29 marca 2025

„Brakujący fragment czasoprzestrzeni”

Strefa Rzeczna, tj. kwartał pomiędzy ulicami Hallera, Pocztową i Raciborską oraz Nacyną, to obecnie jedno z ładniej zaprojektowanych i przeobrażonych miejsc w Rybniku. Przechodząc lub przejeżdżając ul. Hallera obok uratowanych budynków dawnej rzeźni i patrząc na starą oraz nową cegłę po obu stronach tej ulicy zastanawiam się, dlaczego obecnie ludzie wszystko obklejają styropianem i strukturalnych tynkiem. Surowa faktura i niezwykłe barwy tego, popularnego od wieków, materiału budowlanego chyba lepiej się sprawdzają w przestrzeni miejskiej. 

W Rybniku cegła kojarzy mi się m.in. z neogotykiem kościoła św. Antoniego, familokami w Chwałowicach i przy kop. Jankowice, kopalnią „Ignacy”, starostwem, szkołą przy Cmentarnej, kamienicą Rospenków, zabudowaniami na tzw. Martynowcu, budynkiem poczty, dawną Potacznią przy Raciborskiej, kampusem, zabudowaniami szpitala psychiatrycznego czy kompleksem dawnej Huty Silesia i jej osiedlem. Wszystkie wymienione przeze mnie obiekty mają grubo ponad 100 lat. Pochodzą z okresu, gdy Rybnik zaczynał się industrializować, i walczyć o znaczące miejsce na mapie Górnego Śląska, a mieszkający tu ludzie chcieli, by ich miasto się rozwijało i piękniało.

Jednym z nich był żydowski fabrykant Abraham Prager (1835-1914). Był rybniczaninem z krwi i kości. Kochał to miasto. Tu się urodził, tu pracował, tu miał rodzinę i tu umarł. Przez większość swego dorosłego życia angażował się w sprawy publiczne na każdym możliwym polu. Po ojcu przejął farbiarnię oraz fabrykę modrych druków, której zabudowania stały właśnie przy obecnej ul. Hallera – tam gdzie dziś mamy Galerię Sztuki Rzeczna oraz gdzie stoi budynek tzw. telekomunikacji. Bez wątpienia, gdy powstawała fabryka Pragerów (połowa XIX w.) i gdy potem sukcesywnie była rozbudowywana korzystano z wypalanej w okolicznych cegielniach cegły.

Niedawno, podczas prac ziemnych przy planowanym parku rzeźby, odkryto resztki zabudowań fabrycznych, w tym m.in. ceglaną posadzkę jednego z budynków. Może mieć ok. 140-150 lat, gdyż obiekt ten jest widoczny na mapie z 1904 r., a intensywna rozbudowa fabryki przypadła na początek lat 80. XIX w. Wtedy fabryka Pragera zatrudniała pond 100 osób i miała swoje przedstawicielstwa w Berlinie, Kolonii, Wrocławiu, a nawet w Londynie. Specjalizowała się w blaudruku, czyli druku niebieskim. To technika druku i farbowania tkanin z użyciem substancji rezerważowej oraz indyga jako barwnika. Jej ówczesny właściciel Abraham Prager przez ponad 30 lat był radnym miejskim. Jedną z ważniejszych jego inicjatyw, z punktu widzenia bezpieczeństwa miasta i rybniczan, było zwołanie w 1875 r. zebrania mieszkańców w celu powzięcia decyzji o powołaniu „Towarzystwa Przeciwpożarowego i Ratunkowego”. Wraz z czterema innymi obywatelami (w tym burmistrza Fuchsa) żydowski fabrykant został inicjatorem powstania, w miarę profesjonalnej, straży pożarnej w naszym mieście. Przez lata był potem członkiem zarządu tego towarzystwa.

Działał w Rybnickim Towarzystwie Upiększania (miasta) oraz Komisji do spraw Promenady. Tak nazywano obecną ul. 3 Maja, tj. trakt wiodący od Nowego Rynku (Plac Wolności) w kierunku Hazynhajdy, czyli parku miejskiego, gdzie jeden z pagórków, zresztą przy alejce Haasego (fundatora parku), został nazwany Wzgórkiem Pragera. Z racji pełnienia funkcji radnego był w komisji do spraw wymiaru podatków i prezesem zarządu gminnej kasy oszczędnościowej. Kolejną instytucją, w której prace się angażował to lokalna kasa chorych, gwarantująca ubezpieczenie zdrowotne tutejszym pracownikom. Wspierał finansowo uczniów z biednych rodzin i założył fundację dla pragnących się kształcić młodych dziewczyn
Gdy postanowiono, że żydowski sierociniec zostanie wybudowany w Rybniku, został jednym z jego głównych donatorów i zapłacił za, nomen omen, cegłę. Tę niestety utraciliśmy, gdyż ochronka, która później przez lata służyła jako szkoła muzyczna, została rozebrana. Choć słyszałam, że tę rozbiórkową cegłę częściowo wykorzystano przy remoncie kościoła św. Antoniego. W tym momencie muszę napisać, że Abraham Prager był ofiarodawcą dwóch wielkich kobierców: jeden położono przed głównym ołtarzem Antoniczka a drugi w kaplicy Juliusza. 

W uznaniu za wszystko w 1906 r. został odznaczony Orderem Królewskim Korony klasy IV przyznawanym przez cesarza Niemiec. Na jego urodziny para książęca z pobliskich Rud zawsze wysyłała listy gratulacyjne, a jego śmierć w 1914 r. pogrążyła w żałobie nie tylko rodzinę, ale i pracowników, z których wielu pracowało w fabryce ponad 25 lat. Potomkowie na początku lat 20. wszystko sprzedali i wyjechali z Rybnika.

Grób Abrahama Pragera nie przetrwał II wojny. Fabryki też już nie ma. Jej budynki (widoczne jeszcze na zdjęciach lotniczych z roku 1959 i 1975) stopniowo wyburzano. Może jedynie na jakimś strychu mole zjadają resztki starej modrej tkaniny. 

Kilka lat temu na fasadzie parkingu wielopoziomowego odsłonięto tablicę upamiętniającą tego znamienitego rybniczanina. A teraz ukazał się ceglany fragment przestrzeni dawnej farbiarni. „Brakujący fragment czasoprzestrzeni” – tak nazywa się rzeźba Adolfa Ryszki, która stanie w planowanym parku. Cieszę się, że te kilka metrów kwadratowych ceglanej podłogi zostanie uratowanych, by nam przypominać o czasie, który sprawia, że przestrzeń się zmienia. W przypadku „Rzecznej” – na lepsze.

 

23 lutego 2025

Najwyższa przy rybnickim Rynku

Przy południowej pierzei naszego Rynku stoją cztery kamienice, z których dwie należały do żydowskiej rodziny Aronadów. Pierwsza od lewej, przylega do ul. Zamkowej i ma numer przypisany właśnie do tej ulicy. Jej sąsiadka, obecnie jest najwyższym (poza ratuszem) budynkiem przy centralnym placu Rybnika. Jeszcze na początku XX w. była to niepozorna i stosunkowo mała kamienica, która niczym specjalnym się nie wyróżniała.
Zapewne w wyniku ustaleń rodzinnych należała do najmłodszego z synów Jonasa Aronadego, tj. do Adolfa. Adolf, podobnie jak starszy Alfred, był szanowanym kupcem prowadzącym swoje interesy w kilku miastach na Górnym Śląsku. Cztery lata po swoim ślubie, który zawarł jako dość dojrzały człowiek (miał ponad 37 lat) postanowił rozbudować kamienicę przy Ringu, być może by przenieść się do niej z żoną i małą córeczką Doris. Kto wie, może to żona Clara nalegała na wyprowadzkę z kamienicy szwagra przy Zamkowej.
Nie miał zbyt dużo możliwości, by niepozory budynek przebudować na paradny Kaufhaus, jak to zrobił w tym samym czasie inny żydowski kupiec – Emil Prager. Wiedział, że ogranicza go powierzchnia działki i sąsiedzi, więc po naradach z mistrzem budowlanym, którym mógł być P. Martiny bądź G. Wenzlik zadecydował, że jego dom będzie najwyższy. Nie dało się wszerz, więc rozbudowano dom wzwyż. Od 1912 r. na naszym Rynku stoi wysoka i wąska kamienica, która wygląda jakby ją przeniesiono z Amsterdamu. Strzelisty budynek zwieńczony mansardowym dachem uzyskał wtedy nową, jasną elewację doskonale widoczną na pocztówce z ok. 1914 r. Kupiec szukając najemców informował, że budynek jest wyposażony w centralne ogrzewanie i ma wszelkie udogodnienia do prowadzenia interesu oraz do mieszkania.

 

Dla siebie zostawił pomieszczenie handlowe na parterze i wnet nad jego sklepem z porcelaną i fajansami zawisł szyld „Alfred Aronade”.

Na tyłach swego swoistego wieżowca siadał z żoną oraz córeczką i delektował się kawą z palarni brata Alfreda. Doris, już jako pannica pozowała przed kamienicą rodziców przy okazji reklamując maggi sprzedawane u wuja obok 🙂 

 

Na początku lat 20. Adolf zadecydował, że wyprowadza się z Rybnika, na co na pewno miał wpływ podział Górnego Śląska. Zanim ostatecznie osiadł w Berlinie, przez jakiś czas mieszkał w Landeshut, czyli obecnej Kamiennej Górze. Zresztą tam dotarł też jego kolega z Rybnika – Ignatz Bender.
Powojenne dokumenty znajdujące się w raciborskim archiwum wskazują na to, że sprzedał ten kamieniczny mini wieżowiec bratu Alfredowi, który odtąd był właścicielem czterech kamienic (Rynek 11, Zamkowa 2-6). Do dawnej kamienicy Adolfa na jakiś czas wprowadził swój skład porcelany Jan Noga.
Gdy Adolf Aronade skończył 60 lat, inny Adolf doszedł do władzy. W głowie tego drugiego już kiełkowało Endlösung der Judenfrage, choć na razie zaczęto Żydów niemieckich zmuszać jedynie do emigracji. Równość obywatelska w Niemczech się skończyła. Starsi państwo Aronade jednak nie zdecydowali się na wyjazd, a ich jedyna córka chyba nie chciała zostawić rodziców i też nie wyjechała z Niemiec.

W styczniu 1937 r. część swego berlińskiego mieszkania, które mieściło się w kamienicy nieporównywalnie większej od tej rybnickiej, byli zmuszeni wynająć. W ogłoszeniu Adolf informował ewentualnych klientów o komforcie pokoi, możliwości korzystania z balkonu a także kuchni.

Jesienią 1941 r. rozpoczęły się deportacje Żydów niemieckich na wschód, m.in. do gett w Łodzi, Warszawie, Kownie, Rydze i Mińsku, od 1942 r. – do getta w Theresienstadt na terenie Protektoratu Czech i Moraw, a także bezpośrednio do obozu Auschwitz-Birkenau. Wywożeni łudzili się, że Altersghetto (getto dla starców) w Terezinie, to była tylko zmiana zamieszkania. Na miejscu okazywało się, że rzeczywistość jest skrajnie inna od tej, jakiej się spodziewali. Adolf Aronade z Clarą zostali wywiezieni z Berlina 20 lipca 1942 r. do Theresienstadt, w którym już we wrześniu było ponad 53 000 ludzi. Adolf zmarł miesiąc po deportacji, w wieku 71 lat. Clara – niecałe dwa miesiące później. Według aktów zgonów, przechowywanych przez Muzeum Getta w Terezinie, oficjalną przyczyną jego śmierci był uwiąd starczy, a jej – cukrzyca. Ciała obojga spalono w krematorium, a prochy wrzucono do pobliskiej rzeki.

Wojnę przeżyła ich, urodzona w Rybniku w 1910 r., córka Doris. Dwie Niemki – siostry Gerda i Maria Geyer ukrywały ją w jednej z dzielnic Berlina. Doris mieszkała już w USA, gdy jeden z jej kuzynów, poprzez rybnickiego adwokata, złożył w tutejszym sądzie wniosek o zabezpieczenie spadku po zmarłym Alfredzie Aronade, który zginął na Dalekim Wschodzie prawdopodobnie w 1943 r.
Był koniec 1947 r. i wysoka kamienica, wraz z przyległymi budynkami przy Zamkowej, podlegała Zarządowi Miasta. Co prawda po trzech latach sąd uznał roszczenia spadkobierców (w tym i Doris Aronade, która dziedziczyła 1/5), ale do zwrotu majątku rodzinie nie doszło z nieznanych mi powodów.
Kamienica z amsterdamskim sznytem jest obecnie w rękach prywatnych. Mnie by uradowało posiadanie zwykłego talerza lub popielniczki sygnowanych imieniem i nazwiskiem Adolfa Aronadego. 

Może ktoś się chce pozbyć? Te z poniższych zdjęć są z kolekcji Adriana Piętki i Jacka Kamińskiego. 

Fotografie z albumu potomków rodziny Aronade, ze zbiorów Muzeum w Gliwicach oraz Rybniku.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Najwyższa przy rybnickim Rynku została wyłączona
12 lutego 2025

Na walentynki o małżeństwie bez miłości

Najpierw są motyle w brzuchu, przypływ energii, pragnienie bliskości, bicie serca, a po jakimś czasie podejmuje się decyzję: zaręczyny, narzeczeństwo i ślub.

Zaręczyny to uroczysta umowa zawarta między dwiema osobami, na mocy której przyrzekają sobie wzajemnie zawarcie małżeństwa, stając się narzeczonymi. Zaręczyny występują w różnych kulturach, religiach i systemach prawnych. Czy oznaczają również miłość między zaręczonymi? Hmmm… może tak, może nie.
Na pewno miłości nie było pomiędzy Rosą, córką Józefa Manneberga – kupca żelaza z Rybnika, a Maxem Guttmannem, którego rodzice wybrali na jej małżonka. Były za to zaręczyny a przed nimi sporządzona szczegółowa umowa małżeńska, potem półroczne narzeczeństwo i ślub.

Rosa (Róża) urodziła się w 1902 r. w Rybniku.

Miała w sobie jakiś bunt i sprzeciw, przynajmniej w młodości. Była urodziwą i wykształconą dziewczyną, dorastającą w dość bogatym domu. Oczko w głowie taty – szanowanego i dość zamożnego żydowskiego kupca. Rodzice snuli plany co do jej przyszłości i wydania za mąż za jakiegoś bogatego miejscowego kawalera.

Mama Hedwig (Jadwiga), która godziła się z rolą żony i matki, uważała, że jej córka zrobi to samo. Niestety, marzenia rodziców często rozmijają się z wyborami i czynami dzieci. Matka z córką od jakiegoś czasu nie potrafiły się porozumieć. Róża nie chciała zostać panią przy przyszłym mężu i być jak Jadwiga kobietą zależną od mężczyzny. Józef zadecydował więc, że dla uniknięcia dalszych konfliktów w domu należy wysłać córkę na naukę do Hanoweru. Wnet okazało się, że to nie była dobra decyzja. Róża w wieku niewiele ponad 22 lat zaszła w ciążę, prawdopodobnie z nauczycielem gry na fortepianie. Nie był Żydem, w dodatku nie miał ochoty na żeniaczkę. Wróciła do Rybnika, chciała urodzić dziecko, owoc swej pierwszej miłości, ale los sprawił inaczej – poroniła. Gdy jako tako doszła do siebie, okazało się, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Padło wiele przykrych i raniących słów, szczególnie między matką a córką. Kobiety potrafią być okrutne w stosunku do siebie. Jadwiga obwiniała Różę, córka się broniła, używając argumentów, których potem pewnie się wstydziła (ponoć m.in. zarzucała matce późną ciążę oraz akceptowanie pozycji „żony przy mężu”), a ojciec, rozdarty między miłością do Róży, żony a opinią publiczną, starał się jakoś rozwiązać problem.

