Maj 21

O ponownych poszukiwaniach Weissenbergów i życzliwych ludziach

Gdy rok temu pomagałam w poszukiwaniach Weissenbergów, Blochów i Gruschków, czułam, że na jednej wizycie gości z Anglii się nie skończy. Tym razem Clare, opisana przeze mnie w linku powyżej, miała ciut więcej informacji, gdyż udało jej się przetłumaczyć większość dokumentów oraz listów taty, który jako jedyny z całej licznej rodziny przeżył II wojnę. Przypomnę, że ojciec Clare był niemieckim Żydem, którego rodzina pochodziła z różnych miast Górnego Śląska, który przeszedł obóz w Dachau i dzięki koneksjom zdołał jeszcze w 1939 roku wyjechać do Anglii. Historia rodziny jest bardzo tragiczna, no i oczywiście skomplikowana, więc nie będę nią zanudzać czytelników Szuflady. Wolę skoncentrować się na tym czego doświadczyłam w ostatnich kilku dniach, czyli na niesamowitej życzliwości ludzi na Śląsku.

Poniedziałek, dzień I – Mysłowice (moje ukochane, cudowne i niesamowite miasto)

Jechałam z gośćmi do Mysłowic na poszukiwania jakichkolwiek informacji o odnodze rodziny, czyli o bracie babci mojej Clare oraz dwóch jego córeczkach. Wiedziałyśmy jedynie, że wujek – Kurt Bloch mieszkał przez jakiś czas w Mysłowicach, gdyż to wynikało z listów, które pisał w latach 30-tych, znałyśmy imiona córeczek i lata urodzenia, no i fakt, że zostali wywiezieni najpierw do getta w Chrzanowie, a następnie do Auschwitz. Znam nastawienia Urzędów Stanu Cywilnego do takich poszukiwań. Tu dodatkowym utrudnieniem był fakt, że Clare nie jest potomkiem w linii prostej (bo jak może być skoro te osoby zginęły w obozie, ale co to USC interesuje), no i że dokumenty urodzenia dziewczynek są młodsze niż 100 lat, więc ustawa o ochronie danych osobowych i inne bzdety mają zastosowanie. Wiedząc o tym, już parę dni przedtem szukałam znajomości poprzez Fb. Oczywiście szukałam znajomości w mysłowickim USC. Już wtedy doświadczyłam niesamowitej uczynności. Kto mógł to kombinował i przeklejał moją prośbę. W pewnym momencie przyszła wiadomość. Boguś – strażnik mysłowickiego kirkutu mi załatwił wejście do Muzeum (mimo poniedziałku), a tam już miałam dalej dostać „listy polecające”. Clare, jako typowa Angielka nie za bardzo kumała systemu „poleceń”, ale zdawała się na mnie. Dobra, jedziemy z Promnic do Myslowitz. Podjeżdżamy pod muzeum i dzwonię na podany przez Bogusia numer telefonu pana dyrektora. Tak, wie, że mam przyjechać. Ufff. Wchodzimy do byczego muzeum (piękne zbiory tam mają).

Myslowice 16.05.2016. (5)

Szarmancki pan dyrektor z uwagą wysłuchał mojego trajkotania i zaczął działać. Telefon do USC, telefon gdzieś tam, szuru buru, robi się ruch. Przyszła niezwykle miła i uśmiechnięta pani Luiza z muzeum i też stara się pomóc. Rozmawiam z szefową USC. Postara się przejrzeć roczniki 1927 i 1929. W międzyczasie panu dyrektorowi udaje się ustalić, na jakiej ulicy mieszkali Blochowie, przy okazji wyskakuje nam imię żony. Jezuuuu! Mamy konkret! Ulicę i numer! Pani Luiza podsuwa myśl, by sprawdzić w jednej ze szkół, być może są stare księgi uczniowskie, bowiem rozpoznaje na którymś ze starych zdjęć, które Clare jej pokazuje na notebooku, byłą szkołę. Na tym zdjęciu jest właśnie jedna z dziewczynek, o której szukamy informacji. Ja z kolei dowiaduję się, że w Brzezince była 3. synagoga. Jeszcze na końcu obchodzimy muzeum i Clare kupuje album ze starymi zdjęciami Myslowitz.

Wychodzimy dziękując za tak wspaniałe przyjęcie i okazaną pomoc. Siadamy na ławce przed muzeum. Clare w szoku, że aż tyle mamy. Lecim dalej. A raczej jedziem 😉 Najpierw pod dawną synagogę w Brzezince, potem do centrum.

Rynek. Śliczny. Ulicą Grunwaldzką, dawniej Pszczyńską, suniemy w stronę numeru, pod którym mieli mieszkać Blochowie. Nie ma tej kamienicy. Hmmm. Nie znam historii Mysłowic, ale kombinuję, że musiała zostać wyburzona. Idziemy pod budynek dawnej szkoły ze zdjęcia z dziewczynką.

Myslowice 16.05.2016. (33)

Potem na miejsce, gdzie stała piękna duża synagoga. Tu mieszkali, synagogę mieli zaraz pod nosem. I szkoła blisko.

Gdzieś muszę podpytać o tą kamienicę. Urząd Miasta. Urzędnicy, jak wiemy, też różni są. Ale ci w Mysłowicach są więcej niż spoko. Przynajmniej dla nas tacy byli. Wchodzimy do budynku, w którym niby mieści się archiwum. Klupię od drzwi do drzwi. Wsio pozamykane. W końcu jedne otwarte. Od wejścia przepraszam, że żyję, że przeszkadzam, że wiem, że to nie należy do ich kompetencji, ale gdyby mi ktoś zechciał pomóc, bowiem szukamy i tłumaczę od nowa. Okazuje się, że cudem trafiamy na panów, którzy się pasjonują historią miasta i oni nam pokazują stare plany, na których szukaną kamienicę widać. Mamy też jej stare zdjęcia! Wiemy, że została wyburzona już za komuny. Clare od razu stwierdza, że musi obfotografować całą okolicę, by porównać to co jest z tym co było.

Myslowice 16.05.2016. (28)

Jezuuuu! Ponownie tacy mili ludzie! Tyle czasu im zajęłyśmy, a urzędniczy czas jest drogi. Panowie utwierdzają mnie w moim zdaniu, które mam od paru lat o tym mieście. Jest ono pełne fajnych mieszkańców. Wychodzimy i pędzimy pod szkołę podstawową nr 2, w której już raz byłyśmy, ale nie było pani dyrektor i młoda sekretarka bała się nam pomóc, co jest zrozumiałe, bo udostępnianie komuś nieznajomemu ksiąg sprzed wojny to może nieść za sobą ryzyko utraty pracy. Po drodze przechodzimy obok innego budynku dawnej synagogi, który przetrwał.

Pani dyrektor jeszcze nie wróciła z narady. Czekamy pod szkołą i analizujemy to co wiemy. Po pół godzinie czekania idziemy ostatni raz do sekretariatu.

