Czerwiec 12

Jest taki Dom

Jest taki Dom… Dom Pamięci Żydów Górnośląskich. Dla mnie to też od początku dom. Dom, w którym panuje domowy duch, domowy ruch i nawet można napaść brzuch (serio 🙂 ). A rodzina w tym domu to Karolina, Kasia, Bartek, Ela, Ania i myślę, że i ja.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (1)

A tak na poważnie to jest to muzeum w Gliwicach, które upamiętnia Żydów górnośląskich, czyli też i moich – rybnickich. Czekałam na jego otwarcie od dawna. Było fantastyczne i przyszły wtedy tłumy.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (69)

Dom Pamieci Zydow

Gdy przeczytałam, że są poszukiwani wolontariusze do pomocy nie zastanawiałam się ani sekundy, by się zgłosić. Pracować w takim miejscu, to zaszczyt i radość. Nieważne jako kto, ważne że. Szatnia? Ok. Mogę być i babką klozetową 😉 Tym bardziej, że w klopie kafelki z 1903 roku.

Dom Pamięci Zydow Gornoslaskich wykład (28)

Na recepcji i szatni – szczyt marzeń.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (91)

Od lutego zaczęłam jeździć do Gliwic. Niestety tylko w czwartki, ale nawet ten jeden dzień w tygodniu to była dla mnie zawsze uczta duchowa. Patetycznie zabrzmiało, co? Ale jak inaczej nazwać możliwość uczestnictwa w wykładach dr. Surzyna, Darka Walerjańskiego, czy prof. Śpiewaka. Tylu rzeczy się nauczyłam, dowiedziałam, dotknęłam.

prof.Spiewak

Gdzie indziej bym miała okazję poznać niesamowitych „Maguryczowców”, którzy od lat zajmują się zapomnianymi cmentarzami na wschodzie Polski.

Gliwice 9.05.2016. (34)

Czy w jakimkolwiek innym miejscu miałabym okazję popijać, przygotowany przez Elę rewelacyjny barszcz, wraz z panem Janem Jagielskim – moim „cmentarnym guru”.

Entuzjazm wszystkich domowników tego Domu, radość z tworzenia czegoś nowego, naturalność, czasem improwizowanie, jakieś małe przekleństwo, zero korpoordnungu, dress codu, czyli służbowych strojów i do tego cmentarz za oknami. Czy może być lepsze miejsce do pracy?

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (54)

Gdy w ostatni czwartek jechałam do Gliwic, po dość sporym okresie przerwy z powodu wyjazdu na Podkarpacie, już w Wilczej miałam motylki w brzuchu. W Nieborowicach dociskałam pedał gazu na maksa, gdy już ujrzałam tablicę „Gliwice”, pychol śmiał mi się do przejeżdżających obok kierowców. Podjeżdżając na parking przy ul.Poniatowskiego wiedziałam, że znowu dotarłam do domu. Tego drugiego – gliwickiego. Bo tylko w prawdziwym domu człowieka szczerze wyściskają, nakarmią domowej roboty frykasami, poskarżą się, że ukochany pies bardzo cierpi, opowiedzą o tym co się działo, co się będzie dziać. W takim domu ma się własny kubek, bo się nie jest już gościem a domownikiem.

noc muzeow

Jak to napisał humorystycznie pan Jan Jagielski w naszej księdze pamiątkowej: „Dom pogrzebowy, w którym się ożywa”  😉 Ja też tu ożywam.

wpis Jana Jagielskiego

Daj mi pani Boże możliwości, bym tam mogła jeździć jak najczęściej i bym mogła na te cuda patrzeć oraz z tymi dobrymi duchami przebywać. Zarówno żyjącymi i z tymi z zaświatów.

Noc Muzeum DPZG 14.05.2016. (4)

Na koniec nie mogę nie napisać, iż nasza szefowa, czyli Karolina Jakoweńko została doceniona przez twórców Festiwalu Kultury Żydowskiej w KRK i wnet otrzyma ważną nagrodę za wsio co dotychczas zrobiła! Chapeau bas!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Jest taki Dom została wyłączona
Czerwiec 5

Gojka na cmentarnym szlaku

Już dziś późnym wieczorem moja ukochana chwałowicka hałda. Przede mną jeszcze w niedzielę kilka niezaliczonych z powodu szabatu miejsc i wsiadam w Rzeszowie do busa, który mnie zawiezie do Kato  :mrgreen: Dzisiejszy odpoczynek na sympatycznej agro w Brzozowie pozwolił mi zregenerować siły i przede wszystkim nerwy. Przesyt tematyką żydowską przypomniał mi, że trzeba iść też do jakiegoś kościoła, czy poszukać lokalnych Nepomuków.

DrogaJednak 6 dni z rzędu w aucie z jednym upartym facetem, to ciut za dużo. Do tego 2 dżipiesy (jeden gadający po hebrajsku, odpadający co chwilę od szyby, drugi angielskojęzyczny wbudowany w Passacie, pokazujący kompletnie inną drogę), radio rfm, z beznadziejnymi prowadzącymi rozdającymi kasę, pipczące alarmy przy cofaniu, zbliżaniu się do przeszkód, itp., kartki na kolanach, mapa, belątające się dwie komórki, wychodzenie z auta co chwilę by pytać o to, gdzie tu kiedyś był cmentarz żydowski, do jedzenia jedynie kabanosy, a do picia cola – to jednak bardzo męczące. Nie wspomnę o przedzieraniu się przez chaszcze, pokrzywy, błota, wspinaniu na góry i w upale i deszczach. Trzymanie kamery, robienie zdjęć, codzienne tłumaczenie na noclegach, że gość prosi, by jajka były przygotowywane na specjalnie przywiezionej patelce (z całą resztą mieszaczek, myjek, mątewek), proszenie by gospodarze wsio wywalili z zamrażalnika, bo on tam musi wsadzić te swoje zamrożone koszerne mimry, siedzenie do nocy i dyktowanie opisów tego co widzieliśmy, branie na klatę „opierdolów”, gdy gość odmawia płacenia za wejście do synagogi. Tłumaczenie z polskiego na angielski i odwrotnie, tłumaczenie ze słowackiego (!) na angielski i na to wszystko przez cały dzień „smola” i „jamina”, czyli „turn left” i „turn right” kiedy zwykła mapa lepsza, no ale co tam dla niego mapa, skoro jest nawigacja 👿 No i wieczorne wyciąganie kleszczy, co nie jest proste, gdy robi się to samemu. Niestety tym razem, mimo ciągłego obsikiwania się, nie uchroniłam się przed pieronami.

No to się wygadałam  😆  A teraz mały skrót z mijającego tygodnia.

„Zaliczyliśmy”, bo tak to należy nazwać, 38 cmentarzy żydowskich (w tym dwa słowackie), kilkanaście synagog i grobów masowych.

Niedziela (29.06.2016). Rzeszowskie lotnisko nie powiem – całkiem, całkiem. W oczekiwaniu na gościa nawet mogłam wysłuchać mszy, co wydało mi się ciut jednak kuriozalne jak na halę przylotów. Zero turystów za to modły na full.

Rzeszow lotnisko (1)

Po przylocie Meira, odebraliśmy nówkę Passata. Łooo matko, co za straszne auto. Im więcej przycisków i ciulstw tym chyba gorzej dla pasażera i kierowcy. Zanim ustaliliśmy jak się zmienia klimę, to walił na mnie strumień arktycznego powietrza przez 2 godziny. Potem odbieranie mrożonek koszernych. Mały cyrk, bo nie było wiadomo kto je miał przechować. W końcu są. Gdy ujrzałam zasyfione pudło to wiedziałam, że nie tknę tego za Chiny.

1 Ostoya (7)

Wyruszamy w drogę. Raniżów – cmentarz w chaszczach, jedynie dwie podstawy nagrobków. Potem Kolbuszowa – synagoga i cmentarz wraz z grobem masowym.

1 Kolbuszowa (77)

Jedziemy dalej – Majdan Królewski. Błądzimy przez 40 minut po lasach. Niby miał być w odległości 200 m od oczyszczalni ścieków. Oczyszczalnia jest w lesie. Ani ducha w pobliżu. Już powoli rezygnowaliśmy kierując się do auta, aż tu nagle podjechał Gucio  😉 czyli lekko rozluźniony z powodu niedzieli sympatyczny pan na rowerze. Zaprowadzi nas. Ja pierdziu…. Kilometr w las. Bez Gucia byśmy tam nigdy nie trafili. W trakcie drogi Gucio mi całe swoje życie opowiedział 😉 Fajny gość. Robi się późno. Rezygnujemy z Radomyśla Wielkiego – jutro do niego wrócimy. Czas na nocleg. W motelu odmawiam mrożonek koszernych argumentując tym, że mam jeszcze kanapki z domu.

Poniedziałek (30.06.2016). Rano lekkie przeplanowanie trasy i wyruszamy do Sędziszowa Małopolskiego.

Planowanie

Na cmentarzu w Sędziszowie pokrzywy po moją pachę. Przedzieranie się przez ponad hektarowy cmentarz, by odszukać grób masowy, to było niezłe wyzwanie.

Sedziszow Malopolski (26)

Potem Dębica. Zadbany, ukwiecony i pełen zapachów cmentarz. No i trele wszystkich możliwych ptaszków, choć obok bloki. Pięknie.

Debica (43)

Z Dębicy wracamy na północ do Radomyśla. Błądzenie. W końcu trafiamy na cmentarz w lesie. Smutnie, bo nikt o tym miejscu nie pamięta.

Radomysl Wielki (34)

Potem Pilzno, niesamowity Brzostek…

Brzostek (5)

…i w planach Jodłowa, której cmentarz jest na takim leśnym zadupiu, że czułam, iż z powodu nadchodzącej burzy ja z niego zrezygnuję. Poza tym byłam tam już kiedyś i parcia nie miałam. W las wjechaliśmy. Ja wyjścia odmówiłam, Meir wyszedł i nawet kombinował, czy Passatem nie podjeżdżać dalej błotnistą drogą dla traktorów, ale chyba rozsądek zwyciężył. Pojechaliśmy do Ryglic. Mimo deszczu cmentarz zachwycał.

