Tyrający po mieście Alfred Glücksmann utrwalił na kliszy prosperujące przedsiębiorstwo browarnicze Siegfrieda i przy okazji wielką kamienicę na roku dzisiejszej ulicy Chrobrego i 3 Maja.

Miasto powoli się szykowało na 20 marca. Prasa w lutym podawała informacje o okręgach, w których można było sprawdzić, czy się jest na liście do głosowania, ewentualnie do niej dopisać. Instruowano jak powinny wyglądać karty legitymacyjne i straszono zbrodnią narodową. Jakie to znajome 😆 

Nadal działały wszystkie sklepy, szukano pracowników, a Siegfried Schindler, rybnicki kupiec z Rynku już planował zaręczyny syna Fritza z katowiczanką Elly Brandt. Ogłoszono je oficjalnie kilka dni po plebiscycie. Mimo napięcia wszystko jakoś funkcjonowało, choć po mieście krążyły obce wojska rozjemcze i napięcie wyczuwalne było na każdym rogu. Wyborne Salemy oferowane przez Rudolfa Aronstamma palono przy każdej dyspucie politycznej. 

Był luty 1921 roku. Wszędzie leżał śnieg. Alfred Glücksmann wraz z przyjaciółmi cieszył się z zimy i aparatu fotograficznego, który niedawno dostał w prezencie. Wieczorami dorośli rozpatrywali ewentualność wyjazdu, a młodzi łowili ich słowa i zastanawiali się, czy ich przyjaźń przetrwa te ciężkie czasy.

Dalszy ciąg tej opowieści nastąpi 🙂

Korzystałam ze starej prasy, którą można znaleźć na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, Kolekcji Nellhausa w Instytucie Leo Baecka oraz albumu rodziny Glücksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.1 została wyłączona
Styczeń 17

Sprawiedliwy Niemiec z Auschwitz

Śniegi w podrybnickich lasach i zbliżająca się rocznica wyzwolenia Auschwitz, jak co roku każą mi coś napisać o Marszu Śmierci. Tym razem, przeglądając nazwiska tych, którzy szli przez moje miasto stwierdziłam, że nie będzie o Żydzie. Nie będzie też o śląskich Sprawiedliwych z pobliskich wiosek.

Dotychczas, gdy patrzałam na wykaz nazwisk w książce o naszej nitce Marszu, autorstwa pana Janka Delowicza, koncentrowałam się na żydowskich więźniach, którzy szli przez Rybnik. Długość biogramu Ludwiga Wörla u Delowicza zwróciła moją uwagę dwa dni temu. Oraz ta lakoniczna informacja: „Aresztowany został 5 V 1934 roku w Monachium za działalność komunistyczną…”.

Będzie więc o Niemcu, najszlachetniejszym ze szlachetnych. To patetyczne słowa – wiem. Należą mu się. Bo Ludwig, który przeżył kilka obozów, przeżył Marsz, nie zapomniał, że ludzi powinna cechować przyzwoitość. A o nią w Auschwitz nie było łatwo.
Ludwig Wörl będzie tym bohaterem 76. rocznicy Marszu Śmierci, który przechodził przez moje miasto i okoliczne wsie pamiętnego stycznia 1945.
Ludwig urodził się w 1906 roku w Monachium. Czytam akurat „Pokorę” Twardocha, która/który note bene jakoś mnie nie zachwyca, więc jestem w miarę na bieżąco z rewolucją listopadową w 1918 r. w Niemczech. Konserwatywna Bawaria, z której pochodził Ludwig, na krótki okres stała się w 1919 r. Bawarską Republiką Rad, czyli jakimś pseudo komunistycznym tworem, w którego zawiłości nie chce mi się wnikać. Wojska rządowe oraz Freikorpsy odbiły rodzinne miasto Ludwiga. Sporo ludzi zginęło. Przyszły Sprawiedliwy był wtedy nastolatkiem. Zapewne był świadkiem rodzenia się potężnej fali antysemityzmu. Za parę lat widział co dzieje się w jego mieście w trakcie puczu monachijskiego. Sądzę, że wtedy właśnie kształtowały się jego poglądy polityczne. Aresztowany Hitler i reszta puczystów wydawali się być wywaleni poza główny nurt historii. Ludwig został stolarzem. Nie angażował się politycznie do czasu, gdy ten, który w Monachium siłowo chciał dojść do władzy, doszedł do niej w sposób w miarę demokratyczny. Wörlowi socjalizm był bliski, ale ten narodowy już nie.
W maju 1934 roku został zadenuncjowany i bez sądu wysłany do Dachau za rozpowszechnianie antynazistowskich ulotek, w których opisywano właśnie ten obóz. Miał 28 lat. Był lojalny i nie wydał swoich towarzyszy w obozie, mimo że przez 7 miesięcy siedział w kacerze. Przez 3 miesiące nie dostawał ciepłego posiłku, a w trakcie przesłuchań był bity i katowany. Po 9 miesiącach w końcu został przeniesiony do obozowej stolarni.

Dzięki pomocy jednego esesmana oraz swego brata został kimś w rodzaju kapo. Po jakimś czasie oskarżono go o sabotaż, ale dzięki tym dwóm osobom udało mu się uniknąć najgorszego i został przydzielony do pracy jako pielęgniarz w szpitalu obozowym. Miał niewielkie doświadczenie, gdyż onegdaj należał do medycznej kolumny Czerwonego Krzyża. Przez jakiś czas pracował w kamieniołomie podlegającym pod Konzentrationslager Flossenbürg. Do Dachau wrócił w marcu 1940 r. To był szósty rok od momentu uwięzienia. Kolejny rok na pomaganiu innym – więźniom politycznym, homoseksualistom, czy Świadkom Jehowy, bowiem to oni wtedy stanowili większość więźniów. Wörl uczył ich pielęgniarstwa przy pomocy przemycanych książek, starał się stworzyć atmosferę zaufania i solidarności. Pomógł przeżyć Dachau wielu więźniom – między innymi choremu na serce Kurtowi Schumacherowi, późniejszemu politykowi i przywódcy SPD. Leczył go kradzionymi lekami.

W sierpniu 1942 r., za słuchanie radia, Ludwig Wörl został przewieziony do Auschwitz. Niektórzy piszą, że wysłano go tam wraz z innymi więźniami-pielęgniarzami do stłumienia epidemii tyfusu. Może te przyczyny się na siebie nałożyły. Został numerem 60363.

Znowu przydzielono go do szpitala, w którym warunki były tragiczne. Po krótkim okresie pracy w prymitywnej stacji rentgenowskiej Ludwig został przydzielony do bloku 19. z 800 pacjentami. Do pomocy wybierał wtedy głównie lekarzy żydowskich, według niego polscy lekarze byli zbyt antysemiccy. Po jakimś czasie został starszym szpitala (Lagerältester des HKB). Starał się mocno, by pomagać na miarę obozowych możliwości.
Działał w podziemiu obozowym w grupie antyfaszystów niemieckich. Wraz z grupą austriacką starali się zwalczać obozowych prowokatorów i szpicli. Pomagali więźniom materialnie, na tyle na ile się dało. Posznupałam na jego temat i poza peanami na stronie Yad Vashem, na stronie obozu Dachau, czy w innych tego typu miejscach, znalazłam sporu o Ludwigu w książkach pisanych przez byłych więźniów. Choć nie był kryształowy (bo kto mógł być w Auschwitz!) z większości wspomnień wyłania się silny, energiczny człowiek, który pomagał sporo, jak na warunki, w których wszyscy byli. Miał swoją pozycję, gdyż był, starym stażem, niemieckim więźniem politycznym z rozległymi koneksjami i wiedzą o obozach. Był inaczej traktowany przez esesmanów i władze szpitala. Mimo jednak tych znajomości i umiejętności, w Auschwitz też trafił do bloku karnego, przez 3 miesiące żył w oczekiwaniu na wyrok śmierci.

Ostatecznie został zwolniony z karceru, ale nie mógł wrócić do funkcji Lagerältestera szpitala. Dostał się do podobozu zwanego Günthergrube w Lędzinach. Ta filia Auschwitz powstała na początku 1944 r. przy budowanej kopalni węgla kamiennego Günther. Znowu pełnił funkcję starszego. Według Yad Vashem ratował tam Żydów przed morderczą pracą, czyli „Nawet więźniom chorym na gruźlicę udało się przeżyć, ponieważ Wörl zwalniał ich z ciężkiej pracy i chronił różnymi wybiegami przed inspekcją lekarzy SS.”. Jego sekretarzem w obozie był David Pastel – polski Żyd przywieziony do Auschwitz z Francji.

I to z Günthergrube, wraz z innymi, w styczniu 1945 r. Ludwig ruszył w morderczym marszu w stronę Gliwic. Z Gliwic pociągiem w stronę Rybnika, gdzie transport został zatrzymany, a więźniów, w tym i Ludwiga i Davida Pastela, popędzono przez lasy w stronę mojego miasta. Nie raz opisywałam co się stało za przysiółkiem Młyny. Tym razem oddam głos jednemu z ocalałych z tego marszu. Kopel Bojman, który też szedł tego mroźnego dnia przez las w stronę Wielopola po wojnie opowiedział: „Skierowali nas w stronę pobliskiego lasu… Z niewielkiej odległości widziałem, że ubrany na czarno Ludwig Wörl oddala się od nas w kierunku torów kolejowych. Gdy dotarliśmy do lasu, otworzyli do nas ogień z karabinów maszynowych. Ludzie padali, zamieszanie było wielkie, krzyki rannych i strzelanina… to było piekło. Kiedy usłyszałem pierwsze strzały, udało mi się spaść na twarz i zanurzyć głowę głęboko w śniegu. Leżałem tam dopóki strzelanina nie ustała i nie usłyszeliśmy „Wstań! Wstań! Chodźmy!” … W lesie zostało kilku morderców, wśród nich Erwin. Widziałem, jak on sam zastrzelił Pastela, sekretarza Ludwiga Wörla, był francuskim Żydem, bardzo miły; Erwin go zabił.”

Do dziś w lesie w Kamieniu, przy ścieżce w stronę Wielopola na starym drzewie widnieje tabliczka, wbita tam 20 lat po wydarzeniach, w wyniku których aż tylu zginęło, choć równie wielu zdołało uciec.

Kopel po wojnie mówił tak o Ludwigu i pobycie w Günthergrube : „Ludwig wydał rozkaz przywiezienia mi żywności i lekarstw… Na bloku szpitalnym przebywałem do stycznia 1945 r. – do zwolnienia. Byłem tam przez całe trzy miesiące. Wyobraź sobie, że co dziesięć dni przeprowadzano audyt z Auschwitz, a każdy, kto miał więcej niż dziesięć dni, był zabierany. Ale Ludwig ratował ludzi…”

Być może Ludwig Wörl też wtedy w lesie planował ucieczkę. Nie udało mu się. Tak jak nie udało mu się po wojnie doprowadzić do skazania owego Erwina, który zamordował jego żydowskiego sekretarza. Pastel spoczął w pobliskich Książenicach na cmentarzu, opisywanym już przeze mnie wielokrotnie.