Myslowice 16.05.2016. (44)

Przyznam, że nie liczyłam na wiele. Wręcz myślałam, że zostaniemy olane, bo nie da się, bo nie ma, bo ochrona danych. No i poza tym nikt do szkoły nie wchodził, czyli chyba pani dyrektor nadal nie ma. A tu szok! Jak jak kocham te mysłowickie cuda 🙂 Obie panie dyrektor są. Sekretarka przekazała, że szukamy starych ksiąg. Ależ oczywiście. Coś mamy. Już wyciągam tą jedyną przedwojenną księgą. Tak od strzału, bez pieprzenia się, tak z dobroci serca i życzliwości i uprzejmości!

Myslowice 16.05.2016. (37)

Jezuuuu po raz kolejny! Jedna z pań nawet pomaga nam szukać nazwiska Bloch. I nagle mamy ją. Mamy małą Blochównę. I wychodzi zagwozdka. Dziewczynka jest wpisana jako katoliczka. Tato jej był Żydem, a ona katoliczka. Może mama była tego wyznania? Na razie nie kombinujemy, bo nie chcemy zabierać paniom czasu. A obie panie dyrektor wręcz z nami się cieszą, że coś się udało znaleźć. Skrzydła człowiekowi rosną, jak patrzy na tyle życzliwości dookoła.

Myslowitz I love you! Na koniec jeszcze przypadkiem spotykamy Bogusia. Co za miasto!

Wtorek, dzień II (Katowice – bleee  i Zabrze – rewela)

Archiwum w KATO to nie jest miejsce, które mogę uznać, za przyjazne. Nie będę psuć tego wpisu i oszczędzę czytelnikom opisu tego jak tam się traktuje petenta. Niczego nie ma. Nie ma, nie ma, tego nie ma. Remont to tego nie ma. Dobra, halt Małgosia. Miało być o życzliwych ludziach. Coś tam w tym archiwum jednak znalazłyśmy. Dla Clare to było dużo, gdyż zobaczyła w aktach gimnazjum bytomskiego jak jej tato się uczył. Reszty: nie ma, bo remont. Wrrr.

Katowice 17.05.2016. (28)

Katowice 17.05.2016. (27)

Jedziemy do Zabrza, choć czuję, że nie dojedziemy w godzinach otwarcia archiwum USC. A tam chcemy dostać akt zgonu dziadka Clare. Dojeżdżamy po czasie. USC otwarte, ale archiwum zawarte. Klupię, wchodzę, popisowy uśmiech nr 15 jak to mawiała moja kolegówna z jednej ławy – Olutka. Już od przepraszania, że żyję sama nie wiem, czy jeszcze jestem na tym świecie. Tłumaczę. Choć pinkolą mi się wszyscy nieżyjący krewni Clare, ale dziadka daty znam na pamięć. Elegancja pani USC-owa mówi, że archiwum zamknięte i proszę przyjść na następny dzień. Ale ja bardzoooo mocno proszę. Goście z Anglii. No dobrze. Proszę podać datę i wypełnić wniosek. Uff. Będziemy mieć! Znowu mili ludzie. Brele, długopis, wpisuję dane Leopolda Weissenberga zmarłego z przyczyn naturalnych w czasie wojny w mieście Hindenburg. 5 zł i mamy ksero starego dokumentu.

Clare twierdzi, że skoro tu umarł, to musi tu leżeć na cmentarzu. Moje zdanie jest inne: on leży na cmentarzu w Gliwicach, bo tam mieszkał na stałe. Ale skoro chcecie na kirkut, to jedziemy. Wiem, że zamknięty, więc dzwonię do pana Walerjańskiego. Nie odbiera. Jak to kiedyś mawiano, nie ma takiej dziury, której nie można odetkać. I tak samo nie ma takiego cmentarza, na który nie dałoby się wejść. W deszczu, mokrzy po kolana zwiedzamy to magiczne miejsce.

Zabrze 17.05.2016. (68)

Oddzwania pan Walerjański. Już wychodzimy. Dziadka tu nie ma. Ale… doszedł nowy trop, który każe nam się umówić na trzeci dzień. Trzeba jeszcze pojechać do archiwum w Gliwicach i sprawdzić, czy są akta z Woźnik.

Środa, dzień trzeci: Gliwice (coraz bardziej moje miasto)

Tutejsze archiwum jest rodzinne i przyjacielskie. Jego szef od razu rozpoznaje moich gości. Państwo tu byli w ubiegłym roku 🙂 I jeszcze, tak jak ostatnio, spotykamy pana Piotra Hnatyszyna z zabrzańskiego muzeum, który stworzył słownik Żydów zabrzańskich. Kolejna pomocna dusza na naszej detektywistycznej drodze. Tłumaczy nam niemieckie dokumenty, które nas interesują. Na to wszystko przychodzi pan Maciek z Pyskowic – następny pasjonat. A Weissenbergowie pochodzili z Pyskowic. Jezuuuu! Maciek wspomina o karczmie, którą mógł prowadzić któryś z przodków Clare. I jak nie kochać Ślązaków 🙂

Gliwice 18.05.2016. (32)

Ostatni punkt to Dom Pamięci Żydów Górnośląskich i cmentarz żydowski przy Poniatowskiego. Szukamy grobu dziadka, choć ja już tam ileś razy obchodziłam te alejki. Na 100% grób jest, ale nie ma pomnika. Na to żadnej żydowskiej wdowy nie było stać w sierpniu 1941 r.

Gliwice 18.05.2016. (208)

Koniec poszukiwań. Znalazłyśmy tyle informacji, że Clare będzie swego bloga uzupełniać do jesieni. See you next time friends!

Ja z tego miejsca dziękuję wszystkim, którzy nam pomagali. Nie ma jak Śląsk  😉

P.S. Jedynie pani z USC z Myslowitz nie oddzwoniła, choć obiecała, no ale na pewno miała dużo pracy  :mrgreen:

Maj 14

Ada (odcinek 3)

P1310471Miejsce akcji: gdzieś na Europą w klaustrofobicznym samolocie tanich linii lotniczych

Czas akcji: rok po ostatnim odcinku – luty 2016

Występują: ja, mój tata, załoga tanich linii lotniczych

Ja w duchu odmawiająca, jedną za drugą, Zdrowaśkę; maksymalne napięcie wszystkich mięśni, bezwład nóg, strach obezwładniający każdy fragment mojego ciała i myśli. Dobrze, że mam spisany testament.

Tato wyluzowany z pozoru, ale na pewno też zamartwiający się powodem, dla którego lecimy do Anglii, czyli pogrzebem swego najstarszego brata. Rozwiązuje krzyżówki i udaje kolo-luzaka, bym przeżyła lot samolotem, którą to maszyną z definicji nie latam, a jeśli już mi się zdarzało w przeszłości, to tylko wstanie nietrzeźwości. Tym razem nie wchodzi to w rachubę, gdyż wykluczają to niewłaściwe prądy przeskakujące w moim mózgu.

Dialog:

Tato: No widzisz, już wystartowaliśmy.

Ja: Nic nie mów!

Tato: No przecież wiesz jakie są statystyki. Więcej ludzi ginie rocznie w samochodach niż w samolotach.

Ja (wyciągając książkę): Możesz nic nie mówić! Sranie w banie ze statystykami. W aucie to masz szanse, tu nie.

Tato: O! Popatrz już przedarliśmy się przez chmury. Jaki piękny widok.