Ryglice (45)

Z Ryglic ruszamy do Ołpin. Wjeżdżamy na górę pod cmentarz pierwszowojenny o numerze 34, za którym jakieś 500 m miał być żydowski. Passat pipczy cały czas, bo chyba boi się, że nie wyjedziemy z tych błotnistych pól. Przed nocą zostaje nam jeszcze Rzepiennik Strzyżewski, potem mogiła zbiorowa w Lesie Dąbry (bardzo przygnębiające miejsce)…

Rzepiennik Strzyzewski i Las Dabry (39)

… i na końcu dnia (ja już siedzę cicho, bo padam) cmentarz w Tuchowie, o którym wiem, że jest niedostępny, bo trzeba przechodzić przez czyjąś posesję. No i niczego na nim już nie ma. Meir się upiera i wjeżdżamy kobicie na plac. Zje… dostałam ja, bo on po polsku ni hu hu. Przepraszam, tłumaczę, stroję te swoje zwyczajowe miny. W końcu pani dała się udobruchać i już nie jest zła, że naruszyliśmy jej mir domowy o tak późnej porze. Przed nami szukanie agro na wysokiej górze. W końcu je znajdujemy,  a tu nie ma gospodarzy, bo musieli nagle pojechać do szpitala po syna. Ten wkurzony, bo rozmrażają się koszerne mimry a zamrażalnik w kuchni pełny. No i on głodny. A ja to niby nie? Przestawiam wsio w zamrażalniku i już w głowie przygotowuję co powiem ludziom jak wrócą do domu. Na szczęście są tak cudowni i mili, że nie przeszkadza im nic.

Następnego dnia, czyli we wtorek (31.05.2016) mam taki widok z okna.

 Agro Filipowka (1)

Śniadanie, zabieramy mrożonki i w drogę. Najpierw Bobowa. Podjeżdżamy pod synagogę i już czuję, że będą problemy.

Bobowa (10)

Klucze u pana fryzjera. Pan fryzjer miły, ale pokazuje jakąś kartkę po hebrajsku (niby certyfikat), że należy się kasa. I to w dolarach. A certyfikat od rabina z NY. Niby. Meir nie da ani grosza. Od fryzjera słyszę jacy to Żydzi pazerni i dusigrosze, od Meira jak to Polacy chcą na Żydach zarabiać. Przybieram postawę kaczki, po której spływa. Na odchodnym pan fryzjer mówi, że cmentarz też zamknięty i on ma klucze, a ja mu puszczam oko, że i tak wlezę, bo wiem, gdzie jest dziura  😉

Bobowa (8)

Na cmentarz się dostaliśmy, ale do ohelu nie. Mnie nie zależało, Meir biadolił i przez cały dzień potem fanzolił o fryzjerze. Mógł zapłacić, to byśmy klucze dostali 😉 Widoki zachwycały.

Bobowa (25)

Jedziemy do Grybowa. Najpierw synagoga, a potem cmentarz. Na takiej kępie! Upał a my się przedzieramy (każdy inną drogą, bo nie wiadomo która była właściwa) przez ostrężnice i pokrzywy. Serce mi wali jak młot. W końcu docieram i cmentarz mnie nie dopuszcza do siebie. Zakluczony, płot na 2 metry, szpiczaty, zarośnięty, dziur brak. Widać, że kłódy nikt nie otwierał przez lata. Nie lubię takich kirkutów.

Grybow (19)

Schodzimy z góry i dalej do Łabowej. Tam od razu widać, że cmentarz jest pod opieką miasta, a nie gminy żydowskiej. Wsio wykoszone, opisane, otwarte.

Labowa (27)

Następne miejsca, czyli kirkut w Krynicy Zdroju…

Krynica Zdroj (23)

oraz Muszynie też zadbane i dostępne.

Muszyna (26)

Przed nami jeszcze Gorlice, w których już nie polazłam do ohelu i przy nadciągającej burzy – Biecz. Nocleg mamy na kompletnym zadupiu w dawnej stanicy WOP. Do nocy dyktuję opisy miejsc, uspakajając swoje nerwy Jolkami, bo Meirowi się laptop trup co 5 minut zawiesza, a przez uparty charakter nie przyjmuje moich argumentów, że pisanie ręcznie będzie szybciej. Dodam, że pisze 1 palcem, i każda rzecz była opisywana w dwóch językach. Skończyliśmy o północy.

Schronisko Hajstra (2)

Środa (1.06.2016). Po noclegu w schronisku Hajstra (polecam tym, którzy chcą pomieszkać w miejscu bez sieci komórkowych, internetu za to po takim niebem, że hej) wyjazd w kierunku Słowacji. Czasem udaje mi się ustrzelić z auta jakieś prawosławne cudo – jak tą cerkiew św. Jana Złotoustego we wsi Polany.

Cerkiew sw.Jana Zlotoustego wies Polany (1)

Jedziemy do Niznego Hrusova, gdyż tam urodziła się mama Meira. No a ja mam tłumaczyć ze słowackiego. Nie dociera do niego, że to inny język. Dla niego brzmi jak polski i tyle. Domu rodzinnego już nie ma, ale udało nam się znaleźć ludzi, którzy są potomkami sąsiadów tej rodziny żydowskiej. Nota bene przed wojną żyły tam tylko 4 rodziny żydowskie. Spędzamy w tej wsi z pięć godzin. Poznajemy Jara, którego tata znał mamę Meira, a który jest potentatem we wsi i handluje antykami oraz obrazami na całym świecie.

Nizny Hrusov (22)

Jaro oprowadza nas po swoich włościach, pokazuje obrazy – m.in. Warhola, prowadzi na dwa cmentarze żydowskie i w pewnym momencie mówi, że cmentarze wymagają odkrzaczenia, że można by zrobić jakiś projekt itp. Meir podchwytuje temat. Oczywiście. Niech wieś słowacka to zrobi. No to mu mówię, że skoro na jednym z tych cmentarzy są pochowani jego przodkowie i on jest jedynym potomkiem Żydów z tej wsi, to powinien pomóc. A ten mi strzela tekst, że to nie jego interes tylko tej bidnej wsi słowackiej i Jara, bo on jest biznesmenem. No ch… mnie trafił. Sorry za te przekleństwa, ale Meir w tym dniu mnie mocno wyprowadził z równowagi. W Passacie było ostro. Nawet bardzo ostro. Nie docierało do niego nic. W końcu przybrałam ponownie postawę kaczki, po której spływa i zrobiłam se zakluk zakluk.

Agro mieliśmy zamówione pod Jaśliskami, więc jeszcze przed noclegiem postanowiliśmy zaliczyć kirkut w Jaśliskach. Wiedziałam, że tam niczego nie ma i że swego czasu Stowarzyszenie Magurycz uratowało wiele macew z tego kirkutu. Zostały one złożone w jakimś magazynie. Były z nimi problemy, jakieś włamania, policja, cuda na kiju. Było to lata temu. No i niestety powiedziałam o tym Meirowi. A mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a ja taka nadgorliwa i pochwaliłam się niepotrzebnie tą wiedzą. Gdy wróciliśmy z tego cmentarza, rozpakowaliśmy się (wraz z mimrami) Meir nagle mówi (była tak godz. 18.30): Kto zarządza tą miejscowością?. No to mówię: Wójt. Kto to wójt? Tłumaczę kim jest wójt. On na to: Jedziemy do tego wójta, bo on powinien te macewy ratować. Spokojnie, choć już czuję jak krew mi zaczyna szybciej krążyć, tłumaczę że o tej porze urzędy w Polsce nie pracują. On: a może jest jakaś sekretarka. Ja z pozą kaczki: Ok. Ja mogę jechać do urzędu gminy za 1 minutę. Wsiadamy do Passata i jedziemy pod UG. Z uśmiechem ostatniej złośliwej zołzy mówię: Tu jest urząd gminy – idź sprawdź, czy jest tam jakaś sekretarka. Nie wychodzę nawet z auta. On tam idzie, wali w drzwi. Liczę w duchu do 20. Wracamy na agro. W końcu trzeba znowu spisywać co widzieliśmy. Po pół godzinie od powrotu, mój ortodoksyjny gość przychodzi do altany i pyta, czy mi zrobić kawę. Hahahahahaha. Dotarło do łaba, że jestem zła jak osa. A nawet całe stado os. Dostaję kawę pod nos.

Czwartek (2.06.2016) W planach Bieszczady. O rana leje. Przysięgam sobie w duchu, by już się nie wykazywać nadgorliwością. Pierwszy po drodze cmentarz w Woli Michowej. Wiem, że można tam łatwo dotrzeć poprzez stadninę koni, choć wymaga to dyplomacji, gdyż właścicielka nie chce przepuszczać i są złe psy. Oficjalne dojście jest bardziej uciążliwe i cmentarz raczej nie jest dostępny w deszczu. Podjeżdżamy pod ledwo widoczną tabliczkę z napisem „cmentarz” i pokazuję Meirowi drogę przez rwący potok. Pokazuję też górkę i chaszcze. Z nieba leci ściana deszczu. Uprzedzam od razu, że ja nie idę. Ani słowa o możliwości proszenia o przejście przez prywatną posesję. Meir kombinuje nad potokiem, a to tu, a to tam. W końcu wraca do Passata. Odhaczam Wolę Michową w notatkach – niezdobyta.

Cisna (2)A potem już deszczowe Bieszczady i wspomnienia.

Spośród wielu bzdur 
Które niosą stada chmur
Ja lubię deszcz 
Deszcz w Cisnej
Z każdą większą kroplą dżdżu 
Coraz lepiej jest mi tu
Kiedy deszcz 
Deszcz w Cisnej
Koła aut się ślizgają
Wycieraczki smutno w deszczu łkają
Kropel głuchy rytm 
Stuka w moje drzwi 
Pasjans, który stawiam dziś od rana
Znów nie wyszedł mi.

Lutowiska.

