Marzec 20

Świerklaniec – ku pamięci

Jedna z ważniejszych budowli w naszym mieście, kilka dni temu, w sporej części się zwaliła. Ta ogromna wyrwa w budynku, to nie tylko materialna strata. To też utrata niematerialnego dziedzictwa Rybnika, które przez lata wsiąknęło w te mury. Zasiadam do pisania tego tekstu z wielką nadzieją na odbudowanie i zachowanie naszego Świerklańca.

Przez stulecia do tego miejsca przychodzili rybniczanie, zatrzymywali się tu przyjezdni, występowali artyści, sportowcy. Na wiecach gromadzili się mieszkańcy, politycy, głosowano za jedynymi, albo przeciw drugim. Lał się tu alkohol i serwowano najwykwintniejsze potrawy. Tańczono na balach maskowych i oklaskiwano teatry. Można tu było dobrze zjeść, posłuchać historycznego odczytu, wypożyczyć samochód, kupić na wyprzedaży gorset, czy pośmiać się na występie kabaretu.
Dokładnie sto lat temu ludzie wrzucali do urn kartki opatrzone napisem: „Polska-Polen” lub „Deutschland- Niemcy” i zapewne po głosowaniu debatowali tu przy piwie, komu przypadnie to nasze miasto.
Historię miast tworzą ludzie, zdarzenia oraz budynki. Stojący w samym centrum Rybnika Świerklaniec jest spleciony z historią miasta od stuleci. Jak piszą kroniki mniej więcej tu, już w Średniowieczu, stała jedna z pierwszych karczm tej małej wówczas osady. W 1725 r. „pańska karczma Świerklaniec” składała się z 1 wielkiej izby, 3 małych komórek, 1 kuchni, 1 stajni dla koni gości oraz obory. Jej nazwa pochodziła od słów z języka czeskiego. Świrklić, czy też świrklać oznaczało granie, a dokładniej przygrywanie do tańca. Zapewne wielu czytelników kojarzy arcydzieło polskiej kinematografii, czyli „Austerię” J. Kawalerowicza. Nie byłabym sobą, gdybym nie przywołała żydowskich wątków związanych ze Świerklańcem, którego możemy do takiej austerii porównać. Jeszcze gdy był to parterowy, drewniany budynek posiadaczami oraz arendarzami byli m.in. Singer, Moses Leschcziner, czy Samuel Schaffer. Moses Leschcziner chyba przez ten Świerklaniec na stałe w mieście osiadł. Jego wnuk Noah, w 1903 r. wybudował ogromną kamienicę dokładnie naprzeciw dawnej karczmy swego dziadka. Jedna z piękniejszych pocztówek z początków XX wieku pokazuje zarówno elegancki Świerklaniec, jak i Leschczinerowy ogromny Kaufhaus.

Pierwotnie drewniany zajazd, zapewne wielokrotnie przebudowywany, stał się murowanym obiektem w połowie XIX w. Zmieniali się jego właściciele oraz najemcy. Obecny wygląd Świerklańca pochodzi z końca XIX w. Wtedy to, Paul Langer, ogłaszający się jako właściciel hotelu „Schwirklaniec”, zapraszał wszystkich do nowo otwartego obiektu.

Rozpoczynała się kolejna era dla tego miejsca. Już nie tylko wyszynk i tańce. Świerklaniec zaczął odgrywać o wiele ważniejszą rolę. To tu, po konsekracji kościoła św. Antoniego, na uroczystym obiedzie, spotkali się przedstawiciele wszystkich wyznań oraz najważniejsze osobistości Rybnika. Jak się domyślacie wspólnie przy stole zasiedli z chrześcijanami przedstawiciele gminy żydowskiej. Sto lat temu, w tych trudnych politycznie czasach plebiscytu, hotel był w rękach Pogody oraz Zörnera. I to właśnie do hotelu Pogody przedstawiciele władz miejskich zaprosili na obiad, przewodniczącego Komisji Międzysojuszniczej, generała Le Ronda, po przeglądzie wojsk koalicyjnych w kwietniu 1922 r.
Już wtedy Świerklaniec królował na kulturalnej mapie miasta, choć o koncertach niejednokrotnie jeszcze informowano w języku niemieckim.