Ja: W dupie to mam. Sam se  patrz na to skrzydło. Na pewno z niego zaraz nity odpadną. Nie mówiąc o tym, że się mogą na nas zamachnąć. Tu się wszystko telepie. Ten samolot to trup jakiś. PeKaeS chyba.

Tato: Może chcesz kanapkę?

Ja: Nie chcę. Pilnuję czasu, by połknąć tabletkę, bo jak Ci tu dostanę z nerwów ataku epi, to będzie awaryjne lądowanie.

Tato: Eee, przesadzasz. Histeria i tyle.

Ja w duchu: Muszę się na czymś skoncentrować. Nie mogę patrzeć non-stop na przechodzący personel i nie mogę analizować, czy coś złego się dzieje, bo faktycznie zaraz mnie tu coś chwyci. Popijam Depakine łykiem mineralki i otwieram, zabraną na szybko z domu, książkę na pierwszej lepszej stronie. Czytam i kompletnie do mnie nie dociera co czytam.

ksiazka w ktorej jest o Adzie

Tato: Co czytasz?

Ja: Co ja mogę czytać? O Żydach. Magda mi na podróż kazała wziąć jakąś książkę o Holokauście, bym mogła sobie w każdej chwili lotu myśleć, że w getcie było gorzej.

Tato: A co ma do tego getto?

Ja: Zawsze jej tak mówię, gdy to ona piętrzy problemy, które napotyka. Od lat w takich momentach jak lajera* gadam: Pomyśl, że w getcie było gorzej. Odbiła mi piłeczkę. No to wzięłam książkę Barbary Engelking, którą mam pożyczoną (nota bene od ponad roku) od koleżanki.

Tato: I o czym to jest?

Ja: O Polakach, którzy nie pomagali, donosili, o Żydach, którzy szukali pomocy, ginęli i takie tam. Dołujące.

Tato: No to czytaj.

Steward: Zbieramy zamówienia na ciepłe posiłki i napoje.

Ja w duchu: Chyba by ich nie zbierali, gdyby ten samolot się już psuł.

Wracam do czytania bez zrozumienia. Kartka za kartką, nazwiska, daty, miejscowości. Kiwam się jak Żyd przy modlitwie, ciasno, nogi puchną. To jest wbrew prawom fizyki, by taka góra żelastwa mogła latać tak wysoko.

Tata: No i jak książka? Jak się czujesz?

Ja kłamiąc: Spoko.

Ja w duchu: No ku… mać, niech się zajmie tymi krzyżówkami, a nie pyta co 5 minut, jak się czuję. Źle się czuję i tyle. Wodzę oczami po literach. Przerzucam dalej kartki bez myślenia.

Gdzieś na Niemcami.

Następna kartka. Czytam: Gdy zmniejszały się napięcie i strach pojawiały się równie trudne do zniesienia monotonia, nuda, bezruch i konieczność „trwania bez istnienia”. 

Ja w duchu: No widzisz Małgosia. Strach i napięcie ci towarzyszy. Ale trwasz z istnieniem. Czytam szybko dalej, bo w następnym zdaniu widzę słowo „Ada”. Ada Schwerdt. Ja pinkolę (w duchu było inne słowo). Moja? Moja Ada? Czytam: Wspominała o tym w swojej relacji na przykład Ada Schwerdt, która ukrywała się wraz z ojcem w piwnicy u chłopa Chlubka we wsi Rybniki: >>Ojciec mój miał ze sobą swoją fajkę i nauczył mnie palić. Siedziałam całe godziny w kącie ciemnej zawsze izdebki, paliłam fajkę i obserwowałam unoszący się pod sufit dym<<. Opada mi niepokój związany z lotem i zaczynam analizę tych zdań i przypisu. Już w końcu myślę racjonalnie. Przypis jest następujący: Ibidem (tu chodzi o Yad Vashem), O3/1267, Relacja Ady Schwerdt, brak dokładnej lokalizacji miejscowości, prawdopodobnie chodzi o wieś Rybniki, koło Białegostoku, w gminie Wasilków.

przypis

Ja cię kręcę! Przecież ja to już raz znalazłam w Internecie, ale odrzuciłam ten wątek poszukiwań Ady, uznając za niewłaściwy z powodu tej wsi Rybniki! A to jest ten trop! Nie może być inaczej. To na 99% jest moja Ada. Kompletnie zapominam, że lecę samolotem.

Steward: Czy może pani coś podać?

Ja: Nie dziękuję.

W duchu: Masakra! Dlaczego ponad dwa lata temu, gdy to znalazłam w sieci tak mnie zaćmiło, że olałam kompletnie taką informację? Dla małej dziewczynki Ady Rybnik i Rybniki to było to samo. Po latach, w trakcie spisywania jej relacji w  Yad Vashem po prostu doszło do literówki (zrozumiałej) i tak to poszło w świat. Barbara Engelking przeprowadzając kwerendę w archiwach Yad Vashem i szukając zeznań o Żydach ukrywających się na wsiach uznała, że chodzi o okolice Białegostoku. Poza tym według relacji starszej pani, Ada była również w Skrzyszowie, a to jest wieś. Dla Ady po wojnie Rybnik i Skrzyszów, to był jeden pieron, czyli wsio rawno. Małgosia, ale tu jest kolejny trop. Był jeszcze tata Ady! Max? No nie! Takie odkrycie na granicy Niemiec i Morza Północnego na wysokości tylu tysięcy metrów! Kurde, że też nie mogę tu włączyć komórki, by sieć jeszcze raz przegrzebać. A Chlubek? To nasze śląskie nazwisko. Już wiem, że na 100% chodzi o moją Adę. Nie ma mowy o dwóch Adach, to nie może być zbieg okoliczności. I co z tym tatą Ady? Starsza pani nie wspominała o tacie. Tata też był u nas na Śląsku? To nie mógł być Max, bo ten był w Auschwitz. Otto wykluczyłam ostatnio jako za smarkatego. Uspokojone prądy w mózgu pozwalają na formułowanie logicznych pytań i odpowiedzi. Jestem wreszcie sobą. Detektyw. Jak w moich ukochanych kryminalnych zagadkach CSI Las Vegas.

Steward: Prosimy zapiąć pasy.

Ja w duchu: No i musiał przypominać, że jesteśmy w powietrzu.

Tata: Chyba Anglię już widać.

Ja: I niech ją widać. Czuję, że się obniżamy. Uszy mam zatkane na maksa, a silniki tak ryczą, że chyba są zepsute.

Tata: Nie są zepsute. Hamowanie. Zaraz będziemy wchodzić w chmury.

Samolotem telepie, turbulencje. Ściskam rękę taty, że aż jest sina. Widać ziemię. Samolot się przechyla na jeden bok. Chyba zaraz umrę. Prostuje się. Robi rundę nad lotniskiem.

Ja w duchu: Teraz to już to możemy spadać. Zawsze jakieś szczątki odnajdą i choć grób zrobią. Najgorzej nad morzem.

Dup. Koła dotykają pasu startowego. Wylądował. Ufff. Chowam Adę do torebki. Dzięki Ada, pomogłaś mi przetrwać 3/4 lotu. Nawet nie wiesz ile mi siły dałaś.