Lutowiska (18)

Baligród

Baligrod (40)

Bukowsko, do którego ja nie doszłam, a Meirowi cmentarz pomógł odnaleźć Bóg. Przynajmniej tak mi powiedział.

Bukowsko (9)

Nie doszłam też do cmentarza w Nowotańcu, gdyż dojście było przez pola otoczone elektrycznymi pastuchami, a dla mnie kopnięcie przez prąd byłoby raczej niewskazane. Zdrowie ważniejsze.

Nowotaniec - Wola Sekowa (10)

Przy zdobywaniu cmentarza w Tyrawie Wołoskiej Meir musiał się przemóc i podać mi rękę, bo bym zaliczyła gliniastą glebę. Pod koniec dnia jeszcze był Brzozów, a w nim i cmentarz i mogiła zbiorowa i przed noclegiem Jasielnica Rosielna.  No i okazało się, że komplikuje się mój nocleg w centrum Chasydzkim. Niby mogę tam spać, pokój dla mnie będzie, ale nie mogę wnieść swojego żarcia, nie będę mogła korzystać z komórki, ani internetu. Uznałam, że smolę poznawanie kultur i załatwię sobie agro. W drodze na nocleg zobaczyłam takie cóś:

P1630296

Piątek (3.06.2016)

Piątek był dniem synagog.  One były na pierwszym planie, choć i zaliczaliśmy kirkuty. Najpierw Niebylec.

Niebylec (17)

Kolejna zachowana bożnica w Strzyżowie – obecnie biblioteka. Zresztą tak jak w Niebylcu i Czudcu.

Strzyzow

Potem Czudec, gdzie dwie uprzejme panie oprowadziły nas po mini izbie pamięci i pokazały wszystko co było ważne – łącznie z uratowanymi macewami.

Czudec (13)

Czułam, że dzień będzie krótki, bo Meir musi się przygotować do szabatu. Już chciał zjeżdżać do Dynowa, przedtem zawożąc mnie na agro do Brzozowa, ale tym razem ja go zmusiłam do jeszcze jednego cmentarza. I to takiego trudnego do zdobycia. Błażowa. Ja już się tam kiedyś nieźle zafuczałam, tym razem Meir dyszał jak lokomotywa.

Blazowa

Brzozow

Gdy dotarłam na agro u pani Eli padłam. Piątkowy wolny wieczór! Cała sobota wolna! Nieważne, że Brzozów to malutkie miasteczko. Ważne, że była jedna restauracja, w której zamówiłam byczy kotlet z frytami. No i były Nepomuki. Odespałam te 6 dni. Jeszcze niedziela i dom. W niedzielę parę miejscówek, z których na pewno musimy być w Markowej i w Pruchniku. Ten ostatni bowiem jest związany z moją Adą, której historię zatrzymałam w pewnym momencie, ale do której wrócę.

Idę spać. Upyprane welury i adidasy spakowane.

Bukowsko (16)

Maj 28

Kleszcze, winniczki i kirkuty – powracam

Od jutra w drogę. Ostatni etap przygotowań do mojego drugiego objazdu po Podkarpaciu z przedstawicielem Holocaust Research Institute in Memory of Zahava & Zvi Shwartz z Izraela prawie zakończony. Czyli chaos w głowie i w domu z powodu trwającego remontu, pełno kartek z notatkami jak gdzie dotrzeć (nadal nie potrafię zlokalizować kirkutu w Jaworniku Polskim i Czudcu, a nad Wolą Michową kombinuję, czy jej nie olać), z pięć karteluszków typu „co kupić”, „co zabrać”, „czego nie zapomnieć”, przeglądanie prognoz pogody dla południowej Polski (a te co rusz to inne i już sama nie wiem, czy nie lepsze deszcze od upałów), no w ogóle rajzyfiber (szajspapiór spakowany).

przygotowania (2)

Dwa lata temu nasz objazd po kirkutach Podkarpacia był krótszy i kończył się przed szabatem w Krakowie  ➡ Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny. Tym razem mamy wszystko zacząć w Rzeszowie i tam zakończyć, a po drodze będzie szabat w Centrum Chasydzkim w Dynowie, o czym już wspominałam w poście o  ➡ Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny powraca. Młoda twierdzi, że mi każą siedzieć w pokoju i do kolacji nie dopuszczą  😕 A ja bym sobie chciała gdzieś w kąciku, po cichutku, ale wraz z wszystkimi, poobserwować. Nawet jakąś chustkę na łeb spakowałam, choć  kiecki nie biorę, bo takiej do kostek i tak nie mam. Pożyjemy, zobaczymy. Może się uda, kto wie?

jedzenieMój dear Meir nadal uparcie twierdzi w mailach, że będziemy jeść przez cały tydzień koszerne posiłki, które odbierze „głęboko zmrożone” gdzieś tam w Rzeszowie. No, ok. Ja tam jednak jestem wieprzowinowa, więc zapas kabanosów i innych krakowskich podsuszanych mam. Plus mapy, aparatury wszelakie z ładowarkami, buty na upał, buty na deszcz wraz z suszarką do ich suszenia, peleryny, ciuchy na zimno, na ciepło, lekarstwa, no i pełny zestaw antykleszczowy. Ostatni, zmasowany atak tych gnojków na moją osobę na cmentarzu żydowskim w Gliwicach przypomniał mi, że nadal mnie lubią.

 Z tego miejsca dziękuję moim dziewczynom-studentkom, które za mnie odwalą prace na studiach i dostaną piątkowe wpisy  😉 Do zobaczenia. Na mnie już tylko czeka to, co hipcie kochają najbardziej – cmentarze żydowskie. Żadne tam plaże Hawajów, czy Akropole nie zastąpią takiego widoku.

Korczyna (60)

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Kleszcze, winniczki i kirkuty – powracam została wyłączona
Maj 21

O ponownych poszukiwaniach Weissenbergów i życzliwych ludziach

Gdy rok temu pomagałam w poszukiwaniach Weissenbergów, Blochów i Gruschków, czułam, że na jednej wizycie gości z Anglii się nie skończy. Tym razem Clare, opisana przeze mnie w linku powyżej, miała ciut więcej informacji, gdyż udało jej się przetłumaczyć większość dokumentów oraz listów taty, który jako jedyny z całej licznej rodziny przeżył II wojnę. Przypomnę, że ojciec Clare był niemieckim Żydem, którego rodzina pochodziła z różnych miast Górnego Śląska, który przeszedł obóz w Dachau i dzięki koneksjom zdołał jeszcze w 1939 roku wyjechać do Anglii. Historia rodziny jest bardzo tragiczna, no i oczywiście skomplikowana, więc nie będę nią zanudzać czytelników Szuflady. Wolę skoncentrować się na tym czego doświadczyłam w ostatnich kilku dniach, czyli na niesamowitej życzliwości ludzi na Śląsku.

Poniedziałek, dzień I – Mysłowice (moje ukochane, cudowne i niesamowite miasto)

Jechałam z gośćmi do Mysłowic na poszukiwania jakichkolwiek informacji o odnodze rodziny, czyli o bracie babci mojej Clare oraz dwóch jego córeczkach. Wiedziałyśmy jedynie, że wujek – Kurt Bloch mieszkał przez jakiś czas w Mysłowicach, gdyż to wynikało z listów, które pisał w latach 30-tych, znałyśmy imiona córeczek i lata urodzenia, no i fakt, że zostali wywiezieni najpierw do getta w Chrzanowie, a następnie do Auschwitz. Znam nastawienia Urzędów Stanu Cywilnego do takich poszukiwań. Tu dodatkowym utrudnieniem był fakt, że Clare nie jest potomkiem w linii prostej (bo jak może być skoro te osoby zginęły w obozie, ale co to USC interesuje), no i że dokumenty urodzenia dziewczynek są młodsze niż 100 lat, więc ustawa o ochronie danych osobowych i inne bzdety mają zastosowanie. Wiedząc o tym, już parę dni przedtem szukałam znajomości poprzez Fb. Oczywiście szukałam znajomości w mysłowickim USC. Już wtedy doświadczyłam niesamowitej uczynności. Kto mógł to kombinował i przeklejał moją prośbę. W pewnym momencie przyszła wiadomość. Boguś – strażnik mysłowickiego kirkutu mi załatwił wejście do Muzeum (mimo poniedziałku), a tam już miałam dalej dostać „listy polecające”. Clare, jako typowa Angielka nie za bardzo kumała systemu „poleceń”, ale zdawała się na mnie. Dobra, jedziemy z Promnic do Myslowitz. Podjeżdżamy pod muzeum i dzwonię na podany przez Bogusia numer telefonu pana dyrektora. Tak, wie, że mam przyjechać. Ufff. Wchodzimy do byczego muzeum (piękne zbiory tam mają).

Myslowice 16.05.2016. (5)

Szarmancki pan dyrektor z uwagą wysłuchał mojego trajkotania i zaczął działać. Telefon do USC, telefon gdzieś tam, szuru buru, robi się ruch. Przyszła niezwykle miła i uśmiechnięta pani Luiza z muzeum i też stara się pomóc. Rozmawiam z szefową USC. Postara się przejrzeć roczniki 1927 i 1929. W międzyczasie panu dyrektorowi udaje się ustalić, na jakiej ulicy mieszkali Blochowie, przy okazji wyskakuje nam imię żony. Jezuuuu! Mamy konkret! Ulicę i numer! Pani Luiza podsuwa myśl, by sprawdzić w jednej ze szkół, być może są stare księgi uczniowskie, bowiem rozpoznaje na którymś ze starych zdjęć, które Clare jej pokazuje na notebooku, byłą szkołę. Na tym zdjęciu jest właśnie jedna z dziewczynek, o której szukamy informacji. Ja z kolei dowiaduję się, że w Brzezince była 3. synagoga. Jeszcze na końcu obchodzimy muzeum i Clare kupuje album ze starymi zdjęciami Myslowitz.

Wychodzimy dziękując za tak wspaniałe przyjęcie i okazaną pomoc. Siadamy na ławce przed muzeum. Clare w szoku, że aż tyle mamy. Lecim dalej. A raczej jedziem 😉 Najpierw pod dawną synagogę w Brzezince, potem do centrum.

