luty 6

Major Leopold Okulicki, prokurent Otto Attermann i pies

Życie generała Leopolda Okulickiego, żołnierza w czasie wojny bolszewickiej, obrońcy Warszawy, cichociemnego, ostatniego dowódcy Armii Krajowej, zamordowanego przez Sowietów po tzw. procesie szesnastu pod koniec 1946 w więzieniu na Łubiance w Moskwie, można prześledzić na wielu stronach internetowych, zastanawiając się nad tragicznym losem tego bohatera.

Generał, jeszcze wtedy w randze majora, od kwietnia 1930 do czerwca 1931 roku, przebywał w Rybniku jako dowódca batalionu 75 pułku piechoty. Był u nas ciut ponad rok. Ulica nazwana jego imieniem jest bardzo długa i ciągnie się od Chwałowic do Radziejowa. Na domu, w którym mieszkał (wówczas przy ul. Rudzkiej, obecnie to Chrószcza) umieszczono pamiątkową tablicę. Aż tyle, czy tylko tyle? Na mój rozum akurat.

Ze trzy lata temu, natknęłam się na dziwną pamiątkę po pobycie Okulickiego w Rybniku, czyli jego podpis na dokumencie ślubu. Nie własnym, rzecz jasna. Podpisał się jako świadek.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pan młody był żołnierzem. Ale nie! Żeniący się mężczyzna był żydowskim kupcem, czy też raczej wtedy jeszcze pełnomocnikiem jednej z rybnickich firm. Ślub był „mieszany”, gdyż wybranka była wyznania katolickiego. Jeszcze żeby panna młoda była córką jakiejś ważnej persony z przedwojennego Rybnika, to też bym to jakoś zrozumiała. Ale nie! Była to córka ślusarza z Kolonii Emma w Radlinie.

Dlaczego? Jak? Przez jakie okoliczności? Major Leopold Okulicki, wraz z innym Żydem kupcem – Marcelim Steinerem świadkował w styczniu 1931 r. na ślubie Ottona Attermanna, urodzonego w Vítkovicach, czyli w jednym z dzisiejszych obwodów Ostrawy oraz Klary Antonii Lindnerówny, urodzonej w Paruszowcu.
Wykazy płaconych na rzecz gminy żydowskiej podatków, potwierdzają pobyt Attermanna w Rybniku. Nawet jest podany adres zamieszkania, zresztą taki sam co drugiego ze świadków. Obydwaj mieszkali w kamienicy przy ul. Sobieskiego 19. Czyli jeden ze świadków był sąsiadem, co jest dość logiczne, tym bardziej, że Otton nie był „nasz”, więc za dużo znajomych raczej nie miał. Ale skąd wytrzasnął Okulickiego?

Postarałam się poszukać czegoś na temat Ottona. W ostrawskich wykazach adresowych znalazłam sporo Attermanów. Dość szybko udało się ustalić, że jego rodzice zginęli w czasie wojny w obozie koncentracyjnym w Theresienstadt. Gorzej było z namierzeniem pana młodego. Dopiero, gdy natrafiłam na opis tragedii, która miała miejsce pod koniec 1932 roku wyjaśniło się, że Attermann pojawił się w Rybniku jako prokurent firmy „Fr. Mikeska Górnośląski Przemysł Spirytusowy Spółka Akcyjna”. Spółka miała siedzibę pod adresem Rybnik ul. Sobieskiego 19-21. Marceli Steiner, który wraz z Okulickim spotkał się w rybnickim Urzędzie Stanu Cywilnego, by wspólnie poświadczyć zawarcie tego małżeństwa, też był przez pewien czas prokurentem u Mikeski, a od 1928 r. nawet zasiadał w zarządzie spółki. Obydwaj mieszkali w miejscu pracy. Jako ciekawostkę dodam, że sporo Żydów działało w tej firmie, co widać po informacjach o zmianach w zarządzie firmy, która miała swoje filie w wielu miastach na Śląsku.

Może firma Franciszka Mikeski dostarczała gorzołkę dla stacjonujących w Rybniku żołnierzy? Raczej nie da się ustalić powodu, dla którego Okulicki został świadkiem na ślubie Ottona, wyznania izraelickiego i Klary katoliczki.

Wspomniałam o dramacie, który zdarzył się w niecałe dwa lata po ślubie,  małżonkowie wtedy cieszyli się już pierwszym potomkiem. Gdy w prasie rzuciła mi się w oczy klepsydra informująca o śmierci Klary Attermann, zaraz czułam, że coś się musiało stać.

Początkowo przyjęłam, że zmarła przy porodzie syna Petera, bo to wydawało mi się najprostszym rozwiązaniem. W życiu bym nie przypuszczała, że powodem śmierci tej dwudziestopięciolatki był pies. Jak to dobrze, że nasz kronikarz i redaktor naczelny Katholische Volkszeitung – Artur Trukhardt lubił pisać o małych sensacjach i plotkach. Dzięki jego relacji wiem co się stało.

W okolicach świąt Bożego Narodzenia, panią Attermann ugryzł w nogę pies. Dodam, że nie obcy, a swój własny – niby niegroźny. Ponoć pies rozrabiał w mieszkaniu, więc Klara pogroziła mu kijem. Ten rzucił się na nią i dotkliwie pogryzł. Początkowo pogryziona nie przywiązywała wagi do ran, lekceważąc to co się stało. Niestety doszło do zakażenia krwi i młoda kobieta zmarła w strasznych męczarniach na tężec 29 grudnia 1932 r. Nie podano szczepionki, choć już wtedy była dostępna. No cóż… Niewiele się zmieniło od tamtych czasów.

Tu warto dopowiedzieć, że dziennikarz nie omieszkał wspomnieć, iż zmarła po ślubie zmieniła wiarę, ale gdy nadchodził jej kres i zanim „zbladły na zawsze jej usta”, powróciła na łono Boga chrześcijańskiego.

Wdowiec sprzedał owczarka, ale ten już dwa tygodnie później pogryzł trzymającą go na smyczy dziewczynkę w Rydułtowach. Trzech rosłych chłopów nie potrafiło go od niej odciągnąć. Mam nadzieję, że tym razem podano szczepionkę. Swego czasu i mnie też pogryzł wielki pies i dobrze pamiętam jak wyglądała moja ręka po dwóch dniach, gdy zaczęły w niej wyrabiać drobnoustroje tlenowe i beztlenowe. Jako osoba ufająca nauce i lekarzom, przeszłam cały cykl szczepień przeciw tężcowi i wściekliźnie.

Dalsze losy psa, który przyczynił się do śmierci Klary nie są znane.

Co się stało z Ottonem Attermannem i jego synkiem też nie wiem. Mimo naprawdę rozległych poszukiwań nie znalazłam o nich żadnych informacji. W czasie wojny zamordowano drugiego ze świadków – Marcela Steinera. Na szczęście jego żona i urodzony w 1928 r. w Rybniku syn Erno przeżyli. W 1948 r. starali się o wyjazd do Australii.  

Na cmentarzu na Powązkach jest symboliczny grób generała Leopolda Okulickiego, który jako major, 91 lat temu szkryfnął się w rybnickim magistracie na jednym dokumencie. Czy był potem na weselu? Myślę, że tak. Wznosił toast młodej pary wódką z Rybnika 😆

grudzień 27

Stary Rok z Nowym pucharem się trąca

Na koniec Starego Roku będzie dużo staroci. Zresztą tak jak zwykle 😉 Z jaką nadzieją wchodzono w rok 1939? Wierszyk z gazety „7 groszy” jest odpowiedzią:
Stary Rok z Nowym pucharem się trąca,
A ten ma oręż, i tamten jest zbrojny,
Starego chyba nie ma co żałować,
Bo w nim o nie mało nie doszło do wojny.
Czy Nowy będzie pod tym względem lepszy?
Co nam uwarzą dyplomatów kuchnie?…
Myślimy, mówiąc: „Witaj Nowy Roku!” –
„Niechże i w tobie wojna nie wybuchnie!”

A czego życzyli swoim klientom rybniccy Żydzi?
Firma Wohle-Worth prowadzona przez rodzinę Brauer, wchodziła w 1939 r. z dobrym towarem i dostępnymi cenami, radując się prywatnie z powiększenia rodziny, które miało wkrótce nastąpić. Mieszkali i handlowali przy Sobieskiego 11. Max Brauer ze swoją żoną oraz urodzoną w kwietniu 1939 r. maleńką córeczką Ruth, wraz z bratem Lotarem i rodzicami Louisem i Else uciekali wnet przed hitlerowcami na wschód. Wojny nie przeżyli Lotar oraz stary dziadek Louis Brauer.

Eryk Priester prowadzący, wraz ze swoją mamą Olgą, interes po dziadku po kądzieli – Noah Leschczinerze, dał takie ogłoszenie życząc wszystkim swoim przyjaciołom, znajomym i klientom szczęścia w Nowym Roku. Miał sklep przy Sobieskiego 2. Dziś to restauracja „Tu i Teraz” przy Rynku.

Sam, te chwile szczęścia zdołał jeszcze złapać na letnich wakacjach w Krynicy właśnie z matką. Wiosną 1940 r. wywieziono go do getta w Trzebini. Zdołał przetrwać ukrywany przez Polaków, wspomaganych przez nieżydowską pierwszą żonę Eryka. Jego mama Olga niestety została zamordowana. Zresztą tak jak i jedna z sióstr Herta. Dziadek Noah zdążył (jak to brzmi!) umrzeć śmiercią naturalną na początku 1940 r. w Rybniku.

Prosit Neujahr! Od Josefa Kaisera i familii. Mieli sklep tam gdzie dziś możecie kupić gryfne geszynki – też przy Sobieskiego.

Z siedmioosobowej rodziny cudem przeżyły pobyty w gettach i obozach dwie Kaiserówny Erna i Else. Josef, jego żona Flora, trzecia córka Greta, oraz dwaj synowie Hans i Kurt zostali zamordowani w różnych obozach koncentracyjnych.

Firma Aronadych również nie zapomniała o swojej klienteli na przełomie 1938/1939. Tradycja zobowiązywała do opublikowania ogłoszenia z życzeniami. Przed Nowym Rokiem na pewno w ich sklepie – na roku Rynku i Zamkowej (obecnie kawiarnia Lilly) rybniczanie kupowali na potęgę frykasy na zabawy sylwestrowe. 

Współwłaściciel firmy, jak widać ze zdjęcia – miłośnik zwierząt, ➡ Fritz Aronade, został zamordowany 4 września 1939 w Woszczycach. Jego żonę ➡ Hertę z rodu Priesterów oraz córeczkę Werę zadenuncjowali jacyś rybniczanie. Zamordowano je w okolicach 1941 lub 1942 roku. Drugi z współwłaścicieli, ojciec Fritza – Alfred Aronade, zginął prawdopodobnie w Kazachstanie. Losy młodszego brata nie są znane.

By nie kończyć tak bardzo smutno, przedstawię jeszcze ogłoszenie naszego przedwojennego potentata na rynku produktów żelaznych i budowalnych.

Józef Manneberg, bo o nim mowa, życząc szanownym odbiorcom i znajomym wesołego Nowego Roku już miał wszystko w głowie poukładane. Do roli uchodźcy z Polski, jako polski obywatel, choć z niemieckim pochodzeniem, szykował się od prawie dwóch lat, przewidując w swoim analitycznym umyśle co się może wydarzyć. Stary Rok z Nowym pucharem się trąca, A ten ma oręż, i tamten jest zbrojny. Nie wierzył ani armii, ani politykom, ani polskiej propagandzie, a jedynie swojemu rozsądkowi i intuicji. Rodziny starszego syna i córki już wyprawił do Palestyny. Gdy o północy trącał się z żoną i najmłodszym Hansem kieliszkiem szampana, to wiedział, że trzeba będzie przeboleć i to ukochane miasto, i znajomych, i straty finansowe, i ten dorobek, bo życie jest najważniejsze. Życzyli sobie, by się im udało to, co Józef tak skrupulatnie zaplanował. Swoje 65 urodziny, 1 maja 1939 jeszcze obchodził nad, prawie już nie swoimi sklepami, przy Sobieskiego 15. Pełen obaw żegnał wtedy też syna Hansa, który ostatni raz szedł przez Rynek w stronę stacji kolejowej, która była początkiem jego tułaczki/ucieczki. Gdy 22 maja do Rybnika dotarł telegram, że Hanik, bo tak go zwano, dotarł do Tel Awiwu, Józef częściowo odetchnął z ulgą. Wszystkie dzieci były bezpieczne. Od tego momentu działał jak dobrze nasmarowana maszyna i gdzie trzeba było „smarował” kasą, by żaden trybik nie wyskoczył. 6 czerwca odbiór paszportów w Warszawie, 9 czerwca odbiór wiz w Warszawie, powrót do Rybnika przez Kraków, 14 czerwca przekroczenie granicy polsko-rumuńskiej, następnego dnia port w Konstancy i wypływanie do Istambułu, dalej do Aleksandrii, a stamtąd do Hajfy. 20 czerwca brytyjski urzędnik imigracyjny w Tel Awiwie, do paszportów obojga Mannebergów seniorów, wbił pieczątki uprawniające do pobytu w Palestynie przez 3 miesiące. Spełniło się życzenie sylwestrowe składane jeszcze w Rybniku. Na obcej ziemi, która przygarnęła całą rodzinę z Rybnika doczekał wnuków i złotego wesela.

