kwiecień 25

Piękni i młodzi – post scriptum

Opisywanie losów 12 nastolatków, sfotografowanych 100 lat temu w Rybniku, skończyłam pod koniec ubiegłego roku. Gdy dwa lata temu rozpoczynałam tą historię z ➡ „Pięknymi i młodymi” nie przypuszczałam, że zwykłe bajdurzenie w Internecie doprowadzi do tylu wzruszeń, odkryć i spotkań. Tak, tak – spotkań mimo panującej pandemii.
Przypomnę, iż fotografię przedstawiającą szczęśliwych przyjaciół dostałam od Miriam Glucksmann, której ➡ tata to zdjęcie zabrał ze sobą wyjeżdżając w 1933 r. z Niemiec do Anglii. Dzięki temu, że jego   siostra, a zarazem ciocia Miriam opisała na odwrocie uczestników tego spotkania, udało mi się w miarę dobrze ustalić losy tych młodych ludzi. Uznałam, że powinnam o nich napisać i opowiedzieć światu o każdej postaci. Szyłam te opowieści z różnych skrawków informacji. Na ogół były z dziurami, z których niektóre być może kiedyś się uda zacerować. Raz wychodziło lepiej, raz gorzej. Robiłam to w sumie bardziej dla siebie niż dla innych. Tak to pomalutku leciało aż do momentu, gdy napisał do mnie z Izraela potomek familii, z której wywodziło się pięć osób stojących na tym zdjęciu.

Hello Malgosia, For about a week now, since a relative sent me an obituary notice from 1927, and I started reading your drawers (thanks to translation possibility) I feel very lucky. Since my father died when I was young, I did not know much about the family even not the connections to our relatives whom I knew. Now, thanks to you, a photo that was taken almost a hundred years ago, brings my family alive and things start to be clear, though I have some questions.

I się zaczęło. Od października 2020 r. wszystko nabrało ogromnego tempa i doprowadziło do niewiarygodnych emocji, nie tylko z mojej strony, na przełomie stycznia i lutego. Doron z rodziny Priesterów nie był pierwszym, który znalazł w mojej Szufladzie informacje o swoich krewnych. Ale był, jak na razie, tym jedynym który uznał, że trzeba te wiadomości wykorzystać by odszukać w świecie wszystkich, którzy mogliby być zainteresowani tą historią. Zaczęłam tworzyć skomplikowane drzewo genealogiczne Priesterów i razem z Doronem przekopywaliśmy się przez Internet szukając potomków, zmarłego w Rybniku w 1865 r., Salomona Priestera i jego żony Rosalie. Salomon miał sporą gromadkę dzieci, więc pęczniały mi foldery w laptopie, który dyszał jak stary parowóz.

Wspólnie odkrywaliśmy historię górnośląskiego rodu, który związany był z kilkoma miastami w naszym regionie, o czym już tu pisałam przy okazji zakładania pancerza obronnego na ➡ koronę. Doron wydobywał z pamięci jakieś fragmenty opowieści rodzinnych o kimś tam w Szwajcarii, o dalekich krewnych, których nie znał w Kanadzie, czy Australii.

Zbliżał się koniec listopada, a przede mną było zadanie opisania ostatniego z „Młodych”, czyli ➡ Ernsta Gallusa. Wiele o nim wiedziałam, sporo mi pomogli czescy sąsiedzi z forum Petrkovic, a Doron zaczął uparcie szukać bezpośrednich potomków Gallusów, którzy poprzez matkę – Elly Priester byli z nim powiązani. Oczywiście te poszukiwania były internetowe, czego nie muszę wam chyba tłumaczyć 🙂 Tropy prowadziły od Dominikany, przez Hiszpanię do Szwajcarii. Byłam już blisko publikowania historii Ernsta, gdy Doron napisał: „Wczoraj, moja kuzynka z Brazylii, znalazła i przesłała mi e-maila Irene – bratanicy Ernsta Gallusa. Napisałem do niej kilka minut temu. Nie wiem, kiedy chcesz publikować post o nim, ale jeśli możesz to trochę to opóźnij. Może będzie zainteresowana i prześle nam jakieś zdjęcia”. To się wstrzymałam. Wiadomo. 100 lat zdjęcie czekało, to te kilka dni nie robi różnicy. Wnet dostałam do wiadomości odpowiedź Irene ze Szwajcarii: „WOW!!! I am amazed!”. Bardziej „amazed” byłam ja, gdy dostałam moich nastolatków opisanych „Thea’s Geburstag 1921”. W szwajcarskiej szufladzie od lat leżało to samo zdjęcie. Wreszcie znałam dokładną datę zdjęcia, gdyż Thea urodziła się we wrześniu. 

Do wymian e-mailowych dołączali kolejni zainteresowani z całego świata. Już wówczas wiedziałam, że pod koniec stycznia będę o „Pięknych i młodych” opowiadać w sieci w ramach cyklu spotkań zatytułowanego „Mistrz i Małgorzata od kuchni”. Dalecy krewni moich młodych, a było ich coraz więcej, oczywiście zostali o tym powiadomieni. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie bezpośrednich potomków Thei Priester – tej, która na zdjęciu była najważniejsza, bo to z okazji jej Geburstagu zebrało się to grono przyjaciół. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Mycie okien, narady nad lockdownową Wigilią, odwodzenie własnych starszych od wspólnego świętowania, kupowanie prezentów w sieci. Pandemia była wtedy jakby poza mną. Żyłam w Internecie i w przeszłości jednego, w sumie mi obcego, choć bliskiego, rodu. Nałożyło się na to jeszcze jedno inne ważne wydarzenie, jakim było przedstawienie online spektaklu o moich (choć też nie z mojej rodziny) siostrzyczkach ➡ Geni i Stefci. Gdyby nie to małe cholerstwo, które zabija tak ogromną ilość ludzi na świecie, to raczej dzieci oraz wnuki, ocalałej z Holokaustu Geni Ryby z Rybnika, nie miałyby okazji zobaczyć na swoich komputerach teatru SAFO na scenie.  Byłam niesamowicie szczęśliwa, że to się udało. Co chwilę beczałam w tym grudniu z radości.

Dzień przed Wigilią nagle zadzwonił domofon. Dzień dobry, przesyłka. W myślach przeleciałam wsio co kupowałam i raczej niczego już się nie spodziewałam. Maska, buty, kurtka i szybko przed furtkę. A tam pan z ogromnym bukietem kwiatów z rybnickiej kwiaciarni. Nie pomylił pan adresów? Nie mam urodzin. Tam jest bilecik, który wszystko wyjaśnia, odparł pan. Pędem na górę, okulary na nos i aż sobie siadłam z wrażenia. Obok choinki w Wigilię stanął wazon z różami zamówionymi w Izraelu w kwiaciarni na rybnickim Rynku.

Już wtedy wiedziałam, że grób Isidora – pradziadka całej tej Priesterowej rodziny, przetrwał w Gogolinie. Doron prosił o zachowanie tej rewelacji, gdyż miał swój własny sekretny pomysł. Tworzyłam swój wykład wkładając w niego tyle serca ile się dało. Wiedziałam, że opowieść, którą miałam snuć 28 stycznia dla słuchaczy Domu Pamięci Żydów Górnośląskich będzie w języku polskim i gdy do tego Zooma dołączą wszyscy odnalezieni krewni tych młodych, to niczego nie zrozumieją. A niech tam! Jaki mam ten angielski, taki mam. Oni to muszą usłyszeć w międzynarodowym języku. Ustaliłam datę meetingu na 24 stycznia. Prywatne spotkanie w sieci. Cały styczeń Doron robił wszystko, by namierzyć wnuki ➡ Thei w Kanadzie. Kilka dni przed godziną zero, na bezczelnego, napisał nawet do policji w Ontario, by pomogli w odnalezieniu dalekich kuzynów, z którymi nigdy nie miał kontaktu. Nie zapominajcie, że on w Izraelu, ja w Polsce, a poszukiwani byli z Kanady. Nazwiska się zmieniają przez zamążpójścia, wszędzie obowiązują przepisy dotyczące danych osobowych i na to wszystko dookoła ogólnoświatowa pandemia. Trzy dni przed planowanym angielskim Zoomem przyszedł e-mail: „Karen Grauer answered me!

No ja pierdzielę! Mój gmail się gotował od ilości otrzymywanych i wysyłanych e-maili. Okazało się, że żyje synowa Thei. W tamtych dniach wolałam się nie malować, bo co chwilę mi się oczy moczyły. Zrobiliśmy krótki Zoom-meeting w przeddzień właściwego spotkania. Czacha dymiła!

24 stycznia rano wstałam cała przejęta, pół nocy nie spałam, ćwicząc w duchu prezentację po angielsku. Pojechałam przed południem do miasta, by sfotografować kamienicę, na tyłach której zrobiono ową fotografię. Stałam tak sobie na pustym Placu Wolności i myślałam, że może kiedyś ktoś z tych, których mam dziś poznać tu dotrze, gdy świat się ogarnie.

Wieczorem w mojej kuchni spotkali się potomkowie i powinowaci rodzin Priester, Aronade, Grauer, Glucksmann, Gallus, ➡ Silbiger, ➡ Apt oraz Młynarski. Wszyscy w jakiś tam sposób byli związani z tymi nastolatkami, którzy we wrześniu 1921 roku spotkali się w Rybniku na urodzinach ➡ Thei Priester (Grauer) i wszyscy powiązani z Rybnikiem. Niektórzy bardzo bezpośrednio – jak kanadyjskie wnuki i synowa Thei, czy Miriam, która jest córką Alfreda z fotografii, a niektórzy bardziej pokrętnie jak np. Susan z USA, która powiedzmy, że reprezentowała ➡ Lotte Priester, bowiem brat jej dziadka był mężem Lotte. Prawie 30 osób, z niemalże wszystkich kontynentów wysłuchało mojej opowieści o Rybniku, o Górnym Śląsku 100 lat temu, a przede wszystkim o losach tych młodych ludzi. Większość z nich o sobie przedtem nie wiedziała, ani nigdy się nie spotkała. Nie potrafię opisać tych emocji, wypowiadanych słów i tej radości. Wtedy, jedyną osobą, która nie miała swojej reprezentacji była ➡ Lore Priester, ale jak to mi relacjonował Doron: „I did not give up, yet, finding Lore’s descantances in Uruguay.” Czyli trwały poszukiwania potomków Lory w Urugwaju.

Po spotkaniu dostałam takie ilości starych fotografii, że musiałam zmieniać polską wersję wykładu, który miał mieć miejsce za kilka dni. Miriam sięgnęła do sekretnej koperty 😉

W międzyczasie, w tym styczniu, starałam się dotrzeć do najlepszej specjalistki od gogolińskich Żydów – pani Reginy Kalli-Szulc. To było chyba trudniejsze niż odnalezienie wnuków Lory. Gdyby nie Facebookowy profil pasjonatów Gogolina, to do teraz bym czekała na odpowiedź z UM.

Dzień przed oficjalnym spotkaniem, organizowanym przez Dom Pamięci, okazało się, że Doron dotarł do wnuczki Lory Priester i że żyje jeszcze córka Lory – Gerda, urodzona przed wojną w Breslau! Takie cuda wtedy miały miejsce. Na polskiego zooma przyszli stali bywalcy Domu, przyszli rybniczanie i nie tylko, ale przede wszystkim przyszli wszyscy krewni z całego świata. Siedzieli półtorej godziny, słuchając opowieści w języku, który dla nich brzmiał, jak dla mnie koreański. W najśmielszych snach bym sobie takiej publiczności nie wymarzyła.

Przesłane po wszystkim skany zdjęć, które ➡ Thea Grauer (Priester) zabrała ze sobą do Kanady w 1939 r. to był największy dar, jaki mogłam dostać. Pierwszy raz zobaczyłam maleńką Werę, córkę ➡ Herty Thulli Priester i jej męża ➡ Fritza Aronade. Obie żyły jeszcze w 1941, o czym świadczy podpis w albumie! Wszyscy troje zostali zamordowani.

Ostatnim niezwykle ważnym akordem tej szalonej zimy było jeszcze jedno spotkanie internetowe. Tym razem z okazji rocznicy śmierci Isidora Priestera urodzonego w Rybniku w 1844 r., a zmarłego na początku lutego 1903 r. w Gogolinie. W końcu udało mi się dotrzeć do pani Reginy z Gogolina, która jest mało zinternetowana, stąd też trudna do zlokalizowania. Z racji tego, że pani Regina to taka sama wariatka jak ja, to choć tylko przez telefon, to czułam jak fluidy porozumienia fruwały między Rybnikiem a Gogolinem. Zostałam zasypana informacjami o pobycie, losach i znaczeniu tej rodziny w Gogolinie. Nie chcę wam teraz gmatwać historii zawiłościami genealogicznymi, ale opowiem jedno. Dla Reginy wyjątkowo ważna była postać lekarza z tej familii, który w pamięci starych mieszkańców tego miasta nadal tkwi. Harry Schein, wnuk Nathana Priestera (kolejnego urodzonego w Rybniku syna Salomona) przewijał się w wielu wywiadach, które przeprowadzała z mieszkańcami autorka książek o gogolińskim cmentarzu oraz Żydach.. No i? No i jego syn też został odnaleziony! Pojawił się na jorcajtowym spotkaniu w lutym. Była też przecudna, wiekowa Gerda. Opowiadała, siedząc w Urugwaju, o mamie Eleonorze (Lorze), o dziadkach z Rybnika, o Wrocławiu, o Jeleniej Górze, w której dorastała do momentu wyjazdu w 1938 r. i o tym jak trudno było niemieckim Żydom zaaklimatyzować się w Ameryce Południowej. Byłam zachwycona jej pamięcią, tym, że przy pomocy córki siedzącej w tym momencie w Hiszpanii ogarnęła całą tą technologię i mogła uczestniczyć wraz z innymi w zjeździe rodziny.

A samo spotkanie rozpoczęło się na lotnisku w Pyrzowicach, byliśmy w Katowicach pod kamienicą, gdzie mieszkali dziadkowie oraz tata Dorona, potem nad obozem Auschwitz-Birkenau, by uczcić tych, którzy zginęli, lecieliśmy nad Pszczyną. Wylądowaliśmy w Rybniku, gdzie poszliśmy na kawę do kawiarenki Secesja przy Sobieskiego (tu Louis Priester – tata Lory, miał sklep), obejrzeliśmy dwa dawne Priesterowe domy, pomachaliśmy z powietrza rybniczanom i zahaczyliśmy na chwilę o Racibórz. Tam z kolei Julius, syn Isidora przez wiele lat prowadził sklep na Rynku. Przez ten trop, w przypływie szaleństwa, kupiłam na Ebayu pocztówkę przedstawiającą właśnie ten budynek. Ostatnim miejscem był Gogolin i cmentarz żydowski. Nad zachowanym grobem Isidora Priestera. Odmówiono Kadisz. Wszystko symbolicznie, internetowo, ale jakże pięknie. Google daje wiele możliwości 😉

Do teraz, gdy myślę „Priester”, to się uśmiecham. Ogromną moc serdeczności od nich otrzymałam. Gdy to co dookoła minie, to jestem przekonana, że niektórzy krewni „Pięknych i młodych” zawitają na Górny Śląsk. Dlatego trzymajmy kciuki za program szczepień, dostawy szczepionek i za świadomość ludzi. Przedtem jednak zawitam do Gogolina, by osobiście podziękować pani Reginie i by już fizycznie położyć kamyki na grobie Isidora oraz jego matki Rosalie.
See you one day in Poland my friends!

Mogę się teraz zabierać za historię rybnickiego skandalisty Krakauera, jego kolegę zegarmistrza Waldberga, brata zegarmistrza oraz za Chaima Sandomierskiego z Gliwic, bo kiedyś to obiecałam pani Izie. Już dziś zapraszam do Domu Pamięci 27 maja o godz.18.00. Tym razem będzie o polskich Żydach, którzy u nas mieszkali.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – post scriptum została wyłączona
kwiecień 18

100 lat temu w Rybniku cz.2

Był 18 dzień miesiąca April 1921 roku. Siegfried Schindler stanął przed swoim sklepem na rybnickim Rynku, by sprawdzić jak prezentuje się wiosenna wystawa. Kątem oka spojrzał na zegar na wieży ratuszowej. Już tak późno? – zdziwił się. Czas dziś zamykać. Za niedługo trzeba będzie pomyśleć o założeniu markiz przed słońcem, by klajdy nie wyblakły. 