Rynek. Śliczny. Ulicą Grunwaldzką, dawniej Pszczyńską, suniemy w stronę numeru, pod którym mieli mieszkać Blochowie. Nie ma tej kamienicy. Hmmm. Nie znam historii Mysłowic, ale kombinuję, że musiała zostać wyburzona. Idziemy pod budynek dawnej szkoły ze zdjęcia z dziewczynką.

Myslowice 16.05.2016. (33)

Potem na miejsce, gdzie stała piękna duża synagoga. Tu mieszkali, synagogę mieli zaraz pod nosem. I szkoła blisko.

Gdzieś muszę podpytać o tą kamienicę. Urząd Miasta. Urzędnicy, jak wiemy, też różni są. Ale ci w Mysłowicach są więcej niż spoko. Przynajmniej dla nas tacy byli. Wchodzimy do budynku, w którym niby mieści się archiwum. Klupię od drzwi do drzwi. Wsio pozamykane. W końcu jedne otwarte. Od wejścia przepraszam, że żyję, że przeszkadzam, że wiem, że to nie należy do ich kompetencji, ale gdyby mi ktoś zechciał pomóc, bowiem szukamy i tłumaczę od nowa. Okazuje się, że cudem trafiamy na panów, którzy się pasjonują historią miasta i oni nam pokazują stare plany, na których szukaną kamienicę widać. Mamy też jej stare zdjęcia! Wiemy, że została wyburzona już za komuny. Clare od razu stwierdza, że musi obfotografować całą okolicę, by porównać to co jest z tym co było.

Myslowice 16.05.2016. (28)

Jezuuuu! Ponownie tacy mili ludzie! Tyle czasu im zajęłyśmy, a urzędniczy czas jest drogi. Panowie utwierdzają mnie w moim zdaniu, które mam od paru lat o tym mieście. Jest ono pełne fajnych mieszkańców. Wychodzimy i pędzimy pod szkołę podstawową nr 2, w której już raz byłyśmy, ale nie było pani dyrektor i młoda sekretarka bała się nam pomóc, co jest zrozumiałe, bo udostępnianie komuś nieznajomemu ksiąg sprzed wojny to może nieść za sobą ryzyko utraty pracy. Po drodze przechodzimy obok innego budynku dawnej synagogi, który przetrwał.

Pani dyrektor jeszcze nie wróciła z narady. Czekamy pod szkołą i analizujemy to co wiemy. Po pół godzinie czekania idziemy ostatni raz do sekretariatu.

Myslowice 16.05.2016. (44)

Przyznam, że nie liczyłam na wiele. Wręcz myślałam, że zostaniemy olane, bo nie da się, bo nie ma, bo ochrona danych. No i poza tym nikt do szkoły nie wchodził, czyli chyba pani dyrektor nadal nie ma. A tu szok! Jak jak kocham te mysłowickie cuda 🙂 Obie panie dyrektor są. Sekretarka przekazała, że szukamy starych ksiąg. Ależ oczywiście. Coś mamy. Już wyciągam tą jedyną przedwojenną księgą. Tak od strzału, bez pieprzenia się, tak z dobroci serca i życzliwości i uprzejmości!

Myslowice 16.05.2016. (37)

Jezuuuu po raz kolejny! Jedna z pań nawet pomaga nam szukać nazwiska Bloch. I nagle mamy ją. Mamy małą Blochównę. I wychodzi zagwozdka. Dziewczynka jest wpisana jako katoliczka. Tato jej był Żydem, a ona katoliczka. Może mama była tego wyznania? Na razie nie kombinujemy, bo nie chcemy zabierać paniom czasu. A obie panie dyrektor wręcz z nami się cieszą, że coś się udało znaleźć. Skrzydła człowiekowi rosną, jak patrzy na tyle życzliwości dookoła.

Myslowitz I love you! Na koniec jeszcze przypadkiem spotykamy Bogusia. Co za miasto!

Wtorek, dzień II (Katowice – bleee  i Zabrze – rewela)

Archiwum w KATO to nie jest miejsce, które mogę uznać, za przyjazne. Nie będę psuć tego wpisu i oszczędzę czytelnikom opisu tego jak tam się traktuje petenta. Niczego nie ma. Nie ma, nie ma, tego nie ma. Remont to tego nie ma. Dobra, halt Małgosia. Miało być o życzliwych ludziach. Coś tam w tym archiwum jednak znalazłyśmy. Dla Clare to było dużo, gdyż zobaczyła w aktach gimnazjum bytomskiego jak jej tato się uczył. Reszty: nie ma, bo remont. Wrrr.

Katowice 17.05.2016. (28)

Katowice 17.05.2016. (27)

Jedziemy do Zabrza, choć czuję, że nie dojedziemy w godzinach otwarcia archiwum USC. A tam chcemy dostać akt zgonu dziadka Clare. Dojeżdżamy po czasie. USC otwarte, ale archiwum zawarte. Klupię, wchodzę, popisowy uśmiech nr 15 jak to mawiała moja kolegówna z jednej ławy – Olutka. Już od przepraszania, że żyję sama nie wiem, czy jeszcze jestem na tym świecie. Tłumaczę. Choć pinkolą mi się wszyscy nieżyjący krewni Clare, ale dziadka daty znam na pamięć. Elegancja pani USC-owa mówi, że archiwum zamknięte i proszę przyjść na następny dzień. Ale ja bardzoooo mocno proszę. Goście z Anglii. No dobrze. Proszę podać datę i wypełnić wniosek. Uff. Będziemy mieć! Znowu mili ludzie. Brele, długopis, wpisuję dane Leopolda Weissenberga zmarłego z przyczyn naturalnych w czasie wojny w mieście Hindenburg. 5 zł i mamy ksero starego dokumentu.

Clare twierdzi, że skoro tu umarł, to musi tu leżeć na cmentarzu. Moje zdanie jest inne: on leży na cmentarzu w Gliwicach, bo tam mieszkał na stałe. Ale skoro chcecie na kirkut, to jedziemy. Wiem, że zamknięty, więc dzwonię do pana Walerjańskiego. Nie odbiera. Jak to kiedyś mawiano, nie ma takiej dziury, której nie można odetkać. I tak samo nie ma takiego cmentarza, na który nie dałoby się wejść. W deszczu, mokrzy po kolana zwiedzamy to magiczne miejsce.

Zabrze 17.05.2016. (68)

Oddzwania pan Walerjański. Już wychodzimy. Dziadka tu nie ma. Ale… doszedł nowy trop, który każe nam się umówić na trzeci dzień. Trzeba jeszcze pojechać do archiwum w Gliwicach i sprawdzić, czy są akta z Woźnik.

Środa, dzień trzeci: Gliwice (coraz bardziej moje miasto)

Tutejsze archiwum jest rodzinne i przyjacielskie. Jego szef od razu rozpoznaje moich gości. Państwo tu byli w ubiegłym roku 🙂 I jeszcze, tak jak ostatnio, spotykamy pana Piotra Hnatyszyna z zabrzańskiego muzeum, który stworzył słownik Żydów zabrzańskich. Kolejna pomocna dusza na naszej detektywistycznej drodze. Tłumaczy nam niemieckie dokumenty, które nas interesują. Na to wszystko przychodzi pan Maciek z Pyskowic – następny pasjonat. A Weissenbergowie pochodzili z Pyskowic. Jezuuuu! Maciek wspomina o karczmie, którą mógł prowadzić któryś z przodków Clare. I jak nie kochać Ślązaków 🙂

Gliwice 18.05.2016. (32)

Ostatni punkt to Dom Pamięci Żydów Górnośląskich i cmentarz żydowski przy Poniatowskiego. Szukamy grobu dziadka, choć ja już tam ileś razy obchodziłam te alejki. Na 100% grób jest, ale nie ma pomnika. Na to żadnej żydowskiej wdowy nie było stać w sierpniu 1941 r.

Gliwice 18.05.2016. (208)

Koniec poszukiwań. Znalazłyśmy tyle informacji, że Clare będzie swego bloga uzupełniać do jesieni. See you next time friends!

Ja z tego miejsca dziękuję wszystkim, którzy nam pomagali. Nie ma jak Śląsk  😉

P.S. Jedynie pani z USC z Myslowitz nie oddzwoniła, choć obiecała, no ale na pewno miała dużo pracy  :mrgreen:

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania O ponownych poszukiwaniach Weissenbergów i życzliwych ludziach została wyłączona
Maj 14

Ada (odcinek 3)

P1310471Miejsce akcji: gdzieś na Europą w klaustrofobicznym samolocie tanich linii lotniczych

Czas akcji: rok po ostatnim odcinku – luty 2016

Występują: ja, mój tata, załoga tanich linii lotniczych

Ja w duchu odmawiająca, jedną za drugą, Zdrowaśkę; maksymalne napięcie wszystkich mięśni, bezwład nóg, strach obezwładniający każdy fragment mojego ciała i myśli. Dobrze, że mam spisany testament.

Tato wyluzowany z pozoru, ale na pewno też zamartwiający się powodem, dla którego lecimy do Anglii, czyli pogrzebem swego najstarszego brata. Rozwiązuje krzyżówki i udaje kolo-luzaka, bym przeżyła lot samolotem, którą to maszyną z definicji nie latam, a jeśli już mi się zdarzało w przeszłości, to tylko wstanie nietrzeźwości. Tym razem nie wchodzi to w rachubę, gdyż wykluczają to niewłaściwe prądy przeskakujące w moim mózgu.

Dialog:

Tato: No widzisz, już wystartowaliśmy.

Ja: Nic nie mów!

Tato: No przecież wiesz jakie są statystyki. Więcej ludzi ginie rocznie w samochodach niż w samolotach.

Ja (wyciągając książkę): Możesz nic nie mówić! Sranie w banie ze statystykami. W aucie to masz szanse, tu nie.

Tato: O! Popatrz już przedarliśmy się przez chmury. Jaki piękny widok.

Ja: W dupie to mam. Sam se  patrz na to skrzydło. Na pewno z niego zaraz nity odpadną. Nie mówiąc o tym, że się mogą na nas zamachnąć. Tu się wszystko telepie. Ten samolot to trup jakiś. PeKaeS chyba.