Gdyby ktoś chciał wrócić do moich wpisów o Marszu Śmierci i o tych, którzy w naszym lesie zginęli, bądź przeżyli, to wklejam stosowne linki. ➡ http://szufladamalgosi.pl/planeta-auschwitz/ ➡ http://szufladamalgosi.pl/samuel-kops-holenderski-korczak/ ➡ http://szufladamalgosi.pl/dawid-wajnapel-uciekinier-z-marszu-smierci/ ➡ http://szufladamalgosi.pl/upamietnienie-marszu-smierci/

Niemiecki antyfaszysta Ludwig szedł dalej. Zapewne nocował na naszym stadionie wraz z pozostałymi. Był świadkiem kolejnej masakry i śmierci więźniów. W którym momencie uciekł to nie mam pojęcia. Według Jana Delowicza doszedł do Gross Rosen, skąd ewakuowano go do Mauthausen. Jednak karta z tego ostatniego obozu wskazuje na to, że dowieziono go tam z Pressburga, czyli Bratysławy. Parę stron w sieci informuje o jego ucieczce (nie wiadomo gdzie) i złapaniu oraz właśnie o Bratysławie, w której miał być skazany na śmierć. Ostatecznie przybył do KL Mathausen pod koniec lutego 1945, a dokładniej w swoje 39. urodziny 🙁 

5 maja 1945 na teren obozu wkroczyła armia amerykańska. Po 11 latach bycia więźniem Ludwig Wörl był wolny. Przeżył Dachau, Flossenbürg, Auschwitz, marsz śmierci i Mauthausen. Widział tysiące zamordowanych, umierających, katowanych. 76 lat temu szedł w głębokim śniegu przez lasy w mojej okolicy. 76 lat temu walczył z potwornym mrozem na rybnickim stadionie. Przy nim zamarzali na śmierć ci, których starał się ratować w Auschwitz.

Od dwóch dni o nim czytam w obcych językach i nie znalazłam żadnej relacji, w której by go źle opisano. Świadkowie pisali o tym, że fałszował listy więźniów, by ich ratować przed komorą czy wyczerpującą pracą, zatrudniał Żydów, pomagał materialnie i mentalnie, starał się dawać nadzieję. Owszem, jest kilka kontrowersyjnych dla „polskich patriotów” zdań wskazujących na to, że bardziej wolał pracować z żydowskimi lekarzami niż polskimi. Kontrowersyjny był też dla Niemców po wojnie, bowiem mimo uznania go za honorowego obywatela Monachium, to był obserwowany przez służby specjalne. Ludwig po wojnie pozostał komunistą. Jego podróże do sowieckiej strefy budziły podejrzenia. Nie mogli go jednak tknąć. Po wojnie Wörl, który został przewodniczącym Organizacji Byłych Więźniów Auschwitz w Niemczech, poświęcił się utrwalaniu pamięci o zbrodniach nazistowskich i postawieniu ich sprawców przed wymiarem sprawiedliwości. Ten niemiecki komunista i antyfaszysta brał udział w kilku procesach jako świadek oskarżenia, m.in. w 1963 r. wystąpił jako jeden z głównych świadków procesu Auschwitz we Frankfurcie nad Menem.

Bodajże jako pierwszy Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata w 1963 r. Niemiecka prasa szeroko donosiła, że w 1966 r. otrzymał nagrodę im. Leo Baecka Centralnej Rady Żydów w Niemczech. Burmistrz Monachium Hans Jochen Vogel wychwalał Wörla jako „odważnego, sprawiedliwego, miłosiernego i ludzkiego”. Mogli go tylko obserwować, ale nie mogli mu nic zrobić, choć nie krył się ze swoimi poglądami. Niemcy dopiero powoli przetrawiali to, co zrobili w czasie wojny. Taki bohater był im potrzebny. Jego nazwiskiem nazwano wiele ulic. Ma swoją uliczkę w Monachium.

Ludwig zmarł w 1967 r. Gdy kiedyś będziecie spacerować między Rybnikiem a Kamieniem, to zmówcie tam za jego duszę jakąś jedną „Zdrowaśkę”, choć nie był wierzący.

Źródła:

https://encyclopedia.ushmm.org/content/en/article/dachau

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

https://wiener.soutron.net/Portal/Default/en-GB/RecordView/Index/106005

https://en.wikipedia.org/wiki/Ludwig_W%C3%B6rl

https://www.yadvashem.org/yv/en/exhibitions/death_march/43405.asp

https://www.yadvashem.org/yv/en/exhibitions/righteous-auschwitz/woerl.asp

„People in Auschwitz” Hermann Langbein

Wojskowy przegląd historyczny, Tom 10,Wydania 3-4, 1965,

https://arolsen-archives.org/en/

https://stadtgeschichte-muenchen.de/strassen/d_strasse.php?id=3279

https://www.kz-gedenkstaette-dachau.de/nachrichten/zum-gedenken-an-den-50-todestag-von-ludwig-woerl/

Grudzień 19

Piękni i młodzi – Ernst Gallus

Na świecie i w Polsce nie najlepiej. Na horyzoncie narodowe 😉 godziny policyjne, narodowe 😉 lockdowny i jedyna nadzieja w szczepionce ponadnarodowej. Już po Chanuce, a przed Bożym Narodzeniem, więc taki bardzo świąteczny czas mimo całej tej ponurej otoczki covidowej. Dlatego też trzeba go wzmocnić pozytywnym akcentem. To będzie ostatni z nieopisanych nastolatków. Co prawda, na kocyku siedzi jeszcze jedna z rodu Priesterów – Lotte, ale o niej pisałam 4 lata temu, gdy jeszcze o zdjęciu nie miałam pojęcia ➡ „Rybniczanie w Australii„. Z kolei tą ślicznotę z dekoltem w szpic możecie rozpoznać jako ➡ „Nianię od Priesterów„.

Ernst Gallus. Ostatni, choć w sumie był pierwszym, który z całej grupy, ruszył w odległy świat. Czyli albo najbardziej przewidujący, albo najbardziej odważny, bądź też najbardziej szukający przygód w wielkim świecie. Jak przeczytacie – wyszło mu to na dobre.
Zanim jednak usiał na kocu z kuzynkami i przyjaciółmi i zanim kiedyś potem wsiadł do pociągu i opuścił Niemcy, musiał się urodzić. To zacznijmy historię rodziny Ernsta.
Gallusów w Rybniku nie było. Ernst znalazł się w moim mieście, gdyż jego mama Elly Priester była rybniczanką, urodzoną w Rybniku w 1881 r. jako córka Isidora i Johanny z domu Kornblum. Tak więc był spokrewniony z Hertą, Charlotte, Theą oraz Lore (również na zdjęciu i już w Szufladzie). Wszyscy byli prawnukami Salomona Priestera i jego żony Rosalie. Drzewo genealogiczne wywiedzione właśnie od Salomona jest dość skomplikowane, więc wolę Wam nie gmatwać. Dziadek młodzieniaszka z jakichś tam powodów na początku XX wieku opuścił Rybnik i przeniósł się do Gogolina. Tam też wyszła za mąż jego córka Elly Priester. Jej wybrankiem został Eugen Gallus. Ojj… niezłą zagwozdkę miałam z miejscowością, z której pochodził późniejszy tata Ernsta.

Petrzkowitz Kreis Ratibor” to można wyczytać z aktu ślubu. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się to jakoś oczywiste, że to chyba Pietrowice koło Raciborza. Jednak niemiecka nazwa tej obecnej wsi była inna. Google mi podpowiadał, że to Petřkovice, dziś część Ostrawy, ewentualnie Pietrzykowice pod Żywcem. Jako kompletnie absurdalne informacje, odrzuciłam te podpowiedzi. Całe jedno niedzielne popołudnie spędziłam na analizowaniu starych map i nazw niemieckich. W końcu, wiedziona jakimś durnym rozumowaniem uznałam, że to chyba były Pietrzkowice – dziś część pobliskich Rydułtów. Logicznie, gdyby brać pod uwagę odległości. No… bo w miarę blisko Rybnika. Nielogicznie z wielu innych powodów. Raczej tata Priester nie wydałby za mąż swej córki za bidoka. Eugen Gallus musiał mieć jakiś przyzwoity geszeft, by zostać przyjęty jako zięć do dość bogatej rodziny. A te rydułtowskie Pietrzkowice to parę ulic, bez jakichś znaczących starych kamienic. Ale od czego jest Facebook 😉 Narobiłam larma na swoim Fb i ludzie zaczęli pomagać. W międzyczasie udało mi się ustalić jeszcze jedną nazwę dla „Petrzkowitz”. Było to Petershofen. Pomogli wielce uczynni znajomi z Facebooka, którym dziękuję, że zaangażowali się w to, w sumie mało ważne dla nich, dochodzenie. Tata Gallus pochodził z okolic Ostrawy. Pojęcia nie miałam, że tak niby odległa miejscowość należała wówczas do „Kreis Ratibor” i państwa niemieckiego. Na naukę nigdy nie jest za późno. Im więcej wiem, tym więcej mam luk i braków.

Późny wieczór był, gdy swój już totalnie zmęczony umysł, nakierowałam w stronę Czech. I znowu pomógł Facebook. Uwielbiam Zuckerberga za to narzędzie 🙂 Znalazłam niezwykłą grupę czeskich pasjonatów i lokalsów, która tak pięknie wita odwiedzających ➡ „Vítejte na neoficiálním Facebooku Petřkovic.” Znowu napisałam elaborat i umieściłam prośbę na ichnim forum. Prośbę o ustalenie gdzie Eugen Gallus, tata synka z kocyka, mąż rybniczanki Elly, miał w Petřkovicach sklep. Sama od kilkunastu lat jestem członkiem forum ➡ „Zapomnianego Rybnika” i wiem, że zwykli ludzie wiedzą o wiele więcej od najmądrzejszych historyków z doktoratami. I wyobraźcie sobie teraz moją radość, gdy następnego dnia niesamowicie uprzejmi czescy sąsiedzi wszystko ustalili 🙂 Dostałam stare pocztówki oraz mapkę, na których widać jak byk nazwisko Gallus. Wkleili mi fotografie budynku już po sprzedaży obiektu Czechowi Malkowi (do dziś na tą okolicę mówią Malkovec). W ogóle napisali mi, że ta wielka kamienica była jednym z symboli Petřkovic. Sorry, że aż tak opisuję jakiś budynek, który został zburzony w 2013 roku z uwagi na jego zły stan, ale dla mnie to był ważny moment w ustalaniu całej historii. Gdyby nie pan Tomáš i jego znajomi błądziłabym jak ślepy we mgle. A tak możecie sobie teraz uzmysłowić, jak zamożna była rodzina Gallusów. Voilà. Warenhaus Gallus!

Ještě jednou českým historikům moc děkuji! Mam nadzieję, że Google to dobrze przetłumaczył na czeski język 🙂

Ten czeski trop podsunął mi myśl, iż być może uda się odszukać akt urodzenia Ernsta w ogromniastym czeskim archiwum. Dla mnie szukanie tam dokumentów nie jest łatwe, ale udało się. Płoszaj, czyli prywatny mąż, już totalnie olewa moje podskoki i tańce po pokojach w takich momentach 😉 Ernst urodził się w dzisiejszych czeskich Petřkovicach w 1905 r. Tam też urodził się jego, o dwa lata młodszy, brat Georg i siostra Ruth. Na razie Wam jeszcze nie napiszę, skąd mam poniższe zdjęcia, ale życie składa się z małych, a nie dużych cudów i takim cudem są te zachowane stare fotografie, które leżą w jednej szwajcarskiej szufladzie. Na zdjęciach tata Eugen Gallus, jego mama, żona Elly z Priesterów oraz ich dzieci, w tym i mój Ernst. Elly, przypominam, była rybniczanką z urodzenia. Fotografie są cudniejsze od cudnych!