Bądźmy w tym 2022 roku jak Josef mądrzy, rozsądni, przewidujący i kochający swoją rodzinę. Oby nam się udało doczekać złotych, a nawet diamentowych godów. 

(Wszystkie ogłoszenia noworoczne pochodzą z Katholische Volks-Zeitung Arthura Trukhardta z końca 1938 i początku 1939, zdjęcia zaś z archiwów domowych wspomnianych rodzin).

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Stary Rok z Nowym pucharem się trąca została wyłączona
grudzień 3

Grudniowy czas

Przedświąteczny grudniowy czas to chyba najlepszy okres dla handlowców. Tak było i ponad 80 lat temu.

W przedwojennym Rybniku do tego gorącego, choć zimowego, czasu szykowali się głównie ci, których produkty mogły posłużyć za prezenty oraz sprzedawcy delikatesowych specjałów.

Od lat dwudziestych do zakupu słodkości zachęcał Dom Czekolady prowadzony przez rodzinę Königsfeldów, choć głównie przez Marię.

W bezpośrednim sąsiedztwie Domu Czekolady można było zaopatrzyć się w inne niezbędne przed świętami produkty. Znana i niezwykle szanowna firma „Jonas Aronade”, prowadzona przez syna i, od lat trzydziestych, również wnuka Jonasa, tj. przez Alfreda i Fritza polecała na święta orzechy włoskie i laskowe, świeży mak i wszelakie wypieki. Już wtedy panie domu mogły sobie kupić gotowca i nie musiały się obawiać, że ciasto nie urośnie.

Z racji tego, że rodzina Aronadych miała własną palarnię kawy, to rybniczan nie trzeba chyba było przekonywać do odwiedzenia ich sklepu na rogu Rynku i Zamkowej. Przy okazji mogli kupić herbatę, kakao – wszystko tanio, z rabatem.

Też przy Rynku, do zakupu swoich towarów przed Bożym Narodzeniem namawiała firma „A. Böhm”, której głową był Szymon, a pomocnikami jego synowie Gerhard i Kurt.

A po prezenty, w szczególności zabawki, trzeba było udać się na Sobieskiego do braci Brauerów. „Nasza dewiza zadowolony klient” 🙂

A gdy już wsio zostało zakupione, to można było pójść do kina, by zobaczyć największą gwiazdę przedwojennego kina. Aleksander Leuchter, żydowski właściciel Lichtbildtheater, w grudniu 1930 r. zapraszał na „Tajemnicę starego rodu” z Jadwigą Smosarską i Jerzym Marrem.

Post Scriptum.
Nieznane mi są losy Marii Königsfeld. Prawdopodobnie została zamordowana w Holokauście.
Alfred Aronade i jego syn Fritz nie przeżyli wojny. Fritz zginął 4 września 1939 w Woszczycach. Alfred w 1943 roku w Kazachstanie.
Z rodziny Böhm chyba wojnę przeżył jedynie Gerhard.
Lothar Brauer w trakcie ucieczki w 1939 r. z całą rodziną na Wschód, już na terenie Związku Radzieckiego, wysiadł na moment z pociągu, który miał stać przez cały dzień na jakiejś stacji kolejowej w polach. Był cukrzykiem, więc poszedł kupić/poszukać czegoś do jedzenia dla siebie i rodziny. Niestety, pociąg ruszył. Reszty nie muszę dopowiadać. Max, jego mama, żona i maleńka córeczka przeżyli wojnę na Dalekim Wschodzie.
Aleksander Leuchter prawie na 100% został wywieziony do getta w Trzebini. Dalsze losy nieznane.

Słucham radia. Lao Che. „Wojenka”. Niezmiennie: Gdyby do nas przyszła, Skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś, kłamałbym jak popadnie, choć kłamać, córeńko nieładnie. A teraz nowa płyta Spiętego! Jak mogło mi to umknąć w tym roku?! Łał!!! 

Idee są jak złote jaja póty
Póki się nie zrobią zbuki
W założeniu prześliczne
W praktyce diaboliczne

Udanych zakupów. I nie zapomnijcie o boosterze! 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Grudniowy czas została wyłączona
listopad 23

Max Rotter i jego rodzina

Porządkując swoją szufladę z napisem „Manneberg”, czyli wszystkie informacje o tej rodzinie, przyglądnęłam się ponownie telegramom, które z okazji zamążpójścia w 1926 roku otrzymała Rosel Manneberg – córka Josefa, poważanego kupca rybnickiego.

Ten, na który spojrzałam ciut dłużej nadany został przez Maxa Rottera z rodziną. Mało znane w naszym mieście nazwisko. Max też jakoś mi się nie kojarzył z niczym ciekawym. Między Bogiem a prawdą, w ogóle mi się nie kojarzył. Zrobiłam głębokie grzebu grzebu, i… znalazłam akt ślubu Maxa z 1900 roku, który dostałam lata temu od pani dr Ewy Kulik z naszego muzeum. A taki akt to skarbnica informacji. Małżeństwo zawierali: Max, urodzony w Tychach, a zamieszkały w Chemnitz (zagwozdka!), jego wybranka Regina urodzona w Wodzisławiu Śląskim (wtedy Loslau), a przebywająca na stałe w dzisiejszej dzielnicy Smolna, wówczas jeszcze odrębnej wsi za rogatkami miasta. Podpisali się dwaj ważni świadkowie, czyli Leopold Manneberg i Adolf Apt. Teść i zięć. I teraz taka koincydencja 🙂 Panna wychodząca za Rottera pochodziła z rodu Mannebergów i miała na imię Regina. A jedyna córka świadka Leopolda, zarazem żona drugiego świadka Adolfa Apta, też miała na imię Regina i urodziła się jako Manneberg. Obie Reginy Manneberg były więc kuzynkami.

Rok po ślubie małżonkom urodził się pod Rybnikiem pierwszy syn Georg, a w 1905 r. córka Charlotte. Max oficjalnie występował jako Gastwirt oraz Kaufmann w Rybniku-Smolnej. Przynajmniej tak podawano w Rybniker Kreisblatt za rok 1904 i 1905.

Myślę jednak, że już wtedy planował zakup Gasthausu, czy też wręcz hotelu w Mokrem (dziś część Mikołowa) od Wilhelma Czwiklitzera. Gazeta Katolik podała właśnie taką informację, lekko przeinaczając nazwisko Maxa.

Stare pocztówki prezentują bardzo przyzwoity obiekt. Wręcz bym powiedziała: bogaty. Na jego zapleczu ogród z kręgielnią! Zapewne jeden ze stojących przed zajazdem mężczyzn to Max. No i żona z naszej Smolnej i dzieci. Nowy właściciel wiedział jak się zareklamować. Jeszcze przed wybuchem I wojny szukał „dziewczyny do wyszynku”, potem pomocnika handlowego, gdyż oprócz oberży, handlował towarami kolonialnymi, drogeryjnymi i krótkimi towarami żelaznymi.

W czasach, gdy już nie „Smolniok” zarządzał tym geszeftem, pobliski pałac, zachowane do dziś wapienniki oraz wiele hektarów gruntu było w rękach spółki przemysłowej Towarzystwo Górnicze Spadkobierców Georga von Giesche.

Max przez wiele lat prowadził interesy w rozkroku. I w Mokrem i w Rybniku. Na pewno z rybnicką gminą żydowską wiele go łączyło. W naszej synagodze odbyła się uroczystość bar micwy jednego z synów, co skrupulatnie odnotował rabin Nellhaus w 1921 r. Oberżysta z Mokrego widnieje na wykazach płacących podatek w Rybniku i w latach 20-tych i 30-tych. Stąd też niewątpliwie bliska znajomość z Josefem Mannebergiem, z którym był powiązany nie tylko przez żonę. Obydwaj byli reprezentantami gminy. No i handlowali towarami żelaznymi. Zapewne też z tego powodu wysłał powyższy telegram gratulacyjny, który jako ważna pamiątka został zabrany przez Mannebergów, gdy opuszczali Rybnik przed emigracją do Palestyny.

Rotter wymieniany był w Rybniku jako „nie meldowany”, ale jednak odprowadzający tu podatki. Bladego pojęcia nie mam gdzie miał interes w Rybniku, gdyż księga adresowa – bodajże dla 1932 r., wymienia go jedynie z imienia i nazwiska, nie podając niczego więcej. Musiało to być gdzieś na Smolnej, wtedy już dzielnicy miasta.

Składał swój podpis na wielu dokumentach. Był jednym z tych, którzy podatki zatwierdzali.

Gdy zmarł w 1937 r., w naszym niemieckojęzycznym Katholische Volkszeitung ukazało się coś a la klepsydra. Nie wiem gdzie umarł, bo nie mam go w wykazach rybnickich zgonów. Ze słów Trunkhardta można by wywnioskować, że u nas – w Rybniku. Nota bene redaktor bardzo ciepło o nim napisał, zaznaczając, że był lojalnym polskim obywatelem, choć w sumie z urodzenia niemieckim Żydem. Czy do końca prowadził zajazd w Mokrem, to powinni ustalić fachowcy od historii Mikołowa 🙂

Ja tymczasem zajmę się kolejnymi synami Maxa i Reginy, którzy w tym artykuliku zostali wymienieni, jako ci, którzy by studiować dorabiali pracując fizycznie jako murarze. Max był obywatelem polskim, bo pracował w tej części Śląska, która przypadła Polsce, a dwaj jego synowie wybrali inne państwa. Obydwaj urodzili się w Mokrem, rok za rokiem. Starszy Herbert wybrał studia medyczne w Breslau i w tym mieście, aż do wiosny 1939 r., pracował jako lekarz w szpitalu żydowskim. Tam się ożenił w 1936 r. z Käthe Lippmann, córką radcy prawnego. 

Z kolei urodzony w 1908 r. Ernst pod studiach również w Breslau, kontynuował naukę we Wiedniu, a następnie w Paryżu. Po śmierci taty, wszyscy bracia wraz z mamą Reginą opublikowali podziękowania za złożone kondolencje. Zastanawia mnie ten wymieniony, oprócz Wrocławia i Paryża, Rybnik. Żona Maxa musiała u nas nadal mieszkać.

Jej losy, a także najstarszego z młodych Rotterów, lakonicznie opisał w 1955 r. Herbert, który zdołał, na niemieckich paszportach, z żoną wyjechać z Wrocławia do Palestyny. Ze złożonych w Yad Vashem świadectw wynika, iż w momencie wybuchu wojny Regina i syn Georg (mieszkaniec Katowic) przebywali w Iwoniczu Zdroju. Można się domyślać, że nie wrócili na Śląsk, bo się nie dało. Dostali się do Krosna. Herbert orientacyjne podał rok śmierci jako 1943. Jego urodzona w Palestynie (w marcu 1940 r.) córka, żadnej z babć nie poznała. Rodzice Käthe też wojny nie przeżyli. Wtedy, ani Herbert ani jego żona jeszcze tego nie wiedzieli.

Niezwykle intrygujące, zaskakujące i niestety smutne są losy najmłodszego z Rotterów – Ernsta. Gdy na świat przychodziła bratanica, wujek prawnik był w Paryżu. Niewątpliwie, po to by się uratować, zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej (nie był jedynym Żydem z Górnego Śląska, który w ten sposób ocalał). W listopadzie 1942 r. już pomagał Amerykanom. Od wiosny 1943 pracował dla Amerykańskiego Czerwonego Krzyża w Casablance, a kilka miesięcy później został zaciągnięty do pracy przy dowództwie lotnictwa U.S. Po wojnie, po powrocie do Paryża, zaczął pracować dla Trans World Airlines na lotnisku Orly jako szef kontroli ruchu, a następnie jako menadżer odpowiedzialny za „przemysłowe kontakty zagraniczne”.

Urodzony w małym Mokrem Ernst nigdy się nie ożenił. Ponoć był niezwykle lubiany, co chyba potwierdza jego facjata. Taki dobrotliwy wygląd. Koledzy przez lata pamiętali jak przebierał się za świętego Mikołaja z okazji Świąt Bożego Narodzenia dla rodzin pracowników Trans World Airlines France.


A teraz będzie coś dla miłośników latania, czyli na pewno nie dla mnie. Organicznie nie znoszę samolotów, choć masochistycznie oglądam program pt. „Katastrofy lotnicze” 😉 Dlatego też bardzo skrupulatnie prześledziłam losy lotu nr 891.


W piątek, 26 czerwca 1959 roku o godz. 9.15, z Aten wystartował samolot TWA z sześcioma pasażerami. O godz.11.15 wylądował w Rzymie, gdzie nastąpiła przesiadka i lot został wznowiony samolotem Lockheed L-1649A nr N7313C; na pokład przedtem weszło 15 osób, wśród których był i Ernst Rotter. 40 kolejnych pasażerów wsiadło na lotnisku pod Mediolanem. Samolot kierował się na Orly pod Paryżem, skąd wieczorem miał odlecieć do Chicago. Kiedy lot 891 opuścił Mediolan, padał lekki deszcz z niskim zachmurzeniem i pułapem około 2000 stóp, z widocznością około dwóch mil. 

