Wrzesień 21

Kozielskie macewy

Lato się kończy, więc muszę opisać najważniejsze wydarzenie, które się wydarzyło właśnie w tym czasie.

Są telefony, które elektryzują i powodują drżączkę. Całe ciało się zaczyna telepać z emocji, mających na szczęście zero wspólnego z Parkinsonem. Pod koniec lipca odebrałam właśnie taki telefon. Spokojny głos: Dzień dobry, numer do pani dostałem od pana Sławka z Pszczyny. Nazywam się… Kiedyś zresztą spotkaliśmy się przy okazji akcji sprzątania na cmentarzu żydowskim w Pszczynie. Myślę se, okej, może i się spotkaliśmy, ale przy mojej umiarkowanej prozopagnozji i tak żadna twarz mi nie przychodzi na myśl. Spokojny głos mówi dalej: Wykonuję pewne prace dla inwestora, który właśnie nabył grunt w jednej z dzielnic Rybnika i na tej posesji są dwie macewy. Sławek skierował mnie do pani. U mnie w mózgu strzał! Epileptyczne prądy przeszły przez moje zwoje z prędkością światła. Skoro facet z Eksploratorami brał udział w akcjach podnoszenia macew na kirkucie w Pszczynie, to na mur potrafi odróżnić macewę od nagrobka, dajmy na to ewangelickiego z niemieckimi napisami. Nie mam do czynienia z kimś, komu się wydaje, czy też myśli że, wie jak wygląda macewa. Na ugiętych kolanach wstaję od biurka i zaczynam wypytywać. Gdzie, co, jak, jakie, w którym miejscu. czy ten nowy nabywca je wyda? Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że w takich momentach targają mną maksymalne emocje. A tu po przeciwnej stronie telefonu spokojny, stonowany i mogłabym rzec wręcz beznamiętny głos: Macewy są tam i tam, muszę porozmawiać z właścicielem. Poślę pani zdjęcia. Są dwie. Duże. Ja: dobrze, będę czekać, ale je trzeba zabrać. To mogą być nasze – rybnickie!!! Głos z telefonu: poślę pani fotografie, proszę czekać, odezwę się jak porozmawiam z właścicielem. Ja i czekać! Wnet przychodzi MMS. No k…wa. Faktycznie macewy. Dwie bycze. Załoga, z którą pracuję była pierwsza, która usłyszała. Potem messenger w ruch. Info do Młodej. Potem telefon do Płoszaja, bo będzie potrzebny transport, choć jeszcze nie wiem, czy je wydostanę. Edit 😉 wiem, wiem, że je wydostanę, choćbym miała je kupić, wykraść, wykupić, dać siebie w zastaw, walczyć, błagać na kolanach, powoływać się na znajomości. Mam czekać do następnego dnia na cynk, czy nowonabywca (kurde, jednak zostały mi te nieruchomościowe określenia) wyrazi zgodę. Pan Ryszard, czyli cudowny człowiek o spokojnym głosie mnie uprzedził, że są wielkie, ciężkie i ewentualny transport nie będzie prosty, bo paru strongmenów trzeba zaangażować.

Cały wieczór w domu nie gadałam o niczym innym tylko o macewach pociepanych w Rybniku. Szef firmy Płoszaja wyraził zgodę na ich przewiezienie. Czyli ciężarówa była załatwiona. Do tego strongmeni. Następnego dnia, po pracy miałam jechać je tylko obejrzeć. No ale wiecie jak to jest 😉 Oglądać to ja se mogę Szklaną Pułapkę po raz n-ty, bo kocham Bruce Willisa. A macewy to trza brać, ratować, a nie oglądać.

Jest dzień następny, wsio z Płoszajem ustalone. Bierze ciężarówę, ludzi i spotykamy się o 16.30 pod podanym adresem. Ja mam startować z pracy do miejsca docelowego o 16. Hyc jak pieron, a tu o 15.30 moi koledzy z roboty mówią, że trzeba ustawiać na Hoym grubie jakieś dupne namioty. No synki! Teraz? Ja mam 30 minut, by wam pomóc. Jadę ratować macewy. W dupie mam namioty 😀 Ustawiliśmy, ja do auta i dawaj przez rozległy Rybnik – do totalnie innej dzielnicy. Nadal nie wiem, czy macewy dostanę. Zgodnie z ustaleniami jadę je tylko oglądać i negocjować wydanie. Takim pędem przez miasto przejeżdżałam lata temu, gdy dostałam cynk o macewie Charlotty Prager. Spod cycków leją się wszystkie możliwe poty. Docieram. Pan spokojny Ryszard (ten, który do mnie dzwonił) już jest. Zaraz za mną podjeżdża Płoszaj ze strongmenami. Kiwam, mu, że ma się nie ładować z tą ciężarówą, bo nie wiem, czy dostaniemy nagrobki. No, ale kiwaj tu człowieku mężowi. Wtarabanił się na posesję i już, bo szybko, bo nie ma czasu. Zabić to mało! Nie kuma, że to trzeba delikatnie. Nic już nie marudzę, bo w końcu mógłby mnie olać, ale jak bym tak prasła w ten mało dyplomatyczny łeb, to by się roztrzaskał o najbliższe drzewo.

Pan Ryszard mówi, że czekamy na ojca właściciela. U mnie każdy nerw drga. Widzę je. Latam jak pieprznięta po posesji. Jezuuu! Jest trzecia! Adolf Apt! Pot spływa już z wszystkiego. Kopruchy mnie obsiadają i na pewno kleszczory. Srał je pies. Adolf Apt był szwagrem Josefa Manneberga. Przychodzi ojciec właściciela. Witam się i pierwsze pytanie: Jest pan rybniczaninem? Ja. Uffff. Nasz! I już nawijam, że to dziedzictwo naszych Żydów, pinkolę jak opętana, a ojciec: Jo to wiem. Biercie je. One muszą być we właściwym miejscu. My to kupili i one tu były. Pytam na wszelki wypadek: Możemy je brać??? Starszy pan: No jasne, biercie. Ja do Płoszaja: Ładować! rzucam się na szyję sile spokoju i starszemu panu. Ludzie, to jest macewa Adolfa Apta, szwagra Manneberga! Nawijam jak opętana o Mannebergach i znajduję wspólny temat ze starszym panem. Jego rodzina kupowała u Mannebergów. W głowie mi jednak świta, że Apt zmarł w 1918 r., a tu inny rok na nagrobku i miejsce zgonu. Może przez ten hyc mi się wsio już myli? Poza tym moi Żydzi też mi się już pieprzą.

Strongmeny ładują wsio na pakę i Płoszaj mi mówi, że jadą do nas, do domu, i postawią je tam, gdzie jest podjazd na węgiel, bo to najbliżej i nie będą musieli za daleko nosić. No way! Poleciały ostre słowa z mojej strony. W życiu tam nie mogą stać! Mają stać godnie, na ogrodzie. No to Płoszaj ryczy, że sama se je mam ustawiać. Haja wisi w powietrzu 😉 Bastuję, byle mi je zabiorą. Pojechali, a ja zostaję ze starszym panem i z siłą spokoju, czyli panem Ryszardem. Obchodzimy jeszcze rozległą posesję, której poprzednim właścicielem był… kamieniarz. Wsio jasne, niestety. W międzyczasie dostaję smsa od Kasi: Gosia, masz to już w domu? Cały czas o tym myślę. W domu już były, ale ja jeszcze łażę po chaszczach i lukam, bo może jeszcze coś gdzieś jest. Nie ma. A w głowie: Mam piwa w lodówce, by dać strongmenom? Po dwóch godzinach dziękowania, zarówno panu Ryszardowi za czujność, jak i starszemu panu, czyli ojcu nowego właściciela byczej działki, powoli ruszam w stronę auta. Moje szczere całusy chyba pana Ryszarda onieśmielały 😉 Za to starszy pan przyjmował je bardzo naturalnie. I on i jo som my z Rybnika i obydwa czujemy, że to je nasze. Po sąsiadach, kierych już ni ma. Od razu uprzedzam, że jeśli macewy nie będą rybnickie to znajdę dla nich właściwe miejsce. Bo wiem, bo czuję, że są śląskie.

Wracam w hycu do domu. A tam dziadek, czyli mój tata, z flaszką polewa strongmenom. Jeden z nich to Igor z Ukrainy. Igor pyta, pokazując swoje złote zęby: A kurwa co to? Noż Igor, ty robisz na budowie i nie wiesz co to kurwa? Płoszaj mu tłumaczy, że żona często używa ostrych słów, szczególnie, jak chce dopiąć swego. Wchodzę na ogród, a macewy nie stoją w miejscu, w którym zwala się węgiel, ale elegancko pod drzewami na ogrodzie. Mają godne, tymczasowe miejsce. Kurwy pomogły  😉

Są trzy. Adolf Apt i Henriette Schliesinger, geboren Gassman mają, oprócz hebrajskich, niemieckie inskrypcje.