Tato: Może chcesz kanapkę?

Ja: Nie chcę. Pilnuję czasu, by połknąć tabletkę, bo jak Ci tu dostanę z nerwów ataku epi, to będzie awaryjne lądowanie.

Tato: Eee, przesadzasz. Histeria i tyle.

Ja w duchu: Muszę się na czymś skoncentrować. Nie mogę patrzeć non-stop na przechodzący personel i nie mogę analizować, czy coś złego się dzieje, bo faktycznie zaraz mnie tu coś chwyci. Popijam Depakine łykiem mineralki i otwieram, zabraną na szybko z domu, książkę na pierwszej lepszej stronie. Czytam i kompletnie do mnie nie dociera co czytam.

ksiazka w ktorej jest o Adzie

Tato: Co czytasz?

Ja: Co ja mogę czytać? O Żydach. Magda mi na podróż kazała wziąć jakąś książkę o Holokauście, bym mogła sobie w każdej chwili lotu myśleć, że w getcie było gorzej.

Tato: A co ma do tego getto?

Ja: Zawsze jej tak mówię, gdy to ona piętrzy problemy, które napotyka. Od lat w takich momentach jak lajera* gadam: Pomyśl, że w getcie było gorzej. Odbiła mi piłeczkę. No to wzięłam książkę Barbary Engelking, którą mam pożyczoną (nota bene od ponad roku) od koleżanki.

Tato: I o czym to jest?

Ja: O Polakach, którzy nie pomagali, donosili, o Żydach, którzy szukali pomocy, ginęli i takie tam. Dołujące.

Tato: No to czytaj.

Steward: Zbieramy zamówienia na ciepłe posiłki i napoje.

Ja w duchu: Chyba by ich nie zbierali, gdyby ten samolot się już psuł.

Wracam do czytania bez zrozumienia. Kartka za kartką, nazwiska, daty, miejscowości. Kiwam się jak Żyd przy modlitwie, ciasno, nogi puchną. To jest wbrew prawom fizyki, by taka góra żelastwa mogła latać tak wysoko.

Tata: No i jak książka? Jak się czujesz?

Ja kłamiąc: Spoko.

Ja w duchu: No ku… mać, niech się zajmie tymi krzyżówkami, a nie pyta co 5 minut, jak się czuję. Źle się czuję i tyle. Wodzę oczami po literach. Przerzucam dalej kartki bez myślenia.

Gdzieś na Niemcami.

Następna kartka. Czytam: Gdy zmniejszały się napięcie i strach pojawiały się równie trudne do zniesienia monotonia, nuda, bezruch i konieczność „trwania bez istnienia”. 

Ja w duchu: No widzisz Małgosia. Strach i napięcie ci towarzyszy. Ale trwasz z istnieniem. Czytam szybko dalej, bo w następnym zdaniu widzę słowo „Ada”. Ada Schwerdt. Ja pinkolę (w duchu było inne słowo). Moja? Moja Ada? Czytam: Wspominała o tym w swojej relacji na przykład Ada Schwerdt, która ukrywała się wraz z ojcem w piwnicy u chłopa Chlubka we wsi Rybniki: >>Ojciec mój miał ze sobą swoją fajkę i nauczył mnie palić. Siedziałam całe godziny w kącie ciemnej zawsze izdebki, paliłam fajkę i obserwowałam unoszący się pod sufit dym<<. Opada mi niepokój związany z lotem i zaczynam analizę tych zdań i przypisu. Już w końcu myślę racjonalnie. Przypis jest następujący: Ibidem (tu chodzi o Yad Vashem), O3/1267, Relacja Ady Schwerdt, brak dokładnej lokalizacji miejscowości, prawdopodobnie chodzi o wieś Rybniki, koło Białegostoku, w gminie Wasilków.

przypis

Ja cię kręcę! Przecież ja to już raz znalazłam w Internecie, ale odrzuciłam ten wątek poszukiwań Ady, uznając za niewłaściwy z powodu tej wsi Rybniki! A to jest ten trop! Nie może być inaczej. To na 99% jest moja Ada. Kompletnie zapominam, że lecę samolotem.

Steward: Czy może pani coś podać?

Ja: Nie dziękuję.

W duchu: Masakra! Dlaczego ponad dwa lata temu, gdy to znalazłam w sieci tak mnie zaćmiło, że olałam kompletnie taką informację? Dla małej dziewczynki Ady Rybnik i Rybniki to było to samo. Po latach, w trakcie spisywania jej relacji w  Yad Vashem po prostu doszło do literówki (zrozumiałej) i tak to poszło w świat. Barbara Engelking przeprowadzając kwerendę w archiwach Yad Vashem i szukając zeznań o Żydach ukrywających się na wsiach uznała, że chodzi o okolice Białegostoku. Poza tym według relacji starszej pani, Ada była również w Skrzyszowie, a to jest wieś. Dla Ady po wojnie Rybnik i Skrzyszów, to był jeden pieron, czyli wsio rawno. Małgosia, ale tu jest kolejny trop. Był jeszcze tata Ady! Max? No nie! Takie odkrycie na granicy Niemiec i Morza Północnego na wysokości tylu tysięcy metrów! Kurde, że też nie mogę tu włączyć komórki, by sieć jeszcze raz przegrzebać. A Chlubek? To nasze śląskie nazwisko. Już wiem, że na 100% chodzi o moją Adę. Nie ma mowy o dwóch Adach, to nie może być zbieg okoliczności. I co z tym tatą Ady? Starsza pani nie wspominała o tacie. Tata też był u nas na Śląsku? To nie mógł być Max, bo ten był w Auschwitz. Otto wykluczyłam ostatnio jako za smarkatego. Uspokojone prądy w mózgu pozwalają na formułowanie logicznych pytań i odpowiedzi. Jestem wreszcie sobą. Detektyw. Jak w moich ukochanych kryminalnych zagadkach CSI Las Vegas.

Steward: Prosimy zapiąć pasy.

Ja w duchu: No i musiał przypominać, że jesteśmy w powietrzu.

Tata: Chyba Anglię już widać.

Ja: I niech ją widać. Czuję, że się obniżamy. Uszy mam zatkane na maksa, a silniki tak ryczą, że chyba są zepsute.

Tata: Nie są zepsute. Hamowanie. Zaraz będziemy wchodzić w chmury.

Samolotem telepie, turbulencje. Ściskam rękę taty, że aż jest sina. Widać ziemię. Samolot się przechyla na jeden bok. Chyba zaraz umrę. Prostuje się. Robi rundę nad lotniskiem.

Ja w duchu: Teraz to już to możemy spadać. Zawsze jakieś szczątki odnajdą i choć grób zrobią. Najgorzej nad morzem.

Dup. Koła dotykają pasu startowego. Wylądował. Ufff. Chowam Adę do torebki. Dzięki Ada, pomogłaś mi przetrwać 3/4 lotu. Nawet nie wiesz ile mi siły dałaś.

Steward: Proszę państwa. Wylądowaliśmy na lotnisku w Stansted. Temperatura wynosi 2 C. Za chwilę będą państwo mogli włączyć komórki.

Ja: Za chwilę se włącz komórkę. No i załóż szalik. Zimno tu. I nie zapomnij torby. Krzyżówki Ci spadły. Tatuś powoli, ludzi wychodzą. Tu nie trzeba się pchać. Trzymaj się mnie blisko. Nie chcę byś się zgubił.

Tata: Ja jej nie wyłączałem nawet. Mam szalik. Nie niańcz mnie. Jestem dorosły.

Ręce mi opadają na te słowa. Dorosły, który zabrał szliczunieczek, komórki w samolocie nie wyłączył, choć 4 razy mu mówiłam. Teraz ja przejmuję dowodzenie. Tu mnie już epi nie dopadnie. Jestem w  mojej drugiej ojczyźnie – w Anglii. Tu mieszkają moi anglojęzyczni kuzyni, tu spędzałam swoją młodość, przeżywałam cudowne chwile, gdy PL była za żelazną kurtyną, tu mieszka mój najstarszy kuzyn, którego zawsze traktowałam i traktuję jak brata i tu pożegnam mojego ukochanego wujka, którego Wehrmacht zabrał spod chwałowickiej hałdy w 1943, a Anders osiedlił w Ipswich w 1946. Idziemy kilka kilometrów przewiązkami, by dojść do tłumu czekającego w kolejce na oficjalne wkroczenie na teren UK. Patrząc na to dochodzi do mnie, że to już chyba nie jest moja Anglia. O samolocie powrotnym pomyślę za parę dni. Ada i inni będą ze mną i dam radę, wiedząc, że oni mieli gorzej. Na razie muszę w tym tłumie pilnować dziadka (taty). To nie będzie dla niego łatwy pobyt.

Za pół godziny wpadamy w objęcia Marka i przestawiam myślenie na angielski język.

Anglia (1)

Wbrew pozorom to nie koniec opowieści o Adzie, więc już zapowiadam, iż to „be continued”.

balkon

*Lajera to po śląsku katarynka.

 

(Pisane na balkonie w przepięknych okolicznościach przyrody, mimo zalegającej mgły nad pobliską hałdą, po której jeżdżą spychy i mimo zimna jednego ze świętych)

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (odcinek 3) została wyłączona
Maj 7

Ada (odcinek 2)

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: grudzień 2013

Występują: ja, Gmina żydowska w Regensburgu (wirtualnie)

Ja w duchu: Tłumacz Google jest masakryczny. Że też nigdy mnie nie ciągnęło do niemieckiego.

Spisuję na kartce to, co mi podpowiada Internet: Otto Schwerdt urodził się w Braunschweigu w 1923. Jego rodzina przeniosła się do Polski w 1936 r. Mieszkali w Katowicach. Był wywieziony do Auschwitz. Max (chyba jego ojciec) też był. Po wojnie osiedlili się w Regensburgu. Max poślubił Rachelę. Max zmarł w 1955 r. Mieli córkę Cilly.

notatki

Ja w duchu: Z durnego tłumaczenia niemieckich stron wynika, że cała rodzina zginęła, więc kim była dla nich Ada, która nosiła to samo nazwisko? Dlaczego ja po niemiecku umiem tylko „Hände hoch!”? I jeszcze te prawa autorskie. Przez nie widzę tylko fragmenciki książek, co mnie jeszcze bardziej prowadzi do ślepych zaułków.