Nad Lombardią grzmiało. Dwanaście minut po starcie załoga poinformowała, że samolot wznosi się na wysokość 10 000 stóp .Ostatni sygnał samolotu został odebrany przez radiolatarnię Saronno o godzinie 16.32. Samolot został uderzony piorunem podczas lotu na wysokości 11 000 stóp nad ziemią, rozpadł się w potężnej eksplozji, stanął w płomieniach i rozbił się na kilka zwęglonych części, rozrzuconych na obszarze pięciu mil.  Wielu świadków widziało, jak samolot spadał w płomieniach. Mieszkańcy maleńkiego włoskiego miasteczka Olgiate Olona i pobliskich wiosek cudem ocaleli. Policja i ratownicy przybyli szybko, ale strażakom udało się ugasić płomienie dopiero około godziny 20.00. Wiadomość o katastrofie odbiła się szerokim echem ze względu na firmę i model samolotu, liczbę ofiar śmiertelnych i ich pochodzenie. Na pokładzie było szesnastu Włochów (wśród nich byli znani biznesmeni i siostra włoskiego noblisty Enrico Fermiego), trzydziestu sześciu Amerykanów, czterech Brytyjczyków, siedmiu Francuzów, trzech Chilijczyków (żona i dzieci chilijskiego konsula w Tokio), jeden Niemiec, jeden Izraelczyk, oraz Egipcjanin.

Ernst z Górnego Śląska był zaliczony do Francuzów. Przybyły na miejsce katastrofy biskup Mediolanu, późniejszy papież Paweł VI, udzielił szczątkom rozgrzeszenia. Następnego dnia rozpoczęło się drobiazgowe badanie zwęglonych zwłok. Wszyscy zginęli na swoich miejscach z zapiętymi pasami – z wyjątkiem małej dziewczynki, którą znaleziono w objęciach jednej z dwóch stewardes. Straszliwy i gwałtowny upadek kadłuba okaleczył ciała ofiar, których szczątki rozrzucone były po całej okolicy, mieszając się z wrakiem samolotu i ziemią. Do liczby 70 ofiar doliczono nienarodzone dziecko jednej z pasażerek.
Po uroczystych pogrzebach w Busto Arsizio we Włoszech, szczątki Ernsta Rottera zostały wysłane do Francji specjalnym lotem TWA 3 lipca 1959, wraz ze szczątkami pozostałych sześciu francuskich ofiar katastrofy lotniczej 26 czerwca 1959.

Ustalono, iż do katastrofy Lockheed L-1649A Starlinera doszło w wyniku eksplozji oparów paliwa zawartego w zbiorniku nr 7, po której natychmiast nastąpiła dalsza eksplozja w zbiorniku nr 6. Uwzględniając sztormowe warunki pogodowe, z częstymi wyładowaniami elektrycznymi, jakie w chwili katastrofy występowały w okolicy, można przypuszczać, że wybuch oparów paliwa zawartego w zbiorniku nr 7 został wywołany, poprzez rury wylotowe, przez zapalenie oparów benzyny wydobywających się z tych rur – przez wyładowania. Aż mnie ciary przeszły na myśl, że musiałabym znowu gdzieś lecieć.

Dr Herbert Rotter stracił kolejną osobę z rodziny 🙁

Każdego roku 26 czerwca w Olgiate Olona przy pomniku, dziesięć flag upamiętnia narodowości siedemdziesięciu istnień i reprezentuje kraje, które zostały mniej lub bardziej bezpośrednio dotknięte katastrofą. Należy zaznaczyć, że dwie dodatkowe flagi, czyli Unii Europejskiej oraz ONZ mają upamiętniać kraje urodzenia ofiar – nie tylko ich obywatelstwo. Chodzi o Grecję, Hiszpanię, Rumunię (tu urodził się Izraelczyk, który zginął w katastrofie), Polskę (to dla naszego Ernsta, choć gdy się rodził Mokre było niemieckie), Rosję, Czechy (Czechosłowację w 1959), Algierię oraz Sudan.

Dr Herbert Rotter, urodzony 18 lutego 1907 r. w Mokrem – wówczas pod Mikołowem, zmarł w wieku 85 lat w Izraelu. Brat Ernst spoczywa gdzieś we Francji. Czy ich zmarły w 1937 r. tata Max został pochowany na nowym cmentarzu żydowskim w Rybniku, na razie nie udało mi się ustalić. Mamę Reginę i trzeciego z braci prawdopodobnie zagazowano w jednym z obozów Zagłady.

Jako miłośniczka piw muszę na koniec pokazać jeszcze to! Ponoć taki trunek warzył Max Rotter w Mokrem, co jakiś czasu temu ujawnili pasjonaci historii Mikołowa. 

Korzystałam z zasobów Centralnej Biblioteki Judaistycznej, gdzie można prześledzić całe życie zawodowe lekarza Herberta Rottera, z Facebooka Miejskiej Placówki Muzealnej w Mikołowie oraz Mikołowskiego Towarzystwa Historycznego, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Izraelskiego Archiwum Państwowego oraz ze strony upamiętniającej tragedię samolotu Lockheed L-1649A Super Constellation Starliner Jetstream.

➡ https://www.olgiateolona26giugno1959.org/EN/1-home-en.html

PS. Ja też nadal przechowuję telegramy ślubne.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Max Rotter i jego rodzina została wyłączona
wrzesień 5

Nadchodzi Nowy Rok! 5782!

Nadchodzi kolejny żydowski rok, a wraz z nim święto Rosz ha-Szana. To jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu żydowskim, przypada 1. i 2. dnia miesiąca tiszri. Zgodnie z tradycją upamiętnia stworzenie świata i człowieka. Rosz ha-Szana rozpoczyna też dziesięciodniowy czas pokuty, który trwa do Jom Kipur. W kalendarzu gregoriańskim są to święta ruchome.
Nie mam pojęcia kto w Rybniku, w dawnych czasach, obwieszczał przy pomocy szofaru początek Nowego Roku. Sądząc z informacji prasowych, głównie publikowanych w Rybniker Kreisblatt, nasi żydowscy kupcy zamykali swoje interesy zarówno w czasie dwudniowego Rosz ha-Szana, jak i późniejszego Jom Kipur, jednego z najważniejszych i najbardziej uroczystych religijnych świąt żydowskich, o charakterze pokutnym.
Życzenia z okazji Nowego Roku drukowała drukarnia Bartelsa.

Obwieszczenia o zamknięciu sklepów dawali wspólne, czasem pojedynczo, a czasem jeden obwieszczał to w imieniu wszystkich.

Większość podpisanych na zbiorowym ogłoszeniu z 1905 r. kupców jest mi znana. To same tuzy naszego biznesu. Warte odnotowania się dwie panie, które samodzielnie prowadziły geszefty w Rybniku na początku XX w. Wśród 28 przedsiębiorców ogłaszających, iż 30 września, 1 oraz 9 października ich sklepy będą zamknięte, znalazły się dwie kobiety. Jedna to Lina Hamburger, pochodząca z Wodzisławia. Nie wiem, gdzie miała swój sklep i co w nim sprzedawała. Nigdy nie wyszła za mąż. Zmarła w Rybniku w 1932 r. w wieku 76 lat, w mieszkaniu Fanny Münzer przy ul. Powstańców Śląskich 1 (wówczas Piłsudskiego). 
Druga z pań, to Thekla Preiss. Parę lat temu próbowałam znaleźć coś na jej temat, gdyż Jacek Kamiński, rybnicki regionalista, piszący książkę o naszym księgarzu Maksymilianie Basiście, natknął się na jej nazwisko. O Tekli wiadomo, że była córką Jakoba i Jenny z rodu Aronadych. Urodziła się w Prima Aprilis 1873 r. Tak więc w 1905, była trzydziestodwulatką, prowadzącą biznes na równi z mężczyznami. W styczniu 1909 r. pochowała tatę, a w czerwcu tego samego roku poślubiła, pochodzącego z Miasteczka Śląskiego, Bernharda Siednera. Ona miała 36 a jej wybranek 39 lat. Z aktu małżeństwa wynika, że prowadziła gospodę, czy też zajazd przy ul. Kościelnej. 

Jak podaje Jacek Kamiński, za profesorem Liburą, w swej książce o Basiście, Thekla wynajęła księgarzowi sklep pod jego pierwszą księgarnię. Ponoć komplementowała Polaka słowami „Sie haben sieben Judenköpfe” (Ma pan siedem żydowskich głów).

Niby nie wiadomo, pod którym numerem Basista miał swój pierwszy sklep. Tym samym niby nie wiadomo, co należało do Tekli Siedner z domu Preiss. Dogłębny research starych gazet wskazuje na to, że chodziło o kamienicę zaraz za ratuszem, czyli o Kościelną 1. Po zamążpójściu interesy przejął mąż i to on już się ogłaszał w gazetach.

A szkoda. Może powodem była jakaś choroba. Thekla bowiem dość szybko zmarła. Wdowiec opuścił Rybnik i przeniósł się do Brzegu, a następnie, po powtórnym ożenku, osiadł we Wrocławiu.
Rybnicki księgarz też zmienił lokal. Nasi żydzi już nie informowali swojej klienteli o nadchodzącym Nowym Roku. Zostały jedynie stare anonse prasowe z końca XIX i początków XX w.

Dobrego 5782 roku Wam życzę!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Nadchodzi Nowy Rok! 5782! została wyłączona
czerwiec 22

O Müllerach i rybnickim browarze

Makabryczny hyc na dworze, poty lecą po karku i po kitach. Jedynym ratunkiem jest ocieniony balkon, nogi w misce z zimną wodą oraz piwo. Po genialnej reklamie Łomży, w wykonaniu Woronowicza, uznałam, że spróbuję. No cóż, reklama boska, piwo takie sobie.
Ale skoro mowa o piwie, to wymyśliłam, że zmierzę się z naszymi browarnikami – Müllerami. Pod kątem genealogicznym, rozległą familię opisała swego czasu, pani dr Ewa Kulik z rybnickiego muzeum w Zeszytach Rybnickich pt. „Rybniczanie”. W necie, ich drzewo prowadzi mój znamienity kolega z Anglii, który ma kapkę müllerowej krwi. Jego babcia przed wojną miała udziały w browarze rybnickim, dzięki skomplikowanemu dziedziczeniu.                             

http://gen.scatteredmind.co.uk/show_person/1255

Tu będzie po mojemu, czyli na podstawie dokumentów z Raciborza, przedwojennych gazet oraz plotek i wspomnień.

Drzewo rodziny jest bardzo skomplikowane i zagmatwane, jak to u Żydów bywało. Zbyt duży upał, bym to Wam wyjaśniała, nawet popijając zimną Łomżę. Pewnikiem jest, iż jednym z pierwszych, który warzył u nas złocisty napój był Jacob Müller, urodzony w 1786 r. Przez to, że żenił się dwa razy, to dorobił się kupy dzieci (14!). Ale to synowie z drugiej małżonki – Karoliny Barber, kontynuowali tradycje ojca. Sam Jacob już w 1841 r. w dokumentach widnieje jako właściciel browaru (przedtem jedynie jako arendarz, czyli dzierżawca). Zmarł w słusznym, jak na tamte czasy, wieku 70 lat i wsio przekazał synom. Jeden z nich – Louis kupił tzw. browar zamkowy, czyli przy naszym obecnym sądzie. Isidor, jako dwudziestoczterolatek założył swój własny browar, a kolejny – Hirsch, bo takie nosił imię przy urodzeniu, objął we władanie przedsiębiorstwo ojca. I to on, znany jako Hermann, najbardziej wpisał się w historię Rybnika. Tu się muszę przyznać do swego nieuctwa. Mam wszystkie rejestry urodzeń żydowskich do 1874 r. i przez długi okres czasu nie potrafiłam w nich znaleźć daty urodzenia Hermanna. Już nawet kombinowałam, że może przyszedł na świat, powiedzmy w Raciborzu. Dopiero pani Ewa Kulik mnie oświeciła. Otóż Hermann został oryginalnie w 1836 roku spisany jako Hirsch. Taka ja niby mądra, a taka jednak tępa.

Hermanna wyobrażam sobie jako fest gościa. I nie mam na myśli tuszy. Na pewno na moje wyobrażenie ma wpływ fotografia, która znajduje się w zasobach Muzeum w Rybniku (jest też przedstawiona w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach). Widać na niej pracowników Hermann Müller Brauerei i jednego, paradnie ubranego, starszego pana, którym niewątpliwie jest Hermann.