Jednak ten czas szybko biegnie. Nie wiadomo kiedy przeleciały te dwa lata od ślubu Edith i Margarethe. Wnet będzie rok od zamążpójścia Getrud. A tu już po zaręczynach Fritza. Wszystko szybko miga, niedawno niby się skończyła wojna, a nadal wszędzie wojsko. Jakie to szczęście, że Hans jakoś przeżył w tym lazarecie pod München. Dobrze, że mnie posłuchał i został dentystą. Na wojnie żołnierzy też bolą zęby. Stary Leschcziner do teraz się nie może pozbierać po śmierci w okopie swego Alfreda. A ➡ dyrektor Katz? Czy kiedykolwiek staną z żoną nad grobem młodziutkiego Günthera? Pani Katzowa aż całkiem osiwiała, gdy przyszła ta wiadomość, że jej osiemnastolatek zginął gdzieś tam w Macedonii. Przy okazji muszę wstąpić do ochronki i przekazać im parę marek na Günther Katz-Stiftung – pomyślał.

Na rynku wiosenny gwar powoli cichł, znudzeni dorożkarze stali pod sklepem Sladkiego, kupcy zamykali swoje interesy, a myśli Siegfrieda przeskakiwały z jednego dziecka na drugie. Na chwilę zamknął oczy i przypomniał sobie jak zamienił bogaty Beuthen na zaściankowy Rybnik. 37 lat już tu mieszka. Przyzwyczaił się, pokochał miasto, a może mu teraz przyjdzie na stare lata się przeprowadzać. Rozmawiał niedawno o tym z Bergerem, który już dosyć często zastanawiał się nad przeniesieniem swego sklepu z obuwiem, który prowadził po przeciwnej stronie Rynku, do Bytomia. Zresztą u Bergerów było ostatnio dużo problemów. Córka wyszła za mąż za wdowca Lilienfelda, którego zmarła żona była od Picków. Siegfried z Markusem Pickiem się przyjaźnił, bo mieli sklepy obok siebie. Prawie obok siebie. Kiedyś oddzielała ich restauracja, do której czasem wstępował. Razem z Markusem zawsze spotykali się w połowie drogi na piwie. Ha, ha. Jego Lina mu te piwo jakoś wybaczała, ale Pickowa woziła się po Markusie. Teraz między nimi był sklep Josefa Gonsiora, a kobiety miały większe zmartwienia od jednego Müllerowego kufla. 

Z kolei z Bergerem był skoligacony, bo sam swoją Edith wydał za mąż za Siegfrieda Bergera. Wolał unikać plotek i nie wdawać się w dyskusje kto ma wychowywać osieroconego przez mamę Iwana Lilienfelda. Pick zaraz miał łzy w oczach na samo wspomnienie zmarłej przy porodzie córki Idy. Nie potrafił wybaczyć zięciowi, że wżenił się w Bergerów. Nie chciał mu oddać wnuka, którego Pickowie wychowywali od dziecka. Picka szkoda, a i Bergera też. Dobrze, że u nas choć takich problemów nie ma – myślał Siegfried. Getrud szczęśliwa z mężem w Glatz, Hans z żoną w München, Margarethe z Herbertem chyba przeniosą się do Breslau. Narzeczona Fritza jest dobrą partią i powinni być szczęśliwi jak już razem zamieszkają w Kattowitz. Miasto piękne, nowoczesne, ma perspektywy, więc i Fritz będzie mieć szanse na dobre interesy. Jeszcze by się wszystko ułożyło najmłodszym – Walterowi i Wilhelmowi, a oboje z żoną będą szczęśliwi i spokojni. Pomachał z daleka Bergerowi, który też już zamykał sklep i w tym momencie przypomniał sobie, że teść córki nie rozliczył się z nim za ostatnią wspólną reklamę.

Jutro z rana do niego pójdzie. Teraz był zbyt zmęczony, a jeszcze musi wszystko wpisać w księgi handlowe i wejść do apteki po proszek od bólu głowy dla żony. Poza tym zauważył, że źle się sprzedają damskie rękawiczki i należy pomyśleć, jak by je szybko upchnąć klientkom.

Minął dorożki, kątem oka patrząc na sikającą fontannę i wszedł do apteki Adlera. Jego żona Lina ostatnio cierpiała na chroniczne migreny. Może to przez te plebiscyty, zagraniczne wojska szwendające się po mieście i plotki o podziale Oberschlesien. Wszystkim się przejmowała od razu widząc najgorsze. Poza tym, jak to matka, cierpiała, że traci kolejnego syna. Bardzo Fritza kochała i nie docierało do niej, że taka jest kolej rzeczy. Matka w pewnym momencie musi oddać syna innej kobiecie.
– Guten Morgen, Herr Adler. Tak. Jak zwykle to samo. Widział pan tych Francuzów? Coraz bardziej się tu panoszą. Już nie wiem, co o tym myśleć.
– Ja, ja. A co zrobimy Herr Schindler, jak tu przyjdą Polacy?
– Lepiej nie myśleć. Żona codziennie mnie o to pyta. Dziękuję za proszki i do widzenia.
– Auf Wiedersehen, Herr Schindler.

Wyszedł z Adler-Apotheke i wolnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku domu. W myślach układał odpowiedzi na pytania Liny o ich przyszłość. Ciężki wieczór go czekał.


Czy tak wyglądał ten kwietniowy dzień sto lat temu w Rybniku? Pojęcia nie mam, ale wiem, że wtedy Siegfried Schindler prowadził sklep z konfekcją w kamienicy przy Rynku. Dziś ten budynek wygląda inaczej. W jego sąsiedztwie, w ratuszu, miał sklep kożusznik Marcus Pick, o którego rodzinie już kiedyś pisałam ➡ Kuśnierz

Na pewno Lippmann Berger handlował butami po przeciwnej stronie. Jedna z córek Schindlera wyszła w 1919 r. za mąż za syna Bergera. Z kolei córka Picka, czyli sąsiada z tej samej pierzei Rynku, zmarła przy porodzie swego syna Iwana, co, bez dwóch zdań, było wielkim dramatem dla rodziców. Zięć, zarazem tata maleńkiego Iwana, ożenił się z inną z córek Bergera, a gdy ponownie owdowiał – z kolejną Bergerówną. Rybnik to była dziura, więc prawie wszyscy byli skoligaceni z wszystkimi. Na pewno też wtedy, 18 kwietnia 1921 r., było po zaręczynach Fritza Schindlera z katowiczanką Elly Brandt.

Informacje o pozostałych dzieciach Siegfrieda i Liny (oficjalnie Karoliny) z rybnickich browarników Müllerów, też są prawdziwe. Syn Schindlerów – Hans – w czasie Wielkiej Wojny służył w wojsku jako dentysta w lazarecie, w tym okresie ożenił się z Alice i został w Monachium. Getrud, po ślubie w 1920 roku Rybniku, przeprowadziła się do rodzinnego miasta męża, pod wielką twierdzę. Tam, na kłodzkim rynku, jej mąż prowadził sklep. Margarethe wydano za mieszkańca Katowic, rodzonego wodzisławianina o nazwisku Ehrlich. Niestety nie wiem niczego o jeszcze jednej córce o imieniu Catharina. Przed ożenkiem byli też dwaj kolejni synowie Walter i Wilhelm.
Najważniejszą informacją jest jednak to, że wszyscy wymienieni opuścili Rybnik, jedni pod koniec 1921, a niektórzy w 1922 roku. Nikt z Schindlerów, Bergerów, czy Picków nie chciał zostać w polskim mieście. Zanim jednak opuścili miasto Schindlerowie obwieścili światu, że ich Fritz, zaręczył się w Katowicach, gdzie już prawdopodobnie mieszkał. Krótko po tych zaręczynach, 3 maja nad ranem, Rybnik prawie cały znalazł się w rękach powstańców. Rozpoczęła się niewypowiedziana wojna. Z racji położenia sklepu, Schindlerowie patrzeli na prowadzonych do ratusza aresztowanych oraz na łopoczącą na wieży polską flagę. Walił się ich stary świat. Być może nawet doszło do splądrowania sklepu. O takowych, wiem z relacji innych Żydów niemieckich mieszkających wówczas w mieście. Zapewne przygotowania do ślubu syna zostały na jakiś czas odłożone.

Doszło do niego ostatecznie w lipcu 1921 roku w Katowicach. Z aktu małżeństwa można wyczytać, że państwo młodzi mieszkali naprzeciwko siebie na początku Beatestrasse, czyli dzisiejszej ulicy Kościuszki. Stara pocztówka przedstawia rogowy budynek z apteką, w którym mieszkał rybnicki Fritz Schindler.

Elly była sześć lat młodsza od Fritza. Choć urodziła się w Strzelcach Opolskich, to dzieciństwo spędziła w Bytomiu oraz Katowicach, bo tam prowadził interesy jej tata – Alexander Brandt. Przejął je po swoim teściu. W polskich już Katowicach Elly urodziła syna Günthera. Prawdopodobnie gdy była w ciąży, jej rybnicki teść, Siegfried Schindler siedział już na walizkach i szukał kupca na swój geszeft na Rynku. 


Siegfried wyszedł przed sklep. Po co kupowałem te markizy? Nikt mi za nie teraz nie zwróci. Lina miała rację. Prędzej czy później nas stąd wyrzucą. Prager już dawno wyjechał. Berger spakowany. Pick w Breslau. Młody Kornblum w Hindenburgu. Aronade ostatnio przed synagogą oświadczył, że zostaje. Może ma rację? Rahmer też znalazł kupca na swój Kaufhaus. Wdowa Altmannowa zapewne pojedzie do Oppeln za córką. Czuł się za stary na zmiany. Dobrze mu tu było przez te wszystkie lata. Wszedł do środka i w kantorku spojrzał na wszystkie pocztówki, na których widać było jego sklep. Kolekcjonował je z dumą. I co mi po nich teraz? Fritz z Elly też nie zamierzają zostać w Kattowitz. Wszystkie dzieci i wnuki gdzieś w świecie. Nic nas tu nie trzyma – powiedział do siebie bez przekonania. Dziś powiem Linie, że się zgadzam i sprzedam sklep. Niech będzie Breslau. Tam już są Edith i Margarete z mężami. Chociaż z Pickiem będę się mógł znowu spotykać. Ze smutkiem wrzucił pocztówki do szuflady. Wyjeżdżamy.


Gdy w sierpniu 1922 r. Rybnik wizytował Piłsudski na kamienicy nie było już reklam Siegrieda, a witryny były zasłonięte.

Zamieszkał w Breslau, gdzie po 8 latach od wyprowadzki z Rybnika, zmarł. Cierpiąca na migreny, Lina z Mullerów przeżyła go o 5 lat i odeszła ze świata w 1935 r. Była świadkiem wieszania swastyk na wrocławskich kamienicach. Z tego miasta w 1941 roku naziści wywieźli do Kowna ich córkę Edith wraz z mężem Siegbertem Bergerem. Oboje, urodzeni w naszym mieście, zostali zamordowani w listopadzie 1941. Na szczęście ich losu nie podzieliła siostra Getrud. Jakimś cudem udało jej się wyjechać z Kłodzka z małżonkiem do Chin. Kilka tysięcy niemieckich Żydów przeżyło wojnę w getcie w Szanghaju. Ostatecznie ta z córek Siegfrieda i Liny w 1947 r. dotarła z rodziną do USA. Syn Hans, dentysta, krótko przed wybuchem wojny wyemigrował z Monachium do Anglii. Jeszcze za życia Siegfrieda Hans zaczął się nazywać Johannes, co bardzo drażniło tatę. I jako ten Johannes został pozbawiony obywatelstwa niemieckiego w 1940. Jakby to miało wtedy dla niego znaczenie.

Kolejna z Schindlerowych dziewczyn urodzonych w Rybniku – Margarete oraz jej mąż Herbert Ehrlich, pod koniec 1938 r. dopłynęli do Chile. Ocaleli. Niewiele znalazłam zdjęć tej rodziny. Ale Małgosię (Gretę) Schindler (Ehrlich) z Rybnika wysznupałam 😆 Greta w 1948 roku starała się o wjazdową wizę brazylijską, bo tam właśnie spotkała się z bratem Walterem, który też zdołał wyjechać z Niemiec do Paragwaju. Od razu wyjaśniam dlaczego na wniosku nie ma jej nazwiska po mężu. Otóż w Chile mężatki po ślubie nadal używają swego nazwiska rodowego, a jedynie dzieci mają nazwisko taty. Choć gdy spojrzycie na podpis Grety, to zauważycie, że użyła tego właściwego.

Z wszystkich dzieci Siegfrieda i Liny Schindlerów z rybnickiego Ringu nie wiem co stało się z urodzonymi u nas Catherine oraz Wilhelmem.
Za to wiem i to bardzo dobrze, gdzie dotarli Fritz oraz jego katowicka żona Elly. Zaręczyli się, jak wspomniałam sto lat temu, potem pobrali, potem urodził się im syn, potem opuścili polskie Katowice, i potem w miarę szybko zrozumieli, co dzieje się w Niemczech. Jako pierwsi z całej familii wyruszyli za morza zaraz po śmierci Liny Schindler. Dotarli do Palestyny 30 grudnia 1935 r.

Fritz w tamtych czasach jakiś taki groźny był 🙂 Za to gdy spojrzy się na Elly, to widać ciepło, delikatność i dobroć. I taką ją zapamiętaj mój znajomy z rodziny Priesterów. W jego rodzinie mówiono na nią „Omy Elly”. Elly po wojnie, jak to napisał, „adoptowała” jego tatę. Tata mojego znajomego z Izraela, urodził się w Katowicach w latach 20-tych, czyli tak jak syn Elly i Fritza. Niestety jego rodzice i brat nie przeżyli wojny. On sam przetrwał kilka obozów koncentracyjnych i po wojnie wyjechał z Europy. Gdy dotarł do Palestyny Elly była tą, która mu pomagała. Sama straciła rodziców w czasie wojny, więc wiedziała co czuje ten osierocony młody człowiek. Uczestniczyła w jego życiu jako przybrana ciocia z Katowic. Górnośląscy Żydzi się bardzo wspierali. Mój znajomy znał ją jako dziecko i wiedział jedynie, że miała powiązania z Rybnikiem. No bo miała – poprzez męża. Gdy posłałam mu w grudniu kilka dokumentów, to zauważył, że zbliżają się jej 120. urodziny. Poszedł więc na cmentarz, by uhonorować „Omy” Elly i jej męża Fritza Schindlera z Rybnika. Elly zostawił na macewie cyklameny. Gdyby nie zadecydowali o wyjeździe raczej grobów by nie mieli.

Elly zmarła w maju 1980 r. wieku 80 lat, tak więc nie dziwota, że jest pamiętana przez mojego znajomego.

Fritz odszedł wiele lat przed żoną. Zmarł w 1958. Na obu grobach są wspomnienia o tych z rodziny, którzy zginęli w czasie wojny. 


Siegfried Schindler po raz ostatni spojrzał na rybnicki Ring, który wnet się miał stać Rynkiem, na ratusz, fontannę, na figurę Nepomucena. Lina go ponaglała. No chodź już. Jedziemy. To już nie jest twoje. Cieszyła się na spotkanie z córkami i wnukami. Breslau to nie jest jakieś „eine kleine Stadt in Oberschlesien”. Schindler odwrócił się w jej stronę i warknął: Skończ kobieto! To było moje miasto. Ja je kochałem. Mnie tu było dobrze. Tu byłem bezpieczny. Tu miałem przyjaciół. Tu byli moi klienci. Żaden Breslau, czy Berlin mi tego miejsca nie zastąpi! Delikatnie włożył do kieszeni kopertę z pocztówkami i ruszył ciężkim krokiem. Był 1922 rok. Rybnik szykował się do zmiany państwowości. 


Kamienica, w której Schindler miał sklep została przebudowana na początku lat trzydziestych. Dawny Ring 17, to dziś adres Rynek 17. 

Dziękuję Doronowi z rodziny Priesterów za fotografie grobów Elly i Fritza oraz za te kwiaty. Korzystałam ze Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, portalu ancestry.com, zasobów Archiwów Państwowych, Archiwum Państwowego w Izraelu, forum Zapomnianego Rybnika, oraz z własnej wyobraźni.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.2 została wyłączona
marzec 23

Tragedia zapisana na nagrobku

Miałam w Gliwicach zrobić tylko zdjęcie grobu teściów mojego rybnickiego, przedwojennego skandalisty Majera Krakauera. Oczywiście zrobiłam. Ale jak to zazwyczaj bywa, przy okazji czegoś mało istotnego, wyskoczyła z kapelusza, a raczej z nagrobka, jakaś tajemnica.

Grób państwa Hechtów na żydowskim cmentarzu w Gliwicach zachował się w dobrym stanie. Zresztą tak jak i postawiony na nim obelisk. Wynika z niego, iż w tym miejscu, w 1918 roku, został pochowany Josef Hecht, a po 12 latach jego małżonka Valeska. Standard, nic szczególnego, czy pobudzającego wyobraźnię. Co prawda dla mnie każdy nagrobek ma w sobie tajemnicę, bo to czyjeś życie ujęte w nawiasy dwóch dat i nawet takie podstawowe informacje mogą wywołać emocje. No, ale nie każdy tak podchodzi do cmentarzy, czy kamieni nagrobnych i jest to zrozumiałe.