Steward: Proszę państwa. Wylądowaliśmy na lotnisku w Stansted. Temperatura wynosi 2 C. Za chwilę będą państwo mogli włączyć komórki.

Ja: Za chwilę se włącz komórkę. No i załóż szalik. Zimno tu. I nie zapomnij torby. Krzyżówki Ci spadły. Tatuś powoli, ludzi wychodzą. Tu nie trzeba się pchać. Trzymaj się mnie blisko. Nie chcę byś się zgubił.

Tata: Ja jej nie wyłączałem nawet. Mam szalik. Nie niańcz mnie. Jestem dorosły.

Ręce mi opadają na te słowa. Dorosły, który zabrał szliczunieczek, komórki w samolocie nie wyłączył, choć 4 razy mu mówiłam. Teraz ja przejmuję dowodzenie. Tu mnie już epi nie dopadnie. Jestem w  mojej drugiej ojczyźnie – w Anglii. Tu mieszkają moi anglojęzyczni kuzyni, tu spędzałam swoją młodość, przeżywałam cudowne chwile, gdy PL była za żelazną kurtyną, tu mieszka mój najstarszy kuzyn, którego zawsze traktowałam i traktuję jak brata i tu pożegnam mojego ukochanego wujka, którego Wehrmacht zabrał spod chwałowickiej hałdy w 1943, a Anders osiedlił w Ipswich w 1946. Idziemy kilka kilometrów przewiązkami, by dojść do tłumu czekającego w kolejce na oficjalne wkroczenie na teren UK. Patrząc na to dochodzi do mnie, że to już chyba nie jest moja Anglia. O samolocie powrotnym pomyślę za parę dni. Ada i inni będą ze mną i dam radę, wiedząc, że oni mieli gorzej. Na razie muszę w tym tłumie pilnować dziadka (taty). To nie będzie dla niego łatwy pobyt.

Za pół godziny wpadamy w objęcia Marka i przestawiam myślenie na angielski język.

Anglia (1)

Wbrew pozorom to nie koniec opowieści o Adzie, więc już zapowiadam, iż to „be continued”.

balkon

*Lajera to po śląsku katarynka.

 

(Pisane na balkonie w przepięknych okolicznościach przyrody, mimo zalegającej mgły nad pobliską hałdą, po której jeżdżą spychy i mimo zimna jednego ze świętych)

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (odcinek 3) została wyłączona
Maj 7

Ada (odcinek 2)

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: grudzień 2013

Występują: ja, Gmina żydowska w Regensburgu (wirtualnie)

Ja w duchu: Tłumacz Google jest masakryczny. Że też nigdy mnie nie ciągnęło do niemieckiego.

Spisuję na kartce to, co mi podpowiada Internet: Otto Schwerdt urodził się w Braunschweigu w 1923. Jego rodzina przeniosła się do Polski w 1936 r. Mieszkali w Katowicach. Był wywieziony do Auschwitz. Max (chyba jego ojciec) też był. Po wojnie osiedlili się w Regensburgu. Max poślubił Rachelę. Max zmarł w 1955 r. Mieli córkę Cilly.

notatki

Ja w duchu: Z durnego tłumaczenia niemieckich stron wynika, że cała rodzina zginęła, więc kim była dla nich Ada, która nosiła to samo nazwisko? Dlaczego ja po niemiecku umiem tylko „Hände hoch!”? I jeszcze te prawa autorskie. Przez nie widzę tylko fragmenciki książek, co mnie jeszcze bardziej prowadzi do ślepych zaułków.

Dalej spisuję dane z sieci: Jakaś Ada Schwerdt jest opisana w książce Barbary Engelking „Jest taki piękny słoneczny dzień. Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945”

Ja w duchu: Ale to chyba nie ona, bo nie zgadza się miejscowość. Podane są Rybniki. Poza tym książka jest o Zagładzie Żydów na wsiach, a Rybnik (nawet jeśli by przyjąć pomyłkę w nazwie) od wieków nie był wsią. W dodatku te Rybniki są w gminie Wasilków pod Białymstokiem. To nie ten trop.

Ze dwadzieścia okien na laptopie otwartych.

Spisuję: Otto Schwerdt zmarł nagle w Regensburgu w 2007 r. Był przez lata przewodniczącym gminy żydowskiej. Napisał książkę wraz ze swą córką.

W duchu: Ada nie mogła być córką Otto, bo był za smarkaty przed wojną. Nie ma wyjścia. Muszę napisać do gminy w Regensburgu.

Piszę: Nazywam się bla, bla bla i lecę z całą historią. Wyślij. Poszło. Wsadzam zapiski do koszulki i do segregatora pod „S”.

__________________________________________________________________________

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: styczeń, luty 2014.

Występują: ja, gmina żydowska w Regensburgu (wirtualnie), Cilly (wirtualnie) oraz ADA

Plim plim. Mail. Otwieram.

Dialog mailowy

Gmina żydowska w Regensburgu: Szanowna pani, niestety Otto Schwerdt nie żyje, ale może pani napisać do jego córki Maschy, która była współautorem jego książki. Podajemy adres mailowy. Z pozdrowieniami.

Ja: Szanowni Państwo, niezwykle dziękuję za ten kontakt. Również serdecznie pozdrawiam.

Ja do Maschy: Szanowna pani… bla bla dalej opowieść o starszej pani, która twierdzi, iż w jej domu była przechowywana Ada. Mam nadzieję, że jeśli ta opowieść jest prawdziwa, to Ada żyje i zechce się podzielić swoją historią. Pozostaję z szacunkiem.

Po jakimś czasie.

Plim, plim. Mail otwieram.

Cilly: Dear Madame Ploszaj, I am the ant from Mascha Schwerdt. You sent an e-mail to her. As she was a long time in Thailand, we can only now anser youer  questions. The story about Ada is true.  I am the doughter of Max and Rachela Schwerdt and the sister of Otto Schwerdt. Untill later………….Cilly Schwerdt. (Tłumaczenie: Droga pani Ploszaj. Jestem ciocią Maschy Schwerdt. Pani jej posłała maila. Ponieważ była ona przez długi czas w Tajlandii, możemy dopiero teraz odpowiedzieć na pani pytania. Historia Ady jest prawdziwa. Jestem córką Maxa i Racheli Schwerdt i siostrą Otto. Tyle na razie, Cilly Schwerdt.)

Ja przy kompie: YES! YES! YES! Historia Ady jest prawdziwa!

Za dwa dni plim, plim. Mail. Otwieram.

Cilly: Szanowna pani. W krótkich słowach postaram się dziś odpowiedzieć na pani pytania. Tak, Ada żyje, mieszka w Tel-Avivie. Zadzwonię do niej w ciągu tygodnia i spytam, czy mogę dać pani jej numer telefonu, tak by pani sama mogła z nią porozmawiać. Również poproszę o jej email, którego nie mam. Ada zna język angielski, więc będziecie mogły porozmawiać. Moja mama Rachela mieszka w Regensburgu, ma obecnie 89 lat. Dziś do niej dzwoniłam i potwierdziła mi, że Ada była w Rybniku. Teraz kilka słów o mnie… (to pomijam – Małgosia). Cieszę się, że mogę komuś pomóc w poszukiwaniu wiedzy o mojej rodzinie, ponieważ to były ważne dla nas wszystkich sprawy. Oddana, Cilly.

