Grudzień 2

Takie sobie obwieszczenie gwiazdkowe

Grudzień 2016. Zbliża się Gwiazdka. Wystawy sklepowe pełne migoczących lampek, w centrach handlowych bycze choinki postrojone kolorowymi bombkami, na każdym kroku tłum ludzi szukających prezentów na „Dzieciątko”. No właśnie, u nas geszynki przynosi „Dzieciątko”, żaden tam aniołek, gwiazdor, Mikołaj, czy inny wymyślony cudok. 119 lat temu też tu mówiono na prezenty bożonarodzeniowe „dzieciątko”.

zakaznie-na-mocy-umowy-nowiny-rac-23-12-1897

To chyba było pierwsze co rzuciło mi się w oczy po przeczytaniu obwieszczenia o zakazie dawania podarków. Takie zwykłe ogłoszenie, a ile treści w sobie niesie. Umowa wzajemna. Żydowscy kupcy z Rybnika podpisali wzajemną ugodę z tymi nieżydowskimi, iż nie będą dawać dzieciątka odbiorcom, ich służącym, lub urzędnikom pod karą 10 marek. Urzędnikom też 😉 Zero korupcji.

O co chodziło z tym niedawaniem? Czy kupcy chrześcijańscy się oburzali, że Żydzi dawali coś za darmo, może chcąc tym przyciągnąć klientelę? Czy też odwrotnie? Żydzi nie chcieli, by ich współwyznawcy otrzymywali jakieś zakazane prezenty przy okazji nieuznawanych przez nich świąt? Na chłopski rozum, to raczej chodzi o to pierwsze.

Lista podpisanych jest elegancko ustalona, czyli alfabetycznie. Na pewno więcej jest pod ugodą kupców żydowskich, jak choćby Altmann, Aronade, dwóch Boehmów, Kornblum, Priester, Münzer, Schäffer, czy Geppert.

j-altmann

Nawet jest tu ojciec niedawno wysznupanego przeze mnie żydowskiego lekarza Hefftnera.

No i jeszcze legendarny Hermann Sladky (na obwieszczeniu błąd w nazwisku). Niemiec z krwi i kości. Żaden tam Żyd. Jego syn Karl, urodzony w 1893, po latach będzie przez jakiś czas burmistrzem Rybnika w okresie okupacji. Musiało chyba starego Sladky’iego szpanować, że jego służący mogliby dostawać jakieś podarki od Żydów za darmo.

rynek-i-kamienica-sladky

Parę jeszcze nazwisk odnalazłam na starych pocztówkach. J. Muschalik:

j-muschalik

Gasthaus Richarda Gruberta, członka Rady Nadzorczej Banku Ludowego założonego w 1901 r. i zaraz za nim drogeria V.Proske.

ul-koscielna

Aaa, i jeszcze J.Urbanczyk’s Sohn z Rynku. To na pewno nie byli Żydzi.

 rynek

Kilku ważnych w porozumieniu brakuje. Leschcziner nie dał się w to wmanewrować, ani Pragerowie, Rahmer też chyba wolał coś dać, by potem zyskać. Kapelusznik Pick również siedział cicho i dzieciątkowe geszynki chrześcijanom być może rozdawał 🙂

No cóż. Żydowskich kupców w Rybniku już nie ma i dziś nikt żadnych porozumień nie podpisuje, a jak dają dzieciątko za darmo to się bierze i tyle. Nie ważne od kogo. Na razie. Bo czort wie co się stanie za rok, czy dwa. Może znowu zakażą pod karą brać podarki od „innych”.

Listopad 2

Zaduszki z dr. Hefftnerem

Zaduszki. Pobudka jak zwykle o 6. Śniadanie kotom, kawa, do dwóch kromek z miodem ostatnie 60 stron o Żydach, chujach kaczych, falangistach, czyli pożegnanie z Królem. Sprzątać? Olewam. W końcu ze mnie też chujowa pani domu. Nie ma sensu sprzątać skoro ma przyjść fachowiec do zepsutej pralki. I tak nabałagani.

Siadam do Hugo Perlsa. W sobotę mam o nim gadać. Wszystkie karteluszki mi się pieprzą. Dobra. Jego też olewam. Starczy Żydów, pół nocy czytałam – styknie. Nie mam nerwów do Perlsa. Trzeba zrobić papiery firmowe. Wnet się będzie księgowa upominać. Zrobione, odhaczone. No to może coś neutralnego. Może przygotować się do spaceru szlakiem rybnickich szpitali? To za 10 dni, a temat mi kompletnie nieznany i w dodatku z tych „nie leżących”. Wyciągam Trukhardta. Juliusza mam w małym palcu, ale Szpital Bracki to dla mnie tabula rasa.

szp

Nudy. Może google w czymś pomoże. O! Na śląskiej biblio jest jakieś wielostronicowe sprawozdanie z działań Spółki Brackiej za 1926 r. Nudy. No, może informacja ile zębów wyrwano ma jakąś intrygującą moc w sobie  😉 Rzuca mi się w oczy lekarz od „ócz”.  Jakiś dr Hefftner. Pierwsze słyszę o takim. Spółka Bracka z nim umowy nie przedłużyła od 1927 r., bo nie spełnił „wymogów umowy służbowej”. Pewnie chodziło o polskość. Googlnę se go dla pewności. Niczego ciekawego nie widzę. Nagle… że też ja zawsze znajdę jakiegoś nowego rybnickiego… już zapewne wiecie, że Żyda. Tak. Dr Friedrich Hefftner na mur okazuje się Żydem. A miałam tylko przygotowywać się do oprowadzania po szpitalach. Wsiąkam. Po 5 godzinach ustaliłam nic. A w zasadzie prawie nic. Dla mnie nic. Pan doktor Hefftner urodził się w Rybniku, 27 czerwca 1887 r. Ojcem był Max – kupiec.

urodzenie

Chyba pokładał w synu wielkie nadzieje, bo posłał go do gimnazjum królewskiego w Pless, a następnie na studia, które młody rybniczanin ukończył w Greifswaldzie w 1916 r. W czasie Wielkiej Wojny został odznaczony krzyżem żelaznym klasy I, potem pracował w Spółce Brackiej, czyli szpitalu przy ul. Rudzkiej jako okulista.

krzyz

A potem go zwolniono, gdy już Rybnik był polski. Zakładam, że wtedy wyjechał z Rybnika i z tej Polski, która nie chciała fachowca od chorób ocznych mówiącego po niemiecku. A jeszcze potem Niemcy, które na moment go zapewne zechciały, pozbawiły go wszelkich tytułów naukowych, w tym doktoratu. To oficjalnie stało się w 1940 r. I słuch po Friedrichu zaginął.

hefftner-pozbawienie-doktoratu

The end of story.