Na macewie małżonków widnieje dopisek, informujący o tragicznej śmierci dzieci Maxa i Rosy Hecht w dniu 30 czerwca 1911 roku, czyli 7 lat zanim umarł pierwszy z tu pochowanych – Josef. Każda śmierć dziecka jest tragiczna dla rodziców. Nie ma znaczenia, czy to dziecko było małe, czy dorosłe i akurat świeżo po ślubie, jak to miało miejsce w przypadku Maxa Hechta, syna spoczywających tu Josefa i Valeski. Napis dodatkowo podaje, iż Max i jego małżonka Rose z domu Riessner utonęli w trakcie rejsu łodzią w miejscowości Arnswalde, dzień po swoim ślubie. Dziś to Choszczono w województwie zachodniopomorskim.

Wróciłam z Gliwic do domu. Lampka została zapalona, więc zaczęłam szukać informacji na temat gliwickich Hechtów, ich syna, „chwilowej” synowej oraz owego wypadku, o którym wzmiankę umieszczono na nagrobku na Górnym Śląsku, choć dramat miał miejsce daleko na Pomorzu.

Pochodzący prawdopodobnie z Imielina, Josef Hecht imał się różnych spraw mieszkając w Gleiwitz. Był dorożkarzem, ale i miał coś wspólnego z piekarnią wytwarzającą macę. Być może i w Zabrzu prowadził sklep. W Gliwicach mieszkał przy dzisiejszej Plebańskiej oraz Jagiellońskiej.

 

Doszukałam się co najmniej szóstki dzieci. Oprócz wspomnianego Maxa, urodzonego w 1884 roku w Gliwicach, na pewno Valeska i Josef Hecht mieli syna Kurta, potem Moritza oraz trzy córki. Co ciekawe, wszystkie córki za mężów wybierały polskich Żydów, choć rodzina była niemiecka. Najstarsza Róża, w Rybniku, w 1920 r. poślubiła Judkę Kupermanna ze Zwolenia. Elfriede, po tym jak szybko została wdową, wyszła za mąż za pochodzącego z Żarek Majera Krakauera i wyprowadziła się z Gliwic do Rybnika. Powinnam dodać, że jej pierwszy mąż też nie był Niemcem i nosił bardzo polskie nazwisko Chrzanowski. Najmłodsza Irma, w moim rodzinnym mieście, zapewne wyswatana przez obie siostry, wówczas już rybniczanki, wzięła sobie za męża rozwodnika – ➡ zegarmistrza z krakowskiego Podgórza, nota bene kolegę Krakauera. Ich losy na ten moment pominę, bo o zegarmistrzu już kiedyś pisałam, a Krakauer jest zbyt skomplikowaną postacią, by go opisać w kilku zdaniach. Ciekawe, jak na tych tzw. „Ostjuden” zięciów reagowała rodzina Hechtów.

Dziś interesuje mnie to, co się stało na wodach jeziora obok Choszczna. Max Hecht znalazł sobie wybrankę daleko od Śląska. I wybrał niemiecką Żydówkę. Tak zresztą, jak i jego bracia. Jego przyszła, zaledwie dwudniowa żona, urodziła się w małym miasteczku Seelow, leżącym ok.70 km na wschód od Berlina. Rosalie pochodziła z rodziny Reissnerów, którzy należeli do nielicznej społeczności żydowskiej w tej miejscowości. Ponoć pod koniec XIX w., czyli za jej dzieciństwa, w Seelow mieszkało, tak pi razy oko, 50 Żydów, z których większość stanowili członkowie jej rodziny. Nie ma się więc co dziwić, że w swoim mieście nie znalazła przyszłego męża. Jak doszło do skoligacenia Maxa Hechta z Oberschlesien z Rosalie Reissner z Brandenburg to tajemnica. Wszystko poszło zgodnie z obowiązującymi wtedy prawidłami i zaręczyny ogłoszono w gliwickiej prasie w grudniu 1910 roku.

Zgodnie z kolejną tradycją ślub został zawarty w rodzinnej miejscowości panny młodej. Akt małżeństwa wskazuje na kolejną profesję taty Maxa. Josef Hecht w czerwcu 1911 roku był handlarzem końmi. I to tłumaczy „Ostjüdisch” zamążpójścia dwóch jego córek. Judka Kupermann oraz Majer Krakauer też handlowali końmi. Świadkami zawarcia tego górnośląsko-brandendurskiego małżeństwa byli lokalsi, czyli brat panny młodej oraz rzeźnik z Seelow.
28 czerwca 1911 roku Rosa i Max odpowiedzieli twierdząco na pytanie czy chcą się pobrać. Urzędnik stanu cywilnego z Seelow to oświadczenie przyjął, a państwo młodzi myślami byli już w podróży poślubnej.

Arnswalde, czyli dzisiejsze Choszczono było przepiękną miejscowością położoną nad jeziorem Klückensee. Dlaczego akurat tam pojechali? Może ktoś im polecił ten urokliwy zakątek, a może ktoś z rodziny miał tam jakieś powiązania biznesowe. Na starych fotografiach i pocztówkach z Arnswalde widać łodzie na jeziorze, przystań, plażę, molo, łabędzie, piękną zabudowę, elegancką promenadę i lasy. Jak podają internety, późniejsze Choszczono było jednym z bardziej zniszczonych miast na Pomorzu. W 1945 r. 80% tej miejscowości legło w zgliszczach. Gdy Max Hecht i jego młoda żona rozpoczynali swoją Hochzeitsreise wyglądało tak.

Może zatrzymali się w Hotelu Ladisch przy Rynku naprzeciw przepięknej fontanny z postacią żniwiarki. Przyjechali z Seelow zmęczeni, w końcu to było ponad 120 km. Arnswalde na pewno ich zauroczyło. Zobaczcie sami, jakie było piękne, co pokazuje kilka filmów stworzonych ze starych zdjęć. 

Rejs łodzią kusił. Zginęli dwa dni po swoim ślubie. Utonęli. Nie wiem, czy wyłowiono zwłoki. Jeśli je wyłowiono, to gdzie zostali pochowani? W Choszcznie? A może w Seelow?

Po samej tragedii, w śląskiej prasie, ukazała się klepsydra podpisana przez rodziców oraz rodzeństwo.

Jedyną wzmiankę prasową na temat wypadku znalazłam w Nowinach Raciborskich. Co prawda Nowiny na początku lipca 1911 r. napisały o Szprewie pod Berlinem, ale wszyscy dobrze wiemy, że prasa przeinacza fakty.

Po latach, na nagrobku państwa Hecht w Gliwicach, kamieniarz złoconymi literami dopisał wzmiankę upamiętniającą ich syna oraz synową.
Josef Hecht zmarł w 1918, a Valeska w 1930 roku.

Valeska na pewno strasznie przeżyła śmierć swego syna. Potem pochowała męża, a pod koniec 1921 r. zięcia. Jej owdowiała córka Frieda, stojąc nad trumną męża, nosiła pod sercem syna. Pogrobowiec Adolf, syn Adolfa i Friedy, zarazem wnuk Valeski i Josefa Hechtów, urodził się w Gliwicach na początku czerwca 1922. Niewiele wiem o innych wnukach Hechtów, ale ten na pewno wojnę przeżył. Wiele lat temu pisałam o jednej ➡ Mariannie Hecht, i teraz, przy okazji tej historii, doszło do mnie, iż owa ocalała Marianna też była wnuczką gliwickich Hechtów. No, ale to już są historie związane z moim Rybnikiem, ojczymem Adolfa – Majerem Krakauerem, II wojną i powojennymi tajemnicami, a nie z nagrobkiem w Gliwicach, czy śmiercią Maxa i Rosy Hecht w wodach jeziora Kluki. Jedno jest pewne. Gliwiccy Hechtowie mieli wiele powiązań z Rybnikiem i będę w tym jeszcze drążyć. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Tragedia zapisana na nagrobku została wyłączona
marzec 20

Świerklaniec – ku pamięci

Jedna z ważniejszych budowli w naszym mieście, kilka dni temu, w sporej części się zwaliła. Ta ogromna wyrwa w budynku, to nie tylko materialna strata. To też utrata niematerialnego dziedzictwa Rybnika, które przez lata wsiąknęło w te mury. Zasiadam do pisania tego tekstu z wielką nadzieją na odbudowanie i zachowanie naszego Świerklańca.

Przez stulecia do tego miejsca przychodzili rybniczanie, zatrzymywali się tu przyjezdni, występowali artyści, sportowcy. Na wiecach gromadzili się mieszkańcy, politycy, głosowano za jedynymi, albo przeciw drugim. Lał się tu alkohol i serwowano najwykwintniejsze potrawy. Tańczono na balach maskowych i oklaskiwano teatry. Można tu było dobrze zjeść, posłuchać historycznego odczytu, wypożyczyć samochód, kupić na wyprzedaży gorset, czy pośmiać się na występie kabaretu.
Dokładnie sto lat temu ludzie wrzucali do urn kartki opatrzone napisem: „Polska-Polen” lub „Deutschland- Niemcy” i zapewne po głosowaniu debatowali tu przy piwie, komu przypadnie to nasze miasto.
Historię miast tworzą ludzie, zdarzenia oraz budynki. Stojący w samym centrum Rybnika Świerklaniec jest spleciony z historią miasta od stuleci. Jak piszą kroniki mniej więcej tu, już w Średniowieczu, stała jedna z pierwszych karczm tej małej wówczas osady. W 1725 r. „pańska karczma Świerklaniec” składała się z 1 wielkiej izby, 3 małych komórek, 1 kuchni, 1 stajni dla koni gości oraz obory. Jej nazwa pochodziła od słów z języka czeskiego. Świrklić, czy też świrklać oznaczało granie, a dokładniej przygrywanie do tańca. Zapewne wielu czytelników kojarzy arcydzieło polskiej kinematografii, czyli „Austerię” J. Kawalerowicza. Nie byłabym sobą, gdybym nie przywołała żydowskich wątków związanych ze Świerklańcem, którego możemy do takiej austerii porównać. Jeszcze gdy był to parterowy, drewniany budynek posiadaczami oraz arendarzami byli m.in. Singer, Moses Leschcziner, czy Samuel Schaffer. Moses Leschcziner chyba przez ten Świerklaniec na stałe w mieście osiadł. Jego wnuk Noah, w 1903 r. wybudował ogromną kamienicę dokładnie naprzeciw dawnej karczmy swego dziadka. Jedna z piękniejszych pocztówek z początków XX wieku pokazuje zarówno elegancki Świerklaniec, jak i Leschczinerowy ogromny Kaufhaus.

Pierwotnie drewniany zajazd, zapewne wielokrotnie przebudowywany, stał się murowanym obiektem w połowie XIX w. Zmieniali się jego właściciele oraz najemcy. Obecny wygląd Świerklańca pochodzi z końca XIX w. Wtedy to, Paul Langer, ogłaszający się jako właściciel hotelu „Schwirklaniec”, zapraszał wszystkich do nowo otwartego obiektu.

Rozpoczynała się kolejna era dla tego miejsca. Już nie tylko wyszynk i tańce. Świerklaniec zaczął odgrywać o wiele ważniejszą rolę. To tu, po konsekracji kościoła św. Antoniego, na uroczystym obiedzie, spotkali się przedstawiciele wszystkich wyznań oraz najważniejsze osobistości Rybnika. Jak się domyślacie wspólnie przy stole zasiedli z chrześcijanami przedstawiciele gminy żydowskiej. Sto lat temu, w tych trudnych politycznie czasach plebiscytu, hotel był w rękach Pogody oraz Zörnera. I to właśnie do hotelu Pogody przedstawiciele władz miejskich zaprosili na obiad, przewodniczącego Komisji Międzysojuszniczej, generała Le Ronda, po przeglądzie wojsk koalicyjnych w kwietniu 1922 r.
Już wtedy Świerklaniec królował na kulturalnej mapie miasta, choć o koncertach niejednokrotnie jeszcze informowano w języku niemieckim.

Jeden z ważniejszych momentów XX w., czyli wkroczenie wojsk polskich do Rybnika Świerklaniec też widział. Ustawiono przed nim ogromną bramę powitalną na początku lipca 1922 r., którą uwiecznił na fotografii Ludwik Czech. Wnet Breitestrasse zmieniła się w ulicę Jana III Sobieskiego.

Rozpoczynały się najlepsze czasy dla tego miejsca. Przywrócono historyczną nazwę, która pojawiała się we wszystkich możliwych gazetach. Można śmiało powiedzieć, że Świerklaniec był sercem naszego miasta.
Czego tu nie było! Z racji tego, że jestem niepoprawnym fanem boksu i zapasów, to zacznę od sportu. Może to dziwne, ale ogromna sala na pierwszym piętrze była wykorzystywana do walk bokserskich. W 1933 r., prasa pisała iż, nasi bokserzy skompromitowali się w trakcie międzynarodowych zawodów przegrywając z bokserami z Morawskiej Ostrawy stosunkiem 2:14. Boks królował w Świerklańcu i po wojnie. Tato opowiadał mi o jednej walce, którą miał okazję zobaczyć. Krew się lała, a publika ryczała „Dobij go”. Aż mnie ciary przechodzą z emocji na samą myśl 😉 Boks to wg mnie jeden z piękniejszych sportów. Dopiero od połowy lat 50-tych kierownictwo restauracji zaprzestało udostępniania sali sportowcom, gdyż jak to pisały nasze „Nowiny”, dancingi były ważniejsze, bowiem przynosiły większy dochód. Szkoda.

Oprócz bokserów rybniczanie mogli podziwiać zmagania zapaśników. Krótko przed olimpiadą w Amsterdamie w 1928 r. do Rybnika na zawody przyjechali najwybitniejsi polscy zapaśnicy. Dziś możemy tylko pomarzyć o takim sportowym wydarzeniu. Zresztą tak jak i o szermierczych mistrzostwach Polski pań, które odbywały się w Rybniku w 1936 r. Najlepsze polskie florecistki walczyły m.in. w Świerklańcu.
Co prawda poker nie jest w moim rozumieniu sportem, to jednak warto wspomnieć ikonę dziennikarstwa sportowego, która m.in. w Świerklańcu, stawiała wielkie kwoty. Jan Ciszewski, bo o nim mowa, był znany ze swych skłonności do hazardu.
W 1931 roku właścicielem całości został były powstaniec i działacz plebiscytowy Emil Ogórek – człowiek doskonale znający się na hotelarstwie i gastronomii. Wiedział bardzo dobrze jak przyciągać klientelę. Za jego czasów budynek został gruntownie odnowiony. Codziennie zapraszano na dancingi, koncerty, przedstawienia. Oferowano pokoje klubowe oraz sale na zebrania.

Do dobrego tonu należało bywanie tu na wydarzeniach kulturalnych. Na scenie w Świerklańcu występowali najlepsi z najlepszych. Nie sposób wymienić wszystkich. Tu goszczono Juliusza Osterwę, Stefana Jaracza, chór Dana z Mieczysławem Foggiem, Aleksandra Żabczyńskiego, w którym kochało się tyle Polek, w tym i moja babcia, czy Jana Kiepurę (do tego to akurat nie mam sentymentu). Rybniczanie podziwiali występy chóru Kozaków, Zizi Halamy, śmiali się do rozpuku przy dowcipach Kazimierza Krukowskiego „Lopka” i artystów „Morskiego Oka”, zachwycali się głosem śpiewaków operowych na „Madame Butterfly” Pucciniego.

Nasz rodzimy chór Seraf był tu stałym gościem, zarówno przed wojną jak i po niej. Pierwszy koncert pieśni polskiej miał miejsce pod koniec marca 1946 r.

Na koniec zostawiłam sobie sprawy polityczne i społeczne. Czego te mury nie słyszały? Urzędowały tu Komisje Poborowe, wrzucano kartki do urn przy okazji różnorakich wyborów, na zebraniach zbierali się przedstawicie różnych zawodów, były tu wiece PPS’u, Narodowego Związku Powstańców i Byłych Żołnierzy, Obozu Wszechpolskiego, mniejszości niemieckiej, czy chadeków. Mieścił się tu „Związek Restauratorów, Właścicieli Kawiarń i Hotelów”, w którym działał Emil Ogórek.

To tu, po aferze z Maksem Brauerem, który rzekomo molestował chrześcijankę, zebrali się oburzeni rybniczanie i nawet uchwalili obszerną rezolucję. Maks, mieszkający vis a vis Świerklańca zarzucił hotel swoimi ulotkami, a molestowana, niby wielce cnotliwa, katoliczka po latach okazała się być nieznaną prostytutką.

Na tyłach Świerklańca można było, po niskich cenach, wypożyczyć auto na chrzty, wesela, czy udając się w podróż służbową.