Gdy strongmeni odjechali poszłam je pucować cifem. Wieczorem przyjechała Magda z Krzysiem, a ja ze szlauchem i cifem. Krzysztof odsłonił niemieckie napisy, więc coś się o Heni dowiedziałam.

Trzecia ma tylko hebrajskie napisy. Rzuciłam na nią swój chwałowicki cień. Tą ma rozkminić Sławek.

Szybko sprawdziłam, że ten Adolf Apt to nie rybnicki Apt. A jeszcze tej samej nocy Sławek ustalił, iż wszystkie trzy pochodzą z cmentarza w Koźlu, który cztery lata temu wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy, gdy tam byliśmy z Płoszajem. Ponoć w tym roku zryli go „poszukiwacze” skarbów, co spowodowało, że z niego prawie nic nie zostało. Pisałam jakiś czas temu o nim  ➡  „Dwa smutne kirkuty

No i miałam je u siebie przez ponad 2 miesiące. Miałam konfę na głowie, potem nie było możliwości darmowego przewiezienia. Były bezpieczne, ale ogród pod hałdą to nie było właściwe dla nich miejsce. Wczoraj, ponownie dzięki Płoszajowi i firmie, w której pracuje udało się je przetransportować do Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. I to między jedną awarią na budowie a drugą. Co się nasłuchałam, to wolę nie powtarzać 😉 Pojechały z Rybnika do Gliwic.

A dokładniej na cmentarz żydowski przy Poniatowskiego. Na razie stoją oparte o mur Domu. Mam nadzieję, że kiedyś wrócą na cmentarz do wsi Dębowa, gdzie byli chowani Żydzi z Koźla.

Dziękuję wszystkim dobrym ludziom, którzy pomogli je uratować, czyli Panu Ryszardowi, jego wspólnikowi, właścicielowi posesji, na której były, jego ojcu, Karolinie z Domu Pamięci, szefowi firmy, w której Płoszaj robi, strongmenom z tej firmy (w tym сильні чоловіки з України), Gminie Żydowskiej w KATO, Sławkowi Pastuszce. Płoszajowi należy się podziękowanie w naturze 😉 Dlatego teraz już spadam.

Aaaa, jeszcze info dla osób nie znających języka śląskiego: haja to awantura, hyc to upał, gruba to kopalnia, kopruchy – komary, pociepane to porzucone, a „ja” to na Śląsku ciągle „tak”. No to over już dziś. Kto oburzony brzydkimi słowami, niech się przełączy na inny kanał 😉

 

Sierpień 3

Jeżech z Rybnika i jada do Warszawy

Deadline nadszedł. Nadszedł też moment, w którym uznałam, że gdzieś muszę przykleić naklejkę „Jeżech z Rybnika”. Skoro się jedzie do stolicy, jedzie się na ➡ Międzynarodową Konferencję o Genealogii Żydowskiej i na tej konfie, w której uczestniczyć będzie ok. 1000 osób, będzie się opowiadać również o Rybniku, to trza się otagować  :mrgreen:  Jeżech z Rybnika, jako i był Josef Manneberg i jego rodzina. A między innymi będę o nich mówić.

Robię ostatnie próby przed publicznymi występami, ale w tym hycu, to gotuje mi się w mózgu i wsio kiełbasi. Szczególnie angielskie past perfekty i inksze kontinousy. Gdyby moje dwa speeche były po polsku, to bym jechała na większym luzie, a przez mus gadania w obcym języku stres się mi potęguje. Mój best friend Olutka przed chwilą, życząc powodzenia, przypomniała mi matury. Olać i już nie powtarzać. Łatwo powiedzieć. Siedzę na balkonie, bo poddaszowe mieszkanie jest cieplejsze od zacienionego balkonu i lukam ciągle w te prezentacje, klikam na stoper czy się mieszczę w czasie, który mi będzie przysługiwać. Osy furgają dookoła, mineralką już rzygam, pot spływa spod cycków, a ja kombinuję, czy może jeszcze coś zmienić w opowieści o rodzinie Clare….

… czy dodać jeszcze więcej ciepłych słów o Józefie Mannebergu…

… czy też dalej się pakować. Jak zwykle szajspapiór biorę, choć mam wypasiony hotel. Zwyczajowo też Rewia Rozrywki, coś do czytania, coś by mieć skrzydła i zatkać żołądek, gdyby wybuchła jakaś wojna  😉

No i 4 pendrivy, lap (just in case, bo każda Hiltonowa aparatura może się skićkać w nieodpowiednim momencie), kabanosy, setki kabli do nowoczesnych urządzeń, 7 par cichobiegów na nabaniałe szłapy i jedna kiecka na raut. Bo ma być raut! Taki hamerykański 😉

No i tyle. Marcysia mi tu tyro po balkonie (Mrużka woli leżeć w klopie, bo tam zimniej), lap się przegrzewa, więc chyba czas na podlewanie ogrodu, a może robienie konfitur z ostrężnic…

Spadam pooglądać sobie uratowane kozielskie macewy, o których napiszę jak wrócę z Warszawy. Na razie stoją w moim ogrodzie. Rybniczanie, trzymajcie kciuki we wtorek, bym nie przyniosła gańby naszemu miastu.

Jeżech z Rybnika, a to zobowiązuje  :mrgreen:

Lipiec 19

Zaś się popłakałam

Niewiele mi trzeba, by się pobeczeć. No i teraz se właśnie beczę rzewnymi łzami. Z emocji, z radości i sama jeszcze za bardzo nie wiem z czego. Zawsze, gdy mówię o żydowskich dzieciach z Rybnika mam przed oczami wielkooką Shaindlę Rybę, córkę Abrahama i Miriam. Może przez to, że moja Mama też mi taką kokardę na głowie robiła i też miałam takie bycze ślepia… Ja żyję, bo urodziłam się w dobrych czasach, a ją zagazowano, bo jeden zjeb tak uznał.

(Shaindla Ryba – źródło: Yad Vashem)

Niejednokrotnie pokazywałam jej zdjęcie na spacerach po Rybniku. Waliłam ludziom po oczach tą fotografią, by wiedzieli do czego prowadzi nienawiść. Widziałam łzy w oczach kobiet, zresztą samej mi się łamał głos przy pokazywaniu tej dziewczynki, co na pewno nie było profesjonalne ze strony przewodnika. Dla niej szłam w Marszu Żywych (tu o tym wydarzeniu  ➡ „Jesteśmy ich zemstą”). To ta mała dziewczynka, zamordowana w obozie zagłady, jest dla mnie symbolem Szoa.

I przed chwilą mi plipnęła komórka informując o mailu. W ciul ich dostaję, więc nie zawsze odczytuję od razu. Tym razem jednak czekam na list z Anglii, no to kliknęłam. Nawet bez breli ujrzałam, że pisze do mnie ktoś z rodziny Rybów. Od lat jestem zarejestrowanym użytkownikiem portalu JewishGen, na którym wypisałam wiele rybnickich nazwisk, których poszukuję. No i prask! Pisze pan, że się akurat zarejestrował. Dodaje, że jego mama urodziła się w Rybniku, jako córka Abrahama i Miriam i czy jest „connection”? No kurde! Takie connection, że się zaraz poryczałam. Pan jest synem siostry Shaindli, czyli wnukiem Abrahama i Miriam (też zginęli w obozie zagłady – przynajmniej tak podaje Yad Vashem).

(Abraham Ryba – źródło: Yad Vashem)

(Miriam Ryba – źródło: Yad Vashem)

Nie wiem, czy logicznie napiszę ten post, bo w łepie mi się głębią miliony myśli. Bierzcie poprawkę na mój skołowany z emocji mózg  😉

Abraham Ryba nie pochodził z Rybnika. Skąd był, to na razie nie wiem. Wiem czym się zajmował, bo to można znaleźć w starych wykazach na Śląskiej Biblio Cyfrowej.

Z kolei w Jagielońskiej Biblio, jak człowiek pogrzebie, to znajdzie antysemickie przytyki w jego kierunku. Takie „kwiatuszki” miały miejsce na wiecu, który prowadzili ojcowie franciszkanie z mojego miasta  👿

Prawdopodobnie miał brata, który miał też mały geszefcik.

Abram nie należał do krezusów, co widać z wysokości płaconych podatków na rzecz gminy żydowskiej. Skupował stare żelastwo i tym handlował. Mieszkał se przy ulicy Korfantego, a handlował na Młyńskiej.