Pralka nie do naprawy, dalsze losy lekarza nieznane, z chwałowickiego cmentarza bije piękna łuna. Zapaliłam okuliście mały znicz. Nie przy samym krzyżu, tak bardziej z boku, neutralnie.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Zaduszki z dr. Hefftnerem została wyłączona
Październik 7

Priesterowie – rybniczanie w Australii

Tym razem nie będzie smutnego zakończenia, choć jak zwykle o rybnickich Żydach.

Pod koniec sierpnia, mój niesamowity kolega „po fachu”, czyli Sławek Pastuszka z Pszczyny, zaplimplał do mnie późnym wieczorem: Małgosiu, mam prośbę. Czy możesz wyszukać mi coś na temat rodziny: Salo Priester [ur. 5 listopada 1877 w Rybniku]; rodzice: kupiec Adolf Priester i Pauline z domu Freund (oboje z Rybnika). W 1905 mieszkał w Smolnej, obecnie dzielnicy Rybnika, gdzie był karczmarzem. Żona: Martha z domu Guttmann [ur. 13 czerwca 1885 w Radostowicach]. Będę Ci serdecznie wdzięczny za pomoc.

i-hellmanns-majonez-babuni-650mlCo może zrobić Małgosia przy takiej prośbie? Lap na kolana, brele na oczy, kanapka ociekająca Hellmann’sem szybko w dziób, obaniałe nogi na pufa i w te pędy przeszukiwanie folderu z Priesterami. Salo mój, czyli z Rybnika, żona od Sławka, czyli spod Pszczyny. Śląskie małżeństwo zawarte przed rabinem w mieście Pless. Błyskawiczny przelot po Priesterach. Sławku, mam dwóch Priesterów o imieniu Salo. Fejs przesyła Sławkowi pliki. Jakiś Salo, w 1907 r. uczestniczył w kongresie syjonistycznym. Jeden Salo był wykazywany jeszcze w wykazach podatkowych Rybnika w latach 20-tych. Potem z powodu jego śmierci gmina przeprowadza wybory uzupełniające w swoich władzach. To chyba nie ten, którego szukamy. salo-priesterMam jeszcze coś. A takie tam sobie kiedyś screeny porobiłam z dokumentów, które są na Centralnej Bibliotece Judaistycznej. To dokumenty z Gliwic, coś a la karty adresowe. Sławku patrz! No ożesz Ty! Mamy go! Salo Priester geboren in Rybnik. Data urodzenia pasuje. Kaufmann. Może to ten syjonista, kto wie. Adresy, pod którymi mieszkał i na końcu dopisek: Australia??? Ja pierdziuuuuu! Ołówkiem dopisana data 6.6.39 i Australia! Salo mieszkał w Gliwicach od 1922 do 1939, no i ani chybi udało mu się wyemigrować do Australii. Za chwilę mamy jeszcze syna Salo – Kurta.

Taki sam dokument, tylko Australia z datą wcześniejszą, bowiem 25.10.1938. Już sobie w głowie dopisuję całą historię. kurt-priesterKurt ściągnął tatę na drugą półkulę. Z podniecenia aż kolejny kęs kanapki z majonezem robi ciult na klawiaturę 😉 I herbata wystygła. Nawet nie drażni mnie przelot Płoszaja po wszystkich możliwych kanałach tv.

Lecę dalej z przeszukiwaniem Internetu i własnych zasobów laptopowych. Prawie równocześnie ze Sławkiem znajdujemy informację o śmierci Salo Priestera. Zmarł w Australii 25.04.1943 r. Pochowany został na cmentarzu w Melbourne.

Analiza znalezionej w sieci klepsydry podsuwa kolejnych członków rodziny, którzy jak widać umknęli Hitlerowi. Żona (ta z Pszczyny), pochodząca z Berlina synowa Ilse i córka Lotte z mężem Erichem Manneberg (z Mannebergów wodzisławskich – sprawdziłam).

salo-smierc-aufbau-1943

No i syn Kurt, którego namierzam na statku Strathnaver. Gliwice, gdzie mieszkał przy Schroterstrasse 9 (obecnie Ziemowita), pożegnał pod koniec października 1938 r., czyli jeszcze przed Nocą Kryształową, a na australijski ląd zszedł wraz z żoną 5 grudnia 1938 r. Sam sobie zapłacił za podróż do wolności.

strathnaver_ship

Chyba na gwałt przed opuszczeniem Trzeciej Rzeszy się zaręczał i brał ślub. W Jüdisches Gemeindeblatt für Oberschlesien (Gleiwitz 1938-1939) można odnaleźć notki na temat zaręczyn (wrzesień)…

zareczyny-kurta-i-ilse-wrzesien-1938

ślubu (październik)…

slub-kurt-in-ilse

podziękowań…

kurt-i-ilse

… no i zdawkową informację o wyjeździe do Australii. Szczęściarzy opuszczających wówczas Gliwice było kilku.

info-o-emigracji-pazdziernik-1938

Kurt po przybyciu do, jakże obcego dla niemieckiego Żyda, kraju na pewno zrobił wszystko co mógł, by ściągnąć ojca oraz matkę i siostrę z mężem. Na szczęście udało się. Salo i Martha Priesterowie, jak podają dokładne niemieckie zapiski, opuścili miasto Gleiwitz 6 czerwca 1939 r. i do Australii dotarli na statku Strathallan 17 lipca. Tym razem za pieniądze rządowe – sądzę, że chodzi o rząd Australii. Zakładam, że córka Salo, a zarazem siostra Kurta – Lotte Manneberg z mężem, też w ten sposób dotarła na drugi kraniec świata. Jakaś książka o skomplikowanym niemieckim tytule pokazuje Salo i Marthę (której już wówczas dodano imię Sara) oraz ich córkę z zięciem na listach emigracyjnych o bliskich numerach. Myślę, że płynęli razem. Kupa szmalu na to poszła.