Po wkroczeniu Wehrmachtu do Rybnika, pan Ogórek, jako były powstaniec musiał wyjechać z Rybnika. Groziło mu aresztowanie. Świerklaniec został przejęty przez niemieckiego zarządcę komisarycznego, jak zresztą większość przedwojennych geszeftów. Dom towarowy Czesława Beygi, który niejednokrotnie dekorował sale w hotelu, też został przejęty przez niemieckiego zarządcę. 

Dawna ulica Szeroka, później Sobieskiego, została na jakiś czas wtedy nazwana imieniem Rudolfa Hessa, a na Świerklańcu zawisł napis „Reichshof”. Pod wielkim, kryształowym żyrandolem zbierali się teraz członkowie NSDAP, którym uroczyście wręczano odznaczenia przy różnych okazjach. Po ucieczce Hessa z Niemiec ulicę nazwano Günther-Prien-Strasse. Zapewne na drukach firmowych Hotelu Reichshof na szybko zmieniano adres w maju 1941 roku.

NSDAP w naszym Świerklańcu często bywało, robiło wystawy, do odwiedzenia których nakłaniał Der Oberschlesische Wanderer.

Jak i przed wojną odbywały się tu prelekcje. Co by powiedział ojciec Emil Drobny, piewca Ziemi Rybnickiej, który w latach 30-tych opowiadał w Świerklańcu o Janie III Sobieskim, gdyby ujrzał dr. Paula Danzera opowiadającego o wyższości jednej nacji nad innymi? Paul Danzer, pracownik Biura ds. Polityki Rasowej NSDAP miał spotkanie w Rybniku, w Hotelu Reichshof 16 grudnia 1943 r. Bilety w cenie pół marki można było nabyć w biurze Niemieckiego Frontu Pracy.

Po zakończeniu wojny Emil Ogórek wrócił do Rybnika i swojego hotelu. Ponownie starał się go odbudować i prowadzić. By uratować wszystko przed nacjonalizacją, wynajął budynek Związkowi Walki Zbrojnej o Niepodległość i Demokrację, a później Powszechnej Spółdzielni Spożywców. Władza jednak ma to do siebie, że działa zgodnie ze swoim interesem. W 1951 r. Prezydium MRN ustanowiło zarząd przymusowy, co praktycznie wykluczyło właściciela z możliwości zarządzania tym miejscem. Nadal była tu restauracja i hotel, którego pokoje po jakimś czasie przerobiono na biura. Powoli znikało stare wyposażenie, choć ciągle były tu dansingi, imprezy sportowe, różnorakie spotkania i występy, o których informował tygodnik Nowiny. Organizowano bale, mikołajkowe spotkania dla dzieci, kiermasze kulinarne, konkursy.

Główna sala Świerklańca, na początku lat 50-tych zmieniła się w salę sądową. Po największej w dziejach kopalni Jankowice katastrofie górniczej, w wyniku której na początku maja 1950 r. zginęło prawie 30 górników, przeprowadzono pokazowy proces pracowników dozoru oraz dyrektora kopalni. Sąd apelacyjny na sesji wyjazdowej wydał wtedy bardzo surowe wyroki.
W tego typu miejscach kradzieże, czy też gubienie rzeczy (niejednokrotnie po spożyciu czegoś mocniejszego) zdarzały się zawsze. Przybyłego przed wojną (zapewne w interesach) do naszego miasta Żyda Moryca Mendla okradła jedna Agnieszka, a mieszkaniec Jaśkowic zgubił teczkę z przyborami do golenia, być może balując w grudniu 1960 r.

Prasa niejednokrotnie krytycznie przyglądała się Świerklańcowi, informując choćby o tym, że na jego dachu jest cała „plantacja trawy”, czy też że opinia publiczna zbulwersowana jest tym, co dzieje się na świerklanieckich dansingach. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu jednej ze stałych bywalczyń tego, jak to nazwano „punktu zbornego okolicznych amantek”. „Blada twarz, wydłużone barwiczką usta, czarny, obcisły sweter z pokaźnym dekoltem, odsłaniającym kark, plecy i piersi. Tańczy lub raczej szarpie rock and roll z niższym o głowę, mizernym wymoczkiem w zabłoconych spodniach i rozchełstanej, brudnej – jak u większości tutejszych „gości” – koszuli. Co parę taktów odrzuca głowę do tyłu, zanosząc się wrzaskliwym śmiechem”. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak się takie tańce kończyły, to odsyłam do Nowin z 1957 r. Szukajcie artykułu o ryżym „Sznapsie” – bywalcu Świerklańca 😆
Na dansingach tam nie bywałam, ale czasem na obiedzie z rodzicami i owszem. Mam pod powiekami jakiś kiermasz wielkanocny, chyba z wczesnych lat 80-tych, na który poszłam wraz z mamą. Pamiętający czasy niedostatku towarów wiedzą, że takie eventy były wtedy wyjątkowym wydarzeniem. Tam sprzedawano luksusy, którym co prawda wiele brakowało do serwowanej przed wojną kuchni wiedeńskiej, ale wówczas nie miało to znaczenia. „Kalmarów po rybnicku”, o których 1982 r. pisała Trybuna Robotnicza nie pamiętam, ale też owoców morza nigdy nie jadałam.

Potomkowie Emila Ogórka odzyskali nieruchomość w 1991 r. Starali się mu przywrócić dawną świetność, co po tylu latach jej rozkradania i braku faktycznego gospodarza nie było łatwe. Z tego co się orientuję, spadkobiercy, zmarłego w 1962 r. pana Ogórka, jakiś czas temu sprzedali swoje udziały.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden październikowy dzień. W 2014 r. przed Świerklańcem stanęły stare zabytkowe auta, a z balkonu na pierwszym piętrze tego ogromnego budynku, rybnicka pieśniarka śpiewając przeniosła nas w lata 30-te. Tłumy rybniczan stały zauroczone jej śpiewem i grą świateł na wszystkich kamienicach przy ulicy Sobieskiego. Wszyscy byliśmy dumni z odrestaurowanego deptaku, którego Świerklaniec jest integralną częścią.

Dziś jednego balkonu nie ma. Jest ogromna dziura w murze i sercach tych, którzy kochają Rybnik. Miejmy nadzieję, że jednak uda się jakoś te dziury zaklajstrować i kiedyś znowu śpiewaczka, opierając się o przecudną kutą balustradę, coś nam zaśpiewa.

Trzymajmy kciuki, by jakiś gospodarz nas ponownie zaprosił na otwarcie, tak jak zapraszał Emil Serafin Ogórek w sierpniu 1935 r.  Na pewno pan Emil z góry będzie czuwać, a gdyby ktoś uznał, że Świerklaniec należy rozebrać, to niechybnie będzie go straszyć. 

Zainteresowanym historią Świerklańca polecam książkę Michała Palicy „Ludzie i domy – wędrówki po rybnickim Deptaku” oraz artykuły Grzegorza Walczaka w starych wydaniach Gazety Rybnickiej, które są dostępne na stronie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej.

Powyższy tekst, lekko skrócony, ukaże się w najbliższą środę w papierowym wydaniu „Nowin”. 

(Reklamy pochodzą ze starych gazet na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej)

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Świerklaniec – ku pamięci została wyłączona
luty 7

100 lat temu w Rybniku cz.1

Ten rok będzie na Górnym Śląsku szczególny. W marcu będziemy obchodzić setną rocznicę plebiscytu. Potem, na początku maja, na pewno wszystko będzie się kręcić wokół wybuchu III powstania śląskiego, a jesienią dojdzie kolejna data, czyli 100 lat od decyzji dzielącej Śląsk na dwie części. Większość tych, którzy się będą wypowiadać, będzie pleść narodowe farmazony o patriotyzmie, zbrodniach, walce, dzielnych powstańcach, politycznych uwarunkowaniach i zwycięstwie.
Ani ze mnie historyk, ani fachowiec od powstań, ale swoje zdanie na temat tego, co się wtedy działo mam. Nie mam zamiaru się z nim dzielić, bo dziś na wszystko jest jakiś paragraf. Przymierzę się za to do opisania tych czasów z perspektywy niemieckiej społeczności żydowskiej, która mieszkała w Rybniku i musiała zadecydować, czy nadal tu zostać, czy też wszystko sprzedać i wyjeżdżać. Może mi wyjdą z tego jakiś 3 artykuły. Zobaczymy.
100 lat temu o tej porze już wszyscy wiedzieli w jaki sposób będą głosować i kto będzie do tego uprawniony. Obie strony zaostrzały akcję propagandową, konflikty narastały, a zwykłe rodziny, mieszkające tu od pokoleń, na pewno wieczorami analizowały co przyniesie ten 1921 rok. Prasa, jak to prasa, podkręcała atmosferę, więc mimo zimy było gorąco. 

Rybniccy Żydzi mieli tu sklepy, domy, tu się urodzili, tu brali śluby i wychowywali dzieci. Rybnik był ich Heimatem. Maleńkie miasto na rubieżach wielkiego państwa niemieckiego. Wielu z nich ledwo co wróciło z wojny. Powoli zaczynali odbudowywać swoje interesy, a tu znowu wyrastały przed nimi problemy. Jak choćby przed wielokrotnie przeze mnie opisywanym Josefem Mannebergiem, urodzonym w Rybniku w 1874 r. Bił się za Niemcy na terenie Francji i Belgii. Gdy szczęśliwie wrócił uznał, że po wojnie nastąpi boom budowalny i właśnie dlatego zaczął rozwijać swój handel żelazem i materiałami budowlanymi. Na początku 1918 r. urodził mu się najmłodszy syn i miał dla kogo zaiwaniać. To był mądry i przewidujący człowiek i równocześnie bezkonkurencyjny kupiec. W jego domu przy Sobieskiego 15 toczyły się spory, czy zostać, czy może wyjeżdżać. Niedługo po podziale Śląska, wraz z zięciem i najstarszym synem, Josef wyjechał na rekonesans do Palestyny. Tam kupił spory kawał ziemi, ale wrócił. Za bardzo kochał Rybnik. Został tu aż do maja 1939 r., bo tak zadecydowali członkowie rodziny w prywatnym referendum przeprowadzonym w kamienicy przy ówczesnej ulicy Szerokiej (dziś Sobieskiego). 

Jeden z bogatszych w Rybniku – Felix, ostatni z Haasych, na czas zawirowań lat 1919-1920 wywiózł swoją rodzinę do Lipska. Czas pokazał, iż źle zrobił, że ich tu znowu sprowadził z powrotem pod koniec 1920. Na razie też starał się pracować i rozwijać ponad 150-letni biznes rodzinny. Jeszcze w czasie wojny przekształcił go w spółkę akcyjną, a zaraz po jej zakończeniu otworzył filię w Lubece. Zgodnie z prawem publikował wyniki finansowe „F. Haase Lederfabrik Akt.-Ges. in Rybnik”. Synowie Felixa dorastali i coraz bardziej angażowali się w sprawy polityczne, bo Niemcy to był ich kraj. Felix na pewno pisał listy do Berlina siostry i opisywał jej nastroje bratanków.

Młody Alfred Glücksmann, zdolny gimnazjalista chadzał po mieście i fotografował swoim nowym aparatem ludzi i miejsca, nie zdając sobie wtedy sprawy, że po stu latach, jego zdjęcia będą niesamowitym świadectwem tamtych czasów. Jak choćby ta fotografia przedstawiająca róg Rynku i ulicy Zamkowej oraz jakiś wiec, czy też propagandowe spotkanie.

Ciekawość zagnała Alfreda na ówczesny Neuer Ring (dziś Plac Wolności) w trakcie nieokreślonej manifestacji, bądź marszu zwolenników którejś ze stron.

W rodzinie Kornblumów Max wadził się ze swoim bratem Martinem, o to czy należy tu zostać, czy też iść w ślady młodszego Alfreda, który jeszcze przed I wojną opuścił Śląsk. Mieli dzieci i chcieli dla nich jak najlepiej. A czy ewentualna wygrana Polski w plebiscycie miała im gwarantować to „najlepiej”? Zapewne bracia przewidywali wiele zagrożeń jakie miały im przynieść najbliższe lata, ale nawet w najgorszych snach nie przyśniło im się, że z tej wielkiej rodziny, ponad 30 osób zostanie zamordowanych za około 20 lat. I to nie przez Polaków, a przez tych, po których stronie zamierzali stanąć w 1921 r. Na razie jednak zapalali szabatowe świece w swoich mieszkaniach przy Kościelnej i cieszyli się z tego, że udało im się przeżyć Wielką Wojnę. 

U Pragerów takich rozterek związanych z wyjazdem czy pozostaniem nie było. Większość z nich już opuściła Rybnik. Po śmierci nestora Abrahama w 1914 r. jego synowie i córki powoli zaczęli się wyprowadzać. Emil, mimo że przepięknie przebudował swój dom towarowy na Rynku, to wkrótce sprzedał go Leschczinerom. I choć nadal jego nazwisko widniało na reklamach, to sam już mieszkał w Berlinie. Reszta braci i kuzynów też siedziała na walizkach i przenosiła geszefty w głąb Niemiec. Ogłaszający się w prasie Lippmann Berger też planował opuszczenie Rybnika. Jeszcze wtedy nie wiedział, że jego rodzina przeniesie się do Bytomia.

U Leschczinerów też nie za bardzo wiedzieli co zrobić. Tym bardziej, że na wojnie zginął najstarszy z synów Noah – Alfred. Pierworodny miał przejąć po ojcu całość biznesu, ale Wielka Wojna go zabrała. Kolejny z braci po studiach osiadł w Berlinie, a Noah nie był za tym, by stąd się wyprowadzać. I jego za dużo go z Rybnikiem łączyło. Tu był poważany, tu miał wnuki i rozległe interesy. Myślę, że tłukł do łba trzeciemu z męskich potomków oraz córce, a także reszcie rodziny, że trzeba będzie się jakoś z Polakami dogadać i nie wolno tego małego Heimatu opuszczać. Został tu do końca, czyli do swej śmierci na początku 1940 r.

Altmannowie, sąsiedzi Leschczinerów, nie mieli wątpliwości. Trzeba będzie wyruszyć w daleki świat. Luise Altmann, po ślubie z ówczesnym rybnickim rabinem Braunschweigerem, wyjechała za mężem, gdy ten dostał posadę rabina w Opolu w 1918 r. Jej mąż był jednym z tych, którzy bardzo mocno agitowali za niemieckim Śląskiem. Nie dziwota więc, że i reszta rodziny Altmannów, a w większości to były przedsiębiorcze kobiety, zbierała się do opuszczenia miasta, które mogło przypaść Polsce. Adam Przybyła już zbierał kasę, by kupić jedną z większych kamienic na Rynku.

Gdy już jestem przy rabinach, to należałoby przywołać tych dwóch, którzy na krótko zawitali do Rybnika przed plebiscytem. Po rabinie Braunschweigerze przez niecały rok (1919-1920) urzędował w moim mieście dr Arthur Rosenthal. Następny, czyli dr David Dagobert Nellhaus dotarł do nas w październiku 1920 r. Analizując jego lakoniczne zapiski w malutkim notatniku, można przyjąć, że w połowie czerwca 1921 już go u nas nie było. Jego rabinat był więc bardzo krótki. Przypadł na czas głosowania oraz III powstania śląskiego. Organizował posiłki koszerne dla przybyłych głosujących czyli tzw. emigrantów, o czym informowała gazeta Judisch-Liberale Zeitung. Uczył niemiecką młodzież, prowadził nabożeństwa w synagodze, zgodnie z publikowanym wówczas w prasie porządkiem i był tym, który odprowadził na cmentarz syna Felixa Haase – Rudolfa, zamordowanego przez powstańców w maju 1921.

W unikatowym skorowidzu Nellhausa, pod literką „P” zapisał kilka ważnych uroczystości, które miały miejsce w tamtym czasie w rodzinie Priesterów. Dwie bar micwy, dalej 80-te urodziny głowy rodu – Adolfa Priestera pod datą 28.II.1921. Bystre oko zauważy, iż niedługo potem rabin wpisał informację o pogrzebie Adolfa, który zmarł 30 kwietnia, kilka dni przed wybuchem trzeciego zrywu Ślązaków.

Wydaje mi się, że jedynym, który nie kombinował czy wyjechać, czy też zostać był Siegfried Müller, wówczas już pełnoprawny właściciel browaru. Jego wiekowy tata Hermann odszedł jesienią 1919 r. gdy jeszcze nikt na poważnie nie brał pogłosek o ewentualnym podziale Górnego Śląska. Siegfried był mocno związany z miastem, bowiem jego browar to był wówczas najważniejszy zakład produkcyjny. Uważam, że nie rozpatrywał jego sprzedaży i wyprowadzki, mimo że kuzyni pozbywali się udziałów w pozostałych dwóch browarach i praktycznie już tu nie mieszkali. Tyrający po mieście Alfred Glücksmann utrwalił na kliszy prosperujące przedsiębiorstwo browarnicze Siegfrieda i przy okazji wielką kamienicę na roku dzisiejszej ulicy Chrobrego i 3 Maja.