Eugen, przez jakiś czas był właścicielem firmy Noah Leschczinera w moim mieście. Nie jest to zbyt dziwne, gdyż szwagierka Elly, czyli żona jej brata Salo Priestera, była córką Noah. Biznesy rodzinne się przenikały i zazębiały. Właśnie wtedy Gallusowie przyjechali do Rybnika na uroczystość rodzinną. Ernst usiadł z resztą kuzynek i przyjaciół na kocu, a fotograf zrobił „cyk”. Przez prawie dwa lata byłam przekonana, że fotografię zrobiono w maju 1921 r. Jednak w tej szwajcarskiej szufladzie znalazło się to samo zdjęcie, ale bez podpisów, które znałam. W Szwajcarii na odwrocie fotki jest opis „Theas Geburstag”. To były urodziny Doroty! Tej najbardziej paradnej i odwalonej dziewczyny, stojącej w samym środku. Czyli to był wczesny wrzesień 1921 r.

Te pogmatwane dla naszego terenu lata dwudzieste spowodowały, że Eugen sprzedał swój Warenhaus w Petřkovicach, gdyż wnet ta miejscowość miała znaleźć się w granicach Czechosłowacji. Gallusowie byli niemieckimi Żydami i ani Czechosłowacja, ani Polska, której przypadł Rybnik, im nie pasowały. Eugen wszedł w spółkę z wdową po głubczyckim kupcu – Emmą Schlesinger. W latach trzydziestych już prowadził inny biznes na Rynku w Leobschütz, czyli dzisiejszych Głubczycach.

Ernsta już wtedy w Głubczycach nie było. To on, ten sympatyczny chłopak, był pierwszym, który opuścił Niemcy. W 1927 roku wyjechał do Hiszpanii. Tam starał się ułożyć sobie życie. Gdy pozostali ze zdjęcia „Pięknych i młodych”, albo spokojnie mieszkali w polskim Rybniku, albo zaczynali się bać o przyszłość w którymś z niemieckich miast, Ernst był już mieszkańcem Barcelony. Popatrzcie na eleganta na tle pięknego hiszpańskiego miasta (w 1928 r.)

Za namową Ernsta, jego młodszy brat Georg w 1933 roku dołączył do niego. Niemcy nie były już bezpieczne. Bracia przez jakiś czas byli razem. Potem Georg postanowił szukać szczęścia w Anglii, dokąd wyjechał w połowie lat trzydziestych. Wtedy też w maleńkich Głubczycach, gdzie tata braci nadal prowadził sklep, zmarła Elly Gallus. Pochowano ją na tamtejszym cmentarzu żydowskim, który co prawda przetrwał do naszych czasów, ale nagrobków na nim nie uświadczycie. Przetrwała za to fotografia i to ten kolejny mały cud. Niech się teraz odezwie tu jakiś ortodoks, który powie, że na żydowskich grobach nie wolno stawiać kwiatów 😉 Czekam… czekam (sądzę, że mój pszczyński Mistrz też czeka, hahaha). To był prywatny wtręt i za niego przepraszam, ale człowiek czasem musi, bo się inaczej udusi.

Zmarła mama, ale życie toczyło się dalej. Ernst się żenił, rozpoczynała się wojna w Hiszpanii, a nowe życie, które już rosło w brzuszku młodej pani Marii Gallus było dla Ernsta najważniejsze. Podjął decyzję o kolejnej przeprowadzce z uwagi na bezpieczeństwo swojej rodziny. Paryż wydawał się idealny. Niestety, sytuacja w całej Europie była coraz gorsza i w 1939 roku francuskie władze odmówiły przedłużenia wizy Ernstowi, Marii oraz małemu synkowi Ricardo. Gdy Ernst z żoną i synem opuszczali Francję, brat Georg był już w Argentynie, dokąd dotarł za namową i przy pomocy przyjaciół. Na statku „Cap Acrona” wypłynął z Southampton do Buenos Aires we wrześniu 1937 roku. Na szczęście udało się wydostać z faszystowskich szpon również tacie Eugenowi, który zapewne przed wyjazdem poszedł na grób swej Elly w niemieckich Głubczycach i ciężko płakał. Starszym ludziom nie jest łatwo wszystko zostawić i ruszyć w obcy, do końca nie wiadomo czy bezpieczny, świat. Eugen z Petřkovic u Ostravy, którego możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach, dotarł do Republiki Dominikany z kraju po hiszpańsku zwanego Alemania. Ocalił swoje życie.

Tam spotkał wreszcie swego syna Ernsta i ujrzał wnuczka. Zapewne niejedną łzę ocierał, gdy w tym egzotycznym kraju przyszedł na świat kolejny wnuk Alfonso, co miało miejsce w 1944 r. Te jego łzy nie tylko były z radości. Od września 1941 roku nie miał żadnych informacji o córce Ruth, która wraz z mężem mieszkała w Berlinie i pracowała jako pielęgniarka w szpitalu żydowskim. To ona się nim opiekowała przed wyjazdem i wszystkiego dopilnowała, gdy opuszczał w 1939 roku Głubczyce. Jeszcze wtedy praca była jej misją. Starania o opuszczenie Niemiec rozpoczęła, ale było już za późno. Listy przestały docierać do Santo Domingo. Jej się nie udało. Piękna siostra Ernsta i Georga zginęła.
Ernst został obywatelem Republiki Dominikany. Tak jak i jego żona oraz synowie. Jakże odległe od Niemiec było to, zapewne oszałamiające, państwo na Morzu Karaibskim, w którym wówczas rządził dyktator Rafael Leónidas Trujillo. Poczytajcie sobie o nim w Internecie. Jaki kraj, taki dyktator. Rafael doprowadził do „rzezi pietruszkowej”, a Adolf do „ostatecznego rozwiązania”. Nie wybielam „najwyższego protektora dominikańskich ludzi pracy”, tylko prowokuję do sięgnięcia do źródeł. Zbrodniarz to zbrodniarz i nie można go rozpatrywać pod kątem ilości zamordowanych ludzi. Dominikana pod rządami Trujillo przygarnęła Gallusów. Niemcy pod rządami Hitlera, delikatnie mówiąc, ich nie chciały.

Pewnie się zastanawiacie, czy ci młodzi nastolatkowie ze zdjęcia, którym udało się wyjechać, mieli ze sobą kontakt? Uciekając przed Hitlerem dotarli do tak różnych i odległych od siebie miejsc, że aż wydaje to się niemożliwe. Anglia, Palestyna, Australia, Dominikana, Kanada, Boliwia, Urugwaj. Tak, wiedzieli o sobie i się kontaktowali, ale sądzę, że już po wojnie. I na pewno po wojnie dotarły do niech informacje, że dwoje tj. ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta, którzy zostali w Rybniku nie przeżyło 🙁

Jakie były dalsze losy Ernsta Gallusa, chłopaka o bujnej od urodzenia czuprynie, i jego rodziny? Ernst, tak samo jak i brat Georg powrócili do Hiszpanii w latach sześćdziesiątych i tam zakończyli swoją wędrówkę po świecie. Tata Eugen zmarł w egzotycznej Dominikanie wiele lat przedtem.
Na sam koniec należy się Wam wyjaśnienie z czyjej szuflady wyciągnęłam te wszystkie fotografie. Otóż dzięki poprzednim opisom „Pięknych i młodych” odnalazł mnie jeden z potomków rodziny Priesterów. I to on, jako izraelski potomek Górnoślązaków, zawziął się i dotarł do córki brata Ernsta Gallusa, czyli córki przystojnego Georga o melancholijnych oczach.

Irene, bratanica Ernsta, obywatelka Szwajcarii przesłała te cuda i uzupełniła opowieść o jej wujku. Tym samym pomogła mi zakończyć opisywanie dwunastu młodych ludzi, którzy pewnego dnia, prawie sto lat temu, radośni i jeszcze bezpieczni ustawili się przed fotografem w Rybniku. Bardzo Irenie za to dziękuję.
Dotarłam do końca. Być może dopiszę uzupełnienie do historii Charlotty (Lotte) Priester, ale to już nie w tym roku. Na pewno będę mogła o moich – tak o nich myślę w duchu – przyjaciołach opowiedzieć wszystkim zainteresowanym w trakcie wykładu online. Gdy będzie się zbliżać 28 stycznia 2021 roku, to będę o tym trąbić wszerz i wzdłuż we wszystkich możliwych mediach. Uprzedzam: wyjdzie Wam to bokiem 😉 Dom Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach, czyli najbardziej odpowiednie do tego miejsce, od przyszłego roku planuje cykl spotkań z „Mistrzem i Małgorzatą od kuchni”*. Jedno z nich będzie właśnie o „Pięknych i młodych”. I to spotkanie na pewno będzie w sieci, bo raczej nie możemy spodziewać się poprawy sytuacji i odwrotu covidu do tego czasu.
Tak więc stay tuned and see you! Trzimcie sie tam zdrowo wszyscy! I jeszcze raz dziękuję mieszkańcom Petřkovic, bratanicy Ernsta Gallusa, Doronowi z Priesterów oraz moim fejsbukowym znajomym. Bez Was ten wpis byłby niekompletny. Dobrego czasu przesilenia grudniowego! I nawiązując do ruchu 8 gwiazdek napiszę: „***** 2020”.

*Mistrz to Sławek Pastuszka aus Pless, Małgorzata to Małgosia aus Rybnik,
a kuchnia moja własna „boho kitchen” pod hałdą.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ernst Gallus została wyłączona
Listopad 28

Piękni i młodzi – niania

Być może przede mną kolejne zdjęcie z uwiecznionymi rybniczanami, a ja jeszcze nie skończyłam jednego opisywać. Czas więc zabrać się do konkretnej roboty i choć jeden pomysł dokończyć.

Zostały mi trzy postacie ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Nie wiedząc o tej fotografii, dwa lata temu opisałam, stojącego z prawej, ➡ Alfreda Glucksmanna. Potem zdarzył się taki mały cud i odezwała się do mnie jego córka, która przesłała tych młodzików, uwiecznionych w maju 1921 roku w Rybniku. ➡ Siostra Alfreda – Ilse, stojąca obok brata, dawno temu podpisała fotografię. Dzięki temu mogłam odtworzyć, wykombinować, czy też wymyśleć losy tych młodych ludzi.

Jeśli komuś się nie chce grzebać w moich szufladach, to podaję poniżej linki. Siedem w miarę pozytywnych historii oraz dwie bardzo smutne.

Od lewej stoją ➡ Herta Thulla Priester, ➡ Ilse Silbiger, ➡ Lore (Eleonora) Priester, ➡ Otto Apt, ➡ Thea (Dorothea) Priester, ➡ Fritz Aronade, ➡ Nieznajoma, ➡ Ilse Glucksmann, ➡ Alfred Glucksmann.

Trzy osoby siedzą na kraciastym kocu u stóp pozostałych. Pierwsza z lewej została opisana jako „Kinderfräulein von Priester”, czyli „niania od Priesterów”. Na kolanie Ernsta Gallusa oparła niedbale rękę. Z prawej strony siedzi Lotte Priester.