Jeden z ważniejszych momentów XX w., czyli wkroczenie wojsk polskich do Rybnika Świerklaniec też widział. Ustawiono przed nim ogromną bramę powitalną na początku lipca 1922 r., którą uwiecznił na fotografii Ludwik Czech. Wnet Breitestrasse zmieniła się w ulicę Jana III Sobieskiego.

Rozpoczynały się najlepsze czasy dla tego miejsca. Przywrócono historyczną nazwę, która pojawiała się we wszystkich możliwych gazetach. Można śmiało powiedzieć, że Świerklaniec był sercem naszego miasta.
Czego tu nie było! Z racji tego, że jestem niepoprawnym fanem boksu i zapasów, to zacznę od sportu. Może to dziwne, ale ogromna sala na pierwszym piętrze była wykorzystywana do walk bokserskich. W 1933 r., prasa pisała iż, nasi bokserzy skompromitowali się w trakcie międzynarodowych zawodów przegrywając z bokserami z Morawskiej Ostrawy stosunkiem 2:14. Boks królował w Świerklańcu i po wojnie. Tato opowiadał mi o jednej walce, którą miał okazję zobaczyć. Krew się lała, a publika ryczała „Dobij go”. Aż mnie ciary przechodzą z emocji na samą myśl 😉 Boks to wg mnie jeden z piękniejszych sportów. Dopiero od połowy lat 50-tych kierownictwo restauracji zaprzestało udostępniania sali sportowcom, gdyż jak to pisały nasze „Nowiny”, dancingi były ważniejsze, bowiem przynosiły większy dochód. Szkoda.

Oprócz bokserów rybniczanie mogli podziwiać zmagania zapaśników. Krótko przed olimpiadą w Amsterdamie w 1928 r. do Rybnika na zawody przyjechali najwybitniejsi polscy zapaśnicy. Dziś możemy tylko pomarzyć o takim sportowym wydarzeniu. Zresztą tak jak i o szermierczych mistrzostwach Polski pań, które odbywały się w Rybniku w 1936 r. Najlepsze polskie florecistki walczyły m.in. w Świerklańcu.
Co prawda poker nie jest w moim rozumieniu sportem, to jednak warto wspomnieć ikonę dziennikarstwa sportowego, która m.in. w Świerklańcu, stawiała wielkie kwoty. Jan Ciszewski, bo o nim mowa, był znany ze swych skłonności do hazardu.
W 1931 roku właścicielem całości został były powstaniec i działacz plebiscytowy Emil Ogórek – człowiek doskonale znający się na hotelarstwie i gastronomii. Wiedział bardzo dobrze jak przyciągać klientelę. Za jego czasów budynek został gruntownie odnowiony. Codziennie zapraszano na dancingi, koncerty, przedstawienia. Oferowano pokoje klubowe oraz sale na zebrania.

Do dobrego tonu należało bywanie tu na wydarzeniach kulturalnych. Na scenie w Świerklańcu występowali najlepsi z najlepszych. Nie sposób wymienić wszystkich. Tu goszczono Juliusza Osterwę, Stefana Jaracza, chór Dana z Mieczysławem Foggiem, Aleksandra Żabczyńskiego, w którym kochało się tyle Polek, w tym i moja babcia, czy Jana Kiepurę (do tego to akurat nie mam sentymentu). Rybniczanie podziwiali występy chóru Kozaków, Zizi Halamy, śmiali się do rozpuku przy dowcipach Kazimierza Krukowskiego „Lopka” i artystów „Morskiego Oka”, zachwycali się głosem śpiewaków operowych na „Madame Butterfly” Pucciniego.

Nasz rodzimy chór Seraf był tu stałym gościem, zarówno przed wojną jak i po niej. Pierwszy koncert pieśni polskiej miał miejsce pod koniec marca 1946 r.