Był niezwykle pragmatyczny. Zawsze uważał, że większość spraw można rozwikłać za pomocą pieniędzy. Ponoć nawet znalazł kandydata na małżonka. Co prawda był on szpetny i biedny jak mysz kościelna, ale przystał na ożenek, bo posag córki kupca i jej uroda kusiły. Róża postawiła jednak na swoim i go nie zaakceptowała. Afery niestety nie dało się zatuszować – dla Żydów największą wartością są dzieci, a miasto swoje wiedziało, niewielkie więc były szanse na znalezienie odpowiedniego kawalera z Rybnika czy pobliskich miast. Józef niezwykle mocno kochał swoją córkę i chciał dla niej jak najlepiej na swój, może specyficzny, sposób. Jedyne, co mógł w tej sytuacji zrobić, to zapewnić jej pieniądze. Otworzył więc dla niej sklep pasmanteryjny w kamienicy przy ul. Sobieskiego 15, czyli tuż obok swego składu materiałów budowlanych. Praca od zawsze to jedno z lepszych lekarstw na złamane serce. Mannebergowie nie chcieli jednak staropanieństwa dla swej jedynej córki.

Dzięki kontaktom biznesowym w wielu górnośląskich miastach Józef poznał Wilhelma Guttmanna z Królewskiej Huty. Zrobili deal, który omal nie doprowadził Józefa do bankructwa. Guttmann za zgodę na ożenek jednego ze swoich synów z Różą zażądał ogromnej sumy w polskich złotych, dolarach oraz złocie. Rybnicki kupiec przez rosnącą inflację nie posiadał takiej gotówki, był więc zmuszony ją pożyczyć – prawdopodobnie od Eugena Weissmanna, który jako poręczenia zażądał współudziału w biznesie Józefa. Manneberg swój kapitał od dawna inwestował w nieruchomości, sprzęt budowlany i materiały budowlane. To był jego sposób na zabezpieczenie wartości zarobionych pieniędzy, więc przystał na warunek.

Posag Róży był naprawdę imponujący. Jedyne, co do niego nie weszło, to sklep panny młodej. Ojciec w ugodzie zażądał, by odrębny majątek nie stał się współwłasnością przyszłego zięcia Maxa Guttmanna. Wolał sam się zadłużyć, bo wiedział, że to prędzej czy później odrobi, niż pozbawić córkę własnego dochodu. Zdając sobie sprawę ze swojej sytuacji, Róża zaakceptowała kandydata na przyszłego męża, choć nie było to dla niej łatwe. Motyli w brzuchu nie było. Ustalono, że młodzi po ślubie zamieszkają w Rybniku, a Max będzie pracował w Gliwicach. Oficjalnie poprosił dziewczynę o rękę, zas o zaręczynach poinformowano w prasie, bo taki panował wówczas zwyczaj. 

W lutym 1926 r. Rosa (Róża) Manneberg została panią Guttmannową. Żaden znaczący rybniczanin nie świadkował zawarciu tego małżeństwa, a i przyjęcie nie miało miejsca w Rybniku. Po oficjalnej uroczystości najbliższa rodzina została zaproszona do hotelu Kaiserhof w Bytomiu. Znajomi ograniczyli się do wysłania telegramów z gratulacjami.

Zbytniej miłości między małżonkami nigdy nie było. Max korzystał z pieniędzy i dorobku teścia, a śliczna i zapewne nieszczęśliwa Róża pracowała w swoim sklepie, starając się zapomnieć o przeszłości. Była niezwykle przedsiębiorcza i pracowita, co bez wątpienia miała po ojcu.

W 1938 r. Rosa i Max wyjechali z Rybnika do Palestyny z uwagi na rosnące zagrożenie wojną i narastający antysemityzm. Róża zabrała ze sobą m.in. ślubne telegramy, które do swej śmierci przechowywała wraz z małym przewodnikiem po Rybniku zatytułowanym Unvergessene Heimat Rybnik Oberschlesien. Dostała go wiele lat po wojnie od przedwojennego właściciela rybnickiej fabryki słodyczy Georga Sobtzika. Tęskniła zawsze za swoim rodzinnym miastem. To była jej miłość.

Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny reszta rodziny również dotarła do Palestyny. Jednym z nich był brat Rosy, który w Rybniku musiał zostawić swą pierwszą ukochaną. Zainteresowani mogą sobie tu kliknąć ➡ Amor…

Rosa przez lata prowadziła własną klinikę kosmetyczną w Izraelu. Przeżyła o wiele lat swojego męża Maxa, który ponoć nie był zbyt dobrym partnerem, ani wujkiem dla jej bratanków. Brak potomków rekompensował sobie kolekcjonowaniem miniatur kolejek i pociągów. 

Kolekcja innych ogłoszeń zaręczynowych rybniczanek i rybniczan poniżej:

Niezmiennie dziękuję wszystkich, którzy wspierają moje badania, pisanie i pomysły ➡ Kawa dla Małgosi.

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Na walentynki o małżeństwie bez miłości została wyłączona
23 stycznia 2025

Rybnickie kamienice na Spotify

Pani Dorota Stabik 🎙 z Radia Katowice nagrała już około 150 odcinków z cyklu pt. „Tajemnice kamienic”. Odwiedziła prawie większość miast woj. śląskiego i dotarła też do Rybnika. Nagrałyśmy cztery odcinki o rybnickich perełkach. Wszystkie już można odsłuchać na serwisie Spotify 🙂 

Kamienica przy ul. Sobieskiego 9 – Świerklaniec

Kamienica przy ul. św. Jana 2

 

Kamienica przy ul. Sobieskiego 18

Kamienica Rynek 5

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rybnickie kamienice na Spotify została wyłączona
26 grudnia 2024

Sanki i łyżwy w najlepszym gatunku od Gorzelańczyka

Zimy kiedyś bywały inne, więc „sanki i łyżwy w najlepszym gatunku” na pewno rybniczanie na potęgę kupowali swoich pociechom. Zresztą żelazne piece wykładane szamotem też. 

To ogłoszenie ukazało się w grudniu 1921 r., a niedługo potem firmę Josefa Gorzelanczyka (bo tak się faktycznie nazywał jej właściciel) przejął innym rybnicki przedsiębiorca, zachowując nazwę składu żelaza i posiłkując się jego nazwiskiem aż do lat 30., choćby przy okazji składania życzeń noworocznych. 

Przez lata mi się wydawało, że jedynym poważnym konkurentem żydowskiego kupca Josefa Manneberga w tej metalowej branży, była firma Sladkiego z rybnickiego Rynku. Gdyby nie tegoroczne Boże Narodzenie i kilka godzin oderwania się od bombardowania wątroby jedzeniem, to raczej nie wpadłabym na to, że tak bardzo polskie nazwisko „Gorzelanczyk” może mieć coś wspólnego z Żydami. Natrafiłam w swoich dokumentach na dwa akty urodzenia: Waltera (1900 r.) i Kurta (1902 r.) Gorzelanczyków. Dwóch synów Josefa oraz Idy urodziło się przy naszym Ringu. Na południowej pierzei rybnickiego Rynku, do braci Aronadów (prowadzili interesy od strony ul. Zamkowej) oraz Salo Pragera (miał sklep tam, gdzie obecnie jest księgarnia „Orbita”) doszedł mi kolejny Żyd – Josef Gorzelanczyk z Szamotuł koło Poznania. Reklama jego geszeftu jest bardzo dobrze widoczna na pocztówce z początku XX w. 

Sporo wielkopolskich Żydów mieszkało w naszym mieście. Ten musiał się tu pojawić pod koniec XIX w., po ślubie z panną Goldberger z Toszku. Wynajął spory sklep w Sobczikowej kamienicy i zapewne zamieszkał nad swoim składem żelaza. Już samo położenie tego interesu, tj. Rynek, świadczyło o randze sklepu. Nie każdego było stać na to miejsce.

Dwadzieścia parę lat rybniczanie i mieszkańcy okolicy mogli zaopatrywać się u niego w wszelkie materyały budowalne, zapewne przedtem porównując ceny u dwóch pozostałych oferujących papę, cement, czy tregry.
Przy okazji Gorzelanczyk handlował i ziemią, co nie było takie dziwne. Okazyjnie kupił i dobrze, bo po 1000 marek i drożej, chciał sprzedać cenne budowiska w pobliżu kopalni w Czerwionce. Gdyby żył współcześnie, niechybnie by był deweloperem 😉 

 

Jak wielu kupców w tamtym okresie szukał sprzedawców znających również język polski, czy dobrego księgowego. Rybnicki interes kwitł, bo ludzie sporo budowali, więc przybyszowi się dobrze powodziło.
Nie wiadomo, czy nie zdecydowałby się na pozostanie w Rybniku, gdyby nie nagła śmierć brata Samuela mieszkającego w Breslau. Samuel ledwo co się ożenił, urodziła mu się córeczka, a potem mały synek, gdy zakaźna choroba zabrała go ze świata w 1919 r. Wnet ta sama czerwonka zabiła i małego syneczka, a wdowa została, w zasadzie bez środków do życia, z kilkuletnią Evą.

Był 1920 r. i wtedy we Wrocławiu na aptekarza uczył się już starszy z synów urodzonych przy rybnickim Rynku – Walter, zapewne mieszkając u cioci i małej kuzynki. Nie wiem z jakich powodów we Wrocławiu znalazła się też jego mama, czyli żona właściciela rybnickiego składu żelaza – Ida Gorzelanczyk. Może pojechała w odwiedziny do syna, a może pomagała owdowiałej szwagierce. Zmarła tam w wieku 45 lat w marcu 1920 r.
Josef został sam i już na pewno wiedział, że musi być blisko tych, którym był potrzebny, a podział Górnego Śląska tylko utwierdził go w decyzji o sprzedaniu interesu prowadzonego w kamienicy „słodyczowego króla” Sobczika. W Rybniku geszeft przejął niejaki Karol Larisz (Larich), który nadal używał nazwiska Żyda z Szamotuł. Ten zaś prowadził w Breslau tę samą branżę przy Neudorfstrasse.

Miłość, samotność, rozsądek, a może odpowiedzialność spowodowały, że poślubił swoją bratową. Zamieszkał z Getrud z domu Block i był jej wsparciem aż do swej śmierci w 1936 r. O zgonie poinformowała jego bratanica, czyli równocześnie pasierbica Eva Gorzelanczyk. Eva, będąc w ósmym miesiącu ciąży zdołała w 1939 r. wyjechać z mężem Karlem Schatzky do Anglii. „Schatzky Family Collection” zawiera ogromną ilość zdjęć i dokumentów, ale nie znalazłam tam niczego co dotyczyłoby przybranego rodzeństwa/kuzynostwa czyli dwóch Gorzelanczyków urodzonych przy rybnickim Ringu. Nie wiem co stało się z aptekarzem Walterem z Wrocławia. Sądzę, że mógł wyjechać z Niemiec. Wielce tajemnicze są też losy ciut młodszego Kurta. Przeżył wojnę w Berlinie i od razu w 1945 r. został zarejestrowany jako Żyd, choć zakładam, że jeszcze przed wojną zmienił wyznanie. Zmarł w 1978 r. w ewangelickim domu opieki i co ciekawe, na akcie zgonu podano informację, że był fabrykantem. Internet milczy o nim jak zaklęty, więc nie wiem co to była za fabryka ani jak zdołał przetrwać wojnę.

Tragicznie zakończyło się życie drugiej żony Josefa Gorzelanczyka, czyli bratowej Getrud. Została wywieziona do Theresienstadt, a stamtąd do obozu zagłady w Treblince. W tym samym miejscu zamordowano rybnickich sąsiadów jej drugiego męża, czyli Pragerów. O nich już kiedyś pisałam ➡ „Orbity Salo Pragera”

Następca Gorzelanczyka – Karol Larisz dopiero w drugiej połowie lat 30. zmienił szyld nad sklepem kupionym od Josefa.

 

Korzystałam z serwisu ancestry.com, zasobów Archiwum Państwowego w Raciborzu, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, forum „Zapomnianego Rybnika” oraz Instytutu Leo Baecka. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Sanki i łyżwy w najlepszym gatunku od Gorzelańczyka została wyłączona
22 października 2024

Rudolf Wachsmann – dyrektor

W ubiegłym roku, przy okazji opisywania ➡ żydowskich wątków w rybnickim gimnazjum królewskim, natknęłam się na informację, że jednym z darczyńców, który zasponsorował witraże w szkole, był Rudolf Wachsmann – dyrektor generalny z kopalni „Emma”.

 

Nie potrafiłam wówczas znaleźć jednoznacznego dowodu na to, że był Żydem, choć podskórnie to czułam. Szukając informacji o nim znalazłam jedynie przedwojenne notatki prasowe podające, iż jego, nieznany z imienia, ojciec był kupcem z Siemianowic Śląskich. Wachsmannów było w Siemianowicach bardzo dużo i wszyscy byli Żydami, ale na Rudolfa nie trafiłam. Z uwagi na zasługi tego dyrektora generalnego dla naszego regionu nie mogłam odpuścić i olać jego osoby, więc co jakiś czas przekopywałam się przez sieć, by sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłam. Prawda się okazała taka, że jednak nie wszystko sprawdziłam. Rudolf Wachsmann na pewno był z urodzenia Żydem i jednym z dłużej urzędujących dyrektorów górniczych na naszym terenie, któremu głównie Radlin wiele zawdzięcza.
Rudolf urodził się w 1869 r. w obecnej dzielnicy Siemianowic Śląskich o nazwie Przełajka, jako syn Simona i Idy z domu Bruck. Na 100% miał dwie siostry.

Gdy w 1929 r. kończył 60 lat polska gazeta „Polonia” napisała: Pan Wachsmann, rodowity Górnoślązak, poświęcił całą swą działalność zawodową Górnemu Śląskowi i położył szczególne zasługi około rozwoju kopalnictwa węglowego w południowej części Śląska, w rewirze Rybnickim, którego rozwój będzie na zawsze związany z jego nazwiskiem. (…) Już na tych pierwszych swych stanowiskach wykazał p. Wachsmann wybitne zdolności na polu górnictwa, dzięki czemu powierzono mu wkrótce kierownictwo Rybnickiego Gwarectwa Węglowego.

To tylko fragment peanu na cześć Wachsmanna, który identyfikował się zapewne jako niemiecki Górnoślązak, w dodatku z pochodzenia Żyd. Żydostwa po jakimś czasie się chyba wyparł, gdyż wg tego co znalazłam, to został ewangelikiem, a co zapewne w jakiś sposób pomogło mu w karierze.
Do kariery zaś był bardzo dobrze przygotowany. Gdy skończył katolickie gimnazjum w Bytomiu, został przyjęty przez Wyższy Urząd Górniczy w Breslau jako wolontariusz na praktykę górniczą w szybie Richter kopalni „Laurahütte-Grube” oraz kopalni „Chassée-Fanny” w swoich rodzinnych Siemianowicach. Poznał pracę na dole. Myślę, że mógł znać tych siemianowickich górników, których fotografia z tamtych lat znajduje się w zasobach Muzeum Górnictwa w Zabrzu.

