czerwiec 11

Max Richter – krewki budowlaniec i dyrektor browaru

Max szedł za skromną trumną, złożoną na ciągniętym przez dwa czarne konie, karawanie. Nie był na czele konduktu, a wmieszał się w tłum żałobników zaliczających się do znajomych zmarłego. W myślach cały czas analizował co teraz będzie. W zasadzie wiedział, że nagle zmarły bogacz nie sporządził testamentu i cały majątek, który na czas pogrzebu przestał dymić, odziedziczą dalecy krewni nieboszczyka, mieszkający poza Polską. A jak jednak spisał ostatnią wolę? I to wszystko dostanie ona? Na przodzie majaczyła sylwetka młodej kobiety idącej pod pachę z mężem.
Zbliżał się maj i dookoła pachniała zieleń. Gdy kondukt dotarł do cmentarza, Max odczuwał lekki ból w stopach. Jednak to kawał drogi z Zamkowej, a on na tą okazję sprawił sobie nowe buty, które zaczynały go obciskać. Jutro zaraz pójdzie do szewca z reklamacją. Wygarnie mu ile wlezie.
Nowy cmentarz żydowski był ledwo co urządzony i niewiele macew na nim stało. Sam był tym, który przyczynił się do jego powstania, choć przez długi czas był, jak inni, temu przeciwny.

Rabin Kohlberg rozpoczął mowę pogrzebową. Zanosiło się na deszcz i tłum nerwowo przedreptywał, patrząc na nadciągające chmury. Max z ukosa spojrzał na, elegancko ubranego, adwokata, podtrzymującego Bertę. Jeśli browarnik spisał testament, to ten katolik, i w dodatku Polak będzie się teraz szarogęsić i wszystkim zarządzać. Nie może do tego dopuścić! Jutro trzeba zaraz wszystko ustalić. Trumnę spuszczono do wykopanego dołu. Pismaki ze Sztandaru Polskiego też tu przylazły! Niedoczekanie ich. Miał z nimi na pieńku od jakiegoś czasu. Taki majątek nie może przejść w polskie ręce. Max wiedział, że zrobi wszystko, by to w jego rękach znalazł się Herman Müller Brauerei. Tłum odprowadzających ostatniego właściciela rybnickiego browaru – Siegfrieda Müllera, powoli się rozchodził. Wszyscy z parasolami nad głowami starali się jak najszybciej dotrzeć do swoich domów. Jedynie rabin Kohlberg został na cmentarzu dłużej. Podszedł do innego, w miarę świeżego grobu, i po policzkach spłynęły mu łzy. Miałbyś już prawie rok synku – pomyślał. Była niedziela 29 kwietnia 1934 r.

Kilka dni później, w prasie ukazało się ogłoszenie, że mimo nagłego odejścia właściciela, browar działa jak działał.

Max Richter, będzie bohaterem tej opowieści. Nie browarnik, nie rabin Kohlberg, a budowniczy, czy, jak dziś byśmy powiedzieli, właściciel lokalnego przedsiębiorstwa budowlanego, którego ambicje doprowadziły do stanowiska dyrektora rybnickiego browaru, po śmierci ostatniego właściciela. Jest to postać naprawdę tajemnicza. Na podstawie tego co o nim zgromadziłam, mogę powiedzieć, że był apodyktycznym, wybuchowym, niezwykle ambitnym i żądnym władzy człowiekiem. Niewątpliwie majętnym. No i niezwykle skutecznym. Nie był lubiany przez polską władzę oraz prasę. Kapitalista w najgorszej postaci, w dodatku z politycznymi aspiracjami. A przede wszystkim dla większości ówczesnych obywateli miasta – Niemiec, w dodatku Żyd.

Jego prywatne życie jest dla mnie tajemnicą. Nie wiem jak wyglądał, nie wiem, czy miał dzieci, nawet dokładnych losów żony Marii nie mogę ustalić – wiem jedynie, że zginęła w czasie wojny. I choć od lat gromadzę o nim skąpe informacje, to dopiero niedawno ustaliłam, że urodził się w Hohenlohehütte (obecnie Wełnowiec, dzielnica Katowic) w 1882 r. jako syn kupca Jakoba i Rosalie. Gdy szedł w kondukcie, kombinując, czy pasierbica zmarłego – Berta, oraz jej polski mąż, mogą zostać właścicielami majątku po Müllerze, miał 52 lata. Na tamte czasy starszy człowiek, na dzisiejsze – mężczyzna w kwiecie wieku.
Richter mieszkał przy ul. Hallera 26 i tam oficjalnie mieściła się jego firma w latach 30-tych. W Rybniku pojawił się jeszcze przed 1920 r. Jego Baugeschäft miał początkowo adres przy Placu Zamkowym, po jakimś czasie przy Promenadestrasse (dziś 3 Maja).

Do końca lat 30-tych Polacy mu pamiętali, że w trakcie plebiscytu zajadle bronił niemieckości tych terenów i przy każdej okazji, prasa podkreślała, że jest „niemieckim żydkiem”. Nie należał do tej grupy niemieckich Żydów, którzy zostając w mieście, zaakceptowali warunki podziału Śląska, więc jawnie uczestniczył w zebraniach mniejszości niemieckiej, nie kryjąc się ze swoimi poglądami.

Gdy na początku 1930 r. reprezentanci gminy ponownie wybrali go do zarządu, w polskich władzach, zawrzało. Śląski Urząd Wojewódzki w Katowicach początkowo odmówił zatwierdzenia tego wyboru i zażądał od władz miasta, stosowych wyjaśnień. Richter, który miał dupę pełną ambicji, wybór przyjął, choć oficjalnie zarząd nie był zatwierdzony przez polskie władze administracyjne.

Prawie przez rok urzędnicy zajmowali się budowlańcem, który, jak to napisano: „(…) bierze oficjalnie udział, tak w sprawie obrony mniejszości żydowskiej, jak i niemieckiej (…)”. Starosta Wyglenda informował władze zwierzchnie, że gmina żydowska starała się nakłonić Richtera do rezygnacji, na co ten się nie zgodził. Chodził na zebrania przełożeństwa gminy i wraz z Alfredem Aronade oraz Martinem Kornblumem, decydował o sprawach członków gminy, jak choćby o zatrudnieniu rabina Zygmunta Kohlberga, czy o odwołaniu się od decyzji zamknięcia przez miasto starego cmentarza żydowskiego.

W październiku 1930 r. władze wojewódzkie nadal wątpiły w jego lojalność w stosunku do państwa polskiego. Ostatecznie go zatwierdzono i m.in. Richter był tym, który skonstruował nowy statut gminy. Był też osobą, która doszła do porozumienia z miastem w sprawie urządzenia nowego cmentarza przy ul. Rudzkiej. Tu wyczuwam interes, który Richter sobie równocześnie załatwił, gdyż do tego miejsca należało doprowadzić wodociąg oraz wybudować, choćby prowizoryczny, dom przedpogrzebowy. Że taki powstał, świadczy mapa z czasów wojny, na której widać niewielki budynek na terenie nowego cmentarza żydowskiego (obecnie cmentarz czerwonoarmistów).
Właśnie na ten cmentarz odprowadzał zmarłego Siegfrieda Müllera, ostatniego właściciela browaru rybnickiego. Jak napisała lokalna prasa, zwykle nieprzychylna Żydom, miasto straciło zacnego obywatela, który w przeciwieństwie do Maxa Richtera, obowiązki w stosunku do państwa polskiego, wypełniał wzorowo.

Müller nie miał własnych dzieci, a jedynie pasierbicę z pierwszego małżeństwa, jego zmarłej wcześniej żony (ewangeliczki). Dla Richtera było oczywistym, że masą spadkową nie mogą zarządzać prawni spadkobiercy, których jak wyliczono było 109. Tak, tak, aż tylu. Chyba nikt z nich nie mieszkał w Rybniku. Koniecznym było wyznaczenie kuratora, potem założenie spółki no i zatrudnienie dyrektora tego największego przedsiębiorstwa w Rybniku. Max znał się nie tylko na budowlance, gdyż już pod koniec lat 20-tych zasiadał w Radzie Nadzorczej „Fr. Mikeska, Górnośląski Przemysł Spirytusowy, Spółka Akcyjna w Rybniku”. Zapomniałam dodać, że był też przez jakiś czas miejskim radnym, z ramienia frakcji niemieckiej. Wybrano go kuratorem majątku po Müllerze, krótko potem władze sądowe go wymieniły, ale za jakiś czas znowu, ponownie pełnił tą funkcję.

Po zakończonym postępowaniu spadkowym, które jak się mogę domyślać, było dość skomplikowane i długie, zadecydowano o założeniu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Pojęcia nie mam kim byli Rudolf i Stefanie Behr, którzy łącznie mieli aż 200 udziałów, czyli najwięcej. Daleki kuzyn zmarłego, Emil Prager, którego imię i nazwisko jeszcze w czasie wojny było używane, gdy mówiono o domu handlowym na Rynku (dziś drogeria Hebe) miał 30 udziałów. A np. jakiś Erwin Danziger tylko jeden, co stanowiło 1/2160 część spadku.

Richter został dyrektorem przedsiębiorstwa, które nadal warzyło rybnickie piwo. Miłym szefem na pewno nie był. Swoją opinię opieram na artykułach publikowanych w Katholische Volkszeitung, którego wydawcą był Artur Trunkhardt – w sumie Niemiec, choć Polak. Antysemicki Narodowiec też szkalował Maxa, ale akurat to wydawnictwo nie jest dla mnie miarodajne.

Trunkhardt, dawny powstaniec, się z Richterem nie pitolił. Jechał po nim jak po starej kobyle i co chwilę publikował niusy, w których opisywał skandaliczne zachowanie dyrektora. A to, że w 1936 r. bezprawnie rozwiązał umowę z najemcą baru restauratorem Cichym, którego prawie z dnia na dzień wywalił na bruk, przedtem nie dostarczając mu piwa oraz odcinając prąd. Choć kto wie, może Cichy nie płacił na czas czynszu? Redaktor uważał, że Richter stosuje w browarze metody rodem z budowlanki oraz, że nie znosi Polaków, więc dlatego naruszył umowę najmu. Wnet gazeta donosiła, że dyrektor browaru uderzył w twarz kierowcę, który zbyt późno wrócił z pracy (rozwoził piwo). Pobity był powstańcem śląskim, więc Trunkhardt grzmiał, iż to było powodem skandalicznego zachowania Richtera. W artykule wspomniał, że nerwy dyrektora mogły być spowodowane tym, że wybudowana przez niego w ogrodzie browarniczym restauracja, nie była zbyt chętnie odwiedzana przez gości.
W 1937 r. Max pobił brygadzistę o nazwisku Salamon, któremu nawet groził, że go zastrzeli. Katholische Volkszeitung informowało, że ordynarne wyzwiska rzucane w stronę pracowników to codzienność. W maju 1938 r. Richter odpowiadał przed sądem za znieważenie innego pracownika Antoniego Reclika. Został skazany na miesiąc więzienia (czy odsiedział, to inna kwestia) oraz 200 zł grzywny. 

Za jego dyrektorowania pojawiło się nowe logo zakładu, a klienci prawie w każdym wydaniu lokalnych gazet widzieli reklamy browaru.

We wrześniu 1938 roku, doszło do serii zamachów na żydowskie geszefty, z których jeden dotknął buńczucznego dyrektora, cały czas równocześnie prowadzącego swoją firmę budowlaną. M.in. pod jego dom przy ul. Hallera, podłożono petardy, których wybuch nie spowodował większych strat. 

W tym czasie, inny poszkodowany, Josef Manneberg już planował wyjazd z Polski. Richter, albo o tym nie myślał, bowiem uważał, że Niemcy to jego naród, albo planów nie zdążył zrealizować. Możliwości do opuszczenia Polski miał, gdyż mógł spieniężyć nie tylko swój biznes, ale i sprzedać nieruchomości. M.in. dom przy Hallera oraz kamienicę przy końcu ul. Sobieskiego, której był właścicielem prawdopodobnie od 1931 r.

Gdy wybuchła wojna miał ponad 57 lat. Browar przejęła Rzesza, nadal produkując w nim piwo.

Od dawna widziałam, że przeżył, choć do teraz nie wiem jak. Po zakończeniu wojny Max, czy raczej wtedy już Maks, wrócił do Rybnika i zamieszkał w domu Priesterów przy Placu Wolności. Tak, jak inny ocalały, Eryk Priester, złożył w starostwie kwestionariusz dotyczący szkód, jakie poniósł przez lata okupacji. Oprócz strat materialnych, czyli zniszczeń domów, utraty pieniędzy np. z tytułu najmu nieruchomości, zrabowanych antyków (m.in. obrazów Kossaka, kryształów), przedmiotów gospodarstwa domowego (radia, patefon, telefony), 2 samochodów osobowych, motocykla, rowerów, Richter wymienił również straty moralne oraz uszczerbki na zdrowiu. Zginęła mu żona Maria z domu Horn, a sam stracił zęby, które jak napisał zostały mu „wytrzaskane” (dosłownie napisał: „wycgaskane”) i nabawił się problemów żołądkowych. Podkreślił, że był prześladowany z powodów rasowych i politycznych. Druk, który wypełniali po wojnie starający się o odszkodowanie miał kilka stron. Opisując zdarzenie, które spowodowało szkodę napisał: „na skutek działań wojennych, przybyłem w obozie, w więzieniu, obkradzony, domy przez min i pociski uszkodzone itd.” (pisownia oryginalna). Przedwojenny nieprzejednany Niemiec, w rubrykach przynależność państwowa i narodowość we wrześniu 1945 r. wpisał: Polska i Polak. 