Na pewno nikomu za mocno nie wadził.  Aż do momentu, gdy kurdupel z wąsem wlazł do Polski.

Jak przeżyła Genia – siostra Shaindli – urodzona w Rybniku w 1930 r. to jeszcze nie wiem. Mam wielką nadzieję, że się dowiem, gdy pani, która się do mnie odezwała podzieli się tą historią. Oby!

Na razie idę se dalej beczeć, bo takie odkrycie to trzeba odreagować. Miałam ćwiczyć przemówienia na konfę w Warszawie, ale dziś ją olewam. Po raz n-ty utwierdzam się w przekonaniu, że idę właściwą drogą. Dla takich momentów warto spędzać godziny przed kompem, w archiwach i olewać co myślą ci inni.

Maj 31

Gruba a żydowskie ślady

Na grubie robił mój śląski pradziadek. Robił i śląski dziadek. Jego syn, a mój tata też. Na grubach Dolnego i Górnego Śląska pracował po wojnie też mój nieśląski dziadek. Można powiedzieć, że nieśląska babcia również, bo w końcu praca bibliotekarki w przykopalnianym Domu Górnika, to była praca związana z górnictwem. Pracowała też ich córka, czyli Mama. I tylko ja nie. Od zawsze wiedziałam, że ja nie chcę na grubę. Choć one były wszechobecne w moim życiu od dzieciństwa. Jedna kopała pod domem, w którym się urodziłam i przez nią dom musiał zostać rozebrany. Przez nią też w drugi rodzinny dom poszło więcej żelaza niż norma przewidywała. Przez pierwsze dwa lata podstawówki mieszkałam przy innej grubie – w paradnym familoku. Paradnym, bowiem przeznaczony był dla osób z dozoru kopalni. Do bocznej bramy kopalni, przy której była wydawka węgla było może z 50 metrów. Przy krótkiej uliczce stali wozacy (tacy jak z Misia) i czekali na swoją kolej do załadunku. Mieszkało nas w tym familoku z 10 dzieci. Wszyscy popołudniami upyprani od tery, która kapała z dachu, od wszechobecnego pyłu węglowego, od śląskiego, boskiego brudu. Nudzącym się wozakom sprzedawaliśmy stare gazety „Sport”, a zarobione grosze wydawaliśmy na kołoczyki, które można było kupić w „konzumie”. Patrząc na tą kopalnię, w wieku 7 lat wypaliłam na raz dwa pierwsze papierosy skradzione tacie z barku. Też to były Sporty. Powinnam dodać, że nic mnie nie udusiło. Tą kopalnię kochałam. W nocy dochodziły z niej różnorakie odgłosy i smrody, z powodu których nikt nie robił larma, takiego jak teraz.

Potem mnie zabrano z tego miejsca i wtłoczono w miasto. Fujjj. Dziesięciopiętrowy blok, niby 4 pokoje a pitki takie, że nawet w gumę nie można było grać w mieszkaniu. Windy, zsypy, i jeden beznadziejny trzepak. Przy grubie mieliśmy trony, po których się pięły winobluszcze i dwa trzepaki. Do końca podstawówki tęskniłam za tą kopalnią, buchającą z ziemi parą, różnymi rurami, wozakami i zapachem pyłu węglowego. Liceum było na tyle kochane, że o kopalni zapomniałam. Jedynie praca rodziców, czyli nerwy taty, czy stresy mamy (gdy np. pacyfikowano jej grubę w stanie wojennym) przypominały  mi o tym, że jestem z górnictwem związana. Nie chciałam pracować na grubie. No way. Ja po swojemu. Od 1985 r. zawodowo w żaden sposób się z kopalniami nie związałam. Tylko powrót po latach do domu, w którym jest dużo żelaza powodował, że o kopalni mówiłam. No i moja hałda, którą mam w zasięgu wzroku i którą bardzo kocham uświadamiała mi zawsze, że gruby tu były, są i będą.

Nie znasz jednak człowieku ani dnia, ani godziny. Okoliczności przyrody sprawiły, że od jutra zaczynam pracę na Grubie. Takiej przez duże G. Od rana dziś się jej uczę. Wnikam w jej historię, zagmatwane konsolidacje, nadania, kuksy i inne, na razie mi obce, określenia i terminy.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła analiz od wyszukania choćby jednego żydowskiego śladu. Miałam go już przy śniadaniu  :mrgreen:  Salomon Isaac, zwany też Salomon Isaac zu Pless. Po przeczytaniu całego artykułu Romana Adlera pt. „Wkład Salomona Isaaca z Pszczyny w uprzemysłowienie Górnego Śląska” wpadłam w zachwyt nad tym obrotnym i mądrym Żydem. Faktor solny czyli agent handlowy, pośredniczący w handlu solą z Wieliczki do Prus, handlarz suknem np. do Turcji. Powołany przez Karla Georga von Hoyma na przysięgłego górniczego. Hoym powierzył mu nadzór na kopalniami ołowiu, srebra i żelaza. To on odkrył w latach 80-tych  XVIII w. złoża węgla koło Niewiadomia, Czernicy i Czerwionki. W 1790 r. zlokalizował płytkie złoża węgla w okolicach Zabrza, dzięki czemu powstała m.in. kopalnia Luiza. To jemu król pruski pozwolił w 1765 r. na osiedlenie się w Pszczynie, choć wtedy jeszcze Żydzi mieli wielkie problemy przy osiedlaniu się w miastach śląskich. Tu kupił dom przy Rynku i jak pisze mój znamienity kolega Sławomir Pastuszka prowadził też karczmę, wybudował dom modlitwy. Bo o założeniu rodu Plessnerów nie wspomnę.

Był członkiem elity żydowskiej Górnego Śląska – tzw. Hofjuden.  Król Fryderyk Wilhelm II napisał w nadanym mu przywileju: „wobec wyświadczonych przez niego ku Naszemu łaskawemu zadowoleniu usług oraz okazanej nienagannej postawy i gospodarności, nie mniej przez wzgląd na to, że w swojej działalności wspierał potrzebujących sukienników poprzez przedpłaty w pieniądzu i wełnie na rzecz wytwórni sukna i takoż nadal w istniejących okolicznościach czynić będzie, temuż (…) po wsze czasy zezwalamy i nadajemy Generalny Przywilej Ochrony i Handlu na Wrocław i Śląsk”. Taki gościu!

To nic wszystko, taki mały mały pikuś, gdyż po jakimś czasie został przez ministra Redena mianowany na górmistrza ze stałą państwową pensją. Na stare lata osiadł w Bytomiu, gdzie prawdopodobnie zmarł. I to jemu zawdzięczamy powstanie kopalni Hoym pod Rybnikiem, dziś Zabytkowej Kopalni Ignacy, na której jutro zaczynam pracę  😆 Po tylu latach utrzymam tradycję rodzinną.

Jeden Salomon jednak wiosny nie uczynił w moich dzisiejszych historycznych poczynaniach. Dokopałam się do informacji, iż sam Karl Georg von Hoym, od nazwiska którego nazwano, powstałą w 1792 r. kopalnię był bardzo przychylny Żydom. Przyczynił się do powstania rabinatu śląskiego i reglamentu żydowskiego. Należy pamiętać, iż było to jeszcze przed Edyktem Emancypacyjnym. No i w Brzegu Dolnym, gdzie miał posiadłość (nota bene fantastyczną) pozwolił na wydawanie jedynej na Śląsku gazety żydowskiej oraz na wybudowanie w 1785 r. synagogi. I jak nie lubić takiego gościa i jego, a od jutra i mojej gruby 🙂

Żeby jednak nie było za miło, to w swoich zasobach laptopowych znalazłam coś, co też wiąże się z kopalnią Ignacy (dawniej Hoym). Rok 1939  🙁

Na tym bożociałowa nauka się kończy. Jak się do jakichś innych Żydów z Ignacego dokopię, to na pewno o tym napiszę. Over na dziś.