Fota datowana jest na rok 1899, czyli gdy Hermann miał 63 lata. Przypatrzcie się tej fotografii. Jest niesamowita. Photoshop nie istniał, a tu takie genialne wplecenie litografii browaru z panoramą miasta (jeszcze bez bryły Antoniczka) w grupę ustawionych pracowników. Jedni siedzą na byczych beczkach, niektórzy beczki dźwigają na ramionach, paru z kuflami piwa, a w tym wszystkim wygumkowana synagoga, która stała dokładnie obok browaru. Być może nie pasowała do reklamowego zdjęcia firmowego. Najbardziej dostojny jest Hermann Müller. Od razu widać, że to właściciel. Siwa broda, futrzana czapa na głowie, na płaszczu kołnierz też z eleganckiego futra. Najbogatszy rybniczanin w tamtym czasie. Radny miejski. Właściciel największego zakładu w Rybniku i wielu innych nieruchomości. Władze miasta musiały się z nim liczyć. Sponsor i donator. To jemu, gmina żydowska, zawdzięczała wybudowanie kaplicy przedpogrzebowej przy ówczesnej Promenadastrasse (dziś ul. 3 Maja). Budynek Bet Tahary, oraz cmentarz, na którym został pochowany, hitlerowcy zniszczyli wiosną 1940 r.

Sam mieszkał w tzw. müllerówce, czyli kamienicy przy ul. Zamkowej, w której od niedawna mieści się Wydział Ksiąg Wieczystych naszego sądu. To po nim zostały, totalnie współcześnie przebudowane, różnorakie hurtownie przy ul. Drzymały za koleją. Miał tam wiele akrów ziemi i stodoły. Mam do Hermanna sporo szacunku. Na jego gruntach, sprzedanych potem przez syna, ojcowie Werbiści założyli ogrody. Był bogaty, ale na mur, tym bogactwem się dzielił z miastem.

Miał swoje punkty sprzedaży w Gleiwitz i Konigshütte.

Gdy patrzę na datę jego urodzin widzę zodiakalnego Strzelca. A to tłumaczy wszystko. Silna osobowość, władczy typ z maksymalnymi siłami witalnymi. Zagadką dla mnie jest chłopczyk, który na fotce z 1899 r. siedzi przed Hermannem okrakiem na beczce. Chłopak musiał być kimś z rodziny, a ja o wnukach wiem wielkie „nic”. Hermann, ożenił się z Linną Prager. Jej mama pochodziła z rodziny Haase i była córką kolejnego z wielkich rybniczan – Efraima Haase. Z kolei ojciec Linny, zarazem teść Hermanna, był założycielem Fabryki Modrych Druków Pragera. Śmiało więc można powiedzieć, że dwóch synów Hermanna i Linny miało geny trzech potężnych rodów żydowskich z Rybnika. A dzieci ze związku urodziło się tylko dwoje. Byli to chłopcy Georg Jacob i Siegfried (w czasach późniejszych, czyli polskich zwany Zygfrydem). Gdy robiono zdjęcie, obaj synowie byli około trzydziestki. Georg na pewno skończył medycynę i mieszkał w Berlinie. Zła jestem, gdyż nic o nim nie wiem, za wyjątkiem zawodu i daty urodzenia (10 grudnia 1866 r.). Dokopałam się informacji, iż jego specjalizacją była ortopedia, a sam doszedł do stanowiska radcy sanitarnego w Berlinie. Dziesiątki nocy spędziłam na poszukiwania jakichkolwiek śladów po nim. Szukanie Müllera w Niemczech to jak szukanie igły w stogu siana. To zbyt popularne nazwisko. Może ten chłopczyk siedzący przed Hermannem, to jakiś syn doktora Georga. Bo na pewno to nie był wnuk młodszego Siegfrieda, co wyjaśnię za chwilę, gdy do niego dojdę.
Piwo rybnickie ponoć należało do przednich i należy bardzo żałować, że nie mamy takiej kontynuacji tradycji browarniczej w naszych mieście, jak ma Racibórz. Po Hermann Müller Brauerei został nam kikut z komina oraz przerobiony budynek dawnej słodowni, który teraz należy do kompleksu galerii handlowej Fokus Park. Nie chce mi się po raz któryś opisywać obietnic Fokusa o mini browarze. Pcińco z nich wyszło. Wracam do Hermanna i, bardziej mi znanego, Siegfrieda. Skoro starszy z braci poszedł w medycynę, to logicznym było, iż ciut młodszy musi przejąć interes taty. To się stało na początku XX w. W międzyczasie inne odnogi Müllerów (po braciach Hermanna) prowadziły pozostałe dwa browary rybnickie, z czego jeden przeszedł po kądzieli w ręce Mandowskich.

O Siegfriedzie Müllerze, urodzonym w 1867 r. różne ploty chodziły. Gdy swego czasu rozmawiałam z sąsiadką, której tata pracował u Müllera, to usłyszałam słowa: „Tata godoł, że on był inny, ale Müllerka była dobro baba. Wziął se ją, by nie godali”. Ciężko jej było wyjaśnić o co chodziło. Naciskałam, pytając o tą inność i okazało się, że mówiono o nim, iż był gejem. Ponoć straszny mruk, dziwak, kochający konie. Cholera wie, czy faktycznie był homoseksualistą. Pewne jest, iż syn Hermanna – Zygfryd, spadkobierca potężnej, jak na Rybnik, fortuny, ożenił się z ewangeliczką, pochodzącą z głębi Niemiec. W dodatku z rozwódką z córką o imieniu Berta. Może, powtarzam może, to faktycznie miało jakoś zamydlić ludziom oczy. Gdy twórca potęgi browaru, Hermann zmarł w 1919 r., jego Siegfried już zarządzał całym przedsiębiorstwem. Dzieci ze swoją żoną nie miał, ale Joanna, dzięki mężowi należąca do elity miasta, wielki wpływ na Siegfrida miała. To za jej namową sprzedał spore pola Werbistom, by mogli powiększyć przyklasztorne włości.

Ponoć przyjeżdżała bryczką do moich rodzinnych Chwałowic, by kupować na święta ryby i drób. Dzieci ją kochały, bo rozdawała cukierki i ołówki i była niezwykle elegancka. Tata mojej sąsiadki był zatrudniony w browarze od 1914 r., by m.in. doglądać koni Müllerów, w tym koni „müllerki”, która uwielbiała jazdę konną po okolicy, czasem pomagał w domu, ale na fotografii dał się uwiecznić przy pompie, która pompowała wodę do browaru z okolic dzisiejszej ul. Wieniawskiego.

Było to już w późnych latach 20-tych. Wtedy Rybnik był polski. Siegfried, wówczas Zygfryd, choć był niemieckim Żydem nie sprzedał wszystkiego i nie wyjechał stąd po podziale Górnego Śląska. Geny kilku rybnickich rodów zatrzymały go w mieście. Wraz z żoną i pasierbicą mieszkał przy ul. Zamkowej, mając swój browar z dymiącymi kominami za płotem. Ojca Hermanna, pochował w 1919 roku, zaraz po Wielkiej Wojnie i dziś możemy się jedynie domyślać, że wystawił mu jeden z większych nagrobków na cmentarzu żydowskim.
Nazwę browaru zachował, nie wciskając się z własnym imieniem, a jedynie skromnie je dodając w pozycji „właściciel”. Konsekwentnie, kontynuował to co postanowił ojciec. Na firmowych drukach, czy reklamach nie było widać synagogi, która stała tuż obok. I tak, jak Hermann działał na rzecz miasta, choćby będąc radnym.

Powyższa reklama pochodzi z 1925 r. W tymże roku, jego pasierbica Berta znalazła sobie wybranka serca. Był nim, pochodzący z Radzionkowa, wówczas sędzia powiatowy w Rybniku – Jan Bonczkowicz. O zaręczynach ogłoszono w prasie, informując równocześnie, iż przyjęcia nie będzie. By poślubić sędziego, pasierbica Zygfryda Müllera, zmieniła religię. Przez lata historycy gadali, iż córka właściciela browaru przeszła z judaizmu na katolicyzm. Dopiero, gdy ze dwa lata temu znalazłam akt ślubu tej pary, wyszło na jaw, że nie była jego córką, a jedynie pasierbicą. No i nie była żydówką, a ewangeliczką jak jej mama i, nieżyjący już wtedy, ojciec.

Mówiono też, że przepiękną willę, położoną przy ul. Pocztowej, Müller wybudował jako wiano dla swej córki. Ani to było wiano, ani jego córka. Sędzia Bonczkowicz, później pracujący jako adwokat i notariusz, kupił ową willę na licytacji. Do ślubu wielce ciekawej pary doszło prawie po roku od zaręczyn, a świadkował ojczym Zygfryd Müller – właściciel browaru.

Gdy przypatrzycie się drobnemu zapiskowi na tym akcie ślubu, to oprócz podpisów pary młodej i świadków, zauważycie małą adnotację informującą o śmierci rybnickiego przedwojennego adwokata, Polaka, męża Niemki Berty, pasierbicy bogatego Żyda. Zmarł w naszym mieście 14 lipca 1940 r. Miał 50 lat. W 1940 r. Rybnik był ponownie niemieckim miastem, w którym najbogatszy nawet Żyd nie miał szans na przeżycie. Na szczęście Zygfryd już wtedy leżał na cmentarzu. Zanim jednak sam zmarł nagłą śmiercią, jego zacna, jak podano na klepsydrze, żona Joanna, ta od koni i rozdawania cukierków, pierwsza odeszła w zaświaty. Została pochowana w Gleiwitz, czyli zagranicą, 31 maja 1932 roku. Prawdopodobnie jej szczątki spoczęły na tzw. cmentarzu hutniczym. Nagrobek do naszych czasów się nie zachował.
Zapewne utrata żony wpłynęła na dziwaka browarnika. Pasierbica miała swoje życie, a Zygfryd, nadal jeszcze w sile wieku, kierował swoim zakładem z, pełnej zakamarków, müllerówki przy Zamkowej. Rodzinną konkurencję dawno wykosił i w Rybniku był monopolistą. Z tamtych czasów pochodziło określenie na zbliżającą się burzę: „w browarze beczki kulają”. Chyba mieszkał tam sam. Zapewne wnętrze kamienicy było paradne. Nie wiem, czy ktoś mi mówił, czy sama sobie wymyśliłam, że było tam ciemno i ponuro i stały bogate meble. Na początku lat trzydziestych Zygfryd, jako „posiedziciel browaru”, najwięcej płacił na rzecz gminy żydowskiej, co łatwo porównać patrząc na wykazy. 

Dawał pieniądze na bezrobotnych, uczestniczył, zapewne przez własnych urzędników, w pojedynkach dobroczynności i dziwaczał sam w wielkim domu. Browar sobie szedł swoim ustalonym torem a rybnickie piwo można było kupić na całym Górnym Śląsku.

Jeszcze krótko przed śmiercią życzył wszystkim dobrego kolejnego roku i starał się inwestować w ziemię.

Czy udało mu się tą ziemię kupić? Kto wie, może. Nie miał spadkobierców w linii prostej. Zmarł nagle. Prawdopodobnie, już martwego Zygfryda, w jego domu przy Zamkowej 5, znalazł księgowy z browaru – Jerzy Piotrowski. Miało to miejsce 26 kwietnia 1934 r. Być może szef nie dotarł do swego kantorku i księgowy poszedł sprawdzić, czy coś złego się nie stało. Ostatni z Müllerów miał 66 lat. O śmierci poinformowała zarówno przybrana rodzina w osobach pasierbicy i jej męża, jak i dalsi kuzyni.

Stosowną informację, jakże pochlebną dla zmarłego, opublikowała w prasie załoga browaru.

Bardzo zaskakująca jest relacja, opublikowana w Sztandarze Polskim, który raczej naszych Żydów po głowie nie głaskał. Wynika z niej, że zmarły musiał być faktycznie dobrym człowiekiem.

Jego pogrzeb zgromadził tłumy. Pochowano go na nowym cmentarzu żydowskim przy ul. Rudzkiej. Tu małe wyjaśnienie. Stary cmentarz (przy ul. 3 Maja) był już wtedy zamknięty dla celów pochówkowych. Tak więc, Zygfryd nie spoczął obok swego ojca Hermanna. Był jednym z pierwszych Żydów, których złożono w kompleksie cmentarnym przy Rudzkiej. Zapewne po II wojnie, gdy w tym miejscu składano szczątki żołnierzy Armii Czerwonej, kości ostatniego rybnickiego browarnika zmieszano z kośćmi młodych Sowietów. O samym pogrzebie ponownie zdał relację Sztandar Polski, znowu zmarłego wychwalając i cytując rabina Kohlberga, który porównał zmarłego do gołębicy wypuszczonej w czasie potopu przez Noego.  

Jest wielce prawdopodobne, że Zygfryd nie sporządził testamentu, bowiem po jego śmierci lista spadkobierców była tak długa, iż browar musiał przekształcić się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Zanim ustalono tych, którzy mieli prawa do majątku ostatniego Müllera, ustanawiano kuratorów.

Na liście udziałowców nie znalazła się pasierbica. Nie ma też na niej brata ortopedy, więc zakładam, że już nie żył. Niektórzy ze spadkobierców mieli np. 1/2160 część spadku i jeden udział w spółce, a niektórzy aż 100 udziałów, dziedzicząc 1/18 po Zygfrydzie. Pojęcia nie mam kim byli Rudolf i Stephanie Behr, którzy otrzymali najwięcej. Poniższy wykaz to tylko jedna z trzech kartek wymieniających spadkobierców.

