Lipiec 25

Złotów – Wielkopolskie Zdroje – okiem turystki

To nie będzie wpis sponsorowany, a autentyczny zachwyt Ślązaczki (z wielkopolskimi fragmentami DNA) nad jednym miastem.

Od lat Płoszaj, czyli mąż, jeździ raz do roku do Złotowa – małego miasta w północnej Wielkopolsce. Razem z całą zgrają Hanysów jeżdżą tam na turniej skatowy. Tak, tak, nie tylko na Śląsku się gra w tą dziwną grę, której do dziś nie skumałam. Płoszaj mnie zawsze namawiał, bym z nim pojechała do tego Złotowa, który nawet mało wrażliwego chłopa zachwycał. W końcu dałam się namówić. Plan był taki: on se będzie grać tymi szelami, dupkami i hercami, a ja mam mieć luzy i cmentarze żydowskie w okolicy. Zapomnianych cmentarzy zaliczyliśmy przez te kilka dni urlopu sporo, ale nie o nich chcę napisać. Dziś moim bohaterem będzie Złotów – kiedyś Flatow.

Miasteczko cudo. Miasteczko zachwyt. Miasteczko, które mnie urzekło, zachwyciło, oczarowało, olśniło, które mi zaimponowało, zaczarowało i do którego na pewno jeszcze muszę wrócić. Zdaję sobie sprawę, że jak wszędzie tak i w Złotowie są jakieś minusy i niedociągnięcia, ale ja – jako turystka ich nie dostrzegłam. Jestem pełna uznania dla władz miasta (obecnych i byłych) i dla złotowian. Wiem, że dobrem odziedziczonym jest przepiękne położenie miasta. Jeziora, lasy, daleko od trującego przemysłu – to wartości, które nie każda miejscowość w Polsce ma dane „ot tak sobie”. Tu przyroda i krajobraz tworzą klimat.

Ale wiecie, że jest wiele miejsc, które też mają cudowne otoczenie i co z tego, skoro nie potrafią tego wykorzystać. Złotów potrafi.
Od początku jednak 🙂 Upalną, czerwcową sobotę zaplanowałam na zwiedzanie i przetreptanie miasta. Zawiozłam Płoszaja na turniej, a sama, zaopatrzona w przygotowane zapiski ruszyłam w teren. Wiadomym było, że pierwsze miejsce to będzie cmentarz żydowski. Zaparkowałam pod Żydowską Górą, wypsikałam się antykleszczowo i weszłam między stare ogromniaste dęby. Widziałam setki cmentarzy żydowskich, więc swoje wiem na temat ich zachowania, utrzymania, zaniedbania, itd. Tu, w Złotowie, stosowna tablica informacyjna, proste lapidarium z macew i współczesna płyta pamiątkowa. Pogłaskałam macewy, bo tak trzeba. Kamyki zostawiłam. BRAWO WY za takie upamiętnienie!

Kolejne miejsce, które miałam na liście to dawna rezydencja myśliwska Działyńskich. Żadna tam ruina, a dość dobrze utrzymany obiekt, choć obecnie budynek mieszkalny. W pobliżu parki, piękne rondo, wszędzie kwiaty i zieleń. Ta zieleń i drzewa w Złotowie zachwycają. Mieszkam w mieście, które też jest zielone, ale w porównaniu ze Złotowem „ma na noc”.

Potem zrobiłam myk do centrum, poszukałam darmowego parkingu i ruszyłam „szłapcugiem” po tym „Wielkopolskim Zdroju”. Miasto nie jest duże, ale ma tyle interesujących punktów, że co rusz to stawałam, przysiadałam na ławeczkach, czytałam jakieś tablice, cykałam foty, więc dotarcie do ratusza trochę mi zajęło. Skoro po drodze był piękny budynek starostwa z pomnikiem Piasta Kołodzieja, parki z opisami historycznymi, rzeźbami, fontannami, kamieniczki, czy też pałacyki „cudeńka”, fantastycznie rozwiązane ścieżki rowerowe, to musiało to trwać. O upale nie wspominając.