Maj 20

Konfa – odliczanie czas zacząć

Kiedy w październiku ubiegłego roku roku zostałam zapytana, czy chciałabym wziąć udział w międzynarodowej konferencji genealogów żydowskich (dodam, że wielce prestiżowej), organizowanej przez International Association of Jewish Genealogical Societies, palnęłam od razu: TAK. Zaszczyt dla takiego pliploka spod chwałowickiej hałdy. Tym bardziej, że nie trzeba nigdzie latać, bo konfa po raz pierwszy w postkomunistycznym kraju, czyli w Polsce. Zazwyczaj to w jakichś Stanach, Izraelu, czy Londynie. Potem była długa cisza, więc uznałam, że jako ten plimplok odpadłam w przedbiegach, bo w takiej konferencji biorą udział same tuzy. Przyszedł grudzień i dostałam półoficjalne zaproszenie. Odpowiedziałam: yes, nie kumając w ogóle, że jestem jednym z gości specjalnych. Ponad 1000 uczestników z całego świata i Małgosia (jedyna osoba z Górnego Śląska) ma wygłosić dwie prelekcje po angielsku przed fachurami, którym do pięt nie dorasta. Oczywiście tysiąc ludzi na raz nie będzie mnie słuchać, ale to nie ma znaczenia. Czy pięciu, czy stu dostałam i tak nerwowej drżączki przed Bożym Narodzeniem, bo musiałam na szybko wymyślić dwa tematy, napisać jakiś bio o sobie, streścić te tematy i inne cuda na kiju. Tematy wykombinowałam w 2 sekundy. Jeden rybnicki – nie ma byka we wsi – Rybnik na pierwszym miejscu. Uznałam, że moi ukochani Mannebergowie, to materiał, którym mogę się pochwalić. Drugi to rodzina Clare, której stałam się cząstką przez trzy lata detektywistycznej pracy (tu można o tym przeczytać ➡ Historia Weissenbergów). Obie rodziny wyraziły zgody i dzięki pomocy samej Clare, literackim angielskim przygotowałam streszczenia i to co należało, by móc zacząć logować się do udziału w konfie. Ja pierdziu… nie było to łatwe. Każdy system internetowy jest skomplikowany. Ten konferencyjny też do takich należał. Ileś razy dochodziłam do miejsca, w którym trzeba podać kod, który uprawniał mnie do bezpłatnego udziału i dupa. Odciepywało mnie. Już było tak daleko, że chciałam olać i srać to wszystko. Nie znosząc skype’a łączyłam się z Ameryką i szukałam pomocy. W końcu po iluś próbach system mnie łyknął i przepuścił. Ufff. Teraz mogłam te wszystkie spłodzone dokumenty aplikacyjne w odpowiednie rubryczki wcisnąć i czekać na dalszy rozwój wypadków.

Clare mi piękne bio wymodziła  :mrgreen: Musiało mieć, jak i reszta, określoną ilość znaków.

Małgorzata Płoszaj is an independent researcher and educator who has been working on the history of Jews in Upper Silesia for over a decade, with particular emphasis on the city of Rybnik. Having visited over three hundred Jewish cemeteries in Poland, Małgorzata runs campaigns for their restoration and also documents them for Virtual Shtetl. In 2010, Małgorzata was awarded a diploma for the preservation of Jewish heritage by the Israeli Ambassador and the Jewish Historical Institute. Currently, Małgorzata is an associate of the Upper Silesian Jews House of Remembrance in Gliwice. She runs a research blog about Silesian Jews.

Styczeń minął spokojnie, moja aplikacja przeszła, więc wiedziałam, że jadę. Wsio za free, czyli wszystkie koszty pokryje GerSIG, czyli German Jewish Special Interest Group GerSIG. Hotel, dojazd, wyżywienie, dziś się okazało, że nawet paradny bankiet. Cała impreza ma trwać tydzień w Hiltonie. No wiem… nieźle brzmi. Nawet mogłam se tam noclegi zamówić, ale uznałam, że to byłaby totalna bezczelność z mojej strony, by bukować tam jedynkę. Skromniutko poleciałam i uznałam, że IBIS styknie. Mogę codziennie zapinkalać te 10 minut piechty. Potem przyszedł następny deadline na dodawanie jakichś kolejnych materiałów promocyjnych, ale nie za bardzo miałam co, ani kiedy, bo nawet do pracy nie zasiadłam. Czyli olałam reklamowanie swoich wystąpień, bo lepiej by mało ludzi przylazło oglądać zestresowaną Hanyskę. Cały czas jednak trzymałam rękę na pulsie i śledziłam ogromniastą grupę fejsbukową. A tam posty Amerykanów typu: Czy w Polsce jest w hotelach wi-fi? Czy można płacić kartami kredytowymi? Kto się ze mną wybierze na jeden dzień do Białorusi do wsi takiej a takiej? Kto po konferencji jedzie do Lwowa?

Po rządowej akcji z ustawą o IPNie dopiero się zagotowało od postów. I to nie takich, które krytykowały, a tych, które wyrażały obawy o ewentualne antysemickie postawy Polaków. Admini tego byczego forum uspokajali, że Polska jest spoko. Że nie ma obaw. Że to polityka, a konfa jest dla genealogów. Gdy ukazał się pełny program konferencji i zobaczyłam swoje nazwisko, to nie powiem, byłam dumna. Leżałam se w łóżku i czytałam, że mam wystąpienie we wtorek i czwartek. Taka se ja. Sodówa waliła w czerep.  :mrgreen:

Co jakiś czas dostawałam maile różnorakie. A to, że jakiś lunch jest płatny, a to, że bankiet będzie i trzeba się znowu zalogować, by w nim brać udział. Na wszystko miałam czas, więc tylko czytałam na chybcika i tyle. Potem przyszedł mail z pytaniem, czy mogę zamienić termin drugiego wystąpienia i przenieść je z czwartku na wtorek, czyli w jeden dzień obydwa. Jasne. Lepiej mieć jeden dzień sraczkę, niż dwa dni. Dwa stresory zawsze gorsze od jednego. Nie doczytałam jednak, że to ma być w tzw. prime time, czyli w czasie lunchu, gdy zgromadzi się cała śmietanka genealogów zajmujących się Żydami niemieckimi. Po trzech dniach to do mnie dotarło. Kurde flak! Tydzień to przeżywałam, zanim wróciłam do normalności.

Aż tu nagle wyświetla mi się komunikat na Fb, iż jest nowy post na forum dodany przez Admina. Klikam i widzę mojego ukochanego Josefa Manneberga. A przy jego zdjęciu info, iż to mogą być: „the hottest tickets in the town!”. Czyli wtedy, gdy ja będę mówić o moich rybnickich Mannebergach. Nie wspomnę, że Admin napisał, iż zostało tylko 21 wolnych miejsc. A ja nadal w głębokim lesie. Wręcz puszczy amazońskiej.

Maj Inglisz coraz słabszy, a prezentacje nie tknięte. Zmotywowana zasiadłam do lapa i urodziłam 6 slajdów z drugiej prezentacji o Weissenbergach, czyli rodzinie Clare. I mnie zatkało. Wena uciekła. Zrobiłam screen z Fb, posłałam go wnukom Josefa Manneberga i od tego czasu czekam na natchnienie. Myślę, że jak ono nadejdzie to zasiądę na balkonie z medalowym piwem Brewery, oprę szłapy o drugie krzesło i patrząc przez kilka dni pod rząd na migające za hałdą światła radlińskiej koksowni uda mi się coś stworzyć. Jeśli żadne złe fale mnie nie będą rozpraszać, to może nie przyniosę gańby Rybnikowi. Mam jeszcze ciut ponad 2 miechy. Trzymajcie kciuki  😉

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Konfa – odliczanie czas zacząć została wyłączona
Kwiecień 19

Myśli z okazji rocznicy 19 kwietnia

Za komuny o tym nie uczono (jakoż i teraz). Na lekcjach historii o tym nie mówiono. Przynajmniej ja tego tematu w szkole nie miałam. No ale cóż, może przez to, że byłam w klasie mat.-fiz. i do głowy mi wbijano czym jest prawo wielkich liczb Bernoulliego, ewentualnie czy sinus jest funkcją parzystą czy nieparzystą. Gówno pamiętam z funkcji trygonometrycznych, psińco z praw wielkich liczb, ale od liceum pamiętam kim był Jürgen Stroop, choć żaden nauczyciel nawet nie bąknął słowem o powstaniu w getcie. Dziś też większość z nich nie bąka. Gdyby nie babcia bibliotekarka, to zapewne bym o Moczarskim, Stroopie, Grossaktion in Warschau, wiedziała tyle ile o dynastii Qin w Chinach. Czyli null. To właśnie babcia podsunęła siedemnastolatce „Rozmowy z katem”. Mam je do dziś, choć są już makabrycznie sfatygowane. Zostały mi po niej. Data wydania 1977 r. – 41 lat temu. Na książce pieczątka biblioteki z Domu Górnika nr 1 Kopalni Węgla Kamiennego Jankowice. 

Dziś taka data, że musiałabym je znowu przeczytać, ale czekają „Młyny boże”, więc przeleciałam tylko kilka, luźnych ze starości, kartek.

Nie powinnam oddawać głosu zbrodniarzowi, ale „Rozmowy z katem” są niezwykłym dokumentem, dlatego niech przemówi ten butny, arogancki SS-man.