Choćbym rok główkowała, to nie wymyślę kim była. I nie znajdę żadnych informacji czy była rybniczanką, czy może pochodziła z Raciborza, a może na przykład z Bytomia. Nie wykombinuję, czy była Żydówką, czy nie. Na pewno była w domu Priesterów prawie jak domownik. Raczej była kilka lat starsza od pozostałych młodych. Nimi się już nie musiała opiekować. Chyba że… była opiekunką dla najmłodszej z nich wszystkich, czyli wówczas dwunastoletniej Herty Thulli z rodu Priesterów – tej w białych rajtach. Wydaje się to dość prawdopodobne, gdyż Herta od dziecka cierpiała na nerki. Jakieś dwa miesiące temu znalazłam korespondencję pomiędzy Hertą, jej mamą oraz siostrą, a żydowskim szpitalem we Wrocławiu, w którym nastolatka odbywała praktykę w kuchni przez kilka miesięcy na przełomie 1928 i 1929. W dokumentach, które można znaleźć na stronie Centralnej Biblioteki Judaistycznej jest stosowne zaświadczenie doktora Sachtlebena z Rybnika informujące o chorobie. Chorująca dziewczynka zapewne rzadko bywała w szkole i potrzebowała panienki do pomocy, choćby w nauce. Z jej świadectwa szkolnego wynika, że miała problemy w szkole. Same dochy i lufa z angielskiego 😉

Jeśli ta śliczna kobieta, o dość rozwiniętych biodrach, znalazła się na tej fotografii, to musiała być ważna, albo dla całej grupy, albo dla kogoś z nich. Skoro dopisek informuje, że była nianią u Priesterów, to moja powyższa teoria wydaje się słuszna. Sprawdziłam, czy u którychkolwiek z rybnickich Priesterów były wtedy jakieś małe szkraby i nie znalazłam. Gdyby współcześni znawcy od mowy ciała wypowiedzieli się na temat tego, że niania siedzi u stóp swej, powiedzmy, dwunastoletniej mocodawczyni, to moje przypuszczenia by zostały poparte przez fachowców 🙂 Sama nie jestem w tym mocna – polegam jedynie na swoich subiektywnych odczuciach. Ha ha, powoli zaczynam wierzyć w to co napisałam powyżej.

Losów tej młodej, ładnej kobiety z misterną „welą”* na głowie nie jestem w stanie odtworzyć. Mogę mieć jedynie nadzieję, że „Niania” dobrze ułożyła swoje życie, gdy przestała się opiekować Hertą. Zapewne dostała odpowiednie referencje. I łudzę się, że jeśli była Żydówką, to udało jej się przetrwać wojnę. Prawdopodobnie, gdy zmarł tata Herty – Salo Priester, a miało to miejsce w 1926 roku, już dla Priesterów nie pracowała. Schorowanej wdowy nie było stać na opłacanie niani dla swej najmłodszej córki. Co prawda był bogaty dziadek ze strony matki – Noah Leschcziner, ale może mama Herty była niezależna i nie chciała pomocy. Poza tym Herta miała już 17 lat i nie wymagała bezustannej opieki, czy pomocy.
Mogłabym tu teraz pisać różne śmoje boje i bajdurzyć o jej późniejszym życiu, ale czy ma to sens? Nie. Dlatego na tym kończę z nadzieją, że jej losy były lepsze niż Herty, jej mamy Olgi i męża Fritza. Herta bowiem, jak możecie przeczytać w moich starszych wpisach zginęła w obozie zagłady, prawdopodobnie wydana przez kogoś z rybniczan. Gdybyście się kiedyś natknęli na referencje wystawione dla Niani a opatrzone podpisem Olgi Priester, to dajcie znać.

Korzystałam z zasobów Centralnej Biblioteki Judaistycznej (Personalien der Herta Priester, Volontärin in der Kochküche.)

*Wela to fryzura po śląsku

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – niania została wyłączona
Październik 15

Każdy walczy na swój sposób

Sytuacja dookoła nie napawa optymizmem. Z wszystkich stron jak nie pandemia, zarażenia, brak respiratorów, modele statystyczne przyrostów, to polityka, aresztowania, swary, kłótnie i awantury nie warte jednego kliknięcia na klawiaturze. Jakoś się trzeba przed tym bronić, czy wręcz z tym walczyć. Bo albo się człowiek zapije, albo wyląduje na rybnickiej Gliwickiej, a ta ponoć zakoronowana, więc trza się okopać i wleźć do bunkra, by nie trafić do odległych Tworek.
Pierwszy lockdown jakoś udało się przetrwać, więc może i ten kolejny damy radę. Nie wiem jakie Wy macie sposoby na auto izolację, bo moja to z kilkadziesiąt otwartych szuflad, a przed snem durne kabarety i po raz n-ty „Ranczo”. Pamiętam jak lata temu, po śmierci Mamy, namiętnie oglądałam Kiepskich przed snem, przedtem ich nie trawiąc. I pomogli. Teraz zasypiam na idiotycznych dowcipach serwowanych przez współczesne, prymitywne kabarety, w głowie układając to co sobie po południu powkładałam do szuflad „Szuflady”.
Jakie to zrządzenie losu, że w trakcie krótkich wakacji, odezwało się kilka osób, z dalekimi korzeniami w Rybniku. Takie słowa: „My name is … Priester from Israel. I am the son of Frederik (Fritz) Priester from Katowice, son of Wilhelm (and Nanny nee Rosenberger), the youngest son of Isidor (and Johanna nee Kornblum)” zawsze u mnie powodują emocje. Już nie mogłam się doczekać powrotu do domu.
Kolejny potomek z niezwykle rozgałęzionego rodu Priesterów, o których już tu nie raz, nie dwa, czy nie trzy, pisałam. I wyobraźcie sobie, że trafił do Szuflandii, bo odnalazł zdjęcie ➡ „Piękni i młodzi”, na którym jest kilkoro jego dalekich krewnych, których od 2 lat opisuję. No i? No i siedzę teraz w rodzie wywodzącym się od Salomona Priestera i jego żony Rosalie z domu Zeigler, którzy w Rybniku wzięli ślub w 1837 roku.

Jako że para ta miała siedmioro dzieci, z których każde miało kolejnych ileś tam, to możecie sobie wyobrazić moje notatki. Jestem totalnie potracona, bo jak to w tamtych czasach imiona się powtarzają (już mam chyba czwartego Solo Priestera), kobity mi się gubią, bo zmieniały nazwiska, męczę się z niemieckim nie znając go, a pracuję tylko na takich aktach i niejednokrotnie nie wiem, czy dziołcha się urodziła czy synek. Kosmos! Do tego mam pootwieranych z 50 okienek przeglądarki, laptop ledwie zipie, bo równocześnie jestem na „Ancestry.com” (jak to dobrze, że wydałam te dolary na kolejne pół roku dostępu), w archiwach Arolsen, na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, w swoich własnych folderach i jeszcze nie wiadomo gdzie. Przy okazji dziękuję znajomym za zdalną pomoc w różnych sprawach 🙂

O wirusie gdzieś tam w oddali wspomina Radio Nowy Świat, a ja jestem zanurzona w genealogicznej otchłani. Jak sobie wczoraj ustaliłam, że jeden z wielu prawnuków Salomona Priestera, zarazem wnuk jego syna Markusa (ur. w Rybniku w 1839 r.), któremu przy narodzeniu w 1904 r. dano imię Siegfried, przeżył wojnę w Berlinie, to taka mnie radość ogarnęła, że nie macie pojęcia. Co tam korona! Już był w transporcie do Auschwitz i pitnął! Prawdopodobnie uciekł w trakcie wsiadania do wagonów! Potem pomagali mu dobrzy Niemcy i przyszła żona. Był Berlińczykiem, jak i jego tata Hugo Priester, bo to do stolicy Niemiec wyjechał rybnicki Markus. Siegfried jest upamiętniony stosownym „Stolpersteinem” przed domem, w którym mieszkał (źródło: Wikipedia).

Jak zaczęłam krążyć dookoła tego fragmentu rodziny Priesterów, to udało mi się ustalić, że i siostra uciekiniera Siegfrieda, nomen omen Margarethe, też uniknęła śmierci. Po Nocy Kryształowej zdołała wyjechać do Anglii. Trzecią z rodzeństwa – Edith zabiła grypa hiszpanka jeszcze w 1918 r. Kurde flak, a niby miałam nie pisać o wirusach 😉 Oczywiście potomkowie Siegfrieda i jego siostry gdzieś tam w świecie mieszkają i mam nadzieję, że mają się dobrze.

Rybnicki Markus, syn naszego Salomona i naszej Rozalki miał 3 synów, więc dziś biorę na tapetę kolejnego. A biorąc pod uwagę, że Salomon z żoną nie próżnował i poza Markusem miał jeszcze sześcioro dzieci, z których sam jeden Adolf (Aron) w naszym mieście chyba z 9 razy radował się z przyjścia na świat kolejnego potomka, to mogę być na auto lockdownie. Przemieszczam się przy tym od Rybnika, przez Królewską Hutę, Gliwice, Pyskowice, z dłuższym postojem w Gogolinie, gdzie nadal stoi m.in. macewa Rosalie Priester (!), do Berlina i nawet Australii. Czyli ruch jest 😉

Ten Gogolin był ważny dla Priesterów, a oni dla tego miasta. Ale to nitka wychodząca od Isidora, który przez ileś tam lat mieszkał u nas, a potem się wykludził jak Karolinka – do Gogolina, dzięki czemu jego brat mógł u nas handlować tamtejszym wapnem.

Tak więc, brońcie się przed koroną, co i ja czynię i już w te pędy wracam do moich Priesterów. Potem sklecę słusznych rozmiarów mail do Izraela z nowymi odkryciami, a na koniec dnia Wilkowyje. Pamiętajcie DDM! Bo jak się sami nie uchronimy, to te ciuhle*, co siedzą na stołkach nam nie pomogą.

*Pamiętam z wczesnych lat 80-tych taki… powiedzmy mural w Szopienicach: „Limahl to ciuhl”. Taki śmieszny był 😉

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Każdy walczy na swój sposób została wyłączona
Sierpień 9

Marcus Pick – rybnicki kuśnierz

W planach mam historię Iwana Lilienfelda, izraelskiego dziennikarza, urodzonego w Rybniku w 1910 r. I to on miał być moim kolejnym bohaterem. Jednak gdy sobie „googlowo” przetłumaczyłam fragment wywiadu, którego udzielił jako bardzo dojrzały człowiek, rzuciła mi się w oczy przede wszystkim jedna istotna informacja. Przez pierwszych 10 lat życia – tych spędzonych w Rybniku, Iwan był wychowywany przez dziadków. Nie, nie, Iwan, to nie był żaden rosyjski Żyd w Rybniku. To był Niemiec z czystych Niemców, choć Iwan. Ciekawe kto mu to imię wymyślił?

I tenże Iwan dorastał w domu dziadków ze strony mamy. Na razie nie będę się wgłębiać w okoliczności, które spowodowały, że chłopczyk nie był z rodzicami. Skoncentruję się na tych, którzy go kształtowali i formowali jako Żyda, rybniczanina, Niemca. Tymi dziadkami byli Markus Pick i jego żona Antonie z domu Königsberger. Gdy myślę Markus Pick, to zaraz widzę cylinder, którego kiedyś nie kupiłam na jednym z serwisów. Do dziś sobie pluję w brodę, że nie wydałam tych iluś złotych, by mieć w domu to cudo, zrobione przez kapelusznika i kuśnierza z Rynku.

Dziadek Markus pochodził z Peiskretscham, czyli Pyskowic, gdzie urodził się około 1840 r. Jego rodzice nie są wymienieni przy ślubie z rybniczanką Antonie Königsberger. Na pewno Markus przed ślubem, do którego doszło w listopadzie 1867 r., był już mieszkańcem naszego miasta. Wpis w księdze małżeństw podaje, że był kuśnierzem, a jego wybranka córką kamieniarza.

Prawdopodobnie Antonie była wnuczką przechrzty Abrahama Königsbergera, który na początku XIX w. wyjechał za pracą z dawnego Królewca, dojechał na Śląsk, zakochał się w żydowskiej karczmarce spod Lędzin, dla niej zmienił religię i z nią zamieszkał w Rybniku. ➡ http://szufladamalgosi.pl/historia-jednej-zydowskiej-karczmarki/

Antonia z Markusem (w księgach występował też jako Max) pierwsze dziecko na świecie powitali 15 maja 1868 r. I już zagwozdka. No bo, albo Rosalie była fest wczesną sześciomiesięczną wcześniaczką, albo do czegoś doszło w niewłaściwym, czyli przedślubnym czasie 😉 Za dwa lata, w Prima Aprilis, urodził się Salo Pick. I to był bodajże jedyny syn tej pary. W następnych latach nastąpił wysyp córek. Doliczyłam się jeszcze czterech, z których najmłodsza Ida, urodziła się 16 lat po ślubie Antonii i Markusa, czyli w 1883 r.