Dla zwykłych rybniczan śmierć właściciela browaru niczego nie zmieniła. Nadal spotykali się na piwie przy ul. Rynkowej, jak choćby Hans Manneberg, syn innego z Żydów, który też wybrał Rybnik po 1922. Wiosną 1939 zasiadł on z przyjaciółmi przy müllerowym kuflu, być może by się z nimi pożegnać przed wyjazdem do Palestyny.

Z kolei w zakładzie odejście Zygfryda Müllera wiele zmieniło. Zaczęły się problemy administracyjne, personalne, zmiany pełnomocników, zatargi z magistratem, a nawet bijatyki, głównie z uwagi na kontrowersyjną postać niemieckiego zarządcy Maksa Richtera (a jakże – Żyda). Ten ostatni jest wielką nierozwiązaną zagadką, którą mam nadzieję kiedyś uda mi się rozwikłać.

Spółka, jako „Browar Rybnicki” działała w imieniu udziałowców – w większości żydowskich, do września 1939, polecając piwa najlepszej jakości.

No a potem, to już wiadomo. Historii wojennej możecie się domyślać, a powojenną znacie. Teraz w tym miejscu mamy galerię handlową i resztkę komina. Ja mam deskę z krzesła z napisem „Hermann Müller”, zjedzoną przez korniki skrzynkę na piwa z tym samym napisem i jedną flaszkę. Mam też przekonanie, że pasierbica Berta przeżyła wojnę i po wojnie mieszkała, chyba z synem Alfredem, we Frankfurcie. Bo ileż mogło być kobiet wdów o nazwisku Bonczkowicz i imieniu Berta w Niemczech w latach 60-tych? Wyszukałam jedną.

Potomków drugiego z synów Hermanna Müllera nigdy nie znalazłam.
To teraz, w nagrodę, że dotarliście do końca możecie sobie nalać do kufla złocisty płyn. Prosit!

Z poważaniem! 

 

Więcej ciekawostek na forum „Zapomnianego Rybnika” ➡

Ciekawostki o browarach

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania O Müllerach i rybnickim browarze została wyłączona
czerwiec 3

Kino „Górnik” a rodzina Leuchterów

W planach mojej gruby, czyli Zabytkowej Kopalni Ignacy, jest w sierpniu spacer dla rybniczan śladami górniczymi w centrum Rybnika. Wstępny zarys mam na razie w głowie. Pewne jest jedynie to, że cała przechadzka zakończy się przy „Juliuszu” – dokładnie naprzeciw dawnego kina „Górnik”. Onegdaj kultowego DKF’u. Kultowego nie tylko dla mnie. To tam, jako młoda dziewczyna patrzałam z zapartym tchem na „Lot nad kukułczym gniazdem”, to tam pół mojej klasy sikało ze śmiechu, gdy spytałam dlaczego podniósł się stół na jednym z filmów Mela Brooksa*, to tam, jako dziecko zakochałam się w Kirku Douglasie jako Spartakusie, a później w Paulu Newmanie (ten szelmowski uśmiech w „Żądle”!) i to przez to miejsce zawsze bałam się Indian.
Niewielu wie, że dawne kino „Górnik” przy ul. Miejskiej, przed wojną było w rękach żydowskich. Oczywiście nosiło wtedy inną nazwę. Na pewno do września 1938 roku, gdyż wtedy to ukazało się w prasie ogłoszenie informujące, iż „Kino żydowskie przechodzi w ręce Polaka” i zmienia nazwę z „Wanda” na „Świt”. No i w ogóle na pewno to ucieszy społeczeństwo. Widziałam, że kino było w posiadaniu żydowskiej rodziny Leuchterów, ale to była jedyna informacja, którą miałam zakodowaną w głowie. Od paru dni siedzę wieczorami w sieci i swoich plikach, by ustalić coś więcej. Potwierdzenia, by kino zwało się Wanda nie znalazłam. 

Wiele już wiem, choć jak zwykle nie wszystko. Rodzina Leuchterów mieszkała w Rybniku od końca XVIII w – na pewno byli tu w 1789 r. Czyli pi razy oko, prawie 150 lat byli rybniczanami. Sporo. Przyznam, że nie byłam tego świadoma. Jakoś Leuchterowie nigdy mnie nie zainteresowali. Fabian, niech będzie, że to ten pierwszy – ustalony w papierach z imienia – założyciel rodu, w 1812 r. uzyskał obywatelstwo miasta Rybnika. Potem członkowie rodziny przemieszczali się po okolicy, ale zawsze któryś z nich tu mieszkał. Nawet w rodzie, w połowie XIX w. był lekarz o imieniu Alexander, który swą dysertację pisał o zakaźnej chorobie, czyli grypie. W naszych czasach może inny wirus by go zaciekawił. Młodo mu się zmarło niestety.

Pod koniec XIX w. najważniejszym z Leuchterów został Eugen, syn kolejnego Fabiana (nie założyciela). Sam Eugen był z urodzenia gliwiczaninem, ale już jego brat – następny Alexander (nie lekarz) urodził się w 1866 w Rybniku. I obaj bracia działali w naszym, już wówczas powiatowym, mieście. Czym zajmował się Alexander do lat międzywojennych, niestety nie wiem. Ciut starszy Eugen był bardziej zaangażowany społecznie i politycznie, stąd też więcej informacji o nim można znaleźć. Tu muszę wspomnieć, że oprócz braci były jeszcze siostry: Eva, Ernestine, Dorothea i parę innych. Rodzina musiała być w sumie mało żydowska, gdyż jedna z sióstr poślubiła katolika. Eugen prowadził firmę, którą prawdopodobnie przejął po ojcu i, jak to było w zwyczaju, firmował imieniem taty – Fabiana.

Handlował czym się dało. Ale przede wszystkim był syndykiem masy upadłościowej różnych firm.

Żonę sobie znalazł w Nysie. Martha, z domu Brieger, urodziła mu dwoje dzieci – Fritza w 1893 r. oraz Ruth Rose w 1897 roku.

Jako potomek niemieckich Żydów, którzy w tym mieście mieszkali od stu lat, czuł się odpowiedzialny za miasto i działał na jego rzecz jako radny od 1900 do 1911 roku. Był jednym z tych, którym zawdzięczamy system wodociągów miejskich. Do wybuchu I wojny był w kolegium magistrackim. Niestety, ta wojna zabrała mu jedynego syna. Dwudziestodwulatek Fritz Leuchter zginął jako podoficer II kompanii maszynowej 75. pułku piechoty w marcu 1917 r. Na akcie zgonu, wypisanym w rybnickim urzędzie stanu cywilnego w czerwcu 1917 r., nazwisko ojca pomylono, ale za to napisano, że był „kupcem i posiedzicielem dóbr rycerskich”. O jakie dobra chodziło? Nie mam bladego pojęcia. Od razu wyjaśniam, że to kopia oryginalnego, niemieckiego aktu, którą sporządzono już po 1922 r. 

Rok od śmierci Fritza, tj. 18 marca 1918 r., do tego samego urzędu, udał się Alexander Leuchter – brat Eugena. Poszedł tam, by przed urzędnikiem oświadczyć, iż jego starszy brat zmarł tego dnia przed południem, w wieku 59 lat. Martha ledwo co opłakała śmierć syna, a już musiała załatwiać pogrzeb męża. I tu dochodzimy do wyjątkowo ciekawej rzeczy. Otóż z klepsydry, która ukazała się w Schlesische Zeitung wynika, iż ciało Eugena wyjechało za dwa dni z Rybnika koleją do Zittau (pol. Żytawa) Tam, lub w którymś z okolicznych miast, zostało skremowane, gdyż taką informację podały wdowa oraz córka Rosa. Dziś, by dostać się do Zittau wystarczą niecałe 4 godziny autostradą – dzieli nas odległość około 370 km. Wtedy, pociągiem, to była daleka wyprawa, przez Breslau.

Dlaczego tam? Dlaczego kremacja? Dlaczego nie pochowano go w Rybniku?
By rozwiązać tą zagadkę zaczęłam szukać informacji o Żydach z Zittau. Parę lat temu byłam w tym pięknym mieście totalnie przez przypadek. Nawet dotarłam tam na cmentarz żydowski, po uprzednim dogadywaniu się po niemiecku z recepcjonistką w kilkugwiazdkowym hotelu. Niestety, nie znała angielskiego 🙂 Za to moje „szprechanie” okazało na tyle zrozumiałe, że skumała o co pytam i nakreśliła mi drogę dojazdu.

Teraz, w Internetach natrafiłam na strony o miejscowej społeczności żydowskiej, które prowadzą pasjonaci oraz fachowcy z okolic Zittau: ➡ https://www.mazewa.eu/polski/

➡ http://hillerschevilla.de/netzwerkstatt-blog/juedischer-friedhof/mazewa/

Opisałam historię i wysłałam do Zittau. I? I odpisano mi prawie od razu. Zarówno poprzez Fb jak i mailowo. W polskim Internecie to można czekać na odpowiedź do usranej śmierci. A w Niemczech pełna mobilizacja. Zaangażowało się nawet lokalne archiwum. Niestety, żadnych informacji o Eugenie Leuchterze, wywiezionym z Rybnika do Zittau, nie znaleziono. Ale dzięki wspólnemu przeanalizowaniu faktów, doszliśmy do wniosku, że Eugen, jako bardzo zeświecczony Żyd, mógł sobie życzyć kremacji. Na Śląsku to nie wchodziło w rachubę, więc spalono go tam, gdzie to było możliwe. I stąd ta ostatnia podróż. Niestety nie wiem, gdzie spoczęły jego prochy.

Zanim jednak trumna ze zwłokami wyjechała pociągiem, władze miasta, w osobach burmistrza dr. Hansa Lukaschka (przy okazji poczytajcie o nim – ciekawa postać) oraz przewodniczącego rady miasta dr. Hansratha wspomniały Eugena Leuchtera słowami: „Zawsze poświęcał się dla wspólnego dobra i pozostanie z nami w honorowej pamięci.”

Wdowa opuściła nasze miasto i zamieszkała, wraz z córką, w Breslau przy Schillerstrasse 28. W tej samej kamienicy mieszkał krajan, urodzony w Rybniku, Dagobert Bohm. 

Niestety, obie panie nie przeżyły II wojny. Mającą 79 lat, żonę byłego rybnickiego radnego, wywieziono do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt i zamordowano po kilku miesiącach – w grudniu 1942 r. Gdzie deportowano, nigdy niezamężną Rosę, która chyba poświęciła się dla mamy i nie usamodzielniła, tego nie wiadomo.
No i teraz na pewno kombinujecie, co ta historia ma wspólnego z kinem „Górnik”? Ha! Tak już mam, że zawsze rozwijam, a potem cienką nitką spinam różne wątki. Otóż, po śmierci radnego Eugena, po wyjeździe jego córki oraz wdowy po nim, w naszym mieście nadal pozostał brat – Alexander Leuchter.
Prawdopodobnie wtedy mieszkał w kamienicy rodziny Aronade przy Zamkowej 2, bo tam lokują siedzibę firmy książki adresowe. Firma nadal oficjalnie nosiła nazwę „F. Leuchter”. Też imał się różnych biznesów i trwał. Doczekał plebiscytu, zagłosował, ale nie wyjechał, choć na pewno był i czuł się Niemcem. Miał 56 lat, gdy nastała Polska. Zaadoptował się do nowych warunków. Sześć lat po śmierci brata, ponownie musiał pójść do urzędu stanu cywilnego. Tym razem, by zgłosić śmierć wiekowej mamy Huldy. Jak widzicie akt zgonu sporządzono już w języku polskim, a zgłaszającemu urzędnik zamienił w imieniu „x” na „k”, choć sam Leuchter podpisał się „Alexander”.

I wreszcie możemy dojść do kina! Alexander bowiem był tym, w którego posiadaniu było późniejsze kino „Górnik”. Brat dawnego radnego, od początku lat 20-tych, umilał rybniczanom wolny czas i zamawiał najnowsze dzieła polskiej i światowej kinematografii do swojego teatru świetlnego „Pałac” przy ulicy Dworcowej, wnet przemianowanej na Grażyńskiego.

Jak napisała Sheila Skaff w książce pt. “The Law of the Looking Glass: Cinema in Poland, 1896–1939”: „Mimo głosowania w plebiscycie za Niemcami, Aleksy Leuchter, właściciel kina „Pałac” był lojalnym obywatelem polskim”. Coś było na rzeczy, gdyż Leuchter podpadł niemieckiemu redaktorowi Arturowi Trukhardtowi, gdy puścił film o Verdun. Gazeta „Górnoślązak” w 1928 r. informowała: „Właściciel kina pan Leuchter dobrze zrobił, że wyświetlił film „Verdun“, przez co wielu zbałamuconym landsmanom Trunkhardta – jego czytelnikom — otworzył oczy, zwłaszcza tym młodym, którzy pod „Verdunem“ nie byli. Toć każdy uczestnik wojny światowej sam był świadkiem, jak niemieccy żołnierze dźwigali ręce do góry i poddawali się Francuzom lub Anglikom, co ich zresztą nie hańbi.” A może motywacją Aleksandra Leuchtera była chęć pokazania okropności wojny, na której zginął jego bratanek? Trunkhardt być może żydowskiego właściciela kina i krytykował, ale na pewno z przyjemnością brał od niego kasę za reklamy w swym Katholische Volkszeitung. Z drugiej jednak strony, aż tak propolski Aleksy też nie był. Razem bowiem z Truknhardtem złamali wówczas obowiązujące prawo i zatrudniali bezrobotnych Niemców. W kinie akurat chodziło o niemieckiego kasjera.