 

O wysadzeniu synagogi na Tłomackiem: – Ależ to był piękny widok! – opowiadał z błyskiem w oku Stroop. – Z punktu widzenia malarskiego i teatralnego obraz fantastyczny! Staliśmy z moim sztabem dość daleko od synagogi. Oficer saperów  odpowiedzialny za prawidłowe wysadzenie w powietrze, wręczył mi , za pośrednictwem Maxa Jesuitera, aparat elektryczny wywołujący poprzez przewody elektryczne jednoczesną detonację ładunków wybuchowych w murach synagogi. (…) W końcu krzyknąłem: H! H! (nie zacytuję tego – przyp. Szuflada Małgosi) – i nacisnąłem guzik. Ognisty wybuch uniósł się do chmur. Przeraźliwy huk. Feeria kolorów. Niezapomniana alegoria triumfu na żydostwem. Getto warszawskie skończyło swój żywot (…).

Komunie nie wolno wybaczać błędów i makabrycznych rzeczy, ale jedno jej trzeba oddać. Z takimi jak Jürgen Stroop się nie pierdzieliła. Sądzę, że gdyby go Amerykanie nie przekazali Polakom, to pomimo skazania na karę śmierci, wyszedłby po 10 latach. U nas przynajmniej go powieszono, choć to niewielkie pocieszenie. Ch…j skończył swój żywot.

A dziś… projekt Wielka Przywraca Pamięć. Synagoga, którą wysadził Stroop zostanie multimedialnie odbudowana. Wbrew i na przekór.

#ŁączyNasPamięć

 

 

 

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Myśli z okazji rocznicy 19 kwietnia została wyłączona
Marzec 26

O żydowskiej ochronce w Rybniku i związanej z nią rodzinie Katzów cz.2

Wracam do opowieści o żydowskiej ochronce w Rybniku (cz. 1 ➡ tu) i pracującej w niej przez ponad ćwierć wieku parze, czyli Leopoldzie i jego żonie Betty Katz. Co prawda, to on – Leopold szefował placówce, ale dla mnie to jego żona będzie główną bohaterką tego wpisu. Pierwszy raz o Betty opowiadałam w naszym muzeum przy okazji Dnia Kobiet. Dzięki temu w najnowszym wydaniu Gazety Rybnickiej jest wzmianka o tej niezwykłej kobiecie. Należy się jej to wspomnienie.

Betty pochodziła z miasta Posen, czyli Poznania. Tam przyszła na świat w 1872 r. Skończyła seminarium nauczycielskie i najprawdopodobniej w Lesznie poznała swego przyszłego, starszego o 8 lat, męża Leopolda Katza, również nauczyciela. Być może tam się pobrali. Zanim Leopold Katz objął kierownictwo w sierocińcu w Rybniku, przez jakiś czas pracował w pobliskim Ratibor. Do naszego miasta przeprowadzili się wiosną 1894 r. Ciekawostką jest, iż by Leopold mógł zostać dyrektorem placówki, musiał mieć żonę, która miała mu pomagać w pracach wychowawczych oraz administracyjnych. Betty nadawała się do tego idealnie, o czym świadczy jej całe późniejsze życie. Para zamieszkała na terenie sierocińca i po jej kierownictwem ochronka stała się nowoczesnym, przyjaznym dla podopiecznych i ważnym miejscem na mapie nie tylko Rybnika.

Sam Leopold, oprócz pracy zawodowej, angażował się w życie społeczne miasta, gdyż był przez pewien okres rajcą miejskim. Niewątpliwie świadczy to o jego znaczeniu i popularności.

Dwa lata po przyjeździe do Rybnika parze urodził się pierworodny syn Lothar, a w 1898 r. Günther.

Chłopcy wychowywali się i dorastali na terenie ochronki wraz z dziećmi, którym los zabrał rodziców. Wszystko szło swoim trybem, czasem lepiej, czasem gorzej, czyli tak jak to zwykle w życiu bywa. Aż do momentu Wielkiej Wojny, którą ludzie tak onegdaj nazywali, nie przypuszczając, że może wybuchnąć jeszcze większa wojna. Młodziutki syn Betty i Leopolda, czyli Günther został powołany do armii niemieckiej. A może sam się zaciągnął? Nie da się tego dziś ustalić. Można za to ustalić, iż zginął pod koniec wojny, tj. 23 sierpnia 1918 roku na terenie Macedonii. Miał zaledwie 18 lat. Ogromna tragedia dla rodziców. Chcąc zachować pamięć o swym synu wmurowali w sierocińcu tablicę pamiątkową oraz założyli specjalny fundusz nazwany jego imieniem (Günther Katz-Stiftung), w wysokości 3 tys. marek. Fundusz ten miał być przeznaczony dla zdolnych uczniów rybnickiego gimnazjum. Na szczęście drugi z synów żył i zgodnie z marzeniami studiował medycynę.

Niestety, koniec odległej od Rybnika wojny, to nie był koniec dramatów, z którymi musiała się zmierzyć rodzina Katzów. Choć Wielka Wojna nas, jako regionu, zbytnio nie dotknęła, to wnet miały do nas dotrzeć te małe, rodzinne, domowe wojenki, przez które dyrektor i jego żona musieli po 28 latach opuścić miasto, które pokochali. Musieli zostawić dom rodzinny, dom, w którym pomagali potrzebującym dzieciom i społeczność, z którą się zżyli. Takie pstryknięcie palcami i zmieniły się granice. Szastu prastu, pozamiatane. Tu Polacy, tam Niemcy. Starszy, czyli ten jedyny żyjący, syn miał już praktykę lekarską w przepięknym śląskim mieście Beuthen, więc rodzice postanowili tam na jakiś czas osiąść. Przedtem jednak fundusz Günther Katza przenieśli do miasta, które nadal było niemieckie. Z pieniędzy mogły korzystać dzieci z raciborskiego gimnazjum.

W Bytomiu Katzom urodził się wnuk, o czym powiadamiał ich syn – pan doktor Lothar Katz wraz z żoną Gertrud.

I tam zapewne Betty zaczęła myśleć o nowej pracy. Nie mogła siedzieć bezczynnie, a na bycie jedynie babcią chyba się jeszcze było dla niej za wcześnie. To według mnie była kobieta, która musiała pracować dla innych, dla słabszych, potrzebujących. Być może dzięki znajomościom, które zawiązała jeszcze będąc w Rybniku, wyjechała wraz z mężem do Berlina, by zatrudnić się w ośrodku dla ociemniałych. Myślę, że praca pomagała jej zapomnieć o śmierci syna na wojnie oraz o tym, że musiała zostawić Rybnik, sierociniec, dzieci, którymi się z mężem opiekowali, przyjaciół, dom i wszystko inne co zdążyli pokochać mieszkając tyle lat w małym śląskim, zielonym miasteczku.

W Berlinie niestety nadeszła kolejna tragedia. Krótko po tym, jak małżonkowie się urządzili, w wieku 62 lat zmarł Leopold. 18 października 1926 r. został pochowany na cmentarzu żydowskim Weissensee.

Betty na pewno rzuciła się w wir pracy. Została dyrektorem ośrodka dla ociemniałych w Berlinie-Steglitz. Początkowo miała 30 podopiecznych, po rozbudowie placówki potrzebujących pomocy było 50. Zarządzała też personelem medyczno-administracyjnym, który wraz z nią pracował nawet, gdy do władzy doszli naziści. Jesienią 1941 r. ośrodek dla niewidzących został przejęty przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy, a 19 listopada 1941 r. wszyscy mieszkańcy oraz personel musieli opuścić dom przy Wrangelstraße. Betty, wraz z ociemniałymi, którymi się opiekowała, została przesiedlona do tzw. punktu zbiorczego w Weissensee. Jako 621. znalazła się na skrupulatnie napisanej liście do wysyłki. Na liście znalazło się 1013 osób. Również Katz, geb. Falk, Betty Sara, ohne Beruf. Bez zawodu napisano. Bo jak Żydówka mogła mieć zawód?

Transport odjechał do obozu koncentracyjnego Theresienstadt 14 września 1942 r. Kilka dni przedtem Betty została zmuszona do sprzedaży swojego domu za bezcen. Dzięki różnym koneksjom, jeszcze przed 1940 r., udało jej się załatwić wizy amerykańskie dla swojego syna i jego rodziny. Amerykanie młodego lekarza jeszcze zaakceptowali, ale starszej pani już nie. Betty w obozie przeżyła ponad półtora roku. Zginęła w wieku 72 lat – 6 czerwca 1944 r. Całe swoje życie poświęciła potrzebującym, więc jestem przekonana na 100%, że i w obozie pomagała innym na tyle, na ile umiała.