Pyskowiczanin, kuśnierz Markus Pick po jakimś czasie czuł się już rybniczaninem pełną gębą. Na 10 lat przed końcem XIX wieku, na pewno handlował w ratuszu. Zimy wtedy był cięższe niż teraz, więc mufki się dobrze sprzedawały.

Mając na głowie tyle dziewczyn, to pewne, że Markus zapierdzielał jak mały motorek. Każdej trzeba było zapewnić posag. W duchu marzył, że jedyny syn przejmie po nim sklep w Rynku, a tu Salo wywinął numer. W końcu nie na darmo urodził się w święto żartów, które już wówczas znano. Salo uznał, że mały Rybnik za ciasny dla niego i wyfrunął w wielki świat. Na tamte czasy w ten największy świat, bowiem przez Halle do Berlina. W stolicy ówczesnego cesarstwa wziął w 1902 roku ślub z Elfrydą i został berlińczykiem, olewając tym samym sklepik taty. Rodzice zaplanowali daleką podróż z Rybnika do stolicy i Markus Pick złożył swój podpis jako świadek na ślubie syna.

W zasadzie nie powinnam się zajmować tym synem marnotrawnym, bo mam pisać o jego rodzicach, ale on taki ciekawy 😉 Pierwsza żona urodziła dwoje dzieci, czyli wnuków Markusa i po jakimś czasie umarła. Żartowniś Salo Pick szybko ożenił się po raz drugi z wdową Else. Nawet roku z nią nie wytrzymał i się rozwiódł. Obrażona Else wróciła do nazwiska z pierwszego małżeństwa. Działo się to na początku lat dwudziestych i na pewno mocno wkurzyło ojca Markusa i mamę Antonię. Mieli już wtedy swoje lata i raczej zapomnieli, że sami zbyt pobożni w młodości nie byli.  Przypominam o ich fest wczesnej wcześniaczce, która przychodząc na świat niby w 6. miesiącu ciąży (w 1868 r.!) przeżyła przy ówczesnym stanie medycyny 😉 Antonia i Markus mieli trochę problemów wówczas na głowie, ale o tym potem. Dokończyć muszę primaaprilisowego Salo Picka. Salo jak szybko uznał, że jego druga żona Else jest beee, to tak szybko stwierdził, że trzecia małżonka, w dodatku kolejna Else, jest łał.  Chyba przechodził kryzys wieku po pięćdziesiątych urodzinach. Tym razem żona była z pochodzenia Ślązaczką, urodzoną w Hugo Kolonie – dziś to Siemianowice. Dwa lata temu miałam okazję zwiedzić ten zakątek Śląska z moją amerykańską znajomą, której przodkowie tam mieszkali. Hmmm… dziś to szemrany zakątek, choć urokliwy dla takich idiotów jak ja. Trzy lata po trzecim ślubie zmarł syn z pierwszego małżeństwa Salo. Z siemianowicką Else doczekał czasów, gdy brunatna masa zalała jego państwo. Zmarł w Berlinie w 1940 r. Sądzę, że ostatnią synową Markusa Picka wywieziono do któregoś z miejsc straceń, jakoż i wnuczkę z pierwszego małżeństwa Salo.

No właśnie… czas, by powrócić do Rybnika, choć dziś to on rote Zone (piszę to w dniach przywrócenia obostrzeń covidowych dla wybranych powiatów – w tym Rybnika). Zostawiamy Berlin daleko i przenosimy się na Śląsk, na rybnicki Rynek, gdzie Pick prowadził znany sklep z wytworną odzieżą.

Markus i Antonie oprócz problemów z jedynym synem, mieli furę kłopotów z pięcioma córkami. Córki, czyli wcześniaczka Rosalie oraz kilka lat starsza Clara wyszły za mąż i wyprowadziły się do Breslau. Obie niestety zostały zamordowane w czasie II wojny. Rosalie trafiła najpierw do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt, skąd 29 września 1942 wywieziono ją do tzw. małej stacji Treblinka. Charlotte, urodzona w 1875 r., też ostatecznie osiadła w Breslau i tam zakończyła życie w lutym 1941 r. Nie wiem jakie były losy Pauli, ale nie mam zbytnio złudzeń.

Zostaje do opisania Ida. I ona na pewno oczkiem w głowie Antonii i Markusa. Była najmłodsza, więc tatuś dla niej robił futerka, mufki na rączki, kapelusiki, czapeczki. Choć nie wiem jak wyglądała, to wiem, że śliczna była. Taka kochana, wycackana, rozpieszczana. Niestety, rodzice puszczali najmłodszą do Berlina – do brata. No, a jak taka dziołcha z prowincji przyjedzie do stolicy, to co zrobi? Zakocha się 😉 I nie mam na myśli blichtru wielkiego miasta, a mężczyznę. Poznała 6 lat starszego od siebie Ludwiga Lilienfelda i zaiskrzyło. I ona, jak brat Salo, wzięła oficjalny ślub w Berlinie.  Świadkowali bracia nowożeńców.

Rodzice aż drżeli, że tam zostanie na stałe. Kto wie, może perspektywą przekazania w przyszłości rybnickiego geszeftu, Markus Pick zwabił zięcia do Rybnika? Tym bardziej, że wszystkie dzieci uciekały z naszego miasta. Komuś trzeba było przekazać w przyszłości sklep futrzarski i kapeluszniczy. Ida i Ludwig Lilienfeldowie przyjechali do Rybnika. Za rok po ślubie, 3 czerwca 1910 roku, po bardzo trudnym porodzie, przyszedł na świat w Rybniku przy ulicy Kościelnej wnuk dziadków Picków, czyli syn ich ubóstwianej córki Idy.

Dziadek Markus miał 70 lat, babcia Antonie była ciut młodsza. Inne wnuki były daleko w Berlinie, czy Breslau, a ten miał być taki ichni. Taki tu na miejscu. Taki delfin. Był piątek, zbliżał się szabat. Wielka radość pomieszana z niesamowitym strachem i rozpaczą. Poród był bardzo ciężki. Ida wyczerpana, mocno krwawiła. Może ona przy ostatnim tchnieniu zadecydowała, że synek ma mieć na imię Iwan Martin? Co myślała jej mama Antonie, gdy zapalała świece szabatowe? Czy Antonia sobie przysięgła, że to ona zastąpi Iwanowi mamę widząc coraz płytszy oddech córki? Ida odeszła w noc szabatową już po północy 4 czerwca. Miała 26 lat. Rankiem, zięć Markusa, świeży tata i wdowiec Ludwig Lilienfeld udał się do Standesamtu, by zgłosić narodziny syna i zgon żony. Ida spoczęła na cmentarzu żydowskim w Rybniku, który jak pamiętacie zniszczyli Niemcy wiosną 1940 r. Bystrzy rybniczanie dostrzegą na powyższym akcie podpis późniejszego naszego burmistrza Webera.

Ze wspomnień urodzonego wówczas Iwana wynika jasno, że wychowywali go dziadkowie ze strony mamy. Pierwsze 10 lat życia mieszkał z nimi. Sądzę, że sklep na Rynku prowadził przez jakiś czas zięć Ludwig, tatuś chłopca – oczywiście pod szyldem teścia Markusa Picka.

Potem przyszła Wielka Wojna i zapewne Ludwiga zaciągnięto do armii. Iwan dorastał pod okiem babci Antonie, a stary Markus znowu zasiadł do szycia futrzanych kołnierzy. W wywiadzie, którego Iwan udzielił pod koniec XX w. opowiadał o podziale Śląska i wojskach rozjemczych, które u nas stacjonowały. Wspominał francuskiego oficera, który mieszkał w mieszkaniu dziadków i którego się bardzo bał. Na pytanie rozmówczyni o dom rodziców, wymijająco odpowiedział, że to trudne sprawy i wolałby mówić o domu babci. Ha! Wiadomo. Przynajmniej mi się wydaje, że wiem dlaczego. Raz, że babcia uznała, że zastąpi mu matkę,  dwa to wojna i nieobecność taty, a trzy to moje podejrzenie, że Ludwig Lilienfeld powoli zaczynał się rozglądać za kolejną żoną. Teściowie tego nie akceptowali (to jak zwykle moja fantazja) i konflikty narastały. Nie mam w swoich dokumentach drugiego ślubu Ludwiga z rybniczanką Else Berger. Może więc doszło do niego poza Rybnikiem. Na pewno tata osieroconego przez Idę chłopca już w 1919 r. miał konszachty z Bergerami z Rybnika, gdyż był świadkiem na ślubie brata Else Berger.

Już mu się marzyło przejęcie kolejnego interesu na naszym Rynku. Babcię, czyli pierwszą teściową to na pewno wkurzało. We wspomnieniach wnuka babcia jest przedstawiona, jako osoba nieznosząca Polaków. Miała już swoje lata i wiedziała, że niestety będzie musiała opuścić rodzinne miasto, bo Rybnikiem zaczną rządzić Polacy. Przeprowadzanie się po siedemdziesiątce nie jest łatwe. W 1921 r. Antonie i Marcus Pick wyjechali z Rybnika do Breslau. Sklep w ratuszu został sprzedany kupcowi o nazwisku Zimon.

Chyba wtedy też musieli oddać wnuka zięciowi i jego drugiej żonie. Trudny to był czas dla wszystkich. Młody musiał opuścić bezpieczne skrzydła babci i iść pod opiekę macochy, jeszcze dodatkowo zmienić szkołę z rybnickiej na bytomską, stracił przyjaciół i najbliższych. Pickowie musieli oddać ukochanego Iwana obcej kobiecie i też wyjechać ze swego miasta. Tata Ludwig Lilienfeld musiał się nauczyć kochać syna, balansować między drugą żoną a fochami jedynaka, pretensjami byłych teściów i interesami rodziny drugiej wybranki. Bo oprócz polityki, która podzieliła Śląsk były jeszcze problemy z biznesami, które w jego przypadku zawsze należały do rodzin żon. Może musiał wykiwać któregoś ze szwagrów, by przejąć sklep z butami Bergerów w Rybniku i potem go samodzielnie prowadzić w Bytomiu po 1922 roku? Do Lilienfelda ojca i syna mam nadzieję wnet wrócić, ale gdybym jednak tego nie zrobiła, to tylko wspomnę, że zamieszkali w Beuthen. Ludwig i jego trzecia żona (tak, tak, była kolejna macocha i była to siostra Elsy Berger z Rybnika) zostali zamordowani w 1942 r. w dalekiej Estonii, a młody Iwan zdołał wyjechać przed wojną do Palestyny. Zresztą młodego bardzo nosiło po świecie i z ojcem za długo nie mieszkał.

A co się stało z dziadkami, którzy tyle lat sprzedawali na naszym Rynku kapelusze i wyroby futrzarskie? Jeszcze przed wyjazdem Markus w 1920 r. świętował swoje 80. urodziny. W rejestrze handlowym firma „M.Pick Kürschnermeister Rybnik O.-S.” została oficjalnie wykreślona w 1923 roku.