Nie miał zamiaru zostawać zwykłym górnikiem więc rozpoczął studia na uniwersytecie i Akademii Górniczej w Berlinie, a w międzyczasie odbył obowiązkową służbę wojskową. Po studiach, w 1892 r., został mianowany referendarzem górniczym i już po czterech latach awansował na asesora górniczego z przydziałem do Urzędu Górniczego w Bytomiu, a następnie w Królewskiej Hucie. Wnet zrezygnował z państwowej posady i przyjął stanowisko reprezentanta i kierownika ruchu na kopalni „Carssegen” w Brzezince (obecnie Mysłowice), a w 1901 r. przeszedł do Katowickiej Spółki Akcyjnej dla Górnictwa i Hutnictwa. Spółka ta posiadała trzy kopalnie, w tym m.in. „Carssegen”. W tamtym okresie powierzono mu podjęcie badań nad wpływem wydobycia węgla na powierzchnię ziemi. Po prawie 39 latach jego badania bardzo pozytywnie oceniał Tomasz Klenczar w publikacji o szkodach górniczych. Ta przedwojenna publikacja pozwoliła, już po wojnie, autorowi uzyskać tytuł magistra na AGH, do założenia której w jakiejś mierze przyczynił się i Wachsmann. 

Kolejnym miejscem pracy Rudolfa była kopalnia „Ferdynand” w Bogucicach (obecnie na jej terenach znajdują się siedziby NOSPR, Muzeum Śląskiego oraz Międzynarodowego Centrum Kongresowego), gdzie już dyrektorował. Jego kariera nabierała rozpędu.

Po sześciu latach, czyli w 1907 r. skierowano go na południe – do tzw. zagłębia rybnickiego. Tu, w 1903 r., na bazie kopalni „Emma” (obecnie „Marcel”) i sąsiadujących z nią pól górniczych, utworzono Rybniker Steinkohlen Gewerkschaft (Rybnickie Gwarectwo Węglowe) z siedzibą w Radlinie. W skład gwarectwa wchodziły też kopalnie „Anna” i „Johann Jacob” (później „Rymer”).

Tak więc Rudolf Wachsmann, jako dyrektor generalny tego wielozakładowego przedsiębiorstwa górniczego, jakim było gwarectwo, był naprawdę ważną personą. Żydowski potentat Fritz Friedlaender-Fuld, jako właściciel wymienionych kopalń i zarazem górniczego konsorcjum, wiedział komu powierzyć zarządzanie kolosem, który na początku lat 20. zatrudniał około 13 tys. pracowników.
Z okazji tych okrągłych 60. urodzin Rudolfa Wachsmanna (w 1929 r.) wypowiadała się nie tylko zwykła prasa, ale np. branżowy „Zeitschrift des Oberschlesischen Berg- und Hüttenmännischen Vereins” poświęcił mu kilkustronicowy artykuł w języku niemieckim i polskim, który zacytuję prawie cały zachowując oryginalną pisownię.

Zadania, czekające p. Wachsmanna na jego nowem stanowisku, nie były łatwe, wielkie natomiast były trudności, z któremi musiał walczyć. Jednak dzięki rozleglej wiedzy, szerokim horyzontom i znakomitym zdolnościom gospodarczym, udało się mu sprostać w świetny sposób stawianym wymaganiom. Rozumiejąc z góry, że kopalnie zagłębia rybnickiego, pracujące w znacznie trudniejszych warunkach aniżeli kopalnie w zagłębiu centralnem, tylko wtedy mogą być zdolne do życia, jeżeli pod względem techniki, kierownictwa i administracji odpowiadać będą najbardziej nowożytnym wymaganiom, skierował swe usiłowania głównie na daleko idącą mechanizację zakładów pod ziemią i na powierzchni. Urządzenia na powierzchni wszystkich trzech kopalń zostały pod jego kierownictwem z gruntu przebudowane i rozszerzone, w kopalniach samych zwiększono zdolność wydobycia przez przyspieszone założenie nowych poziomów wyciągowych. Nie możemy tutaj wymieniać szczegółowo wszystkiego tego, czego p. Wachsmann pod względem technicznym dokonał.
O jednym jednak zakładzie należy tutaj wspomnieć, którego rozbudowie oddal się ze szczególnem zamiłowaniem i którego główny szyb wyciągowy na jego cześć nazwano Szyb Rudolf, od imienia chrzestnego p. Wachsmanna. Jest to kopalnia „Anna “ pod Pszowem. Jej urządzenia nad i pod ziemią odpowiadają najbardziej nowoczesnym wymaganiom i zwracają również uwagę artystycznem wykonaniem budowli.

Jakiego rozkwitu doczekały się kopalnie Gwarectwa pod zarządem p. Generalnego Dyrektora Wachsmanna, tego dowodzi najlepiej wydobycie, które z 890.673 t w roku 1907 wzrosło do 2.365.459 t w roku 1928. W tym samym przeciągu czasu fabrykacja brykietów wzrosła z 63.334 t do 245.581 t rocznie. Obok dążenia do jak największej wydajności kopalń p. Wachsmann nie szczędził starań, aby posiadłość górniczą Gwarectwa zaokrąglić i powiększyć przez nowe zakupy. I tak w roku 1908 zakupiono kopalnię „Reden”, w r. 1910 kilka pól górniczych pomiędzy kopalnią „Emma” a kopalnią „Römer”, i w roku 1913 kopalnię „Beatensgluck”. Przez te nabytki stworzono zwarty teren górniczy, pozwalający na celową i ekonomiczną eksploatację, której ośrodkiem są istniejące już kopalnie. W roku 1925 większość kuksów Gwarectwa węglowego „C harlotte”, sąsiadującego z Rybnickiem Gwarectwem Węglowem, przeszła w ręce konsorcjum, w którem partycypuje również Rybnickie Gwarectwo Węglowe. Na mocy umowy pomiędzy członkami konsorcjum poruczono p. Gen. Dyr. Wachsmannowi zarząd Gwarectwa „Charlotte”. Do jego i tak już nader rozleglej pracy dołączyła się w ten sposób nowa dziedzina. Także i tutaj, jak i w Rybnickiem Gwarectwie Węglowem, w ostatnich latach nastąpiły wielkie zmiany pod względem technicznym, których korzystne skutki już się zaznaczają.
Szczególnie wielkie zasługi położył p. Gen. Dyr. Dr.Wachsmann w dziedzinie produkcji koksu. Zdając sobie sprawę z tego, że możliwość zużytkowania węgli rybnickich dla celów koksowniczych podniosłaby znacznie rentowność kopalń, wkrótce po rozpoczęciu swego urzędowania przedsięwziął rozlegle doświadczenia nad spiekalnością i koksowalnością pokładów poszczególnych kopalń. W roku 1909 doświadczenia, przeprowadzone na wielką skalę w koksowni Gwarectwa „Marianne“ na szybie „Ignacy“ pod Morawską Ostrawą, wykazały, że dolne pokłady kopalni Emma mają dobry węgiel koksowy, dający koks, nadający się w zupełności dla celów hutniczych. Wobec takiego rezultatu wybudowano w roku 1910 na kopalni Emma dwie grupy pieców koksowych, obejmujące łącznie 90 pieców systemu Otto, i już w roku 1911 rozpoczęto ich eksploatacje razem z należącą do nich kondensacją smoły i amoniaku. Jeszcze w tym samym roku puszczono w ruch nowo zbudowaną fabrykę benzolu dla produkcji i przeróbki benzolu na produkty rafinowane, oraz destylarnie smoły dla przerabiania smoły na oleje smołowe i pak. Rozbudowa tych zakładów czyszczenia benzolu i destylacji smoły postępowała w szybkiem tempie w latach następnych, tak, że począwszy od roku 1917 zaczęto już przerabiać znaczne ilości benzolu i smoły z obcych zakładów.

Trzy destylarnie smoły były obliczone na roczną przeróbkę ok. 50.000 t smoły, fabryka benzolu na roczną przeróbką ok. 16.000 t surowego benzolu. W roku 1914 dobudowano III. grupę pieców systemu Collin, co doprowadziło zakład do dziennej produkcji ok. 900 t suchego węgla.
W międzyczasie p. Gen. Dyr. Wachsmann skonstatował za pomocą nieustannych doświadczeń, że również pokłady kopalni „Anna” w głębokości ok. 300 m nadają się bardzo dobrze do koksowania. Wskutek tego zaczęło w miarę potrzeby przerabiać w koksowni na kopalni Emma również węgiel z kopalni Anna. Dobudowa V. grupy pieców, puszczonej w ruch w połowie 1928 r., zwiększyła zdolność produkcyjną o dalsze ok. 600 t. Wraz z tym zakładem zbudowano równocześnie 7-miokilometrową kolejkę wiszącą z kopalni Anna do koksowni, za pomocą której zakład otrzymuje obecnie swój węgiel regularnie i pewnie, niezależnie od jakichkolwiek zakłóceń ruchu kolejowego. Obecnie p. Wachsmann zarządził budowę nowej grupy pieców, tej samej rozległości, co grupa V., i zupełne zmodernizowanie zakładów dla fabrykacji produktów ubocznych, tak że z końcem tego roku koksownia Kopalnia Emma ze swą roczną produkcją wynoszącą 600.000 t koksu może uchodzić za największy zakład tego rodzaju w zagłębiu i w całej Polsce.
Obok kwestii koksu p. Wachsmann poświecił swą pracę zużytkowaniu odpadków węgla, których wielkie ilości pozostają na płaczkach, jako też gazów nadmiarowych koksowni. W tym celu w latach 1913 do 1917 zbudowano na kopalni Emma i na kopalni Anna dwie elektrownie i wyposażono je w przewody kablowe do Raciborza i Rybnika; zaopatrują one w prąd elektryczny wszystkie zakłady przemysłowe, gminy i majątki zachodniego zagłębia rybnickiego i od niedawna są połączone z elektrowniami zagłębia centralnego przewodem na 60.000 wolt, zbudowanym wspólnie z Zarządem ks. Donnersmarcka.
 

Naukowe opanowanie przedmiotu, które naszkicowana działalność konstruktywna p. Wachsmanna w dziedzinie produkcji koksu i wytworów węglopochodnych przyniosła ze sobą i po części miała za podstawę, przyniosła jeszcze dalszy owoc, sięgający swem znaczeniem poza ramy lokalne, w postaci założenia Śląskiego Instytutu Badania Węgla w Wrocławiu. Jako przyjaciel i doradca tajnego radcy Fryderyka v. Friedlaender-Fuld, p. Wachsmann od początku wszelkiemi siłami popierał idee Friedlandera stworzenia Śląskiego Instytutu Badania Węgla. Po wczesnym zgonie założyciela (1917), p. Wachsmann został głównym promotorem tej idei. Instytutowi, założonemu w październiku 1918, a otwartemu w marcu 1922, dochował wierności również w nader krytycznych pierwszych jego latach życia, i gdy inflacja pochłonęła znaczny kapitał zakładowy, energicznie zabiegał o nowe środki.

Gdy przed mniej więcej trzema laty Związek Przemysłowców Górniczo-Hutniczych wszedł w stosunek umowny z Chemicznym Instytutem Badawczym w Warszawie, p. Generalny Dyrektor Wachsmann był w pierwszym rządzie wśród tych, którzy powołani byli współdziałać w naukowych pracach Instytutu, i jest od tego czasu członkiem Technicznej Rady Instytutu. Tak samo zajmuje się obecnie gorąco rozbudową Akademii Górniczej w Krakowie.

Wprawdzie bezpośrednia działalność zawodowa p. Wachsmanna wychodziła przede wszystkiem na korzyść zagłębia rybnickiego, niemniej jednak zyskał on sobie wielką zasługą około górnictwa węglowego i gospodarki węglowej Górnego Śląska w ogóle. We wszelkich badaniach i studiach, służących do podniesienia tych gałęzi gospodarstwa, i przeprowadzanych bądź przez instytucje rządowe, bądź z inicjatywy kół przemysłowych, p. Wachsmann brał wybitny współudział.
Górnośląski Związek Przemysłowców Górniczo-Hutniczych wybrał go już w roku 1906 do swego Wydziału; od roku 1915 należy do Zarządu Związku, od 1922 jest pierwszym zastępcą Przewodniczącego. P. Wachsmann jest nadto współzałożycielem Górnośląskiej Konwencji Węglowej, której rozwój śledził stale ze szczególnem zainteresowaniem i której przez swą współpracą w Zarządzie i w innych organach Konwencji wyświadczył najcenniejsze usługi. To samo odnosi sią również do Ogólnopolskiej Konwencji Węglowej. W nowoczesnym rozwoju form handlowych w górnośląskim handlu węglem, jaki został zapoczątkowany przez „Konsorcjum górnośląskich kopalń węgla kamiennego “, założone przez p. von Friedländer-Fuld w roku 1905, również  p. Generalny Dyrektor Wachsmann, odpowiednio do znaczenia reprezentowanej przez siebie Spółki, bierze wybitny udział.
 
Niniejszy pobieżny zarys byłby niezupełny, gdybyśmy nie wskazali jeszcze na to, że wszelka działalność p. Wachsmanna w jego przedsiębiorstwach i dla interesów ogólnych jest oparta na podłożu gorącego poczucia socjalnego. Wzrósłszy wśród ludu górnośląskiego i pracując z nim i dla niego, doskonały znawca kraju i ludzi, ich potrzeb i skłonności, p. Wachsmann stale zabiegał o dobro podległych mu urzędników i robotników. Dlatego też kolonie robotnicze i urzędnicze, stworzone przez niego na wszystkich kopalniach Gwarectwa, są wyposażone w konsumy, kasyna, ochronki, stacje ratunkowe, domy sypialne itd., itd., i to tak, że nie tylko uwzględniają potrzeby praktyczne, ale także dają zadowolenie zmysłu estetycznego.
Wielkie środki łożyło również Rybnickie Gwarectwo Węglowe na budową kościołów, któremi odznaczają sią miejscowości, zamieszkiwane przez jego pracowników.

Dobra, koniec cytowania. Teraz po mojemu, czyli co ja, patrząca od dziecka na radlińską koksownię i kopalnię z okien rodzinnego domu, mogę napisać o Rudolfie Wachsmannie. No kurde, to był gość! Nie znam się na górnictwie, koksownictwie i tego typu sprawach, ale czytam, że to Wachsmann te kilka kopalń unowocześnił i wprowadził do czołówki. Dawna „Emma”, czyli „Marcel” do dziś fedruje, a radlińska koksowania produkuje najwyższej jakości koks wielkopiecowy eksportowany do wielu krajów Europy. Przy kopalni nadal zachwyca kolonia „Emma” i budynki przemysłowe. Zakładam, że to z inicjatywy Wachsmanna na stanowisko głównego doradcy gwarectwa w 1913 r. zatrudniono jednego w wybitniejszych architektów niemieckich – Hansa Poelziga. Z internetowych stron wynika, że kolonię „Emma” projektował jego poprzednik William Müller (budowniczy willi dla Generaldirektora) a po jego śmierci już chyba Poelzig. 

Z cytowanego artykułu wybrzmiewa fakt, że dyrektor generalny był estetą. Industria kiedyś miała być nie tylko użyteczna ale i piękna. Skoro szyb „Rudolf” przy kopalni „Anna” był jego oczkiem w głowie, to nie dziwota, że Poelzig aż tak się postarał. Może i zaprojektował meble do willi dyrektora, która stoi do dziś w Radlinie i służy lokalnej społeczności. Bowiem ten architekt meblami się też zajmował.

Miasto Pszów się chwali budynkami dawnej kopalni „Anna” i o znamienitym architekcie wspomina, ale o inicjatorze ich wybudowania ani słowa. Zresztą współcześnie o Wachsmannie wspomina jedynie pan Andrzej Adamczyk w swej pracy o kopalni „Anna”. Reszta tutejszych regionalistów siedzi raczej cicho, a to dzięki niemu wszystko zaczęło hulać.