Miasto powoli się szykowało na 20 marca. Prasa w lutym podawała informacje o okręgach, w których można było sprawdzić, czy się jest na liście do głosowania, ewentualnie do niej dopisać. Instruowano jak powinny wyglądać karty legitymacyjne i straszono zbrodnią narodową. Jakie to znajome 😆 

Nadal działały wszystkie sklepy, szukano pracowników, a Siegfried Schindler, rybnicki kupiec z Rynku już planował zaręczyny syna Fritza z katowiczanką Elly Brandt. Ogłoszono je oficjalnie kilka dni po plebiscycie. Mimo napięcia wszystko jakoś funkcjonowało, choć po mieście krążyły obce wojska rozjemcze i napięcie wyczuwalne było na każdym rogu. Wyborne Salemy oferowane przez Rudolfa Aronstamma palono przy każdej dyspucie politycznej. 

Był luty 1921 roku. Wszędzie leżał śnieg. Alfred Glücksmann wraz z przyjaciółmi cieszył się z zimy i aparatu fotograficznego, który niedawno dostał w prezencie. Wieczorami dorośli rozpatrywali ewentualność wyjazdu, a młodzi łowili ich słowa i zastanawiali się, czy ich przyjaźń przetrwa te ciężkie czasy.

Dalszy ciąg tej opowieści nastąpi 🙂

Korzystałam ze starej prasy, którą można znaleźć na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej, Kolekcji Nellhausa w Instytucie Leo Baecka oraz albumu rodziny Glücksmann.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania 100 lat temu w Rybniku cz.1 została wyłączona
styczeń 17

Sprawiedliwy Niemiec z Auschwitz

Śniegi w podrybnickich lasach i zbliżająca się rocznica wyzwolenia Auschwitz, jak co roku każą mi coś napisać o Marszu Śmierci. Tym razem, przeglądając nazwiska tych, którzy szli przez moje miasto stwierdziłam, że nie będzie o Żydzie. Nie będzie też o śląskich Sprawiedliwych z pobliskich wiosek.

Dotychczas, gdy patrzałam na wykaz nazwisk w książce o naszej nitce Marszu, autorstwa pana Janka Delowicza, koncentrowałam się na żydowskich więźniach, którzy szli przez Rybnik. Długość biogramu Ludwiga Wörla u Delowicza zwróciła moją uwagę dwa dni temu. Oraz ta lakoniczna informacja: „Aresztowany został 5 V 1934 roku w Monachium za działalność komunistyczną…”.

Będzie więc o Niemcu, najszlachetniejszym ze szlachetnych. To patetyczne słowa – wiem. Należą mu się. Bo Ludwig, który przeżył kilka obozów, przeżył Marsz, nie zapomniał, że ludzi powinna cechować przyzwoitość. A o nią w Auschwitz nie było łatwo.
Ludwig Wörl będzie tym bohaterem 76. rocznicy Marszu Śmierci, który przechodził przez moje miasto i okoliczne wsie pamiętnego stycznia 1945.
Ludwig urodził się w 1906 roku w Monachium. Czytam akurat „Pokorę” Twardocha, która/który note bene jakoś mnie nie zachwyca, więc jestem w miarę na bieżąco z rewolucją listopadową w 1918 r. w Niemczech. Konserwatywna Bawaria, z której pochodził Ludwig, na krótki okres stała się w 1919 r. Bawarską Republiką Rad, czyli jakimś pseudo komunistycznym tworem, w którego zawiłości nie chce mi się wnikać. Wojska rządowe oraz Freikorpsy odbiły rodzinne miasto Ludwiga. Sporo ludzi zginęło. Przyszły Sprawiedliwy był wtedy nastolatkiem. Zapewne był świadkiem rodzenia się potężnej fali antysemityzmu. Za parę lat widział co dzieje się w jego mieście w trakcie puczu monachijskiego. Sądzę, że wtedy właśnie kształtowały się jego poglądy polityczne. Aresztowany Hitler i reszta puczystów wydawali się być wywaleni poza główny nurt historii. Ludwig został stolarzem. Nie angażował się politycznie do czasu, gdy ten, który w Monachium siłowo chciał dojść do władzy, doszedł do niej w sposób w miarę demokratyczny. Wörlowi socjalizm był bliski, ale ten narodowy już nie.
W maju 1934 roku został zadenuncjowany i bez sądu wysłany do Dachau za rozpowszechnianie antynazistowskich ulotek, w których opisywano właśnie ten obóz. Miał 28 lat. Był lojalny i nie wydał swoich towarzyszy w obozie, mimo że przez 7 miesięcy siedział w kacerze. Przez 3 miesiące nie dostawał ciepłego posiłku, a w trakcie przesłuchań był bity i katowany. Po 9 miesiącach w końcu został przeniesiony do obozowej stolarni.

Dzięki pomocy jednego esesmana oraz swego brata został kimś w rodzaju kapo. Po jakimś czasie oskarżono go o sabotaż, ale dzięki tym dwóm osobom udało mu się uniknąć najgorszego i został przydzielony do pracy jako pielęgniarz w szpitalu obozowym. Miał niewielkie doświadczenie, gdyż onegdaj należał do medycznej kolumny Czerwonego Krzyża. Przez jakiś czas pracował w kamieniołomie podlegającym pod Konzentrationslager Flossenbürg. Do Dachau wrócił w marcu 1940 r. To był szósty rok od momentu uwięzienia. Kolejny rok na pomaganiu innym – więźniom politycznym, homoseksualistom, czy Świadkom Jehowy, bowiem to oni wtedy stanowili większość więźniów. Wörl uczył ich pielęgniarstwa przy pomocy przemycanych książek, starał się stworzyć atmosferę zaufania i solidarności. Pomógł przeżyć Dachau wielu więźniom – między innymi choremu na serce Kurtowi Schumacherowi, późniejszemu politykowi i przywódcy SPD. Leczył go kradzionymi lekami.

W sierpniu 1942 r., za słuchanie radia, Ludwig Wörl został przewieziony do Auschwitz. Niektórzy piszą, że wysłano go tam wraz z innymi więźniami-pielęgniarzami do stłumienia epidemii tyfusu. Może te przyczyny się na siebie nałożyły. Został numerem 60363.

Znowu przydzielono go do szpitala, w którym warunki były tragiczne. Po krótkim okresie pracy w prymitywnej stacji rentgenowskiej Ludwig został przydzielony do bloku 19. z 800 pacjentami. Do pomocy wybierał wtedy głównie lekarzy żydowskich, według niego polscy lekarze byli zbyt antysemiccy. Po jakimś czasie został starszym szpitala (Lagerältester des HKB). Starał się mocno, by pomagać na miarę obozowych możliwości.
Działał w podziemiu obozowym w grupie antyfaszystów niemieckich. Wraz z grupą austriacką starali się zwalczać obozowych prowokatorów i szpicli. Pomagali więźniom materialnie, na tyle na ile się dało. Posznupałam na jego temat i poza peanami na stronie Yad Vashem, na stronie obozu Dachau, czy w innych tego typu miejscach, znalazłam sporu o Ludwigu w książkach pisanych przez byłych więźniów. Choć nie był kryształowy (bo kto mógł być w Auschwitz!) z większości wspomnień wyłania się silny, energiczny człowiek, który pomagał sporo, jak na warunki, w których wszyscy byli. Miał swoją pozycję, gdyż był, starym stażem, niemieckim więźniem politycznym z rozległymi koneksjami i wiedzą o obozach. Był inaczej traktowany przez esesmanów i władze szpitala. Mimo jednak tych znajomości i umiejętności, w Auschwitz też trafił do bloku karnego, przez 3 miesiące żył w oczekiwaniu na wyrok śmierci.

Ostatecznie został zwolniony z karceru, ale nie mógł wrócić do funkcji Lagerältestera szpitala. Dostał się do podobozu zwanego Günthergrube w Lędzinach. Ta filia Auschwitz powstała na początku 1944 r. przy budowanej kopalni węgla kamiennego Günther. Znowu pełnił funkcję starszego. Według Yad Vashem ratował tam Żydów przed morderczą pracą, czyli „Nawet więźniom chorym na gruźlicę udało się przeżyć, ponieważ Wörl zwalniał ich z ciężkiej pracy i chronił różnymi wybiegami przed inspekcją lekarzy SS.”. Jego sekretarzem w obozie był David Pastel – polski Żyd przywieziony do Auschwitz z Francji.

I to z Günthergrube, wraz z innymi, w styczniu 1945 r. Ludwig ruszył w morderczym marszu w stronę Gliwic. Z Gliwic pociągiem w stronę Rybnika, gdzie transport został zatrzymany, a więźniów, w tym i Ludwiga i Davida Pastela, popędzono przez lasy w stronę mojego miasta. Nie raz opisywałam co się stało za przysiółkiem Młyny. Tym razem oddam głos jednemu z ocalałych z tego marszu. Kopel Bojman, który też szedł tego mroźnego dnia przez las w stronę Wielopola po wojnie opowiedział: „Skierowali nas w stronę pobliskiego lasu… Z niewielkiej odległości widziałem, że ubrany na czarno Ludwig Wörl oddala się od nas w kierunku torów kolejowych. Gdy dotarliśmy do lasu, otworzyli do nas ogień z karabinów maszynowych. Ludzie padali, zamieszanie było wielkie, krzyki rannych i strzelanina… to było piekło. Kiedy usłyszałem pierwsze strzały, udało mi się spaść na twarz i zanurzyć głowę głęboko w śniegu. Leżałem tam dopóki strzelanina nie ustała i nie usłyszeliśmy „Wstań! Wstań! Chodźmy!” … W lesie zostało kilku morderców, wśród nich Erwin. Widziałem, jak on sam zastrzelił Pastela, sekretarza Ludwiga Wörla, był francuskim Żydem, bardzo miły; Erwin go zabił.”

Do dziś w lesie w Kamieniu, przy ścieżce w stronę Wielopola na starym drzewie widnieje tabliczka, wbita tam 20 lat po wydarzeniach, w wyniku których aż tylu zginęło, choć równie wielu zdołało uciec.

Kopel po wojnie mówił tak o Ludwigu i pobycie w Günthergrube : „Ludwig wydał rozkaz przywiezienia mi żywności i lekarstw… Na bloku szpitalnym przebywałem do stycznia 1945 r. – do zwolnienia. Byłem tam przez całe trzy miesiące. Wyobraź sobie, że co dziesięć dni przeprowadzano audyt z Auschwitz, a każdy, kto miał więcej niż dziesięć dni, był zabierany. Ale Ludwig ratował ludzi…”

Być może Ludwig Wörl też wtedy w lesie planował ucieczkę. Nie udało mu się. Tak jak nie udało mu się po wojnie doprowadzić do skazania owego Erwina, który zamordował jego żydowskiego sekretarza. Pastel spoczął w pobliskich Książenicach na cmentarzu, opisywanym już przeze mnie wielokrotnie.

Gdyby ktoś chciał wrócić do moich wpisów o Marszu Śmierci i o tych, którzy w naszym lesie zginęli, bądź przeżyli, to wklejam stosowne linki. ➡ http://szufladamalgosi.pl/planeta-auschwitz/ ➡ http://szufladamalgosi.pl/samuel-kops-holenderski-korczak/ ➡ http://szufladamalgosi.pl/dawid-wajnapel-uciekinier-z-marszu-smierci/ ➡ http://szufladamalgosi.pl/upamietnienie-marszu-smierci/

Niemiecki antyfaszysta Ludwig szedł dalej. Zapewne nocował na naszym stadionie wraz z pozostałymi. Był świadkiem kolejnej masakry i śmierci więźniów. W którym momencie uciekł to nie mam pojęcia. Według Jana Delowicza doszedł do Gross Rosen, skąd ewakuowano go do Mauthausen. Jednak karta z tego ostatniego obozu wskazuje na to, że dowieziono go tam z Pressburga, czyli Bratysławy. Parę stron w sieci informuje o jego ucieczce (nie wiadomo gdzie) i złapaniu oraz właśnie o Bratysławie, w której miał być skazany na śmierć. Ostatecznie przybył do KL Mathausen pod koniec lutego 1945, a dokładniej w swoje 39. urodziny 🙁 

5 maja 1945 na teren obozu wkroczyła armia amerykańska. Po 11 latach bycia więźniem Ludwig Wörl był wolny. Przeżył Dachau, Flossenbürg, Auschwitz, marsz śmierci i Mauthausen. Widział tysiące zamordowanych, umierających, katowanych. 76 lat temu szedł w głębokim śniegu przez lasy w mojej okolicy. 76 lat temu walczył z potwornym mrozem na rybnickim stadionie. Przy nim zamarzali na śmierć ci, których starał się ratować w Auschwitz.

Od dwóch dni o nim czytam w obcych językach i nie znalazłam żadnej relacji, w której by go źle opisano. Świadkowie pisali o tym, że fałszował listy więźniów, by ich ratować przed komorą czy wyczerpującą pracą, zatrudniał Żydów, pomagał materialnie i mentalnie, starał się dawać nadzieję. Owszem, jest kilka kontrowersyjnych dla „polskich patriotów” zdań wskazujących na to, że bardziej wolał pracować z żydowskimi lekarzami niż polskimi. Kontrowersyjny był też dla Niemców po wojnie, bowiem mimo uznania go za honorowego obywatela Monachium, to był obserwowany przez służby specjalne. Ludwig po wojnie pozostał komunistą. Jego podróże do sowieckiej strefy budziły podejrzenia. Nie mogli go jednak tknąć. Po wojnie Wörl, który został przewodniczącym Organizacji Byłych Więźniów Auschwitz w Niemczech, poświęcił się utrwalaniu pamięci o zbrodniach nazistowskich i postawieniu ich sprawców przed wymiarem sprawiedliwości. Ten niemiecki komunista i antyfaszysta brał udział w kilku procesach jako świadek oskarżenia, m.in. w 1963 r. wystąpił jako jeden z głównych świadków procesu Auschwitz we Frankfurcie nad Menem.

Bodajże jako pierwszy Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata w 1963 r. Niemiecka prasa szeroko donosiła, że w 1966 r. otrzymał nagrodę im. Leo Baecka Centralnej Rady Żydów w Niemczech. Burmistrz Monachium Hans Jochen Vogel wychwalał Wörla jako „odważnego, sprawiedliwego, miłosiernego i ludzkiego”. Mogli go tylko obserwować, ale nie mogli mu nic zrobić, choć nie krył się ze swoimi poglądami. Niemcy dopiero powoli przetrawiali to, co zrobili w czasie wojny. Taki bohater był im potrzebny. Jego nazwiskiem nazwano wiele ulic. Ma swoją uliczkę w Monachium.

Ludwig zmarł w 1967 r. Gdy kiedyś będziecie spacerować między Rybnikiem a Kamieniem, to zmówcie tam za jego duszę jakąś jedną „Zdrowaśkę”, choć nie był wierzący.

Źródła:

https://encyclopedia.ushmm.org/content/en/article/dachau

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

https://wiener.soutron.net/Portal/Default/en-GB/RecordView/Index/106005

https://en.wikipedia.org/wiki/Ludwig_W%C3%B6rl

https://www.yadvashem.org/yv/en/exhibitions/death_march/43405.asp

https://www.yadvashem.org/yv/en/exhibitions/righteous-auschwitz/woerl.asp

„People in Auschwitz” Hermann Langbein

Wojskowy przegląd historyczny, Tom 10,Wydania 3-4, 1965,

https://arolsen-archives.org/en/

https://stadtgeschichte-muenchen.de/strassen/d_strasse.php?id=3279

https://www.kz-gedenkstaette-dachau.de/nachrichten/zum-gedenken-an-den-50-todestag-von-ludwig-woerl/

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Sprawiedliwy Niemiec z Auschwitz została wyłączona
grudzień 19

Piękni i młodzi – Ernst Gallus

Na świecie i w Polsce nie najlepiej. Na horyzoncie narodowe 😉 godziny policyjne, narodowe 😉 lockdowny i jedyna nadzieja w szczepionce ponadnarodowej. Już po Chanuce, a przed Bożym Narodzeniem, więc taki bardzo świąteczny czas mimo całej tej ponurej otoczki covidowej. Dlatego też trzeba go wzmocnić pozytywnym akcentem. To będzie ostatni z nieopisanych nastolatków. Co prawda, na kocyku siedzi jeszcze jedna z rodu Priesterów – Lotte, ale o niej pisałam 4 lata temu, gdy jeszcze o zdjęciu nie miałam pojęcia ➡ „Rybniczanie w Australii„. Z kolei tą ślicznotę z dekoltem w szpic możecie rozpoznać jako ➡ „Nianię od Priesterów„.