Na koniec zostawiłam sobie sprawy polityczne i społeczne. Czego te mury nie słyszały? Urzędowały tu Komisje Poborowe, wrzucano kartki do urn przy okazji różnorakich wyborów, na zebraniach zbierali się przedstawicie różnych zawodów, były tu wiece PPS’u, Narodowego Związku Powstańców i Byłych Żołnierzy, Obozu Wszechpolskiego, mniejszości niemieckiej, czy chadeków. Mieścił się tu „Związek Restauratorów, Właścicieli Kawiarń i Hotelów”, w którym działał Emil Ogórek.

To tu, po aferze z Maksem Brauerem, który rzekomo molestował chrześcijankę, zebrali się oburzeni rybniczanie i nawet uchwalili obszerną rezolucję. Maks, mieszkający vis a vis Świerklańca zarzucił hotel swoimi ulotkami, a molestowana, niby wielce cnotliwa, katoliczka po latach okazała się być nieznaną prostytutką.

Na tyłach Świerklańca można było, po niskich cenach, wypożyczyć auto na chrzty, wesela, czy udając się w podróż służbową.

Po wkroczeniu Wehrmachtu do Rybnika, pan Ogórek, jako były powstaniec musiał wyjechać z Rybnika. Groziło mu aresztowanie. Świerklaniec został przejęty przez niemieckiego zarządcę komisarycznego, jak zresztą większość przedwojennych geszeftów. Dom towarowy Czesława Beygi, który niejednokrotnie dekorował sale w hotelu, też został przejęty przez niemieckiego zarządcę. 

Dawna ulica Szeroka, później Sobieskiego, została na jakiś czas wtedy nazwana imieniem Rudolfa Hessa, a na Świerklańcu zawisł napis „Reichshof”. Pod wielkim, kryształowym żyrandolem zbierali się teraz członkowie NSDAP, którym uroczyście wręczano odznaczenia przy różnych okazjach. Po ucieczce Hessa z Niemiec ulicę nazwano Günther-Prien-Strasse. Zapewne na drukach firmowych Hotelu Reichshof na szybko zmieniano adres w maju 1941 roku.

NSDAP w naszym Świerklańcu często bywało, robiło wystawy, do odwiedzenia których nakłaniał Der Oberschlesische Wanderer.

Jak i przed wojną odbywały się tu prelekcje. Co by powiedział ojciec Emil Drobny, piewca Ziemi Rybnickiej, który w latach 30-tych opowiadał w Świerklańcu o Janie III Sobieskim, gdyby ujrzał dr. Paula Danzera opowiadającego o wyższości jednej nacji nad innymi? Paul Danzer, pracownik Biura ds. Polityki Rasowej NSDAP miał spotkanie w Rybniku, w Hotelu Reichshof 16 grudnia 1943 r. Bilety w cenie pół marki można było nabyć w biurze Niemieckiego Frontu Pracy.

Po zakończeniu wojny Emil Ogórek wrócił do Rybnika i swojego hotelu. Ponownie starał się go odbudować i prowadzić. By uratować wszystko przed nacjonalizacją, wynajął budynek Związkowi Walki Zbrojnej o Niepodległość i Demokrację, a później Powszechnej Spółdzielni Spożywców. Władza jednak ma to do siebie, że działa zgodnie ze swoim interesem. W 1951 r. Prezydium MRN ustanowiło zarząd przymusowy, co praktycznie wykluczyło właściciela z możliwości zarządzania tym miejscem. Nadal była tu restauracja i hotel, którego pokoje po jakimś czasie przerobiono na biura. Powoli znikało stare wyposażenie, choć ciągle były tu dansingi, imprezy sportowe, różnorakie spotkania i występy, o których informował tygodnik Nowiny. Organizowano bale, mikołajkowe spotkania dla dzieci, kiermasze kulinarne, konkursy.

Główna sala Świerklańca, na początku lat 50-tych zmieniła się w salę sądową. Po największej w dziejach kopalni Jankowice katastrofie górniczej, w wyniku której na początku maja 1950 r. zginęło prawie 30 górników, przeprowadzono pokazowy proces pracowników dozoru oraz dyrektora kopalni. Sąd apelacyjny na sesji wyjazdowej wydał wtedy bardzo surowe wyroki.
W tego typu miejscach kradzieże, czy też gubienie rzeczy (niejednokrotnie po spożyciu czegoś mocniejszego) zdarzały się zawsze. Przybyłego przed wojną (zapewne w interesach) do naszego miasta Żyda Moryca Mendla okradła jedna Agnieszka, a mieszkaniec Jaśkowic zgubił teczkę z przyborami do golenia, być może balując w grudniu 1960 r.