Nie wiem w jakim obozie przebywał, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to ustalić. Nie wiem też, czy udało mu się z Polski wyjechać. W 1947 r. we Francji czekała na niego wiza chilijska, którą załatwiał poprzez JOINT. Nie miał wtedy jeszcze tranzytowej wizy francuskiej. Miał 65 lat i chciał w dalekiej Ameryce Południowej zacząć od nowa, bo w Rybniku nie dość, że pamiętano o jego przedwojennych wybrykach, to jeszcze na dodatek, jego nieruchomości przejmowała komunistyczna władza. 

Prawdopodobnie do Chile nie dotarł. Być może nawet zmarł w Rybniku. Niedostępne są dla mnie zasoby USC – bo ze mnie żadna zstępna, a wrogie hasło RODO blokuje takich domorosłych badaczy jak ja. Nie sprawdzę, czy zmarł u nas, choć moje przeczucie, że leży gdzieś na naszym cmentarzu podziela ukochany Sławek Pastuszka, który bezskutecznie starał się mi znaleźć w świecie jego grób.
Nieznane pozostają również okoliczności śmierci jego żony Marii z domu Horn, która przed wojną była współwłaścicielką (chyba z siostrą) Rybnickiej Fabryki Mydła przy Sobieskiego.

Może ktoś z czytelników słyszał o krewkim dyrektorze, albo mieszka w domu przez niego zbudowanym i kiedyś uzupełnię ten wpis o dodatkowe informacje… 

Tymczasem słyszę, że nadchodzą upały, więc polecam gasić pragnienie piwem z „Browaru Rybnik„, tak jak robiono to przed wojną przy schronisku Studzienka w podrybnickich Jankowicach.  Ciekawe, czy woźnica na zdjęciu, to ten pobity za spóźnienie? Nie lubię szefów nie szanujących swoich pracowników, więc Maximilian Richter nie zostanie zaliczony do grupy ulubionych przedwojennych rybniczan. 

Jak zwykle korzystałam z zasobów Archiwum Państwowego w Raciborzu oraz Katowicach, ze starych gazet, które można czytać na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Max Richter – krewki budowlaniec i dyrektor browaru została wyłączona
luty 6

Major Leopold Okulicki, prokurent Otto Attermann i pies

Życie generała Leopolda Okulickiego, żołnierza w czasie wojny bolszewickiej, obrońcy Warszawy, cichociemnego, ostatniego dowódcy Armii Krajowej, zamordowanego przez Sowietów po tzw. procesie szesnastu pod koniec 1946 w więzieniu na Łubiance w Moskwie, można prześledzić na wielu stronach internetowych, zastanawiając się nad tragicznym losem tego bohatera.

Generał, jeszcze wtedy w randze majora, od kwietnia 1930 do czerwca 1931 roku, przebywał w Rybniku jako dowódca batalionu 75 pułku piechoty. Był u nas ciut ponad rok. Ulica nazwana jego imieniem jest bardzo długa i ciągnie się od Chwałowic do Radziejowa. Na domu, w którym mieszkał (wówczas przy ul. Rudzkiej, obecnie to Chrószcza) umieszczono pamiątkową tablicę. Aż tyle, czy tylko tyle? Na mój rozum akurat.

Ze trzy lata temu, natknęłam się na dziwną pamiątkę po pobycie Okulickiego w Rybniku, czyli jego podpis na dokumencie ślubu. Nie własnym, rzecz jasna. Podpisał się jako świadek.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pan młody był żołnierzem. Ale nie! Żeniący się mężczyzna był żydowskim kupcem, czy też raczej wtedy jeszcze pełnomocnikiem jednej z rybnickich firm. Ślub był „mieszany”, gdyż wybranka była wyznania katolickiego. Jeszcze żeby panna młoda była córką jakiejś ważnej persony z przedwojennego Rybnika, to też bym to jakoś zrozumiała. Ale nie! Była to córka ślusarza z Kolonii Emma w Radlinie.

Dlaczego? Jak? Przez jakie okoliczności? Major Leopold Okulicki, wraz z innym Żydem kupcem – Marcelim Steinerem świadkował w styczniu 1931 r. na ślubie Ottona Attermanna, urodzonego w Vítkovicach, czyli w jednym z dzisiejszych obwodów Ostrawy oraz Klary Antonii Lindnerówny, urodzonej w Paruszowcu.
Wykazy płaconych na rzecz gminy żydowskiej podatków, potwierdzają pobyt Attermanna w Rybniku. Nawet jest podany adres zamieszkania, zresztą taki sam co drugiego ze świadków. Obydwaj mieszkali w kamienicy przy ul. Sobieskiego 19. Czyli jeden ze świadków był sąsiadem, co jest dość logiczne, tym bardziej, że Otton nie był „nasz”, więc za dużo znajomych raczej nie miał. Ale skąd wytrzasnął Okulickiego?

Postarałam się poszukać czegoś na temat Ottona. W ostrawskich wykazach adresowych znalazłam sporo Attermanów. Dość szybko udało się ustalić, że jego rodzice zginęli w czasie wojny w obozie koncentracyjnym w Theresienstadt. Gorzej było z namierzeniem pana młodego. Dopiero, gdy natrafiłam na opis tragedii, która miała miejsce pod koniec 1932 roku wyjaśniło się, że Attermann pojawił się w Rybniku jako prokurent firmy „Fr. Mikeska Górnośląski Przemysł Spirytusowy Spółka Akcyjna”. Spółka miała siedzibę pod adresem Rybnik ul. Sobieskiego 19-21. Marceli Steiner, który wraz z Okulickim spotkał się w rybnickim Urzędzie Stanu Cywilnego, by wspólnie poświadczyć zawarcie tego małżeństwa, też był przez pewien czas prokurentem u Mikeski, a od 1928 r. nawet zasiadał w zarządzie spółki. Obydwaj mieszkali w miejscu pracy. Jako ciekawostkę dodam, że sporo Żydów działało w tej firmie, co widać po informacjach o zmianach w zarządzie firmy, która miała swoje filie w wielu miastach na Śląsku.

Może firma Franciszka Mikeski dostarczała gorzołkę dla stacjonujących w Rybniku żołnierzy? Raczej nie da się ustalić powodu, dla którego Okulicki został świadkiem na ślubie Ottona, wyznania izraelickiego i Klary katoliczki.

Wspomniałam o dramacie, który zdarzył się w niecałe dwa lata po ślubie,  małżonkowie wtedy cieszyli się już pierwszym potomkiem. Gdy w prasie rzuciła mi się w oczy klepsydra informująca o śmierci Klary Attermann, zaraz czułam, że coś się musiało stać.

Początkowo przyjęłam, że zmarła przy porodzie syna Petera, bo to wydawało mi się najprostszym rozwiązaniem. W życiu bym nie przypuszczała, że powodem śmierci tej dwudziestopięciolatki był pies. Jak to dobrze, że nasz kronikarz i redaktor naczelny Katholische Volkszeitung – Artur Trukhardt lubił pisać o małych sensacjach i plotkach. Dzięki jego relacji wiem co się stało.

W okolicach świąt Bożego Narodzenia, panią Attermann ugryzł w nogę pies. Dodam, że nie obcy, a swój własny – niby niegroźny. Ponoć pies rozrabiał w mieszkaniu, więc Klara pogroziła mu kijem. Ten rzucił się na nią i dotkliwie pogryzł. Początkowo pogryziona nie przywiązywała wagi do ran, lekceważąc to co się stało. Niestety doszło do zakażenia krwi i młoda kobieta zmarła w strasznych męczarniach na tężec 29 grudnia 1932 r. Nie podano szczepionki, choć już wtedy była dostępna. No cóż… Niewiele się zmieniło od tamtych czasów.

Tu warto dopowiedzieć, że dziennikarz nie omieszkał wspomnieć, iż zmarła po ślubie zmieniła wiarę, ale gdy nadchodził jej kres i zanim „zbladły na zawsze jej usta”, powróciła na łono Boga chrześcijańskiego.

Wdowiec sprzedał owczarka, ale ten już dwa tygodnie później pogryzł trzymającą go na smyczy dziewczynkę w Rydułtowach. Trzech rosłych chłopów nie potrafiło go od niej odciągnąć. Mam nadzieję, że tym razem podano szczepionkę. Swego czasu i mnie też pogryzł wielki pies i dobrze pamiętam jak wyglądała moja ręka po dwóch dniach, gdy zaczęły w niej wyrabiać drobnoustroje tlenowe i beztlenowe. Jako osoba ufająca nauce i lekarzom, przeszłam cały cykl szczepień przeciw tężcowi i wściekliźnie.

Dalsze losy psa, który przyczynił się do śmierci Klary nie są znane.

Co się stało z Ottonem Attermannem i jego synkiem też nie wiem. Mimo naprawdę rozległych poszukiwań nie znalazłam o nich żadnych informacji. W czasie wojny zamordowano drugiego ze świadków – Marcela Steinera. Na szczęście jego żona i urodzony w 1928 r. w Rybniku syn Erno przeżyli. W 1948 r. starali się o wyjazd do Australii.  

Na cmentarzu na Powązkach jest symboliczny grób generała Leopolda Okulickiego, który jako major, 91 lat temu szkryfnął się w rybnickim magistracie na jednym dokumencie. Czy był potem na weselu? Myślę, że tak. Wznosił toast młodej pary wódką z Rybnika 😆

styczeń 18

Nazwał mnie pan ocalałym. Ja ocalałem dzięki nim.

77 rocznica wyzwolenia KL Auschwitz i tym samym 77 rocznica przemarszu więźniów tego obozu przez Rybnik.

Od jakiegoś czasu staram się wyławiać z listy mężczyzn, którzy w tym strasznym marszu szli przez nasze miasto jedną osobę, by ją przybliżyć. W ubiegłym roku był to Niemiec, więzień wielu obozów, po jakimś czasie odznaczony tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. O innych poczytajcie w odrębnych szufladkach.

Dziś będzie o tym, który został, jako jeden z trzech, uratowany przez rodzinę państwa Zimoniów z Wielopola, będącego w 1945 roku osobną wsią, a obecnie jedną z północnych dzielnic Rybnika. A potem był jednym z kilku wsypujących prochy hitlerowca do morza.

Michael Goldman, później Michael Gilad, urodził się w 1925 r. w Katowicach. Pochodził z religijnej rodziny, która w okresie międzywojennym zamieszkała na Śląsku. Miał starszego brata i młodszą siostrzyczkę, z którą był wyjątkowo związany. Gdy wybuchła wojna, rodzina Goldmanów rozpoczęła tułaczkę, jak wielu innych, na wschód Polski. Ich celem była Bircza, wówczas małe miasteczko na Podkarpaciu, w którym mieszkała rodzina taty. Bircza we wrześniu została zajęta przez Armię Czerwoną i znalazła się w strefie okupowanej przez Sowietów. Wiosną 1940 roku starszy brat Michaela został zaciągnięty do czerwonoarmistów i na wiele lat słuch o nim zaginął. Krótko potem rodzina zdecydowała o przeprowadzce do małych Niżankowic (obecnie to wieś zaraz za polską granicą w Ukrainie). Jak to powiedział Michael w wywiadzie dla Yad Vashem, starali się wieść jako tako normalne życie w tej nienormalnej sytuacji. Z Katowic wyruszyli z dwoma walizkami i kluczami do swego małego interesu. W Niżankowicach klucze nawet do najbogatszego biznesu w KATO nie stanowiły żadnej wartości, za to zawartość walizek już tak.

22 czerwca 1941 roku Niemcy rozpoczęli Operację Barbarossa. Następnego dnia weszli do Niżankowic. Goldmanowie zdecydowali, że jednak wrócą do Birczy, w której krótko potem powstało getto. Nastoletniego Michaela wywieziono do obozu pracy w Przemyślu. W Przemyślu również były dwa getta, w których na dość małym obszarze stłoczono około 20.000 ludzi. Po jakimś czasie do Przemyśla przywieziono rodziców i siostrę. Michael spotkał ich 26 lipca 1942 roku – dokładnie w swoje urodziny.