Ernst Gallus. Ostatni, choć w sumie był pierwszym, który z całej grupy, ruszył w odległy świat. Czyli albo najbardziej przewidujący, albo najbardziej odważny, bądź też najbardziej szukający przygód w wielkim świecie. Jak przeczytacie – wyszło mu to na dobre.
Zanim jednak usiał na kocu z kuzynkami i przyjaciółmi i zanim kiedyś potem wsiadł do pociągu i opuścił Niemcy, musiał się urodzić. To zacznijmy historię rodziny Ernsta.
Gallusów w Rybniku nie było. Ernst znalazł się w moim mieście, gdyż jego mama Elly Priester była rybniczanką, urodzoną w Rybniku w 1881 r. jako córka Isidora i Johanny z domu Kornblum. Tak więc był spokrewniony z Hertą, Charlotte, Theą oraz Lore (również na zdjęciu i już w Szufladzie). Wszyscy byli prawnukami Salomona Priestera i jego żony Rosalie. Drzewo genealogiczne wywiedzione właśnie od Salomona jest dość skomplikowane, więc wolę Wam nie gmatwać. Dziadek młodzieniaszka z jakichś tam powodów na początku XX wieku opuścił Rybnik i przeniósł się do Gogolina. Tam też wyszła za mąż jego córka Elly Priester. Jej wybrankiem został Eugen Gallus. Ojj… niezłą zagwozdkę miałam z miejscowością, z której pochodził późniejszy tata Ernsta.

Petrzkowitz Kreis Ratibor” to można wyczytać z aktu ślubu. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się to jakoś oczywiste, że to chyba Pietrowice koło Raciborza. Jednak niemiecka nazwa tej obecnej wsi była inna. Google mi podpowiadał, że to Petřkovice, dziś część Ostrawy, ewentualnie Pietrzykowice pod Żywcem. Jako kompletnie absurdalne informacje, odrzuciłam te podpowiedzi. Całe jedno niedzielne popołudnie spędziłam na analizowaniu starych map i nazw niemieckich. W końcu, wiedziona jakimś durnym rozumowaniem uznałam, że to chyba były Pietrzkowice – dziś część pobliskich Rydułtów. Logicznie, gdyby brać pod uwagę odległości. No… bo w miarę blisko Rybnika. Nielogicznie z wielu innych powodów. Raczej tata Priester nie wydałby za mąż swej córki za bidoka. Eugen Gallus musiał mieć jakiś przyzwoity geszeft, by zostać przyjęty jako zięć do dość bogatej rodziny. A te rydułtowskie Pietrzkowice to parę ulic, bez jakichś znaczących starych kamienic. Ale od czego jest Facebook 😉 Narobiłam larma na swoim Fb i ludzie zaczęli pomagać. W międzyczasie udało mi się ustalić jeszcze jedną nazwę dla „Petrzkowitz”. Było to Petershofen. Pomogli wielce uczynni znajomi z Facebooka, którym dziękuję, że zaangażowali się w to, w sumie mało ważne dla nich, dochodzenie. Tata Gallus pochodził z okolic Ostrawy. Pojęcia nie miałam, że tak niby odległa miejscowość należała wówczas do „Kreis Ratibor” i państwa niemieckiego. Na naukę nigdy nie jest za późno. Im więcej wiem, tym więcej mam luk i braków.

Późny wieczór był, gdy swój już totalnie zmęczony umysł, nakierowałam w stronę Czech. I znowu pomógł Facebook. Uwielbiam Zuckerberga za to narzędzie 🙂 Znalazłam niezwykłą grupę czeskich pasjonatów i lokalsów, która tak pięknie wita odwiedzających ➡ „Vítejte na neoficiálním Facebooku Petřkovic.” Znowu napisałam elaborat i umieściłam prośbę na ichnim forum. Prośbę o ustalenie gdzie Eugen Gallus, tata synka z kocyka, mąż rybniczanki Elly, miał w Petřkovicach sklep. Sama od kilkunastu lat jestem członkiem forum ➡ „Zapomnianego Rybnika” i wiem, że zwykli ludzie wiedzą o wiele więcej od najmądrzejszych historyków z doktoratami. I wyobraźcie sobie teraz moją radość, gdy następnego dnia niesamowicie uprzejmi czescy sąsiedzi wszystko ustalili 🙂 Dostałam stare pocztówki oraz mapkę, na których widać jak byk nazwisko Gallus. Wkleili mi fotografie budynku już po sprzedaży obiektu Czechowi Malkowi (do dziś na tą okolicę mówią Malkovec). W ogóle napisali mi, że ta wielka kamienica była jednym z symboli Petřkovic. Sorry, że aż tak opisuję jakiś budynek, który został zburzony w 2013 roku z uwagi na jego zły stan, ale dla mnie to był ważny moment w ustalaniu całej historii. Gdyby nie pan Tomáš i jego znajomi błądziłabym jak ślepy we mgle. A tak możecie sobie teraz uzmysłowić, jak zamożna była rodzina Gallusów. Voilà. Warenhaus Gallus!

Ještě jednou českým historikům moc děkuji! Mam nadzieję, że Google to dobrze przetłumaczył na czeski język 🙂

Ten czeski trop podsunął mi myśl, iż być może uda się odszukać akt urodzenia Ernsta w ogromniastym czeskim archiwum. Dla mnie szukanie tam dokumentów nie jest łatwe, ale udało się. Płoszaj, czyli prywatny mąż, już totalnie olewa moje podskoki i tańce po pokojach w takich momentach 😉 Ernst urodził się w dzisiejszych czeskich Petřkovicach w 1905 r. Tam też urodził się jego, o dwa lata młodszy, brat Georg i siostra Ruth. Na razie Wam jeszcze nie napiszę, skąd mam poniższe zdjęcia, ale życie składa się z małych, a nie dużych cudów i takim cudem są te zachowane stare fotografie, które leżą w jednej szwajcarskiej szufladzie. Na zdjęciach tata Eugen Gallus, jego mama, żona Elly z Priesterów oraz ich dzieci, w tym i mój Ernst. Elly, przypominam, była rybniczanką z urodzenia. Fotografie są cudniejsze od cudnych!

Eugen, przez jakiś czas był właścicielem firmy Noah Leschczinera w moim mieście. Nie jest to zbyt dziwne, gdyż szwagierka Elly, czyli żona jej brata Salo Priestera, była córką Noah. Biznesy rodzinne się przenikały i zazębiały. Właśnie wtedy Gallusowie przyjechali do Rybnika na uroczystość rodzinną. Ernst usiadł z resztą kuzynek i przyjaciół na kocu, a fotograf zrobił „cyk”. Przez prawie dwa lata byłam przekonana, że fotografię zrobiono w maju 1921 r. Jednak w tej szwajcarskiej szufladzie znalazło się to samo zdjęcie, ale bez podpisów, które znałam. W Szwajcarii na odwrocie fotki jest opis „Theas Geburstag”. To były urodziny Doroty! Tej najbardziej paradnej i odwalonej dziewczyny, stojącej w samym środku. Czyli to był wczesny wrzesień 1921 r.

Te pogmatwane dla naszego terenu lata dwudzieste spowodowały, że Eugen sprzedał swój Warenhaus w Petřkovicach, gdyż wnet ta miejscowość miała znaleźć się w granicach Czechosłowacji. Gallusowie byli niemieckimi Żydami i ani Czechosłowacja, ani Polska, której przypadł Rybnik, im nie pasowały. Eugen wszedł w spółkę z wdową po głubczyckim kupcu – Emmą Schlesinger. W latach trzydziestych już prowadził inny biznes na Rynku w Leobschütz, czyli dzisiejszych Głubczycach.

Ernsta już wtedy w Głubczycach nie było. To on, ten sympatyczny chłopak, był pierwszym, który opuścił Niemcy. W 1927 roku wyjechał do Hiszpanii. Tam starał się ułożyć sobie życie. Gdy pozostali ze zdjęcia „Pięknych i młodych”, albo spokojnie mieszkali w polskim Rybniku, albo zaczynali się bać o przyszłość w którymś z niemieckich miast, Ernst był już mieszkańcem Barcelony. Popatrzcie na eleganta na tle pięknego hiszpańskiego miasta (w 1928 r.)

Za namową Ernsta, jego młodszy brat Georg w 1933 roku dołączył do niego. Niemcy nie były już bezpieczne. Bracia przez jakiś czas byli razem. Potem Georg postanowił szukać szczęścia w Anglii, dokąd wyjechał w połowie lat trzydziestych. Wtedy też w maleńkich Głubczycach, gdzie tata braci nadal prowadził sklep, zmarła Elly Gallus. Pochowano ją na tamtejszym cmentarzu żydowskim, który co prawda przetrwał do naszych czasów, ale nagrobków na nim nie uświadczycie. Przetrwała za to fotografia i to ten kolejny mały cud. Niech się teraz odezwie tu jakiś ortodoks, który powie, że na żydowskich grobach nie wolno stawiać kwiatów 😉 Czekam… czekam (sądzę, że mój pszczyński Mistrz też czeka, hahaha). To był prywatny wtręt i za niego przepraszam, ale człowiek czasem musi, bo się inaczej udusi.

Zmarła mama, ale życie toczyło się dalej. Ernst się żenił, rozpoczynała się wojna w Hiszpanii, a nowe życie, które już rosło w brzuszku młodej pani Marii Gallus było dla Ernsta najważniejsze. Podjął decyzję o kolejnej przeprowadzce z uwagi na bezpieczeństwo swojej rodziny. Paryż wydawał się idealny. Niestety, sytuacja w całej Europie była coraz gorsza i w 1939 roku francuskie władze odmówiły przedłużenia wizy Ernstowi, Marii oraz małemu synkowi Ricardo. Gdy Ernst z żoną i synem opuszczali Francję, brat Georg był już w Argentynie, dokąd dotarł za namową i przy pomocy przyjaciół. Na statku „Cap Acrona” wypłynął z Southampton do Buenos Aires we wrześniu 1937 roku. Na szczęście udało się wydostać z faszystowskich szpon również tacie Eugenowi, który zapewne przed wyjazdem poszedł na grób swej Elly w niemieckich Głubczycach i ciężko płakał. Starszym ludziom nie jest łatwo wszystko zostawić i ruszyć w obcy, do końca nie wiadomo czy bezpieczny, świat. Eugen z Petřkovic u Ostravy, którego możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach, dotarł do Republiki Dominikany z kraju po hiszpańsku zwanego Alemania. Ocalił swoje życie.

Tam spotkał wreszcie swego syna Ernsta i ujrzał wnuczka. Zapewne niejedną łzę ocierał, gdy w tym egzotycznym kraju przyszedł na świat kolejny wnuk Alfonso, co miało miejsce w 1944 r. Te jego łzy nie tylko były z radości. Od września 1941 roku nie miał żadnych informacji o córce Ruth, która wraz z mężem mieszkała w Berlinie i pracowała jako pielęgniarka w szpitalu żydowskim. To ona się nim opiekowała przed wyjazdem i wszystkiego dopilnowała, gdy opuszczał w 1939 roku Głubczyce. Jeszcze wtedy praca była jej misją. Starania o opuszczenie Niemiec rozpoczęła, ale było już za późno. Listy przestały docierać do Santo Domingo. Jej się nie udało. Piękna siostra Ernsta i Georga zginęła.
Ernst został obywatelem Republiki Dominikany. Tak jak i jego żona oraz synowie. Jakże odległe od Niemiec było to, zapewne oszałamiające, państwo na Morzu Karaibskim, w którym wówczas rządził dyktator Rafael Leónidas Trujillo. Poczytajcie sobie o nim w Internecie. Jaki kraj, taki dyktator. Rafael doprowadził do „rzezi pietruszkowej”, a Adolf do „ostatecznego rozwiązania”. Nie wybielam „najwyższego protektora dominikańskich ludzi pracy”, tylko prowokuję do sięgnięcia do źródeł. Zbrodniarz to zbrodniarz i nie można go rozpatrywać pod kątem ilości zamordowanych ludzi. Dominikana pod rządami Trujillo przygarnęła Gallusów. Niemcy pod rządami Hitlera, delikatnie mówiąc, ich nie chciały.

Pewnie się zastanawiacie, czy ci młodzi nastolatkowie ze zdjęcia, którym udało się wyjechać, mieli ze sobą kontakt? Uciekając przed Hitlerem dotarli do tak różnych i odległych od siebie miejsc, że aż wydaje to się niemożliwe. Anglia, Palestyna, Australia, Dominikana, Kanada, Boliwia, Urugwaj. Tak, wiedzieli o sobie i się kontaktowali, ale sądzę, że już po wojnie. I na pewno po wojnie dotarły do niech informacje, że dwoje tj. ➡ Fritz Aronade i jego żona ➡ Herta, którzy zostali w Rybniku nie przeżyło 🙁

Jakie były dalsze losy Ernsta Gallusa, chłopaka o bujnej od urodzenia czuprynie, i jego rodziny? Ernst, tak samo jak i brat Georg powrócili do Hiszpanii w latach sześćdziesiątych i tam zakończyli swoją wędrówkę po świecie. Tata Eugen zmarł w egzotycznej Dominikanie wiele lat przedtem.
Na sam koniec należy się Wam wyjaśnienie z czyjej szuflady wyciągnęłam te wszystkie fotografie. Otóż dzięki poprzednim opisom „Pięknych i młodych” odnalazł mnie jeden z potomków rodziny Priesterów. I to on, jako izraelski potomek Górnoślązaków, zawziął się i dotarł do córki brata Ernsta Gallusa, czyli córki przystojnego Georga o melancholijnych oczach.

Irene, bratanica Ernsta, obywatelka Szwajcarii przesłała te cuda i uzupełniła opowieść o jej wujku. Tym samym pomogła mi zakończyć opisywanie dwunastu młodych ludzi, którzy pewnego dnia, prawie sto lat temu, radośni i jeszcze bezpieczni ustawili się przed fotografem w Rybniku. Bardzo Irenie za to dziękuję.
Dotarłam do końca. Być może dopiszę uzupełnienie do historii Charlotty (Lotte) Priester, ale to już nie w tym roku. Na pewno będę mogła o moich – tak o nich myślę w duchu – przyjaciołach opowiedzieć wszystkim zainteresowanym w trakcie wykładu online. Gdy będzie się zbliżać 28 stycznia 2021 roku, to będę o tym trąbić wszerz i wzdłuż we wszystkich możliwych mediach. Uprzedzam: wyjdzie Wam to bokiem 😉 Dom Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach, czyli najbardziej odpowiednie do tego miejsce, od przyszłego roku planuje cykl spotkań z „Mistrzem i Małgorzatą od kuchni”*. Jedno z nich będzie właśnie o „Pięknych i młodych”. I to spotkanie na pewno będzie w sieci, bo raczej nie możemy spodziewać się poprawy sytuacji i odwrotu covidu do tego czasu.
Tak więc stay tuned and see you! Trzimcie sie tam zdrowo wszyscy! I jeszcze raz dziękuję mieszkańcom Petřkovic, bratanicy Ernsta Gallusa, Doronowi z Priesterów oraz moim fejsbukowym znajomym. Bez Was ten wpis byłby niekompletny. Dobrego czasu przesilenia grudniowego! I nawiązując do ruchu 8 gwiazdek napiszę: „***** 2020”.

*Mistrz to Sławek Pastuszka aus Pless, Małgorzata to Małgosia aus Rybnik,
a kuchnia moja własna „boho kitchen” pod hałdą.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – Ernst Gallus została wyłączona
listopad 28

Piękni i młodzi – niania

Być może przede mną kolejne zdjęcie z uwiecznionymi rybniczanami, a ja jeszcze nie skończyłam jednego opisywać. Czas więc zabrać się do konkretnej roboty i choć jeden pomysł dokończyć.

Zostały mi trzy postacie ze zdjęcia, które nazwałam „Piękni i młodzi”. Nie wiedząc o tej fotografii, dwa lata temu opisałam, stojącego z prawej, ➡ Alfreda Glucksmanna. Potem zdarzył się taki mały cud i odezwała się do mnie jego córka, która przesłała tych młodzików, uwiecznionych w maju 1921 roku w Rybniku. ➡ Siostra Alfreda – Ilse, stojąca obok brata, dawno temu podpisała fotografię. Dzięki temu mogłam odtworzyć, wykombinować, czy też wymyśleć losy tych młodych ludzi.

Jeśli komuś się nie chce grzebać w moich szufladach, to podaję poniżej linki. Siedem w miarę pozytywnych historii oraz dwie bardzo smutne.

Od lewej stoją ➡ Herta Thulla Priester, ➡ Ilse Silbiger, ➡ Lore (Eleonora) Priester, ➡ Otto Apt, ➡ Thea (Dorothea) Priester, ➡ Fritz Aronade, ➡ Nieznajoma, ➡ Ilse Glucksmann, ➡ Alfred Glucksmann.