Dalej spisuję dane z sieci: Jakaś Ada Schwerdt jest opisana w książce Barbary Engelking „Jest taki piękny słoneczny dzień. Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945”

Ja w duchu: Ale to chyba nie ona, bo nie zgadza się miejscowość. Podane są Rybniki. Poza tym książka jest o Zagładzie Żydów na wsiach, a Rybnik (nawet jeśli by przyjąć pomyłkę w nazwie) od wieków nie był wsią. W dodatku te Rybniki są w gminie Wasilków pod Białymstokiem. To nie ten trop.

Ze dwadzieścia okien na laptopie otwartych.

Spisuję: Otto Schwerdt zmarł nagle w Regensburgu w 2007 r. Był przez lata przewodniczącym gminy żydowskiej. Napisał książkę wraz ze swą córką.

W duchu: Ada nie mogła być córką Otto, bo był za smarkaty przed wojną. Nie ma wyjścia. Muszę napisać do gminy w Regensburgu.

Piszę: Nazywam się bla, bla bla i lecę z całą historią. Wyślij. Poszło. Wsadzam zapiski do koszulki i do segregatora pod „S”.

__________________________________________________________________________

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: styczeń, luty 2014.

Występują: ja, gmina żydowska w Regensburgu (wirtualnie), Cilly (wirtualnie) oraz ADA

Plim plim. Mail. Otwieram.

Dialog mailowy

Gmina żydowska w Regensburgu: Szanowna pani, niestety Otto Schwerdt nie żyje, ale może pani napisać do jego córki Maschy, która była współautorem jego książki. Podajemy adres mailowy. Z pozdrowieniami.

Ja: Szanowni Państwo, niezwykle dziękuję za ten kontakt. Również serdecznie pozdrawiam.

Ja do Maschy: Szanowna pani… bla bla dalej opowieść o starszej pani, która twierdzi, iż w jej domu była przechowywana Ada. Mam nadzieję, że jeśli ta opowieść jest prawdziwa, to Ada żyje i zechce się podzielić swoją historią. Pozostaję z szacunkiem.

Po jakimś czasie.

Plim, plim. Mail otwieram.

Cilly: Dear Madame Ploszaj, I am the ant from Mascha Schwerdt. You sent an e-mail to her. As she was a long time in Thailand, we can only now anser youer  questions. The story about Ada is true.  I am the doughter of Max and Rachela Schwerdt and the sister of Otto Schwerdt. Untill later………….Cilly Schwerdt. (Tłumaczenie: Droga pani Ploszaj. Jestem ciocią Maschy Schwerdt. Pani jej posłała maila. Ponieważ była ona przez długi czas w Tajlandii, możemy dopiero teraz odpowiedzieć na pani pytania. Historia Ady jest prawdziwa. Jestem córką Maxa i Racheli Schwerdt i siostrą Otto. Tyle na razie, Cilly Schwerdt.)

Ja przy kompie: YES! YES! YES! Historia Ady jest prawdziwa!

Za dwa dni plim, plim. Mail. Otwieram.

Cilly: Szanowna pani. W krótkich słowach postaram się dziś odpowiedzieć na pani pytania. Tak, Ada żyje, mieszka w Tel-Avivie. Zadzwonię do niej w ciągu tygodnia i spytam, czy mogę dać pani jej numer telefonu, tak by pani sama mogła z nią porozmawiać. Również poproszę o jej email, którego nie mam. Ada zna język angielski, więc będziecie mogły porozmawiać. Moja mama Rachela mieszka w Regensburgu, ma obecnie 89 lat. Dziś do niej dzwoniłam i potwierdziła mi, że Ada była w Rybniku. Teraz kilka słów o mnie… (to pomijam – Małgosia). Cieszę się, że mogę komuś pomóc w poszukiwaniu wiedzy o mojej rodzinie, ponieważ to były ważne dla nas wszystkich sprawy. Oddana, Cilly.

Ja do Cilly: Droga Cilly, tak się cieszę, że Ada żyje! Uwielbiam takie wspaniałe wiadomości. Powiedziałam to natychmiast mojemu tacie, który zadzwoni do starszej pani, by jej przekazać, że Ada żyje. Z niecierpliwością czekam na następne wieści i jestem niezwykle wdzięczna za pani pomoc. Bardzo, bardzo dziękuję, Małgosia.

Następnego dnia

Plim, plim. Mail. Otwieram, patrząc z przerażeniem na temat listu: Sorry!

Cilly: Droga Małgosiu, naprawdę bardzo mi przykro, ale muszę Ci powiedzieć, że dziś zadzwoniłam do Ady i ona nie chce rozmawiać na temat tych strasznych lat. Tak więc musimy uszanować jej decyzję i ona ma nadzieję, że to zrozumiemy. Ja rozumiem, bowiem wiem o tym od mojej mamy. Przesyłam najlepsze życzenia, Cilly.

Ja do Cilly: Droga Cilly, rozumiem i szanuję jej decyzję. Chciałabym poznać jej historię, ale jeśli Ada nie chce o tym mówić, to ja nie mam prawa dalej pytać. Być może któregoś dnia Ada zmieni zdanie i zechce mówić. Ludzie powinni dowiadywać się o takich złych rzeczach, by nigdy więcej już do nich nie doszło. Dziękuję za wszystko. Przekaż Adzie i jej rodzinie najserdeczniejsze życzenia ode mnie. A jeśliby kiedyś jednak chciała się ze mną skontaktować, to ja tu będę. Mam nadzieję, że któregoś dnia będę mieć szansę na rozmowę z nią. Mam nadzieję. Małgosia.

Ja do siebie: I w rzici! Rozumiem, ale w rzici. (czyli do dupy).

Ja do taty: Przekaż starszej pani, że Ada nie chce na ten temat rozmawiać. Obiecałam, że sprawdzę, czy żyje. To się udało. Nic poza tym. Nie mam prawa oceniać, mam obowiązek uszanować decyzję Ady. Moja ciekawość nie ma tu żadnego znaczenia. Koniec, kropka.

Wsadzam zapiski i wydrukowane maile do koszulki i segregatora pod „S”.

_________________________________________________________________________

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: styczeń 2015

Występują: ja, mój tata

Dialog:

Tata: Pamiętasz jak byłaś u tej starszej pani, która ci opowiadała o żydowskiej dziewczynce? Jak to jej było na imię?

Ja: Ada.

Tata: Aa, tak, faktycznie. No to ta starsza pani zmarła.

Ja: Oj, jak przykro. Idziesz na pogrzeb?

Tato: No pewnie.

Ja: Ciekawe, czy Ada jeszcze żyje?

Ja w duchu do siebie: I nadal nie wiem, jak Ada była powiązana z ocalałymi Otto i Maxem i jak się znalazła w naszych stronach. Jak ja nie lubię takich nierozwiązanych zagadek.

To be continued.

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (odcinek 2) została wyłączona
Maj 1

Ada (odcinek 1)

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: listopad 2013

Występują: mój tata, starsza pani, ja

Dialog I:

Tata: Moja znajoma, która wie, czym się zajmujesz chciałaby się z Tobą spotkać, bo ma jakieś wiadomości na temat żydowskiej dziewczynki, która była w czasie wojny przechowywana w domu jej rodziców.

Ja: Co? Niewiarygodne! Natychmiast umawiaj spotkanie.

Po paru dniach. Dom w Rybniku, stare meble. Starsza pani serdecznie wita, proponuje kawę, ciasto, kładzie na stole jakąś karteczkę zapisaną starannym pismem. Ja z rzeczami do notowania, komórka do nagrywania w razie czego.

Dialog II (skrócony):

Starsza pani: W sumie to niewiele pamiętam. Byłam dzieckiem i przy mnie za dużo nie mówiono. Mój ojciec pracował na kolei w Rybniku i chyba poprzez te kolejowe kontakty miał jakichś znajomych Żydów. Mieszkaliśmy w takiej kamienicy w pobliżu linii kolejowej. Skąd się ta dziewczynka u nas wzięła to nie wiem. Nazywała się Ada. Ada Schwerdt.

Ja: Ile miała lat?

Starsza pani: Była mała, chodziła przez jakiś czas do przedszkola, które było koło nas. Niemiecka przedszkolanka – Frau Marie coś podejrzewała, ale tatuś nam kazał milczeć. Gdy przechodzili goście, zawsze musiała się chować. Albo za szafą, albo za łóżkiem.

Ja: Jak to możliwe, że chodziła do przedszkola?

Starsza pani: Niestety niewiele pamiętam. Też byłam mała i przy mnie nie mówiono o wielu rzeczach. Pamiętam, że była ruda i miała kręcone włosy. Po wojnie wyjechała do Regensburga. Chyba do wujka Maxa (starsza pani się zastanawia).

Ja (zastanawiając się): Może była niemiecką Żydówką?

Starsza pani: Nie wiem. Przepraszam, ale to było tak dawno temu.

Ja: Była u was aż do końca wojny?

Starsza pani: Niestety nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, że w pomaganie w jej ukrywaniu był mocno zaangażowany mój wujek Paweł ze Skrzyszowa. On bardzo pomagał.

Ja: To ona była ze Skrzyszowa? Ta Ada?

Starsza pani: Nie wiem. Nie pamiętam. Ada też tam była. W tym Skrzyszowie. Część mojej rodziny tam mieszkała. Pamiętam tylko to, co pani powiedziałam. Wydało mi się to ważne, by pani się dowiedziała o niej. To już tyle lat minęło.

Ja: Czy pani wie, co się po wojnie stało z Adą?