Nie jestem rowerzystą, więc ścieżki dla dwukołowców generalnie mnie nie interesują. W moim mieście mi się nie podobają. Tu, zaczęłam je analizować i stwierdziłam, iż Złotów nie zabiera kierowcom przestrzeni, nie wycina drzew, które stoją na drodze rowerzystów, nie tworzy jakichś porąbanych kontrapasów pod prąd. Złotów potrafi pogodzić tych, którzy przemieszczają się na dwóch czy czterech kołach oraz na nogach. Jest droga, jest szeroki chodnik, na którym wydziela się pas dla cyklistów. A wsio to w cieniu ogromniastych lip, cisów i wszelakiej zieleni, jakiej moglibyście sobie zamarzyć w swoich miastach. BRAWO!

Dotarłam do ratusza stojącego przy rondzie z jeleniem – symbolem miasta. Jeleni w Złotowie od groma. Bardzo to piękne, że herbowy symbol jest tak często wykorzystywany w przestrzeni miejskiej. BRAWO! W moim mieście tego brakuje.
Można posłać smsa, by jeleń obrócił się dookoła swojej osi rycząc jak w trakcie godów. BRAWO!

Naprzeciw ratusza stoi Dom Polski, a przed nim rzeźba zasłużonego dla tego regionu księdza Bolesława Domańskiego – polskiego duchownego katolickiego, doktora filozofii i działacza Związku Polaków w Niemczech. Wszystko stosownie opisane. Cały Złotów jest opisany i otablicowany, by turysta nie musiał sięgać do netu, nie musiał nosić przewodnika, czy map. Miód, malina dla miłośników historii. BRAWO!

Pod ratuszem się zorientowałam, że muszę przyspieszyć, by zdążyć do muzeum przed jego zamknięciem. Szybko deptu, deptu, podziwiając co mijałam, dotarłam pod szachulcową kamieniczkę z XVIII w., wyglądającą jak z bajki. No ŁAŁ!!! Strużki potu mi leciały spod kapelusza przeciwsłonecznego. Weszłam do maleńkiego historycznego raju, przed którym elegancko zakręcała ścieżka dla rowerzystów, nie burząc spokoju kierowców.

Od wejścia uśmiechnięta pani. Zero nadąsania, bo sobotnim popołudniem przyszedł turysta. Książek tematycznych multum. Magnesy, pamiątki ceramiczne z elementami grafiki krajeńskiej, herbatki złotowskie o boskiej nazwie „Ryk jelenia”, które kupiłam dla przyjaciół z Hoyma, aniołki krajeńskie, kubki, figurki, breloczki, serwetki z haftem krajeńskim i cała masa innych gadżetów. Czułam się jak w sklepie z pamiątkami we WRO lub KRK, choć tam to większy kicz i tandeta.

Miałam jeden cel zakupowy: „Żydzi powiatu złotowskiego (1859-)1874-1945” Joachima Zdrenki. Kupiłabym tam jeszcze parę książek, ale uznałam, że herbatki, magnesy i ta bycza pozycja o lokalnych Żydach styknie. Poszłam zwiedzać to niby maluteńkie, ale jakże bogate i fenomenalnie zagospodarowane muzeum. Zbiory archeo całe obcykałam dla Młodej. Gdy ujrzałam zewnętrzny dziedziniec, to padłam z zachwytu. Maryjko złota, genialne wykorzystanie miejsca! A jak zobaczyłam lapidarium z nagrobków (w tym i żydowskich), to byłam w siódmym niebie. Judaików w sumie sporo wyłuskałam w zbiorach. Pokoiki ekspozycyjne maciupeńkie, ale właściwie wykorzystane. I wysikać się mogłam, i mineralki napić, i nikt za mną nie łaził patrząc, czy czego nie kradnę, jak to bywa w innych muzeach. Dowiedziałam się co mam zobaczyć, gdzie iść. BRAWO!!! Dziękuję za tą rewelacyjną lekcję historii. I serdecznie pozdrowienia dla pani, która wtedy miała dyżur. Po przejściu całego miasta zrozumiałam jej słowa, że tu znalazła swoje miejsce na Ziemi.

Z ciężką taszą (picie, Żydzi złotowscy, magnesy, parasol i inne ciężary, które kobiety zazwyczaj noszą) ruszyłam dalej. Kawalątek od muzeum jest Plac Paderewskiego. Niby rynek. Celem moim było zobaczenie upamiętnienia złotowskiej synagogi, wysadzonej i rozebranej jeszcze przez Nocą Kryształową. W miejscu, w którym stała znajduje się obrys jej murów, zaznaczony specjalną kostką brukową. Mniej więcej w miejscu, w którym było aron-ha kodesz umieszczono pamiątkową tablicę. BRAWO!