Ja do Cilly: Droga Cilly, tak się cieszę, że Ada żyje! Uwielbiam takie wspaniałe wiadomości. Powiedziałam to natychmiast mojemu tacie, który zadzwoni do starszej pani, by jej przekazać, że Ada żyje. Z niecierpliwością czekam na następne wieści i jestem niezwykle wdzięczna za pani pomoc. Bardzo, bardzo dziękuję, Małgosia.

Następnego dnia

Plim, plim. Mail. Otwieram, patrząc z przerażeniem na temat listu: Sorry!

Cilly: Droga Małgosiu, naprawdę bardzo mi przykro, ale muszę Ci powiedzieć, że dziś zadzwoniłam do Ady i ona nie chce rozmawiać na temat tych strasznych lat. Tak więc musimy uszanować jej decyzję i ona ma nadzieję, że to zrozumiemy. Ja rozumiem, bowiem wiem o tym od mojej mamy. Przesyłam najlepsze życzenia, Cilly.

Ja do Cilly: Droga Cilly, rozumiem i szanuję jej decyzję. Chciałabym poznać jej historię, ale jeśli Ada nie chce o tym mówić, to ja nie mam prawa dalej pytać. Być może któregoś dnia Ada zmieni zdanie i zechce mówić. Ludzie powinni dowiadywać się o takich złych rzeczach, by nigdy więcej już do nich nie doszło. Dziękuję za wszystko. Przekaż Adzie i jej rodzinie najserdeczniejsze życzenia ode mnie. A jeśliby kiedyś jednak chciała się ze mną skontaktować, to ja tu będę. Mam nadzieję, że któregoś dnia będę mieć szansę na rozmowę z nią. Mam nadzieję. Małgosia.

Ja do siebie: I w rzici! Rozumiem, ale w rzici. (czyli do dupy).

Ja do taty: Przekaż starszej pani, że Ada nie chce na ten temat rozmawiać. Obiecałam, że sprawdzę, czy żyje. To się udało. Nic poza tym. Nie mam prawa oceniać, mam obowiązek uszanować decyzję Ady. Moja ciekawość nie ma tu żadnego znaczenia. Koniec, kropka.

Wsadzam zapiski i wydrukowane maile do koszulki i segregatora pod „S”.

_________________________________________________________________________

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: styczeń 2015

Występują: ja, mój tata

Dialog:

Tata: Pamiętasz jak byłaś u tej starszej pani, która ci opowiadała o żydowskiej dziewczynce? Jak to jej było na imię?

Ja: Ada.

Tata: Aa, tak, faktycznie. No to ta starsza pani zmarła.

Ja: Oj, jak przykro. Idziesz na pogrzeb?

Tato: No pewnie.

Ja: Ciekawe, czy Ada jeszcze żyje?

Ja w duchu do siebie: I nadal nie wiem, jak Ada była powiązana z ocalałymi Otto i Maxem i jak się znalazła w naszych stronach. Jak ja nie lubię takich nierozwiązanych zagadek.

To be continued.

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (odcinek 2) została wyłączona
Maj 1

Ada (odcinek 1)

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: listopad 2013

Występują: mój tata, starsza pani, ja

Dialog I:

Tata: Moja znajoma, która wie, czym się zajmujesz chciałaby się z Tobą spotkać, bo ma jakieś wiadomości na temat żydowskiej dziewczynki, która była w czasie wojny przechowywana w domu jej rodziców.

Ja: Co? Niewiarygodne! Natychmiast umawiaj spotkanie.

Po paru dniach. Dom w Rybniku, stare meble. Starsza pani serdecznie wita, proponuje kawę, ciasto, kładzie na stole jakąś karteczkę zapisaną starannym pismem. Ja z rzeczami do notowania, komórka do nagrywania w razie czego.

Dialog II (skrócony):

Starsza pani: W sumie to niewiele pamiętam. Byłam dzieckiem i przy mnie za dużo nie mówiono. Mój ojciec pracował na kolei w Rybniku i chyba poprzez te kolejowe kontakty miał jakichś znajomych Żydów. Mieszkaliśmy w takiej kamienicy w pobliżu linii kolejowej. Skąd się ta dziewczynka u nas wzięła to nie wiem. Nazywała się Ada. Ada Schwerdt.

Ja: Ile miała lat?

Starsza pani: Była mała, chodziła przez jakiś czas do przedszkola, które było koło nas. Niemiecka przedszkolanka – Frau Marie coś podejrzewała, ale tatuś nam kazał milczeć. Gdy przechodzili goście, zawsze musiała się chować. Albo za szafą, albo za łóżkiem.

Ja: Jak to możliwe, że chodziła do przedszkola?

Starsza pani: Niestety niewiele pamiętam. Też byłam mała i przy mnie nie mówiono o wielu rzeczach. Pamiętam, że była ruda i miała kręcone włosy. Po wojnie wyjechała do Regensburga. Chyba do wujka Maxa (starsza pani się zastanawia).

Ja (zastanawiając się): Może była niemiecką Żydówką?

Starsza pani: Nie wiem. Przepraszam, ale to było tak dawno temu.

Ja: Była u was aż do końca wojny?

Starsza pani: Niestety nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, że w pomaganie w jej ukrywaniu był mocno zaangażowany mój wujek Paweł ze Skrzyszowa. On bardzo pomagał.

Ja: To ona była ze Skrzyszowa? Ta Ada?

Starsza pani: Nie wiem. Nie pamiętam. Ada też tam była. W tym Skrzyszowie. Część mojej rodziny tam mieszkała. Pamiętam tylko to, co pani powiedziałam. Wydało mi się to ważne, by pani się dowiedziała o niej. To już tyle lat minęło.

Ja: Czy pani wie, co się po wojnie stało z Adą?

Starsza pani: Chyba była u wujka w Niemczech. Miał na imię Max. Kojarzy mi się, że był w Auschwitz. Znaczy się przeżył Auschwitz. Jego żona tam zginęła. Jeszcze była jakaś Rachela. Nie wiem. Mam tu na kartce zapisane adres Maxa i Racheli dla pani. Znalazłam to w starych papierach mojego taty. Może pani tam napisze… Ponoć Ada wyszła za mąż za pilota.

Ja: Czy kiedykolwiek starała się pani z nią kontaktować?

Starsza pani: Nie. Tata chyba miał z nimi jakiś kontakty. Ja to bym się tylko chciała dowiedzieć, czy ona jeszcze żyje.

Ja, kończąc kawę: Postaram się dowiedzieć. Obiecuję to pani.

Wychodzimy. W domu siadam do laptopa i dzięki korporacji, której nazwa zaczyna się na literę „G” odkrywam przez kilka godzin historię Maxa i Otto Schwertdów. Niestety nie potrafię nijak powiązać ich z Adą. Za parę dni podjeżdżam pod dom, w którym ponoć ukrywana była Ada. Ponoć, gdyż sceptycyzm w takich sprawach mnie rzadko opuszcza. Kamienica, późnym jesiennym, czy raczej wczesnozimowym popołudniem, wygląda smutno. Chyba komunalka. Robię nieudane zdjęcia, analizując co powiem, gdy ktoś z budynku wyjdzie i mnie zagadnie, co tu robię.