Po wojnie jego nazwisko znalazło się w kilku artykułach Alfonsa Mrowca. Oczywiście, z racji czasów, w których Mrowiec publikował swoje historyczne wywody, Wachsmanna opisywano jako niemieckiego krwiopijcę, zwalczającego polskość. A według mnie to nie był on aż tak mocno proniemiecki, choć ponoć za jego pomocą powstały dwie mniejszościowe szkoły niemieckie w Radlinie i na Pszowskich Dołach. Na pewno zaliczał się do mniejszości niemieckiej na polskim Górnym Śląsku, bo tu został po jego podziale w 1922 r. W tym też roku otrzymał doktorat honoris causa przyznany przez Technische Hochschule we Wrocławiu. I mimo, że w czasie III powstania został na krótko aresztowany, to jednak nie wyjechał do niemieckiej części Oberschlesien

Jak miał się rozstawać ze swoimi dziećmi, nad rozwojem których czuwał? Jak choćby ten wspomniany szyb Rudolf. Poniższe zdjęcie, datowane na 1917 r. znalazłam w książce „Kopalnia Anna na dawnej i współczesnej fotografii 1832-2004” Bogusława Kołodzieja. Co prawda osoby ze zdjęcia nie są opisane, ale sądzę, że Rudolfa Wachsmann to drugi z lewej eleganacki panoczek.

Za dobre miał stanowisko, by opuszczać te tereny a i na pewno uważał, że ma tyle rozpoczętych prac, pomysłów i planów, które trzeba dokończyć więc przyjął obywatelstwo polskie. Skąd wiem, że przyjął? Ano z książki niemieckiego psychiatry Manfreda Lütza, który wydał wspomnienia swego wuja, który w okresie plebiscytowym został starostą rybnickim. Właśnie w tej publikacji znalazłam wiele informacji na temat Wachsmanna. Chociażby to, że był ewangelikiem, choć z urodzenia Żydem. Paulus von Husen, niemiecki prawnik, potem opozycjonista antyhitlerowski w okresie III Rzeszy związany z Kręgiem z Krzyżowej, w 1920 r. przybył na Górny Śląsk i przez niecałe dwa lata był starostą rybnickim. I właśnie wtedy poznał m.in. dyrektora generalnego Rudolfa Wachsmanna, z którym utrzymywał kontakty aż II wojny. 

Tak ów starosta opisał dyrektora i to co miało miejsce na początku lat 20. XX w. w naszej okolicy: Dyrektor generalny Friedländera to był Wachsmann, Żyd ochrzczony jako protestant. Był członkiem komitetu okręgowego i do tego najzdolniejszym. Był pruskim asesorem górniczym – chyba jedynym żydowskim – i cała nowoczesna rozbudowa techniczna kopalń Friedländera to jego zasługa, który sam był kupcem, a nie projektantem przemysłowym. Wachsmann łączył niezłomność charakteru z dużą inteligencją. Nie rzucał słów na wiatr. Ale kiedy coś powiedział, to stał przy tym. Już wtedy był przekonany, że powiat rybnicki przypadnie Polsce, przyjął jednak nienaganną postawę niemiecką i kontynuował ją później w Polsce, choć z rozsądną ostrożnością, ale rzetelnie.

„Nienaganna ale rozsądna postawa niemiecka” spowodowała, że Rudolf Wachsmann był na stanowisku dyrektora generalnego aż do końca 1931 r. Zapewne kilku lat przedtem wyprowadził się z Radlina do Katowic. Miał 62, więc wszedł w taki górniczy wiek emerytalny, ale to nie oznaczało całkowitego wycofania się z życia publicznego. Nadal był w zarządzie różnych spółek, nadal pisał artykuły, choć zmienił miejsce zamieszkania i osiadł w swoim domu w dzielnicy Berlina Zehlendorf. Był naprawdę majętnym człowiekiem, z kapitałem ulokowanym w różnych spółkach, nieruchomościach i bankach.

Jak to napisał we wspomnieniach Paulus von Husen: Kiedy przeprowadził się do Berlina, okazał się na tyle mądry, że pozostał obywatelem polskim. Biorąc pod uwagę dobre stosunki niemiecko-polskie w tamtym czasie, naziści mu nie zagrażali. Jako Polak nie mógł być zmuszony do sprowadzenia do Niemiec swojego dużego zagranicznego majątku. Niestety, mieszkająca z nim siostra tak bardzo była przywiązana do narodowości niemieckiej, że po przeprowadzce do Berlina odzyskała obywatelstwo niemieckie. W rezultacie podlegała wszelkim ograniczeniom nałożonym na Żydów. Byliśmy w stałym kontakcie z Wachsmannami i nie było miesiąca, żebym nie odwiedzał ich w ich pięknym domu w Zehlendorf. Było to oczywiście ryzykowne, ale nie mogłam się zmusić, żeby przestać mieć do czynienia z przyzwoitymi ludźmi, którym ufałam od dawna i zawsze byłem chętny do pomocy. Sytuacja Wachsmanna była tragikomiczna, ponieważ jego służący-szofer wstąpił do SS, nie myśląc o rezygnacji z dobrej żydowskiej pracy. Oczywiście Wachsmann nie mógł go zwolnić i uznał tę ochronę SS w domu za całkiem przyjemną. Nigdy nie czułem się komfortowo, gdy esesman – często nawet w mundurze – otwierał drzwi, ale zawsze jakoś to szło. Nawet SS-mani, niezależnie od ideologii, są otwarci na korzyści finansowe. Wielokrotnie doradzałem Wachsmannowi emigrację, lecz on nie mógł rozstać się ze swoim znacznym niemieckim majątkiem, w którym przebywał, bez możliwości transferu walut obcych.

Czujecie to? Niemiecki Żyd ewangelik z Górnego Śląska z polskim obywatelstwem i szofer esesman? I widzicie ten ponowny rozsądek? Pozostawienie polskiego obywatelstwa i części kapitału zagranicą oraz utrzymywanie kontaktów z właściwymi osobami – to Wachsmannowi i jego siostrze uratowało życie. Piszę tylko o rodzeństwie, gdyż wg mnie Wachsmann nigdy się nie ożenił (albo ja nie znalazłam dowodów na ślub) a mieszkająca z nim siostra na pewno była panną.
Muszę też wyjaśnić te obawy von Husena, wówczas radcy sądowego, przy odwiedzinach u Wachsmannów. Otóż nasz dawny starosta odmówił wstąpienia do NSDAP i dla takiej osoby kontakty z Żydami to było naprawdę niebezpieczeństwo.

Gdy siostrze Gertrud dodano imię „Sara” stygmatyzując ją jako Żydówkę, gdy zabrano jej drogocenną biżuterię, a i stosunki polsko-niemieckie uległy drastycznemu pogorszeniu, Wachsmannowi znowu włączył się rozsądek. Był 1939 rok a oni oboje byli za starzy, by jakieś państwo uznało, że ewentualnie im udzieli wiz wjazdowych. Zielone światło już zgasło i migotało żółte. Gdy pewnego dnia rodzeństwo odwiedził von Husen Wachsmannowie byli już w rozpaczy. Prawnik z tego „żydowskiego domu”, jak opisał dom Wachsmannów, zadzwonił do Szwajcarskiego Federalnego Urzędu Spraw Zagranicznych w Bernie, gdzie pracował znany jemu i Wachsmannowi niejaki Huber.

Mimo, że było to w sobotę i była późna godzina, Huber był jeszcze w biurze. Kiedy mu szybko opowiedziałem, że Wachsmannowie pilnie potrzebują wizy wjazdowej do Szwajcarii, nastąpiła krótka cisza i zakłopotanie, po czym padło kluczowe pytanie: „A co ze środkami utrzymania?” Opowiedziałem mu dokładnie, jakie wartości Wachsmann posiada w Holandii i Szwajcarii i usłyszałem odpowiedź, że się postara. W poniedziałek Wachsmann otrzymał telefon z Konsulatu Generalnego Szwajcarii z prośbą o stawienie się w celu wydania wizy. W maju 1939 roku udało im się wyjechać z całym dobytkiem do Lucerny. To naprawdę był ostatni moment na ratunek. Gdyby Wachsmann nie posiadał znacznych aktywów zagranicznych, z pewnością nie otrzymałby wizy. Koniec cytatu.

Wyjeżdżali z Berlina na czerwonym świetle. Gdyby nie poznany kiedyś w Rybniku von Husen, gdyby nie dywersyfikacja kapitału, gdyby nie dobra wola jakiegoś Hubera, to były generalny dyrektor Rybnickiego Gwarectwa Węglowego i jego siostra skończyliby życie jak ich druga siostra – czyli w obozie Theresienstadt. A może w Auschwitz, czy w lasach pod Rygą. Na wystawionym po wojnie akcie zgonu siostry Franziski widnieje wyznanie – też była ewangeliczką, co jej nie uratowało.

Raczej na 70. urodziny Rudolfa Wachsmanna, które przypadły w lipcu 1939 r. żadna szwajcarska gazeta nie pisała elaboratów wychwalających jego dokonania, jak to miało miejsce w 1929 r. 

Nie wiem kiedy Generaldirektor zmarł, ale to nie ma dla mnie większego znaczenia. Istotne jest to, że zdołał wyjechać z Niemiec. Wiele po nim pozostało w naszej okolicy i nie tylko. Być może z perspektywy wtedy pracujących górników był faktycznie niemieckim krwiopijcą, ale z perspektywy naszych czasów był na pewno wyjątkowo sprawnych menadżerem, dobrym fachowcem, finansistą, inwestorem, naukowcem i chyba pracoholikiem, który większość życia poświęcił górnictwu.

Korzystałam ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz książki Manfreda Lütza pt. „Als der Wagen nicht kam: Eine wahre Geschichte aus dem Widerstand”, w której opublikował wspomnienia Paulusa von Husena (1891-1971), niemieckiego prawnika, antyfaszysty oraz onegdaj rybnickiego Landrata. 

Na koniec jeszcze kilka różnych Wachsmannowych puzzli, z których układałam tę historię. 

Jeśli jakiś fan górnictwa, bądź np. Radlina zechce postawić mi kawę, to fest dziękuję ale i uprzedzam, że zamiast kawy opłacę comiesięczny abonament na serwisie ancestry.com 😉 ➡ Kawa dla Małgosi

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rudolf Wachsmann – dyrektor została wyłączona
14 października 2024

Z Rybnika do Szanghaju

Gdy Frau Schindler poczuła, że to już, mąż od razu posłał po katolicką hebamę, bo wiedział, że żona ufa tylko jej. Marie Harazim asystowała przy porodach w tej rodzinie od kilku lat. Był mroźny początek 1899 roku, gdy przy rybnickim Ringu na świat przyszła Getrud, córka Siegfrieda i Caroline. Siegfried miał obok ratusza sklep z konfekcją, nad którym w mieszkaniu tuptało już sporo małych schindlerątek. Po szczęśliwym porodzie, sowicie opłacona akuszerka poszła do Amtu zgłosić narodziny kolejnej pociechy żydowskiego kupca Schindlera. Podpisując się na akcie urodzenia planowała co sobie da uszyć z tej przepięknej tkaniny, którą dodatkowo wynagrodził ją szczęśliwy ojciec. „Ciekawe jakie życie będzie miała ta mała Trude?” – pomyślała jeszcze.

Te same myśli kołatały się w głowie Siegfrieda. Trude była ósmym dzieckiem, więc trosk związanych z przyszłością tej gromadki kupiec miał sporo. Gdy dziewczynka skończyła trzy latka w rodzinie pojawił się jeszcze braciszek Walter, a dwa lata po nim Wilhelm. Dorastała w Rybniku przełomu wieków, który z każdym rokiem stawał się piękniejszy. Ojciec dbał o wykształcenie swoich dzieci, więc zarówno dziewczyny, jak i chłopcy nie kończyli edukacji na szkole powszechnej, a uczyli się dalej. Miała 15 lat, gdy wybuchła Wielka Wojna, na której wkrótce walczyli jej starsi bracia. Gdy powoli dobiegała ona końca, a siostry powychodziły za mąż, wiedziała, że ojciec także dla niej planuje małżeństwo.

I trafił się właściwy kandydat. Był z Niederschlesien, bo urodził się w mieście, nad którym od lat górowała wielka twierdza Glatz i które co jakiś czas nawiedzały, niszczące wszystko, powodzie. Gdy Gerhard Rahmer żenił się z rybniczanką mieszkał akurat w Berlinie. Po kilku dniach od ślubu cywilnego młodzi małżonkowie przysięgli sobie miłość w Katowicach w obecności rabina Braunschweigera. Rabin specjalnie przyjechał na tę uroczystość z Opola. Znał rodzinę Schindlerów, bo przez kilka lat pełnił posługę w Rybniku, no i sam miał za żonę rybniczankę z rynku.

Gertrud, czyli dla rodziny Trude, i Gerhard początkowo zamieszkali w stolicy Niemiec, gdzie przyszła na świat ich jedyna córka Hilde. Stało się to dokładnie w dniu, w którym po rybnickim Rynku paradował naczelnik Państwa Polskiego – Józef Piłsudski. Nad dawnym sklepem ojca Trudy już nie było markiz z napisem „Siegfried Schindler”, a na szczycie kamienicy powiewała polska flaga.

Po kilku latach pobytu w Berlinie Gerhard postanowił wrócić do swego rodzinnego miasta – Kłodzka, gdzie prawie przy rynku, wraz z Trudą zaczęli prowadzić sklep z pościelą i łóżkami. Truda często porównywała to magiczne miasto ze swoim rodzinnym Rybnikiem. Z okien sklepu, w którym sprzedawała, widziała dawną studnię miejską przerobioną na fontannę, więc opowiadała swojej córeczce, że w mieście, z którego pochodziła też miała podobny widok, choć nie na lwa a katolickiego świętego. Mała Hilda słuchała opowieści o tym, że katolicy wierzą, że ten święty chroni ich przed powodzią i bardzo jej się te historie podobały. Z zachwytem patrzała na wielką rzeźbę Jana Nepomucena na kłodzkim kamiennym moście i w duchu nawet żałowała, że on chroni tylko chrześcijan.

Gdy pod koniec lata 1938 r., do Glatz przyszła wielka woda, Rahmerów już tam nie było. Jeszcze w połowie lat 30., przenieśli się do Breslau, bowiem wydawało im się, że w dużym mieście będzie łatwiej pod rządami Hitlera, które w międzyczasie nadeszły. Gerhard chwytał się różnych prac dorywczych, bo sklepu już nie miał. Od przyjaciół z Glatz wiedzieli, że katolicki święty nie uchronił tego miasta przed ogromną powodzią, a w prasie czytali o bohaterskich czynach strażaków, żołnierzy i członków SA.

Ci ostatni napawali ich wyjątkową grozą, gdy paradowali w swych brunatnych koszulach po ulicach Breslau. Jeszcze się wydawało, że to jakoś będzie, że może nie będzie tak źle. Jednak nie było. Gdy nadeszła noc, przez wielu zwana Nocą Kryształową, do małżonków dotarło, że ci znajomi, którzy starają się wyjechać z Rzeszy chyba mają rację. Płonąca wielka wrocławska synagoga uświadomiła im, że ich państwo już nie jest dla nich. Niedługo potem, Gerhard, wraz z tysiącami innych Żydów niemieckich, został aresztowany i trafił do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Dzięki usilnym staraniom Trudy i rodziny po ponad dwóch miesiącach został zwolniony. 