Starsza pani: Chyba była u wujka w Niemczech. Miał na imię Max. Kojarzy mi się, że był w Auschwitz. Znaczy się przeżył Auschwitz. Jego żona tam zginęła. Jeszcze była jakaś Rachela. Nie wiem. Mam tu na kartce zapisane adres Maxa i Racheli dla pani. Znalazłam to w starych papierach mojego taty. Może pani tam napisze… Ponoć Ada wyszła za mąż za pilota.

Ja: Czy kiedykolwiek starała się pani z nią kontaktować?

Starsza pani: Nie. Tata chyba miał z nimi jakiś kontakty. Ja to bym się tylko chciała dowiedzieć, czy ona jeszcze żyje.

Ja, kończąc kawę: Postaram się dowiedzieć. Obiecuję to pani.

Wychodzimy. W domu siadam do laptopa i dzięki korporacji, której nazwa zaczyna się na literę „G” odkrywam przez kilka godzin historię Maxa i Otto Schwertdów. Niestety nie potrafię nijak powiązać ich z Adą. Za parę dni podjeżdżam pod dom, w którym ponoć ukrywana była Ada. Ponoć, gdyż sceptycyzm w takich sprawach mnie rzadko opuszcza. Kamienica, późnym jesiennym, czy raczej wczesnozimowym popołudniem, wygląda smutno. Chyba komunalka. Robię nieudane zdjęcia, analizując co powiem, gdy ktoś z budynku wyjdzie i mnie zagadnie, co tu robię.

19.12.2013 (42)

19.12.2013 (45)

To be continued.

Kwiecień 26

Ada (trailer)

W nomenklaturze filmowej na taką zajawkę mówi się trailer. Nie do końca mi to pasuje, ale streszczenie, to chyba jeszcze mniej odpowiednie słowo. Rzecz będzie o Adzie, jej rodzinie, powiązaniu z Rybnikiem, o Sprawiedliwych bez dyplomu, dobrych i złych ludziach, strasznych czasach i poszukiwaniu prawdy, do której rzadko kiedy udaje się dotrzeć, bo ona dla każdego jest inna. Nie będzie oceniania ani wartościowania. Przynajmniej tak zakładam.

Występują:

Starsza pani, Ada, Chaim – tata Ady, brat Maxa; Max – ojciec Otto, brat Chaima, wujek Ady; Otto – syn Maxa, bratanek Chaima, kuzyn Ady; ojciec starszej pani; Paweł – wujek starszej pani; Chlubek vel Hlubek; Niemiec Frenzel – hydraulik; pani Franzel – żona hydraulika, Czech Viktor – kolega Otto; Rachela – druga żona Maxa, ja i inni.

Miejsca akcji:

Braunschweig, Berlin, Katowice, Dąbrowa Górnicza, Kl Auschwitz-Birkenau, Rybnik, Skrzyszów, AL Fünfteichen (filia KL Gross Rosen w Miłoszycach), Theresienstadt, Regensburg i wiele innych.

Scenariusz: życie

Reżyseria: życie

Research: ja i syn starszej pani.

Specjalne podziękowania dla syna starszej pani, pani tłumacz, jednego amerykańskiego Chińczyka, gminy żydowskiej w Regensburgu oraz córki Maxa i Racheli.

Otto Schwerdt (74)

Na razie tyle. Zbieram się na ognisko z młodzieżą z Projektu „Kryptonim 446”. Za oknem wali deszczem, nad Radlinem chmury z tych śniegowych, ale co tam 😉

To be continued.

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (trailer) została wyłączona
Kwiecień 16

Kryptonim 446

Tytuł dzisiejszego wpisu jest zapewne tajemniczy. Ale właśnie tak nazwano projekt, który wczoraj z niezwykłym zaangażowaniem zakończyła młodzież gimnazjum Nr 5 w Rybniku-Boguszowicach wraz z młodymi artystami z Młodzieżowego Domu Kultury z mojego miasta. Drugi raz współpracowałam z tym gimnazjum oraz jego nauczycielami i po raz drugi jestem pełna zachwytu i uznania zarówno dla uczniów, jak i ich wychowawców.

446

Tym razem projekt miał upamiętnić ofiary Marszu Śmierci, spoczywające w zbiorowej mogile w Lasku nad Rudą. 446 bezimiennych ofiar zamordowanych na naszej ziemi z okazji Dnia Pamięci o Holokauście i Przeciwdziałaniu Zbrodniom Przeciwko Ludzkości.

wyklad 2Moje pierwsze spotkanie z młodzieżą nie należało do najłatwiejszych i z ręką na sercu powiem, że chyba nie dotarłam do nich z tym co chciałam przekazać. Na pewno uznali mnie za starą babę gadającą nudne rzeczy i mieli do tego pełne prawo. Myślę, że trzecie – ostatnie spotkanie w szkole było już bardziej ciekawe dla nich bowiem bezpośrednio dotyczyło tych spraw najsmutniejszych, czyli Marszu Śmierci. Nawet, gdy tylko w kilku parach oczu widać zaciekawienie, to warto opowiadać.

wykladMoja rola kończyła się na tych 6 godzinach lekcyjnych. Całą resztę na swe barki wzięły nauczycielki z gimnazjum i pani reżyser z MDK-u. No i oczywiście ci młodzi ludzie, którzy zbierali słoiki i mini świeczuszki, by nimi oświetlić drogę od pomnika przy Rudzie do grobu zbiorowego, uczyli się tekstów, które mieli zaprezentować widzom, analizowali, które słowa powinny wisieć na ogrodzeniu kąpieliska Ruda na drodze tego swoistego Marszu Żywych, drukowali zaproszenia, rozdawali je w mieście i ćwiczyli swoją inscenizację teatralną owianą tajemnicą.

Byłam w 100% pewna, że wszystko wyjdzie perfekcyjnie. Mamy fantastyczną młodzież i jak ktoś na nią narzeka, to powinien w momencie wypowiadania złych słów o młodych ludziach, od razu dostać w ciaprok. A młodzież z Boguszowic to jest w ogóle „nadrewelacyjna”. Taka mega, jak to się mówi.

Kryptonim 446 (39)Początek wydarzenia zaplanowano na 20.30, by już było ciemno. Niestety w tym samym czasie na stadionie – tuż obok odbywał się mecz piłki nożnej, więc potężne reflektory ciemność rozświetlały. Smaczku dodawały też radiowozy policyjne, które stały w pobliżu  😉

Kryptonim 446 (34)

Przyjechałam pod pomnik na godzinę przed rozpoczęciem całej imprezy. Wszyscy pracowali jak pszczoły, podzieleni na rejony (a teren do obskoczenia był spory). Jedni wieszali duże plakaty na płocie basenu, inni rozstawiali słoiki z podgrzewaczami, jeszcze inni je zapalali, w lesie trwały nadal próby, pomocna firma prywatna oświetlała te próby, niektórzy po raz kolejny przepowiadali sobie kwestie, które mieli wygłosić.

Kryptonim 446 (41)

Na stadionie było słychać jakieś okrzyki radości (a może zawodu), zaś nad pobliskim byczym centrum handlowych, którego nazwy nie wymienię, bo za reklamy mi nie płacą, krwawiło niebo po deszczu, który wiedział, że ma się skończyć.

Kryptonim 446 (36)

O 20.30 się zaczęło. Gimnazjaliści pięknie i bez tremy opowiedzieli widzom, którzy dopisali, historię tego miejsca. Bez patosu, bez nadmiernego epatowania tragizmem. Tak zwyczajnie.

Kryptonim 446 (55)

Potem przeszliśmy z pochodniami w pierwszym rybnickim Marszu Żywych od pomnika, czyli miejsca śmierci, do mogiły zbiorowej, czyli miejsca pochówku ofiar. Obok jeździły auta, kończył się mecz, ludzie wychodzili z zakupami i wsiadali do aut, świecił się kompleks basenowy – życie. Dobrze. Tak powinno być. Życie zawsze powinno wygrywać.

Kryptonim 446 (46)

Kryptonim 446 (54)

Droga przejścia wyglądała niesamowicie przez ten prosty pomysł ze słoikami. W lesie, do którego już nie dochodziły odgłosy miasta czekała na nas uczta duchowa. Całą inscenizację przygotowała pani reżyser Zofia Paszenda z Młodzieżowego Domu Kultury i chylę przed nią czoła. To samo robię w kierunku aktorów. Kapitalne przedstawienie bez słów. O tolerancji, wolności, empatii i pamięci.

Kryptonim 446 (61)

Kryptonim 446 (62)

Nakręciłam filmik, ale ponoć nie wyświetla się on na wszystkich przeglądarkach. Nie mam aż takiego polotu, by opisać to co zobaczyłam, więc odsyłam do YT.  ➡ Projekt 446 na YT

Kryptonim 446 (64)Na koniec był jeszcze gimnazjalny laureat konkursów recytatorskich recytacji i Miłosz. Miałam łzy w oczach.

Dziękuję Wam wszystkim. Nie należy się obawiać o nasze jutro, gdy mamy taką młodzież i takich nauczycieli-mistrzów. Oni będą rozsiewać te ziarna tolerancji, empatii i wolności. Parafrazując moich ulubionych Fisza i Emade powiem, że oni będą  „Uciekać hen przez śnieg od tych, co tęsknią do wojen„. Bo mają serca i się nie boją.  ➡ Fisz Emade Wojna

I ostatnie zdanie. Szkoda, że tego projektu nie obejrzał nikt z osób, które debatowały w tym czasie o wielkiej kulturze w Teatrze. Mała kultura czasem jest większa niż ta duża.

Kwiecień 9

Odkrycie Davida Hoenigera, czyli jak czasem nie wszystko się widzi za pierwszym, czy drugim razem

2Na cmentarz żydowski w Białej koło Prudnika ciągnęło mnie od dawna. Co prawda byłam tam wielokrotnie – pierwszy raz ponad 8 lat temu, ale dokładniejsze zwiedzanie zawsze utrudniały mi chaszcze i pokrzywy po pachy. Ta nurtująca myśl, by tam pojechać ponownie nie dawała mi spokoju. W końcu się udało. W Lany Poniedziałek pogoda sprzyjała wycieczkom i po zaliczeniu mostu i dworca kolejowego w Racławicach Śląskich dotarliśmy do Białej, zwanej dawno temu Zülz. To małe obecnie miasto, kiedyś było zamieszkiwane przez bardzo dużą społeczność żydowską.