Za 9 lat od wyjazdu z Górnego Śląska dokończył żywota we Wrocławiu. O jego zgonie poinformował urząd jedyny syn Salo z Berlina. Nie wiem, kiedy zmarła Antonie. Na pewno wnuk, którego wychowywali w Rybniku odwiedzał ich jeszcze przed ich śmiercią. Nie wiem, czy ich groby zachowały się we Wrocławiu na cmentarzu przy ulicy Lotniczej. Po kilkudziesięcioletnim pobycie Picków w Rybniku nic się nie zachowało za wyjątkiem starej pocztówki, na której widać szyld sklepu, paru reklam w starych gazetach, no i dokumentów w archiwum w Raciborzu. Żyję nadzieją, iż kiedyś trafi się jakiś kapelusz na ebay’u czy allegro i dołączy do moich judaików.

Źródła: Archiwum Państwowe w Raciborzu, Śląska Biblioteka Cyfrowa, portal ancestry.com, Allegro, własne analizy i fantazja.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Marcus Pick – rybnicki kuśnierz została wyłączona
Lipiec 19

Sprawa Brauerów – ciąg dalszy

Pół roku minęło od momentu, gdy rozpoczęłam opisywanie zmagań z Salo Brauerem – górnośląskim wagabundą. Zanim przejdziecie poniżej, przeczytajcie o początku całej akcji z karczmarzem z podrybnickiego Niewiadomia. ➡ http://szufladamalgosi.pl/salo-brauer-gornoslaski-tulacz-cz-1/

Przez całą pandemię nawet nie spojrzałam w teczkę opisaną „Salo Brauer”, choć to był idealny czas, by dalej szukać i tym samym nie analizować ilości zachorowań. Jakoś mi nie zeszło. Powrót do pracy po lockdownie, a dokładniej cień, który gdzieś tam ujrzała Kasia (opisana w linku wyżej) chyba kazał mi ponownie zabrać się za rodzinę Brauerów. Wiedząc, że w przypadku Salo od jakiegoś czasu stoję przed wysokim murem i walę w niego bez efektów, przerzuciłam się na rodzinę teściów. Czy też inaczej mówiąc swatów Salo Brauera, tj. teściów jego pierworodnego syna Samuela. Nom omen też Brauerów. W sumie niejednemu Żydowi Brauer na nazwisko 🙂
Dzisiejsza opowieść będzie bardzo górnośląska, bo powędrujemy od Niewiadomia pod Rybnikiem, przez Żory, do Bytomia, Chorzowa, Rudy, Gliwic czy Zabrza. A że Rybnik mi najbliższy, to w nim się zatrzymamy dłużej na końcu.

Krótko przypomnę, iż sprawa tajemniczego Salo z Niewiadomia zaczęła się ciut wyjaśniać, gdy znalazłam o nim wzmiankę w książce Jana Delowicza o żydowskiej społeczności pobliskich Żor (dawnej Sohrau). U pana Delowicza ujrzałam informację, że córka żorskiego karczmarza Dawida Brauera – Regina, wyszła za mąż za pierworodnego niewiadomskiego karczmarza Salo Brauera. Samuel Leo, urodzony w 1880 r. w Kuchelnej (dziś to wieś Chuchelná w Czechach w powiecie opawskim) w wieku 23 lat wziął sobie żorzankę o tym samym nazwisku. Był dzieckiem karczmarza z Niewiadomia i ożenił się z karczmarką z Żor. Nazwisko to samo i fach ojców ten sam. Dzięki koledze genealogowi z Anglii doszłam do tego, jak te nitki Brauerów ze sobą powiązane w przeszłości. Otóż teściowie byli braćmi! Salo był bratem Dawida, więc Samuel ożenił się ze swoją kuzynką! O ile o podrybnickim Gasthauzie Salo niewiele wiem, to o teściowym geszefcie już więcej.
Teść Samuela i zarazem wujek – Dawid Brauer prowadził w Żorach gospodę w dużym budynku, który do dziś stoi u zbiegu ulic Dworcowej i Dolne Przedmieście. Obecnie mieści się w nim Miejski Ośrodek Kultury.

Ponoć na parterze znajdował się zajazd. Na jego zapleczu były stajnie dla koni, w piwnicach mieścił się skład lodu, a na piętrze wielka sala przyjęć oraz mieszkania. Za czasów Dawida co roku odbywał się tam bal hutniczy pracowników „Huty Paweł” należącej do żydowskiej rodziny Panofskich. W sieci można znaleźć pocztówkę przedstawiającą posiadłość żorskiego Brauera. Prawa, że dostojnie? Pamiętajcie, że Żory to nie były Gliwice, czy Bytom, więc wielkość i rozmach budynku wyraźnie świadczy o zamożności Dawida.

Niestety, Gasthaus mojego niewiadomskiego Brauera nie załapał się nigdy na żadnej karcie pocztowej. Wiem jak ten budynek wygląda obecnie i dlatego sądzę, że Brauer z Sohrau miał paradniejszy i bogatszy geszeft. Nie oznacza to jednak, że nasz Salo był biedniejszy. Biorąc pod uwagę ilość ziemi, którą posiadał i co za nią kupił, gdy opuszczał ziemię rybnicką, to chyba ich majątki były mniej więcej takie same.

Przez to, że Salo zatarł wiele śladów (i chyba nadal zaciera), to może poprzez teścia syna coś się uda ustalić. Może ktoś… coś… Poczekam jak zwykle.
A na razie historia żorskiego Dawida i jego rodziny.

Urodził się ok. 1852 r. Z żoną Rosalie Guttmann dorobił się szóstki dzieci. Jedną z córek była Regina, żona wspomnianego Samuela Leo. Po ślubie w Żorach w 1903 r., para ta przeprowadziła się do Bytomia, a za jakiś czas do Chorzowa, czyli wówczas Königshütte. Przy Kronprinzenstrasse nr 47 Samuel z żoną mieszkał i prowadził „Gastwirtschaft”, czyli też karczmę. Na pewno żył jeszcze w 1915 roku i na pewno nie żył już w 1927 r. Gdzie zmarł nie wiem. Wiem za to, że z Reginą miał 8 dzieci, z których większość zakończyła swe życie tragicznie. Zresztą tak jak i żona, którą naziści wywieźli z Breslau do Rygi i tam zamordowali. Miała 63 lata. W ubiegłym roku jesienią, szukając chorzowskich śladów po Brauerach, przydreptałyśmy z Kasią pod opustoszałą kamienicę, w której mieszkali i pracowali Samuel i Regina Brauerowie.

Zaplecze, czy też tyły budynku przy obecnej ulicy 3 Maja 47 były mało przyjazne i nie zachęcały do odwiedzin. Z jakiegoś komina walił duszący dym, który w połączeniu z listopadową mgłą sprawił, że uciekałyśmy stamtąd w te pędy. Historia dzieci tej pary czeka jeszcze na pełne odkrycie, choć już teraz wiem, że jest równie ciemna i przytłaczająca jak ten dym, który wydobywał się z komina kamienicy, która kiedyś należała do Samuela i Reginy.

Siostrą Reginy, najstarszą z córek Dawida Brauera była Hulda, której mąż Benno Kiksmann pochodził z Rudy Śląskiej. Benno handlował w swoim rodzinnym mieście, trochę w Zabrzu i Gliwicach. Zapewne mieli dzieci. Może chodziły w tych oryginalnych gumowych mantlach, którymi handlował Benno 😉 Jaki był los państwa Kiksmannów? Tu akurat nie mam kompletnego pojęcia.

Następną z żorzanek, które dzieciństwo spędziły nad Gasthausem taty Dawida była Paula. Jej wybranek Isidor (Iwan) Loebinger był destylatorem, ale i oberżystą, tym razem w Zabrzu. Przez jakiś czas para mieszkała w Gliwicach. Oboje deportowano z Hamburga do getta w Mińsku w listopadzie 1941 r. To była podróż w jedną stronę. W mińskim getcie zginęło ponad 100 tysięcy Żydów.

Rok młodsza od Pauli była Laura urodzona w 1882 r. w Żorach. Wyswatano ją z Hugo Schüftanem z odległego Dobrzynia. Choć sądzę, że gdy się pobierali Hugo już handlował „trzićwierciowymi” chustami, koronkami do łóżek, czy pluszowymi paltotami w Bytomiu. Po przeprowadzce Schüftanów do Gliwic Paula zmarła. Jej męża, czyli zięcia żorskiego restauratora wywieziono z Gleiwitz w jednym z ostatnich transportów do obozu zagłady. Był w moim wieku. Miał 58 lat. Na szczęście ich córka Miriam zdołała wyjechać z Niemiec przed ostateczną likwidacją śląskich Żydów. Zmarła w Izraelu w 2001 r.

W Gasthausie na żorskim Dolnym Przedmieściu dorastało jeszcze dwóch synów Dawida i Rosalie. Starszego z nich Louisa opiszę na końcu, bo on „mój” – rybnicki. Najmłodsze z dzieci Brauerów na pewno ucieszyło rodziców, gdyż był to chłopak. Friedrich, zwany Fritz, był 12 lat młodszy od swej najstarszej siostry Huldy. I on, jak reszta rodzeństwa, wyjechał z maleńkich Żor w wielki świat. Ślub wziął w Lublińcu, skąd pochodziła jego wybranka Anne Apt. Na chwilę zakotwiczyli w Bytomiu – tam urodziła im się córeczka Käthe. Zapewne szybko młodzi małżonkowie uznali, że Gliwice to bardziej nowoczesne miasto, lepsze do biznesu i życia i w nim zamieszkali na początku lat 20. Przy ul. Tarnogórskiej Fritz handlował i mieszkał.

W tamtym czasie ojciec całej brauerowej rodziny, karczmarz Dawid też powoli zbierał się do opuszczenia Żor. Na jakiś czas zamieszkał w Katowicach przy Plebiscytowej (wówczas Heinzelstrasse), ale sądzę, że najmłodszy z rodzeństwa Fritz postanowił wiekowego tatę, wówczas już wdowca, zabrać do siebie. Syn w 1923 r. zamieścił ogłoszenie o zmianie mieszkania z Kattowitz na Gleiwitz. Innym, o ile nie ważniejszym od wieku karczmarza powodem, był podział Śląska. Katowice przypadły Polsce a Brauerowie czuli się Niemcami.

Gasthausbesitzer aus Sohrau, czyli właściciel zajazdu z Żor, ostatnie lata życia spędził w Gliwicach, gdzie zmarł w wieku 75 lat.  Został pochowany w Gliwicach na nowym cmentarzu żydowskim. Miało to miejsce latem 1927 r. Jego nagrobek niestety się nie zachował do naszych czasów. Jednak jeśli ktoś ciekaw to może podjechać do Gliwic, do Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, by zobaczyć jak wygląda miejsce, gdzie zmarłego Dawida poddano rytualnemu oczyszczeniu i gdzie wygłoszono mowę pogrzebową nad jego trumną.

O śmierci ojca oraz teścia informowali ci, którzy jeszcze wtedy żyli: czyli owdowiała córka Regina Brauer, zięć Benno Kiksmann z żoną, zięć Iwan Loebinger z żoną, zięć-wdowiec Hugo Schüftan, oraz synowie Louis i Fritz z żonami. Ta klepsydra to niesamowite źródło informacji. Z niej mogłam wiele wywnioskować.

Po śmierci taty, Fritz nadal pracował w Gleiwitz. Prowadził interesy ze szwagrem Schüftanem, szukał pracowników, opłakiwał, a może nie, zmarłą teściową, patrzał z troską na dorastającą córkę.