Wahania się skończyły. Dwaj bracia Trudy, już siedzieli na walizkach mając w paszportach, cudem zdobyte, wizy dalekich krajów. Jedna z sióstr była w drodze do Chile. Rahmerom żadne państwo wiz nie chciało udzielić. Dramatyczną decyzję, by w ślepo wypłynąć do Szanghaju podjęli prawie w ostatnim momencie. Dziś o Szanghaju się mówi, że to była „współczesna Arka Noego”. To tam, latach 1933-1941, znalazło schronienie około 30 tys. Żydów – głównie z Niemiec i Austrii. Było to jedyne miejsce, gdzie nie wymagano wiz. Konieczne były jedynie bilety na statek, zrzeczenie się ze swego majątku w Rzeszy, złożenie depozytów w towarzystwie okrętowym i można było ruszać z Triestu lub Genui przez Kair, Hongkong, Singapur i Manilę do metropolii, która od 1937 r. była pod okupacją japońską.

Truda z mężem i siedemnastoletnią Hildą pokonali statkami ponad 13 tys. kilometrów i w połowie 1939 r. dotarli do Szanghaju, który był swoistą wieżą Babel i tyglem kultur. Choć dla Europejczyków przyjazd do tego wielomilionowego miasta był na pewno szokiem kulturowym, to Rahmerowie, jak zresztą i pozostali, w dość krótkim czasie się przystosowali do tamtejszych warunków. Życie nie było łatwe, ale było. Dopiero w 1943 r. Japończycy utworzyli specjalną wydzieloną strefę dla Żydów, w której zresztą mieszkali też i Chińczycy, więc warunki życia w tym swoistym getcie wyraźnie się pogorszyły. Mimo nacisków ze strony niemieckiej, Japończycy jednak nie represjonowali Żydów.
Rahmerowie z córką dotrwali końca wojny, która tam skończyła się dużo później niż w Europie. W 1946 r. śliczna (piszę to słowo patrząc na fotografię) Hilda poślubiła niemieckiego innego uciekiniera Otto Egenera. Małżeństwo zostało zawarte w szanghajskiej restauracji 26 grudnia, czyli dokładnie w dniu 26. rocznicy od złożenia przysięgi przez jej rodziców w Katowicach przed rabinem Braunschweigerem.

Świadkami byli właśnie rodzice oraz dwie osoby o nazwisku Müller. Biorąc pod uwagę, że urodzona w Rybniku Getrud była wnuczką Jacoba Müllera (pierwszego rybnickiego browarnika) zakładam, że pozostali świadkowie byli dalekimi krewnymi. Wymaga to dalszych badań i poszukiwań, więc ten rybnicki wątek na razie pominę. Choć na pewno dzięki „cudowi w Szanghaju” przeżyło kilku innych rybniczan, jak choćby urodzony w 1902 r. syn handlarza maszynami do szycia – Bernhard Scharff.
Cała rodzina, tj. Getrud i jej mąż Gerhard oraz ich córka z zięciem w 1947 r. opuścili Szanghaj i jako bezpaństwowcy wypłynęli do USA.
Prawie wszystkim dzieciom Siegfrieda Schindlera urodzonym przy naszym rynku, a które na świat przyjmowała hebama Marie Harazim, udało się uniknąć tragicznego losu europejskich Żydów.

Historię Getrudy i jej rodziny opisałam na podstawie dokumentów, które są dostępne online na stronie United States Holocaust Memorial Museum (kolekcja Otto and Hilde Egener) oraz w Archiwum Państwowym w Raciborzu.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Z Rybnika do Szanghaju została wyłączona
21 sierpnia 2024

„Vorbei Mandowski”

Poniższy tekst jest kontynuacją historii jednego z rybnickich browarów, który do 1883 r. był w rękach Isidora Müllera – syna Jakoba protoplasty tutejszych żydowskich browarników (warto do tego artykułu sięgnąć) ➡ „O browarnikach Müllerach raz jeszcze”.

Gdy Isidor Müller zdecydował o wyprowadzce z Rybnika, i gdy po roku nie znalazł się żaden zewnętrzny kupiec, zapewne uznał, że na tym bezrybiu chętnych, sprzedaje go teściowi – Ludwigowi Mandowskiemu z Raciborza. Przypominam, że browar, od momentu sprzedaży zwany „browarem Mandowskiego” mieścił się przy Bahnhofstrasse (obecnie ulicy Miejskiej).
Mam nadzieję, że poniższa współczesna mapa, z naniesionym fragmentem starej, ułatwi zlokalizowanie tego miejsca.

Z Mandowskimi z Raciborza, którzy byli mocno skoligaceni z naszymi Müllerami, miałam sporo kłopotów. A nie lubię tych chwil, gdy nie potrafię ustalić drzewa genealogicznego jakiejś rodziny i gdy za dużo jest facetów o tym samym imieniu. Dla czytelników one mogą być zbyt skomplikowane więc je pominę.
Na pewno dwóch Ludwigów Mandowskich (nazwisko pisano też Mandowsky) zarządzało browarem po Isidorze Müllerze: dziadek i wnuk. 

Ludwig młodszy był obrotną personą. Z urodzenia raciborzanin, zapewne przez jakiś czas też z zamieszkania, potem przez parę lat rybniczanin, z wyboru zabrzanin, z konieczności berlińczyk. Jego dwaj bracia pokończyli studia, a on – najstarszy poszedł w biznesy. U nas raczej bywał niż mieszkał, a prasa gdy o nim pisała tytułowała go dyrektorem browaru, jak choćby w 1912 r., gdy wracając automobilem z Cieszyna dostał sztachetą w łeb we wsi Skrzyszów. Sprawca mini zamachu został skazany na trzy miesiące więzienia. Za co cieśla walnął w automobil tą sztachetą prasa nie podała. Mandowski bidokiem nie był. Lubił nowinki techniczne, czyli samochody, w browarze pracowały maszyny parowe i wszystkie najnowsze urządzenia potrzebne do warzenia dobrego piwa. Jako ten dyrektor został też wymieniony w sprawozdaniu sporządzonym z okazji 4. rocznicy istnienia rybnickiego gimnazjum. Wymieniono go jako darczyńcę, który przekazał szkole kopię obrazu Antona von Wernera pt. Kaiserproklamation in Versailles w ciężkiej ramie z masy kamiennej.

Z Cieszyna zaś wracał, bo stamtąd pochodziła jego żona – Sidonie. Ojciec Sidonie, czyli teść naszego browarnika to była ważna postać w Cieszynie. Był producentem wódek i likierów i cesarsko-królewskim dostawcą dworu, odznaczonym przez samego Franza Josefa Złotym Krzyżem Zasługi Cywilnej z Koroną. Takiego kasiastego teścia trzeba było odwiedzać, tym bardziej, że ten jego rybnicki browar miał poważnego konkurenta na tutejszym rynku, z którym Ludwig Mandowski ostatecznie nie wygrał. Pieniądze teścia zawsze mogły się przydać 😉 Tym lepszym okazał się daleki kuzyn ➡ Hermann Müller.
Kierowcy Mandowskiego dość często powodowali wypadki. W 1905 r. samochód rozwożący piwo na trasie z Rybnika do Gliwic zderzył się z furmanką. Na szczęście nic się poważnego nie stało. Ale już w roku 1910 niestety tak. Na tej samej trasie, czyli na ulicy Gliwickiej, kierowca pojazdu jechał za szybko i najechał na synka rybnickiego stolarza. Trzylatek, któremu auto przejechało obie nóżki, zmarł. Sam Mandowski był wtedy członkiem automobilklubu wraz z kilkoma innymi bogatszymi rybniczanami, których również pasjonowała motoryzacja. Ciekawe, z którym się ścigał na trasie do Oppeln czy Breslau?

Jeszcze przed wybuchem I wojny, gdy trzeci z lokalnych browarów, czyli Browar Zamkowy (też pomüllerowy), przekształcony został w spółkę akcyjną, Mandowski wszedł do jej zarządu. I chyba ta spółka przejęła oficjalnie jego własny browar. Piszę chyba, gdyż nie mam na to pewnych dowodów. Mandowski już w czasie wojny podpisywał dokumenty dla obu, w pewnym sensie, niezależnych, ale jednak powiązanych, przedsiębiorstw.

Czas Wielkiej Wojny przyniósł sporo problemów rodzinnych, bo najpierw zmarła teściowa w Cieszynie, potem z frontu dotarła informacja, że zginął brat Ludwiga – Kurt (był chemikiem). Czy on faktycznie wtedy zginął w tym 1918 r., to kolejna zagwozdka. Niby ukazał się nekrolog, ale Kurt wg mnie jedynie zaginął i jakimś cudem się potem odnalazł. Bowiem to on, w styczniu 1942 r. poszedł do Standesamtu w Berlinie, by zgłosić śmierć Ludwiga Mandowskiego – dawnego Brauereidirektora. O tym jednak w stosownym czasie.

Na razie mamy nadal I wojnę i problemy z browarem (jeszcze nie dotyczyły one Zamkowego) gdyż nasz ówczesny burmistrz, wraz z radą miasta, wyznaczył pomieszczenia browaru Mandowskiego na miejsce, gdzie ewentualnie by przeprowadzano masowe dożywianie rybniczan. Ta informacja z 1917 r. może sugerować, że produkcji piwa w tym browarze mogło już nie być. W Zamkowym jeszcze warzono, ale nie w tym przy ówczesnej ul. Dworcowej (teraz Miejska).

Mandowski od początku raczej nie zamierzał zapuszczać korzeni w Rybniku i plany życiowe wiązał z większym miastem, którym zostało Zabrze (Hindenburg). Miał tam od 1912 oberżę z gruntem, nabytą od niejakiego Simenauera. Zresztą inwestował nie tylko w Zabrzu, gdyż przez jakiś czas był też właścicielem jednej z piękniejszych kamienic na bytomskim rynku. A i w Gleiwitz miał restaurację, której się pozbył w 1909 r. 

W 1919 r. trzeba było jeszcze pochować zasłużonego dla Cieszyna teścia, a potem już wielki górnośląski przemysł browarniczy stał otworem. Ludwig Mandowski został dyrektorem „Oberschlesische Bierbrauerei A.-G.”. To co mu zostało w Rybniku raczej traktował po macoszemu, bo też wnet i Browar Zamkowy zaprzestał produkcji. Bogate górnośląskie miasta to była szeroka perspektywa. Rybnik był dla niego za mały.
Zwykli rybniczanie uznali to za plajtę i ucieczkę bogatego dyrektora. A to zapewne była chłodna kalkulacja biznesowa, że skoro piwo Müllera króluje w tutejszych szynkach i domach, to po jaką cholerę sobie żyły wypruwać przy jakichś fitulityngeszeftach. Dobre pieniądze można zarabiać w Hindenburgu, bez boksowania się rybnickim potentatem.

I tu teraz ciekawostka, którą znalazłam i która kojarzy mi się jakoś z moim dzieciństwem i powiedzonkiem, które zdarzało mi się słyszeć w pewnych sytuacjach.

„Vorbei Mandowski”

W 1934 r. Oberschlesische Volkskunde zadał pytanie czytelnikom, skąd się na Górnym Śląsku wzięło powiedzenie „Vorbei Mandowski” i co ono oznacza. Ponoć często je wypowiadano przy bilardzie. Ja je pamiętam już bez tego Mandowskiego i w wersji „forbaj”. I u mnie w domu się tak mówiło, gdy coś było „już musztardą po obiedzie”, „popapane”, czy przegrane lub nieudane. Mama mówiła ten Ausdruck: „i forbaj”, czyli nic się już nie zrobić.

Na zadane przez gazetę pytanie odpowiadali w kolejnych numerach czytelnicy z różnych miast niemieckiego Górnego Śląska. Jedno z tłumaczeń było następujące: 

Na przełomie wieków w Rybniku mieszkał właściciel browaru Mandowski. Był człowiekiem szanowanym i zamożnym, który szybko powiększył swój majątek, kupując drugi rybnicki browar i inne nieruchomości. Nawet, w 1903 lub 1904 roku, wygrał jakąś wielką nagrody – tak przynajmniej twierdził – i za uzyskane pieniądze kupił samochód ciężarowy, co było w Rybniku wówczas czymś niespotykanym i powszechnie podziwianym. Z dnia na dzień firma, która prawdopodobnie nigdy nie miała solidnych podstaw, upadła. Mandowski nagle zniknął z Rybnika, a jego majątek został podzielony pomiędzy licznych wierzycieli. W tym samym czasie powstało powiedzenie „Vorbei Mandowski”, którego niemieckość nie jest do końca prawidłowa, ale jest charakterystyczna dla lokalnego obszaru dwujęzycznego, a treść głosi: „Chwała się skończyła”. W tym sensie powiedzenie to było i jest również używane przy nieistotnych okazjach, jak na przykład w grze skat w momencie, gdy przeciwnik zdobywa 60 punktów, a gracz przegrywa. Wyjazd wielu rybniczan z miasta po plebiscycie mógł mieć duży wpływ na upowszechnienie się ale i zmianę tego powiedzenia.

Z kolei nauczyciel Rotter z Rokitnicy przesłał do Oberschlesische Volkskunde odpowiedź, że słyszał to powiedzenie w Rybniku lub na przedmieściach miasta. Napisał też, że o ile się orientuje to, w okolicach Rybnika mieszkał karczmarz lub właściciel browaru nazwiskiem Mandowski. Ponoć gdy grywał i przegrywał w bilard to kwitował to słowami „Vorbei Mandowski”.

Zaś czytelnik z Gliwic wyjaśnił te „Vorbei” następująco:

Często słyszałem sformułowanie „Przeminął Mandowski” o losie loteryjnym. Czytając listę nagród, starszy pan użył przy mnie wyrażenia „Przeminął Mandowski”, gdy nie zauważył numeru swojego losu. Moja żona używa tego wyrażenia, jeśli nie odpowiem na pytanie z powodu rozproszenia uwagi i wrócę do niego po pewnym czasie. Mówi się, że Mandowski był Żydem.

A Szymon Jucha z Beuthen tak wyklarował ten Ausdruck (i przy okazji przesłał inne):

Słyszałem tylko takie powiedzenie: „ferbaj Mandowski” w Beuthen. Jeśli coś poszło nie tak, to tak mówili. Znam podobne powiedzenie z mojej rodzinnej wsi, obecne miasto Siemianowice, brzmi ono: „Ferbaj po Krystyanie!” To prawdopodobnie oznacza: „Z Christianem koniec”. Celowo użyłem języka górnośląskiego. Wymowa jest używana, ponieważ jest łatwiejsza do zrozumienia. Zauważyłem w mojej rodzinnej wsi inne powiedzenie, którego do dziś nie rozumiem: „Wyjechoł, jak Zawadzki na mydle”. ? Dziwne, bo w Siemianowitz nie ma Zawadzkiego, ale jest w Beuthen. Wyjaśnienie tego powiedzenia jest dla mnie zagadką. Inne powiedzenie swoje pochodzenie zawdzięcza przypadkowi. W Siemianowicach był górnik Nierychło. Pewnego razu ten dobry człowiek przyszedł do kopalni spóźniony, aby odebrać pensję. Przekazano mu wiadomość: „Ferbaj seckse, gellltaku niema”. Od tego czasu powyższe wyrażenie było często słyszane przy niestosownych okazjach. W Beuthen często słyszałem, jak ludzie mówili „Ferbaj Blandowski” zamiast „Ferbaj Mandowski”. Prawdopodobnie jest to aluzja do dawnej, cieszącej się złą sławą, knajpy na „Gummibrücke”, naprzeciwko starego domu Orłowskich przy obecnej Schulstrasse w Roßbergu.