Nie muszę swoim czytelnikom tłumaczyć, czy opisywać jak mogło wyglądać życie w getcie. Muszę jednak przytoczyć historię, gdyż ona pokazuje ile człowiek może wytrzymać i znieść i jaką ma niesamowitą wolę życia. Otóż pewnego dnia nastolatek został wezwany przed oblicze komendanta obozu Josefa Schwammbergera, zbrodniarza wojennego, sadysty odpowiedzialnego za śmierć tysięcy ludzi. Wszyscy wiedzieli, że jeśli Schwammberger kogoś wzywa, to życie wezwanego zostanie zakończone. Michael, za ukrycie polskich książek o pociągach, został skazany na chłostę. Komendant kazał przynieść ławkę, na której zawsze katował Żydów. Zazwyczaj było to 25 batów. Gdy decydował o 50 batach, to zawsze po nich strzelał z pistoletu do skatowanego. O tym wszyscy wiedzieli. Wiedział i Michael. Zdał sobie sprawę, że to koniec. Położono go na ławce i Schwammberger zaczął go okładać smyczą, na której jeszcze przed chwilą trzymał owczarka niemieckiego i liczył. Po kilkunastu batach chłopak stracił przytomność. Odzyskiwał ją i znowu mdlał. On nie liczył, ale liczyli inni. 80 batów! W pewnym momencie chłopak usłyszał „Aufstehen!” (Wstać!). Wstał, czując jak krew cieknie po całym jego ciele. „Do trzech minut chcę widzieć te książki!” rozkazał kat. Gdy zostały przyniesione, owinął smycz dookoła szyi nastolatka i kazał mu się wynosić. Michael do dziś nie potrafi odpowiedzieć na pytania ludzi, jakim cudem przeżył to batożenie, miał siły wstać i jeszcze przynieść ukryte książki. Niewiarygodne są pokłady siły w człowieku.

Do września 1943 obydwa getta w Przemyślu zostały zlikwidowane. Michael został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Szebniach. Jego rodzina, wraz z tysiącami innych, do obozu zagłady w Bełżcu, o czym dowiedział się dopiero po wojnie. Szebnie, jak to powiedział w wywiadzie, to był taki przedsionek Auschwitz. Pracował jako elektryk, choć nim nie był. Tam komendantem był Josef Grzimek, a o nim może ktoś z was już słyszał. Kolejny zbrodniarz, który związany jest z Rybnikiem, gdyż brał udział w prowokacji w Hochlinden, tj. dzisiejszych rybnickich Stodołach krótko przed wybuchem wojny.

Następnym przystankiem już było Auschwitz. Wiedział czym jest to miejsce. Przy selekcji skłamał i podał esesmanowi w białych rękawiczkach (!), że jest o rok starszy oraz że jest ślusarzem. Jego kolega, który nie potrafił kłamać i podał prawdę, natychmiast został skierowany na lewo. Michael już nigdy kolegi nie widział. O tego momentu stał się numerem. 

Po miesiącu przeniesiono go do Auschwitz III-Monowitz, gdzie pracował ponad siły dla IG Farben, a 77 lat temu był jednym z tych, których pędzono przez śląską ziemię. Niejednokrotnie opisywałam co stało się w okolicach Rybnika. Pokrótce przypomnę tym, którzy nigdy o tym nie czytali czy słyszeli. W Gliwicach więźniów Marszu Śmierci załadowano do wagonów towarowych i pociąg ruszył w stronę Rybnika. Z niewiadomych przyczyn zatrzymał się na stacji w Rzędówce (dziś Leszczyny) gdzie doszło do pierwszej masakry i zamordowania ponad 300 osób. Gdy sformowano ponownie kolumny więźniowie ruszyli w stronę Rybnika. Część popędzono przez las w stronę Wielopola. W tej grupie był Goldman. Niedługo potem doszło do strzelaniny w lesie w Kamieniu, w trakcie której wielu zbiegło, ale i wielu zginęło.

Michael w tym czasie szedł obok dwóch kolegów na północ od Rybnika przez małe Wielopole. Napuchnięte nogi nie miały już sił. Pomyślał: „Albo teraz spróbuję uciec, albo usiądę i będę czekał na kulę”. Zobaczył, że jeden z esesmanów jest z przodu, pociągnął kolegę Hansa Ausbachera, wyszli z szeregu i wskoczyli do rowu. Po obu stronach drogi były rowy całkowicie zasypane śniegiem. Bez ruchu leżeli twarzą w śniegu jakby byli nieżywi. Gdy kolumna się oddaliła wskoczyli na podwórze stojącego obok domu. Nie wiedzieli kto tu mieszka. Czy Niemcy, czy Polacy, czy Volksdojcze. Po minucie dołączył do nich Eli Heyman, który zauważył ich ucieczkę. Na podwórku była studnia i końcu mogli się choć napić wody, po kilku dniach potwornego marszu. Nie wiedzieli, czy właściciele są w domu i zaczęli szukać miejsca do ukrycia. Michael zobaczył drabinę przystawioną do stodoły pełnej siana czy słomy. Wspięli się po drabinie na pięterko i schowali najgłębiej jak mogli. Tak przeczekali noc. Nagle zobaczyli kogoś, kto wspiął się do nich i położył bochenek chleba oraz dzbanek i szybko zszedł. Michael podczołgał się w kierunku chleba. Dzbanek był pełen ciepłego mleka. Zaczęli jeść. Popatrzcie na oczy starego Michaela gdy opowiada jak połykali ten chleb (47 minuta filmu, który wklejam poniżej). Po jakiejś godzinie, czy dwóch znów usłyszeli, że ktoś się wspina po drabinie. Ujrzeli głowę dziewczynki o blond włosach. Usiadła naprzeciw uciekinierów i powiedziała: „Możecie zostać. Moi rodzice postanowili, że was ukryją”. Codziennie się do nich wspinała i przynosiła, chleb, zupę. Zostali tam do 26 stycznia. 6 dni.

Rodziną, która ocaliła tych trzech Żydów byli Regina i Konrad Zimoniowie z córką Lucyną z Wielopola. Ocalili trzy światy. Nie wydali, nie zadenuncjowali, nie wywalili, a dali ciepłe mleko i chleb, ryzykując swoje życie – na pewno cholernie się bojąc. Ktoś może pomyśleć, co to za wielki heroizm dać mleko. A ja odpowiem: tak, ogromny heroizm. Bohaterstwo to nie tylko rzucanie granatów na wroga, czy wysadzanie pociągów. W latach 90-tych, z inicjatywy Michaela Goldmana, już wówczas Gilada wszyscy troje zostali uhonorowani tytułem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Ich nazwiska są w Yad Vashem, są w Parku Ocalałych w Łodzi, na stronie Muzeum Polin, opisano ich w wielu książkach, itp., itd.

Michael po raz pierwszy odwiedził, tych którzy go ocalili w 1990 r., choć był z nimi w kontakcie listowym. Do dziś potomkowie rodziny utrzymują z nim kontakt. W wywiadzie powiedział pytającemu: „Nazwał mnie pan ocalałym. Ja ocalałam dzięki nim”.

Drewniana drabina z podrybnickiego Wielopola – ten symbol ocalenia, od 2018 roku jest eksponatem w United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. ➡ https://collections.ushmm.org/search/catalog/irn594405

 

A jakie były dalsze losy tego młodego człowieka, który pod Rybnikiem zdecydował się na ucieczkę? Nadejście Rosjan o mało co nie skończyło się dla uciekinierów tragicznie. Ruscy nie za bardzo kumali „who was who”. Na szczęście ich nie rozstrzelano jako Niemców. Michael dotarł do Katowic, zaciągnął się do Armii Czerwonej i jako czołgista poszedł bić z Niemcami. W trakcie walk o czeską Pragę został ranny i koniec wojny zastał go w szpitalu. Po wojnie wrócił do Katowic, ale nie odnalazł ani bliskich ani przyjaciół. Mieszkanie było zajęte. Dostał się do obozu dla przesiedleńców na Zachodzie i starał się dotrzeć do Palestyny na statku Hatikva w 1947 r. Przeszedł obóz internowania na Cyprze i ostatecznie znalazł się w Izraelu, dopiero gdy powstało to państwo. Rozpoczął pracę w policji, z której zwolnił się w 1958 roku, głównie z powodu zarobków. Rok przedtem dowiedział się, że jego starszy brat przeżył wojnę i mieszka w ZSRR. Bracia spotkali się w 1961 r.
I teraz dochodzimy do ważnego momentu tej opowieści, choć nie najważniejszego. Bo w końcu uratowania czyjegoś życia nie można porównywać w żaden sposób z procesem zbrodniarza. Myślę jednak, że to o czym zaraz napiszę może być dla niektórych niezwykle ciekawe.
O Adolfie Eichmannie na pewno wszyscy słyszeliście (jak nie, to tu link ➡ https://polin.pl/pl/proces-eichmanna

Może niektórzy widzieli nawet jakiś film fabularny opisujący jego porwanie z Argentyny i proces. Otóż, gdy Eichmanna przywieziono do Izraela, państwo to musiało się bardzo dobrze przygotować do jego procesu. Michael wiedział kim był i kilka dni po oficjalnym ogłoszeniu przez premiera Ben Guriona o schwytaniu Eichamnna, zgłosił się do pomocy przy procesie. Przywrócono go do pracy w policji i włączono do zespołu tzw. „Biura 06”. Śledztwo trwało wiele miesięcy. Michael też przesłuchiwał sądzonego. Zacytuję jego słowa: „Gdy siadł przede mną i otwarł usta, poczułem jakby otworzyło się krematorium. Brama krematorium”. Celem procesu było udowodnienie zbrodni kryminalnych, ale członkom Biura 06 chodziło o proces o Holokaust. Nie chodziło tylko o tego jednego zbrodniarza. Jednym z zeznających był izraelski pisarz, który też uciekł pod Rybnikiem. ➡ https://szufladamalgosi.pl/planeta-auschwitz/

Głównym oskarżycielem został Gideon Hausner.
Przesłuchiwano wielu ocalałych, którzy opowiadali o swoich przeżyciach. Świadkiem był m.in. dr Józef Burzmiński, który tak jak Michael był w getcie w Przemyślu. W pewnym momencie zaczął mówić o komendancie Josefie Schwammbergerze i o wymierzeniu 80 batów młodemu chłopakowi. Przesłuchujący prokurator zadał pytanie: „Czy widzi pan w tym pomieszczeniu chłopaka, którego tak schłostano?”. Padła odpowiedź: „Tak, to oficer Goldman, który siedzi naprzeciw mnie. Obok pana Hausnera”. Ocalony w Wielopolu Michael był osobistym asystentem głównego oskarżyciela Gideona Hausnera w procesie Eichamanna. W trakcie przerwy Hausner odwrócił się do Michaela i spytał: „Siedzimy obok siebie codziennie, czytamy zeznania, które ty zbierasz i nigdy nie powiedziałeś ani słowa o sobie”.

 

Eichmann został skazany na śmierć przez powieszenie. Krótko przed północą 31 maja 1962 roku wykonano wyrok. Michael Goldman-Gilad był jednym z dwóch oficerów, którzy był świadkami zawiśnięcia nazisty na stryczku. „Powiesiliśmy jednego. Nie mogliśmy go powiesić 6 milionów razy”. Ciało spalono. Gilad zobaczył urnę z prochami.
Stojąc tam, przypomniałem sobie, że mniej więcej tydzień po przyjeździe do Birkenau, w listopadzie 1943 r., zostałem wyprowadzony z bloku z grupą około dziesięciu więźniów i zaprowadzono nas do krematoriów. Wiedzieliśmy już, co się tam dzieje i myśleliśmy, że prowadzi nas na śmierć. Ziemia była lodowata i szliśmy w drewnianych sabotach. Stał tam polski kapo z kilkoma esesmanami. Zostaliśmy doprowadzeni do góry popiołu. Kazano nam wziąć taczki, zasypać je popiołem i rozsypać po trasach patroli esesmanów, żeby się nie poślizgnęli. To była praca na cały dzień. Później wróciliśmy do obozu. Następnego dnia zabrali inną grupę i podobno nigdy nie wrócili. Natychmiast po tym, jak usunęli ciało Eichmanna i zobaczyłem, co z niego zostało, zrozumiałem, ile setek tysięcy musiało znajdować się w tym stosie popiołu; to takie powiązanie, którego nie zapomnę do końca życia.”

Potem w kilku oficerów pojechali do portu w Jaffie, policyjną łodzią wypłynęli w morze, 6 mil poza wody terytorialne Izraela. Wspólnie trzymając urnę wysypali prochy do Morza Śródziemnego. Gdy w ciszy wracali do portu, Michael myślał o rodzicach. Nad Jaffą wschodziło słońce.

PS. Michael Goldman-Gilad w 1992 roku był świadkiem na procesie Josef Schwammbergera, który tak jak Eichmann ukrywał w Argentynie, ale aż do późnych lat 80-tych. Schwammberger pamiętał chłopaka, któremu wymierzył 80 razów. Skazano go na dożywocie.
Michael Goldman-Gilad nadal żyje dzięki rodzinie Zimoniów.

Bardziej zaciekawionym, znającym angielski lub hebrajski polecam wywiad z Giladem.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Yad Vashem oraz są screenami z wywiadu. Jaffa moja własna. 

grudzień 27

Stary Rok z Nowym pucharem się trąca

Na koniec Starego Roku będzie dużo staroci. Zresztą tak jak zwykle 😉 Z jaką nadzieją wchodzono w rok 1939? Wierszyk z gazety „7 groszy” jest odpowiedzią:
Stary Rok z Nowym pucharem się trąca,
A ten ma oręż, i tamten jest zbrojny,
Starego chyba nie ma co żałować,
Bo w nim o nie mało nie doszło do wojny.
Czy Nowy będzie pod tym względem lepszy?
Co nam uwarzą dyplomatów kuchnie?…
Myślimy, mówiąc: „Witaj Nowy Roku!” –
„Niechże i w tobie wojna nie wybuchnie!”