19.12.2013 (42)

19.12.2013 (45)

To be continued.

Kwiecień 26

Ada (trailer)

W nomenklaturze filmowej na taką zajawkę mówi się trailer. Nie do końca mi to pasuje, ale streszczenie, to chyba jeszcze mniej odpowiednie słowo. Rzecz będzie o Adzie, jej rodzinie, powiązaniu z Rybnikiem, o Sprawiedliwych bez dyplomu, dobrych i złych ludziach, strasznych czasach i poszukiwaniu prawdy, do której rzadko kiedy udaje się dotrzeć, bo ona dla każdego jest inna. Nie będzie oceniania ani wartościowania. Przynajmniej tak zakładam.

Występują:

Starsza pani, Ada, Chaim – tata Ady, brat Maxa; Max – ojciec Otto, brat Chaima, wujek Ady; Otto – syn Maxa, bratanek Chaima, kuzyn Ady; ojciec starszej pani; Paweł – wujek starszej pani; Chlubek vel Hlubek; Niemiec Frenzel – hydraulik; pani Franzel – żona hydraulika, Czech Viktor – kolega Otto; Rachela – druga żona Maxa, ja i inni.

Miejsca akcji:

Braunschweig, Berlin, Katowice, Dąbrowa Górnicza, Kl Auschwitz-Birkenau, Rybnik, Skrzyszów, AL Fünfteichen (filia KL Gross Rosen w Miłoszycach), Theresienstadt, Regensburg i wiele innych.

Scenariusz: życie

Reżyseria: życie

Research: ja i syn starszej pani.

Specjalne podziękowania dla syna starszej pani, pani tłumacz, jednego amerykańskiego Chińczyka, gminy żydowskiej w Regensburgu oraz córki Maxa i Racheli.

Otto Schwerdt (74)

Na razie tyle. Zbieram się na ognisko z młodzieżą z Projektu „Kryptonim 446”. Za oknem wali deszczem, nad Radlinem chmury z tych śniegowych, ale co tam 😉

To be continued.

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (trailer) została wyłączona
Kwiecień 16

Kryptonim 446

Tytuł dzisiejszego wpisu jest zapewne tajemniczy. Ale właśnie tak nazwano projekt, który wczoraj z niezwykłym zaangażowaniem zakończyła młodzież gimnazjum Nr 5 w Rybniku-Boguszowicach wraz z młodymi artystami z Młodzieżowego Domu Kultury z mojego miasta. Drugi raz współpracowałam z tym gimnazjum oraz jego nauczycielami i po raz drugi jestem pełna zachwytu i uznania zarówno dla uczniów, jak i ich wychowawców.

446

Tym razem projekt miał upamiętnić ofiary Marszu Śmierci, spoczywające w zbiorowej mogile w Lasku nad Rudą. 446 bezimiennych ofiar zamordowanych na naszej ziemi z okazji Dnia Pamięci o Holokauście i Przeciwdziałaniu Zbrodniom Przeciwko Ludzkości.

wyklad 2Moje pierwsze spotkanie z młodzieżą nie należało do najłatwiejszych i z ręką na sercu powiem, że chyba nie dotarłam do nich z tym co chciałam przekazać. Na pewno uznali mnie za starą babę gadającą nudne rzeczy i mieli do tego pełne prawo. Myślę, że trzecie – ostatnie spotkanie w szkole było już bardziej ciekawe dla nich bowiem bezpośrednio dotyczyło tych spraw najsmutniejszych, czyli Marszu Śmierci. Nawet, gdy tylko w kilku parach oczu widać zaciekawienie, to warto opowiadać.

wykladMoja rola kończyła się na tych 6 godzinach lekcyjnych. Całą resztę na swe barki wzięły nauczycielki z gimnazjum i pani reżyser z MDK-u. No i oczywiście ci młodzi ludzie, którzy zbierali słoiki i mini świeczuszki, by nimi oświetlić drogę od pomnika przy Rudzie do grobu zbiorowego, uczyli się tekstów, które mieli zaprezentować widzom, analizowali, które słowa powinny wisieć na ogrodzeniu kąpieliska Ruda na drodze tego swoistego Marszu Żywych, drukowali zaproszenia, rozdawali je w mieście i ćwiczyli swoją inscenizację teatralną owianą tajemnicą.

Byłam w 100% pewna, że wszystko wyjdzie perfekcyjnie. Mamy fantastyczną młodzież i jak ktoś na nią narzeka, to powinien w momencie wypowiadania złych słów o młodych ludziach, od razu dostać w ciaprok. A młodzież z Boguszowic to jest w ogóle „nadrewelacyjna”. Taka mega, jak to się mówi.

Kryptonim 446 (39)Początek wydarzenia zaplanowano na 20.30, by już było ciemno. Niestety w tym samym czasie na stadionie – tuż obok odbywał się mecz piłki nożnej, więc potężne reflektory ciemność rozświetlały. Smaczku dodawały też radiowozy policyjne, które stały w pobliżu  😉

Kryptonim 446 (34)

Przyjechałam pod pomnik na godzinę przed rozpoczęciem całej imprezy. Wszyscy pracowali jak pszczoły, podzieleni na rejony (a teren do obskoczenia był spory). Jedni wieszali duże plakaty na płocie basenu, inni rozstawiali słoiki z podgrzewaczami, jeszcze inni je zapalali, w lesie trwały nadal próby, pomocna firma prywatna oświetlała te próby, niektórzy po raz kolejny przepowiadali sobie kwestie, które mieli wygłosić.

Kryptonim 446 (41)

Na stadionie było słychać jakieś okrzyki radości (a może zawodu), zaś nad pobliskim byczym centrum handlowych, którego nazwy nie wymienię, bo za reklamy mi nie płacą, krwawiło niebo po deszczu, który wiedział, że ma się skończyć.

Kryptonim 446 (36)

O 20.30 się zaczęło. Gimnazjaliści pięknie i bez tremy opowiedzieli widzom, którzy dopisali, historię tego miejsca. Bez patosu, bez nadmiernego epatowania tragizmem. Tak zwyczajnie.

Kryptonim 446 (55)

Potem przeszliśmy z pochodniami w pierwszym rybnickim Marszu Żywych od pomnika, czyli miejsca śmierci, do mogiły zbiorowej, czyli miejsca pochówku ofiar. Obok jeździły auta, kończył się mecz, ludzie wychodzili z zakupami i wsiadali do aut, świecił się kompleks basenowy – życie. Dobrze. Tak powinno być. Życie zawsze powinno wygrywać.

Kryptonim 446 (46)

Kryptonim 446 (54)

Droga przejścia wyglądała niesamowicie przez ten prosty pomysł ze słoikami. W lesie, do którego już nie dochodziły odgłosy miasta czekała na nas uczta duchowa. Całą inscenizację przygotowała pani reżyser Zofia Paszenda z Młodzieżowego Domu Kultury i chylę przed nią czoła. To samo robię w kierunku aktorów. Kapitalne przedstawienie bez słów. O tolerancji, wolności, empatii i pamięci.