Kapitalne są te tłumaczenia sprzed prawie stu lat. Szczególnie zauroczył mnie Zawadzki, którego nie było w Siemianowicach 😉 Współcześnie też w prasie wyjaśniono o co kaman z tym Mandowskim.
W 1999 r., w rybnickich Nowinach, Ryszard Kincel, w artykule o dziejach rybnickiego piwowarstwa pisał:

Piwowar Mandowski, zresztą mason, członek loży masońskiej Bnai Brit, znany był nie tylko z warzenia dobrego piwa, lecz też z potocznego zwrotu „ferbaj Mandowski”, popularnego na Górnym Śląsku do drugiej wojny światowej. Bowiem żydowski właściciel browaru był namiętnym graczem w bilard, a kiedy źle uderzył w bilę i przegrywał, mawiał „vorbei Mandowski”. „Vorbei” , znaczy: obok, mimo, ale też: już po nim, już umarł. Jeszcze Wilhelm Szewczyk opowiadał jak to „ferbaj Mandowski” stosowano przy grze w karty, przy nieudanym losowaniu loterii i w ogóle kiedy się coś nie udało.”

Mandowski z Rybnika wyjechał wraz ze swoim powiedzeniem. Może w Hindenburgu nadal przy bilardzie mawiał te swej „Vorbei”. Jako dyrektor wielkiej spółki browarniczej na pewno korzystał z męskich uciech ówczesnego świata, jakim był skat czy bilard. Był członkiem komory handlowej w grupie przemysłowej. Angażował się w lokalną politykę, był w Radzie Nadzorczej Deutsche Volksbank i na pewno powodziło mu się znakomicie.
Mieszkał przy Kronprinzenstrasse, czyli dzisiejszej ul. Wolności w Zabrzu, długiej arterii miejskiej, przy której mieściły się również zakłady, których był dyrektorem. Ich głównym właścicielem była firma Ostwerke A.G. z Berlina. W 1928 roku właścicielem zakładu został niemiecki koncern piwowarski Schultheiss-Patzenhofer A.G., który posiadał go do czasów II wojny światowej. Niestety, w 1933 r. było już „Vorbai Mandowski”.

Jeszcze w kwietniu tego roku dał ogłoszenie w prasie o nagrodzie w wysokości 500 RM za wskazanie osoby, która rozsiewała o nim plotki, jakoby przekazał Partii Komunistycznej kilka tysięcy marek. Jeszcze był oficjalnie dyrektorem.

A w maju już nie był. Jak to napisały Nowiny Codzienne ustąpił z zajmowanego stanowiska na własne życzenie. Przy Hitlerze u władzy, jako Żyd, nie miał szans na bycie dyrektorem, więc albo go zmuszono, albo faktycznie sam zrezygnował. „Vorbei Mandowski” 🙁

W czerwcu już wysprzedawał swoje dobra. Mieszkał jeszcze na terenie browaru, ale zapewne zmuszono go do upuszczenia zajmowanego dyrektorskiego mieszkania. Z powodu przeprowadzki, jak to podał w ogłoszeniu, oferował do sprzedaży m.in.: fortepian Bechsteina, porcelanowy zestaw obiadowy na 18 osób (221 sztuk naczyń), dywany perskie, obrazy, kryształy, mahoniową witrynę, meble gięte, sypialnię, umywalki czy figurki miśnieńskie. To było to „Vorbei”.

Rok później, pani Sadonie Mandowska oferowała kobietom usługi masażu. Ktoś widać musiał zarabiać. Nadal małżonkowie mieszkali w Hindenburgu przy tej samej ulicy, ale już w innym miejscu. Gdy w 1934 r., zmarł Zygfryd Müller, Ludwig i jego bracia odziedziczyli po 1/324 w spadku po dalekim rybnickim krewnym. To dawało im po 5 udziałów w, utworzonej z müllerowego browaru, spółce z ograniczoną odpowiedzialnością. Nie był to wielki majątek, ale zawsze coś.

Ze swoją Sidonie wyprowadził się do Berlina i to tam spędzili w strachu ostatnie lata swojego życia. Myślę, że miał tam mieszkanie jeszcze przed 1933 r. Ludwig zmarł 30 stycznia 1942 r. z powodu zwapnienia tętnic wieńcowych i uremii. Jego zgon zgłosił Kurt Israel Mandowsky – brat, którego onegdaj już opłakiwano jako poległego na polach walki w 1918 r. Były dyrektor browaru (tak napisano na akcie) Ludwig Israel Mandowsky, wyznania izraelickiego, zmarł w mieszkaniu brata Kurta w wieku 69 lat. „Vorbei Mandowski” 🙁

 

Pół roku później wdowę Sidonię wywieziono hen daleko… „Vorbei Frau Mandowski” 🙁 Zamordowano ją w lesie pod Rygą. To straszne miejsce. Byłam tam.

A młodszego brata Kurta zapakowano do wagonu w stronę Auschwitz w lutym 1943. „Vorbei”…
Trzeci z braci – Max – był farmaceutą. Jego rodzinę też dopadło to „Vorbei”. Przeżyła tylko jedna córka.

Kurt Mandowski i jego szwagierka Sidonie zostali upamiętnieni w Berlinie kamieniami pamięci.

Czy Ludwig i Sidonie mieli dzieci nie udało mi się ustalić. Na 95% nie. Po właścicielu rybnickiego browaru Mandowskiego, dyrektorze rybnickiego browaru Zamkowego oraz wielkiego browaru zabrzańskiego nic nie zostało za wyjątkiem tego zapomnianego Ausdrucku: „Vorbei Mandowski”. Przez ustalenie tej historii owe „forbaj”, którego używała Mama i chyba obie babcie, nabrało dla mnie teraz ciut smutniejszego znaczenia.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania „Vorbei Mandowski” została wyłączona
31 lipca 2024

Dr Arthur Rubensohn – notariusz i adwokat

Nie przypuszczałam, że pytanie zadane przez jednego z uczestników spacerów po Rybniku, zarazem czytelnika „Szuflady” pogrąży mnie na wiele godzin w Internecie i doprowadzi do takich odkryć, że czacha dymi!
Przynajmniej moja czacha buzuje od dzisiejszego ranka, gdy doszłam do informacji o ścięciu głowy jednego rybniczanina (co prawda jedynie z urodzenia, ale zawsze rybniczanina).

Po kolei jednak, bo walnęłam spoilerem na samym początku historii 😉
Przygotowując się do spaceru szklakiem rybnickich prawników skoncentrowałam się tylko na okresie międzywojennym. No i głównie na adwokatach, bo to o nich można znaleźć najwięcej informacji. Wypuszczałam na Fb pewne jaskółki, by zareklamować przechadzkę i jedną z takich zachęcajek była informacja o mecenasie Zacheuszu Dombku, który w 1938 r. na drzwiach swojej kancelarii wywiesił kartkę, że „żydom wstęp wzbroniony”. Pod postem czytelnik mojego bloga zadał pytanie, czy mieliśmy w Rybniku żydowskich adwokatów. Od razu wyjaśniłam, że nie, gdyż w przyjętym przeze mnie przedziale czasowym takich nie było. Bo ze mnie taki cep, który nie myśli całościowo, a jedynie wycinkowo.

Pytanie mi szybko wyparowało z pamięci. Gdyby nie wczorajsza wizyta kolegi dziennikarza, który przygotowuje materiał prasowy o tym spacerze, to bym o sprawie nie pamiętała. I wczoraj, gdy kolega pojechał zaczęłam kombinować i nagle mi się przypomniało, że lata temu próbowałam coś znaleźć na temat jednego notariusza (równocześnie adwokata), który choćby z racji nazwiska wydawał mi się mieć żydowskie pochodzenie. Wtedy, moje poszukiwania spełzły na niczym, ale być może za słabo szukałam.  Dziś, po porannej przelotce po chwałowickich hałdach umysł mi się rozjaśnił i zasiadłam przed laptopa, by ustalić kim był, skąd, co zrobił i czym się zasłużył – dr Arthur Rubensohn – rybnicki adwokat i notariusz . Oczywiście nie z okresu międzywojennego, a z czasów niemieckich, czyli z przełomu XIX i XX w. Do końca nie byłam pewna, czy w ogóle był Żydem. A był, był. I to Żydem z daleka.

Śląska Biblioteka Cyfrowa pozwoliła mi ustalić, że w 1898 r. został mianowany prawnikiem przy sądzie w Rybniku. Przyjechał tu z miasta Grätz, czyli obecnie Grodziska Wielkopolskiego, gdzie pracował wielce zasłużony dla tego i innych miast ojciec Arthura – Jakob Rubensohn. Tata naszego prawnika nie był byle kim. Był cenionym i szanowanym lekarzem, szefem tamtejszego szpitala, radnym miejskim w Grodzisku, a także honorowym obywatelem tego miasta. Willa Rubensohna do dziś stoi w dawnym Grätz.

Tajny radca medyczny oprócz syna, który został prawnikiem, miał jeszcze na pewno dwie córki. W 1943 roku siostry Elsbeth i Betty Rubensohn zostały deportowane z Berlina do Auschwitz i tam zamordowane.
Zanim jednak nadeszły złe czasy, przyszły rybnicki Rechtsanwalt skończył prawo w Rostoku. Nie urodził się w Grodzisku, bowiem jego tata pochodził z terenów obecnego woj. warmińsko-mazurskiego – z okolic Suszu. Arthur we wszystkich dokumentach jako miejsce urodzenia ma podaną miejscowość Bischofswerder (obecnie wieś Biskupiec).

Gdy 28-letni prawnik przyjechał do Rybnika w tym 1898 r. był już żonaty. W rybnickich wykazach urodzeń podano, że urodziło mu się w Rybniku troje dzieci. Lekko zbaraniałam, że nie mam tych aktów, skoro byli Żydami. Zdarzają mi się czasem ominięcia, ale żeby aż trzy osoby z jednej rodziny? Sprawa się wyjaśniła, gdy dotarłam do powojennego aktu zgonu żony adwokata. Ona była ewangeliczką, więc i dzieci były przy urodzeniu zarejestrowane jako ewangelicy, dlatego też ich nie sfotografowałam w archiwum.
Gdzie Rubensohn mieszkał w Rybniku to pojęcia nie mam. Karierę jednak robił zawrotną, bo bardzo szybko dostał się do rady miasta. Kronikarz Trunkhardt podaje, że było to już w 1900 r. A już w następnym roku ponoć został zastępcą burmistrza Günthera (przynajmniej tak informował Dziennik Polski).

Kancelarię prowadził ze wspólnikami, którzy na przestrzeni tych kilku lat się zmieniali. Angażował się w wiele spraw i organizacji, jak choćby w działalność stowarzyszenia byłych żołnierzy armii pruskiej, czy w budowę rybnickiego gimnazjum (obecnie LO i. Powstańców). Był w komitecie założycielskim tej szkoły. W raciborskim archiwum są całe teczki z aktami notarialnymi z jego kancelarii, ale jakoś nigdy do nich nie doszłam. U niego sprzedawano, kupowano, spisywano intercyzy i testamenty. 

I tak jak inny żydowski radny Eugen Leuchter, został sfotografowany, gdy oddawano do użytku wieżę ciśnień przy ul. Świerklańskiej. Wodociąg dla miasta to było naprawdę osiągnięcie Rady Miasta i ówczesnego burmistrza. Z opisu zamieszczonego w artykule o wodociągach dr. B. Klocha, wynikałoby, że dr Rubensohn to trzeci od prawej oficjel. 

Trójka dzieci i żona Magdalena za często Arthura w domu chyba raczej nie widywali. I nagle, a może nie tak nagle, przyszła choroba. Nekrologi, które ukazały się w Schlesische Zeitung w marcu 1913 r. informowały, że Arthur Rubensohn odszedł po długich i trudnych cierpieniach w wieku 42 lat. Leczył się w sanatorium Birkenhof w Gryfowie Śląskim na Dolnym Śląsku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo ludzie starają się wydobrzeć w sanatoriach. Ale ten ośrodek został wybudowany berlińskiego neurologa Dr. Gericke i specjalizował się w leczeniu mężczyzn z zaburzeniami psychicznymi i uzależnionych od alkoholu i morfiny. Zonk!

Nie mam aktu zgonu dr. Rubensohna, bo go nie ma w sieci, więc nie znam przyczyny zgonu, jednak zakładam, że nie zmarł na raka płuc, a przez jakieś uzależnienie. Według nekrologu został pochowany w Görlitz, o czym zawiadamiała żona. Arthur na pewno w tamtym czasie mieszkał w Rybniku, bo to wynika z innego nekrologu, który zamieścił jego ówczesny wspólnik, adwokat dr Dobermann, zaś żona podała adres przy Berlinerstrasse w Görlitz. Może byli w separacji? Jak był morfinistą i alkoholikiem, to jest to wielce prawdopodobne. 

Chyba niedługo potem, wdowa Magdalena zdecydowała się na zmianę nazwiska. Chciała się odciąć? Wymazać z pamięci? Rozpocząć nowe?

Właśnie przez tę zmianę miałam takie problemy z namierzeniem całej familii. Gdy jeden z urodzonych w Rybniku synów, brał ślub w Berlinie w 1924 r., to nazywał się już Gerhard Rubens. Tak więc do zmiany musiało dojść przed tym rokiem. Cała czwórka: wdowa i troje jej dzieci stali się „Rubensami”. Gerhard zamieszkał z żoną w Breslau, wdowa Magdalena w Berlinie, tak jak i córka Ilse, a drugi z synów Hans Werner Emil Max (tyle imion dostał przy narodzinach w naszym mieście 1905 r.) przed wojną mieszkał w małej miejscowości (wsi?) Segeletz w Brandenburgii. Był ogrodnikiem z wykształcenia i pracował jako urzędnik rolniczy.
W międzyczasie w Berlinie zmarł zasłużony tata Arthura – dr Jakob Rubensohn, dla którego zapewne zgubne ciągoty i śmierć syna były wielkim ciosem. Ciekawe czy, jako doświadczony lekarz, zauważał już coś w zachowaniu jednego z wnuków…

I teraz słuchajcie! Najpierw znalazłam akt zgonu Magdaleny. Powojenny akt z 1950 r. Wniosek: jako ewangeliczka, choć wdowa po przechrzczonym Żydzie, to raczej mniej musiała się obawiać represji w czasie wojny. Wojnę przeżyła, ale rak wątroby chyba już ją toczył.  O zgonie poinformowała „aktorka Ilse Rubens”. Ha! Córka naszego adwokata została aktorką, chyba była w międzyczasie zamężna, ale się wg mnie rozwiodła. Mieszkała po wojnie w Berlinie, ale jej dalszych losów nie udało mi się ustalić. W 1947 r. dubbingowała głos jednej z trzecioplanowych postaci do radzieckiej komedii pt. „Wiosna”. Za dużo „rubensowskich” kobiet mi wyskakuje przy poszukiwaniach 😉 więc nie wiem co się z nią dalej działo.

Potem znalazłam akt zgonu Gerharda, onegdaj Rubensohna, a oficjalnie Rubensa. Ten już miał gorzej, by przeżyć wojnę, bo jednak ojciec był Żydem. Jakoś jednak w tym Breslau przetrwał, ale… Ale kres go dopadł w Halle i to zaraz po oficjalnym zakończeniu działań wojennych w Europie. Z dokumentu zgonu z 6 czerwca 1945 r., Gerhard, zgodnie z rejestrem policji kryminalnej oficjalnie mieszkaniec Breslau, zmarł w szpitalu wyniku działań wroga (którego???) a przyczynami zgonu było wstrząśnienie mózgu, rozległy postrzał w płuca, wycieńczenie oraz krwotok. Of kors, miejsce urodzenia to Rybnik Oberschlesien.