Trzy osoby siedzą na kraciastym kocu u stóp pozostałych. Pierwsza z lewej została opisana jako „Kinderfräulein von Priester”, czyli „niania od Priesterów”. Na kolanie Ernsta Gallusa oparła niedbale rękę. Z prawej strony siedzi Lotte Priester.

Choćbym rok główkowała, to nie wymyślę kim była. I nie znajdę żadnych informacji czy była rybniczanką, czy może pochodziła z Raciborza, a może na przykład z Bytomia. Nie wykombinuję, czy była Żydówką, czy nie. Na pewno była w domu Priesterów prawie jak domownik. Raczej była kilka lat starsza od pozostałych młodych. Nimi się już nie musiała opiekować. Chyba że… była opiekunką dla najmłodszej z nich wszystkich, czyli wówczas dwunastoletniej Herty Thulli z rodu Priesterów – tej w białych rajtach. Wydaje się to dość prawdopodobne, gdyż Herta od dziecka cierpiała na nerki. Jakieś dwa miesiące temu znalazłam korespondencję pomiędzy Hertą, jej mamą oraz siostrą, a żydowskim szpitalem we Wrocławiu, w którym nastolatka odbywała praktykę w kuchni przez kilka miesięcy na przełomie 1928 i 1929. W dokumentach, które można znaleźć na stronie Centralnej Biblioteki Judaistycznej jest stosowne zaświadczenie doktora Sachtlebena z Rybnika informujące o chorobie. Chorująca dziewczynka zapewne rzadko bywała w szkole i potrzebowała panienki do pomocy, choćby w nauce. Z jej świadectwa szkolnego wynika, że miała problemy w szkole. Same dochy i lufa z angielskiego 😉

Jeśli ta śliczna kobieta, o dość rozwiniętych biodrach, znalazła się na tej fotografii, to musiała być ważna, albo dla całej grupy, albo dla kogoś z nich. Skoro dopisek informuje, że była nianią u Priesterów, to moja powyższa teoria wydaje się słuszna. Sprawdziłam, czy u którychkolwiek z rybnickich Priesterów były wtedy jakieś małe szkraby i nie znalazłam. Gdyby współcześni znawcy od mowy ciała wypowiedzieli się na temat tego, że niania siedzi u stóp swej, powiedzmy, dwunastoletniej mocodawczyni, to moje przypuszczenia by zostały poparte przez fachowców 🙂 Sama nie jestem w tym mocna – polegam jedynie na swoich subiektywnych odczuciach. Ha ha, powoli zaczynam wierzyć w to co napisałam powyżej.

Losów tej młodej, ładnej kobiety z misterną „welą”* na głowie nie jestem w stanie odtworzyć. Mogę mieć jedynie nadzieję, że „Niania” dobrze ułożyła swoje życie, gdy przestała się opiekować Hertą. Zapewne dostała odpowiednie referencje. I łudzę się, że jeśli była Żydówką, to udało jej się przetrwać wojnę. Prawdopodobnie, gdy zmarł tata Herty – Salo Priester, a miało to miejsce w 1926 roku, już dla Priesterów nie pracowała. Schorowanej wdowy nie było stać na opłacanie niani dla swej najmłodszej córki. Co prawda był bogaty dziadek ze strony matki – Noah Leschcziner, ale może mama Herty była niezależna i nie chciała pomocy. Poza tym Herta miała już 17 lat i nie wymagała bezustannej opieki, czy pomocy.
Mogłabym tu teraz pisać różne śmoje boje i bajdurzyć o jej późniejszym życiu, ale czy ma to sens? Nie. Dlatego na tym kończę z nadzieją, że jej losy były lepsze niż Herty, jej mamy Olgi i męża Fritza. Herta bowiem, jak możecie przeczytać w moich starszych wpisach zginęła w obozie zagłady, prawdopodobnie wydana przez kogoś z rybniczan. Gdybyście się kiedyś natknęli na referencje wystawione dla Niani a opatrzone podpisem Olgi Priester, to dajcie znać.

Korzystałam z zasobów Centralnej Biblioteki Judaistycznej (Personalien der Herta Priester, Volontärin in der Kochküche.)

*Wela to fryzura po śląsku

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Piękni i młodzi – niania została wyłączona
listopad 17

Salo Brauer – 166. rocznica urodzin

Dziś Twoje urodziny górnośląski tułaczu. Urodziłeś się 17 listopada 1854 roku. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z Tobą piosenka, która kompletnie nie pasuje do czasów, w których żyłeś. Bardzo często, gdy mam Cię w głowie, a to się ostatnio często zdarza, to sobie ją nucę. Dlatego na Twoje 166. urodziny będę pisać do słów „I’ll find my way home” duetu geniuszy, bo Ty też szukałeś domu przez całe swoje życie z nadzieją, że go znajdziesz.

“You ask me where to begin” – “Pytasz gdzie rozpocząć”*

Nooo, Salo, wiele już wiem o Tobie. Od momentu, gdy po raz pierwszy puściłam Cię w internetowy eter minął prawie rok. Rozpoczęłam tu ➡ Salo Brauer – górnośląski tułacz cz.1.

I potem się posypało. Pojechałam do raciborskiego archiwum, przedtem zahaczając o ziemie, po których nadal masz prawo deptać. Ha! Nawet brudzia wypiłam mineralką. Twoje landy Michasia obwiesiła balonami. Na bogato więc było. Balony, mineralka, Kasia, Michasia i ich Mama oraz Ty gdzieś jako duch przesmradzający się po polach.

W archiwum się ujawniłeś. Wreszcie! Ze swoim podpisem, ze swoją skrywaną przeszłością i zagmatwanymi interesami. Do dziś mam w kompie z 500 zdjęć różnorakich dokumentów, których nie kumam, ale na których jest Twoje imię i nazwisko. A na biurku leżą one wszystkie wydrukowane na byczym stosie.

Teraz już wiem, że urodziłeś się w mikroskopijnych wówczas Łaziskach, gdzieś na południowo-wschodnim skraju państwa pruskiego. Przyszedłeś na świat w Gasthauzie Simona Brauera, pewnego ponurego listopadowego dnia 1854 roku. Nie byłeś pierworodny. Przed Tobą, Twoja mama Rosel, z domu Loevy, wydała na świat najpierw córkę, a trzy lata później Davida. Twój tato należał do bardzo religijnych Żydów i przez to w alkowie starał się jak mógł. Trzeba przyznać, że mu to wychodziło 😉 Miałeś ponad roczek, gdy do brauerowej czelodki dołączył kolejny bajtel Louis. Gdy miałeś 4 latka Twoja mama odeszła. Sądzę, że jej nie pamiętałeś. Tak się zastanawiałam, którą z Twoich macoch kochałeś? Tą pierwszą, z którą tato się dość szybko ożenił? Handel była w sumie Twoją ciocią – siostrą mamy. Czy tą kolejną, która zaczęła rządzić w gospodzie po śmierci przybranej mamy-cioci? A może obie były dla Ciebie wredne? Bo to, że musiałeś zaakceptować następnych trzech braci, to wiadomo. Max, Izaak oraz Emil to kolejni, których spłodził Twój tata i którzy wymagali opieki. Nie było między Wami dużej różnicy lat. Potem mamo-ciocia została pochowana, a tato Simon, z całą bandą umorusanych brauerątek zaczął oglądać się za następną, która by ich obrabiała i spełniała małżeńskie obowiązki. Johanna Krebs stanęła pod chupą z Twoim tatą, gdy miałeś niecałe 9 lat. W maleńkiej gospodzie w Łaziskach urodzili się Twoi kolejni bracia i siostry. Sześcioro nowych do wykarmienia, wycierania obsranych tyłków i do odchowania. Czy z powodu tych pozostałych dwunastu Brauerów zacząłeś się tak tułać po świecie?

“Don’t question I’m not alone, Somehow I’ll find my way home” – “ Nie pytaj, nie jestem sam, Jakoś odnajdę drogę do domu”

Byłeś sam, gdy decydowano za Ciebie, że musisz się ożenić z córką karczmarza Juliusburgera. Szukałeś swojego domu, ale nie znalazłeś go pod Tworkowem w knajpie teścia. Wiem, że starałeś się, by z Babette stworzyć poprawną rodzinę. W końcu dwudziestoczteroletni mężczyzna to w miarę ukształtowany człowiek. Coś jednak czuję, że Babette, zwana Bertą, nie była tą właściwą.

“You ask me where did I fall, I’ll say I can’t tell you when” – Pytasz, gdzie upadłem, ja na to, że nie wiem kiedy”

Nie upadłeś. Robiłeś swoje. Pracowałeś. Starałeś się wsio robić po swojemu. W Chuchelnej, pod pałacem Lichnowskich, urodził się Twój syn Samuel Leo. A Ciebie nosiło. Szukałeś swojego domu. Cały czas. Uznałeś, że Ratibor to może być to właściwe miejsce na Ziemi. W podraciborskim Bosaczu (dziś to Ostróg) mieszkało dużo Żydów. Tam Cię oczy poniosły. Tam urodziły się Twoje ukochane córeczki. Najpierw Rosalie Else w 1886 r., a dwa lata po niej Lucie. Oj, jak Ty je kochałeś. Taki byłeś inny, bo wolałeś córki. Taki nieżydowski. Już się wydawało, że osiądziesz. Że zostaniesz nad Odrą na stałe.

“But if my spirit is lost, How will I find what is near” – “Lecz jeśli stracę wiarę, jak odnajdę to, co jest blisko?”

Wiary nie straciłeś i na jakiś czas odnalazłeś, to co było blisko. Niewiadom. Dolny w dodatku. Bo nawet taka mała wieś miała parę przysiółków. Z Tobie tylko wiadomego powodu przeprowadziłeś się pod mój Rybnik. Początkowo byłeś tu „gościnnie”, jak to stwierdzał notariusz. Potem rzuciłeś kotwicę w pobliżu kopalń, które od lat dawały ludziom pracę. Może wzorowałeś się na tacie, który sprzedawał gorzołkę w cieniu starej gruby w Ober Lazisk? Zostałeś kimś w dziurze, o której dziś nawet rybniczanie niewiele wiedzą. Oj Salo, Salo, czy Ty wiesz ile czasu mi zajęło zanim ustaliłam, gdzie karczmarzyłeś? No prawie rok. Tyle lat minęło, że w pamięci mieszkańców tej dzielnicy byłeś totalnie wymazany. Dopiero, gdy natrafiłam na wzmiankę, iż w 1919 Twoją knajpę prowadził jakiś p.Czech ludziom się klapki otworzyły. Czechowiec! No ja! Czyli no tak! Trza było od razu godać, że to o Czechowiec chodzi 😉

Twoja karczma nadal stoi, choć piwa już nie serwuje. To w niej poznawałaś lokalsów, którym poświadczałeś tożsamość przy aktach notarialnych sporządzanych pod koniec XIX wieku przez ówczesnego notariusza w okręgu królewskiego głównego krajowego sądu wrocławskiego.

To Ty byłeś tym najważniejszym, który potrafił stwierdzić, że jakiś niepiśmienny, czy niemówiący po niemiecku górnik z Niewiadomia, bądź Radoszów to ten właściwy, który chce kupić kawalątek gruntu od miejscowego potentata ziemskiego, budowlańca z Sohrau – Abrahama Schalla. Jego to notariusz nie legitymował nawet, bo widywał go co chwilę. Ty byłeś piśmienny świadek! No i znałeś tych wszystkich miejscowych, bo oni u Ciebie wódkę w niedzielę pijali. I znałeś język polski!

Do aktów stawało na ogół kilkunastu kupujących, z których każdy nabywał jakiś kąsek na własną chałupkę. Jedni się podpisywali, inni stawiali krzyżyki. I na końcu Ty. Salo Brauer. Żydowski ważniak z Nieder Niewiadom. Tenże Dolny Niewiadom, gdy go opuściłeś nazwano bardzo złowrogo: Birkenau. Tą nazwę wielu z Twoim potomków po latach zobaczy jako ostatnią w ich życiu. Ale to będzie inna Brzezinka.

Byłeś szychą mój jubilacie. Podpisywałeś piórem wszystkie stosowne dokumenty, bo bez Twojego poświadczenia byłyby one nieważne. Sam też swoje grunty przy okazji kupowałeś, bo tu chyba chciałeś zostać na stałe. Uśmiechałeś się do siebie marząc, że Twoje córki wyjdą kiedyś za mąż za któregoś z rybnickich Aronadych. Czy może Priesterów? Robiłeś z nimi interesy w końcu. Lałeś wódkę górnikom, a późnym wieczorem zastanawiałeś się, czemu Twoja Babette taka słaba. Chodziłeś do rybnickiej synagogi, przygotowując pierworodnego Samuela do bar micwy. Rosalie i Lucie nie pozwalałeś latać po niewiadomskich pagórkach. Niby byłeś tu obcy, a jednak jakby swój. Samuel zaczął pomagać w gospodzie. Sprawował się dobrze. Poszukałeś mu odpowiedniej żony w pobliskich Żorach. ➡ Dawid Brauer nadawał się na teścia syna. Był Twoim bardzo, bardzo bliskim krewnym – był Twoim bratem. Obydwaj ustaliliście, że jego Regina będzie odpowiednia dla Twojego Samuela. Syn karczmarza z aus Nieder Niewiadom pasował do córki karczmarza aus Sohrau. Wszystko układało się po Twojej myśli. Co prawda żona Babette już była coraz bardziej słabawa, ale doczekała ślubu, który miał miejsce pod koniec stycznia 1903 roku. Potem nagle ją zmogło. Odeszła cichutko w Twojej karczmie na pięterku. A Ty nagle znowu musiałeś szukać swojego miejsca. Taki mus poczułeś. Odprowadziłeś żonę na cmentarz żydowski w Rybniku, odbyłeś żałobę i zacząłeś kombinować gdzie Twój dom.

Prawie wszystko sprzedałeś. Na raty. Te ziemie w Niewiadomiu Dolnym i tym Górnym. Prawa drogi Ci zostały. Do dziś one są wpisane w obecnych księgach wieczystych. Są tak silne, że nawet komuna ich nie wykreśliła, choć prawa własności zmieniała od strzału dekretami. Twoi zstępni też u nas mogą bezkarnie tyrać 😉 Zapraszamy 🙂

Nagle Niewiadom stał Ci się obcy. Zabrałeś córki, jakieś graty i ruszyłeś ponownie w świat. Szukać kolejnego domu. Na Abrahama, czyli 50. urodziny już Cię pod Rybnikiem nie było. Skąd Ci się brało to tułanie? W końcu Twój tata Simon całe życie siedział na dupie w Łaziskach. Czy to przeżycia z dzieciństwa? Czy może chęć zmian, poznawania? Jakieś dziwne ambicje? Sprzedałeś karczmę, do której chadzali górnicy z Hoyma oraz Beatensglück i wyjechałeś w wielki świat. Bytom był pierwszym przystankiem. Już w styczniu 1905 r. pisałeś stamtąd do podrybnickiego Amtu pisma, bo ci, którzy od Ciebie kupili ziemię nie płacili. Między innymi takim dłużnikiem był Franz Warzecha.

Wynajmowałeś adwokatów z wielkich Katowic, by prowadzili Twoje sprawy.

Bytom Ci się szybko znudził i przekroczyłeś granice Antonienhütte (dziś Rudy Śląskiej). Rybnickie Amtsgerichty Ci odpisywały na Twoje różnorakie ponaglenia. Czy wtedy uznałeś, że miłość może przyjść i w starszych latach?

You know your will to be free, is matched with love secretly” – „Pamiętaj, twoje pragnienie wolności, wiąże się skrycie z miłością”

Rosalie była na wydaniu, Lucie prawie też. Na wydaniu nagle byłeś i Ty – gotowy do żeniaczki. Cały czas szukałeś kolejnego domu. Takiego ciepłego.