Kryptonim 446 (61)

Kryptonim 446 (62)

Nakręciłam filmik, ale ponoć nie wyświetla się on na wszystkich przeglądarkach. Nie mam aż takiego polotu, by opisać to co zobaczyłam, więc odsyłam do YT.  ➡ Projekt 446 na YT

Kryptonim 446 (64)Na koniec był jeszcze gimnazjalny laureat konkursów recytatorskich recytacji i Miłosz. Miałam łzy w oczach.

Dziękuję Wam wszystkim. Nie należy się obawiać o nasze jutro, gdy mamy taką młodzież i takich nauczycieli-mistrzów. Oni będą rozsiewać te ziarna tolerancji, empatii i wolności. Parafrazując moich ulubionych Fisza i Emade powiem, że oni będą  „Uciekać hen przez śnieg od tych, co tęsknią do wojen„. Bo mają serca i się nie boją.  ➡ Fisz Emade Wojna

I ostatnie zdanie. Szkoda, że tego projektu nie obejrzał nikt z osób, które debatowały w tym czasie o wielkiej kulturze w Teatrze. Mała kultura czasem jest większa niż ta duża.

Kwiecień 9

Odkrycie Davida Hoenigera, czyli jak czasem nie wszystko się widzi za pierwszym, czy drugim razem

2Na cmentarz żydowski w Białej koło Prudnika ciągnęło mnie od dawna. Co prawda byłam tam wielokrotnie – pierwszy raz ponad 8 lat temu, ale dokładniejsze zwiedzanie zawsze utrudniały mi chaszcze i pokrzywy po pachy. Ta nurtująca myśl, by tam pojechać ponownie nie dawała mi spokoju. W końcu się udało. W Lany Poniedziałek pogoda sprzyjała wycieczkom i po zaliczeniu mostu i dworca kolejowego w Racławicach Śląskich dotarliśmy do Białej, zwanej dawno temu Zülz. To małe obecnie miasto, kiedyś było zamieszkiwane przez bardzo dużą społeczność żydowską.

Przez wieki mogli tam mieszkać bez przeszkód, które niestety napotykali Żydzi w innych miastach Śląska. W początkach XIX w. stanowili nawet ponad 50% ogółu mieszkańców Zülz. Moim celem był jedynie cmentarz i miejsce po synagodze. W życiu bym nie przypuszczała, że na cmentarzu odkryję grób i nagrobek rybniczanina. I to w dodatku będzie nagrobek, który znam od lat i który nawet przy zarośniętym cmentarzu jest dość dobrze widoczny z racji wielkości. Weszliśmy sobie rodzinnie na cmentarz, ja jak zwykle osobno, bo wolę ze zmarłymi se pogadać, gdy nikt nie słyszy  😉 Kirkut jest pięknie położony na wzgórzu zwanym Kopiec. W zasadzie jest to grodzisko, na którym założono cmentarz w pierwszej połowie XVII w. Macewy, w większości bardzo tradycyjne, bo taka też była tutejsza społeczność, mimo iż podlegała wpływom Haskali, naturalnie się poddają wpływowi przyrody i czasu.

Biala cmentarz

Biala grob Hoenigera (1)Wracam jednak do wspomnianego wyżej odkrycia. Zeszłam z grodziska w stronę macew i najpierw się skierowałam w stronę leżącej macewy z laską i oplecionym wokół niej wężem Eskulapa, czyli symbolem medycyny.

Ileż razy stałam przy tym nagrobku. No, na pewno tyle razy ile byłam na tym kirkucie, więc z 6.  I nigdy, naprawdę nigdy mnie nie oświeciło, by spuścić bardziej ten swój zakuty łeb i poczytać niemieckie literki. Co najlepsze, na starych zdjęciach sprzed lat, mam tą macewę.

Biala 1

Tym razem chyba jednak sam dr David Hoeniger kazał mi przyjechać na cmentarz, a potem pochylić się nad jego nagrobkiem. Kucnęłam więc i czytam. Dr David Hoeniger. Już mnie tknęło. U nas byli tacy Żydzi! Czytam dalej: Kgl. Sanitatsrath – Królewski Radca Sanitarny, czyli taki ober doktor – szycha. Biorę brele, dotykam palcami napisu i ciśnienie mi skacze: Geb. in Rybnick 14 Juni 1815, Gest. in Zülz 16 Sept. 1885. Urodzony w Rybniku, zmarły w Zülz. Mój!!! A raczej nasz rodak! Narobiłam wrzasku, że aż Młoda myślała, że dostaję ataku epi  😆

Biala 3

Dr Hoeniger chyba chciał bym ponownie przyjechała na ten cmentarz i to on mnie przywołał. Wierzę w takie śmoje boje 😉 Zaczęłam go delikatnie odmiatać, wycierać, zostawiłam mu kamyczek, na odchodnym popieściłam, a z głową pełną skołatanych myśli nie byłam już w stanie zbytnio skoncentrować się na dokładnym robieniu zdjęć reszcie cmentarza. Takie odkrycia są dla mnie niesamowicie ważne, gdyż niewielu z naszych rybnickich Żydów może w spokoju czekać na przyjście Mesjasza.

Po powrocie do domu zaczęłam przekopywanie swojego laptopa i Internetu w poszukiwaniu informacji o doktorze. Oczywiście moje zapiski z raciborskiego archiwum potwierdziły, że urodził się w Rybniku. Był drugim synem Moritza i Cecylii.

urodzenie Dawid Hoeniger

Pierworodny Jonas zmarł, gdy miał 10 miesięcy. Może mohel z Wodzisławia coś pokićkał i chłopczyk zmarł po jakimś czasie w wyniku zakażenia, kto wie. Tata Moritz, w księgach podawany jako destylator, kupiec, a z czasem właściciel karczmy, żonie nie odpuszczał  :mrgreen: i rok po śmierci Jonasa przyszedł na świat nasz David. Tym razem, ten sam mohel wsio załatwił jak trzeba, albo chłopczyk był po prostu silny. Nie minęły dwa lata a narodził się kolejny syn Cecylii i Moritza – Israel. Moritz pozwalał żonie ciut regenerować siły po każdym porodzie i nie możemy powiedzieć, że u Hoenigerów „co rok to prorok” był. Mieli cykl płodzenia i rodzenia dwuletni. Pierwsza córeczka Hanne urodziła się jako szósta. Łącznie Cecylia urodziła 10 dzieci, ostatnie w wieku 39 lat. Mój David ani chybi zdolny był. Tak se myślę, że nie pasowało mu stanie za kontuarem i sprzedawanie wódki. Nie doszłam do tego, gdzie skończył szkoły średnie, wiem za to gdzie studiował. Otóż w samej stolicy czyli Berlinie. Pracę doktorską obronił w 1842 r. Jego dysertacja dotyczyła zapalenia oskrzeli. Za trzy lata wziął ślub w Gliwicach z Jette Frohlich.

doktorat Hoenigera 1842

Zulz rynek z widokiem na synagogePodejrzewam, że do Zülz przybył w okolicy roku 1843-1844. Być może zamieszkał przy rynku? Śląska Biblioteka Cyfrowa ma w swoich zasobach kronikę miasta, w której o dziejach tamtejszych Żydów pisał dr Israel Rabin – docent żydowskiego seminarium teologicznego z Wrocławia. Tenże docent opisując tradycyjne podejście gminy do wielu spraw, jak choćby używanie języka hebrajskiego nawet przy sporządzaniu zwykłych pism (wówczas już w większości miast pruskich były one pisane w języku niemieckim) podaje przykład protokołu, w którym właśnie wymienia się dr. Hoenigera. Ponoć lubianego i bardzo szanowanego. Wspomniana przeze mnie kronika jest napisana niemieckim gotykiem i na jej przeglądnięcie (no bo nie przeczytanie) straciłam jedną noc. Szukałam tylko słowa „Hoeniger”. Znalazłam dwa, ale gotyk to mogę podziwiać w kościołach i na tym koniec. Znajoma coś niecoś skumała, ale nie były to powalające informacje. Był lubiany, a w 1861 został jakby radnym. Domyślam się, że skoro na nagrobku widnieje napis Królewski radca sanitarny, to na pewno był w tym miasteczku ważną i znaną personą.