I teraz przechodzimy do ostatniego dziecka naszego adwokata. Jak przy tych poprzednich osobach to się trochę musiałam nagłowić, by je wyszukać w Internecie, to przy Hansie Wernerze były tylko dwa strzały. Najpierw starannie wypełniony akt zgonu z 1944 r., który mi od razu podpadł przez niejakiego Wilhelma Leitholda – Wachtmeistra. Przyczyna zgonu była szokująca: ścięcie głowy! Ja prdl! Szybkie wypełnienie okienka w Googlu i miałam go!

Urodzony 9 maja 1905 r. w Rybniku Hans Werner Emil Max, syn tutejszego doktora praw, adwokata, radnego miejskiego, zastępcy burmistrza, zarazem wnuk doktora nauk medycznych i zasłużonego dla wielu miast lekarza, został ścięty gilotyną w więzieniu Plötzensee w Berlinie 2 marca 1944 r. 12 minut po godz. 13. W okresie rządów Adolfa Hitlera w latach 1933–1945 w Plötzensee stracono prawie 2900 osób – m.in. członków tzw. Kręgu z Krzyżowej (oskarżonych o zamach na życie Hitlera w lipcu 1944 w Wilczym Szańcu), uczestników czechosłowackiego ruchu oporu i różne inne osoby uznane przez Trybunał Ludowy za wrogów państwa.

Hans Werner raczej nie był antyfaszystą. Hans Werner Rubens został uznany za „niebezpiecznego przestępcę moralnego”. Pierwszy raz został skazany w 1935 r. na więzienie za związki homoseksualne i molestowanie seksualne. Drugi raz w 1944 r. „za wykorzystywanie seksualne chłopców poniżej 14 roku życia”. Na zaostrzenie wyroku, czyli w sumie na gilotynę skazano go z uwagi na żydowskie pochodzenie jego rodziny, gdyż dla nazistów był „pół-Żydem”. Nie można stwierdzić, czy Sąd Specjalny przy Sądzie Okręgowym w Berlinie miał na to dowody, czy może tylko poszlaki. Czy faktycznie wykorzystywał chłopców, czy jedynie był homoseksualistą, co Rzesza też surowo karała, to nie ustalimy. I jeszcze homoseksualista prawie Żyd (nie było istotne, że ojciec przyjął wiarę chrześcijańską, a mama była ewangeliczką). Jeśli faktycznie wykorzystywał nieletnich, to kara więzienia mu się bezsprzecznie należała. Nawet tego faszystowskiego. Gilotyna niekoniecznie. 

Nie jestem psychologiem, ani psychiatrą więc nie mnie się wypowiadać na temat problemów, których mogły doświadczać dzieci morfinisty czy alkoholika (bo zakładam, że przez to zmarł Arthur Rubensohn). To mogło jakoś rzutować na życie zgilotynowanego Herberta.
Żal mi Magdaleny, bo łatwego życia nie miała. Zapewne trudne małżeństwo, szybka utrata męża i życie wdowy z trójką dzieciaków. Tułaczki, kolejne przeprowadzki, ustawy norymberskie i strach o te dzieci (w końcu były ze związku z Żydem), w 1943 r. wywiezienie do Auschwitz szwagierek, potem stracenie syna Hansa Wernera (jeszcze musiała zapłacić za zgilotynowanie – bo tak stanowiło prawo Rzeszy), a na koniec wszystkiego zginął drugi syn.
Eh… nazwisko Rubens nie przyniosło im szczęścia…

Ciekawe, czy wywoływane przez dr. Arthura Rubensohna hipoteki nadal gdzieś wiszą w starych księgach wieczystych i który z naszych przodków zgłosił się za piszącego na maszynie pomocnika biurowego do kancelarii tego Rechtsanwalta?

22 lipca 2024

Rodzina Kaiserów

Przy końcu ul. Sobieskiego w Rybniku stoi gryfno kamienica, w której od jakiegoś czasu można kupić fest gryfne geszynki – choćby na Geburstag. Jeszcze na początku XX w. ten piętrowy budynek nie wyróżniał się wśród pozostałych kamieniczek przy ówczesnej Breitestrasse i stał w cieniu ceglanego kolosa Rospenków. Przed pierwszą wojną światową został przebudowany na potrzeby właściciela domu mody, którym był przybyły do Rybnika ok. 1912 r. Josef Kaiser. Jego szczyt i duże okna na pierwszym piętrze są podobne w stylu do dawnego domu towarowego na Rynku, który też w tym samym czasie zmienił wygląd. Obie kamienice przebudowano w stylu wczesnego modernizmu, co nadało im nowoczesny jak na tamte lata sznyt, a wykonawcą przebudowy była firma budowlana Paula Martiniego. 

Josef Kaiser, syn Salomona i Jenny, urodził się w małej wsi Städtel (obecnie Miejsce w powiecie namysłowskim). Podejrzewam, że przyjechał on do Rybnika ze śląskiego miasteczka Bernstadt (Bierutów w powiecie oleśnickim), a powodem, dla którego do nas trafił, był wujek, pełniący w owym czasie funkcję kantora w gminie żydowskiej. Dwaj starsi bracia nowego rybniczanina zdecydowali się na stolicę Niemiec, a on wybrał sobie – jak to w 2002 r. powiedziała jego córka Erna – „jedno z najpiękniejszych miast w Polsce”. Wtedy było to jeszcze miasto niemieckie, lecz bezsprzecznie piękne, co widać na starych pocztówkach i zdjęciach.

Znaleziono mu w Rybniku pannę na wydaniu – córkę handlarza Maxa Dombrowskiego i jego żony Jenny, pochodzącej z zasłużonego rodu Leschczinerów. Wybranka, o rzadkim jak na nasze miasto imieniu Flora, była od Josefa o kilka lat młodsza i nie miała rodzeństwa, gdyż jedyny jej braciszek zmarł w niemowlęctwie, a rodzice, gdy brali ślub, do najmłodszych już nie należeli. Florze i Josefowi błogosławieństwa udzielił nowy, urzędujący od 1912 r. rabin David Braunschweiger. Świadkami byli dwaj wujowie – ze strony pana młodego kantor Hugo Schüftan, a ze strony panny młodej Noah Leschcziner, przewodniczący gminy żydowskiej, miejski radny i jeden z bogatszych kupców Rybnika.
Po dziewięciu miesiącach, pod koniec listopada 1913 r., Kaiserom, mieszkającym jeszcze przy ul. Gliwickiej, urodziła się córeczka Elise Johanna. Wszystkie kolejne dzieci przychodziły na świat już w kamienicy wniesionej jako wiano przez żonę. Josef zmienił ten XIX-wieczny budynek w nowoczesny dom handlowy. Radość z przeprowadzki na nowe miejsce i z nowego sklepu przyćmiła śmierć kolejnej córki, dwumiesięcznej Marthy.

Gdy Josefa zaciągnięto do armii kajzera, Flora została sama z interesem, wymagającymi opieki rodzicami i małą Elise. Na szczęście mąż wrócił z Wielkiej Wojny cały i zdrowy, co było cudem, jeśli zważyć na fakt, że kuzyni Georg Schüftan i Alfred Leschcziner polegli zaraz na jej początku.
Opowieści Josefa o okopach, strachu i śmierci towarzyszy broni Flora wolała nie słuchać, bo czuła, że może to zaszkodzić kolejnej ciąży. Na szczęście urodzona w 1919 r. Greta była zdrowa. Elise bardzo się cieszyła, że ma siostrzyczkę, a Josef w duchu marzył o synu. Musiał na niego poczekać jeszcze prawie rok – 11 miesięcy po narodzinach Grety zaprosił do domu mohela na rytualne obrzezanie małego Hansa. Rabin Nellhaus, który tego dokonał, ledwo co rozpoczął swój krótki rabinat w Rybniku. W swoim notatniku, przechowywanym do dziś w Instytucie Leo Baecka w Nowym Jorku, zapisał informację o tym ważnym dla Kaiserów dniu. Gdy pod koniec następnego roku, 17 grudnia 1921 r., Josefowi urodził się kolejny syn, Kurt, dr Nellhaus, przewidujący podział Górnego Śląska, mieszkał już daleko w Szczecinie.

 

Rodzina Kaiserów mimo swej niemieckości nie zamierzała opuszczać miasta. Interes dobrze prosperował, załoga składu manufaktury została nawet powiększona o dekoratora, więc Josef optymistycznie patrzył w przyszłość, choć tak wielu znajomych wyjeżdżało. W domu mówiono tylko po niemiecku, ale sprzedawczynie w sklepie musiały być dwujęzyczne, co było powszechne na ziemi górnośląskiej.
Władzę w mieście przejęli Polacy, ale prawa mniejszości niemieckiej gwarantowała konwencja genewska, co uspokajało Josefa. Wierzył, że dla jego rodziny zbyt wiele się nie zmieni.
Uznawszy, że może bardziej zaangażować się w życie gminy żydowskiej, zgodził się pod koniec 1923 r. kandydować na jej reprezentanta. Zmiany w niej były niezbędne, gdyż wielu Żydów opuściło miasto, co powodowało konieczność uzupełnienia składu tego kolegium. W obecności komisarza wyborczego, którym był burmistrz miasta Władysław Weber, oraz dwóch świadków wyboru: Noaha Leschczinera i A lfreda Aronadego przeprowadzono głosowanie i wybrano nowych reprezentantów gminy. Josef Kaiser wraz z kilkoma innymi wybór przyjął, co poświadczył podpisem.
Przez lata Josef szefował też bractwu pogrzebowemu Chewra Kadisza, które sprawowało opiekę nad cmentarzami oraz zajmowało się pochówkami zmarłych Żydów. W jego imieniu informował m.in. o śmierci w Opolu rabina Braunschweigera, który odszedł ze świata 1 maja 1928 r.

W kwietniu 1924 r. rodzina znowu się powiększyła. Najmłodszą z rodu została Erna. W wywiadzie, którego udzieliła w 2002 r. w Instytucie Jad Waszem, opisała przedwojenny Rybnik, losy swoich rodziców i rodzeństwa oraz to, co sama przeszła w czasie wojny. Czytając jedno ze zdań, które wtedy wypowiedziała, bardzo się wzruszyłam. Na prośbę, by opisała swoje rodzinne miasto, Erna powiedziała: „Jeśli tak ma zostać, to jest to testament. To było jedno z najpiękniejszych miast w Polsce”.
Gdy wypowiadała te słowa, miała 78 lat i nadal pamiętała, że Rybnik był zielony i niezwykle czysty. Opowiadała o synagodze z kryształowymi kandelabrami, o Niemcu chrześcijaninie, który utrzymywał w niej porządek, o żydowskich świętach i niemieckiej nostalgii za miastem, które jeszcze niedawno nie było polskie. Ważne były dla niej wspomnienia wypraw nad staw Ruda, ulubione miejsce dziecięcych kąpieli. No i szpital psychiatryczny, który po drodze mijali. Erna pamiętała, że w tym szpitalu byli leczeni żydowscy pacjenci, którzy czasem przychodzili do synagogi z opiekunem.

Opisując swój dom rodzinny, Erna ze wzruszeniem mówiła o kucharce – katoliczce z Gross Rauden (Rudy), wsi leżącej kilkanaście kilometrów od Rybnika, tuż za niemiecką granicą. Traktowano ją jak członka familii, a do jej rodziny Kaiserowie co miesiąc jeździli w odwiedziny dorożką zaprzężoną w dwa konie. Erna zapamiętała też Herrenzimmer, czyli pokój taty z dużą biblioteką i biurkiem.
Do czwartej klasy mówiła tylko po niemiecku, a jej koleżanki były w większości katoliczkami. Rodzinę stać było na zatrudnienie prywatnej nauczycielki dla młodszych dzieci, pokojówki, wysłanie najstarszej córki Elise na naukę do Wrocławia oraz zatrudnianie kilkunastu pracowników, co znajduje potwierdzenie na zdjęciu z 1924 r. przedstawiającym Kaiserów z załogą sklepu na wycieczce ufundowanej przez właścicieli. Według wspomnień jednej z przedwojennych sprzedawczyń sklepu Kaiserów, Adelajdy Frank, takie wspólne wyjazdy były często organizowane, a sam Josef Kaiser należał do bardzo uczciwych i dobrych pracodawców. Jak przekazała mi jej wnuczka, babcia miała z kupcem sekretny system znaków, dzięki któremu wiedziała, że ma zgodę np. na obniżenie ceny danemu klientowi bądź zastosowanie rabatu.

Od początku lat trzydziestych firma Josefa Kaisera zaczęła mieć spore problemy finansowe, które ciągnęły się aż do wybuchu wojny. Być może przewidując kłopoty, w marcu 1930 r. Kaiser założył spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością z kapitałem wynoszącym 20 000 zł.
Mimo szerokiego asortymentu towarów, które zapewne miały nabywców wśród rybniczan, Josef Kaiser znalazł się na liście dłużników – z nakazem aresztowania wydanym w Izbie Handlowej w Katowicach w 1931 r. Nie wiem, czy do aresztowania doszło, za to wiem, że dom przy Sobieskiego, którego jedyną właścicielką była Flora Kaiser, został wystawiony na licytację.

Przetarg przymusowy Sąd Grodzki w Rybniku wyznaczył na 1 kwietnia 1931 r. Jednak tego dnia dom raczej nie został zlicytowany. Swoje nazwisko w prasie Flora zobaczyła ponownie w 1934 r., gdy rybnicki „Tygodnik Powiatowy” opublikował obwieszczenie komornika, iż przystąpił on do oszacowania nieruchomości stanowiącej własność Flory Kaiserowej z domu Dombrowska. Prawdopodobnie głównym powodem tych problemów była pożyczka zaciągnięta w Komunalnej Kasie Oszczędności w Rybniku. Aż do czerwca 1939 r. firma Kaiser i S-ka (wtedy już w likwidacji) sądziła się z tym bankiem. Ostatnia rozprawa, której akta znajdują się w Archiwum Państwowym w Raciborzu, została przez Kaiserów wygrana.

Przed zlicytowaniem nieruchomości Kaiserów uratowało prawdopodobnie założenie spółki i to, że dom był odrębnym majątkiem żony. Sklep Kaiserów był często okradany, co wtedy nie było czymś wyjątkowym. Za to wyjątkowe było to, co zdarzyło się pewnego grudniowego wieczoru w 1937 r. W witrynę sklepu Kaiserów wjechał samochód! Głównym winowajcą był prawdopodobnie ksiądz Kasper Reginek z Golejowa, młodszy brat Tomasza Reginka, proboszcza parafii Matki Bożej Bolesnej w Rybniku. Jechał ul. Gliwicką, gdy nagle stanął – najpewniej zgasł silnik w jego aucie. Postanowił uruchomić je korbą, poprosił więc przypadkowego przechodnia, by usiadł za kierownicą i dodał gazu. Niestety, przechodzień nie był kierowcą i gdy silnik zaskoczył, nie zapanował nad pojazdem, który zaczął staczać się tyłem, a po drodze najechał na dziewczynkę oraz służącą, która jej pilnowała. Na skrzyżowaniu Gliwickiej z Sobieskiego i dzisiejszą Powstańców Śląskich samochód zmienił kierunek, przodem wjechał w sklep Kaiserów i kompletnie rozbił elegancką witrynę. Potrącone dziecko miało poważnie połamaną nogę, służąca była długo nieprzytomna, przypadkowy kierowca wyszedł z wypadku bez szwanku, ksiądz Reginek doznał ponoć załamania nerwowego, a Josef Kaiser musiał szybko zamówić szklarza i stolarza.