Nadeszły lata trzydzieste. Zło czaiło się już z wszystkich stron i wyłaziło z każdego kąta. Fritz i Anne coraz częściej zastanawiali się, czy są bezpieczni w swoim kraju. Może żałowali, że nie zostali w polskiej części Górnego Śląska. Mieli kontakt z bratem i bratankami Fritza, którzy w pobliskim Rybniku, co prawda musieli walczyć z różnymi aferami, ale choć nie patrzeli pomnik Führera. Latem 1937 r. wygasła, obowiązująca na tym terenie, tzw. konwencja genewska o ochronie mniejszości narodowych. Gliwicki rabin Ochs protestował przeciwko zakazowi organizowania imprez masowych przez ludność żydowską, co oczywiście nic nie dało. Z 9 na 10 listopada 1938 r. był świadkiem spalenia synagogi. Został dotkliwie pobity i aresztowany. Wraz z innymi Żydami wywieziono go do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Buchenwald. Czy aresztowano wtedy też Fritza Brauera? Sądzę, że tak. Jego sklep w grudniu 1938 r. przejął jeden Heinrich.

Żona Anne i osiemnastoletnia Käthe już wiedziały, że jak tylko Fritz wróci, to muszą szukać możliwości wyjazdu. Fritz wrócił, jak wielu gliwiczan i rabin Ochs. Ten ostatni zdołał wraz z żoną i synem wyjechać do Anglii. Jego miejsce pod koniec kwietnia 1939 r. zajął rabin Egon Löwenstein. Czy już wtedy zwrócił uwagę na urodę młodej Käthe Brauer? Wnuczka żorskiego karczmarza musiała być piękną dziewczyną. Patrzę na jej fotografię z lat 60-tych. Ogromne oczy miała i bardzo wyrazistą urodę.

Być może to zbieg okoliczności, a może nie, że Fritz i Anne Brauerowie, ich córka oraz rabin Löwenstein za przyszłą ojczyznę wybrali Chile. Tym potomkom żorskiego restauratora się udało. W czerwcu 1939 roku wyjechali z Gleiwitz. Rabin Egon Löwenstein, przyszły mąż Käthe Brauer, wraz z nimi. Rzesza pozbawiła ich obywatelstwa niemieckiego. Wszystkich, za wyjątkiem Katarzyny, pochowano na południowoamerykańskich cmentarzach. Pani Kathe Brauer de Lowenstein, żona rabina, dożywszy 96 lat, zmarła 4 lata temu w Izraelu. Ta historia zakończyła się szczęśliwie. Kamienica przy ul.Tarnogórskiej w Gliwicach, którą opuścili z przysłowiową jedną walizką, nadal stoi.

Kolejna opowieść będzie dla mnie bardziej osobista, bo dotyczy rybnickiej nitki Dawida Brauera.

Opisałam, na tyle na ile potrafiłam losy 5 z dzieci Dawida. Zostało mi szóste dziecko, czyli drugi syn – Louis Brauer. Gdy się za niego zabierałam, to wiedziałam jedynie kiedy i gdzie się urodził. Sohrau, 1880 r. Dzięki odnalezionej klepsydrze informującej o pogrzebie jego taty pojawiła się żona – Else Priester. Połączenie tych obu nazwisk wywołało taki „klik” w moim rozumie. Ten pierwszy klik był delikatny i za mocno mnie nie kopnął. Coś mi zaświtało, ale odłożyłam to nazwiskowe powiązanie z Rybnikiem do bocznej szufladki. Na szczęście po paru dniach przyszedł kolejny, zewnętrzny impuls. Impuls, który powoduje, że trzeba szukać oparcia w hobby, by odizolować się od złych bodźców ze strony otoczenia i to mnie olśniło. Małgosia! Sprawdź w swoich folderach, czy jakiś Louis Brauer nie ożenił się przypadkiem z jakąś Priesterówną. Bo to, że Louisa Brauera mieliśmy to wiedziałam. Bingo! Znalazłam akt urodzenia chłopca z taty Louisa i mamy Else z domu Priester! Jak spojrzałam na imię chłopca to już więcej mi nie trzeba było. Lothar! Czyli młodszy brat skandalisty Maxa! Kto swego czasu słuchał mojego pandemicznego „Kryminalnego spaceru po Rybniku online” ten wie o kim mowa 🙂 O Maxie opowiadam od 2:24 min. do 17:30 minuty ➡ https://youtu.be/dZYMqmdhAJk

Tym zaś, którzy wolą słowo pisane od mówionego, historię rybnickich potomków Dawida Brauera zwyczajnie opiszę. Voilà! Urodzonemu w 1880 roku Louisowi na pewno rodzice szukali bogatej żony. Żory były i są blisko Rybnika, Dawid zapewne często tu bywał, więc znał kupca Adolfa Priestera. A u Adolfa dorastała szykowna dziołszka. Raz, dwa, trzy i ich wyswatano. Na ślubie, który odbył się w rybnickiej synagodze w 1907 roku świadkami byli obydwaj ojcowie pary młodej, czyli żorski restaurator Dawid Brauer oraz rybnicki kupiec Adolf Priester.

Tym samym kamienica przy ul. Sobieskiego 11 (wtedy Breitestrasse) przeszła po kądzieli z Priesterów na Brauerów. W tym miejscu można wspomnieć, że około 3 lata temu została sprzedana przez prawnuczkę Dawida i Adolfa. Była ostatnią kamienicą, która była w rękach żydowskich w Rybniku.

W tym domu przyszli na świat dwaj bracia, z których jeden szczególnie rozpalał emocje rybniczan. Ich tata, jako syn karczmarza, kontynuował tradycje i prowadził szynk. Kilka lat temu, w piwnicach kamienicy jeszcze były żelazne płozy do kulania beczek z piwem. Synowie, urodzeni odpowiednio w 1908 roku – Max, oraz w 1909 – Lothar, fachu po tacie oraz dziadku nie przejęli. Zresztą trochę się w swojej młodości naoglądali i błąkali po okolicznych miastach śląskich i dopiero na początku lat 30. powrócili na stałe do Rybnika, który od 1922 r. był polskim miastem. Lothar przedtem mieszkał w Opolu i Gliwicach, z kolei Max w Strzelcach Opolskich i również w Gliwicach. Zapewne tam doszli do wniosku, że trzeba przeciwstawić się ojcu i przebranżowić. Handel skórami to był ich wybór. Max, oprócz wspólnego interesu z bratem przy Sobieskiego miał swój własny przy Kościelnej.

W kamienicy, która onegdaj należała do rodziny ich matki po jakimś czasie otwarli przedstawicielstwo znanej firmy Wohlwort, czyli Woolworth. Tata Louis zajmował się już tylko sprawami gminy żydowskiej, której był reprezentantem, a bracia rozwijali biznes. I rozbijali się po Rybniku.

Chyba o żadnej z rodzin żydowskich w Rybniku, w okresie międzywojennym, nie pisano tyle ile o Brauerach. Ilość poważnych afer, skandali, drobnych szwindli czy nawet burd jest, że tak powiem, imponująca jak na to maleńkie miasto. Najważniejszą z sensacji było oskarżenie Maxa Brauera o molestowanie nieznanej z personaliów chrześcijanki przy starym kościele (lub też w jego wnętrzu, bo różnie prasa pisała). Tą sprawą w 1936 roku zajmowała się prawie cała Polska, bo że Rybnik huczał to wiadomo. Nagłówki w gazetach można porównać do tych ze współczesnego nam „Faktu”. „Afera żydowskiego kupca i wzburzenie w Rybniku”. „Wielkie oburzenie społeczeństwa katolickiego z powodu profanacji starego kościoła w Rybniku”, „Potworna profanacja starego kościoła w Rybniku”, „Zdemolowanie żydowskich straganów po znieważeniu kościoła w Rybniku”, itp., itd.

Młodzież endecka atakowała, zbierano się na wiecach, rozrzucano antysemickie ulotki i wytrzaskano szyby w oknach kamienicy Brauerów. Max się bronił rozprowadzając kontrulotki, zakładając sprawy o pomówienie i odgrażając się. Wszystko ciągnęło się jak smród po gaciach i ostatecznie „niepoczytalny bluźnierca”, jak pisano o Maksymilianie, został skazany jedynie za obrazę policjanta i wygrażanie bronią. Wyrok brzmiał dwa miesiące więzienia z warunkowym zawieszeniem. Mniej więcej w tym samym czasie brata Lothara oskarżono o zniewagę godła państwowego, gdyż sprzedawał płyn w butelkach, na których znajdowało się godło wraz z inicjałami „LB”, co mogło oznaczać Lothar Brauer. Ponadto Brauerowie zostali oskarżeni o to, że zakłócali spokój niedzielny. Bowiem w trakcie nabożeństw któryś z nich jeździł hałaśliwie na motocyklu. Wiarygodnych świadków jednak nie znaleziono. Te „gównoburze”, jak to się dziś nazywa, nie przeszkadzały klientom, a jedynie pismakom z „Narodowca”.

Gdy po jakimś czasie miasto się w miarę uspokoiło, to w 1937 roku trzasnęła kolejna sensacja. Do firm braci weszła specjalna komisja skarbowa, która miała przeprowadzić rewizję ksiąg podejrzewając Brauerów o wielkie szwindle. Prasa braci skazała bez wyroku, choć niczego niepokojącego komisja nie ustaliła. Jakby tego wszystkiego było mało, to pod koniec kwietnia 1939 roku Max znowu został oskarżony przez ówczesne media o gwałt na ekspedientce pannie S, którego miał dokonać 10 kwietnia. Panna S. ponoć miała próbować popełnić samobójstwo przedtem napisawszy dramatyczny list do swoich rodziców. Przy okazji tej kolejnej afery prasa przypomniała, o profanacji kościoła przed paru laty i tu wyszło na jaw, iż niby molestowana wówczas chrześcijanka to była prostytutka. Oczywiście przez te wszystkie lata nieustalona z imienia i nazwiska.

Jeśli Max tych czynów dokonał, to nie mam dla niego żadnego słowa na usprawiedliwienie. Jednak wydaje mi się to wszystko szyte bardzo grubymi nićmi. Mogę ewentualnie przyjąć, że coś tam z jakąś prostytutką miał. Zapewne bez jej zgody by do niczego nie doszło. Ale w gwałt na pannie S. nie wierzę. Nie wierzę chorowitej epileptyczce, a tym bardziej antysemickiemu „Narodowcowi”, który to opisał.