Troje urodzonych w Rybniku Żydów: tata Salo (ur. 5.11.1877), jego córka Charlotte (ur. 12.07.1906) i syn Kurt (7.06.1911) zostali Australijczykami, choć Salo na niezbyt długo z racji wieku, w którym dotarł do ziemi, która dała mu schronienie za życia i po śmierci.

law-notices

Jego siostra Elfryda, również z urodzenia rybniczanka, z zamieszkania gliwiczanka, niestety zginęła w Auschwitz.

Gdzieś mi mignęło przed oczami, iż do początku lat 40-tych do Australii dotarło około 8000 niemieckich uchodźców żydowskich. Wiem na 100%, że Priesterowie nie byli jedynymi rybniczanami w tej grupie.

akt-urodzenia-kurta

Jak więc widzicie wreszcie wyskoczyła z Szuflady szczęśliwa historia o rybnickich Żydach. Kurt zmarł w 1993, pochowany został na cmentarzu w Melbourne.

Żył 82 lata, z czego 55 z dala od Europy, miasta swoich narodzin czyli Rybnika i miasta swej młodości, czyli Gliwic. Doczekał syna, 3 wnuków.

Ciekawi mnie, czy był po wojnie w Gliwicach.

(Z lewej akt urodzenia Kurta Priestera, poniżej płyta nagrobna na cmentarzu)

grob-kurta

Powinnam jeszcze dodać, że znalazłam informację o tym, iż służył w wojsku australijskim od 16 marca 1942 roku w stopniu szeregowego. Reszta, czyli okoliczności uratowania się całej rodziny pozostają tajemnicą. Znalazłam namiary na potomków Kurta, ale nie będę do nich pisać, bo nie chcę się narzucać :-). Może sami kiedyś natrafią na ten wpis.

Aaaa, jeszcze jedno przed snem. Salo Priester Australijczyk był bratem Huldy, która wyszła za Maxa Weisslera z Mikołowa, o czym pisałam przy okazji wizyty chasydzkiego małżeństwa na mikołowskim kirkucie. Tak to się plecie na tym żydowskim Śląsku 😉

Zdjęcia grobu Kurta Priestera pochodzi z:

https://billiongraves.com/grave/Kurt-Priester/18059681#/

Karty adresowe pochodzą z:

http://cbj.jhi.pl/?q=Priester

Fota statku wzięta z Wikipedii, zaś wycinki z Jüdisches Gemeindeblatt für Oberschlesien (Gleiwitz 1938-1939) można odnaleźć tu:

https://archive.org/stream/juedischesgemeinreel01#page/n45/mode/2up/search/Priester

A kamienica, w której mieszkali Priesterowie przed emigracją wygląda dziś niesamowicie. Na razie jedynie zdjęcie z Google View, ale mam zamiar kiedyś osobiście dotknąć tych drzwi.

ziemowita-9

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Priesterowie – rybniczanie w Australii została wyłączona
Wrzesień 3

Jodentransporteen naar Cosel

Odsłonięcie, na stacji kolejowej Kędzierzyn-Koźle Zachodni,pamiątkowych tablic ku czci około 9000 Żydów, chłopców i mężczyzn, wyciąganych z pociągów, który szły z obozów Westerbork w Holandii, Darcy i Pithiviers (Francja) oraz  Malines (Belgia) do Auschwitz.

K-K 2.09.2016. (1)

Takie uroczystości są zawsze smutne, ale dobrze, że są. Dobrze, że znajdują się w Polsce ludzie, którym zależy na przypominaniu bezimiennych żydowskich ofiar nazizmu.

K-K 2.09.2016. (51)

K-K 2.09.2016. (64)

Ciężko mi znaleźć właściwe słowa po uroczystości, w której wczoraj brałam udział. Dużo przemówień, odsłonień tablic w 6 językach, łamiące się głosy zagranicznych gości, klęczący przed tablicą lokals, kadisz, bogate bukiety i polna wiązanka kwiatów – nie wiem co było ważniejsze, czy bardziej wzruszające.

K-K 2.09.2016. (15)

K-K 2.09.2016. (137)

Gdy tak wieczorem, już we własnym i bezpiecznym łóżku myślałam o tym dniu, to uznałam jednak, że chyba niezrozumiały dla mnie, bo wyrecytowany przez holenderskiego poetę, wiersz. Poeta poprosił, by zdjąć buty. Gdy tak stałam bosa na rampie, to początkowo poczułam ulgę po zdjęciu swoich espadryli. Dzień był upalny i nogi jak zwykle puchły. Ale po kilku minutach zdałam sobie sprawę, że latem 2016 r. to ulga dla stóp, ale w grudniu 1942 r., to ulgą by nie było. Gdyby ktoś obserwujący z zewnątrz patrzał na przedstawiciela ambasady Królestwa Holandii  stojącego boso w czarnych skarpetkach i garniturze, to mógłby się zaśmiać. Ale to nie było śmieszne, to był oddany hołd.  Nic więcej nie mam do powiedzenia.

K-K 2.09.2016. (124)

Polskie tłumaczenie wiersza Dan J.C.G.Lumey (za ulotką rozdawaną przez organizatorów)

Bosymi stopami chcę całować ziemię

Przyprowadzono ich tu przez zimny wiatr. Nawet w letnim czasie nie ma miejsca na ciepło. Na zimno postanowiono o ich losie. 

Dzień, w którym mężczyźni leżeli na zimnej posadzce w Cosel jest pozbawiony ludzkości. Nie da się poznać człowieka jako stworzonego na obraz Boga. 

Okrutnie, kijami, zostały zabite ich myśli, ich dusza została złamana, aby ich przygotować do bycia bezbronnymi i bezradnymi ludzkimi istotami, które w oczach ich oprawców nie zasługiwały na miano ludzi.

Leżąc na betonowej posadzce, z oczami które już nic nie widziały, słyszeli pociąg, którym oddalały się ich babcie, dziadkowie, matki i dzieci, czując w sercu że się już nigdy nie zobaczą.