Na placu kolejna fotanienka. W jego pobliżu stary spichlerz, stary bruk (!), inne szachulcowe domki, tablice informacyjne. Rozpływałam się z zachwytu i upału niestety.

Kościoły to nie moja bajka, ale wstępuję czasami, by uspokoić myśli i duszę. Kościół farski piękny, choć zamknięty. Znowu wszędzie stosowne opisy. Podobało mi się to, że nie są one lakoniczne, a dość szczegółowe. Nie każdy turysta jest pobieżny.

Od wczesnobarkowego kościoła pw. Wniebowzięcia NMP ruszyłam w stronę Jeziora Złotowskiego, potem nazad do miasta, pod areszt (bo piękny), a potem długą ulicą Obrońców Warszawy w stronę cmentarzy. Nawet sobie wypatrzyłam dom, w którym bym mogła zamieszkać, gdyby nie bezgraniczna miłość do Śląska i mojej hałdy.

Kompleks cmentarzy był w pobliżu miejsca, w którym fani skata starali się „rajcować”, czyli licytować właściwie. Wiedziałam, no czułam, że tam zabawię ze 3 godziny. W sumie cmentarz katolicki to chciałam odhaczyć z obowiązku, bo ważniejszy wydawał mi się wojenny, czyli ten z 1945 r. Zdarzają się jednak w życiu cmentarnika niespodzianki, które powodują, że chodzi się od grobu do grobu i pieje z zachwytu. Piałam se tak w duchu i na katolickim, i na wojennym i na ewangelickim. Ludzie! Można pielęgnować dziedzictwo polskie nie zapominając o niemieckim.

Dreptałam zauroczona od nagrobka do nagrobka. Napisy polskie z XIX w., napisy niemieckie z XIX i XX w., nic nie przekopane bo 20 lat minęło i nikt się grobem nie opiekuje. BRAWO, BRAWO, BRAWO!!! Gdy zobaczyłam karteczkę o nie zaśmiecaniu, a w miarę możliwości odchwaszczaniu starych grobów, to zaraz posłałam zdjęcie Młodej. Kurde flak, gdyby tak wszędzie się dało zachować stare groby! W Złotowie się da. Nikt nie niszczy porcelanki żołnierza Grenzschutzu. To historia tej ziemi. Nie widziałam na Śląsku takiej tabliczki. Nie będę wam teraz wykładać historii Krajny, czyli okolic tych ziem, bo od tego macie internety. Napiszę tylko, że Złotów był na pograniczu (po I rozbiorze – pruski, potem niemiecki, od 1945 znowu polski, choć przed wojną granica była wręcz za miedzą). Wszystkie pogranicza są ciekawe, bo są wielokulturowe. To zachowanie pamięci o niemieckości tych ziem jest niesamowite. Widziałam to na tablicach informacyjnych, na których co rusz czytałam o tym co się działo w czasach, gdy urzędowy był język niemiecki. Nie możemy pitolić, że wsio co teraz polskie było przez stulecia piastowskie.

Nad tym grobem trójki dzieci długo stałam, zastanawiając się jaka tragedia się wydarzyła 21 sierpnia 1970 r.

Z katolickiego cmentarza przy kościele św. Rocha poszłam na nekropolię wojenną, na której pochowano poległych w 1945 żołnierzy. Naszych i ruskich. Słońce waliło mi w dekiel, ale przeszłam każdego. Jakoś tak czułam, że muszę oddać hołd tym dzieciom, które zginęły w okolicach Złotowa. Tym bezimiennym i tym o znanym nazwisku. Tym spod Czerwonej Gwiazdy i tym, co mieli na czapkach orzełka bez korony. Tym, którzy byli wierzący i tym, co Boga mieli w dupie. Tym, których ktoś ochrzcił i tym, którzy zostali obrzezani (również wyznawcom islamu). A przede wszystkim tym, którzy walczyli z nazizmem i których dosięgła kula z dala od domu i rodziny, gdzieś na nieznanej dla nich ziemi. Jak ich wszystkich sfotografowałam, to wróciłam, choć padałam z hycu, do Żydów. Im zostawiłam kamyczki. No i znowu BRAWO dla władz, które dbają o to miejsce i dla złotowian, że szanują. Szacun!