A czego życzyli swoim klientom rybniccy Żydzi?
Firma Wohle-Worth prowadzona przez rodzinę Brauer, wchodziła w 1939 r. z dobrym towarem i dostępnymi cenami, radując się prywatnie z powiększenia rodziny, które miało wkrótce nastąpić. Mieszkali i handlowali przy Sobieskiego 11. Max Brauer ze swoją żoną oraz urodzoną w kwietniu 1939 r. maleńką córeczką Ruth, wraz z bratem Lotarem i rodzicami Louisem i Else uciekali wnet przed hitlerowcami na wschód. Wojny nie przeżyli Lotar oraz stary dziadek Louis Brauer.

Eryk Priester prowadzący, wraz ze swoją mamą Olgą, interes po dziadku po kądzieli – Noah Leschczinerze, dał takie ogłoszenie życząc wszystkim swoim przyjaciołom, znajomym i klientom szczęścia w Nowym Roku. Miał sklep przy Sobieskiego 2. Dziś to restauracja „Tu i Teraz” przy Rynku.

Sam, te chwile szczęścia zdołał jeszcze złapać na letnich wakacjach w Krynicy właśnie z matką. Wiosną 1940 r. wywieziono go do getta w Trzebini. Zdołał przetrwać ukrywany przez Polaków, wspomaganych przez nieżydowską pierwszą żonę Eryka. Jego mama Olga niestety została zamordowana. Zresztą tak jak i jedna z sióstr Herta. Dziadek Noah zdążył (jak to brzmi!) umrzeć śmiercią naturalną na początku 1940 r. w Rybniku.

Prosit Neujahr! Od Josefa Kaisera i familii. Mieli sklep tam gdzie dziś możecie kupić gryfne geszynki – też przy Sobieskiego.

Z siedmioosobowej rodziny cudem przeżyły pobyty w gettach i obozach dwie Kaiserówny Erna i Else. Josef, jego żona Flora, trzecia córka Greta, oraz dwaj synowie Hans i Kurt zostali zamordowani w różnych obozach koncentracyjnych.

Firma Aronadych również nie zapomniała o swojej klienteli na przełomie 1938/1939. Tradycja zobowiązywała do opublikowania ogłoszenia z życzeniami. Przed Nowym Rokiem na pewno w ich sklepie – na roku Rynku i Zamkowej (obecnie kawiarnia Lilly) rybniczanie kupowali na potęgę frykasy na zabawy sylwestrowe. 

Współwłaściciel firmy, jak widać ze zdjęcia – miłośnik zwierząt, ➡ Fritz Aronade, został zamordowany 4 września 1939 w Woszczycach. Jego żonę ➡ Hertę z rodu Priesterów oraz córeczkę Werę zadenuncjowali jacyś rybniczanie. Zamordowano je w okolicach 1941 lub 1942 roku. Drugi z współwłaścicieli, ojciec Fritza – Alfred Aronade, zginął prawdopodobnie w Kazachstanie. Losy młodszego brata nie są znane.

By nie kończyć tak bardzo smutno, przedstawię jeszcze ogłoszenie naszego przedwojennego potentata na rynku produktów żelaznych i budowalnych.

Józef Manneberg, bo o nim mowa, życząc szanownym odbiorcom i znajomym wesołego Nowego Roku już miał wszystko w głowie poukładane. Do roli uchodźcy z Polski, jako polski obywatel, choć z niemieckim pochodzeniem, szykował się od prawie dwóch lat, przewidując w swoim analitycznym umyśle co się może wydarzyć. Stary Rok z Nowym pucharem się trąca, A ten ma oręż, i tamten jest zbrojny. Nie wierzył ani armii, ani politykom, ani polskiej propagandzie, a jedynie swojemu rozsądkowi i intuicji. Rodziny starszego syna i córki już wyprawił do Palestyny. Gdy o północy trącał się z żoną i najmłodszym Hansem kieliszkiem szampana, to wiedział, że trzeba będzie przeboleć i to ukochane miasto, i znajomych, i straty finansowe, i ten dorobek, bo życie jest najważniejsze. Życzyli sobie, by się im udało to, co Józef tak skrupulatnie zaplanował. Swoje 65 urodziny, 1 maja 1939 jeszcze obchodził nad, prawie już nie swoimi sklepami, przy Sobieskiego 15. Pełen obaw żegnał wtedy też syna Hansa, który ostatni raz szedł przez Rynek w stronę stacji kolejowej, która była początkiem jego tułaczki/ucieczki. Gdy 22 maja do Rybnika dotarł telegram, że Hanik, bo tak go zwano, dotarł do Tel Awiwu, Józef częściowo odetchnął z ulgą. Wszystkie dzieci były bezpieczne. Od tego momentu działał jak dobrze nasmarowana maszyna i gdzie trzeba było „smarował” kasą, by żaden trybik nie wyskoczył. 6 czerwca odbiór paszportów w Warszawie, 9 czerwca odbiór wiz w Warszawie, powrót do Rybnika przez Kraków, 14 czerwca przekroczenie granicy polsko-rumuńskiej, następnego dnia port w Konstancy i wypływanie do Istambułu, dalej do Aleksandrii, a stamtąd do Hajfy. 20 czerwca brytyjski urzędnik imigracyjny w Tel Awiwie, do paszportów obojga Mannebergów seniorów, wbił pieczątki uprawniające do pobytu w Palestynie przez 3 miesiące. Spełniło się życzenie sylwestrowe składane jeszcze w Rybniku. Na obcej ziemi, która przygarnęła całą rodzinę z Rybnika doczekał wnuków i złotego wesela.

Bądźmy w tym 2022 roku jak Josef mądrzy, rozsądni, przewidujący i kochający swoją rodzinę. Oby nam się udało doczekać złotych, a nawet diamentowych godów. 

(Wszystkie ogłoszenia noworoczne pochodzą z Katholische Volks-Zeitung Arthura Trukhardta z końca 1938 i początku 1939, zdjęcia zaś z archiwów domowych wspomnianych rodzin).

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Stary Rok z Nowym pucharem się trąca została wyłączona
grudzień 3

Grudniowy czas

Przedświąteczny grudniowy czas to chyba najlepszy okres dla handlowców. Tak było i ponad 80 lat temu.

W przedwojennym Rybniku do tego gorącego, choć zimowego, czasu szykowali się głównie ci, których produkty mogły posłużyć za prezenty oraz sprzedawcy delikatesowych specjałów.

Od lat dwudziestych do zakupu słodkości zachęcał Dom Czekolady prowadzony przez rodzinę Königsfeldów, choć głównie przez Marię.

W bezpośrednim sąsiedztwie Domu Czekolady można było zaopatrzyć się w inne niezbędne przed świętami produkty. Znana i niezwykle szanowna firma „Jonas Aronade”, prowadzona przez syna i, od lat trzydziestych, również wnuka Jonasa, tj. przez Alfreda i Fritza polecała na święta orzechy włoskie i laskowe, świeży mak i wszelakie wypieki. Już wtedy panie domu mogły sobie kupić gotowca i nie musiały się obawiać, że ciasto nie urośnie.

Z racji tego, że rodzina Aronadych miała własną palarnię kawy, to rybniczan nie trzeba chyba było przekonywać do odwiedzenia ich sklepu na rogu Rynku i Zamkowej. Przy okazji mogli kupić herbatę, kakao – wszystko tanio, z rabatem.

Też przy Rynku, do zakupu swoich towarów przed Bożym Narodzeniem namawiała firma „A. Böhm”, której głową był Szymon, a pomocnikami jego synowie Gerhard i Kurt.

A po prezenty, w szczególności zabawki, trzeba było udać się na Sobieskiego do braci Brauerów. „Nasza dewiza zadowolony klient” 🙂

A gdy już wsio zostało zakupione, to można było pójść do kina, by zobaczyć największą gwiazdę przedwojennego kina. Aleksander Leuchter, żydowski właściciel Lichtbildtheater, w grudniu 1930 r. zapraszał na „Tajemnicę starego rodu” z Jadwigą Smosarską i Jerzym Marrem.

Post Scriptum.
Nieznane mi są losy Marii Königsfeld. Prawdopodobnie została zamordowana w Holokauście.
Alfred Aronade i jego syn Fritz nie przeżyli wojny. Fritz zginął 4 września 1939 w Woszczycach. Alfred w 1943 roku w Kazachstanie.
Z rodziny Böhm chyba wojnę przeżył jedynie Gerhard.
Lothar Brauer w trakcie ucieczki w 1939 r. z całą rodziną na Wschód, już na terenie Związku Radzieckiego, wysiadł na moment z pociągu, który miał stać przez cały dzień na jakiejś stacji kolejowej w polach. Był cukrzykiem, więc poszedł kupić/poszukać czegoś do jedzenia dla siebie i rodziny. Niestety, pociąg ruszył. Reszty nie muszę dopowiadać. Max, jego mama, żona i maleńka córeczka przeżyli wojnę na Dalekim Wschodzie.
Aleksander Leuchter prawie na 100% został wywieziony do getta w Trzebini. Dalsze losy nieznane.

Słucham radia. Lao Che. „Wojenka”. Niezmiennie: Gdyby do nas przyszła, Skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś, kłamałbym jak popadnie, choć kłamać, córeńko nieładnie. A teraz nowa płyta Spiętego! Jak mogło mi to umknąć w tym roku?! Łał!!! 

Idee są jak złote jaja póty
Póki się nie zrobią zbuki
W założeniu prześliczne
W praktyce diaboliczne

Udanych zakupów. I nie zapomnijcie o boosterze! 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Grudniowy czas została wyłączona
listopad 23

Max Rotter i jego rodzina

Porządkując swoją szufladę z napisem „Manneberg”, czyli wszystkie informacje o tej rodzinie, przyglądnęłam się ponownie telegramom, które z okazji zamążpójścia w 1926 roku otrzymała Rosel Manneberg – córka Josefa, poważanego kupca rybnickiego.

Ten, na który spojrzałam ciut dłużej nadany został przez Maxa Rottera z rodziną. Mało znane w naszym mieście nazwisko. Max też jakoś mi się nie kojarzył z niczym ciekawym. Między Bogiem a prawdą, w ogóle mi się nie kojarzył. Zrobiłam głębokie grzebu grzebu, i… znalazłam akt ślubu Maxa z 1900 roku, który dostałam lata temu od pani dr Ewy Kulik z naszego muzeum. A taki akt to skarbnica informacji. Małżeństwo zawierali: Max, urodzony w Tychach, a zamieszkały w Chemnitz (zagwozdka!), jego wybranka Regina urodzona w Wodzisławiu Śląskim (wtedy Loslau), a przebywająca na stałe w dzisiejszej dzielnicy Smolna, wówczas jeszcze odrębnej wsi za rogatkami miasta. Podpisali się dwaj ważni świadkowie, czyli Leopold Manneberg i Adolf Apt. Teść i zięć. I teraz taka koincydencja 🙂 Panna wychodząca za Rottera pochodziła z rodu Mannebergów i miała na imię Regina. A jedyna córka świadka Leopolda, zarazem żona drugiego świadka Adolfa Apta, też miała na imię Regina i urodziła się jako Manneberg. Obie Reginy Manneberg były więc kuzynkami.

Rok po ślubie małżonkom urodził się pod Rybnikiem pierwszy syn Georg, a w 1905 r. córka Charlotte. Max oficjalnie występował jako Gastwirt oraz Kaufmann w Rybniku-Smolnej. Przynajmniej tak podawano w Rybniker Kreisblatt za rok 1904 i 1905.

Myślę jednak, że już wtedy planował zakup Gasthausu, czy też wręcz hotelu w Mokrem (dziś część Mikołowa) od Wilhelma Czwiklitzera. Gazeta Katolik podała właśnie taką informację, lekko przeinaczając nazwisko Maxa.

Stare pocztówki prezentują bardzo przyzwoity obiekt. Wręcz bym powiedziała: bogaty. Na jego zapleczu ogród z kręgielnią! Zapewne jeden ze stojących przed zajazdem mężczyzn to Max. No i żona z naszej Smolnej i dzieci. Nowy właściciel wiedział jak się zareklamować. Jeszcze przed wybuchem I wojny szukał „dziewczyny do wyszynku”, potem pomocnika handlowego, gdyż oprócz oberży, handlował towarami kolonialnymi, drogeryjnymi i krótkimi towarami żelaznymi.

W czasach, gdy już nie „Smolniok” zarządzał tym geszeftem, pobliski pałac, zachowane do dziś wapienniki oraz wiele hektarów gruntu było w rękach spółki przemysłowej Towarzystwo Górnicze Spadkobierców Georga von Giesche.

Max przez wiele lat prowadził interesy w rozkroku. I w Mokrem i w Rybniku. Na pewno z rybnicką gminą żydowską wiele go łączyło. W naszej synagodze odbyła się uroczystość bar micwy jednego z synów, co skrupulatnie odnotował rabin Nellhaus w 1921 r. Oberżysta z Mokrego widnieje na wykazach płacących podatek w Rybniku i w latach 20-tych i 30-tych. Stąd też niewątpliwie bliska znajomość z Josefem Mannebergiem, z którym był powiązany nie tylko przez żonę. Obydwaj byli reprezentantami gminy. No i handlowali towarami żelaznymi. Zapewne też z tego powodu wysłał powyższy telegram gratulacyjny, który jako ważna pamiątka został zabrany przez Mannebergów, gdy opuszczali Rybnik przed emigracją do Palestyny.