Kilka lat temu, przed dawnym żydowskim ośrodkiem dla ociemniałych w Berlinie-Steglitz wmurowano w chodnik wiele Stolpersteinów. Jeden upamiętnia Betty Katz, kobietę wyzwoloną, wyedukowaną, empatyczną, społeczniczkę, tą, która do końca była z potrzebującymi, a przede wszystkim matkę, która zdołała uratować syna, dzięki czemu gdzieś tam, w okolicach Nashville, mieszkają ci, którzy noszą jej krew.

Ten poniższy rysunek, przedstawiający Betty, namalował syn Lothar w 1936 r. Pochodzi ze strony:  ➡ https://www.stolpersteine-berlin.de/de/biografie/5904

Betty nie ma swojego grobu, niech więc choć ten rybnicki wpis i berliński „Kamień pamięci” będą o niej przypominać.

A co stało się z ochronką, w której Betty przez tyle lat pracowała z mężem? No cóż. Po nastaniu Polski, Gmina Izraelicka w Katowicach uznała, że utrzymywanie sierocińca jest zbyt drogie i sprzedała budynek władzom państwowym, które urządziły w nim szkołę rolniczą. Po wojnie była w nim szkoła muzyczna, a 10 lat temu, miejsce gdzie przez 28 lat pracowali i mieszkali Katzowie zostało rozwalone i zniknęło.

Źródła:

Statistik und Deportation der jüdischen Bevölkerung aus dem Deutschen Reich, czyli strona  ➡ http://www.statistik-des-holocaust.de/list_ger_ber_gat2.html

https://www.stolpersteine-berlin.de/de/biografie/5904

Wikipedia (fot. Stolperstein Betty Katz), artykuł Marka Czaplińskiego „Sierociniec żydowski w Rybniku w latach 1893-1922”

Wycinki z prasy (Ostdeutsche Morgenpost) nadesłane przez pana Piotra Hnatyszyna z Muzeum w Zabrzu ( DZIĘKUJĘ!), Archiwum Państwowe w Katowicach i Raciborzu

Moje własne przekopki i wykopki internetowe

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania O żydowskiej ochronce w Rybniku i związanej z nią rodzinie Katzów cz.2 została wyłączona
Marzec 6

O żydowskiej ochronce w Rybniku i związanej z nią rodzinie Katzów cz.1

Do opisania żydowskiej ochronki i jej dyrektora – doktora Leopolda Katza przymierzałam się jak sójka do wylotu za morze. Gdyby nie materiały, które jakiś czas temu podesłał mi pan Piotr Hnatyszyn z Muzeum Miejskiego w Zabrzu, to nadal sierociniec i rodzina Katzów leżałaby zakopana w szufladzie. Nota bene, nie myślcie, że ja to mam wsio faktycznie w szufladach. Nie, mam to w segregatorach  😉

Piotr podsyłając, sfotografowane przy okazji własnych poszukiwań, kilka informacji o rodzinie Katzów, zmobilizował mnie do wsadzenia tyłka w fotel, skomasowania rzeczy, które wiem i opowiedzenia tego cuzamen do kupy czytelnikom Szuflady.

Nie będę zaczynać od słów „”na początku był chaos” i nie będę szczegółowo opisywać samej idei powstania żydowskiego sierocińca na Górnym Śląsku, gdyż dla mnie najbardziej istotne jest to, że powstał w Rybniku. Gdyby nie 20.000 marek, które przekazał, wówczas już rentier, Ferdynand Haase, to myślę, że ochronka nie zostałaby wybudowana w moim mieście. Ferdynand kasę obiecał, ale dał warunek: To musi powstać w Rybniku. Przekazywanie różnych kwot pieniężnych deklarowali Żydzi nie tylko ze Śląska. Dorzucały się gminy – te bogatsze, jak i te biedniejsze. Rybnicki kupiec Prager ofiarował 10 tys. cegieł. No i zaczęli wznosić obiekt, który miał służyć żydowskim sierotom oraz ubogim dzieciom aż do 1922 r.

Uroczyste otwarcie ochronki zaplanowano na 29 października 1893 r. Kogo tu nie było na tej imprezie  :mrgreen: Śmietanka towarzysko-polityczno-urzędniczo-religijna. I to wszystkich wyznań. Radca sanitarny Freund przekazał klucze landratowi, budowniczy Fuchs wszystkich oprowadził po całym obiekcie, rabin Cohn z Katowic sierociniec pobłogosławił. Na koniec zaśpiewał chór i wszyscy goście przeszli do hotelu Wittiga przy Rynku na wyżerkę na 120 osób. Niestety, głównego fundatora na uroczystości nie było, gdyż chorował. Zmarł tego samego roku na początku grudnia. O nim samym możecie przeczytać tu  ➡ Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)

Nowoczesna ochronka dla dzieci zaczęła działać. Uchwalono statut i wybrano specjalne Kuratorium (jego skład się często zmieniał). Do pomocy, kuratorium wybierało tzw. „damy honorowe”, których zadaniem było sprawowanie dodatkowej opieki nad dziećmi. Ponadto właśnie to Kuratorium, za aprobatą Zarządu Związku Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej, podejmowało decyzję o zatrudnianiu kierownika zakładu. Pierwszym kierownikiem został mianowany dr Oskar Götz z Rybnika. Pracował na tym urzędzie niecały rok. Po nim zatrudniono dr. Leopolda Katza, który kierował sierocińcem do 1922 r.

Co wiemy o tym zasłużonym dla miasta i na pewno dla dzieci lekarzu? Dr Katz urodził się w 22 lutego 1864 r. w Mollerfelde koło Getyngi. Seminarium nauczycielskie skończył w Hanowerze, potem w mieście Höxter pracował jako kaznodzieja i nauczyciel, w latach 1887-1890 w Lesznie również uczył dzieci. Sądzę, że właśnie tam poznał swą, o 8 lat młodszą, żonę Betty, z domu Falk.  Miastem, z którego pochodziła Betty był Poznań, a z niego blisko do Leszna. Poza tym sama była nauczycielką z wykształcenia i zawodu, więc o spotkanie nie było trudno  😉 Jeśli para się faktycznie tam poznała, to gdy Leopold został zatrudniony jako belfer w Raciborzu (1890-1894) zapewne byli już małżeństwem. Przybyli do małego Rybnika i 30 kwietnia 1894 r. Leopold zaczął szefowanie sierocińcem położonym w pobliżu dworca kolejowego i paradnego budynku starostwa.

Do rodziny Katzów wrócę później, a tymczasem opiszę samą ochronkę., która wg sprawozdania sporządzonego przez dyrektora stała pośrodku dużego ogrodu o powierzchni 3 morgów. Składała się z suteryny, parteru i pierwszego piętra. W suterenie była sala modlitewna, kuchnia, jadalnia, pralnia i magiel. Na parterze znajdowały się sale robocze, łazienki (ogrzewane!), sala dla dzieci chorych, biuro oraz mieszkanie dla kierownika zakładu. Z kolei na pierwszym piętrze były sale sypialne, wyposażone w łóżka, szafki dla dzieci, krzesła, miednice i inne cuda na kiju, typu spluwaczki czy termometry, wieszadła, itp., itd. W pobliżu sierocińca stał budynek gospodarczy, w którym były pomieszczenia do nauki robót ręcznych, warsztat stolarski, sala gimnastyczna wraz ze sprzętem. Po podłączeniu zakładu do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, oraz po zainstalowaniu, nowoczesnego, jak na owe czasy, centralnego ogrzewania, sierociniec należał do najlepiej wyposażonych obiektów użyteczności publicznej w Rybniku.

Ogród urządził fachowiec nad fachowcami, czyli mistrz Knyst z Pyskowic. Część kosztów jego urządzenia pokrył hurtownik win z Gliwic – Troplowitz, który sam należał do tych, którzy znali się na sztuce ogrodowej.

Zadaniem sierocińca była opieka oraz wychowywanie sierot a także dzieci z domów, których nie było na to stać. Jak choćby trójki boroczków z Koszęcina, których tata był na Wielkiej Wojnie, a matka musiała zamknąć swój zakład fryzjerski z powodu choroby i leczenia w szpitalu. Dzieci w ośrodku były uczone pracy, punktualności, porządku, pilności. Oczywiście, wsio na mocnej podbudowie religijnej. Tu muszę dodać, iż sieroty uczęszczały do szkoły powszechnej miejskiej, a w zakładzie miały zajęcia z religii. Ponadto chłopcy i dziewczynki byli przyuczani do przyszłych zawodów. Dzieci uczone były też empatii, gdyż zachęcano je do pomocy przy chorych wychowankach, pokazywano jak udzielać pierwszej pomocy. W 1916 r. zakład przyjął np. rosyjskiego chłopca – ofiarę pogromu żydowskiego, co  świadczy o wielkiej wrażliwości kierownictwa.