Dokładnie wtedy rodziło mu się pierwsze dziecko. 13 kwietnia 1939 roku Helena – żona Maxa urodziła córeczkę, której dano na imię Ruth, czyli Rutka. Pamiętajcie – 1939 rok! Za niecałe 5 miesięcy do Rybnika wkroczył Wehrmacht. Wszystkie seksualne czy gospodarcze afery przestały się liczyć. To co stało się z moimi Brauerami to dywagacje na podstawie kilku dokumentów, których skany mam w laptopie. Max, jego żona Helena, jego wiekowa mama Else z domu Priester, oraz maleńka córeczka Ruth, wojnę przeżyli. Prawdopodobnie jeszcze pod sam koniec sierpnia, przeczuwając co się może stać, wszyscy (w tym stary Louis Brauer – senior rodu i Lothar jego syn i zarazem brat Maxa) rozpoczęli ucieczkę na Wschód. Z powojennych kart rejestracyjnych Centralnego Komitetu Żydów Polskich widać, że rodzina dotarła do Lwowa i tam była w 1939. W rubryce „Przyczyna zmiany adresu” wpisano słowo „ewakuacja”. Ten sam powód podano dla roku 1941. Tym razem ewakuacja zawiodła Brauerów aż do Saratowa nad Wołgą w głębi ZSRR. To tak w połowie drogi między Woroneżem a Samarą. W pierony daleko od Śląska 🙁

Podróży nie przeżył stary Louis oraz Lothar cukrzyk. Ten ostatni ponoć (to wiem z plotek) w trakcie strasznej podróży pociągiem wyszedł gdzieś na ruskiej stacji, w środku tzw. nowhere, po coś do jedzenia. Pociąg ruszył i Lothara już nikt nigdy nie zobaczył.
Jak tych czworo przeżyło te lata nie mam pojęcia. Tym bardziej, że Else Brauer z domu Priester była około sześćdziesiątki i w podróży straciła męża oraz syna, a jej wnuczka Rutka była urodzona w 1939 roku, czyli była dzidziusiem. Jak silni musieli być Max skandalista i jego żona Hela pochodząca z Czechowic! Internety mi podpowiadają, że w Saratowie była dość spora grupa polskich Żydów, ale pamiętajmy, że Brauerowie, choć uciekali z Polski i zapewne mieli polskie obywatelstwo, to jednak wywodzili się z Żydów niemieckich. W Rybniku mieli potężną kamienicę, dobrze prosperujące interesy, służące i raczej nie byli przystosowani do biedy, jak wielu z polskich Żydów. Jeszcze te niemieckie pochodzenie w sowieckiej Rosji! Podejrzewam, że pracowali w kołchozach, bo to musieli robić wszyscy uciekinierzy w Saratowie. Dali radę i doczekali końca wojny. Wierzę w inteligencję swoich czytelników dlatego nie będę się silić by opisywać tego co było ich ówczesną rzeczywistością i czego musieli dokonać, by wrócić.
Powojenne transporty z Saratowa były chyba trzy. Łącznie wróciło wtedy z tego miasta do Polski około 2500 Żydów. Było to w 1946 roku. Cała trójka dorosłych Brauerów zarejestrowała się, nawet kilkakrotnie, w CKŻP. Początkowo podawali adresy pobytu w Katowicach, Gliwicach i Bielsku, a później w Rybniku w swojej, choć czy wtedy jeszcze ich (?), kamienicy przy ul. Sobieskiego 11. Ponoć Max nawet próbował odbudować swój przedwojenny biznes. W sądach wnosił o uznanych za zmarłych wielu członków swej bliższej i dalszej rodziny. Zapewne chodziło o odzyskanie majątku po zamordowanych Brauerach i Priesterach, czy rodzinie żony. Znowu z plotek wiem, że rodzina miała dalekiego wujka w Stanach (potwierdza to też karta rejestracyjna).

Jednak to nie tam Max, jego żona i nastoletnia już Rutka wyjechali w 1950 r. Rzeczpospolita Polska wydała im dowody rejestracyjne, wpisując narodowość żydowską. Dowody uprawniały do przekroczenia granicy polskiej po otrzymaniu wizy państwa Izrael. Mogli tylko wyjechać. Wrócić już nie. Mieli na to 3 miesiące od momentu wydania tych dokumentów. Rutkę, jako Różę, wpisano do dowodu mamy.

12 lipca 1950 roku, czyli 70 lat temu przekroczyli granicę polską. 19 lipca byli już w miejscu, w którym mogli się czuć bezpiecznie – w Izraelu. Dziś też 19. lipca – taka wyszła rocznica 😉 I znowu z plotek wiem, że pobyt w tym państwie im nie służył. Po jakimś czasie osiedlili się w Ameryce Północnej. Nie wiem co się stało ze starszą panią Brauerową geboren Priester. Być może ona wyjechała bezpośrednio do USA?

Max i jego czechowicka żona nie żyją od lat. Za to ich córka Ruth, urodzona w Rybniku krótko przed wybuchem wojny, odzyskała nieruchomość przy Sobieskiego 11 w latach 90-tych ubiegłego wieku. I ją wynajmowała nigdy nie godząc się na sprzedaż, choć wiele podchodów było 😉 Dopiero 3 lata temu, być może z racji wieku, sprzedała ten budynek. Nota bene, miała jeszcze jakieś nieruchomości w Bielsku po przodkach ze strony mamy.

Gdy łaziłam po pustych piwnicach pod kamienicą na Sobieskiego te kilka lat temu, to oprócz wspomnianych płóz do kulania beczek, kilku zardzewiałych kołowrotków z jakichś dźwigów zauważyłam miejsce po skrytce w murze. Wyobraźnia zaraz mi podpowiedziała, że być może przed ucieczką Max coś tam zamurował. Mam nadzieję, że jak wrócił z Rosji to udało mu się to odzyskać.

Ruth Brauer, o ile jeszcze żyje, jest w prostej linii rybnicką prawnuczką Dawida Brauera – żorskiego karczmarza. I to jest bardzo dobra wiadomość w tych porąbanych czasach.

A gdybyście byli ciekawi jak wyglądał ten domniemany rybnicki Casanova, to powiem, że miał 165 cm wzrostu, twarz okrągłą i oczy czarne, jak podaje rysopis w dowodzie osobistym. Gdy ja na niego patrzę, to widzę oczy smutne, w których widać to wszystko co przeszedł, by ratować kiedyś honor, a później życie – swoje i najbliższych. Zawsze go lubiłam, a teraz w końcu zobaczyłam jak wygląda i lubię go jeszcze bardziej.

Niech ich dusze będą związane w węzeł życia.

Źródła z których korzystałam:
Archiwum Państwowe w Raciborzu, Centralna Biblioteka Judaistyczna ŻIH’u, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Żydowski Instytut Historyczny, Israel State Archives, Słownik Żydów w Zabrzu, serwis ancestry.com, Jan Delowicz „Gmina Wyznania Mojżeszowego w Żorach 1511-1940. Z badań nad historią miasta.” Zdjęcia współczesne – M.Płoszaj

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Sprawa Brauerów – ciąg dalszy została wyłączona
Maj 16

Abramek z warszawskiego getta i rybnicki „hasiok”

Zdjęcie na 16 maja 2020, gdy został wygumkowany Kazik. Ze zbiorów Imperial War Museum w Londynie.

Dziś ważna data. 77 lat temu Jurgen Stroop wysadził synagogę na Tłomackiem. Dzielnica żydowska przestała istnieć. „Getto warszawskie skończyło swój żywot. Bo tak chciał Adolf Hitler i Heinrich Himmler” (słowa Stroopa). „Trujka” ostatecznie też przestała istnieć, ale to kompletnie inne światy.

Rybnik z warszawskim gettem nie ma wiele wspólnego, za wyjątkiem jednego z naszych ➡ Żydów, który według przekazów tam został wywieziony i ślad po nim zaginął. Może tych powiązań jest więcej, ale niestety nic o nich nie wiem.

Jakiś czas temu znajomy z Tarnowskich Gór, onegdaj kustosz w Imperial War Museum w Londynie, podesłał mi zdjęcie, które znajduje się w zasobach tej placówki.

THE WARSAW GHETTO, OCTOBER 1940-MAY 1943 (HU 60651) A teenage boy in ragged clothes standing by a waste container (produced by the Silesia Steelworks in Rybnik) in the ghetto. Copyright: © IWM. Original Source: http://www.iwm.org.uk/collections/item/object/205395068

Co widzimy na tej fotografii, zrobionej właśnie w getcie?

Stoi chłopak w łachmanach. Śmieciarz. Podarty sweter, spodnie zrobione z resztek szmat, związane w pasie sznurkami. Zresztą gacie też powiązane sznurkami. Ja go nazwałam Abramek. Dlaczego tak? Nie wiem.

Bose, zapewne w zimie odmrożone, brudne nogi. Na głowie czapka, taki kaszkiet, chyba za duży na głowę tego chłopaka. Na szyi coś a la chustka. Dziś powiedzielibyśmy: bandanka.

Ręce obwiązane szmatami schowane jakby w kieszeniach. Coś zawadiackiego jest w tym chłopcu. Czy ma strach w oczach? Raczej nie, choć tego nie widać spod czapki, bo daszek zasłania oczy. Rozchylone, pełne usta. Jest lato, a on ma na sobie wszystkie części ubrania, które posiadał. Jak się faktycznie nazywał? Kim był? Ile miał lat? Czyjś syn, zapewne brat. Dziecko, które walczyło o przetrwanie kilku kolejnych dni, czy godzin zbierając śmieci. Abramek patrzy na fotografa. Zdziwiony? Może. Mały warszawski andrus. Tak sobie wyobrażam, że był łobuziakiem. Że był cwany, bo zmusiło go do tego życie. Że był gagatkiem, bo takie były okoliczności. Że nie umarł od śmierci głodowej, bo nie był Abramkiem frajerem, a Abramkiem huncwotem. Niestety, na prawie 100% jest pewne, że nie przeżył getta. Czy jego końcem była „Mała Stacja Treblinki”? Czy też kulka jeszcze w getcie? A może udało mi się dotrwać do kwietnia 1943 roku i przed śmiercią zdążył kropnąć jakiegoś Szkopa?

Na tym zdjęciu drugim bohaterem jest kubeł na śmieci. Po naszemu, czyli po śląsku, to „hasiok”. Popatrzcie na napis: „ HUTA SILESIA Rybnik”*.

Hasiok solidny, z przesuwnym wiekiem i porządnymi uchwytami. Na pewno wyprodukowany w Rybniku przed wojną, bo jeszcze ma polski napis „HUTA”. Hasiok jako świadek tragedii jednego narodu. Hasiok jako narzędzie pracy, ale i na pewno rzecz, którą się dokładnie sprawdzało w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło pomóc przeżyć następny dzień. Bez względu na to, czy to był suchy kawalątek chleba, czy 20 cm sznurka, czy kąsek hadry**. Śląski hasiok jako przyjaciel Abramka. Czy hasiok przetrwał spalenie getta? Miał na to większe szanse od Abramka.

Kim był autor fotografii?

Radiooperator Willy Georg z Münster urodził się w 1911 r.- zaciągnął się do wojska jako „stary żołnierz”. Był znakomitym fotografem, a podczas służby uzupełniał swoje dochody, robiąc zdjęcia swoim kolegom aparatem Leica. Latem 1941 r., gdy jego oddział stacjonował w Warszawie, fotograf Willy Georg razem z kilkoma kolegami wybrali się z aparatem do getta, by uchwycić życie codzienne.

Georg zużył cztery rolki filmów i rozpoczął piątą, gdy został zatrzymany przez niemiecką żandarmerię. Skonfiskowano jego aparat oraz 5-ty film. Na szczęście nie sprawdzono mu kieszeni, zanim nie został wyprowadzony z getta. Georg opracował cztery pakiety zdjęć i zachował je przez najbliższe pięćdziesiąt lat wraz z innymi obrazami wojennymi. Pod koniec lat 80. spotkał Rafaela Scharfa z Londynu, badacza relacji polsko-żydowskich, któremu dał te zdjęcia, i który opublikował je w 1993 roku w postaci książki- albumu pt. „W warszawskim getcie: Lato 1941”.

Obecnie te fotografie są własnością Imperial War Museum. I tam też jest zdjęcie Abramka, który pamiętnego roku 1941 znalazł się w obiektywie Georga przy hasioku z Rybnika. Niech dusza Abramka będzie związana węzłem życia

*Huta Silesia powstała oficjalnie w 1753 roku. Początkowo funkcjonowała jako typowa huta w Paruszowcu (obecnie dzielnica Rybnika), zajmowała się produkcją blachy oraz tego typu przetwórstwem. Zakład z czasem przechodził z rąk do rąk. Był między innymi własnością Królestwa Pruskiego, znajdował się pod władaniem prywatnych właścicieli, spółek, a po II wojnie światowej znalazł się w rękach państwa polskiego. „Huta Silesia” została zlikwidowana w latach 90. XX w.

** Hadra po śląsku to szmata, gałganek.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Abramek z warszawskiego getta i rybnicki „hasiok” została wyłączona