Tam zostali: mężczyźni. Żonaci i nieżonaci, ojcowie i ci którzy na to byli za młodzi: z pustymi rękami, skazani na śmierć zanim mogli osiągnąć kwiat życia w cieple i miłości.

K-K 2.09.2016. (44)

P.S. Nooo, tylko pieśń o Ince ni z kupy, ni z dupy na takiej uroczystości.

K-K 2.09.2016. (76)

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Jodentransporteen naar Cosel została wyłączona
Sierpień 20

92 dni – teatr zbrodni, czyli o filii Auschwitz w Rydułtowach

Gdy jakiś czas temu mignęła mi na Fb informacja o przygotowywanym spektaklu o nazwie „92 dni – teatr zbrodni” na temat filii obozu Auschwitz w pobliskich Rydułtowach, to wiedziałam, że muszę tam być. Gdy się jeszcze okazało, że w przedsięwzięciu biorą udział koleżanki i koledzy z Zapomnianego Rybnika, to już, jak to mówią, nie było opcji.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (6)

O filii KL Auschwitz, istniejącej w Rydułtowach wiedziałam od dawna. Nawet kilka lat temu dla Wirtualnego Sztetla cykałam fotę obelisku, który upamiętnia ten obóz, ale przyznam szczerze, że szczegóły nie były mi znane. Zresztą nie ja jedna psińco o tym podobozie wiedziałam. Dziś, gdy opowiadałam tacie, co wczoraj przeżyłam, to sam zbaraniał, że tak blisko nas (hałdę Szarlottę z kopalni Rydułtowy widzę z okna dachowego w kuchni) był taki obóz. Bo to taki zapomniany obóz. Kto tam wie gdzieś w Polsce, gdzie leżą Rydułtowy (żeby nie było, dotyczy to i mojego Rybnika), co dopiero o obozie w tym mieście. Na pewno dzięki wczorajszemu spektaklowi pamięć o nim wróciła.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (8)

W czasie wojny obecna kopalnia Rydułtowy nazywała się Charlottengrube. W samym mieście było kilka obozów pracy przymusowej oraz jenieckich. Jesienią 1944 r., czyli gdy Rosjanie byli prawie za rogiem, po negocjacjach koncernu Hermann Goering Werke z władzami KL Auschwitz, zaczęto do Rydułtów przywozić więźniów  oświęcimskich – w większości Żydów. Pierwszy ich transport dotarł tutaj 19 września 1944 r. Składał się w większości z Żydów węgierskich i rumuńskich. Powiada się, że przez obóz łącznie przeszło około 1200 więźniów – głównie Żydów.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (62)

Więźniowie pracowali w makabrycznych warunkach pod ziemią, na powierzchni kopalni, niektórzy w lokalnym tartaku. Chorych, zmarłych, zabitych wysyłano z powrotem do Auschwitz. Resztę może sobie każdy dopowiedzieć.

Teraz o wczorajszym wydarzeniu. Jadąc do Rydułtów na godzinę 21-wszą czułam, że to będzie COŚ. Już z opowiadań kolegi, któremu przypadła rola (zagrał wyśmienicie) komendanta obozu Kurta Kirchnera wiedziałam, że będzie ostro, będzie trudno i będzie bez owijania w bawełnę. Sama zapowiedź organizatorów, iż spektakl przeznaczony jest dla osób powyżej 14 roku życia, wiele mówiła. Wbrew pozorom od jakiegoś czasu jestem odporna na „holokaustowe” książki, wydarzenia, czy filmy. Nawet staram się już nich unikać, bo ileż można. Mówiąc brzydko: mało co mnie rusza. No, ale przez „92 dni – teatr zbrodni” w Rydułtowach zostałam wbita w ziemię. Wcisnęło mnie w kostki brukowe, na których stałam. Czułam się jakbym sama dostawała pałą po nerach, gdy patrzałam na aktorów grających więźniów.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (42)

Kręcąc dwa krótkie filmiki w gardle mnie dławiło, a ręce drżały jak na mrozie. Patrząc na aktora grającego kapo zastanawiałam się, jak musiała go, w trakcie prób, motywować reżyserka pani Katarzyna Chwałek, by tak niesamowicie wczuć się w rolę.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (31)

Obserwując kolegę odgrywającego Lagerführera Kirchnera czułam dumę, że go znam. Toż to aktor-amator rekonstruktor. A tu nie dość, że wyśmienity niemiecki, którego nie zna, to idealna, wręcz wzorcowa postawa SS-mana (Remik, te ręce z tyłu odchylające skórzany płaszcz to majstersztyk).

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (26)

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (51)

O aktorach i aktorkach odgrywających więźniów, ucharakteryzowanych na muzułmanów, nie wspomnę. Genialne!

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (46)

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (37)

Przy końcowych scenach przedstawiających ewakuację obozu, wkurw Kirchnera i symboliczne spalenie kukieł ludzkich, łykałam łzy.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (55)

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (34)

To przedstawienie powinno być wystawiane w wielu miejscach w naszej okolicy. Powinno być pokazywane młodzieży! Z tym okrucieństwem i przekleństwami. Nie będę tu pieprzyć frazesów teraz, że wojna jest bee, bo to ponoć wszyscy wiedzą. Czasem jednak warto nawet tym wszystkim jeszcze raz o tym przypomnieć, choćby przez taki spektakl.

92 dni - teatr zbrodni Rydultowy (38)

Na koniec dwa filmiki, które pozwolą choć wirtualnie wczuć się w to co mogliśmy zobaczyć wczoraj. Pani Kasiu! Szacun!