„Somehow we’re going somewhere”- „Jakoś jednak gdzieś dotrzemy”

Czy takie słowa powiedziałeś Amalii, też już dojrzałej pani z rodu Kosterlitzów? Czy Königshütte i ta bycza kamienica to miało być to „gdzieś”? Byłeś dziadkiem dla swoich wnuków i panem młodym, który nadal szukał tego swojego „kajś**. Żyd wieczny tułacz…

Dobra Salo, na ten moment styknie***. Zostawiam Cię z Twoimi urodzinami. Idę sobie zrobić herbatę z okazji tej 166. rocznicy. Mazel tow! Jeszcze do Twojej historii wrócę. Na razie wsadzam Cię z powrotem do kopalnianej szuflady. W końcu w okolicach tej Hoymowej gruby**** spędziłeś sporo lat. Na koniec masz ode mnie ten song, który obrazuje Twoje pragnienie znalezienia domu. Posłuchaj, na pewno się w tym zakochasz 🙂

  • Teledysk jest kompletnie od czapy, ale trudno 😉

*Podtytuły to fragmenty „I”ll find my way home” by Jon&Vangelis
**Kajś – gdzieś po śląsku
***Styknie – wystarczy po śląsku
****Gruba – kopalnia po śląsku

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Salo Brauer – 166. rocznica urodzin została wyłączona
listopad 8

Przed Kristallnacht o kozielskich macewach

Jutro ważna data. Rocznica nocy trzaskanych szkieł. Już nie raz wspominałam, że w moim mieście jej nie było, ale była tuż za miedzą. ➡ „O Nocy Kryształowej”

Koźle, o którym chcę napisać nie było tak całkiem za miedzą. Od Rybnika to ponad 40 km. Z uwagi jednak na to, że jutro na cmentarzu żydowskim w Dębowej pod Koźlem, będą odsłaniane tablice upamiętniające to miejsce, to moje myśli i słowa wędrują w tamtym kierunku. Tym bardziej, że jednak coś Rybnik łączy z tamtejszym cmentarzem. Co prawda nigdy nie trafiłam na jakieś rodzinne powiązania moich Żydów z kozielskimi, to ponad dwa lata temu Rybnik niechlubnie się zapisał w historii Koźla i dlatego jakoś tą hańbę trzeba wymazać. Nie będę Wam już ponownie opisywać historii odnalezienia w moim mieście trzech macew, skradzionych ileś lat temu przez mieszkańca Rybnika, bo możecie sobie sami wrócić do lata 2018 r. ➡ „Kozielskie macewy”

Ktoś ukradł, a inni musieli po nim posprzątać. Tych zaangażowanych było sporo. Pan Ryszard, Sławek Pastuszka, nowi właściciele posesji, na której leżały skradzione nagrobki macewy, Stowarzyszenie „Blechhammer – 1944, Dom Pamięci Żydów Górnośląskich, Muzeum Ziemi Kozielskiej w Kędzierzynie-Koźlu, mój Płoszaj i jego znajomi Ukraińcy, ja i ostatnie ogniwo w tej ponad dwuletniej historii, czyli pan Wójt Gminy Reńska Wieś.
W ubiegłym roku jesienią, dzięki członkom Stowarzyszenia „Blechhammer – 1944”, macewy zostały przewiezione z Gliwic do muzeum w Koźlu. Jako strona przekazująca, po zasięgnięciu porady u fachowców-cmentarników i muzealników, nie oddałam nagrobków, a jedynie przekazałam w depozyt. Z zastrzeżeniem, że jeśli kiedyś (wówczas wydawało mi się, że będzie to w bardzo odległej bezterminowej przyszłości) cmentarz w Dębowej zostanie uprzątnięty oraz zabezpieczony, to mają wrócić, tam skąd je skradziono.

12 listopada 2019 r. pojechałam do Koźla na otwarcie wystawy o tamtejszych Żydach oraz na uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego synagogę spaloną w Noc Kryształową. Pomnik stanął na krótko. Przez jakieś biurokratyczne formalności związane z własnością działki niestety musiał na razie zniknąć z miejskiej przestrzeni. Mniej więcej znam okoliczności i je rozumiem. Jest covid i obecny właściciel tego terenu, czyli lokalny szpital ma inne problemy na głowie niż wyrażanie zgody na pomniki.

W muzeum kozielskim miałam przyjemność, zupełnie przez przypadek, poznać wójta Gminy Reńska Wieś. Na terenie tej gminy znajduje się cmentarz, na którym chowano Żydów z obecnego poczwórnego miasta, zwanego oficjalnie Kędzierzyn-Koźle. Wójt w rozmowie obiecał, że cmentarz ogrodzi. Pana Tomasz Kandziorę od razu na muzealnej konferencji przeinwigilowałam przez googla. Dobrze wróżyła informacja, że startował na stanowisko wójta z mniejszości niemieckiej. Nie jestem psychologiem, ale poczułam jakąś siłę i sprawczość w jego postawie. Sceptyczna część mojego ja podpowiadała: „To się nie uda, bo urzędnicy mają w dupie takie pierdoły”.

Macewy tymczasem stały w muzeum i czekały na swój czas i cud. Sławek Pastuszka z Pszczyny pięknie je opisał w ➡ Judaiście.

Czas powoli biegł, przyszły ciężkie pandemiczne czasy, a mnie się o uszy obijało, że cmentarz, który widziałam parę razy w ciągu ostatnich kilkunastu lat, zaczął wracać do życia. Już nie był ➡ smutnym kirkutem na Opolszczyźnie.

W czasie pierwszego lockdownu wysłuchałam jak zwykle fantastycznego wykładu Sławka o kozielskich macewach organizowanego przez Muzeum Ziemi Kozielskiej. Te lockdowny mają jednak swoje korzyści. Siedzi sobie człowiek w kuchni w papuciach, pije herbatę i przenosi się w miejsca, do których by nie dotarł.
Jesienią nagle przyszedł mail. Macewy wracają na ogrodzony cmentarz. Simon, Henrietta i Adolf ponownie staną w miarę na swoich miejscach. Co tam pandemia, co tam, że stracę na to dzień urlopu. Niecały miesiąc temu ponownie ruszyłam do Koźla, by zobaczyć przekazanie i by podpisać stosowne papiery, jako tzw. deponent. Nie byłabym sobą, gdybym przed podpisaniem przekazania najpierw nie sprawdziła stanu cmentarza. Podjechałam do Dębowej i ujrzałam wykoszony i zadbany cmentarz, ogrodzony solidnym płotem z zamkniętą bramą. Uff. Mogłam z czystym sumieniem oddać nagrobki. Te wyjechały z muzeum i dotarły na swoje miejsce.

Teraz sobie tam stoją bezpieczne. A ja zaczęłam zastanawiać się na tymi, dla których jest ustawiono. Te kamienie to ślady po ludziach. No i wstałam dziś o 5 rano, nakarmiłam koty, wybrałam kuwety, zrobiłam sobie kawę i zaczęłam. Już jakiś czas temu szybkim przelotem przez Internety znalazłam parę wiadomości na temat potomków Adolfa, ale teraz chcę Wam, a bardziej mieszkańcom ziemi kozielskiej opisać to co ustaliłam dzisiaj.
Zacznę od tego, o którym wiem najmniej.
Simon Kaufmann

Jego macewa jest najstarszą z uratowanych. Simon zmarł w 1829 roku w Koźlu w wieku 55 lat. Był jednym z ważniejszych w ówczesnej gminie. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć co napisano na jego nagrobku, to niech sięgnie do artykułu Sławka Pastuszki. Nie znalazłam o nim więcej informacji, bo też za głęboko nie szukałam, do czego się przyznaję.

Henriette Schlesinger

Nad Henią już się bardziej pochyliłam, bowiem jest ona jakąś tam pięćdziesiątą wodą po kisielu w drzewie genealogicznym mojego znajomego z Anglii. Zresztą jak tylko się znalazła, to mu posyłałam zdjęcia jeszcze, gdy stała w moim ogrodzie.
Henrietta urodziła się w Toszku jako córka Salomona Gassmanna i Marii z domu Nothmann. Zmarła w szabat, w Koźlu w czerwcu 1886 roku jako stosunkowo młoda kobieta, mając zaledwie 37 lat. O jej zgonie poinformował mąż Moritz. Być może nie doszła do siebie po ostatnim porodzie. We wrześniu 1885 roku bowiem urodziła ostatnią córkę Marię i może jakieś komplikacje spowodowały jej śmierć po tak krótkim czasie. Osierociła dwie dziewczynki i ich braciszka. Sama zresztą też nie zaznała miłości matczynej, a jedynie opiekę macochy. Henrietta straciła mamę, gdy miała 3 latka. Jej dzieci też zostały bez mamy. Nie wiem co się stało z mężem. Jej najstarsza córeczka Elsbeth, urodzona w Koźlu w 1878 zdołała przeżyć wojnę, bowiem prawdopodobnie jeszcze przed Nocą Kryształową wyjechała z Niemiec. Najpierw jednak w 1903 roku wyszła po raz pierwszy za mąż za mieszkańca Nysy – Ludwiga Bergera. Los pierwszego męża nie jest mi znany, ale na pewno z drugim mieszkała w 1930 roku we Wrocławiu przy Placu Republiki. Alfred Freudenthal, bo tak nazywał się jej ówczesny mąż, również nie był prawiczkiem i jedno małżeństwo miał za sobą. Elsbeth zmarła jako wiekowa pani w Izraelu. Nie znalazłam informacji o dzieciach.

Jedyny syn Henrietty Schlesinger – Dagobert, też urodzony w Koźlu (1879 r.) został zamordowany w czasie wojny. Niestety, taki sam los spotkał jego młodszą siostrę Marię. Miriam narodziła się niecały rok przed postawieniem macewy Henrietty Schlesinger na cmentarzu w Dębowej. Gdy miała 25 lat wyszła za mąż w Koźlu za lekarza Adolfa Wolffa z Prudnika. Tam też młoda para zamieszkała. I tam urodziły się im dzieci – Hans i Ursula. Niestety, ani Maria, ani jej mąż się nie uratowali. Zostali wywiezieni z Wrocławia do Theresienstadt, a stamtąd do Auschwitz. Na szczęście wnuki Henrietty, czyli Hans oraz Ursula z mężem Ernestem Mendelsohnem zdołali wyjechać z Niemiec. Ostatecznie znaleźli się w USA.

Oboje zmarli w Stanach. Na pewno ich potomkowie nadal tam mieszkają. Czyli ktoś kiedyś może przyjedzie do Koźla położyć kamyk na nagrobku przedwcześnie zmarłej Henrietty Schlesinger.

Adolf Apt

Jego zostawiłam sobie na koniec, bo był taki krótki moment, że myślałam, iż on mój jest. W Rybniku też mieszkał Adolf Apt 😉 Stąd ta sympatia.

Urodzony w 1848 r. Adolf był niezwykle znaczącą personą w Koźlu. Był nie tylko kupcem handlującym przy Rynku. Był przełożonym bractwa pogrzebowego Chewra Kadisza, założonego w 1882 r. Zapewne w synagodze miał swoje stałe miejsce.

Ożenił się z mysłowiczanką Marią Nothmann. Urodziło im się pięcioro dzieci, z których jedyna córka Anna zmarła w dzieciństwie. Dorosłego wieku nie doczekał też syn Hugo, o narodzinach którego Adolf informował w prasie w 1882 roku.

Wg kroniki rodu Nothmannów Hugo (ur.1882) ponoć zginął tragicznie po tym jak zjeżdżał po balustradzie. Prawdopodobnie po śmierci żony w 1907 roku, Adolf przeprowadził się do Berlina. Tam zresztą mieszkali, żenili się i pracowali jego pozostali synowie: Bruno, Fedor Max oraz Friedrich.
Dumny tata świadkował na ślubie najstarszego Bruno. Ten na pewno nie był zakompleksiałym mizoginem, jak jeden dupek za oceanem, którego Amerykanie w końcu wykopali. Sam będąc wysoce wykształconym (był doktorem prawa) wziął sobie za żonę kobietę o dużych ambicjach i ogromnych oczach.

W 1914 roku w Berlinie, Bruno Apt oraz Friede Bielschowsky z Łodzi podpisali się na akcie pieczętującym ich małżeństwo.

Ha! I tu ciekawostka. Frieda była córką Luisa vel Juliusa z małego miasta Pless na Śląsku. Luis dorobił się majątku w Łodzi, tam też został pochowany. A wszystkie swoje dzieci dobrze wykształcił. Synowa naszego Adolfa Apta też uzyskała doktorat z filozofii. Była prawnikiem. W tamtych czasach! Jak widzicie powyżej, świadkami na ślubie byli dwaj ojcowie – rentier Adolf Apt i właściciel fabryki Louis Bielschowsky.
To musiało być niesamowite małżeństwo. Takie dwa intelekty spierające się na przykład na temat tego co się stanie z Niemcami po I wojnie. Ech… chciałoby się posłuchać. I te dwie wybitne osoby zostały wywiezione do Theresienstadt w sierpniu 1942 r. Tam zginął Bruno. Jego żonę zgładzono 12 października 1944 w Auschwitz. Na szczęście ich syn Hans Joachim zdołał przeżyć. Na pewno w 1947 był w Palestynie, do której dotarł ze Szwajcarii, gdzie spędził wojnę jako bezpaństwowiec. Bruno i Frieda mieli jeszcze córkę, która zmarła jako dziesięciolatka w Berlinie. Zmarła na rok przed śmiercią swojego dziadka Adolfa Apta.

Na klepsydrze podpisali się 3 synowie z żonami. 3 dni po śmierci w Berlinie, zwłoki Adolfa Apta złożono na cmentarzu w Dębowej obok żony.
30 października 1927 roku nad grobem, oprócz Bruna z Friedą, stali też Fedor Max (ur.1887) i Friedrich (ur.1890) z żonami. Berlińczycy rodem z Koźla przyjechali do małej wsi pod ich rodzinnym miastem na pogrzeb taty i teścia. Fedor częściej zwany Maxem wraz z bratem prowadził w Berlinie przy Victoriestrasse kancelarię prawną. Kolejna szycha w rodzinie Aptów. Zapewne mądry i przewidujący. Ileś tam lat po pogrzebie Adolfa, zanim zaczęły płonąć synagogi rozpoczął starania o wyjazd ze swojego kraju. Jego całej rodzinie się udało. Fedor i żona Charlotte znaleźli się w Anglii. Po wybuchu wojny odstąpiono od jego internowania, mimo że takie prawo obowiązywało w Królestwie. W końcu był Niemcem, a Anglia była w stanie wojny z tym państwem.

W Anglii został księgowym. Tam zmarł i został pochowany wraz z Charlotte. Ich dwie córki też zdążyły opuścić Niemcy. Urodzona w 1915 roku Ilse, w 1952 roku wyszła za mąż w Londynie za Richarda Meyera. Gdzieś w Anglii mieszkają prawnuki Adolfa Apta, których imion tu nie podam, choć je znam. Z młodszej o 5 lat Evy, kozielski pradziadek Adolf byłby na pewno bardzo dumny. Sama byłam czytając artykuły o Evie. Szczęśliwie dotarła do Palestyny przed wojną. Nie widziała tłuczonych witryn żydowskich sklepów, bo była już bezpieczna w Palestynie we wrześniu 1938 r. Studia rozpoczęła już w 1941 r. na wydziale nauczycielskim. Dyplom otrzymała w 1944 r. Trochę zapewne pod wpływem męża, wybitnego eksperta od historii Środkowego Wschodu i Imperium Otomańskiego ➡ Gabriela Baer, zaczęła kolejne studia na Uniwersytecie w Jerozolimie, koncentrując się na kulturze Islamu oraz sztuce bizantyjskiej i muzułmańskiej. W 1960 przeniosła się do Londynu, by kontynuować naukę. Tytuł jej pracy doktorskiej brzmiał: „ Sfinksy i Harpie w sztuce średniowiecznego Islamu”. W 1964 wróciła do Jerozolimy. Wydała wiele książek. Była jednym z wybitniejszych żydowskich fachowców zajmujących się kulturą Islamu.

Eva Baer z domu Apt zmarła w Jerozolimie w 2017 r. Dwójka jej dzieci nadal żyje. Ale imion tych kolejnych prawnuków Adolfa znowu nie podam 😉

Z wszystkich dzieci Adolfa Apta, najmniej wiem o najmłodszym Friedrichu (Fritzu). Urodził się, jak pozostali, w Koźlu. Ożenił, jak inni bracia, w Berlinie. Świadkiem na ślubie był, jak i u pozostałych synów, Adolf. Też miał tytuł naukowy. Fritz zmarł w 1934 roku. Czy żona Luise Aurelia Süssmann urodziła mu jakieś dzieci? Tak. Jedną córkę o imieniu Ruth w 1923 r. Obie przeżyły wojnę (jak?) i w 1947 starały się o obywatelstwo palestyńskie.
To tyle o rodzinach trzech osób spoczywających na cmentarzu w Dębowej. Tym, którzy mają Fb polecam stronę tego onegdaj zapomnianego, a teraz na nowo odkrytego, ➡ cmentarza. Niech odpoczywają w spokoju ci, których tam pochowano.

Jeszcze raz dziękuję panu Tomaszowi Kandziorze, wójtowi Gminy Reńska Wieś, oraz wszystkim, którzy mu pomagali i którzy go wsparli. Szacun! Taki widok jest budujący!

I pamiętajcie o tej nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku. „Auschwitz nie spadło z nieba”.

Korzystałam z geni.com, ancestry.com, Centralnej Biblioteki Judaistycznej, artykułu Sławka Pastuszki o kozielskich macewach, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, „In memoriam: Eva Baer Berlin 1920-Jerusalem 2017” Avinoam Shalem. Współczesne fotografie mojego autorstwa. Ostatnia autorstwa pana Tomasza Kandziory.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Przed Kristallnacht o kozielskich macewach została wyłączona