No właśnie… kierownictwa. Tymi, którzy przez 28 lat pracowali na rzecz sierot i biednych dzieci byli wspomniani przeze mnie Leopold i Betty Katz. To oni oddali całe swoje dorosłe i dojrzałe życie Rybnikowi i sierotom. Leo i jego żona zasługują na osobny wpis dlatego na dziś zakończę.

Wrócę wnet 🙂

 

 

Luty 24

Białaczka

Może nie powinno być tego wpisu. Może to za bardzo intymne. Będę miała rozwalony cały dzień 🙁 Jeśli jednak te wspomnienia nakłonią choćby jedną osobę do zarejestrowania się w bazie dawców szpiku, to myślę, że Mamusia mi wybaczy.

Minęło wiele lat, a wsio nadal jakby wczoraj było. Najpierw były przewlekłe przeziębienia. Jakieś permanentne 37 C, a to kaszel, a to katar, poty, pobolewania w różnych miejscach, nieżyty jelit. Potem znowu te 37, kaszel. Pyralginy, jakieś domowe leki i w sumie nic się nie działo. Do lekarza nie szła, bo niby nic Jej nie było. W końcu z moich ust padły słowa, których do końca życia będę żałować: „No… to jak Ci nic nie jest, to może hipochondria?” Poszła do lekarza, bo w jelitach cały czas warczało. Przedtem zwykła morfologia. Taka najprostsza z prostych. I weszła do mnie do pracy ze słowami: „Mam białaczkę”. Skierowanie na cito do hematologa. Górnolotnie powinnam napisać, że nogi się pode mną ugięły. Ale nie. Pierwsza myśl to „Love story” i umierająca Ali MacGraw. A może laboratorium się pomyliło??? Powtórne badanie krwi. Nikt się nie pomylił. Piątek. Jeden z gorszych w moim życiu. Gówno wiem o białaczce. Przecież na to się umiera od razu! Co ja Jej mam mówić? Jak patrzeć w te wystraszone oczy? Jest w kwiecie wieku. Pięćdziesiąt parę lat to nie czas by umierać. Gdzie szukać pomocy, informacji?

Nie było w tamtych czasach wujka googla, choć Internet już był. Co prawda ten drogi, cykający co minutę, ale był. Yahoo mi coś tam wieczorem wyjaśniło, ale po angielsku. Mała karteczka z morfo i walący po oczach wynik białych krwinek. Zaczynam się uczyć. Treści 2 kartek z encyklopedii zdrowia, którą miałam, nauczyłam się na pamięć. 2 kartki o rodzajach białaczek. Skróty i, nic wówczas nie mówiące, nazwy. Cała noc przy papierosach, karteluszku z laboratorium i tej posranej encyklopedii zdrowia. No i ubożutkie Yahoo. Szpikowa czy limfatyczna? Ostra czy przewlekła? Wbijam sobie w łeb 4 nazwy: ostra białaczka szpikowa, przewlekła białaczka szpikowa, ostra białaczka limfatyczna oraz przewlekła białaczka limfatyczna. Którą ma Ona? Ta, która, która mnie urodziła, która jest moim jedynym przyjacielem. Moja Mamusia, która czeka na wyrok. Wolę nie myśleć, co się kłębi Jej w głowie tej nocy.

Rano schodzę z diagnozą. Przeanalizowałam wszystko. Masz przewlekłą białaczkę limfatyczną. Będziesz jeszcze żyć. Będziesz z nami! Poczekamy jeszcze na diagnozę hematologa i badanie szpiku, ale ja wiem, że to białaczka przewlekła. Z tym się żyje, a nie umiera od razu. Ciulałam ile mogłam, a w duchu… O Boże co było w moim duchu… gdy cicho powiedziała: „Będziesz przy mnie, gdy mi będą pobierać szpik?” Będę. „A dasz mi koc do trumny, gdybym dostała zawału ze strachu?” Mamo! Co Ty mówisz! „Dasz?”. Dam.

Poniedziałek. Jedziemy do Jastrzębia do hematologa. Czekanie w kolejce. Wszyscy w poczekalni bladzi – białaczkowcy.  W głowie mam wykute na blachę wszystkie skróty białaczek – po polsku i po angielsku. Sto pytań do lekarza. Wchodzimy do gabinetu. Czuję dym z papierosa. Lekarz palący. Już go lubię. Spokojne, piękne niebieskie oczy. Cichy głos. Patrzy w wyniki, a Ją trzymam za rękę. Pani Alu, musimy pobrać szpik. Przejdziemy do pokoju zabiegowego. Pytam: Czy mogę być z Mamą? Tak. Trzymam Ją za rękę. Jest silna, choć strach w oczach makabryczny. Zamyka je. Wiem, że nie boi się tego pobierania, a diagnozy. Trepanobiopsja. Cały czas trzymam za rękę, choć chyba sama zaraz zemdleję. Już po wszystkim. Czekamy na wynik. Siadamy z innymi bladymi i czekamy. Długo. W końcu pan doktor woła. Znowu ten zapach papierosów  😉 Ogląda dokładnie rozmaz. Zaczyna coś pisać na kartce. Widzę to do góry nogami: CLL. YES! YES! YES! Chronic lymphoid leukemia. Spokojnie i z uśmiechem mówi: Pani Aluniu, mogę tak się do pani zwracać? Mam dobrą nowinę. Będziemy walczyć. To tylko przewlekła białaczka limfatyczna. 

Najcudowniejszy poniedziałek ever! Tylko przewlekła! Nie będziesz jak Ali MacGraw, choć masz to same imię. Będziemy z tą k…ą walczyć! Nie damy się. I walczyliśmy. Kilka lat jak na rollercasterze. Analizowanie wyników. Patrzenie w Jej oczy. Kombinowanie co powiemy z tatą, gdy te posrane WB Cells znowu wzrosną. Jakich argumentów będę używać, by pomóc jej to przetrwać.

Znachorzy, medycyna naturalna, cuda na kiju. Najpierw sterydy, potem pierwsze chemioterapie. Transfuzje. Kolejne chemie. Analizy wyników. Raz gorzej, potem ociupinkę lepiej. Soki z buraków, soki z marchwi. Trany, wyciągi z rekinów, zioła. Chemie. Regularne wizyty u ukochanego lekarza. Jego wieczorne telefony: Pani Aluniu. Przemyślałem jeszcze raz te wyniki i niech pani jednak bierze to a nie tamto. 

I znowu kolejne badania. Szpitale. Trzeba uważać na wszystko co fruwa dookoła. Młoda ma ospę, Mamusia łapie półpasiec. Immunoglobuliny nie działają tak, jak powinny. Remisje coraz rzadsze i krótsze. Węzły coraz częściej mocno powiększone. Splenomegalia. Ja o białaczce już wiem dużo, o wiele za dużo. Wiem, że powoli przychodzi przełom blastyczny. Fazę akceleracji już mamy. Wnet przewlekłość wejdzie w ostrość.

Anemia, małopłytkowość. Chemie znowu. Silne transfuzje. Raz wstrząs. Brak krwi w szpitalu. Immunoglobulin też nie ma. Zagrożenie życia. Upalne lato i pełna świadomość tego, co się stanie. Ona też ją miała. Nie chciała odejść w szpitalu. Obiecałam jej, ale nie dało się inaczej. Byłyśmy razem ze sobą do końca. Zgasła. Nogi kocem przykryłam w trumnie. Lekarzowi będę dozgonnie wdzięczna, że Ci nigdy nie powiedział, że to była śmiertelna choroba. Nigdy Ci nie powiedział, że umierasz. Zawsze potrafił w wynikach znaleźć coś pozytywnego.

Zostały wspomnienia, zdjęcia, jej głos, którym już ja teraz mówię. No i te wyniki oraz wypisane na zapas puste recepty.

Była niezwykle piękna, elegancka, krucha i delikatna, choć potrafiła ostro przeklinać. Dama.

Była jak motyl. Motyle krótko żyją. Teraz zdarza jej się latem przycupnąć na asfalcie koło naszego domu.

Wasz szpik może uratować życie!