Nadchodził rok 1938, a wraz z nim nowe obowiązki i sprawy, jak choćby problemy z przejętym majątkiem gminy żydowskiej w Wodzisławiu Śląskim, którą zlikwidowano jeszcze w 1924 r., powierzając rybnickim Żydom m.in. budynek zamkniętej synagogi. W 1938 r. została ona sprzedana przedstawicielom Związku Powstańców Śląskich.
Josef coraz częściej miał wrażenie, że miasto i jego mieszkańcy się zmieniają. Po latach Erna na pytanie: „Kiedy rozpoczął się antysemityzm w twoim mieście?” odparła: „W 1938 r.” Wtedy po raz pierwszy usłyszała, że „żydki” powinni wyjechać do Palestyny. Antysemityzm narastał w niemieckiej szkole mniejszościowej, do której chodziła, choć od swoich koleżanek chrześcijanek sama nie usłyszała nigdy złego słowa. Jeden z wyjeżdżających znajomych taty przyszedł pewnego dnia do ich domu i namawiał Kaisera na sprzedaż wszystkiego i wyjazd z Polski. Rodzice Erny jednak nigdy nie brali tego pod uwagę, choć sąsiadów powoli ubywało. Listy, które przychodziły z Berlina od Maxa, brata Josefa, nie wróżyły dobrej przyszłości. Max był kantorem i nauczycielem, a to, czego był świadkiem, powinno było zapalić lampki ostrzegawcze w głowach rybnickich Kaiserów. Nie zapaliło, za to długi lont, który miał spowodować wybuch wojny 1 września 1939 r., już się tlił. Greta, Kurt i Hans zaczęli się udzielać w ruchu syjonistycznym, próbując się przygotować na ewentualny wyjazd do Palestyny. Tylko oni dostrzegali narastające zło. Nawet gdy najbliżsi znajomi przychodzili się żegnać, Josef Kaiser uparcie odmawiał opuszczenia Rybnika. Zresztą tak jak sąsiedzi: Martin Kornblum, Fritz Seidemann czy Benno Lewin. Wszyscy mieszkali tuż obok siebie, przy Sobieskiego, i razem chodzili na zebrania do gminy, po drodze komentując najnowsze doniesienia prasowe. Mieli dzieci, które wchodziły w dorosłość, i to one starały się przekonać rodziców, że należy uciekać, zanim będzie za późno. Niestety, wszyscy trzej nie mieli tyle siły i samozaparcia co Josef Manneberg, prowadzący do wiosny 1939 r. swój sklep z żelazem ciut niżej, po przeciwnej stronie ulicy. Ten, jak to już kiedyś pisałam, nie patrząc ani na miłość swego najmłodszego syna, ani na straty, które poniósł przy sprzedaży majątku, wyjechał.

Jakiś czas temu usnułam sobie taką historyjkę o podkochiwaniu się córki siodlarza Fritza Seidemanna, Johanny, w którymś z młodych i przystojnych Kaiserów. Urodzona w 1921 r. Johanna przeżyła drugą wojnę, podobnie jak najmłodsza z Kaiserów. Jej dwajbracia, rodzice i siostra Greta zginęli. Nie przeżył Seidemann, nikt z rodziny Martina Kornbluma ani z Lewinów. Relacja złożona w 1947 r. przez sąsiadkę Kaiserów, Joannę (wówczas miała już spolszczone imię i nazwisko Zajdeman), przedstawia to, co się stało po wejściu Niemców do Rybnika, i pokrywa się z wywiadem, którego udzieliła Erna Kaiser w 2002 r. Krótko przed rozpoczęciem wojny (albo na samym jej początku) Kurt, Hans i Greta Kaiserowie zdołali nielegalnie przedostać się na teren Słowacji, do Bratysławy, z nadzieją na dalszą podróż do Palestyny. Republika Słowacji, która powstała w wyniku rozpadu Czechosłowacji w marcu 1939 r., była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. Niewielu ludzi wie, że państwo to płaciło III Rzeszy 500 marek za każdego wywiezionego Żyda. Losy tej trójki młodych Kaiserów są trudne do precyzyjnego ustalenia. Erna dowiedziała się po wojnie, że wszyscy z Bratysławy zostali wywiezieni do Auschwitz, skąd bracia trafili do podobozów Gross-Rosen. Hans został zamordowany w Wiesau (obecnie wieś Łąka pod Bolesławcem), a Kurt w Arbeitslagrze Fünfteichen (Miłoszyce). Śliczna Greta zmarła na tyfus w Auschwitz. III Rzesza zgarnęła za nich razem 1500 marek tzw. opłaty za przesiedlenie.

 

Wracam jednak do Rybnika i wybuchu wojny, co postaram się opisać na podstawie zeznań obu niemieckich Żydówek z Rybnika, koleżanek i sąsiadek sprzed wojny, z których jedna, Johanny Seidemann i Erny Kaiser.
Gdy rozpoczęła się wojna, w Rybniku mieszkali zarówno Żydzi niemieccy, których Johanna określiła jako miejscowych, jak i napływowi – z Sosnowca, Będzina i innych miast Polski. Po zajęciu Rybnika część z nich uciekła do Zagłębia, kilka rodzin – na wschód Polski, a reszta została. Wiem, że kilka osób jeszcze pod koniec sierpnia 1939 r. wyjechało do Krakowa, np. rodzina właściciela firmy transportowej Młynarskiego czy Max Leschcziner. Natychmiast rozpoczął się rabunek sklepów żydowskich, spisywanie ich ruchomości i przejmowanie majątków przez tzw. Treuhänderów – powierników czy raczej komisarzy, którzy z ramienia władz niemieckich zarządzali ich mieniem. To samo działo się w przypadku sklepów i przedsiębiorstw Polaków. Treuhänderzy zazwyczaj prowadzili przejęte interesy pod niezmienioną nazwą, dodając jedynie swoje nazwiska w reklamach prasowych i drukach firmowych. Firma Kaisera jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością oficjalnie została zamknięta dopiero w październiku 1941 r.

W październiku 1939 r. Niemcy podpalili synagogę przy ul. Zamkowej, a resztki jej murów rozebrano. 8 listopada wszystkich mężczyzn w wieku od 14 do 60 lat wywieziono ciężarówkami do więzienia w Żorach. Wśród nich byli Josef Kaiser oraz Fritz Seidemann – ojcowie ocalałych kobiet. Po mniej więcej trzech tygodniach ich puszczono i mogli wrócić do Rybnika. W grudniu wezwano do Katowic Filipa Weissa, starego Żyda niemieckiego, którego dawni członkowie zarządu i reprezentanci gminy wybrali na swego przedstawiciela w tych trudnych czasach. Poinformowano go, że wszyscy Żydzi z Rybnika, Żor i Wodzisławia zostaną natychmiast przesiedleni w okolice Lublina z bagażem o maksymalnej wadze 25 kg. Wywózkę udało się odwołać, czy też raczej odroczyć, po złożeniu okupu w złocie i pieniądzach. Dla 15-letniej wtedy Erny była to ogromna „kupa złota”, jak powiedziała po latach. Stary Weiss zawiózł okup do siedziby gminy żydowskiej w Katowicach, która przekazała go Gestapo.

Od końca grudnia Żydzi w naszym mieście byli zobowiązani nosić białe opaski z niebieską gwiazdą Dawida na lewym ramieniu, a od marca 1940 r. mężczyźni musieli codziennie zgłaszać się na Gestapo. W tym samym miesiącu – zgodnie z tym, co relacjonowała dwa lata po wojnie Joanna Seidemann (Zajdeman) – Żydów mężczyzn zmuszono do usunięcia nagrobków, rozkopania grobów oraz rozbiórki domu przedpogrzebowego na starym cmentarzu (oficjalnie zamkniętym jeszcze przed wojną przez władze sanacyjne) przy ul. 3 Maja, przemianowanej na Adolf-Hitler-Strasse. 5 maja ponownie wezwano Weissa do Katowic, gdzie przekazano mu rozkaz Gestapo: 22 maja 1940 r. cała ludność żydowska Rybnika zostanie przesiedlona do Trzebini. Tego dnia z rybnickiego dworca pod eskortą gestapowców wywieziono nieco ponad 100 osób (w tym kilku Żydów z Żor i Wodzisławia). Wśród nich byli Flora i Josef Kaiserowie oraz ich dwie córki, Elise i Erna, Priesterowie, a także rodzina Seidemanna z Joanną. Nie pomogło powoływanie się na służbę wojskową w czasie pierwszej wojny światowej i niemieckie pochodzenie. Meble, które mogli zabrać, przewieziono do Trzebini ciężarówkami. W obcym dla nich mieście rozdzielono kobiety i mężczyzn, ustawiono ich czwórkami i popędzono pod siedzibę tamtejszej gminy żydowskiej. Trzebiński Judenrat zakwaterował rybniczan u miejscowej ludności. Na tego, który przez ostatnie miesiące był posłańcem złych wiadomości, czyli swojego tatę, dwie niezamężne córki Weissówny czekały jeszcze tydzień. Niemcy zostawili go w Rybniku, by „posprzątał” po tych, którzy mieli tu już nigdy nie wrócić. Po tygodniu dołączył, niestety na krótko, do wywiezionych. Prace, do których wszystkich zmuszano, były ponad jego siły.

Erna z Kaiserów, została jako jedna z pierwszych wywieziona z Trzebini do obozu pracy. Gestapo przyszło po nią w nocy. W międzyczasie większość Żydów z Trzebini przewieziono do getta w Chrzanowie, które ostatecznie zlikwidowano 18 lutego 1943 r. Elise, jeszcze przed tą datą została wywieziona z Chrzanowa do Sosnowca, skąd ostatecznie trafiła do KL Auschwitz. Rodzice Flora i Josef, po likwidacji chrzanowskiego getta, też zostali wywiezieni do Auschwitz i tam zamordowani.

Erna dostała się do małego obozu pracy Hannsdorf w malowniczych górach Jesionikach, w Sudetach Wschodnich. Oprócz jednego z większych czeskich browarów (dziś znanego z wyśmienitego piwa Holba) w tym małym miasteczku, zamieszkanym w większości przez Niemców, była przędzalnia, w której utworzono Zwangsarbeitslager für Juden, tj. obóz pracy przymusowej dla Żydów. A w zasadzie dla Żydówek. Wyniszczająca praca, terror, głód, bicie, ciągły strach przed śmiercią – tak wyglądało życie codzienne nastolatki. Ręce poparzone gorącym olejem ukrywała, by nie zakwalifikowano jej do wywózki do Auschwitz jako niezdolnej do pracy. Po jakimś czasie została przewieziona do innego obozu na terenie Sudetów – Parschnitz. Spędziła w nim półtora roku. Więźniarki pracowały tam w zakładach włókienniczych Hasse i Welzel przy produkcji mundurów i elementów masek przeciwgazowych dla Wehrmachtu. W 1944 r. obóz został włączony w skład kompleksu KL Gross-Rosen. Łącznie w Parschnitz przetrzymywano ok. 2500 więźniarek, 60% pochodziło z Polski, a reszta z Węgier.

Erna o rodzinie nie wiedziała nic, choć niektóre z kobiet dostawały nawet listy. To właśnie z nich dowiedziały się o tym, co się stało w Warszawie w 1944 r. Powoli docierało do nich, że Niemcy przegrywają, co jednak w żaden sposób nie zmieniło tragicznej sytuacji robotnic przymusowych. Czasem nad obozem przelatywały radzieckie samoloty zrzucające ulotki propagandowe. Dziewczyny starały się za wszelką cenę dotrwać do wyzwolenia. Ręce Erny gniły, ale ze strachu przed wysłaniem do komory nigdy nie poszła do prowizorycznego szpitala po pomoc.
Zimą 1945 r. w pobliżu Parschnitz przechodziły marsze śmierci. Wszędzie leżały trupy więźniów. Wydawało się, że nawet ci, którzy jeszcze byli w stanie iść, nie doczekają końca tej gehenny. 21 lat Erna skończyła 22 kwietnia, a 8 maja do obozu weszli Rosjanie. Więźniarki wreszcie zostały nakarmione, co dla niektórych oznaczało śmierć, gdyż ich żołądki były odzwyczajone od normalnej ilości jedzenia. Erna przez kilka tygodni dochodziła do siebie u jakiejś rodziny i gdy tylko jako tako podreperowała zdrowie, wsiadła do pociągu jadącego w stronę Górnego Śląska.

Dotarła do Rybnika. Nie było mamy, taty, braci, Grety. Z całej siedmioosobowej rodziny przeżyła tylko ona, najmłodsza, i Elise – najstarsza z rodzeństwa. Elise, która przeżyła Auschwitz chyba była bardziej poturbowana psychicznie i fizycznie niż młodsza siostra. Obie zadecydowały, że nie zostaną w Polsce, i dotarły do Niemiec. Dostały się do obozów dla przesiedleńców, w różnych miejscowościach. Jednak Erna jeszcze się łudziła, że może ktoś przeżył i wróci do rodzinnego domu. 

W Niemczech poznała swego męża i w 1947 r. ponownie przyjechała do Rybnika. Nie mogła zamieszkać w kamienicy Kaiserów, więc zatrzymała się przy Sobieskiego 7. Tu rok później, w jej urodziny, przyszedł na świat jej pierwszy syn, któremu dała na imię Józef – na cześć swego ojca Josefa Kaisera. Starała się jakoś odzyskać dom i w sądzie złożyła dokumenty o stwierdzenie nabycia spadku po zamordowanej mamie Florze – jako przedwojennej właścicielce kamienicy przy ul. Sobieskiego. W tamtym czasie przyjęto jedną datę zgonu dla wszystkich członków rodziny. Był to dzień likwidacji getta w Chrzanowie, czyli 18 lutego 1943 r.

Rybnik – to jedno z najpiękniejszych miast w Polsce stało dla Erny się obce, choć kilku ocalałych Żydów starało się ponownie ułożyć sobie w nim życie. Joasia Zajdeman też planowała wyjazd z mężem. Zresztą tak samo jak rybniczanin Eryk Priester, który wraz z Kaiserami był w gettach Trzebini i Chrzanowa, ale on przeżył dzięki bohaterom z Trzebini i dzięki swojej ówczesnej żonie.
Erna Mandelbaum z domu Kaiser (wówczas pisano już Kajzer) wraz z małym synkiem i mężem na powrót znalazła się w Niemczech. Po wielu perturbacjach udało im się dotrzeć do Izraela, w którym „na powitanie” wszystkich pasażerów statku odwszawiono za pomocą DDT. Jeszcze w 2002 r. mówiła z oburzeniem o tym, jak ich potraktowano.

W Izraelu urodził się jej drugi syn. Erna znała tylko niemiecki i polski, a hebrajskiego, jak powiedziała, nigdy za dobrze się nie nauczyła. W latach dziewięćdziesiątych XX w. udało jej się odzyskać bezprawnie znacjonalizowaną kamienicę przy Sobieskiego 36. Kilka razy odwiedziła to jedno z najpiękniejszych miast w Polsce. Po jej śmierci budynek odziedziczyli synowie, którzy jakiś czas temu ostatecznie go sprzedali. Jej siostra, Elise Kaiser, zmarła w Filadelfii w 1999 r.

Nad gryfnym geszeftem w dawnej kamienicy Kaiserów, gdzie obsługuje się w języku nie tylko polskim, ale i śląskim, na pewno czuwa duch przedwojennego rybnickiego kupca Josefa i jego żony Flory.

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Rodzina Kaiserów została wyłączona