Sierpień 13

Z Rybnika do lasu Bikernieki, czyli o Emmie z rodu Aronadych

Do napisania o jakiejś osobie zawsze jest mi potrzebny impuls. Taki „pyk” w głowie, który każe szukać informacji, w większości śladowych, ale wartych pokazania. Tym razem ten „pyk” mnie pyknął po wizycie w najlepszej rybnickiej księgarni, czyli w Orbicie – u pana Janka. Pan Janek, księgarz i kupiec, jakich dziś szukać ze świecą, z radością mi pokazywał kapitalne udekorowanie swej nowej przestrzeni sklepowej, czyli byczą fototapetę, na której widać budynek, w którym obecnie opowiada (bo nie tylko sprzedaje) ludziom o książkach. Wdaliśmy się w krótką pogawędkę, bowiem na początku XX w. w tym miejscu miał sklep Żyd – Salo Prager. Pragerów mieliśmy w Rybniku jak mrówków i większość z nich wyjechała jeszcze przed zmianą państwowości Rybnika. Akurat Salo był tym, który tu był najdłużej, ale chyba tylko do 1923 r. Nie on mnie jednak pyknął w trakcie wizyty u pana Jasia. Na starej pocztówce, która posłużyła jako dekoracja ściany księgarni widnieje również nazwisko Aronade.

Aronade na rynku przed 1922

Już tu o Aronadych wspominałam wielokrotnie. Ich teczka w segregatorze jest dość gruba. Folder w kompie też ma sporo plików. Wieczorem zaczęłam przeglądać to wszystko, kombinować i wzrok padł na Emmę. A w zasadzie na adnotację o jej narodzinach. Z kobietami to już tak jest, że przepadają w mrokach dziejów, bo wychodzą za mąż i zmieniają nazwiska, tym samym są trudne do wyśledzenia. Z Emmą było inaczej, bo znalazłam jej ślady. Niestety, jak to zwykle bywa w przypadku Żydów, te ślady są smutne.

Emmas Geschichte, czyli historia Emmy z wielkiego rodu

Szanowany kupiec rybnicki Jonas Aronade i jego żona Dorel z rodu Rahmerów mieli sporą gromadkę dzieci. W sumie 3 dziewczynki i 4 chłopców. Jonas miał palarnię kawy, skład towarów kolonialnych, kamienicę na Rynku oraz ciąg kamienic przy ulicy Zamkowej. Synów powoli wdrażał w interesy, a dziewczyny dobrze wydawał za mąż. Jedna z córek – Regina po ojcu miała grajfkę (zacięcie) do handlu i sama przez wiele lat prowadziła interesy poza Śląskiem. Córkę Marię, Jonas wydał za rybnickiego kupca Altmana i ona też po śmierci męża wytwarzała gorzałę, bowiem taki był profil produkcji geszeftu rodziny Altmanów  😉 A Emma?

Emma dokument urodzenia

Emma urodziła się w maju 1872 r. i była najmłodszą z córek Jonasa i Dorel. Wydano ją za Hermanna Friedländera – kupca. Raczej nie był on z TYCH  Friedländerów. Tu mam na myśli potentatów w przemyśle górniczym i hutniczym na Śląsku. Hermann był chyba tylko zwykłym Kaufmannem. Zresztą w Rybniku „zwykłych”  Friedländerów też kilku było i może Emma właśnie za jednego z nich wyszła za mąż.

Jej życie dorosłe jest niewiadomą. Wyjechała z mężem z Rybnika, prawdopodobnie w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia. I to miejsce, czyli Berlin na pewno było dobre do czasu, gdy do władzy doszli bardzo źli ludzi. W dodatku w demokratycznych wyborach. To się zdarza i w dzisiejszych czasach  🙁 Na pewno życie Emmy, jej męża i potomstwa drastycznie się od tego momentu zmieniło na gorsze. Gdyby została w Rybniku, to choć do 1939 r. byłaby bezpieczna. Gdyby wybrała do życia, powiedzmy Gliwice, to w miarę długo chroniłaby ją Konwencja Genewska, dająca prawa mniejszościom na terenach przygranicznych. A Berlin? Zimne serce nazistowskiego państwa nie chroniło Żydów, zresztą jak i cała reszta tego potwornego organizmu. Czy w maju 1939 roku, gdy mieszkała na pierwszym piętrze lewego skrzydła kamienicy przy Güntzelstrasse 49 myślała jak piękny może być rybnicki rynek wiosenną porą? Kamienicę położona w zachodniej części Berlina, zamieszkiwali w większości Żydzi.

Guntzelstrasse

Czy wspominała swoje dzieciństwo w małym prowincjonalnym miasteczku? Na pewno rok później, czyli we wrześniu 1940, gdy musiała zamieszkać jako sublokatorka Jenny Goldberg, była już wdową. Nie ma wątpliwości, że życie tej starszej już wówczas pani było ciężkie. Niewątpliwie nie zdawała sobie sprawy, co wnet nastąpi i jaki będzie jej koniec, bo tego nikt w najgorszych snach nie mógł przewidzieć.

W trakcie kilkudniowych wykopów w googlu natrafiłam na taki ciekawy trop, związany z wspomnianą wyżej Jenny Goldberg, czyli osobą, u której zamieszkała na jakiś czas dawna rybniczanka Emmy. Uwaga! Teraz znowu będą, jak zwykle zresztą, tylko hipotetyczne rozważania, których nie da się w żaden sposób potwierdzić. To będą takie sensacje XX wieku z Szuflady 😉 Otóż mężem Jenny Goldberg był  Fritz Scherwitz, postać dość kontrowersyjna. Dla powojennych historyków i prokuratorów – oprawca, dla niektórych, będących w mniejszości – zbawca. Schweritz był Żydem, zarazem SS-Obersturmführerem w obozie koncentracyjnym w miejscowości Lenta pod Rygą. Urodził się na Litwie, w Berlinie pojawił się dopiero w latach 30-tych, prowadził kilka interesów i z tego co o nim wyczytałam, to był niezwykle uzdolniony, choć brakowało mu formalnego wykształcenia. W Rydze po raz pierwszy pojawił się jako kierowca Gestapo. Potem przydzielono mu małe komando żydowskie, które zajmowało się produkcją odzieży, głównie z ciuchów po zamordowanych Żydach z okolicznych gett. Po jakimś czasie został komendantem obozu w Lencie.