Nic nie wiem o najbliższej rodzinie Aleksandra. Czas leciał, przeprowadził się w latach 30-tych na ulicę Piasta, zestarzał i chyba zdecydował o sprzedaniu kina. Może myślał o wyjeździe z Rybnika? W prasie ukazało się ogłoszenie o zamiarze wynajęcia kina.

Do zmiany właściciela i nazwy doszło jesienią 1938 r. Antysemicki „Narodowiec” pluł się z radości, publikując z ochotą nowy repertuar kina Świt.

W 1938 r. urywają się wszystkie ślady po Aleksandrze. Miał wówczas 72 lata. Czy któryś z mężczyzn stojących przed kinem to może być on? Raczej wątpię.

Gdy po wojnie, w kinie „Górnik” zakładano Dyskusyjny Klub Filmowy, ulica nazywała się Zawadzkiego. I to tam, na czerwonych, tapicerowanych fotelach nauczyłam się miłości do X muzy, którą na pewno też kochał Aleksander Leuchter. Dziś w tym miejscu można kupić wykładziny. Przed wojną oraz po niej, latała tam młodzież „na film”, bądź „do kina” 😆

Może kiedyś uda mi się ustalić dalsze losy Alexandra oraz to, gdzie złożono prochy radnego Eugena. Kto wie… 

*Jeszcze na końcu wyjaśnienie dotyczące Mela Brooksa i filmu „Nieme kino”. Przy świńskich dowcipach niewiele kumałam w młodości (to mi zostało do teraz), więc nie zrozumiałam dlaczego na widok roznegliżowanej laski, stół przy którym siedziało iluś tam mężczyzn nagle się podniósł. Przyjaciele z liceum mi zawsze mówili: „Za rok ci wytłumaczymy.” Byłam o ten rok od nich młodsza 😆

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Kino „Górnik” a rodzina Leuchterów została wyłączona
kwiecień 18

100 lat temu w Rybniku cz.2

Był 18 dzień miesiąca April 1921 roku. Siegfried Schindler stanął przed swoim sklepem na rybnickim Rynku, by sprawdzić jak prezentuje się wiosenna wystawa. Kątem oka spojrzał na zegar na wieży ratuszowej. Już tak późno? – zdziwił się. Czas dziś zamykać. Za niedługo trzeba będzie pomyśleć o założeniu markiz przed słońcem, by klajdy nie wyblakły. 

Jednak ten czas szybko biegnie. Nie wiadomo kiedy przeleciały te dwa lata od ślubu Edith i Margarethe. Wnet będzie rok od zamążpójścia Getrud. A tu już po zaręczynach Fritza. Wszystko szybko miga, niedawno niby się skończyła wojna, a nadal wszędzie wojsko. Jakie to szczęście, że Hans jakoś przeżył w tym lazarecie pod München. Dobrze, że mnie posłuchał i został dentystą. Na wojnie żołnierzy też bolą zęby. Stary Leschcziner do teraz się nie może pozbierać po śmierci w okopie swego Alfreda. A ➡ dyrektor Katz? Czy kiedykolwiek staną z żoną nad grobem młodziutkiego Günthera? Pani Katzowa aż całkiem osiwiała, gdy przyszła ta wiadomość, że jej osiemnastolatek zginął gdzieś tam w Macedonii. Przy okazji muszę wstąpić do ochronki i przekazać im parę marek na Günther Katz-Stiftung – pomyślał.

Na rynku wiosenny gwar powoli cichł, znudzeni dorożkarze stali pod sklepem Sladkiego, kupcy zamykali swoje interesy, a myśli Siegfrieda przeskakiwały z jednego dziecka na drugie. Na chwilę zamknął oczy i przypomniał sobie jak zamienił bogaty Beuthen na zaściankowy Rybnik. 37 lat już tu mieszka. Przyzwyczaił się, pokochał miasto, a może mu teraz przyjdzie na stare lata się przeprowadzać. Rozmawiał niedawno o tym z Bergerem, który już dosyć często zastanawiał się nad przeniesieniem swego sklepu z obuwiem, który prowadził po przeciwnej stronie Rynku, do Bytomia. Zresztą u Bergerów było ostatnio dużo problemów. Córka wyszła za mąż za wdowca Lilienfelda, którego zmarła żona była od Picków. Siegfried z Markusem Pickiem się przyjaźnił, bo mieli sklepy obok siebie. Prawie obok siebie. Kiedyś oddzielała ich restauracja, do której czasem wstępował. Razem z Markusem zawsze spotykali się w połowie drogi na piwie. Ha, ha. Jego Lina mu te piwo jakoś wybaczała, ale Pickowa woziła się po Markusie. Teraz między nimi był sklep Josefa Gonsiora, a kobiety miały większe zmartwienia od jednego Müllerowego kufla. 

Z kolei z Bergerem był skoligacony, bo sam swoją Edith wydał za mąż za Siegfrieda Bergera. Wolał unikać plotek i nie wdawać się w dyskusje kto ma wychowywać osieroconego przez mamę Iwana Lilienfelda. Pick zaraz miał łzy w oczach na samo wspomnienie zmarłej przy porodzie córki Idy. Nie potrafił wybaczyć zięciowi, że wżenił się w Bergerów. Nie chciał mu oddać wnuka, którego Pickowie wychowywali od dziecka. Picka szkoda, a i Bergera też. Dobrze, że u nas choć takich problemów nie ma – myślał Siegfried. Getrud szczęśliwa z mężem w Glatz, Hans z żoną w München, Margarethe z Herbertem chyba przeniosą się do Breslau. Narzeczona Fritza jest dobrą partią i powinni być szczęśliwi jak już razem zamieszkają w Kattowitz. Miasto piękne, nowoczesne, ma perspektywy, więc i Fritz będzie mieć szanse na dobre interesy. Jeszcze by się wszystko ułożyło najmłodszym – Walterowi i Wilhelmowi, a oboje z żoną będą szczęśliwi i spokojni. Pomachał z daleka Bergerowi, który też już zamykał sklep i w tym momencie przypomniał sobie, że teść córki nie rozliczył się z nim za ostatnią wspólną reklamę.

Jutro z rana do niego pójdzie. Teraz był zbyt zmęczony, a jeszcze musi wszystko wpisać w księgi handlowe i wejść do apteki po proszek od bólu głowy dla żony. Poza tym zauważył, że źle się sprzedają damskie rękawiczki i należy pomyśleć, jak by je szybko upchnąć klientkom.

Minął dorożki, kątem oka patrząc na sikającą fontannę i wszedł do apteki Adlera. Jego żona Lina ostatnio cierpiała na chroniczne migreny. Może to przez te plebiscyty, zagraniczne wojska szwendające się po mieście i plotki o podziale Oberschlesien. Wszystkim się przejmowała od razu widząc najgorsze. Poza tym, jak to matka, cierpiała, że traci kolejnego syna. Bardzo Fritza kochała i nie docierało do niej, że taka jest kolej rzeczy. Matka w pewnym momencie musi oddać syna innej kobiecie.
– Guten Morgen, Herr Adler. Tak. Jak zwykle to samo. Widział pan tych Francuzów? Coraz bardziej się tu panoszą. Już nie wiem, co o tym myśleć.
– Ja, ja. A co zrobimy Herr Schindler, jak tu przyjdą Polacy?
– Lepiej nie myśleć. Żona codziennie mnie o to pyta. Dziękuję za proszki i do widzenia.
– Auf Wiedersehen, Herr Schindler.

Wyszedł z Adler-Apotheke i wolnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku domu. W myślach układał odpowiedzi na pytania Liny o ich przyszłość. Ciężki wieczór go czekał.


Czy tak wyglądał ten kwietniowy dzień sto lat temu w Rybniku? Pojęcia nie mam, ale wiem, że wtedy Siegfried Schindler prowadził sklep z konfekcją w kamienicy przy Rynku. Dziś ten budynek wygląda inaczej. W jego sąsiedztwie, w ratuszu, miał sklep kożusznik Marcus Pick, o którego rodzinie już kiedyś pisałam ➡ Kuśnierz

Na pewno Lippmann Berger handlował butami po przeciwnej stronie. Jedna z córek Schindlera wyszła w 1919 r. za mąż za syna Bergera. Z kolei córka Picka, czyli sąsiada z tej samej pierzei Rynku, zmarła przy porodzie swego syna Iwana, co, bez dwóch zdań, było wielkim dramatem dla rodziców. Zięć, zarazem tata maleńkiego Iwana, ożenił się z inną z córek Bergera, a gdy ponownie owdowiał – z kolejną Bergerówną. Rybnik to była dziura, więc prawie wszyscy byli skoligaceni z wszystkimi. Na pewno też wtedy, 18 kwietnia 1921 r., było po zaręczynach Fritza Schindlera z katowiczanką Elly Brandt.

Informacje o pozostałych dzieciach Siegfrieda i Liny (oficjalnie Karoliny) z rybnickich browarników Müllerów, też są prawdziwe. Syn Schindlerów – Hans – w czasie Wielkiej Wojny służył w wojsku jako dentysta w lazarecie, w tym okresie ożenił się z Alice i został w Monachium. Getrud, po ślubie w 1920 roku Rybniku, przeprowadziła się do rodzinnego miasta męża, pod wielką twierdzę. Tam, na kłodzkim rynku, jej mąż prowadził sklep. Margarethe wydano za mieszkańca Katowic, rodzonego wodzisławianina o nazwisku Ehrlich. Niestety nie wiem niczego o jeszcze jednej córce o imieniu Catharina. Przed ożenkiem byli też dwaj kolejni synowie Walter i Wilhelm.
Najważniejszą informacją jest jednak to, że wszyscy wymienieni opuścili Rybnik, jedni pod koniec 1921, a niektórzy w 1922 roku. Nikt z Schindlerów, Bergerów, czy Picków nie chciał zostać w polskim mieście. Zanim jednak opuścili miasto Schindlerowie obwieścili światu, że ich Fritz, zaręczył się w Katowicach, gdzie już prawdopodobnie mieszkał. Krótko po tych zaręczynach, 3 maja nad ranem, Rybnik prawie cały znalazł się w rękach powstańców. Rozpoczęła się niewypowiedziana wojna. Z racji położenia sklepu, Schindlerowie patrzeli na prowadzonych do ratusza aresztowanych oraz na łopoczącą na wieży polską flagę. Walił się ich stary świat. Być może nawet doszło do splądrowania sklepu. O takowych, wiem z relacji innych Żydów niemieckich mieszkających wówczas w mieście. Zapewne przygotowania do ślubu syna zostały na jakiś czas odłożone.

Doszło do niego ostatecznie w lipcu 1921 roku w Katowicach. Z aktu małżeństwa można wyczytać, że państwo młodzi mieszkali naprzeciwko siebie na początku Beatestrasse, czyli dzisiejszej ulicy Kościuszki. Stara pocztówka przedstawia rogowy budynek z apteką, w którym mieszkał rybnicki Fritz Schindler.

Elly była sześć lat młodsza od Fritza. Choć urodziła się w Strzelcach Opolskich, to dzieciństwo spędziła w Bytomiu oraz Katowicach, bo tam prowadził interesy jej tata – Alexander Brandt. Przejął je po swoim teściu. W polskich już Katowicach Elly urodziła syna Günthera. Prawdopodobnie gdy była w ciąży, jej rybnicki teść, Siegfried Schindler siedział już na walizkach i szukał kupca na swój geszeft na Rynku. 


Siegfried wyszedł przed sklep. Po co kupowałem te markizy? Nikt mi za nie teraz nie zwróci. Lina miała rację. Prędzej czy później nas stąd wyrzucą. Prager już dawno wyjechał. Berger spakowany. Pick w Breslau. Młody Kornblum w Hindenburgu. Aronade ostatnio przed synagogą oświadczył, że zostaje. Może ma rację? Rahmer też znalazł kupca na swój Kaufhaus. Wdowa Altmannowa zapewne pojedzie do Oppeln za córką. Czuł się za stary na zmiany. Dobrze mu tu było przez te wszystkie lata. Wszedł do środka i w kantorku spojrzał na wszystkie pocztówki, na których widać było jego sklep. Kolekcjonował je z dumą. I co mi po nich teraz? Fritz z Elly też nie zamierzają zostać w Kattowitz. Wszystkie dzieci i wnuki gdzieś w świecie. Nic nas tu nie trzyma – powiedział do siebie bez przekonania. Dziś powiem Linie, że się zgadzam i sprzedam sklep. Niech będzie Breslau. Tam już są Edith i Margarete z mężami. Chociaż z Pickiem będę się mógł znowu spotykać. Ze smutkiem wrzucił pocztówki do szuflady. Wyjeżdżamy.


Gdy w sierpniu 1922 r. Rybnik wizytował Piłsudski na kamienicy nie było już reklam Siegrieda, a witryny były zasłonięte.

