Maj 6

Zostały po nich numerki

Prawie w każdym mieście jest to coś, co ma tajemnice i budzi grozę, czy strach. U nas to miejsce jest za tzw. czerwonym murem. Mur stary jest, ma ślady po kulach, wyżłobienia po chorobach, malunki po wandalach, dziury, które zrobił w nim czas. Za tym murem, od 1886 r. leczeni byli, i nadal są ludzie, których dziś oficjalnie i poprawnie nazywa się nerwowo i psychicznie chorymi.

Kiedyś był to jeden z większych tego typu obiektów w Europie. Przez dziesiątki lat za tym murem umierano, ale zmarłych tam nie grzebano. Szpital miał bowiem początkowo jeden, a po jakimś czasie drugi własny cmentarz. Jak i jeden, tak i drugi były na pewno wielowyznaniowe, gdyż w naszym szpitalu leczono, nie dość, że ludzi z wszystkich stron, to jeszcze różnej wiary, jak choćby młodą Ernę – żydówkę, czy wiekową Karolinę – katoliczkę.

Obydwie nekropolie założono w miarę blisko drogi prowadzącej do Gliwic. Pierwszą po jej prawej stronie, a tą młodszą po lewej. O tej po prawej rybniczanie wiedzą. A nawet odwiedzają, choćby przy okazji Wszystkich Świąt, mimo że typowych nagrobków tam można doliczyć się kilkunastu. O istnieniu pozostałych grobów świadczą jedynie, ledwo wystające z ziemi, kamienne tabliczki. Ale tam jest i mogiła zbiorowa więźniów Marszu Śmierci, i mogiła zbiorowa pacjentów naszego psychiatryka, którzy tragicznie zginęli, gdy na rzece Rudzie zatrzymał się w styczniu 1945 r. front, no i biegnie tamtędy ścieżka rowerowa, a także szlak turystyczny. Jest kilka ławeczek, by móc przysiąść i się zadumać, miasto od czasu do czasu podsyła służby komunalne, by zadbały o to miejsce. Czyli jak na nieczynny, stary cmentarz nie jest źle.

A o drugim cmentarzu nie wie prawie nikt. No, ci którzy wywalali na nim nielegalnie śmieci, gdy od czasu do czasu potykali się o takie same kamienne tabliczki z numerkami, zjadane przez ziemię, to może wiedzieli. Jestem przekonana, że wyrzutów sumienia nie mieli, gdy wysypywali tam co się dało, tym bardziej, że gąszcz krzewów, samosiejek i kupy liści ze starych drzew wszystko zaraz skrywał. Na szczęście to już zostało w miarę usunięte.

Dziś, po raz czwarty wraz z członkami Forum Obywateli Rybnika i rybniczanami – ochotnikami, a także strażakami z OSP Wielopole robiliśmy na cmentarzu porządki.

Staraliśmy się nie przeszkadzać miłej żonie i ukochanej matce Marii, której nagrobek jest jedynym jaki ma napisy.

Niecałe dwa lata temu postawiliśmy przy resztkach dawnej bramy tablicę informacyjną, która jeszcze stoi, co cudem jest   😀 A z każdą akcją nekropolia wygląda lepiej, choć roboty tam jeszcze jest huk.

Wiem, że nigdy nie uda się przywrócić pogrzebanym tam ludziom imion i nazwisk, gdyż zimą 1945 r. ogrom dokumentacji szpitalnej spłonął, czy też został zniszczony przez hitlerowców, ale choć niech jako te tabliczki z numerkami godnie leżą.

Tak sobie myślę, że może popatrzała na nas z nieba mieszkanka Berlina – Charlotte Haase, wyznania ewangelickiego, która zmarła w naszym szpitalu 18 września 1943 r., a którą przywieziono do Rybnika z pobliskiego Bad Königsdorff, czyli Jastrzębia Zdroju.

Wiele z rzeczy, które się robi w życiu, to takie pitu, pitu. Dziś takiego pitu, pitu nie było. Zawsze, gdy sprzątam na jakimś cmentarzu czuję, że to nie jest zmarnowany dzień. Jesteśmy to winni poprzednim pokoleniom, nawet gdy nie byli naszymi przodkami, ani nawet krajanami.

Amen.

Kwiecień 28

Nasi na cmentarzu w Breslau

Będąc parę dni temu w mieście zwanym onegdaj Breslau, miałam niecałą godzinę, by na powierzchni ponad 4 hektarów odnaleźć groby „naszych”. Wbrew pozorom, nie jest to proste. Na podstawie tablicy, spisałam sobie po uczniowsku,  długopisem na ręce ściągę i ruszyłam jak wariat przez ścieżki i groby.

Przede wszystkich chciałam dotrzeć do grobu syna naszego rabina Daniela Fraenkla, któremu już poświęciłam wpis dawno temu. Syn rabina – Siegmund, co prawda nie był urodzony w Rybniku, ale jego rodzice przyprowadzili się tutaj, gdy przyszły wybitny orientalista miał niecałe 2 miesiące i tu dorastał, więc dla mnie nasz jak nic  😉 Mimo że na ręce nakryklałam sobie nr kwatery, to i tak znalezienie jego grobu zajęło mi z 10 minut. Nie zdarza się mi lecieć przez cmentarz nie zwracając uwagi na mijane groby. Tym razem nie miałam czasu na kontemplowanie uroków tego miejsca. Byłam na konfie Centropy i na zwiedzanie cmentarza z przewodnikiem mieliśmy niecałe 60 minut. Zanim jeszcze pani przewodnik zdążyła się przywitać, już uznałam, że jak mam coś znaleźć, to tylko pojedynczo. Grupowo to se można po zamku w Gołuchowie chodzić, ale nie po cmentarzu żydowskim.

Zaparzona jak kawa w ekspresie w halo! Rybnik (czyt. w mojej pracy) przeskakiwałam ze ścieżki na ścieżkę. Wreszcie go zobaczyłam! Jeju… jaki cudny był w słońcu. Profesor Siegmund Fraenkel, z ojca rabina i wnuka rabina (po mamie). Wybitny orientalista, znawca wielu intrygujących języków: aramejskiego, arabskiego, języków irańskich.