Znaną osobą został też jego syn, czyli wnuk rybnickiego karczmarza. Tu powinnam właśnie wspomnieć co się stało z rodzicami dr. Davida Hoenigera. Otóż ojciec Moritz zmarł w wieku 62 lat 31 stycznia 1848 r. I zaraz zawołał do siebie Cecylię, która odeszła z tego świata mając 56 lat – niecałe dwa i pół miesiąca po swym mężu.

zgon Moritz i Cecylia

Wracam do syna doktora Hoenigera i zarazem wnuka płodnej Cilki i karczmarza Moritza. Johann Hoeniger urodził się w Zülz, czyli obecnej Białej w 1850 r., więc dziadkowie nie doczekali jego narodzin. Początkowo uczył się w Raciborzu fachu murarskiego, potem zaczął naukę w szkole budowlanej w Höxter w Północnej Nadrenii, by ostatecznie ukończyć berlińską Akademię Architektury. Podróże do Włoch i Francji otworzyły jego horyzonty, został poważanym i uznanym architektem pracującym głownie dla społeczności żydowskiej Berlina. Zaprojektował kilka synagog. Do naszych czasów przetrwała synagoga przy Rykerstrasse na 2000 miejsc siedzących. Na jego desce kreślarskiej powstawały projekty m.in. gimnazjum dla dziewcząt, szkoły dla chłopców żydowskich, budynków na cmentarzu przy Schonhauser Alllee, hali pogrzebowej na cmentarzu w Weissensee, prywatnych kamienic, kolonii dla robotników w Weissensee i wiele innych. Jego dzieła stoją w Berlinie do dziś. Zmarł w 1913 r. Jego grób jest na berlińskim cmentarzu żydowskim w Wiessensee. Skromny nagrobek odnowiono jakiś czas temu.

Johann Hoeniger

Pochowana z nim jest żona, której rodowe nazwisko też brzmiało Hoeniger, choć pochodziła z Inowrocławia. Może była córką Samuela Hoenigera – współzałożyciela uzdrowiska w tym mieście? Jak widzicie na zdjęciu obok, pani Hoenigerowa na szczęście nie doczekała dnia, w którym mogłaby zobaczyć, jak płoną dzieła jej męża. Zmarła jeszcze przed Nocą Kryształową, choć w 1938 r. Przy grobie małżonków widać płytę nagrobną ich córki zmarłej w Londynie. Ciekawe w jaki sposób udało jej się wyjechać z nazistowskich Niemiec? Raczej do odpowiedzi na to pytanie nie dojdę. Czy spoczywa wraz z rodzicami, czy to tylko tablica? Nie wiem.

S.HoenigerCilka i Moritz w sumie mieli 10 dzieci, z czego dwóch chłopców zmarło w niemowlęctwie. Jednego syna Wam przedstawiłam na tyle na ile potrafiłam. Przy okazji szukania informacji o nim, trafiłam jeszcze na zdjęcie grobu najmłodszego z potomków – Samuela urodzonego w 1829 r. To chyba też był kolejny mądraliński w rodzie, bowiem na jego grobie widnieje napis „Koenigl. Justizrat”, czyli Królewski Radca Prawny, zmarły w Halle a pochowany na tym samym cmentarzu co syn jego starszego brata. Samuela już rozkminiać nie dam rady, bo dochodzi druga w nocy i czas na spanie.

Aaa, a Hoenigerów w Rybniku było multum. Jednak Ci trzej mogą być dopisani do listy U nas nieznani, a gdzieś uznani.  Bo tym, że wnuk rybnickiego karczmarza został aż tak cenionym i uznanym architektem, to możemy i powinniśmy się chwalić.

Zdjęcia pochodzą ze strony  ➡ http://data.jewishgen.org/, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz z mojego aparatu.

Marzec 23

Oda do M-5

balkonowy

Wietrzymy Szufladę i sprzedajemy ostatnie mieszkanie! Poetycko, czy też raczej przy pomocy częstochowskich rymów  :mrgreen: 

Małe mieszkanie na Manhattanie kupują sobie Amerykanie,

A na rybniczan w ofercie czeka mieszkanie dla wygodnego człeka.

 

Jasne, czteropokojowe, dla rodziny rozwojowej,

Czytaj dalej

Kategoria: Nieruchomości, Rybnik | Możliwość komentowania Oda do M-5 została wyłączona
Marzec 22

Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny powraca

Dear Malgosia, Dear Meir, czyli Winniczkowy Trip w trakcie ustalań

Frysztak (34)Prawie dwa lata temu obsługiwałam, jako tłumacz i przewodnik, przedstawiciela Holocaust Research Institute in Memory of Zahava & Zvi Shwartz z Izraela. Była to jedna z ciekawszych przygód w jakich miałam możliwość uczestniczyć w ostatnich latach. Wtedy wszystko organizowałam nieomal z dnia na dzień i jechałam na spotkanie z nieznajomym ortodoksyjnym Żydem pełna obaw oraz wątpliwości, na wszelki wypadek wyposażona w ➡  szajspapiór. Oczywiście ten papier toaletowy to nawyk, który mi został  z dawnych lat, gdy jeździło się w miejsca nieznane i słabo wyposażone w rzeczy niezbędne w pewnych momentach. Pięć dni objeżdżania Podkarpacia z głęboko wierzącym Żydem, nadto upartym, twardym i mało elastycznym, dało mi nieźle w kość. W dodatku w złych warunkach pogodowych, które sprawiały, że od rana do wieczora byłam mokra od butów po pachy. Winniczkowy trip dał efekt w postaci mini przewodnika, którego byłam współautorem. 

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny powraca została wyłączona
Marzec 13

Jak pieniądze rybnickiego Żyda pomogły w powstaniu uzdrowiska

Prawie rok temu, przy okazji  ➡  opisywania pośmiertnej kariery Charlotty Haase, wspomniałam, że w tym samym dniu co ona, urodziło się jeszcze dwóch chłopców żydowskich w Rybniku. Jednym z nich był Josef, syn Samuela Lustiga z Lysek.

Josef urodzenie

I ten Josef mógłby śmiało być pierwszym Żydem opisanym w cyklu „U nas nieznani, a gdzieś uznani”.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Jak pieniądze rybnickiego Żyda pomogły w powstaniu uzdrowiska została wyłączona