Rotter wymieniany był w Rybniku jako „nie meldowany”, ale jednak odprowadzający tu podatki. Bladego pojęcia nie mam gdzie miał interes w Rybniku, gdyż księga adresowa – bodajże dla 1932 r., wymienia go jedynie z imienia i nazwiska, nie podając niczego więcej. Musiało to być gdzieś na Smolnej, wtedy już dzielnicy miasta.

Składał swój podpis na wielu dokumentach. Był jednym z tych, którzy podatki zatwierdzali.

Gdy zmarł w 1937 r., w naszym niemieckojęzycznym Katholische Volkszeitung ukazało się coś a la klepsydra. Nie wiem gdzie umarł, bo nie mam go w wykazach rybnickich zgonów. Ze słów Trunkhardta można by wywnioskować, że u nas – w Rybniku. Nota bene redaktor bardzo ciepło o nim napisał, zaznaczając, że był lojalnym polskim obywatelem, choć w sumie z urodzenia niemieckim Żydem. Czy do końca prowadził zajazd w Mokrem, to powinni ustalić fachowcy od historii Mikołowa 🙂

Ja tymczasem zajmę się kolejnymi synami Maxa i Reginy, którzy w tym artykuliku zostali wymienieni, jako ci, którzy by studiować dorabiali pracując fizycznie jako murarze. Max był obywatelem polskim, bo pracował w tej części Śląska, która przypadła Polsce, a dwaj jego synowie wybrali inne państwa. Obydwaj urodzili się w Mokrem, rok za rokiem. Starszy Herbert wybrał studia medyczne w Breslau i w tym mieście, aż do wiosny 1939 r., pracował jako lekarz w szpitalu żydowskim. Tam się ożenił w 1936 r. z Käthe Lippmann, córką radcy prawnego. 

Z kolei urodzony w 1908 r. Ernst pod studiach również w Breslau, kontynuował naukę we Wiedniu, a następnie w Paryżu. Po śmierci taty, wszyscy bracia wraz z mamą Reginą opublikowali podziękowania za złożone kondolencje. Zastanawia mnie ten wymieniony, oprócz Wrocławia i Paryża, Rybnik. Żona Maxa musiała u nas nadal mieszkać.

Jej losy, a także najstarszego z młodych Rotterów, lakonicznie opisał w 1955 r. Herbert, który zdołał, na niemieckich paszportach, z żoną wyjechać z Wrocławia do Palestyny. Ze złożonych w Yad Vashem świadectw wynika, iż w momencie wybuchu wojny Regina i syn Georg (mieszkaniec Katowic) przebywali w Iwoniczu Zdroju. Można się domyślać, że nie wrócili na Śląsk, bo się nie dało. Dostali się do Krosna. Herbert orientacyjne podał rok śmierci jako 1943. Jego urodzona w Palestynie (w marcu 1940 r.) córka, żadnej z babć nie poznała. Rodzice Käthe też wojny nie przeżyli. Wtedy, ani Herbert ani jego żona jeszcze tego nie wiedzieli.

Niezwykle intrygujące, zaskakujące i niestety smutne są losy najmłodszego z Rotterów – Ernsta. Gdy na świat przychodziła bratanica, wujek prawnik był w Paryżu. Niewątpliwie, po to by się uratować, zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej (nie był jedynym Żydem z Górnego Śląska, który w ten sposób ocalał). W listopadzie 1942 r. już pomagał Amerykanom. Od wiosny 1943 pracował dla Amerykańskiego Czerwonego Krzyża w Casablance, a kilka miesięcy później został zaciągnięty do pracy przy dowództwie lotnictwa U.S. Po wojnie, po powrocie do Paryża, zaczął pracować dla Trans World Airlines na lotnisku Orly jako szef kontroli ruchu, a następnie jako menadżer odpowiedzialny za „przemysłowe kontakty zagraniczne”.

Urodzony w małym Mokrem Ernst nigdy się nie ożenił. Ponoć był niezwykle lubiany, co chyba potwierdza jego facjata. Taki dobrotliwy wygląd. Koledzy przez lata pamiętali jak przebierał się za świętego Mikołaja z okazji Świąt Bożego Narodzenia dla rodzin pracowników Trans World Airlines France.


A teraz będzie coś dla miłośników latania, czyli na pewno nie dla mnie. Organicznie nie znoszę samolotów, choć masochistycznie oglądam program pt. „Katastrofy lotnicze” 😉 Dlatego też bardzo skrupulatnie prześledziłam losy lotu nr 891.


W piątek, 26 czerwca 1959 roku o godz. 9.15, z Aten wystartował samolot TWA z sześcioma pasażerami. O godz.11.15 wylądował w Rzymie, gdzie nastąpiła przesiadka i lot został wznowiony samolotem Lockheed L-1649A nr N7313C; na pokład przedtem weszło 15 osób, wśród których był i Ernst Rotter. 40 kolejnych pasażerów wsiadło na lotnisku pod Mediolanem. Samolot kierował się na Orly pod Paryżem, skąd wieczorem miał odlecieć do Chicago. Kiedy lot 891 opuścił Mediolan, padał lekki deszcz z niskim zachmurzeniem i pułapem około 2000 stóp, z widocznością około dwóch mil. 

Nad Lombardią grzmiało. Dwanaście minut po starcie załoga poinformowała, że samolot wznosi się na wysokość 10 000 stóp .Ostatni sygnał samolotu został odebrany przez radiolatarnię Saronno o godzinie 16.32. Samolot został uderzony piorunem podczas lotu na wysokości 11 000 stóp nad ziemią, rozpadł się w potężnej eksplozji, stanął w płomieniach i rozbił się na kilka zwęglonych części, rozrzuconych na obszarze pięciu mil.  Wielu świadków widziało, jak samolot spadał w płomieniach. Mieszkańcy maleńkiego włoskiego miasteczka Olgiate Olona i pobliskich wiosek cudem ocaleli. Policja i ratownicy przybyli szybko, ale strażakom udało się ugasić płomienie dopiero około godziny 20.00. Wiadomość o katastrofie odbiła się szerokim echem ze względu na firmę i model samolotu, liczbę ofiar śmiertelnych i ich pochodzenie. Na pokładzie było szesnastu Włochów (wśród nich byli znani biznesmeni i siostra włoskiego noblisty Enrico Fermiego), trzydziestu sześciu Amerykanów, czterech Brytyjczyków, siedmiu Francuzów, trzech Chilijczyków (żona i dzieci chilijskiego konsula w Tokio), jeden Niemiec, jeden Izraelczyk, oraz Egipcjanin.

Ernst z Górnego Śląska był zaliczony do Francuzów. Przybyły na miejsce katastrofy biskup Mediolanu, późniejszy papież Paweł VI, udzielił szczątkom rozgrzeszenia. Następnego dnia rozpoczęło się drobiazgowe badanie zwęglonych zwłok. Wszyscy zginęli na swoich miejscach z zapiętymi pasami – z wyjątkiem małej dziewczynki, którą znaleziono w objęciach jednej z dwóch stewardes. Straszliwy i gwałtowny upadek kadłuba okaleczył ciała ofiar, których szczątki rozrzucone były po całej okolicy, mieszając się z wrakiem samolotu i ziemią. Do liczby 70 ofiar doliczono nienarodzone dziecko jednej z pasażerek.
Po uroczystych pogrzebach w Busto Arsizio we Włoszech, szczątki Ernsta Rottera zostały wysłane do Francji specjalnym lotem TWA 3 lipca 1959, wraz ze szczątkami pozostałych sześciu francuskich ofiar katastrofy lotniczej 26 czerwca 1959.

Ustalono, iż do katastrofy Lockheed L-1649A Starlinera doszło w wyniku eksplozji oparów paliwa zawartego w zbiorniku nr 7, po której natychmiast nastąpiła dalsza eksplozja w zbiorniku nr 6. Uwzględniając sztormowe warunki pogodowe, z częstymi wyładowaniami elektrycznymi, jakie w chwili katastrofy występowały w okolicy, można przypuszczać, że wybuch oparów paliwa zawartego w zbiorniku nr 7 został wywołany, poprzez rury wylotowe, przez zapalenie oparów benzyny wydobywających się z tych rur – przez wyładowania. Aż mnie ciary przeszły na myśl, że musiałabym znowu gdzieś lecieć.

Dr Herbert Rotter stracił kolejną osobę z rodziny 🙁

Każdego roku 26 czerwca w Olgiate Olona przy pomniku, dziesięć flag upamiętnia narodowości siedemdziesięciu istnień i reprezentuje kraje, które zostały mniej lub bardziej bezpośrednio dotknięte katastrofą. Należy zaznaczyć, że dwie dodatkowe flagi, czyli Unii Europejskiej oraz ONZ mają upamiętniać kraje urodzenia ofiar – nie tylko ich obywatelstwo. Chodzi o Grecję, Hiszpanię, Rumunię (tu urodził się Izraelczyk, który zginął w katastrofie), Polskę (to dla naszego Ernsta, choć gdy się rodził Mokre było niemieckie), Rosję, Czechy (Czechosłowację w 1959), Algierię oraz Sudan.

Dr Herbert Rotter, urodzony 18 lutego 1907 r. w Mokrem – wówczas pod Mikołowem, zmarł w wieku 85 lat w Izraelu. Brat Ernst spoczywa gdzieś we Francji. Czy ich zmarły w 1937 r. tata Max został pochowany na nowym cmentarzu żydowskim w Rybniku, na razie nie udało mi się ustalić. Mamę Reginę i trzeciego z braci prawdopodobnie zagazowano w jednym z obozów Zagłady.

Jako miłośniczka piw muszę na koniec pokazać jeszcze to! Ponoć taki trunek warzył Max Rotter w Mokrem, co jakiś czasu temu ujawnili pasjonaci historii Mikołowa. 

Korzystałam z zasobów Centralnej Biblioteki Judaistycznej, gdzie można prześledzić całe życie zawodowe lekarza Herberta Rottera, z Facebooka Miejskiej Placówki Muzealnej w Mikołowie oraz Mikołowskiego Towarzystwa Historycznego, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Izraelskiego Archiwum Państwowego oraz ze strony upamiętniającej tragedię samolotu Lockheed L-1649A Super Constellation Starliner Jetstream.

➡ https://www.olgiateolona26giugno1959.org/EN/1-home-en.html

PS. Ja też nadal przechowuję telegramy ślubne.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Max Rotter i jego rodzina została wyłączona
październik 24

Córka rabina, córka ślusarza

Kobieta usiadła w restauracji na rogu Żeglarskiej i Szerokiej. Kiedyś Breitestrasse. Patrzała na najbardziej ekskluzywną, piękną i chyba najważniejszą z ulic toruńskiej starówki.

Zapaliła papierosa. Siedzący z kobietą mężczyzna wczytywał się w menu. Był głodny. Kobieta patrzała na początek, czy raczej koniec Szerokiej i równocześnie szukała jakichś informacji w komórce oraz starych dokumentach, które wyciągnęła z torebki. Pod numerem 46 bogata kamienica z niesamowitą neogotycką elewacją, wykuszami-balkonami, herbami, stromym dachem, na którego szczycie widać ornament z rokiem powstania budynku. Architektoniczne cacko wybudowane w 1899 r., w miejscu średniowiecznego domu.
Zaraz za nią, idąc od Rynku Staromiejskiego, widziała schowaną wąziutką kamienicę z numerem 44. Też niezwykłą. Teraz Dom Towarowy. A obok niej nr 42. Na parterze sklep, trzy piętra i poddasze. Bladoróżowa. Skromna w porównaniu z pozostałymi na Szerokiej. Niecałe 30 metrów stąd stał Kopernik.

Kiedyś jeździły tu tramwaje, dziś przelewa się wielojęzyczny tłum turystów oraz torunianie.

Pod koniec lat czterdziestych XIX w., pod numerem 46, swoje pierwsze słowa wypowiedziała córka rabina – ważnego dla historii miasta i ruchu nazwanego potem syjonizmem. Niecałe sto lat później, na początku lat czterdziestych XX w., w kamienicy pod numerem 42, zaczynała gaworzyć córka ślusarza -kompletnie nieistotnego dla historii miasta, ani dla żadnego ruchu. Rabin nie był rodowitym torunianinem. Pochodził z Leszna, wtedy zwanego Lissa. Ślusarz zresztą też tu się nie urodził. Przyszedł na świat w Niederschönhausen, dziś należącym do Berlina.

Kelnerka podała jedzenie. Powoli zapadał zmrok, a tłum się nie zmniejszał.

Córka rabina, nie była jego jedynym dzieckiem. Wraz z żoną sprowadził ich na świat kilkanaście. Córka ślusarza pozostała jedynaczką – jej maleńka siostrzyczka zmarła zanim wypowiedziała swoje pierwsze słowo. Rabin mieszkał tu przez wiele lat. I tu został pochowany. Również tu, w Toruniu, spoczęła jego żona. Ślusarz, choć też na pewno kochał miasto, musiał stąd wyjechać. Spoczął na obcej mu ziemi. Jego żona, dla której Toruń był całym światem, do końca swego życia nie zaakceptowała miejsca, do którego zagnał ją los.