Grób ma klasyczny i piękny, choć sam do wyjątkowych przystojniaków raczej nie należał. Patrząc na jego krótką szyję zastanawiam się, czy nie miał problemów z garbem. Poniższe zdjęcie pochodzi z książki Macieja Łagiewskiego „Wrocławscy Żydzi 1850-1944”.

Potem poleciałam szukać grobów jego rodziców. Byłam już u nich wiele lat temu przy zapadającym zmroku. Z nimi miałam gorzej niż z synem. Rabin Daniel Fraenkel, urzędujący w Rybniku przez prawie ćwierć wieku, ma bardzo typowy obelisk. Co już mi się wydawało, że go widzę, to z przodu okazywało się, że to ani on, ani jego żona.

Po iluś tam doskakiwaniach do tych ostrosłupowo zakończonych pomników, pot lał się ze mnie jakby było lato. A to nie lato, a zimowa wiosna. W końcu jest! Znaczy się, są! On i ona w barwinkach 😀 Nasz rabin dr Daniel Fraenkel – jakby ktoś chciał coś o nim wiedzieć bliżej to  ➡ tu

Tata przystojniejszy od syna 😉

Teraz już spokojniutko mogłam sobie, pomimo wskazówek, które na blacie zegarka zapierdzielały jak małe motorki, pobiec do Ferinanda Lassalle’a. Jakby nie patrzeć, jego tata, pochowany wraz z nim, to Żyd aus Loslau, czyli z Wodzisławia Śląskiego.  A sam Lassalle i poglądami mi bliski, i o kobietę się pojedynkował, i o prawa kobiet walczył, więc kamyczek mu się należał.

Świeże kwiaty od niemieckich socjaldemokratów.

Rodzice Edyty Stein mnie nie szpanowali, więc resztę czasu, czyli mniej więcej pół godziny mogłam już w miarę spokojnie cykać foty, koncentrując się głównie na nazwiskach, które ewentualnie mogłyby być jakoś tam skojarzone z Oberschlesien. Wychodząc z cmentarza, kompletnie niespodzianie, ujrzałam przed sobą grobowiec rodziny Nicolaier. Bogowie czuwali  :mrgreen: Córka Josefa Lustiga, założyciela Goczałkowic, rodzona rybniczanka, po mężu Nicolaier pokazała mi się w całej krasie.

Płuc nie czułam, nogi w dupie, wsio mokre, ale tyle sukcesów w 55 minut. Radość mi w uszach szumiała. Wyszłam z cmentarza zgodnie z planem i ustaleniami, no ale… ale cała wycieczka wyszła wiele, wiele minut wcześniej (no bo tak se uznała przewodniczka) i teraz musiałam zaiwaniać dookoła muru cmentarnego (jakieś 1,5 km), by znaleźć autobus. Dobrze, że mi się nie przypomniało, iż mam zakazane hiperwentylacje  :mrgreen: , bo bym do autobusu nie dobiegła. Czego się jednak nie robi dla swoich i okolicznych swoich (czyli tych zza mojej hałdy). Tu macham do Loslauerów  :mrgreen:

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Nasi na cmentarzu w Breslau została wyłączona
Kwiecień 14

Ada (odcinek 7) – zakończenie

Ten, prawdopodobnie ostatni odcinek o Adzie nie będzie już pisany w formie scenariusza. Muszę tym razem normalnie, tak jak zwykle – z emocjami. I dzień dziś taki, i nastrój ponury, no i przeczytana przed chwilą relacja Ady, złożona w Yad Vashem, nie nastrajają do chłodnego pisania.

Już wczoraj jakoś dziwnie się czułam przed spotkaniem w Gliwicach. Miałam opowiedzieć całe moje dochodzenie w sprawie poznania historii Ady i jej rodziny słuchaczom w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich. Nawet Młoda zauważyła, że coś nie teges ze mną i mam jakąś wyjątkową tremę. Podobnie miałam przy opowiadaniu o rodzinie Weissenbergów. Za bardzo osobiste to są opowieści, za mocno się włazi buciorami w czyjeś życie.

Jeszcze ten Wielki Czwartek i obawy, czy w ogóle ktoś dotrze. Na szczęście stali bywalcy dopisali. Pani Basia niestrudzona turystka, pani Iza starająca się rozwikłać sprawę Żyda Sandomirskiego, pani Małgosia z Nowin Gliwickich i wiele osób, których nie znam z imienia, a jedynie z twarzy. Przyszli, by posłuchać o tragicznych losach dziewczynki i jej rodziny w ten prawie świąteczny dzień. Pliki głosowe z opowiadaniami pani Klaruni ( ➡  Odcinek 6) udało się zsynchronizować z prezentacją i jakoś to poszło.

Historia Ady została pierwszy raz publicznie przedstawiona. Szuflada to jednak tylko takie pisanie sobie a muzom, mówienie do prawdziwych i zainteresowanych słuchaczy, to jednak o wiele poważniejsza sprawa. Zdjęcie, które dostałam od pani Klary stało elegancko w ramce obok książki Otto i Maschy Schwerdtów.

Na spotkanie przyjechał też syn starszej pani, od której to wszystko się zaczęło ( ➡ Odcinek 1 ), czyli Romek, który przekazał mi kopie listów Chaima – taty Ady (  ➡ Odcinek 4).

Z głośników poleciały słowa pani Klary, które osobom, nieznającym śląskiego spisałam na ekranie: „Nie bydzie już wojny? A kto tak powiedzioł, pani?” No właśnie, kto tak powiedzioł?   Ehhh 🙁

Potem jeszcze rozmowy, pogaduchy i do domu dotarłam o 21-wszej, odsłuchując non-stop tej samej piosenki w aucie.

Dziś, dzięki koneksjom pracowników Domu Pamięci, dostałam od pani profesor Barbary Engelking ( ➡ Odcinek 3) relację Ady, złożoną w wieku 23 lat w Yad Vashem. Dobrze, że jej wczoraj nie znałam. Pasuje do nastroju wielkopiątkowego.  Nie ma bohaterów, zawsze są tylko ofiary. Już wiem, dlaczego Ada nie chciała ze mną kontaktu ( ➡  Odcinek 2 ), już to rozumiem na 1000%. I to już nie jest do rzici. Do rzici to jest to, że nie wiadomo, że nie będzie wojny. Bo nikt tak nie powiedzioł. A wojna, to plugastwo, koszmar, chujnia.