W owym czasie nasza Emma z rodu Aronadych mieszkała nadal u jego żony Jenny i na pewno już nie nadawała się do skierowania do jakiegokolwiek obozu pracy z uwagi na wiek. Może prosiła Jenny o pomoc i wstawiennictwo u męża, bo zapewne wiedziała, że jest szychą w SS. Niestety, wraz z około 1000 niemieckich Żydów 15. sierpnia 1942 r. wyruszyła w swą ostatnią podróż. Tym razem nie na Zachód, a na Wschód. Wszystkim mówiono, że jadą na Wschód. Tobołek, Güterbahnhof Moabit i do pociągu.  O „ostatecznym rozwiązaniu” Żydzi niemieccy nie wiedzieli. Ten Wschód to był kierunek Ryga. Dlaczego przydzielono tą starszą panią do tego transportu, skoro w zasadzie (przynajmniej tak mówi wiele źródeł) tym transportem Niemcy chcieli uzupełnić braki siły roboczej pracującej na potrzeby Organizacji Todt? Sam Fritz Schweritz, już po wojnie, broniąc się przed zarzutami o mordy na więźniach, twierdził, iż był świadkiem, gdy jego żonę i dziecko zamordowano na jego oczach. Czyli tak jakby w tym samym transporcie z Emmą jechała i Jenny. Może to on zadziałał, by obie zostały skierowane do Rygi? To zdanie powinno być wypowiedziane tajemniczym głosem Wołoszańskiego i od razu by nabrało znaczenia.

 Po 3 dniach pociąg dotarł do swego miejsca przeznaczenia. I choć przywiezieni niemieccy Żydzi mieli być ulokowani w ryskim getcie, które w owym czasie było już puste po masowym mordach na łotewskich Żydach jesienią i zimą 1941, to decyzja została zmieniona i natychmiast prawie wszyscy zostali zgładzeni w lesie Bikernieki. Emma miała wtedy 70 lat i jest wielce możliwe, że już transportu nie przeżyła. Jeśli zaś przeżyła, to kto jej strzelił w głowę? Łotysz? Niemiec? Ukrainiec? Czy wpadając na resztę ciał żyła jeszcze? Czy myślała o córce Kate? Ehh, znowu smutnie się porobiło.

Nieznane mi są losy tej córki, która wraz z mężem była zameldowana pod tym samym adresem w Berlinie – u Jenny Schweritz. Zachowana deklaracja majątkowa z 6 sierpnia 1942 podaje, iż córka Emmy – Kate i jej mąż Walter Becker mieli pozwolenie na emigrację do Brazylii. Czy wyemigrowali? Nie wiem. Wolę myśleć, że tak.

Poboczny bohater tej opowieści, czyli Fritz Schweritz przeżył wojnę. Po wojnie został skazany na kilka lat więzienia za zbrodnie m.in. na Żydach, choć on sam uważał, że wstąpił do SS po to, by ratować swą rodzinę oraz innych Żydów. Taka niby V żydowska kolumna w SS. Cała rodzina zginęła w czasie wojny i w zasadzie nie miał kto potwierdzić jego słów, za wyjątkiem przybranej siostry. Historycy do dziś się spierają, czy był zbrodniarzem, czy zbawcą. Ja osobiście nie wierzę w jego dobre zamiary. Na mój rozum, to Schweritz po wojnie ciulał ile wlezie. Emmy by też nie uratował. Bo i z jakiej racji miałby się przejmować jakąś tam starą lokatorką swej żony. Jeśli już tam kogoś w obozie ratował, to za kasę.

Po Emmie od jakiegoś czasu jest ślad w Berlinie. Przy Güntzelstrasse 49, czyli kamienicy gdzie mieszkała przez wiele lat wraz z wieloma innymi niemieckimi Żydami, pochodzącymi z najrozmaitszych miast, 20 marca 2007 r. osadzono w bruku kamień pamięci. Po niemiecku to lepiej brzmi: Stolperstein, czyli „kamień, o który się potykamy”. Łącznie przy tej kamienicy upamiętniono 21 osób, zamordowanych w Auschwitz, Theresienstadt, Rydze, czy na Majdanku. Mosiężne tabliczki umieszczono w chodniku przy wejściu głównym. Emma z Rybnika jest upamiętniona w mieście, w którym spędziła większość swego życia.

Emma by James Steakley Wikipedia

Korzystałam m.in. z książki „Mistrzowie śmierci. Einsatzgruppen” R. Rhodes oraz „Final solution in Riga: Exploitation and Annihilation, 1941-1944” autorami której są A. Angrick, P. Klein, R. Brandon.

Zdjęcie Stolpersteinu Emmy pochodzi z Wikipedii i jego autorem jest James Steakley. Zdjęcie kamienicy, w której mieszkała Emma – Google View. Kamienica jest wielkim kompleksem i niestety google pokazuje jedynie jej fasadę od strony ulicy, a Emma chyba mieszkała w jakimś bocznym skrzydle.

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Z Rybnika do lasu Bikernieki, czyli o Emmie z rodu Aronadych została wyłączona
Lipiec 23

Ada (odcinek 4)

Od poprzedniego odcinka z Adą minęło trochę czasu, więc zanim przejdę do kolejnego przypominam o kim ten scenariusz napisany przez życie.

 ➡ Ada (trailer)  ➡  Ada (odcinek 1)  ➡  Ada (odcinek 2)  ➡  Ada (odcinek 3)

Odcinek 4:

Miejsce akcji: Rybnik

Czas akcji: wiosna 2016

Występują: syn starszej pani, ojciec starszej pani (pośmiertnie), Chaim Schwerdt (pośmiertnie), amerykański Chińczyk, moja koleżanka, pani tłumacz, ja.

Myję okna. Dryń, dryń. Dzwoni moja komórka. Odbieram.

Dialog:

Koleżanka: Cześć Małgosiu.

Ja: No hej 🙂

Koleżanka: Ty jakiś czas temu zajmowałaś się historią jednej Żydówki w Rybniku.

Ja: O którą chodzi, bo mam ich na tapecie sporo  :mrgreen:

Koleżanka: Tą, która była przechowywana w Rybniku w czasie wojny.

Ja (maksymalnie zdziwiona): A skąd Ty o tym wiesz?

Koleżanka: Już tłumaczę. Otóż niedawno, zupełnie przez przypadek, zgadałam się z kimś z mojej dalekiej rodziny na ten temat. To syn starszej pani, u której byłaś i z którą rozmawiałaś o tej dziewczynce. Ta pani zmarła.

Ja: Tak, wiem.