Przez wieki mogli tam mieszkać bez przeszkód, które niestety napotykali Żydzi w innych miastach Śląska. W początkach XIX w. stanowili nawet ponad 50% ogółu mieszkańców Zülz. Moim celem był jedynie cmentarz i miejsce po synagodze. W życiu bym nie przypuszczała, że na cmentarzu odkryję grób i nagrobek rybniczanina. I to w dodatku będzie nagrobek, który znam od lat i który nawet przy zarośniętym cmentarzu jest dość dobrze widoczny z racji wielkości. Weszliśmy sobie rodzinnie na cmentarz, ja jak zwykle osobno, bo wolę ze zmarłymi se pogadać, gdy nikt nie słyszy  😉 Kirkut jest pięknie położony na wzgórzu zwanym Kopiec. W zasadzie jest to grodzisko, na którym założono cmentarz w pierwszej połowie XVII w. Macewy, w większości bardzo tradycyjne, bo taka też była tutejsza społeczność, mimo iż podlegała wpływom Haskali, naturalnie się poddają wpływowi przyrody i czasu.

Biala cmentarz

Biala grob Hoenigera (1)Wracam jednak do wspomnianego wyżej odkrycia. Zeszłam z grodziska w stronę macew i najpierw się skierowałam w stronę leżącej macewy z laską i oplecionym wokół niej wężem Eskulapa, czyli symbolem medycyny.

Ileż razy stałam przy tym nagrobku. No, na pewno tyle razy ile byłam na tym kirkucie, więc z 6.  I nigdy, naprawdę nigdy mnie nie oświeciło, by spuścić bardziej ten swój zakuty łeb i poczytać niemieckie literki. Co najlepsze, na starych zdjęciach sprzed lat, mam tą macewę.

Biala 1

Tym razem chyba jednak sam dr David Hoeniger kazał mi przyjechać na cmentarz, a potem pochylić się nad jego nagrobkiem. Kucnęłam więc i czytam. Dr David Hoeniger. Już mnie tknęło. U nas byli tacy Żydzi! Czytam dalej: Kgl. Sanitatsrath – Królewski Radca Sanitarny, czyli taki ober doktor – szycha. Biorę brele, dotykam palcami napisu i ciśnienie mi skacze: Geb. in Rybnick 14 Juni 1815, Gest. in Zülz 16 Sept. 1885. Urodzony w Rybniku, zmarły w Zülz. Mój!!! A raczej nasz rodak! Narobiłam wrzasku, że aż Młoda myślała, że dostaję ataku epi  😆

Biala 3

Dr Hoeniger chyba chciał bym ponownie przyjechała na ten cmentarz i to on mnie przywołał. Wierzę w takie śmoje boje 😉 Zaczęłam go delikatnie odmiatać, wycierać, zostawiłam mu kamyczek, na odchodnym popieściłam, a z głową pełną skołatanych myśli nie byłam już w stanie zbytnio skoncentrować się na dokładnym robieniu zdjęć reszcie cmentarza. Takie odkrycia są dla mnie niesamowicie ważne, gdyż niewielu z naszych rybnickich Żydów może w spokoju czekać na przyjście Mesjasza.

Po powrocie do domu zaczęłam przekopywanie swojego laptopa i Internetu w poszukiwaniu informacji o doktorze. Oczywiście moje zapiski z raciborskiego archiwum potwierdziły, że urodził się w Rybniku. Był drugim synem Moritza i Cecylii.

urodzenie Dawid Hoeniger

Pierworodny Jonas zmarł, gdy miał 10 miesięcy. Może mohel z Wodzisławia coś pokićkał i chłopczyk zmarł po jakimś czasie w wyniku zakażenia, kto wie. Tata Moritz, w księgach podawany jako destylator, kupiec, a z czasem właściciel karczmy, żonie nie odpuszczał  :mrgreen: i rok po śmierci Jonasa przyszedł na świat nasz David. Tym razem, ten sam mohel wsio załatwił jak trzeba, albo chłopczyk był po prostu silny. Nie minęły dwa lata a narodził się kolejny syn Cecylii i Moritza – Israel. Moritz pozwalał żonie ciut regenerować siły po każdym porodzie i nie możemy powiedzieć, że u Hoenigerów „co rok to prorok” był. Mieli cykl płodzenia i rodzenia dwuletni. Pierwsza córeczka Hanne urodziła się jako szósta. Łącznie Cecylia urodziła 10 dzieci, ostatnie w wieku 39 lat. Mój David ani chybi zdolny był. Tak se myślę, że nie pasowało mu stanie za kontuarem i sprzedawanie wódki. Nie doszłam do tego, gdzie skończył szkoły średnie, wiem za to gdzie studiował. Otóż w samej stolicy czyli Berlinie. Pracę doktorską obronił w 1842 r. Jego dysertacja dotyczyła zapalenia oskrzeli. Za trzy lata wziął ślub w Gliwicach z Jette Frohlich.

doktorat Hoenigera 1842

Zulz rynek z widokiem na synagogePodejrzewam, że do Zülz przybył w okolicy roku 1843-1844. Być może zamieszkał przy rynku? Śląska Biblioteka Cyfrowa ma w swoich zasobach kronikę miasta, w której o dziejach tamtejszych Żydów pisał dr Israel Rabin – docent żydowskiego seminarium teologicznego z Wrocławia. Tenże docent opisując tradycyjne podejście gminy do wielu spraw, jak choćby używanie języka hebrajskiego nawet przy sporządzaniu zwykłych pism (wówczas już w większości miast pruskich były one pisane w języku niemieckim) podaje przykład protokołu, w którym właśnie wymienia się dr. Hoenigera. Ponoć lubianego i bardzo szanowanego. Wspomniana przeze mnie kronika jest napisana niemieckim gotykiem i na jej przeglądnięcie (no bo nie przeczytanie) straciłam jedną noc. Szukałam tylko słowa „Hoeniger”. Znalazłam dwa, ale gotyk to mogę podziwiać w kościołach i na tym koniec. Znajoma coś niecoś skumała, ale nie były to powalające informacje. Był lubiany, a w 1861 został jakby radnym. Domyślam się, że skoro na nagrobku widnieje napis Królewski radca sanitarny, to na pewno był w tym miasteczku ważną i znaną personą.

Znaną osobą został też jego syn, czyli wnuk rybnickiego karczmarza. Tu powinnam właśnie wspomnieć co się stało z rodzicami dr. Davida Hoenigera. Otóż ojciec Moritz zmarł w wieku 62 lat 31 stycznia 1848 r. I zaraz zawołał do siebie Cecylię, która odeszła z tego świata mając 56 lat – niecałe dwa i pół miesiąca po swym mężu.

zgon Moritz i Cecylia

Wracam do syna doktora Hoenigera i zarazem wnuka płodnej Cilki i karczmarza Moritza. Johann Hoeniger urodził się w Zülz, czyli obecnej Białej w 1850 r., więc dziadkowie nie doczekali jego narodzin. Początkowo uczył się w Raciborzu fachu murarskiego, potem zaczął naukę w szkole budowlanej w Höxter w Północnej Nadrenii, by ostatecznie ukończyć berlińską Akademię Architektury. Podróże do Włoch i Francji otworzyły jego horyzonty, został poważanym i uznanym architektem pracującym głownie dla społeczności żydowskiej Berlina. Zaprojektował kilka synagog. Do naszych czasów przetrwała synagoga przy Rykerstrasse na 2000 miejsc siedzących. Na jego desce kreślarskiej powstawały projekty m.in. gimnazjum dla dziewcząt, szkoły dla chłopców żydowskich, budynków na cmentarzu przy Schonhauser Alllee, hali pogrzebowej na cmentarzu w Weissensee, prywatnych kamienic, kolonii dla robotników w Weissensee i wiele innych. Jego dzieła stoją w Berlinie do dziś. Zmarł w 1913 r. Jego grób jest na berlińskim cmentarzu żydowskim w Wiessensee. Skromny nagrobek odnowiono jakiś czas temu.

Johann Hoeniger

Pochowana z nim jest żona, której rodowe nazwisko też brzmiało Hoeniger, choć pochodziła z Inowrocławia. Może była córką Samuela Hoenigera – współzałożyciela uzdrowiska w tym mieście? Jak widzicie na zdjęciu obok, pani Hoenigerowa na szczęście nie doczekała dnia, w którym mogłaby zobaczyć, jak płoną dzieła jej męża. Zmarła jeszcze przed Nocą Kryształową, choć w 1938 r. Przy grobie małżonków widać płytę nagrobną ich córki zmarłej w Londynie. Ciekawe w jaki sposób udało jej się wyjechać z nazistowskich Niemiec? Raczej do odpowiedzi na to pytanie nie dojdę. Czy spoczywa wraz z rodzicami, czy to tylko tablica? Nie wiem.

S.HoenigerCilka i Moritz w sumie mieli 10 dzieci, z czego dwóch chłopców zmarło w niemowlęctwie. Jednego syna Wam przedstawiłam na tyle na ile potrafiłam. Przy okazji szukania informacji o nim, trafiłam jeszcze na zdjęcie grobu najmłodszego z potomków – Samuela urodzonego w 1829 r. To chyba też był kolejny mądraliński w rodzie, bowiem na jego grobie widnieje napis „Koenigl. Justizrat”, czyli Królewski Radca Prawny, zmarły w Halle a pochowany na tym samym cmentarzu co syn jego starszego brata. Samuela już rozkminiać nie dam rady, bo dochodzi druga w nocy i czas na spanie.

Aaa, a Hoenigerów w Rybniku było multum. Jednak Ci trzej mogą być dopisani do listy U nas nieznani, a gdzieś uznani.  Bo tym, że wnuk rybnickiego karczmarza został aż tak cenionym i uznanym architektem, to możemy i powinniśmy się chwalić.

Zdjęcia pochodzą ze strony  ➡ http://data.jewishgen.org/, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz z mojego aparatu.