I jeśli czujesz się
Zmęczona tak, jak ja
A sny masz złe i chore

To czas odwrócić się
Uciekać hen przez śnieg
Od tych, co tęsknią do wojen

Amen.

Kategoria: Edukacja, Judaika | Możliwość komentowania Ada (odcinek 7) – zakończenie została wyłączona
Marzec 9

Ada (odcinek 6)

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: dziś, czyli 9. marca 2017, wieczór

Występują: upierdliwe moje koty, ja i Ona, czyli ADA

Ja do siebie w duchu: Padam. Nie jestem w stanie opisać emocji, które mi dziś towarzyszyły w Skrzyszowie. Powinnam to wszystko przelać na klawiaturę, ale nie ma sił. Jedynie co mogę to patrzeć na jej buzię. Wreszcie ją mam na zdjęciu. To zdjęcie, jakby na mnie czekało przez tyle lat przechowywane przez panią Klarę w torebce, pod poduszką.

Pani Klara, kiedyś Hlubkówna, ma 91 lat i w jej domu była przechowywana Ada i jej tata Chaim. W pomoc była zaangażowana cała rodzina: tata Leopold Hlubek, mama Katarzyna, brat Klary Ludwik i Klara. No i jeszcze iluś tam ludzi z maleńkiego Skrzyszowa na Śląsku, gdzieś tam pod lasem prawie przy czeskiej granicy. Klara mi dziś powiedziała: „Łooo pani, jak my sie bali, jak my sie bali! A tyn Chaim, jak łon się modlył”.

Ja nadal do siebie: Ada. Tulisz się w rękę taty… Mamy ręka bardziej oddalona. Mama zginie w Auschwitz. Ile tu masz lat? Cztery? Pięć? To 1939 rok? Może to już  wojenne lato? W Dąbrowie? Piękne włosy masz. Pani Klara ze Skrzyszowa powiedziała mi, że były czerwone.

Nie zasnę przez Ciebie dziewczynko. Tyle się Ciebie naszukałam! Tyle sznupania, by w końcu wiedzieć jak wyglądałaś. A teraz, gdy pani Klarunia dała mi zdjęcie, na którym jesteś z mamusią i tatusiem, to już nie ma byka. Jeśli jeszcze żyjesz, to muszę zdobyć Twój adres i tą fotografię Ci wysłać. W 2014 roku nie chciałaś ze mną rozmawiać, ale teraz mam coś, co powinno być w Twoich rękach. I dlatego proszę, nie odmawiaj kontaktu. Nie możesz, bo Klara, gdy dawała mi to zdjęcie powiedziała: „Weź se je pani, bo łoni je potargajom, abo spolom, a jo już ida do grobu„. Ta Ślązaczka je przechowała nie po to, by teraz u mnie leżało. Ja nie mogę go mieć, bo to jest Twoje! To muszą mieć Twoje wnuki.

Kotka: głupkowato miauczy, bo jak zwykle głodna.

Ja ciągle do siebie w duchu: I gdyby nie Żan, gdyby nie ciotka Żan, gdyby nie ci wszyscy dobrzy ludzie po drodze. A jak ja przetransportuję te pliki głosowe z komórki na lapa? Młodej wolę nawet nie pytać, bo zaś się ociepie 😉  Znowu trzeba będzie się uczyć czegoś na stare lata.

Druga kotka drapie mi kito: następna umierająca z głodu, bo przerwa 2 godzin między posiłkami to wieczność cała.

Do siebie: Ehhh, rzutem na taśmę znalazłam panią Klarę. Naprawdę za pięć dwunasta. Olał to, że głosu nie mam, bo  przez głuchotę Klaruni musiałam ryczeć jak na wiecu. Wczorajszy dzień strajkowodniokobiecy był tylko małym wprowadzeniem do dzisiejszych wrzasków, które odstawiałam, by mnie Klarusia usłyszała 😀 Jutro z rana piszę zaraz maile do Niemiec z ponowną prośbą o kontakt z Adą. A jak nie, to zostanie już tylko Face i moi żydowscy przyjaciele. Myślę, że oni mi Adę znajdą.

Gdyby ktoś nie kumał o co chodzi w tym wpisie, to niech szuka poprzednich odcinków o Adzie i czyta je chronologicznie, czyli od Trailera poprzez odcinek nr 1, 2, aż do dzisiejszego.

Sądzę, że to „be continued”.

Marzec 1

Ada (odcinek 5)

Ostatni odcinek scenariusza pt. Ada napisałam prawie rok temu  ➡  Ada (odcinek 4). Tam też można znaleźć odnośniki do części 1, 2, 3 i do trailera. Sprawą zajmuję się od listopada 2013, czyli szmat czasu.

______________________________________________________

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: Styczeń 2017 r.

Występują: ja oraz syn starszej pani, której tata był zaangażowany w ratowanie Ady i jej ojca Chaima. Pani ta opowiedziała mi o Adzie pierwszy raz.

Przypadkowe spotkanie.

Ja: O, cześć! Dobrze, że cię widzę. W kwietniu będę mieć pogadankę na temat Ady, jej taty i w sumie o całej tragicznej historii rodziny Schwerdtów. Oczywiście z głównym naciskiem na pomoc, której udzielała twoja rodzina i Chlubkowie. Serdecznie Cię zapraszam na to do Gliwic, do Domu Pamięci Żydów Górnośląskich.

Syn starszej pani: Niesamowite! Super! Postaram się być.

Ja: Może w międzyczasie udało ci się jakoś wykombinować kim był ów Chlubek ze Skrzyszowa, który ich przechowywał najdłużej?

Syn starszej pani: Nie. Tam już chyba nawet nie ma tego domu. A o Chlubku nic nie wiem.

Ja: A wiesz, że w ubiegłym roku pojechałam do miasteczka na Podkarpaciu, z którego pochodziła rodzina Schwerdtów?

Syn starszej pani: Co ty nie powiesz?