Kobieta o niej kiedyś pisała ➡ https://szufladamalgosi.pl/rozmowa-z-babcia/

Znowu zapaliła papierosa.  Cały czas wpatrywała się w kamienice przy Szerokiej. Myślała o obu dziewczynkach urodzonych w tym mieście. „Rabinacka” urodziła się wczesną wiosną 1847 r. Jej tato był tu naprawdę ważną personą. Krótko po jej narodzinach otwarto synagogę w Toruniu. „Ślusarska” dziewczynka otworzyła oczka 11 maja 1940 r. Po synagodze nie było już śladu, a jej tato starał się o jakąkolwiek pracę, by utrzymać żonę i dziecko. Czy przy narodzinach „rabinackiej” była jakaś Habemamme? Kobieta, następnego dnia się dowie, że przy porodzie „ślusarskiej” córeczki pomagała położna Martha Lewandowski z Junkerstrasse.

Zrobiło się zimno. Czas na nocleg. Kobieta i jej mąż ruszyli w stronę ulicy Łaziennej. Przechodząc obok katedry przystanęła przy ceglanych murach świątyni. Na pewno tu ślusarz i jego żona biuralistka brali ślub. Na pewno tu ich córeczka została ochrzczona. Kto wie… może przy tej samej chrzcielnicy co sam Kopernik? Na pewno tu szła do pierwszej komunii, a potem stała za trumną swojej babci.

Przed snem kobieta jeszcze długo myślała.


Gdy „rabinacka” córeczka, zresztą najmłodsza z całej gromadki, miała 4 latka, „Maschinenfabrike Drewitz Thorn”, czyli odlewnia i fabryka maszyn Drewitza działała już na pełnych obrotach a tatuś rabin rzadko w domu bywał, bo zajmowało go pisanie mądrych książek i praca publiczna. Śliczna dziewczynka ślusarza, a w zasadzie wówczas Schlossera, nie za bardzo rozumiała dlaczego mamusia i babcia cały czas płaczą, a tatuś nagle musi iść na wojnę i go nie będzie. Na kamienicy obok powiewały flagi z dziwnymi krzyżami a tatuś ciągle tłumaczył, że na pewno wróci.

Rabin pisał listy do najbogatszych w Europie przekonując ich o powrocie Żydów do Ziemi Izraela, dostawał odpowiedzi, o czym kilkuletnia Jenny, nie miała bladego pojęcia, bo w końcu była najmłodsza, więc nikt sią za bardzo nie przejmował. Przy tej samej Breitestrasse, ale w innych czasach, mała Alunia podsłuchiwała co mamusia czyta babci po otwarciu koperty z dużą liczbą pieczątek. Bała się zapytać co znaczy ta Volkslista.

Niespełna pięcioletnia córka rabina powoli zaczynała się uczyć tego, co kobiety powinny znać. Bawiła się gałgankami i starała się haftować, jak mama. Była radosnym i pogodnym dzieckiem ubóstwianym przez starsze rodzeństwo. Lubiła patrzeć za płatki śniegu spadające na ulicę przy której mieszkali. Choć na dworze był mróz, to w domu było ciepło i dostatnio.
Alusia w styczniu 1945 patrzała jedynie na spadające z samolotów ulotki, informujące mieszkańców miasta o nadciągającej sowieckiej hordzie. Tęskniła za tatą ślusarzem i strasznie się bała tych huczących maszyn na niebie. Nie chciała oddać jedynej lalki, a mamusia ją wzięła i dała tej obcej dziewczynce na wozie ciągniętym przez chudego konia. Było jej na przemian zimno i gorąco, ale nie miała siły, by zapytać dlaczego mają gdzieś jechać i zostawić dom.

Jenny lubiła patrzeć na mamę zapalającą świece szabatowe w domu przy Szerokiej 46. Tak się wszyscy zawsze wtedy uśmiechali. I tatusia rabina mogła nawet o coś zapytać, bo wtedy był taki dobry dla niej, a nie zajęty. Alunię mamusia obkładała mokrymi prześcieradłami. Obudziła się znowu w swoim łóżku przy Szerokiej 42. Ledwo do niej docierało, że babcia modląc się zapalała ostatnie dwie świeczki, bo myślała, że jej wnuczka umiera. To przez nią wróciły z dwudniowej ucieczki z Torunia. Tatusia ślusarza nadal nie było. Nigdy nie zapomni rozerwanych przez bomby ludzi i koni, choć z gorączki prawie cały czas była nieprzytomna.

Kobieta obudziła się bardzo wcześnie. Zrobiła sobie kawę, poczytała Internety i uradowała się, że „Kajś” wygrało. Wyszła na balkon spojrzeć na Wisłę. Specjalnie wynajęła w Toruniu apartament z balkonem, bo w starym albumie rodzinnym miała zdjęcia z jakiegoś balkonu z widokiem na rzekę. Ułożyła sobie plan w głowie: najpierw fara, potem USC.

 

Jenny coraz częściej pomagała mamusi w kuchni. Ciut starsza siostra Hannah już tyle potrafiła. Mamusia tłumaczyła jak należy piec chałkę, dlaczego nie wolno przeszkadzać tacie w pracy i że nie wolno odzywać się przy babci Racheli. Życie kilkuletniej córeczki rabina biegło spokojnie. Za to Ala, po długich miesiącach oczekiwania usłyszała: „Tatuś wraca z niewoli!”. Nie wiedziała co to ta niewola, ale było jej wszystko jedno. Wraca! Mamusia była radosna, jakaś taka ładniejsza. Nawet przeszyła wypłowiałe zasłony na nową sukienkę. Babcia już nie narzekała, że w sklepach pusto i komuniści miasto opanowali. Ślusarz wrócił do mieszkania przy Szerokiej jesienią 1945 r.

Rabin przygotowywał się do ważnej konferencji. Jenny nie była już dziewczynką a dziewczyną. Do Torunia zjechali najwybitniejsi z wybitnych. Nawet sam cadyk Elijahu Guttmacher. Jenny wiedziała jakie to ma znaczenie dla ojca. Alunia, mając tyle lat co Jenny już ojca nie miała. Najpierw wraz z mamą wyjechał do Wałbrzycha, do którego Ala pojechała bodajże ze dwa razy. Została z babcią w rodzinnym Toruniu. Urodzona w dziwnym mieście na „W” siostrzyczka zmarła. Alunia zapamiętała tylko, że miała blond loczki. Potem odeszła ukochana babunia. Tata z mamą zabrali ją na jakiś Śląsk, do którego ich skierowano z Wałbrzycha. Mamusia znowu była smutna. Tato ślusarz chory. Zmarł. Ala ponownie szła za trumną. Miała 12 lat. Miasto, pod którym musiała zamieszkać nazywało się Rybnik. Jeszcze jeździła do Torunia, bo tam mieszkała siostra mamy – ciocia Liska. To były cudowne i niezapomniane momenty. Ciotka Liska miała mieszkanie, z którego balkonu można było patrzeć na Wisłę.

Kobieta wyszła z USC ze zdjęciami dokumentów, których szukała. Znała je z późniejszych odpisów, ale chciała widzieć oryginały. Na ślad nieznanej ciotki Liski nie trafiła. Niestety, nie znała jej nazwiska po mężu. Prababcia przed śmiercią mieszkała na ulicy Garbary 5. A jednym ze świadków na ślubie dziadka ślusarza i babci biuralistki był tokarz metalowy Edmund Winiarski. Na pewno kolega.

Jenny szykowała się do ślubu. Miała prawie 23 lata. Przyszły mąż był już wybrany. Mieszkał gdzieś daleko w jakimś tajemniczym Oberschlesien. Nikt jej nie pytał, czy chce wyjechać do miasta, które nazywało się Rybnik. 22 września 1870 r. Salomon Förder, kupiec z Rybnika, poślubił Jenny Kalischer, córkę rabina Zvi Hirscha Kalischera. Do zaślubin doszło w rybnickiej synagodze. Torunianka z Szerokiej 46 zamieszkała w małym mieście na Górnym Śląsku – w Rybniku.

Alusia, 11 listopada 1960 roku poślubiła Mieczysława. Do zaślubin doszło w kościele w Chwałowicach, dziś to dzielnica Rybnika. Torunianka z Szerokiej 42 od około 8 lat mieszkała na Górnym Śląsku – wtedy pod Rybnikiem.


Jenny i Salomon mieli 4 dzieci – 3 chłopców oraz dziewczynkę. Wszyscy urodzili się w Rybniku. Po jakimś czasie opuścili to miasto i przeprowadzili się do Breslau, gdzie Jenny zmarła w 1928 roku, w wieku 81 lat. Rabin Kalischer został w Toruniu uhonorowany stosowną tablicą przy ulicy Szerokiej 46. O tym, że dwie kamienice dalej mieszkał ślusarz Paweł Mania nikt, oprócz kobiety, nie wie. 

Alusia odeszła w wieku 61 lat. Miała tylko jedną córkę.

Kobieta, już w domu, na Górnym Śląsku, po raz n-ty zaczęła przeglądać album ze starymi zdjęciami i pękatą teczkę z dokumentami. Cenne skarby rodzinne. Odłożyła je. Czeka na nią prawie 600 stron pamiętnika toruńskiego artysty. Pisał go w czasie wojny. No i musi ustalić gdzie dziadek Paweł ślusarz był w tej „niewoli”. Może jeszcze kiedyś dojdzie do tego, co się stało z ciotką Liską i z rodzicami dziadka. Bo las zwany Barbarką, gdzie jesienią 1939 r. wrzucono do grobu masowego zamordowanego ojca babci Heleny, to odwiedziła. Tak jak wszystkie kamienice, w których przed wojną, w czasie wojny i po niej, mieszkali jej bliscy. 

A przy okazji jakiejś kolejnej wizyty we Wrocławiu na pewno pójdzie na grób Jenny Kalischer. W końcu była sąsiadką jej Mamy, Babci i Prababci, a potem rybniczanką. Nieważne, że w innych czasach. Do Torunia postara się też wrócić. W końcu jest wnuczką ślusarza z tego miasta.

wrzesień 5

Nadchodzi Nowy Rok! 5782!

Nadchodzi kolejny żydowski rok, a wraz z nim święto Rosz ha-Szana. To jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu żydowskim, przypada 1. i 2. dnia miesiąca tiszri. Zgodnie z tradycją upamiętnia stworzenie świata i człowieka. Rosz ha-Szana rozpoczyna też dziesięciodniowy czas pokuty, który trwa do Jom Kipur. W kalendarzu gregoriańskim są to święta ruchome.
Nie mam pojęcia kto w Rybniku, w dawnych czasach, obwieszczał przy pomocy szofaru początek Nowego Roku. Sądząc z informacji prasowych, głównie publikowanych w Rybniker Kreisblatt, nasi żydowscy kupcy zamykali swoje interesy zarówno w czasie dwudniowego Rosz ha-Szana, jak i późniejszego Jom Kipur, jednego z najważniejszych i najbardziej uroczystych religijnych świąt żydowskich, o charakterze pokutnym.
Życzenia z okazji Nowego Roku drukowała drukarnia Bartelsa.

Obwieszczenia o zamknięciu sklepów dawali wspólne, czasem pojedynczo, a czasem jeden obwieszczał to w imieniu wszystkich.

Większość podpisanych na zbiorowym ogłoszeniu z 1905 r. kupców jest mi znana. To same tuzy naszego biznesu. Warte odnotowania się dwie panie, które samodzielnie prowadziły geszefty w Rybniku na początku XX w. Wśród 28 przedsiębiorców ogłaszających, iż 30 września, 1 oraz 9 października ich sklepy będą zamknięte, znalazły się dwie kobiety. Jedna to Lina Hamburger, pochodząca z Wodzisławia. Nie wiem, gdzie miała swój sklep i co w nim sprzedawała. Nigdy nie wyszła za mąż. Zmarła w Rybniku w 1932 r. w wieku 76 lat, w mieszkaniu Fanny Münzer przy ul. Powstańców Śląskich 1 (wówczas Piłsudskiego). 
Druga z pań, to Thekla Preiss. Parę lat temu próbowałam znaleźć coś na jej temat, gdyż Jacek Kamiński, rybnicki regionalista, piszący książkę o naszym księgarzu Maksymilianie Basiście, natknął się na jej nazwisko. O Tekli wiadomo, że była córką Jakoba i Jenny z rodu Aronadych. Urodziła się w Prima Aprilis 1873 r. Tak więc w 1905, była trzydziestodwulatką, prowadzącą biznes na równi z mężczyznami. W styczniu 1909 r. pochowała tatę, a w czerwcu tego samego roku poślubiła, pochodzącego z Miasteczka Śląskiego, Bernharda Siednera. Ona miała 36 a jej wybranek 39 lat. Z aktu małżeństwa wynika, że prowadziła gospodę, czy też zajazd przy ul. Kościelnej. 

Jak podaje Jacek Kamiński, za profesorem Liburą, w swej książce o Basiście, Thekla wynajęła księgarzowi sklep pod jego pierwszą księgarnię. Ponoć komplementowała Polaka słowami „Sie haben sieben Judenköpfe” (Ma pan siedem żydowskich głów).

Niby nie wiadomo, pod którym numerem Basista miał swój pierwszy sklep. Tym samym niby nie wiadomo, co należało do Tekli Siedner z domu Preiss. Dogłębny research starych gazet wskazuje na to, że chodziło o kamienicę zaraz za ratuszem, czyli o Kościelną 1. Po zamążpójściu interesy przejął mąż i to on już się ogłaszał w gazetach.