Koleżanka: No, to syn teraz niejako likwiduje mieszkanie po mamie i znalazł listy, które Cię mogą zainteresować.

Ja (już czując to lekkie podniecenie, które towarzyszy detektywom): Dziewczyno! Dawaj namiary na człowieka!

Koleżanka: Zaraz Ci poślę smsem.

Ja: Rewelacja! Dzięki za pamięć!

Dzwonię. Dialog drugi za 2 minuty.

Ja: Dzień dobry. Nazywam się… jakiś czas temu spotkałam się z pana mamą i ponoć znalazł pan coś, co dotyczy moich poszukiwań.

Syn starszej pani: Tak. Zaraz oddzwonię. Teraz jestem ciut zajęty.

Ja: Ok. Dziękuję.

Czekam jak na igłach na telefon. Mycie okien olewam.

Dryń, dryń.

Ja: Tak?

Syn starszej pani: Teraz już mogę mówić. Otóż znalazłem dwa listy adresowane do mojego dziadka. Listy, które wysłane zostały do niego przez Chaima Schwerdta pod koniec lat 60-tych XX wieku z Niemiec.

Ja: Chaima? Wiem o Maksymilianie, Otto, ale o Chaimie nic.

Syn starszej pani: Chaim to był brat Maksymiliana, a zarazem tata Ady.

Ja w duchu: No wreszcie! Wiem kim była Ada dla Maxa i Otto!

Syn starszej pani: Myślę, że najlepiej będzie, gdy się spotkamy i wymienimy swoimi informacjami. Przyniosę te listy.

Ja: Jasne. W takiej sprawie to mogę się spotkać o każdej porze dnia i nocy.

Czas akcji: za parę dni.

Miejsce akcji: Rybnik, miła kawiarenka.

Występują: syn starszej pani, ja oraz kilka klientek kawiarenki patrzących od czasu do czasu ze zdziwieniem i rozbawieniem na dwoje ludzi siedzących przy kawie i wpadających w zachwyt nad jakimiś kartkami.

Dialog:

Syn starszej pani: My to się chyba skądś znamy…

Ja: Też mi się tak wydaje. Ze szkoły?

Syn starszej pani: A gdzie chodziłaś do liceum? Do Hanki?

Ja: Tak. No jasne, znamy się z Hany 🙂

(Dalej dialog krąży wokół Hanki, więc nie jest istotny dla Ady).

Syn starszej pani wyciąga swoje odkrycia, a ja swoje zgromadzone karteluszki i informacje.

Syn starszej pani: U nas w domu o tej historii wiedziano, ale bez szczegółów. Teraz, przy okazji likwidowania mieszkania po mamie, znalazłem te dwa listy. Są po niemiecku. Mogę ci je na szybko przetłumaczyć. Listy napisał Chaim Schwerdt do mojego dziadka, prawdopodobnie po tym, jak dziadek zaczął szukać z nim kontaktu. Mam tu kopię listu, który dziadek otrzymał z urzędu w Regensburgu. Podano mu wówczas adres Chaima. Nie wiem o czym pisał dziadek do Chaima, ale mam jego odpowiedź. Wiem już dziś, na podstawie analizy tych listów, że w ratowanie Ady i Chaima byli zaangażowani jeszcze inni członkowie mojej rodziny. Dzwoniłem kilka dni temu do mojej kuzynki i była w szoku, gdyż w ogóle nie wiedziała o tym.

Ja (dotykając z szacunkiem listy i słuchając szybkiego ich tłumaczenia): Ale czy wynika z nich skąd się oni u nas wzięli? Znaczy się Ada i Chaim?

List Chaima

(Ja w duchu: muszę mieć swoje tłumaczenie tych listów i na mur kupię książkę Otto i Maschy Schwerdtów, jak znajdę wersję angielską, bo z wujka G. widziałam wielkie „G”).

google

Syn starszej pani: Nie wiem. Myślę, że dziadek miał jakieś wspólne interesy z Chaimem. Chyba znali się przed wojną. Tak wynika z listu. Może coś szmuglowali przez granicę, gdyż razem ich aresztowano. Z listu Chaima wynika, że Niemcy go bardzo okrutnie traktowali w więzieniu, w przeciwieństwie do dziadka. Ten miał lżej. Chaim napisał również, że dziadek mu obiecał uratować Adę. Potem jest parę zdań, z którymi się nie zgadzam, ale rozumiem, że przez Chaima przemawiała gorycz i pamięć o tym co przeżył. Chaima ukrywała m.in. moja rodzina i, nieznany mi z bliżej ktoś o nazwisku Chlubek, w Skrzyszowie. Chyba w jakiejś piwnicy, czy lepiance.

(Ja w duchu: to by pasowało do relacji Ady złożonej po wojnie w Yad Vashem).

Syn starszej pani: Daję ci ksera tych listów. Może coś więcej wyciśniesz tej historii.

Ja: Czy mogę to opisać na Szufladzie?

Syn starszej pani: Tak.

Ja po powrocie do domu: Wujku Google, teraz pomóż mi znaleźć angielską wersję  książki Otto Schwerdta i jego córki i to w miarę tanio. Amazon.com. Mam. Logowanie. Kupuję najtańszą. Gówno. Nie wysyłają poza USA. Szukam dalej. Jest, parę dolców droższa. Klik, następny klik, i jeszcze klik. Będzie do 3 miesięcy. Trudno, nie będę zamawiać w trybie ekspresowym, bo mnie na takie fanaberie nie stać, choć chciałabym od razu wiedzieć jak przeżył Chaim i Ada.

Chaim Schwerdt (2)

Ja do taty: Mam parę kartek do przetłumaczenia z niemieckiego. Możesz ktoś z twoich znajomych?

Tata: Załatwię.

Za 3 dni mam perfekcyjnie przetłumaczone listy Chaima Schwerdta, ojca Ady, wysłane do Polski w 1967 i 1968, no i mam bardzo pogmatwane myśli w głowie.

Otto Schwerdt (74)

Po dwóch tygodniach przychodzi z Illinois paczuszka wysłana przez Yinghai’a. „Gdy Bóg i świat spał”. Ja tej nocy nie śpię. 110 stron łykam bez kombinowania, że nie każde angielskie słowo jest mi znajome.