Ja: Tak. Jeździłam jako przewodnik cmentarny i choć Pruchnik, gdzie urodzili się dziadek, tata Ady, czyli Chaim i jego brat Max, nie był na zaplanowanej trasie, to uparłam się i przejechaliśmy przez to miasteczko. Nawet udało mi się rzutem na taśmę odnaleźć miejsce upamiętniające mord na miejscowych Żydach. No, ale nie zajmuję ci czasu. Tak czy inaczej, zapraszam do Gliwic w kwietniu.

Syn starszej pani: Dzięki.

__________________________________________________________________

Czas akcji: luty 2017.

Miejsce akcji: Rybnik

Występują: Facebook, koleżanka Żan, ciotka Urszula (o dzięki Ci Boże, że są zaangażowane ciotki, które nadal czują bluesa i wiedzą co to jest bycie aktywistką i zaangażowaną kobitą).

Ja do siebie od jakiegoś czasu: Mam całą historię poukładaną dzięki książce Otto Schwerdta – kuzyna Ady. Dwóch braci z małego miasteczka koło Jarosławia, po I wojnie chce żyć lepiej i mniej ortodoksyjnie. Max i Chaim wyjeżdżają do Niemiec. Do jakiegoś tam stopnia się asymilują, rodzą się im dzieci, m.in. moja Ada. Niestety, złym ludziom po jakimś czasie nie podobają się polscy Żydzi na ich terenie. Bracia, wraz z rodzinami, muszą wyjechać do Polski. Nie chcą wracać do swego biednego sztetla i wybierają Katowice, bo tam jeszcze w latach 30-tych mówi się po niemiecku, a ich dzieci są już urodzone w Niemczech, więc w sumie myślące po niemiecku. No, a potem wojna, Dąbrowa Górnicza, getto. Max wraz z synem Otto do Auschwitz, potem Gross-Rosen, Theresienstadt. Reszta rodziny, czyli żona Maxa i pozostałe dzieci giną. Zaś Chaim, brat Maxa i zarazem tata mojej Ady, zostaje jakoś uratowany przez ojca starszej pani (z pierwszego odcinka o Adzie). Tu pojawia się pan Chlubek i Skrzyszów, gdyż Chaim tam jest ukrywany. Ojciec starszej pani ratuje też Adę (wyprowadza ją z getta w Dąbrowie Górniczej). Ada jest w Rybniku, następnie u Chlubka w Skrzyszowie.

Małgosia, jak to prosto i łatwo teraz pisać. Ada tu, Ada tam. Ada u tego, Ada u owego. Ten jej nie chciał, ten ją zabrał, tamten nie mógł. Co ty byś zrobiła, gdybyś miała na szali swoje dziecko i dziecko żydowskie? Ja w duchu do siebie, odpowiadając na to pytanie: Poświęciłabym dziecko żydowskie, a ratowała swoje. Zrelatywizowałabym sobie ten wybór i ratowałabym własną córkę, a nie Adę.

(A ty czytelniku! Kogo byś ratował?)

Ja nadal w duchu do siebie: Ada u Chlubków nie mogła być zbyt długo, gdyż nie były to warunki odpowiednie dla małej dziewczynki (jakiś bunkier?, piwnica?, ziemianka?) i ze Skrzyszowa zabrał ją Niemiec – hydraulik Frenzel – bohater. Zabrał i przewiózł do Fünfteichen (dzisiejsze Miłoszyce w powiecie oławskim). To wiem z książki Otto. Tata Ady – Chaim zaś do końca wojny był u Chlubka. No właśnie. Chlubka… Jak znaleźć rodzinę tego kolejnego bohaterskiego człowieka. Kurde… może przez Dziennik Zachodni poszukam.

Ja pisząc pracę podyplomową na głupich studiach: Hmmm, jechać do tego Skrzyszowa i rozpytywać ludzie? Głupio tak. Czy jednak poprzez artykuł w prasie? No, musi być jakiś ślad. Ktoś musi coś pamiętać. Toż Skrzyszów, to nie Londyn, czy nawet Lądek. Dobra, kolejny raz Facebook. Pomagał już tyle razy, że może i tym razem będzie tą właściwą deską ratunku.

Ja wpisując na Fb: „Szukam potomków, czy też piątej wody po kisielu, rodziny Chlubków, mieszkającej w Skrzyszowie w trakcie II wojny”. Enter.

Ja już nie pisząc pracy podyplomowej: Kurcze, a jak ktoś się obrazi? Trudno. Choć mam nadzieję, że nie.

Plim (odgłos messengera Facebooka).

Wiadomość od koleżanki Żan: Twojego posta przesłałam do koleżanki, pracującej w gminie oraz ciotki działaczki. Jak kogoś znajdę dam znać.

Ja: Dzięki! (tu krótko wtajemniczam Żan o jaką historię chodzi)

Messenger od Żan: Zadzwoń do mnie.

Ja dzwonię, po wysłuchaniu opisu śledztwa, które zrobiła Żan i ciotka, na cały głos mówię: Kocham cię Facebooku! Kocham ciocie działaczki, nawet z równoległego świata!

Czas akcji: 26 luty 2017

Miejsce akcji: Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna,Wodzisław, Rybnik

Występują: koleżanka Żan, inne kolegówny też broniące prace na głupich studiach, Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna (przez przypadek), pan Stanisław, ja.

Ja (po obronie): Żan, powiedz mi to jeszcze raz, spokojnie, who is who, czyli co ciotka wyniuchała, a co znajoma z gminy?

Żan (przed obroną): Ciocia jest z tych zawsze zaangażowanych, pomagających i ciekawych świata. No i ona doszła do tego, że chyba jeszcze żyje prawnuczka Chlubka, ale jest w szpitalu. I na starość źle już słyszy.

Ja: Prawnuczka? W szpitalu? Na starość? Nie pasi.

(w międzyczasie kolegówny bronią się)

Ja: A może to córka tego Chlubka?

Żan: No… ja nie wiem, cioci mogło się coś pokićkać. Jak będę mieć telefon, pod który będziesz mogła zadzwonić, to dam ci znać.

Ja: Ok. Niesamowita sprawa, że tylu obcych i niezwiązanych ze sprawą ludzi mi cały czas pomaga 🙂

(wszystkie kolegówny się obroniły w międzyczasie – żegnaj AHE).