Zamieszkał w Breslau, gdzie po 8 latach od wyprowadzki z Rybnika, zmarł. Cierpiąca na migreny, Lina z Mullerów przeżyła go o 5 lat i odeszła ze świata w 1935 r. Była świadkiem wieszania swastyk na wrocławskich kamienicach. Z tego miasta w 1941 roku naziści wywieźli do Kowna ich córkę Edith wraz z mężem Siegbertem Bergerem. Oboje, urodzeni w naszym mieście, zostali zamordowani w listopadzie 1941. Na szczęście ich losu nie podzieliła siostra Getrud. Jakimś cudem udało jej się wyjechać z Kłodzka z małżonkiem do Chin. Kilka tysięcy niemieckich Żydów przeżyło wojnę w getcie w Szanghaju. Ostatecznie ta z córek Siegfrieda i Liny w 1947 r. dotarła z rodziną do USA. Syn Hans, dentysta, krótko przed wybuchem wojny wyemigrował z Monachium do Anglii. Jeszcze za życia Siegfrieda Hans zaczął się nazywać Johannes, co bardzo drażniło tatę. I jako ten Johannes został pozbawiony obywatelstwa niemieckiego w 1940. Jakby to miało wtedy dla niego znaczenie.

Kolejna z Schindlerowych dziewczyn urodzonych w Rybniku – Margarete oraz jej mąż Herbert Ehrlich, pod koniec 1938 r. dopłynęli do Chile. Ocaleli. Niewiele znalazłam zdjęć tej rodziny. Ale Małgosię (Gretę) Schindler (Ehrlich) z Rybnika wysznupałam 😆 Greta w 1948 roku starała się o wjazdową wizę brazylijską, bo tam właśnie spotkała się z bratem Walterem, który też zdołał wyjechać z Niemiec do Paragwaju. Od razu wyjaśniam dlaczego na wniosku nie ma jej nazwiska po mężu. Otóż w Chile mężatki po ślubie nadal używają swego nazwiska rodowego, a jedynie dzieci mają nazwisko taty. Choć gdy spojrzycie na podpis Grety, to zauważycie, że użyła tego właściwego.

Z wszystkich dzieci Siegfrieda i Liny Schindlerów z rybnickiego Ringu nie wiem co stało się z urodzonymi u nas Catherine oraz Wilhelmem.
Za to wiem i to bardzo dobrze, gdzie dotarli Fritz oraz jego katowicka żona Elly. Zaręczyli się, jak wspomniałam sto lat temu, potem pobrali, potem urodził się im syn, potem opuścili polskie Katowice, i potem w miarę szybko zrozumieli, co dzieje się w Niemczech. Jako pierwsi z całej familii wyruszyli za morza zaraz po śmierci Liny Schindler. Dotarli do Palestyny 30 grudnia 1935 r.

Fritz w tamtych czasach jakiś taki groźny był 🙂 Za to gdy spojrzy się na Elly, to widać ciepło, delikatność i dobroć. I taką ją zapamiętaj mój znajomy z rodziny Priesterów. W jego rodzinie mówiono na nią „Omy Elly”. Elly po wojnie, jak to napisał, „adoptowała” jego tatę. Tata mojego znajomego z Izraela, urodził się w Katowicach w latach 20-tych, czyli tak jak syn Elly i Fritza. Niestety jego rodzice i brat nie przeżyli wojny. On sam przetrwał kilka obozów koncentracyjnych i po wojnie wyjechał z Europy. Gdy dotarł do Palestyny Elly była tą, która mu pomagała. Sama straciła rodziców w czasie wojny, więc wiedziała co czuje ten osierocony młody człowiek. Uczestniczyła w jego życiu jako przybrana ciocia z Katowic. Górnośląscy Żydzi się bardzo wspierali. Mój znajomy znał ją jako dziecko i wiedział jedynie, że miała powiązania z Rybnikiem. No bo miała – poprzez męża. Gdy posłałam mu w grudniu kilka dokumentów, to zauważył, że zbliżają się jej 120. urodziny. Poszedł więc na cmentarz, by uhonorować „Omy” Elly i jej męża Fritza Schindlera z Rybnika. Elly zostawił na macewie cyklameny. Gdyby nie zadecydowali o wyjeździe raczej grobów by nie mieli.

Elly zmarła w maju 1980 r. wieku 80 lat, tak więc nie dziwota, że jest pamiętana przez mojego znajomego.

Fritz odszedł wiele lat przed żoną. Zmarł w 1958. Na obu grobach są wspomnienia o tych z rodziny, którzy zginęli w czasie wojny. 


Siegfried Schindler po raz ostatni spojrzał na rybnicki Ring, który wnet się miał stać Rynkiem, na ratusz, fontannę, na figurę Nepomucena. Lina go ponaglała. No chodź już. Jedziemy. To już nie jest twoje. Cieszyła się na spotkanie z córkami i wnukami. Breslau to nie jest jakieś „eine kleine Stadt in Oberschlesien”. Schindler odwrócił się w jej stronę i warknął: Skończ kobieto! To było moje miasto. Ja je kochałem. Mnie tu było dobrze. Tu byłem bezpieczny. Tu miałem przyjaciół. Tu byli moi klienci. Żaden Breslau, czy Berlin mi tego miejsca nie zastąpi! Delikatnie włożył do kieszeni kopertę z pocztówkami i ruszył ciężkim krokiem. Był 1922 rok. Rybnik szykował się do zmiany państwowości. 


Kamienica, w której Schindler miał sklep została przebudowana na początku lat trzydziestych. Dawny Ring 17, to dziś adres Rynek 17. 

Dziękuję Doronowi z rodziny Priesterów za fotografie grobów Elly i Fritza oraz za te kwiaty. Korzystałam ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, portalu ancestry.com, zasobów Archiwów Państwowych, Archiwum Państwowego w Izraelu, forum Zapomnianego Rybnika, oraz z własnej wyobraźni.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.2 została wyłączona
marzec 23

Tragedia zapisana na nagrobku

Miałam w Gliwicach zrobić tylko zdjęcie grobu teściów mojego rybnickiego, przedwojennego skandalisty Majera Krakauera. Oczywiście zrobiłam. Ale jak to zazwyczaj bywa, przy okazji czegoś mało istotnego, wyskoczyła z kapelusza, a raczej z nagrobka, jakaś tajemnica.

Grób państwa Hechtów na żydowskim cmentarzu w Gliwicach zachował się w dobrym stanie. Zresztą tak jak i postawiony na nim obelisk. Wynika z niego, iż w tym miejscu, w 1918 roku, został pochowany Josef Hecht, a po 12 latach jego małżonka Valeska. Standard, nic szczególnego, czy pobudzającego wyobraźnię. Co prawda dla mnie każdy nagrobek ma w sobie tajemnicę, bo to czyjeś życie ujęte w nawiasy dwóch dat i nawet takie podstawowe informacje mogą wywołać emocje. No, ale nie każdy tak podchodzi do cmentarzy, czy kamieni nagrobnych i jest to zrozumiałe.

Na macewie małżonków widnieje dopisek, informujący o tragicznej śmierci dzieci Maxa i Rosy Hecht w dniu 30 czerwca 1911 roku, czyli 7 lat zanim umarł pierwszy z tu pochowanych – Josef. Każda śmierć dziecka jest tragiczna dla rodziców. Nie ma znaczenia, czy to dziecko było małe, czy dorosłe i akurat świeżo po ślubie, jak to miało miejsce w przypadku Maxa Hechta, syna spoczywających tu Josefa i Valeski. Napis dodatkowo podaje, iż Max i jego małżonka Rose z domu Riessner utonęli w trakcie rejsu łodzią w miejscowości Arnswalde, dzień po swoim ślubie. Dziś to Choszczono w województwie zachodniopomorskim.

Wróciłam z Gliwic do domu. Lampka została zapalona, więc zaczęłam szukać informacji na temat gliwickich Hechtów, ich syna, „chwilowej” synowej oraz owego wypadku, o którym wzmiankę umieszczono na nagrobku na Górnym Śląsku, choć dramat miał miejsce daleko na Pomorzu.

Pochodzący prawdopodobnie z Imielina, Josef Hecht imał się różnych spraw mieszkając w Gleiwitz. Był dorożkarzem, ale i miał coś wspólnego z piekarnią wytwarzającą macę. Być może i w Zabrzu prowadził sklep. W Gliwicach mieszkał przy dzisiejszej Plebańskiej oraz Jagiellońskiej.

 

Doszukałam się co najmniej szóstki dzieci. Oprócz wspomnianego Maxa, urodzonego w 1884 roku w Gliwicach, na pewno Valeska i Josef Hecht mieli syna Kurta, potem Moritza oraz trzy córki. Co ciekawe, wszystkie córki za mężów wybierały polskich Żydów, choć rodzina była niemiecka. Najstarsza Róża, w Rybniku, w 1920 r. poślubiła Judkę Kupermanna ze Zwolenia. Elfriede, po tym jak szybko została wdową, wyszła za mąż za pochodzącego z Żarek Majera Krakauera i wyprowadziła się z Gliwic do Rybnika. Powinnam dodać, że jej pierwszy mąż też nie był Niemcem i nosił bardzo polskie nazwisko Chrzanowski. Najmłodsza Irma, w moim rodzinnym mieście, zapewne wyswatana przez obie siostry, wówczas już rybniczanki, wzięła sobie za męża rozwodnika – ➡ zegarmistrza z krakowskiego Podgórza, nota bene kolegę Krakauera. Ich losy na ten moment pominę, bo o zegarmistrzu już kiedyś pisałam, a Krakauer jest zbyt skomplikowaną postacią, by go opisać w kilku zdaniach. Ciekawe, jak na tych tzw. „Ostjuden” zięciów reagowała rodzina Hechtów.

Dziś interesuje mnie to, co się stało na wodach jeziora obok Choszczna. Max Hecht znalazł sobie wybrankę daleko od Śląska. I wybrał niemiecką Żydówkę. Tak zresztą, jak i jego bracia. Jego przyszła, zaledwie dwudniowa żona, urodziła się w małym miasteczku Seelow, leżącym ok.70 km na wschód od Berlina. Rosalie pochodziła z rodziny Reissnerów, którzy należeli do nielicznej społeczności żydowskiej w tej miejscowości. Ponoć pod koniec XIX w., czyli za jej dzieciństwa, w Seelow mieszkało, tak pi razy oko, 50 Żydów, z których większość stanowili członkowie jej rodziny. Nie ma się więc co dziwić, że w swoim mieście nie znalazła przyszłego męża. Jak doszło do skoligacenia Maxa Hechta z Oberschlesien z Rosalie Reissner z Brandenburg to tajemnica. Wszystko poszło zgodnie z obowiązującymi wtedy prawidłami i zaręczyny ogłoszono w gliwickiej prasie w grudniu 1910 roku.

Zgodnie z kolejną tradycją ślub został zawarty w rodzinnej miejscowości panny młodej. Akt małżeństwa wskazuje na kolejną profesję taty Maxa. Josef Hecht w czerwcu 1911 roku był handlarzem końmi. I to tłumaczy „Ostjüdisch” zamążpójścia dwóch jego córek. Judka Kupermann oraz Majer Krakauer też handlowali końmi. Świadkami zawarcia tego górnośląsko-brandendurskiego małżeństwa byli lokalsi, czyli brat panny młodej oraz rzeźnik z Seelow.
28 czerwca 1911 roku Rosa i Max odpowiedzieli twierdząco na pytanie czy chcą się pobrać. Urzędnik stanu cywilnego z Seelow to oświadczenie przyjął, a państwo młodzi myślami byli już w podróży poślubnej.

Arnswalde, czyli dzisiejsze Choszczono było przepiękną miejscowością położoną nad jeziorem Klückensee. Dlaczego akurat tam pojechali? Może ktoś im polecił ten urokliwy zakątek, a może ktoś z rodziny miał tam jakieś powiązania biznesowe. Na starych fotografiach i pocztówkach z Arnswalde widać łodzie na jeziorze, przystań, plażę, molo, łabędzie, piękną zabudowę, elegancką promenadę i lasy. Jak podają internety, późniejsze Choszczono było jednym z bardziej zniszczonych miast na Pomorzu. W 1945 r. 80% tej miejscowości legło w zgliszczach. Gdy Max Hecht i jego młoda żona rozpoczynali swoją Hochzeitsreise wyglądało tak.

Może zatrzymali się w Hotelu Ladisch przy Rynku naprzeciw przepięknej fontanny z postacią żniwiarki. Przyjechali z Seelow zmęczeni, w końcu to było ponad 120 km. Arnswalde na pewno ich zauroczyło. Zobaczcie sami, jakie było piękne, co pokazuje kilka filmów stworzonych ze starych zdjęć. 

Rejs łodzią kusił. Zginęli dwa dni po swoim ślubie. Utonęli. Nie wiem, czy wyłowiono zwłoki. Jeśli je wyłowiono, to gdzie zostali pochowani? W Choszcznie? A może w Seelow?

Po samej tragedii, w śląskiej prasie, ukazała się klepsydra podpisana przez rodziców oraz rodzeństwo.