Prasa niejednokrotnie krytycznie przyglądała się Świerklańcowi, informując choćby o tym, że na jego dachu jest cała „plantacja trawy”, czy też że opinia publiczna zbulwersowana jest tym, co dzieje się na świerklanieckich dansingach. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu jednej ze stałych bywalczyń tego, jak to nazwano „punktu zbornego okolicznych amantek”. „Blada twarz, wydłużone barwiczką usta, czarny, obcisły sweter z pokaźnym dekoltem, odsłaniającym kark, plecy i piersi. Tańczy lub raczej szarpie rock and roll z niższym o głowę, mizernym wymoczkiem w zabłoconych spodniach i rozchełstanej, brudnej – jak u większości tutejszych „gości” – koszuli. Co parę taktów odrzuca głowę do tyłu, zanosząc się wrzaskliwym śmiechem”. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak się takie tańce kończyły, to odsyłam do Nowin z 1957 r. Szukajcie artykułu o ryżym „Sznapsie” – bywalcu Świerklańca 😆
Na dansingach tam nie bywałam, ale czasem na obiedzie z rodzicami i owszem. Mam pod powiekami jakiś kiermasz wielkanocny, chyba z wczesnych lat 80-tych, na który poszłam wraz z mamą. Pamiętający czasy niedostatku towarów wiedzą, że takie eventy były wtedy wyjątkowym wydarzeniem. Tam sprzedawano luksusy, którym co prawda wiele brakowało do serwowanej przed wojną kuchni wiedeńskiej, ale wówczas nie miało to znaczenia. „Kalmarów po rybnicku”, o których 1982 r. pisała Trybuna Robotnicza nie pamiętam, ale też owoców morza nigdy nie jadałam.

Potomkowie Emila Ogórka odzyskali nieruchomość w 1991 r. Starali się mu przywrócić dawną świetność, co po tylu latach jej rozkradania i braku faktycznego gospodarza nie było łatwe. Z tego co się orientuję, spadkobiercy, zmarłego w 1962 r. pana Ogórka, jakiś czas temu sprzedali swoje udziały.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden październikowy dzień. W 2014 r. przed Świerklańcem stanęły stare zabytkowe auta, a z balkonu na pierwszym piętrze tego ogromnego budynku, rybnicka pieśniarka śpiewając przeniosła nas w lata 30-te. Tłumy rybniczan stały zauroczone jej śpiewem i grą świateł na wszystkich kamienicach przy ulicy Sobieskiego. Wszyscy byliśmy dumni z odrestaurowanego deptaku, którego Świerklaniec jest integralną częścią.

Dziś jednego balkonu nie ma. Jest ogromna dziura w murze i sercach tych, którzy kochają Rybnik. Miejmy nadzieję, że jednak uda się jakoś te dziury zaklajstrować i kiedyś znowu śpiewaczka, opierając się o przecudną kutą balustradę, coś nam zaśpiewa.

Trzymajmy kciuki, by jakiś gospodarz nas ponownie zaprosił na otwarcie, tak jak zapraszał Emil Serafin Ogórek w sierpniu 1935 r.  Na pewno pan Emil z góry będzie czuwać, a gdyby ktoś uznał, że Świerklaniec należy rozebrać, to niechybnie będzie go straszyć. 

Zainteresowanym historią Świerklańca polecam książkę Michała Palicy „Ludzie i domy – wędrówki po rybnickim Deptaku” oraz artykuły Grzegorza Walczaka w starych wydaniach Gazety Rybnickiej, które są dostępne na stronie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej.

Powyższy tekst, lekko skrócony, ukaże się w najbliższą środę w papierowym wydaniu „Nowin”. 

(Reklamy pochodzą ze starych gazet na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej)

Tagi: , , , ,

Opublikowano 20 marca 2021 przez Małgorzata Płoszaj in category "Judaika