Następnego dnia.

Klik: SMS od Żan: Tel. (…), pan Stanisław (…), powołaj się na ciocię Urszulę (…), daj znać co ustalisz. Jestem ciekawa.

Ja dzwonię: Dzień dobry, nazywam się Małgorzata Płoszaj, tel. do pana dostałam od pani Urszuli… (lecę dalej z lajerą).

Pan w telefonie: Ale mama jest w szpitalu i źle słyszy, gdyby ją tam odwiedzać, to ciężko by było rozmawiać.

Ja: Wiem, rozumiem. Poczekam. Proszę mi tylko powiedzieć, czy mama jest córką Ludwika? Chlubka?

Pan w telefonie: Tak.

Pode mną się nogi uginają. Mam!!!

Ja: A który rocznik jest mama?

Pan w telefonie: dwudziesty… (reszty nie usłyszałam)

Ja w duchu: Czyli ona musi to pamiętać! Masakra! Mam! Mam świadka!

Ja do pana: Poczekam na powrót mamy ze szpitala i jeśli państwo pozwolą to przyjadę do Skrzyszowa.

Odkładam telefon.

Od momentu odłożenia telefonu głupia myśl mi drąży mózg. Adę też znalazłam, się nawet cieszyłam i wyszła z tego dupa, a raczej „rzić”, jeśli pamiętacie. Ostatecznie nie chciała rozmawiać. Co będzie, gdy teraz stanie się tak samo? Co wtedy wymyślę?

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Ada (odcinek 5) została wyłączona
Luty 17

Koty – cmentarni strażnicy

Nie wypada, by miłośniczka kotów siedziała cicho w takim dniu, jak dzisiejszy. Nawet profilowe zdjęcie „Szuflady” jest kocie i choć seria z zawstydzoną i obrażoną Mrużką ma już ponad 4 lata, to nadal ją lubię  😉

Jednak to nie własne koty chcę dziś pokazać. Przy okazji cmentarnych podróży zdarza mi się spotykać strażników, którzy pilnują grobów, złowrogo patrząc, gdy ktoś naruszy spokój pogrzebanych. Tak na przykład spojrzał na mnie ten cudny dziki kot na cmentarzu żydowskim w Katowicach.

Jego kolega w tym samym czasie kompletnie mnie ignorował i miał w dupie.

Pewnego roku, przy pracach renowacyjnych na żydowskim cmentarzu w Pszczynie, obserwacje prowadził kot (kotka?), który w momencie, gdy odłożyłam grabie i wzięłam aparat, odwrócił się dystyngowanie i odszedł. Być może uznał, że choć naruszamy mir cmentarny, to jest to w dobrej wierze.

Z kolei na ogromnym kirkucie tarnowskim koty mają swoje własne M-2, a może i M-3 😉 Jest to zrozumiałe, bowiem obszar do kontrolowania jest tam przeogromny.

Jeden z tarnowskich strażników wygląda tak.

Jedyna kotka (chyba w rui), która do mnie podeszła była częstochowianką. Pilnowała grobów masowych no i cmentarza. Obserwowała nas przez wiele minut, w końcu ośmieliła się podejść i uznać naszą obecność na jej terenie.

I na koniec potomkowie Muezzy, czyli ukochanego kota proroka Mahometa, pilnujący grobów w Sarajewie.

Międzynarodowy Dzień Kota dobiega końca, czas więc na sen z mruczącą Mrużką w stopach. Masza woli sypianie z Młodą 😉 Mrauuuuuu  :mrgreen:

Kategoria: Judaika, Różniste | Możliwość komentowania Koty – cmentarni strażnicy została wyłączona
Styczeń 27

Mamusiu! Ja przecież byłem grzeczny! Ciemno! Ciemno!

Jest taki napis w Obozie Zagłady w Bełżcu… on zastępuje wszystkie słowa, które można by dziś – z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu, powiedzieć.

Ciemność na stacji w Bełżcu

Obóz Zagłady Bełżec

Takich ukrytych dojść do miejsc, gdzie leżą bezimienni ludzie, jest tysiące – tu Brzozów.

Pamięci Tadzia z Bochni.

Grób masowy w Tarnogrodzie

Barwinek – mogiła zbiorowa Żydów z Dukli i Rymanowa

Katowice

Kolbuszowa – o tym miejscu prawie nikt nie pamięta

Działoszyce – mogiła zbiorowa

Rybnik – mogiła zbiorowa ofiar Marszu Śmierci

Cmentarz żydowski w Wałbrzychu – pomnik upamiętniający zamordowanych kolegów

Kulno – mogiła w głębokim lesie

Lesko  – cmentarz żydowski

Mogiła zbiorowa Żydów lubaczowskich

Mogiła w Parku Magurskim, czyli miejsce, które wstrząsa tak jak Bełżec. Gdy jest mi źle, myślę o matce Helenie, która zapewne najpierw musiała patrzeć na śmierć swoich dzieci wrzucanych do dołu w hałbowskim lesie, zanim sama zginęła.

                    Warszawa

                                    Pruchnik

Przemyśl

Las Dąbry – 364. 

Kańczuga

Nasza ukochana Mateczka i inni – Sławków-Krzykawka

Las Wolica w Dębicy

Radomyśl Wielki – sądzę, że w ciągu ostatnich paru lat nie było tam nikogo, kto by położył kamyk…

Kolce w Górach Sowich

Zbylitowska Góra – zamordowano tam m.in. setki dzieci

Zbylitowska Góra

Wszystkim tym bezimiennym i znanym z imienia, zapalmy dziś świeczkę.

To tylko mały ułamek zdjęć, które zrobiłam w miejscach uświęconych krwią niewinnych.

Kategoria: Edukacja, Judaika, Rybnik, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Mamusiu! Ja przecież byłem grzeczny! Ciemno! Ciemno! została wyłączona
Styczeń 20

Aron Perlberg z Tarnowskich Gór w Gołkowicach

Obiecałam kolegom z Tarnowskich Gór, że napiszę o Aronie przed ich pokazem filmu o Żydach tarnogórskich, który ma się odbyć 26 stycznia w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Rzutem na taśmę więc to robię choć wiem, że sprawa nie jest do końca rozwiązana i mam za mało materiału.