 

Styczeń 7

Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds

Jak to dobrze, że przywrócono durne święto, które choć totalnie mi powiewa, to dało potrzebny oddech. Z uwagi na rodzaj pracy, soboty i niedziele nie są dniami wolnymi dla mnie, więc niech żyje Dzień Trzech Mędrców! Od rana Fejsbuk mnie atakował informacjami, jak ministranci winni pisać kredą na drzwiach „odhaczenie” kolędy, więc wolałam już wleźć do kuchni  i przygotować paradny obiad. Po tygodniu zjadania sylwestrowego bigosu, druga część rodziny wyraźnie miała dość, więc stanęłam przy garach (co się rzadko zdarza, bo pichcenia nie lubię) i zrobiłam śląski obiad. Do surowych jeszcze klusek, od razu wtatarowała Marysia vel Nowotko. Cierp ciało, jak żeś młode koty mieć chciało i je adoptowało  😉

 

Kimę zaliczyłam, choinę rozebrałam, reszta dnia była do zagospodarowania. W zasadzie to powinnam się przygotowywać do spaceru szlakiem Marszu Śmierci, ale w końcu święto jest i nie musiałam pracować. Wyszłam sobie na balkon, popatrzałam na Radlin i moją hałdę, no i zapadła decyzja: muszę siąść do lapa i kogoś wziąć na tapetę. Otworzyłam Folder „Rybnik Żydzi”. Spojrzałam na podfoldery. Zaczęłam w nie wchodzić. Ten nie, ten też nie. Gordon – kantor. Niech będzie on.

Co my tu o nim mamy? W sumie nic. Jedynie akt urodzenia jego syna. Beznamiętny, bo jakiż mógłby być inny, urzędowy dokument informujący o narodzinach dziecka pod koniec września 1884 r.  Dziecko płci męskiej, z matki Sophie Gordon z domu Moses oraz ojca Samuela Alberta Gordona.

Ojciec zgłaszający narodzenie dziecka, podpisał się jako kantor – chazan prowadzący modlitwy w synagodze, czy wypełniający inne istotne posługi, gdy brak rabina. Bezsprzecznie musiał to być wokalista o pięknym głosie.

Gdy Samuel udawał się przed oblicze Standesbeamta, w Rybniku nie było rabina. Od wyjazdu  ➡  Fraenkla minęło już parę lat i gmina nie zatrudniała rabina, a jedynie kantora. Wgryzając się w ten akt urodzenia miałam niezłą zagwozdkę, jak rodzice nazwali syna. Jak wiecie, moja znajomość niemieckiego jest słaba, a rękopisy to już w ogóle jest masakra. Metodą porównywania liter wykombinowałam, że dziecku dano imię: Walter.

No i teraz przede mną było szukanie śladów po Walterze. Gordon, to mało żydowskie nazwisko i trochę czasu mi zajęło nim trafiłam właściwy na trop, czyli miasto w Dolnej Saksonii – Hildesheim.

Teraz, jak zwykle puszczam wodze fantazji (zaważając jednak na informacje znalezione w Internetach) i mogę Wam opowiedzieć o Walterze, urodzonym w Rybniku, przyszłym lekarzu, który zakończył swe życie w hrabstwie Suffolk. Przez to, że tam mieszka angielska część mojej rodziny, Walter tego dzisiejszego popołudnia stał mi się jakoś dziwnie bliski.

Na razie wracam jednak do Rybnika. Gdy Walter przyszedł na świat jego tata i mama na pewno się radowali. Może Samuel chciał, by mały w przyszłości został rabinem? Nie wiem, czy w Rybniku Sophie i jej mąż dorobili się innych dzieci. W zapiskach mam tylko ten jeden akt urodzenia u Gordonów, którzy na pewno nie byli z naszego miasta. Kantor był tu na kontrakcie, więc zapewne po jakimś czasie wyjechał. Do czasu wyjazdu pełnił posługę w naszej synagodze odprawiając nabożeństwa, udzielając śluby, grzebiąc zmarłych, itd.

Kiedy wyjechał? Nie wiem. Gdzie? Też nie wiem. Kiedy zmarł? Kolejna zagadka. Pewne jest to, że jego syn, a nasz Walter nie został rabinem, choć podjął studia teologiczna w Breslau. Od bezproduktywnego religijnego pitolenia, wolał pożyteczne babranie się w ludzkich flakach. Został lekarzem w szpitalu St. BernwardKrankenhaus. Zanim, jak wielu niemieckich Żydów, został powołany do wojska w czasie Wielkiej Wojny, ożenił się z Lotte Wolfes z Hamburga. Lotte była od niego młodsza o 10 lat. Para wzięła ślub w sierpniu 1914 r. Ich pierwszy syn Johann Rupert urodził się w 1916 r., co ewidentnie pokazuje, iż Walter bywał na przepustkach 😉 Drugi chłopiec przyszedł na świat już po wojnie, tj. w 1919 r. Młody lekarz w tych ciężkich, bojowych czasach pracował jako chirurg. Niejedno widział i niejedno przeżył. Wojna go zahartowała. Po jej zakończeniu powrócił do Hildesheim, do szpitala St. Bernwarda. W tymże szpitalu, po wielu, wielu latach, umrze na niewydolność wątroby jeden słynny Oskar – Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, który uratował ponad 1200 światów.

Wracam do Waltera. Mieszkał z bliskimi przy ul. Zingel 24. Jego synowie chodzili do starej szkoły żydowskiej w Hildesheim, a cała rodzina do synagogi w dzielnicy Lappenberg. Życie płynęło spokojnie, do momentu, gdy brunatne koszule zaczęły pojawiać się na ulicach i do władzy doszedł mały, zły człowiek, który bał się dentystów, a na śmierć posłał miliony ludzi.

Zaczęły się szykany. Pochodzenie i wyznanie odgrywały najistotniejszą rolę. Nie liczyły się kompetencje i umiejętności Waltera. Nie brano pod uwagę zasług wojennych. Ustawy norymberskie, zwalnianie z pracy, wyrzucenie do Polski Żydów z obywatelstwem polskim, zamykanie w obozach i ostatecznie Kristallnacht. A społeczność żydowska w Hildesheim była spora. Musieli patrzeć jak płonie ich synagoga, jak wybijane są szyby w witrynach sklepów, jak wywlekani są z mieszkań ludzie, jak ich się bije i aresztuje. Czy wtedy, czy jeszcze przedtem Walter z żoną wyjechał do Anglii, to nie wiem. Nie udało mi się tego ustalić. Na pewno w 1936 r. zmarł teść, czyli ojciec Lotte, a sam Walter starał się walczyć o utrzymanie posady, choć poprzez przedstawianie pism od swoich dowódców z czasów wojny. Walczył za kraj, który teraz go traktował jak nie-człowieka. W kwestionariuszu, który musiał nasz rybniczanin wypełnić jeszcze jako lekarz w 1936 r., najważniejszą pozycją była ta, która waliła po oczach słowem : „JUDE”. A jak JUDE to i RAUS!

Hildesheim nie chciało Żydów. Poniższe zdjęcie, pokazujące właśnie tablicę o tej treści, pochodzi ze strony Yad Vashem.

Walter chyba mądry był. Widział, że nie ma na co czekać. Trzeba załatwiać wizy i spierdzielać. Jak to załatwił nie wiem. Ale załatwił i rodzinie udało się wyjechać do Anglii jeszcze przed wybuchem wojny. Czy od razu z synami?  Być może. Choć to oni mogli jako pierwsi opuścić Niemcy, by następnie pomóc rodzicom.

Lotte i Gordon, a także ich synowie, zostali oficjalnie poddanymi króla Jerzego VI w 1947 r. Zamieszkali w mieście Bury St.Edmunds w hrabstwie Suffolk. Po wojnie należeli do The Association of Jewish Refugees (Związku Uchodźców Żydowskich). Walter najpierw pracował jako lekarz w West Suffolk Hospital, a potem w St. Mary’s Hospital jako specjalista od geriatrii. Urodzony w Rybniku w 1884 r. syn kantora odchodził na emeryturę w wieku 75 lat, o czym informował Dziennik Związku Uchodźców Żydowskich, we wrześniu 1959 r. życząc mu dużo zdrowia i szczęścia. 

Walter Gordon zmarł prawdopodobnie w wieku 82 lat, został skremowany i pochowany na żydowskiej części cmentarza miejskiego w Cambridgeshire. Za tą informację to nie dam sobie ręki uciąć, bo by wiedzieć to na 100% musiałabym posłać do Anglii przelew w wysokości 3 funtów i jeszcze jakieś cuda, więc olewam to. Dla mnie ważne jest to, że kolejnemu rybniczaninowi udało się uciec i macki małego, złego człowieka go nie dosięgły. Zapewne też żyją potomkowie Waltera, w dodatku gdzieś tam w Suffolk i okolicy Cambridge, więc mogę spokojnie i z miłymi myślami w głowie, iść spać.

P.S. Po południu miałam tylko jeden akt urodzenia, a tu tyle informacji się znalazło po 9 godzinach pracy 🙂 Internet to potęga, choć google images coś jakieś udogodnienia wprowadziły i są totalnie z dupy. Przez moment musiałam się przerzucić na Yahoo. Jak coś zaś znajdę, to popiszę. Tymczasem pyrsk, ludkowie  :mrgreen:

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds została wyłączona