Od wojennego poszłam pod lapidarium ewangelickie. Pięknie! „Ku czci naszym przodkom”.

Padając na pysk, a mineralki mi się już skończyły, wróciłam jeszcze na cmentarz katolicki. Czekałam już na sygnał Płoszaja, że skończył turniej. Godzinę dreptałam między grobami, zapominając, że należę do osób, na które wlezie każdy kleszcz. Co tam borelioza, jak już się ją ma. Najwyżej mnie jakiś dziabnie po raz n-ty. Byłam w siódmym niebie.

Jak już kompletnie wsio obeszłam do wlazłam do auta, które wiele godzin przedtem zaparkowałam w pobliżu i zaczęłam sobie czytać kupioną książkę o miejscowych Żydach. Gdy przylazł zaskacony po kokardy Płoszaj, powiedziałam mu tylko tyle: Miałeś rację. To miasto jest cudowne. Obiad zjedliśmy w uroczej restauracji „Promenada”. Wróciliśmy do Kujanek, zatrzymując się po drodze przy pomniku poległych w styczniu 1945 r.

To nie koniec. Następnego dnia Płoszaj miał znowu turniej. Zawiozłam i wróciłam do letniskowego domku, by w cudownych okolicznościach przyrody nabrać sił przed złotowskim niedzielnym popołudniem.

Obiecałam mężowi, że resztę miasta zwiedzimy wspólnie po jego turnieju. Mała przekąska znowu na promenadzie i kolejne zachwyty. Jeleń, zegar słoneczny, niesamowite obramowania ścieżek (kocham tego, kto wymyślił, by tak pięknie pomalować kamyki), ptactwo (choć nie przepadam na dziobatymi) no i skansen „Zagroda Krajeńska”. Od razu capnął nas pan pasjonat. Trzy godziny słuchałam o chacie krajeńskiej, cepach, narzędziach, kronice gości, wieszakach (i żydowskich), bryczkach, historii Złotowa i wszystkim o co zapytałam. BRAWO! Tacy ludzie tworzą klimat takich miejsc.

Potem se z Płoszajem podreptaliśmy w kierunku Starego Miasta, zachwycając się po drodze kolejnymi tablicami informacyjnymi (ta przedstawiająca zamek – genialna), ławeczkami dla kobiet karmiących, płotami zasłaniającymi kubły na śmieci i tą niesamowitą ilością dupnych drzew. Nie jakimiś pitkami sadzonymi w zamian za wycięty starodrzew, a autentycznymi byczymi konarami. Zero „tujozy” i „kostkozy” w tym mieście. BRAWO! Wszędzie liściaste i trawa.

Płoszaj był lekko padnięty, ale nie miał wyjścia. Zaciągnęłam go jeszcze na kirkut w Debrznie, gdzie go komary zjadły, bo się nie wypsikał. Ja, po powrocie do Kujanek zasiadłam do lektury 🙂

I teraz podsumowanie. Złotów „Wielkopolskie Zdroje”, onegdaj Flatow, to małe, osiemnastotysięczne miasto, ale z potencjałem turystycznym równym najważniejszym miastom w Polsce. Turysta, który lubi historię i przyrodę czuje się tu jak w niebie. Tu się dba o każde dziedzictwo. Jest tu jakaś magia, jakiś niesamowity czar, którego nie da się oddać ani przy pomocy słów, ani zdjęć. Tu trzeba przyjechać. BRAWO dla złotowian od Hanyski spod chwałowickiej hałdy. Chapeau bas! Może kiedyś tam do Was jeszcze wrócę.


Tagi: , , , , , , , , , , ,

Opublikowano 25 lipca 2019 przez Małgorzata Płoszaj in category "Judaika

3 COMMENTS :

  1. By Halina on

    Super! Uwielbiam te Pani opowiadania!
    Przeczytałam raz, ale na pewno nie ostatni.
    Jak zawsze – pozdrowienia 🙂

  2. By Ala on

    o ile dobrze kojarzę te dzieci zatruły się grzybami…

    1. By Małgorzata Płoszaj (Autor wpisu) on

      Dziękuję. To musiała być straszna tragedia dla rodziców.

Komentarze zamknięto.