Jak zwykle zacznę od początku. Jakieś 7 lat temu znajomy ojca przekazał nam informację, iż na cmentarzu ewangelickim w małych, przygranicznych Gołkowicach pod Wodzisławiem Śląskim, jest jakiś nagrobek żydowski. Takich wiadomości nie puszcza się mimo uszu. Prawie natychmiastowa wizyta w tej miejscowości potwierdziła to, co widział ów pan.

Do budowy nagrobka chamsko wykorzystano macewę Arona Perlberga, zmarłego 26 kwietnia 1927 r. Ostre co? Jakoś tak durnie zawsze myślałam, że jedynie katolicy takie rzeczy odstawiali. Nie mówiąc o tym, że niejednokrotnie broniłam Ślązaków mówiąc, że i owszem, Polacy nagrobkom żydowskim nadawali „katolickie drugie życie”, ale nie my – Hanysy. My – Ślązacy w życiu. No i masz 🙁  Stałam na śląskim, w dodatku ewangelickim cmentarzu i patrzałam na zadbany grób, w którym pochowano małżeństwo. Z przodu imiona i nazwiska, daty, a z tyłu Aron. Nawet nie widać prób wymazania czegokolwiek. Nic.

Starałam się wówczas ustalić skąd był Aron. Jego nazwisko nie było „moje”, czyli rybnickie. Kolega z Wodzisławia też mi nie pomógł, gdyż stwierdził, że u niego też Perlbergów nie było. Wchodził w rachubę pobliski Racibórz, w którym cmentarz żydowski zmasakrowano już długo po wojnie. Przynajmniej ja tak uznałam, gdyż zakładałam, że wożenie materiału kamieniarskiego z daleka nie jest zbyt opłacalne. No, jeszcze ewentualnie jakiś pobliski cmentarz czeski. Przez jakiś czas Aron Perlberg siedział mi w głowie, potem o nim zapomniałam. Nie zdążył trafić do książki Łukasza Baksika „Macewy codziennego użytku”, gdyż była już w druku.

Lata se mijały, ale choć nazwisk z biegiem czasu mam w głowie coraz więcej, to w odpowiednim momencie, z właściwej szufladki, wyskakuje to, które powinno. Z 10 dni temu, szukając czegoś na temat J.Lustiga z Rybnika, Internet przeniósł mnie do Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej. W dodatku na łamy strasznego pisma o mrożącej krew w żyłach nazwie: „Narodowiec”. Tfuuu, że też muszę o tym pisać. Nie powinnam była się wgłębiać w to ciulstwo, ale wgłębiłam. Przejrzałam kilka numerów i natrafiłam na rubrykę zwaną, nomen omen, „Kwiatuszki”. K…a, kwiatuszki 👿  I w tychże kwiatuszkach, znalazłam taki śmierdzący, zdechły kwiotek z Tarnowskich Gór:

Pikieta Obozu Wszechpolskiego przed żydem Perlbergiem! Kwiatuszek ten był z 1938 r. Gapię się w lapa, gapię, Perlberg, Perlberg. Kurcze, co on mi mówi? Gdzie go wsadzić? Otwieram te szuflady w półkulach i nagle mam! W Gołkowicach był! Niestety w takich momentach ciężko znaleźć we własnym komputerze folder ze zdjęciami, których się szuka. Szybciej znalazłam post na forum eksploratorów, gdzie całą sprawę onegdaj opisałam. Jest! Perlberg. Nazwisko się zgadza, ale daty ni chu, chu. Szmatławiec „narodowiec” (mała litera celowa) z 1938, a Aron zmarł w 1927. Czyli chyba syn, albo brat.

A Aron? Aron (czasem opisywany jako Aaron) od 1918 r. był w Kolegium Reprezentantów gminy żydowskiej w Tarnowskich Górach, w grudniu 1920 r. został wybrany na jednego z trzech członków wchodzących w skład władzy wykonawczej gminy. W czerwcu 1927 odbywały się ponowne i na jego miejsce wskoczył już ktoś inny. Dlaczego? Proste. Aron (Aaron) Perlberg zmarł. Dokładniejsze daty dotyczące wyborów władz w TG znajdziecie ➡  tu . Wirtualny Sztetl podaje jeszcze informację, iż w 1929 r. we władzach znalazł się Leo Perlberg. Może to ten, przed biznesem którego pikietowano? Narodowiec w marcu 1939 r. „uprzejmie donosił”, iż „(…) Nie lepiej spisał się p. Kruk, członek zarządu Zw.Powstańców grupy uchodźczej, który osobiście interweniuje u p.starosty i policji miejskiej o przepustki graniczne dla żydówki Perlberg. Nie wiadomo czy robi to z miłości do żydów, czy za pieniądze (…)”.

No i takie kwiatki. Zarówno na grobie w Gołkowicach, leżących na Ścieżce Dziedzictwa Kulturowego (!), jak i w parszywcu „narodowcu”.

Szczątki Arona, mam nadzieję, leżą w spokoju na cmentarzu w Tarnowskich Górach (zdjęcie poniżej). Niestety, gdyby kiedyś jakiś jego potomek szukał grobu przodka, to przez tą ordynarną, chamską, kradzież już go nie znajdzie.

Nagrobek z Tarnowskich Gór w Gołkowicach, to kolejna gańba, których na Śląsku, jak widać, jest w pierony. Choćby, cały czas leżący mi na sercu, cmentarz w ➡  Raciborzu.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Aron Perlberg z Tarnowskich Gór w Gołkowicach została wyłączona
Grudzień 31

Dziękuję i Do Siego!

Szuflada jest otwarta dla czytelników od ponad 3 lat.  Wczoraj liczba odsłon tych moich grafomańskich wpisów przekroczyła 33.000 😆

Pierwotny zamysł założenia strony firmowej oraz odciążenia „Zapomnianego Rybnika” od przynudzania swoimi jednostronnymi zainteresowaniami, przekształcił się w bloga o Żydach z Rybnika, Górnego Śląska oraz o  innych sprawach, w które się angażuję.