A szkoda. Może powodem była jakaś choroba. Thekla bowiem dość szybko zmarła. Wdowiec opuścił Rybnik i przeniósł się do Brzegu, a następnie, po powtórnym ożenku, osiadł we Wrocławiu.
Rybnicki księgarz też zmienił lokal. Nasi żydzi już nie informowali swojej klienteli o nadchodzącym Nowym Roku. Zostały jedynie stare anonse prasowe z końca XIX i początków XX w.

Dobrego 5782 roku Wam życzę!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Nadchodzi Nowy Rok! 5782! została wyłączona
sierpień 15

O Friedzie z Rybnika, której mąż został kanclerzem

Leniwa niedziela może doprowadzić do ciekawych odkryć. Można albo wkurzać się na to co dookoła w polityce, albo wyłączyć się i patrzeć na Netflixa, a można klikać bez wyraźnego celu i szukać ciekawostek. Trzeci wybór okazał się dziś najlepszy, choć bez polityki się nie obejdzie.
Klikałam po folderach. Już miałam szukać kto, dokładnie 100 lat temu, wyprowadzał się z Rybnika, gdy najechałam na folder „Tockus”. Jakiś czas temu dodałam do nazwy słowo „kantor”. Otworzyłam kilka plików wczytując się (haha, a nie znam niemieckiego) w tekst na dokumentach urodzenia i ślubu.

Okey, mam akt urodzenia jakiejś Elfrydy, która przyszła na świat w Rybniku w 1878 roku. Mam też ślub jej siostry Jettel, zawarty również u nas, w 1883.

Na obu dokumentach przy danych ojca dopisano słowo: kantor. Ok, może być. Rabina wtedy nie mieliśmy, więc jego funkcję sprawowali przez lata różni kantorzy. Skoro tu mieszkali, to rodziły im się tu dzieci, no i żeniły się dzieci. Tak przez przypadek bardziej, niż z wyboru 🙂 Po chwili znalazłam akt zgonu owego kantora. Samuel (Simon) Loebel Tockus zmarł w Opolu w 1887 roku, o czym informowała jeszcze inna córka – Anna. I może bym tą rodzinę olała gęstym żurem, gdyby nie krótki research w wujku googlu i serwisie ancestry.com. Co prawda wielka story z tego nie wyjdzie, ale fakt, iż rodzona rybniczanka była żoną przyszłego, dwukrotnego kanclerza Rzeszy, wart jest jednak opisania.

Nie, nie… nie chodzi o Hitlera, ani o Adenauera, czy Brandta – aż takiej sensacji to nie mam 😉 

Elfriede, zwana Friedą, córka górnośląskiego kantora, urodzona w Rybniku, ponoć w dorosłym wieku zagorzała socjaldemokratka, wyszła za mąż w 1902 roku w Berlinie, za bezwyznaniowca,  Hermanna Müllera. Imię i nazwisko bardzo „nasze”, ale ten rybnicki Hermann Müller był właścicielem browaru, a przyszły kanclerz pochodził z Mannheim i był synem wytwórcy szampanów. Niewiele wiadomo o jego rodzinie.

Frieda była wtedy mieszkanką Breslau, a jej wybranek Görlitz. Niewiele jest opracowań opisujących tego przyszłego polityka SPD. Polska Wikipedia poświęca mu jedynie kilka wersów. Niemiecka Wiki podaje już więcej faktów. ➡

https://de.wikipedia.org/wiki/Hermann_M%C3%BCller_(Reichskanzler)

Młody Hermann Müller, dzięki ojcu był niewierzący. Jakiego wyznania była przedtem rodzina, mogę się jedynie domyślać 😉 Nie pasowało mu bycie handlowcem w firmie taty i szybko zaczął się angażować w politykę. Zanim poznał naszą Friedę już był działaczem SPD. Gdy brali ślub, Hermann pracował jako redaktor w Görlitzer Volkswacht. W przepięknym Görlitz mieszkał ze swą, niestety chorującą już wówczas, żoną. Jestem przekonana, że Frieda w najśmielszych snach, nie zakładała, że jej małżonek kiedyś zostanie kanclerzem. Jej myśli bardziej krążyły wokół przyszłości, mającego się wkrótce urodzić, dziecka. Na swe nieszczęście, Frieda chorowała na gruźlicę. Kilka tygodni po urodzeniu córeczki Annemarie, Elfriede Müller zmarła w wyniku komplikacji po porodzie, na które nałożyła się ta, wówczas nieuleczalna, choroba. Był 1905 r. Wdowiec wtedy już był radnym w Görlitz oraz sekretarzem SPD. Od 1910 r. należał do ścisłego kierownictwa tej partii partii. Był ponoć centrystą (modne słowo obecnie), czyli nie popierał ani frakcji Róży Luksemburg, ani rewizjonistów.

W międzyczasie się powtórnie ożenił z, pochodzącą z Jeleniej Góry, nauczycielką. Z tego związku urodziła się druga córka – Elrike. Sam Hermann powolutku piął się po szczeblach kariery politycznej. Jego rybnicka żona wtedy leżała w spokoju na cmentarzu żydowskim w Görlitz. Został ministrem spraw zagranicznych (1919-1920) i po raz pierwszy kanclerzem (1920) w tym trudnym dla Niemiec czasie. Interenety piszą, że nacjonalistyczna prawica bardzo go atakowała i zniesławiała. Gdy obie córki zaczynały studia tata był oddany polityce na amen. Annemarie skończyła medycynę i została dentystą, a Elrike wybrała prawo. Gdy ojca po raz drugi mianowano kanclerzem Rzeszy (1928-1930), dziewczyny już były wykształcone i zaczynały własne kariery. Córka rybniczanki obroniła doktorat, a jej przybrana siostra rozglądała się za dobrą pracą, zgodną z wykształceniem. Tata stracił stanowisko w 1930 roku, gdy SPD zerwało koalicję, czemu sam się zresztą sprzeciwiał. Nad Niemcy nadciągał wielki kryzys. I nie mam na myśli tylko kryzysu gospodarczego. Müller od lat cierpiał na przewlekłe zapalenie pęcherzyka żółciowego. Zmarł w marcu 1931 w wyniku komplikacji po operacji woreczka. Na jego pogrzebie były tłumy.

 

Niecałe dwa lata później kanclerzem został Hitler. No i? No i zło wylazło z każdego kątka Niemiec i zaatakowało nawet rodzinę byłego kanclerza. Druga żona zmuszona została do wyjazdu z Berlina. Wróciła na Dolny Śląsk, gdzie zmarła w Cieplicach w 1944 r. Nie zdołała dotrzeć do Paryża.
Córka Żydówki z Rybnika i zarazem byłego kanclerza Rzeszy straciła pracę lekarki szkolnej i była zmuszona otworzyć prywatną praktykę w Berlinie tylko dla żydowskich pacjentów. Jej młodsza siostra, z racji tego, że poślubiła żydowskiego dziennikarza, również została zwolniona z pracy w sądzie i wyemigrowała do Paryża. Dzięki dawnym znajomościom, które zostały po tacie, udało im się wyjechać w 1941 r. do USA.
Po wojnie, obie walczyły o odszkodowanie od państwa niemieckiego i obie zmarły bezdzietnie. Annemarie odeszła w 1984 r. w Berlinie, a młodsza Ulrike w trakcie wakacji w Hiszpanii w 1989 r.

Tylko tyle i aż tyle. Ponoć grób rybniczanki, córki kantora, socjaldemokratki, żony późniejszego dwukrotnego kanclerza Rzeszy przetrwał na żydowskim cmentarzu w Görlitz. A ja ćwok, dotarłam tam kiedyś tylko pod synagogę.

Fotografie Hermanna Müllera oraz jego pogrzebu pochodzą z niemieckiej Wikipedii. 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania O Friedzie z Rybnika, której mąż został kanclerzem została wyłączona
czerwiec 22

O Müllerach i rybnickim browarze

Makabryczny hyc na dworze, poty lecą po karku i po kitach. Jedynym ratunkiem jest ocieniony balkon, nogi w misce z zimną wodą oraz piwo. Po genialnej reklamie Łomży, w wykonaniu Woronowicza, uznałam, że spróbuję. No cóż, reklama boska, piwo takie sobie.
Ale skoro mowa o piwie, to wymyśliłam, że zmierzę się z naszymi browarnikami – Müllerami. Pod kątem genealogicznym, rozległą familię opisała swego czasu, pani dr Ewa Kulik z rybnickiego muzeum w Zeszytach Rybnickich pt. „Rybniczanie”. W necie, ich drzewo prowadzi mój znamienity kolega z Anglii, który ma kapkę müllerowej krwi. Jego babcia przed wojną miała udziały w browarze rybnickim, dzięki skomplikowanemu dziedziczeniu.                             

http://gen.scatteredmind.co.uk/show_person/1255

Tu będzie po mojemu, czyli na podstawie dokumentów z Raciborza, przedwojennych gazet oraz plotek i wspomnień.

Drzewo rodziny jest bardzo skomplikowane i zagmatwane, jak to u Żydów bywało. Zbyt duży upał, bym to Wam wyjaśniała, nawet popijając zimną Łomżę. Pewnikiem jest, iż jednym z pierwszych, który warzył u nas złocisty napój był Jacob Müller, urodzony w 1786 r. Przez to, że żenił się dwa razy, to dorobił się kupy dzieci (14!). Ale to synowie z drugiej małżonki – Karoliny Barber, kontynuowali tradycje ojca. Sam Jacob już w 1841 r. w dokumentach widnieje jako właściciel browaru (przedtem jedynie jako arendarz, czyli dzierżawca). Zmarł w słusznym, jak na tamte czasy, wieku 70 lat i wsio przekazał synom. Jeden z nich – Louis kupił tzw. browar zamkowy, czyli przy naszym obecnym sądzie. Isidor, jako dwudziestoczterolatek założył swój własny browar, a kolejny – Hirsch, bo takie nosił imię przy urodzeniu, objął we władanie przedsiębiorstwo ojca. I to on, znany jako Hermann, najbardziej wpisał się w historię Rybnika. Tu się muszę przyznać do swego nieuctwa. Mam wszystkie rejestry urodzeń żydowskich do 1874 r. i przez długi okres czasu nie potrafiłam w nich znaleźć daty urodzenia Hermanna. Już nawet kombinowałam, że może przyszedł na świat, powiedzmy w Raciborzu. Dopiero pani Ewa Kulik mnie oświeciła. Otóż Hermann został oryginalnie w 1836 roku spisany jako Hirsch. Taka ja niby mądra, a taka jednak tępa.

Hermanna wyobrażam sobie jako fest gościa. I nie mam na myśli tuszy. Na pewno na moje wyobrażenie ma wpływ fotografia, która znajduje się w zasobach Muzeum w Rybniku (jest też przedstawiona w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach). Widać na niej pracowników Hermann Müller Brauerei i jednego, paradnie ubranego, starszego pana, którym niewątpliwie jest Hermann.

Fota datowana jest na rok 1899, czyli gdy Hermann miał 63 lata. Przypatrzcie się tej fotografii. Jest niesamowita. Photoshop nie istniał, a tu takie genialne wplecenie litografii browaru z panoramą miasta (jeszcze bez bryły Antoniczka) w grupę ustawionych pracowników. Jedni siedzą na byczych beczkach, niektórzy beczki dźwigają na ramionach, paru z kuflami piwa, a w tym wszystkim wygumkowana synagoga, która stała dokładnie obok browaru. Być może nie pasowała do reklamowego zdjęcia firmowego. Najbardziej dostojny jest Hermann Müller. Od razu widać, że to właściciel. Siwa broda, futrzana czapa na głowie, na płaszczu kołnierz też z eleganckiego futra. Najbogatszy rybniczanin w tamtym czasie. Radny miejski. Właściciel największego zakładu w Rybniku i wielu innych nieruchomości. Władze miasta musiały się z nim liczyć. Sponsor i donator. To jemu, gmina żydowska, zawdzięczała wybudowanie kaplicy przedpogrzebowej przy ówczesnej Promenadastrasse (dziś ul. 3 Maja). Budynek Bet Tahary, oraz cmentarz, na którym został pochowany, hitlerowcy zniszczyli wiosną 1940 r.

Sam mieszkał w tzw. müllerówce, czyli kamienicy przy ul. Zamkowej, w której od niedawna mieści się Wydział Ksiąg Wieczystych naszego sądu. To po nim zostały, totalnie współcześnie przebudowane, różnorakie hurtownie przy ul. Drzymały za koleją. Miał tam wiele akrów ziemi i stodoły. Mam do Hermanna sporo szacunku. Na jego gruntach, sprzedanych potem przez syna, ojcowie Werbiści założyli ogrody. Był bogaty, ale na mur, tym bogactwem się dzielił z miastem.

Miał swoje punkty sprzedaży w Gleiwitz i Konigshütte.