Jedyną wzmiankę prasową na temat wypadku znalazłam w Nowinach Raciborskich. Co prawda Nowiny na początku lipca 1911 r. napisały o Szprewie pod Berlinem, ale wszyscy dobrze wiemy, że prasa przeinacza fakty.

Po latach, na nagrobku państwa Hecht w Gliwicach, kamieniarz złoconymi literami dopisał wzmiankę upamiętniającą ich syna oraz synową.
Josef Hecht zmarł w 1918, a Valeska w 1930 roku.

Valeska na pewno strasznie przeżyła śmierć swego syna. Potem pochowała męża, a pod koniec 1921 r. zięcia. Jej owdowiała córka Frieda, stojąc nad trumną męża, nosiła pod sercem syna. Pogrobowiec Adolf, syn Adolfa i Friedy, zarazem wnuk Valeski i Josefa Hechtów, urodził się w Gliwicach na początku czerwca 1922. Niewiele wiem o innych wnukach Hechtów, ale ten na pewno wojnę przeżył. Wiele lat temu pisałam o jednej ➡ Mariannie Hecht, i teraz, przy okazji tej historii, doszło do mnie, iż owa ocalała Marianna też była wnuczką gliwickich Hechtów. No, ale to już są historie związane z moim Rybnikiem, ojczymem Adolfa – Majerem Krakauerem, II wojną i powojennymi tajemnicami, a nie z nagrobkiem w Gliwicach, czy śmiercią Maxa i Rosy Hecht w wodach jeziora Kluki. Jedno jest pewne. Gliwiccy Hechtowie mieli wiele powiązań z Rybnikiem i będę w tym jeszcze drążyć. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Tragedia zapisana na nagrobku została wyłączona
luty 7

100 lat temu w Rybniku cz.1

Ten rok będzie na Górnym Śląsku szczególny. W marcu będziemy obchodzić setną rocznicę plebiscytu. Potem, na początku maja, na pewno wszystko będzie się kręcić wokół wybuchu III powstania śląskiego, a jesienią dojdzie kolejna data, czyli 100 lat od decyzji dzielącej Śląsk na dwie części. Większość tych, którzy się będą wypowiadać, będzie pleść narodowe farmazony o patriotyzmie, zbrodniach, walce, dzielnych powstańcach, politycznych uwarunkowaniach i zwycięstwie.
Ani ze mnie historyk, ani fachowiec od powstań, ale swoje zdanie na temat tego, co się wtedy działo mam. Nie mam zamiaru się z nim dzielić, bo dziś na wszystko jest jakiś paragraf. Przymierzę się za to do opisania tych czasów z perspektywy niemieckiej społeczności żydowskiej, która mieszkała w Rybniku i musiała zadecydować, czy nadal tu zostać, czy też wszystko sprzedać i wyjeżdżać. Może mi wyjdą z tego jakiś 3 artykuły. Zobaczymy.
100 lat temu o tej porze już wszyscy wiedzieli w jaki sposób będą głosować i kto będzie do tego uprawniony. Obie strony zaostrzały akcję propagandową, konflikty narastały, a zwykłe rodziny, mieszkające tu od pokoleń, na pewno wieczorami analizowały co przyniesie ten 1921 rok. Prasa, jak to prasa, podkręcała atmosferę, więc mimo zimy było gorąco. 

Rybniccy Żydzi mieli tu sklepy, domy, tu się urodzili, tu brali śluby i wychowywali dzieci. Rybnik był ich Heimatem. Maleńkie miasto na rubieżach wielkiego państwa niemieckiego. Wielu z nich ledwo co wróciło z wojny. Powoli zaczynali odbudowywać swoje interesy, a tu znowu wyrastały przed nimi problemy. Jak choćby przed wielokrotnie przeze mnie opisywanym Josefem Mannebergiem, urodzonym w Rybniku w 1874 r. Bił się za Niemcy na terenie Francji i Belgii. Gdy szczęśliwie wrócił uznał, że po wojnie nastąpi boom budowalny i właśnie dlatego zaczął rozwijać swój handel żelazem i materiałami budowlanymi. Na początku 1918 r. urodził mu się najmłodszy syn i miał dla kogo zaiwaniać. To był mądry i przewidujący człowiek i równocześnie bezkonkurencyjny kupiec. W jego domu przy Sobieskiego 15 toczyły się spory, czy zostać, czy może wyjeżdżać. Niedługo po podziale Śląska, wraz z zięciem i najstarszym synem, Josef wyjechał na rekonesans do Palestyny. Tam kupił spory kawał ziemi, ale wrócił. Za bardzo kochał Rybnik. Został tu aż do maja 1939 r., bo tak zadecydowali członkowie rodziny w prywatnym referendum przeprowadzonym w kamienicy przy ówczesnej ulicy Szerokiej (dziś Sobieskiego). 

Jeden z bogatszych w Rybniku – Felix, ostatni z Haasych, na czas zawirowań lat 1919-1920 wywiózł swoją rodzinę do Lipska. Czas pokazał, iż źle zrobił, że ich tu znowu sprowadził z powrotem pod koniec 1920. Na razie też starał się pracować i rozwijać ponad 150-letni biznes rodzinny. Jeszcze w czasie wojny przekształcił go w spółkę akcyjną, a zaraz po jej zakończeniu otworzył filię w Lubece. Zgodnie z prawem publikował wyniki finansowe „F. Haase Lederfabrik Akt.-Ges. in Rybnik”. Synowie Felixa dorastali i coraz bardziej angażowali się w sprawy polityczne, bo Niemcy to był ich kraj. Felix na pewno pisał listy do Berlina siostry i opisywał jej nastroje bratanków.

Młody Alfred Glücksmann, zdolny gimnazjalista chadzał po mieście i fotografował swoim nowym aparatem ludzi i miejsca, nie zdając sobie wtedy sprawy, że po stu latach, jego zdjęcia będą niesamowitym świadectwem tamtych czasów. Jak choćby ta fotografia przedstawiająca róg Rynku i ulicy Zamkowej oraz jakiś wiec, czy też propagandowe spotkanie.

Ciekawość zagnała Alfreda na ówczesny Neuer Ring (dziś Plac Wolności) w trakcie nieokreślonej manifestacji, bądź marszu zwolenników którejś ze stron.

W rodzinie Kornblumów Max wadził się ze swoim bratem Martinem, o to czy należy tu zostać, czy też iść w ślady młodszego Alfreda, który jeszcze przed I wojną opuścił Śląsk. Mieli dzieci i chcieli dla nich jak najlepiej. A czy ewentualna wygrana Polski w plebiscycie miała im gwarantować to „najlepiej”? Zapewne bracia przewidywali wiele zagrożeń jakie miały im przynieść najbliższe lata, ale nawet w najgorszych snach nie przyśniło im się, że z tej wielkiej rodziny, ponad 30 osób zostanie zamordowanych za około 20 lat. I to nie przez Polaków, a przez tych, po których stronie zamierzali stanąć w 1921 r. Na razie jednak zapalali szabatowe świece w swoich mieszkaniach przy Kościelnej i cieszyli się z tego, że udało im się przeżyć Wielką Wojnę. 

U Pragerów takich rozterek związanych z wyjazdem czy pozostaniem nie było. Większość z nich już opuściła Rybnik. Po śmierci nestora Abrahama w 1914 r. jego synowie i córki powoli zaczęli się wyprowadzać. Emil, mimo że przepięknie przebudował swój dom towarowy na Rynku, to wkrótce sprzedał go Leschczinerom. I choć nadal jego nazwisko widniało na reklamach, to sam już mieszkał w Berlinie. Reszta braci i kuzynów też siedziała na walizkach i przenosiła geszefty w głąb Niemiec. Ogłaszający się w prasie Lippmann Berger też planował opuszczenie Rybnika. Jeszcze wtedy nie wiedział, że jego rodzina przeniesie się do Bytomia.

U Leschczinerów też nie za bardzo wiedzieli co zrobić. Tym bardziej, że na wojnie zginął najstarszy z synów Noah – Alfred. Pierworodny miał przejąć po ojcu całość biznesu, ale Wielka Wojna go zabrała. Kolejny z braci po studiach osiadł w Berlinie, a Noah nie był za tym, by stąd się wyprowadzać. I jego za dużo go z Rybnikiem łączyło. Tu był poważany, tu miał wnuki i rozległe interesy. Myślę, że tłukł do łba trzeciemu z męskich potomków oraz córce, a także reszcie rodziny, że trzeba będzie się jakoś z Polakami dogadać i nie wolno tego małego Heimatu opuszczać. Został tu do końca, czyli do swej śmierci na początku 1940 r.

Altmannowie, sąsiedzi Leschczinerów, nie mieli wątpliwości. Trzeba będzie wyruszyć w daleki świat. Luise Altmann, po ślubie z ówczesnym rybnickim rabinem Braunschweigerem, wyjechała za mężem, gdy ten dostał posadę rabina w Opolu w 1918 r. Jej mąż był jednym z tych, którzy bardzo mocno agitowali za niemieckim Śląskiem. Nie dziwota więc, że i reszta rodziny Altmannów, a w większości to były przedsiębiorcze kobiety, zbierała się do opuszczenia miasta, które mogło przypaść Polsce. Adam Przybyła już zbierał kasę, by kupić jedną z większych kamienic na Rynku.

Gdy już jestem przy rabinach, to należałoby przywołać tych dwóch, którzy na krótko zawitali do Rybnika przed plebiscytem. Po rabinie Braunschweigerze przez niecały rok (1919-1920) urzędował w moim mieście dr Arthur Rosenthal. Następny, czyli dr David Dagobert Nellhaus dotarł do nas w październiku 1920 r. Analizując jego lakoniczne zapiski w malutkim notatniku, można przyjąć, że w połowie czerwca 1921 już go u nas nie było. Jego rabinat był więc bardzo krótki. Przypadł na czas głosowania oraz III powstania śląskiego. Organizował posiłki koszerne dla przybyłych głosujących czyli tzw. emigrantów, o czym informowała gazeta Judisch-Liberale Zeitung. Uczył niemiecką młodzież, prowadził nabożeństwa w synagodze, zgodnie z publikowanym wówczas w prasie porządkiem i był tym, który odprowadził na cmentarz syna Felixa Haase – Rudolfa, zamordowanego przez powstańców w maju 1921.

W unikatowym skorowidzu Nellhausa, pod literką „P” zapisał kilka ważnych uroczystości, które miały miejsce w tamtym czasie w rodzinie Priesterów. Dwie bar micwy, dalej 80-te urodziny głowy rodu – Adolfa Priestera pod datą 28.II.1921. Bystre oko zauważy, iż niedługo potem rabin wpisał informację o pogrzebie Adolfa, który zmarł 30 kwietnia, kilka dni przed wybuchem trzeciego zrywu Ślązaków.

Wydaje mi się, że jedynym, który nie kombinował czy wyjechać, czy też zostać był Siegfried Müller, wówczas już pełnoprawny właściciel browaru. Jego wiekowy tata Hermann odszedł jesienią 1919 r. gdy jeszcze nikt na poważnie nie brał pogłosek o ewentualnym podziale Górnego Śląska. Siegfried był mocno związany z miastem, bowiem jego browar to był wówczas najważniejszy zakład produkcyjny. Uważam, że nie rozpatrywał jego sprzedaży i wyprowadzki, mimo że kuzyni pozbywali się udziałów w pozostałych dwóch browarach i praktycznie już tu nie mieszkali. Tyrający po mieście Alfred Glücksmann utrwalił na kliszy prosperujące przedsiębiorstwo browarnicze Siegfrieda i przy okazji wielką kamienicę na roku dzisiejszej ulicy Chrobrego i 3 Maja.

Miasto powoli się szykowało na 20 marca. Prasa w lutym podawała informacje o okręgach, w których można było sprawdzić, czy się jest na liście do głosowania, ewentualnie do niej dopisać. Instruowano jak powinny wyglądać karty legitymacyjne i straszono zbrodnią narodową. Jakie to znajome 😆 

Nadal działały wszystkie sklepy, szukano pracowników, a Siegfried Schindler, rybnicki kupiec z Rynku już planował zaręczyny syna Fritza z katowiczanką Elly Brandt. Ogłoszono je oficjalnie kilka dni po plebiscycie. Mimo napięcia wszystko jakoś funkcjonowało, choć po mieście krążyły obce wojska rozjemcze i napięcie wyczuwalne było na każdym rogu. Wyborne Salemy oferowane przez Rudolfa Aronstamma palono przy każdej dyspucie politycznej. 

Był luty 1921 roku. Wszędzie leżał śnieg. Alfred Glücksmann wraz z przyjaciółmi cieszył się z zimy i aparatu fotograficznego, który niedawno dostał w prezencie. Wieczorami dorośli rozpatrywali ewentualność wyjazdu, a młodzi łowili ich słowa i zastanawiali się, czy ich przyjaźń przetrwa te ciężkie czasy.

Dalszy ciąg tej opowieści nastąpi 🙂

Korzystałam ze starej prasy, którą można znaleźć na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, Kolekcji Nellhausa w Instytucie Leo Baecka oraz albumu rodziny Glücksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.1 została wyłączona