Rzadkość wpisów nie wynika z braku tematów. Raczej to brak czasu. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni w 2017.

Na razie żegnam 2016 rok – dobry rok, w którym spotkałam na swej drodze znowu tylu życzliwych ludzi.

Rok, w którym znalazłam nowy Dom w Gliwicach – Dom Pamięci Żydów Górnośląskich. Przy okazji też, same Gliwice zaczęłam traktować jako drugi Heimat.

Rok, w którym mogłam w tym Domu uczestniczyć w fantastycznych spotkaniach, słuchać wykładów mądrych, charyzmatycznych i niesamowitych osób.

Rok, w którym w tym Domu wisiała wystawa moich zdjęć (!!!), pod którą siedział sam Michał Nogaś.

Rok, w którym w tym Domu mogłam opowiedzieć gliwiczanom o rybnickich Haasych i o rodzinie Weissenbergów.

Rok, w którym w tym Domu siedziałam razem ze Sławkiem Pastuszką i dr. Jackiem Proszykiem jako goście specjalni!

               (fot. Heniek z forum Eksploratorów)

Rok, w którym reprezentowałam rybnickich Żydów w Muzeum Galicja na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie.

           (fot. Alicja)

Rok, w którym w Rybniku odsłonięto pomnik Juliusza Haase i nawet poproszono mnie o pomoc w ściąganiu szarfy.

Rok, w którym znowu z radością mogłam pomagać młodzieży w różnych konkursach związanych z kulturą żydowską.

Rok, w którym zwiedziłam dziesiątki cmentarzy żydowskich i synagog.

                 Muszyna

                 Grybów

                   Bobowa

                  (Baligród)

Rok, w którym doznałam wielu życzliwości i usłyszałam mnóstwo miłych słów w trakcie spacerów po Rybniku organizowanych przez halo! Rybnik.

              (fot. Ania Zdrojewska)

Rok, w którym Zapomniany Rybnik skończył 10 lat.

W tym mijającym roku działo się jeszcze wiele innych rzeczy, które radowały, inspirowały, podnosiły adrenalinę a nawet wyciskały łzy. To hipcie lubią najbardziej  😉

Dziękując Wam wszystkim za docieranie do tego zakątka Internetu, życzę dużo zwykłych radości, codziennej uciechy z życia, mało defetyzmu dookoła i i zerowej ilości „dobrych zmian” w 2017 roku!

Małgosia  🙂

Kategoria: Judaika, Różniste, Rybnik | Możliwość komentowania Dziękuję i Do Siego! została wyłączona
Grudzień 14

O historii pisanej listami w Gliwicach

Gdy Karolina Jakoweńko z Domu Pamięci Żydów Górnośląskich zaproponowała mi wymyślenie cyklu pogadanek o Żydach z naszego Śląska, to wiedziałam, iż na pierwszy rzut musi polecieć moja ukochana rybnicka rodzina Haasych. Jak to mówią: nie było opcji 😉 Mówiłam o nich tyle już razy, że spotkanie w Gliwicach, za wyjątkiem potwornej tremy (nie mówiłam do rybniczan), nie wywołało we mnie jakichś innych emocji.

Nad wyborem drugiej rodziny, o której miałam opowiadać, też się nie musiałam zastanawiać. Po prawie dwóch latach rozkminiań, poszukiwań i detektywistycznych analiz godnych Sherloka, które wraz z Clare (potomkinią rodu Weissenbergów) prowadziłam przez Internet, w archiwach i kilku miastach Górnego Śląska ➡ (opisywałam to już tu i tu), czuję się prawie jak jej przybrana kuzynka. To był mus, by opowiedzieć o tragicznych losach Blochów i Weissenbergów, których losy były splecione z Pyskowicami, Toszkiem, Pszczyną, Zabrzem i ostatecznie z  Gliwicami. Od razu wiedziałam, że to łatwe  nie będzie. I to nie z powodu, iż Żydzi spoza Rybnika, to za bardzo nie jest moja brocha. Tym problemem dla mnie były listy. Listy babci Clare, pisane do swojego syna, a zarazem ojca mojej angielskiej znajomej. Takie pośmiertne przesłania. Pisane pod koniec lat 30-tych z Gleiwitz. Proste, bez wyszukanego słownictwa, pełne ukrytej, bo nie wypowiadanej wprost, rozpaczy, a równocześnie przepełnione zwykłą troską o to, czy syn pije soki, pamięta o wysłaniu życzeń urodzinowych do ciotek, czy też czy kupił sobie kulki naftalinowe. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przeczytałam je wszystkie w jedną noc na blogu Clare. Masakra. Dokumenty źródłowe, jak mi to wytłumaczyła Młoda. Tak, po naukowemu to niby dokumenty źródłowe, które dają świadectwo temu, co naziści zrobili Żydom niemieckim. A po mojemu to listy mamy do swego ukochanego synka. „Meine lieber Werner” – tak je zaczynała. Chyba nie muszę więcej pisać.

Gdy została ustalona data spotkania napisałam maila do Clare, czy nie zechciałaby przylecieć do Gliwic na moją pogadankę. Między Bogiem a prawdą, to napisałam z głupia frant, nie zakładając, że będzie jej się chciało rzucać wszystko i przylatywać do Polski w zimnym grudniu, w dodatku po raz drugi w tym roku. A tu szok 😯  Dla mnie, że przylatuje i dla niej, że ktoś, gdzieś będzie opowiadać o jej rodzinie i o tym, co się stało z jej prababcią, babcią, dziadkiem, czy tym jak tata wyszedł z Dachau.

Boże kochany, jak ja się przygotowywałam do tego. Mówiąc o Haasych w Gliwicach mogłam się ciulnąć, bo kto by zauważył jakikolwiek błąd 😉 (a tak btw, to dwa razy miałam wpadkę, co wychwyciła Młoda). A tu? Gdy będzie mnie słuchać córka i zarazem wnuczka osób, o którym będę mówić. I nieważne, że nieznająca polskiego. Sercem będzie rozumiała moje słowa. Pięć dni gadałam do ściany, a dokładniej do reklamy Pragera, cały wykład. Początkowo wybrałam ileś fragmentów listów, co dało mi 25 stron. Przetłumaczyłam je sobie na polski i skracałam, skracałam, skracałam. Co je czytałam, to beczałam. Jak coś skróciłam, to zaś to dodawałam, uznając, że zbyt ważne, by można to było wywalić. I bek. Niesprzyjające okoliczności przyrody, czy też raczej biologii, doprowadziły mnie do sporego rozchwiania emocjonalnego we wtorek. A spotkanie miało być w czwartek. Bałam się, że jak zacznę te fragmenty listów czytać, to się rozkleję na maksa i słowa z siebie nie wyduszę. I po części tak się stało.