Gdy patrzę na datę jego urodzin widzę zodiakalnego Strzelca. A to tłumaczy wszystko. Silna osobowość, władczy typ z maksymalnymi siłami witalnymi. Zagadką dla mnie jest chłopczyk, który na fotce z 1899 r. siedzi przed Hermannem okrakiem na beczce. Chłopak musiał być kimś z rodziny, a ja o wnukach wiem wielkie „nic”. Hermann, ożenił się z Linną Prager. Jej mama pochodziła z rodziny Haase i była córką kolejnego z wielkich rybniczan – Efraima Haase. Z kolei ojciec Linny, zarazem teść Hermanna, był założycielem Fabryki Modrych Druków Pragera. Śmiało więc można powiedzieć, że dwóch synów Hermanna i Linny miało geny trzech potężnych rodów żydowskich z Rybnika. A dzieci ze związku urodziło się tylko dwoje. Byli to chłopcy Georg Jacob i Siegfried (w czasach późniejszych, czyli polskich zwany Zygfrydem). Gdy robiono zdjęcie, obaj synowie byli około trzydziestki. Georg na pewno skończył medycynę i mieszkał w Berlinie. Zła jestem, gdyż nic o nim nie wiem, za wyjątkiem zawodu i daty urodzenia (10 grudnia 1866 r.). Dokopałam się informacji, iż jego specjalizacją była ortopedia, a sam doszedł do stanowiska radcy sanitarnego w Berlinie. Dziesiątki nocy spędziłam na poszukiwania jakichkolwiek śladów po nim. Szukanie Müllera w Niemczech to jak szukanie igły w stogu siana. To zbyt popularne nazwisko. Może ten chłopczyk siedzący przed Hermannem, to jakiś syn doktora Georga. Bo na pewno to nie był wnuk młodszego Siegfrieda, co wyjaśnię za chwilę, gdy do niego dojdę.
Piwo rybnickie ponoć należało do przednich i należy bardzo żałować, że nie mamy takiej kontynuacji tradycji browarniczej w naszych mieście, jak ma Racibórz. Po Hermann Müller Brauerei został nam kikut z komina oraz przerobiony budynek dawnej słodowni, który teraz należy do kompleksu galerii handlowej Fokus Park. Nie chce mi się po raz któryś opisywać obietnic Fokusa o mini browarze. Pcińco z nich wyszło. Wracam do Hermanna i, bardziej mi znanego, Siegfrieda. Skoro starszy z braci poszedł w medycynę, to logicznym było, iż ciut młodszy musi przejąć interes taty. To się stało na początku XX w. W międzyczasie inne odnogi Müllerów (po braciach Hermanna) prowadziły pozostałe dwa browary rybnickie, z czego jeden przeszedł po kądzieli w ręce Mandowskich.

O Siegfriedzie Müllerze, urodzonym w 1867 r. różne ploty chodziły. Gdy swego czasu rozmawiałam z sąsiadką, której tata pracował u Müllera, to usłyszałam słowa: „Tata godoł, że on był inny, ale Müllerka była dobro baba. Wziął se ją, by nie godali”. Ciężko jej było wyjaśnić o co chodziło. Naciskałam, pytając o tą inność i okazało się, że mówiono o nim, iż był gejem. Ponoć straszny mruk, dziwak, kochający konie. Cholera wie, czy faktycznie był homoseksualistą. Pewne jest, iż syn Hermanna – Zygfryd, spadkobierca potężnej, jak na Rybnik, fortuny, ożenił się z ewangeliczką, pochodzącą z głębi Niemiec. W dodatku z rozwódką z córką o imieniu Berta. Może, powtarzam może, to faktycznie miało jakoś zamydlić ludziom oczy. Gdy twórca potęgi browaru, Hermann zmarł w 1919 r., jego Siegfried już zarządzał całym przedsiębiorstwem. Dzieci ze swoją żoną nie miał, ale Joanna, dzięki mężowi należąca do elity miasta, wielki wpływ na Siegfrida miała. To za jej namową sprzedał spore pola Werbistom, by mogli powiększyć przyklasztorne włości.

Ponoć przyjeżdżała bryczką do moich rodzinnych Chwałowic, by kupować na święta ryby i drób. Dzieci ją kochały, bo rozdawała cukierki i ołówki i była niezwykle elegancka. Tata mojej sąsiadki był zatrudniony w browarze od 1914 r., by m.in. doglądać koni Müllerów, w tym koni „müllerki”, która uwielbiała jazdę konną po okolicy, czasem pomagał w domu, ale na fotografii dał się uwiecznić przy pompie, która pompowała wodę do browaru z okolic dzisiejszej ul. Wieniawskiego.

Było to już w późnych latach 20-tych. Wtedy Rybnik był polski. Siegfried, wówczas Zygfryd, choć był niemieckim Żydem nie sprzedał wszystkiego i nie wyjechał stąd po podziale Górnego Śląska. Geny kilku rybnickich rodów zatrzymały go w mieście. Wraz z żoną i pasierbicą mieszkał przy ul. Zamkowej, mając swój browar z dymiącymi kominami za płotem. Ojca Hermanna, pochował w 1919 roku, zaraz po Wielkiej Wojnie i dziś możemy się jedynie domyślać, że wystawił mu jeden z większych nagrobków na cmentarzu żydowskim.
Nazwę browaru zachował, nie wciskając się z własnym imieniem, a jedynie skromnie je dodając w pozycji „właściciel”. Konsekwentnie, kontynuował to co postanowił ojciec. Na firmowych drukach, czy reklamach nie było widać synagogi, która stała tuż obok. I tak, jak Hermann działał na rzecz miasta, choćby będąc radnym.

Powyższa reklama pochodzi z 1925 r. W tymże roku, jego pasierbica Berta znalazła sobie wybranka serca. Był nim, pochodzący z Radzionkowa, wówczas sędzia powiatowy w Rybniku – Jan Bonczkowicz. O zaręczynach ogłoszono w prasie, informując równocześnie, iż przyjęcia nie będzie. By poślubić sędziego, pasierbica Zygfryda Müllera, zmieniła religię. Przez lata historycy gadali, iż córka właściciela browaru przeszła z judaizmu na katolicyzm. Dopiero, gdy ze dwa lata temu znalazłam akt ślubu tej pary, wyszło na jaw, że nie była jego córką, a jedynie pasierbicą. No i nie była żydówką, a ewangeliczką jak jej mama i, nieżyjący już wtedy, ojciec.

Mówiono też, że przepiękną willę, położoną przy ul. Pocztowej, Müller wybudował jako wiano dla swej córki. Ani to było wiano, ani jego córka. Sędzia Bonczkowicz, później pracujący jako adwokat i notariusz, kupił ową willę na licytacji. Do ślubu wielce ciekawej pary doszło prawie po roku od zaręczyn, a świadkował ojczym Zygfryd Müller – właściciel browaru.

Gdy przypatrzycie się drobnemu zapiskowi na tym akcie ślubu, to oprócz podpisów pary młodej i świadków, zauważycie małą adnotację informującą o śmierci rybnickiego przedwojennego adwokata, Polaka, męża Niemki Berty, pasierbicy bogatego Żyda. Zmarł w naszym mieście 14 lipca 1940 r. Miał 50 lat. W 1940 r. Rybnik był ponownie niemieckim miastem, w którym najbogatszy nawet Żyd nie miał szans na przeżycie. Na szczęście Zygfryd już wtedy leżał na cmentarzu. Zanim jednak sam zmarł nagłą śmiercią, jego zacna, jak podano na klepsydrze, żona Joanna, ta od koni i rozdawania cukierków, pierwsza odeszła w zaświaty. Została pochowana w Gleiwitz, czyli zagranicą, 31 maja 1932 roku. Prawdopodobnie jej szczątki spoczęły na tzw. cmentarzu hutniczym. Nagrobek do naszych czasów się nie zachował.
Zapewne utrata żony wpłynęła na dziwaka browarnika. Pasierbica miała swoje życie, a Zygfryd, nadal jeszcze w sile wieku, kierował swoim zakładem z, pełnej zakamarków, müllerówki przy Zamkowej. Rodzinną konkurencję dawno wykosił i w Rybniku był monopolistą. Z tamtych czasów pochodziło określenie na zbliżającą się burzę: „w browarze beczki kulają”. Chyba mieszkał tam sam. Zapewne wnętrze kamienicy było paradne. Nie wiem, czy ktoś mi mówił, czy sama sobie wymyśliłam, że było tam ciemno i ponuro i stały bogate meble. Na początku lat trzydziestych Zygfryd, jako „posiedziciel browaru”, najwięcej płacił na rzecz gminy żydowskiej, co łatwo porównać patrząc na wykazy. 

Dawał pieniądze na bezrobotnych, uczestniczył, zapewne przez własnych urzędników, w pojedynkach dobroczynności i dziwaczał sam w wielkim domu. Browar sobie szedł swoim ustalonym torem a rybnickie piwo można było kupić na całym Górnym Śląsku.

Jeszcze krótko przed śmiercią życzył wszystkim dobrego kolejnego roku i starał się inwestować w ziemię.

Czy udało mu się tą ziemię kupić? Kto wie, może. Nie miał spadkobierców w linii prostej. Zmarł nagle. Prawdopodobnie, już martwego Zygfryda, w jego domu przy Zamkowej 5, znalazł księgowy z browaru – Jerzy Piotrowski. Miało to miejsce 26 kwietnia 1934 r. Być może szef nie dotarł do swego kantorku i księgowy poszedł sprawdzić, czy coś złego się nie stało. Ostatni z Müllerów miał 66 lat. O śmierci poinformowała zarówno przybrana rodzina w osobach pasierbicy i jej męża, jak i dalsi kuzyni.

Stosowną informację, jakże pochlebną dla zmarłego, opublikowała w prasie załoga browaru.

Bardzo zaskakująca jest relacja, opublikowana w Sztandarze Polskim, który raczej naszych Żydów po głowie nie głaskał. Wynika z niej, że zmarły musiał być faktycznie dobrym człowiekiem.

Jego pogrzeb zgromadził tłumy. Pochowano go na nowym cmentarzu żydowskim przy ul. Rudzkiej. Tu małe wyjaśnienie. Stary cmentarz (przy ul. 3 Maja) był już wtedy zamknięty dla celów pochówkowych. Tak więc, Zygfryd nie spoczął obok swego ojca Hermanna. Był jednym z pierwszych Żydów, których złożono w kompleksie cmentarnym przy Rudzkiej. Zapewne po II wojnie, gdy w tym miejscu składano szczątki żołnierzy Armii Czerwonej, kości ostatniego rybnickiego browarnika zmieszano z kośćmi młodych Sowietów. O samym pogrzebie ponownie zdał relację Sztandar Polski, znowu zmarłego wychwalając i cytując rabina Kohlberga, który porównał zmarłego do gołębicy wypuszczonej w czasie potopu przez Noego.  

Jest wielce prawdopodobne, że Zygfryd nie sporządził testamentu, bowiem po jego śmierci lista spadkobierców była tak długa, iż browar musiał przekształcić się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Zanim ustalono tych, którzy mieli prawa do majątku ostatniego Müllera, ustanawiano kuratorów.

Na liście udziałowców nie znalazła się pasierbica. Nie ma też na niej brata ortopedy, więc zakładam, że już nie żył. Niektórzy ze spadkobierców mieli np. 1/2160 część spadku i jeden udział w spółce, a niektórzy aż 100 udziałów, dziedzicząc 1/18 po Zygfrydzie. Pojęcia nie mam kim byli Rudolf i Stephanie Behr, którzy otrzymali najwięcej. Poniższy wykaz to tylko jedna z trzech kartek wymieniających spadkobierców.

Dla zwykłych rybniczan śmierć właściciela browaru niczego nie zmieniła. Nadal spotykali się na piwie przy ul. Rynkowej, jak choćby Hans Manneberg, syn innego z Żydów, który też wybrał Rybnik po 1922. Wiosną 1939 zasiadł on z przyjaciółmi przy müllerowym kuflu, być może by się z nimi pożegnać przed wyjazdem do Palestyny.

Z kolei w zakładzie odejście Zygfryda Müllera wiele zmieniło. Zaczęły się problemy administracyjne, personalne, zmiany pełnomocników, zatargi z magistratem, a nawet bijatyki, głównie z uwagi na kontrowersyjną postać niemieckiego zarządcy Maksa Richtera (a jakże – Żyda). Ten ostatni jest wielką nierozwiązaną zagadką, którą mam nadzieję kiedyś uda mi się rozwikłać.

Spółka, jako „Browar Rybnicki” działała w imieniu udziałowców – w większości żydowskich, do września 1939, polecając piwa najlepszej jakości.

No a potem, to już wiadomo. Historii wojennej możecie się domyślać, a powojenną znacie. Teraz w tym miejscu mamy galerię handlową i resztkę komina. Ja mam deskę z krzesła z napisem „Hermann Müller”, zjedzoną przez korniki skrzynkę na piwa z tym samym napisem i jedną flaszkę. Mam też przekonanie, że pasierbica Berta przeżyła wojnę i po wojnie mieszkała, chyba z synem Alfredem, we Frankfurcie. Bo ileż mogło być kobiet wdów o nazwisku Bonczkowicz i imieniu Berta w Niemczech w latach 60-tych? Wyszukałam jedną.

Potomków drugiego z synów Hermanna Müllera nigdy nie znalazłam.
To teraz, w nagrodę, że dotarliście do końca możecie sobie nalać do kufla złocisty płyn. Prosit!

Z poważaniem! 

 

Więcej ciekawostek na forum „Zapomnianego Rybnika” ➡

Ciekawostki o browarach

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania O Müllerach i rybnickim browarze została wyłączona