Do Domu Pamięci pojechałam z duszą na ramieniu. Zawiłości rodzinne miałam w małym palcu, listy znałam prawie na pamięć, wsio w głowie. Tylko te dwa zdania z listu, który napisała babcia Clare do przyjaciółki (krótko przed wywózką do Auschwitz) mnie dławiły. Dużo zdrowia wam życzę, niech Bóg będzie z wami. Wydaje się, że o nas On zapomniał. No i mnie zdławiły. Zresztą nie mnie jedną. Widziałam panie ocierające łzy. Z tych emocji okulary mi się ciągle z nosa zsuwały, kartki z listami belontały*,  chrypka uniemożliwiała mówienie. Nightmare prelegenta, w szczególności takiego, który ma braki warsztatowe 😉 (to taka mała dygresja à propos ukochanego W.Manna).

Clare, jako gość specjalny, była niesamowicie wzruszona, choć starała się trzymać. Dla niej to był też trudny wieczór. Wiem, że go bardzo przeżyła. Po raz kolejny wizyta w Polsce nią poruszyła. Nastrój spotkania, atmosfera Domu Pamięci, pytania zadawane po mojej opowieści, jej odpowiedzi, sympatia ze strony słuchaczy, to wszystko było tak magiczne, że aż do Rybnika mi w łepetynie prądy przeskakiwały we wszystkie strony.

Na drugi dzień spotkałyśmy się ponownie w Gliwicach – był jeszcze wywiad dla Nowin Gliwickich 😉 Był to dla nas obu zaszczyt, że lokalna prasa zainteresowała się tym tematem. Choć przyznam, że robienie zdjęć kojarzyło mi się jakoś z fotami na tzw. ściance 😉 Miejmy nadzieję, że zdjęcia nie zostaną opublikowane.

Z Gliwic pojechałyśmy jeszcze do Bytomia na cmentarz żydowski, by poszukać grobu pradziadków, czyli Alberta i Bettiny Weissenbergów. Dzięki niesamowitej pani Ewie, opiekunce tego miejsca, udało nam się wsio znaleźć. Gdy patrzałam na Clare, stojącą samą przy ich grobie, znowu się popłakałam. Odeszłam na bok, by mogła pobyć z nimi. Potem mi powiedziała, że to takie cudowne, że mają grób, leżą razem, że tego grobu nikt nie zniszczył.

Pani Ewa, w swej uprzejmości, pokazała nam groby wszystkich Weissenbergów pochowanych na tym cmentarzu. Widziałam, że Clare już zamarza, ale ja tam wolałam wsio obejść just in case, bo nigdy nie wiadomo, czy któryś z pochowanych się nie okaże się kiedyś krewnym. Lepiej foty mieć 😉

Wieczorem dostałam od Clare taki list z linkiem do jej bloga, z prośbą, bym umieściła to na swoim fejsie. W wolnym tłumaczeniu Clare w ten sposób podziękowała wszystkim w Gliwicach:

Właściwy post blogowy napiszę, gdy już wrócę do Anglii do swojego biurka, ale tera chciałabym szczerze podziękować wszystkim Wam – dobrym ludziom, którzy nas tak ciepło przyjęli poprzedniego wieczoru w Żydowskim Domu Pamięci. Nie wiem czego oczekiwałam – myślę, że pół tuzina przyjaciół Małgosi i cichego ale interesującego spotkania z nimi.

Zamiast tego, zobaczyliśmy salę pełną ludzi, których ciepłe przyjęcie nas otoczyło, jak tylko weszliśmy. Przyszliście zimnego grudniowego wieczoru krótko przed świętami Bożego Narodzenia, wtedy gdy raczej powinniście siedzieć w ciepłych domach ze swoimi rodzinami. Przyszliście, by posłuchać jak Małgosia opowiada o naszej rodzinie, posłuchać w ciszy i ze współczuciem. Zadawaliście inteligentne pytania, na które jako prawdopodobnie zbyt przytłoczona nie potrafiłam inteligentnie odpowiadać. Ale się starałam. Nie jestem przyzwyczajona do publicznych wystąpień, mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej (…)

Dziękuję wam wszystkim wspaniali ludzie, za to, że czuliśmy się tak dobrze. Byliśmy wzruszeni waszą reakcją na historię naszej rodziny. 

I przede wszystkim dziękuję Gliwicom za wysłuchanie słów, o kimś kto był waszą córką i również moją babcią – o Else Weissenberg. 

Tyle od Clare, która już odleciała z Polski do kraju, który stał się w 1939 r. ojczyzną dla jej taty – niemieckiego Żyda, urodzonego w Pless, absolwenta gimnazjum w Beuthen, absolwenta uniwersytetu w Breslau, więźnia Dachau, syna Else zamordowanej w Auschwitz, wnuka Herminy zamordowanej w Auschwitz.

Ja też Wam dziękuję gliwiczanie! Dziękuję również znajomym z Mikołowa, Mysłowic, Zabrza i Pyskowic! Za pomoc, za słuchanie i za bycie 🙂

Zdjęcia ze spotkania: Iza Grauman oraz Ireneusz Skwirowski, z Bytomia moje, zaś archiwalne fotografie z albumu rodzinnego Clare i ➡  jej blogu „From numbers to names.

P.S. Kolejne spotkanie w Gliwickim Domu, zaplanowane na 23 lutego 2017 r., już nie będzie takim wyciskaczem łez, bo będzie o zębach  😉 Na zachętę dodam, iż i o gybisie** Hitlera.

Dla nie Ślązaków:

* belontać: mieszać

** gybis: sztuczna szczęka