Już wiem. Może nie wszystko, ale bardzo dużo. Wiem ilu ludziom moja Ada zawdzięcza życie. Ale o tym w następnym odcinku.

 

 

 

 

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Ada (odcinek 4) została wyłączona
Czerwiec 12

Jest taki Dom

Jest taki Dom… Dom Pamięci Żydów Górnośląskich. Dla mnie to też od początku dom. Dom, w którym panuje domowy duch, domowy ruch i nawet można napaść brzuch (serio 🙂 ). A rodzina w tym domu to Karolina, Kasia, Bartek, Ela, Ania i myślę, że i ja.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (1)

A tak na poważnie to jest to muzeum w Gliwicach, które upamiętnia Żydów górnośląskich, czyli też i moich – rybnickich. Czekałam na jego otwarcie od dawna. Było fantastyczne i przyszły wtedy tłumy.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (69)

Dom Pamieci Zydow

Gdy przeczytałam, że są poszukiwani wolontariusze do pomocy nie zastanawiałam się ani sekundy, by się zgłosić. Pracować w takim miejscu, to zaszczyt i radość. Nieważne jako kto, ważne że. Szatnia? Ok. Mogę być i babką klozetową 😉 Tym bardziej, że w klopie kafelki z 1903 roku.

Dom Pamięci Zydow Gornoslaskich wykład (28)

Na recepcji i szatni – szczyt marzeń.

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (91)

Od lutego zaczęłam jeździć do Gliwic. Niestety tylko w czwartki, ale nawet ten jeden dzień w tygodniu to była dla mnie zawsze uczta duchowa. Patetycznie zabrzmiało, co? Ale jak inaczej nazwać możliwość uczestnictwa w wykładach dr. Surzyna, Darka Walerjańskiego, czy prof. Śpiewaka. Tylu rzeczy się nauczyłam, dowiedziałam, dotknęłam.

prof.Spiewak

Gdzie indziej bym miała okazję poznać niesamowitych „Maguryczowców”, którzy od lat zajmują się zapomnianymi cmentarzami na wschodzie Polski.

Gliwice 9.05.2016. (34)

Czy w jakimkolwiek innym miejscu miałabym okazję popijać, przygotowany przez Elę rewelacyjny barszcz, wraz z panem Janem Jagielskim – moim „cmentarnym guru”.

Entuzjazm wszystkich domowników tego Domu, radość z tworzenia czegoś nowego, naturalność, czasem improwizowanie, jakieś małe przekleństwo, zero korpoordnungu, dress codu, czyli służbowych strojów i do tego cmentarz za oknami. Czy może być lepsze miejsce do pracy?

Dom Pamieci Zydow Gornoslaskich (54)

Gdy w ostatni czwartek jechałam do Gliwic, po dość sporym okresie przerwy z powodu wyjazdu na Podkarpacie, już w Wilczej miałam motylki w brzuchu. W Nieborowicach dociskałam pedał gazu na maksa, gdy już ujrzałam tablicę „Gliwice”, pychol śmiał mi się do przejeżdżających obok kierowców. Podjeżdżając na parking przy ul.Poniatowskiego wiedziałam, że znowu dotarłam do domu. Tego drugiego – gliwickiego. Bo tylko w prawdziwym domu człowieka szczerze wyściskają, nakarmią domowej roboty frykasami, poskarżą się, że ukochany pies bardzo cierpi, opowiedzą o tym co się działo, co się będzie dziać. W takim domu ma się własny kubek, bo się nie jest już gościem a domownikiem.

noc muzeow

Jak to napisał humorystycznie pan Jan Jagielski w naszej księdze pamiątkowej: „Dom pogrzebowy, w którym się ożywa”  😉 Ja też tu ożywam.

wpis Jana Jagielskiego

Daj mi pani Boże możliwości, bym tam mogła jeździć jak najczęściej i bym mogła na te cuda patrzeć oraz z tymi dobrymi duchami przebywać. Zarówno żyjącymi i z tymi z zaświatów.

Noc Muzeum DPZG 14.05.2016. (4)

Na koniec nie mogę nie napisać, iż nasza szefowa, czyli Karolina Jakoweńko została doceniona przez twórców Festiwalu Kultury Żydowskiej w KRK i wnet otrzyma ważną nagrodę za wsio co dotychczas zrobiła! Chapeau bas!

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Jest taki Dom została wyłączona
Czerwiec 5

Gojka na cmentarnym szlaku

Już dziś późnym wieczorem moja ukochana chwałowicka hałda. Przede mną jeszcze w niedzielę kilka niezaliczonych z powodu szabatu miejsc i wsiadam w Rzeszowie do busa, który mnie zawiezie do Kato  :mrgreen: Dzisiejszy odpoczynek na sympatycznej agro w Brzozowie pozwolił mi zregenerować siły i przede wszystkim nerwy. Przesyt tematyką żydowską przypomniał mi, że trzeba iść też do jakiegoś kościoła, czy poszukać lokalnych Nepomuków.

DrogaJednak 6 dni z rzędu w aucie z jednym upartym facetem, to ciut za dużo. Do tego 2 dżipiesy (jeden gadający po hebrajsku, odpadający co chwilę od szyby, drugi angielskojęzyczny wbudowany w Passacie, pokazujący kompletnie inną drogę), radio rfm, z beznadziejnymi prowadzącymi rozdającymi kasę, pipczące alarmy przy cofaniu, zbliżaniu się do przeszkód, itp., kartki na kolanach, mapa, belątające się dwie komórki, wychodzenie z auta co chwilę by pytać o to, gdzie tu kiedyś był cmentarz żydowski, do jedzenia jedynie kabanosy, a do picia cola – to jednak bardzo męczące. Nie wspomnę o przedzieraniu się przez chaszcze, pokrzywy, błota, wspinaniu na góry i w upale i deszczach. Trzymanie kamery, robienie zdjęć, codzienne tłumaczenie na noclegach, że gość prosi, by jajka były przygotowywane na specjalnie przywiezionej patelce (z całą resztą mieszaczek, myjek, mątewek), proszenie by gospodarze wsio wywalili z zamrażalnika, bo on tam musi wsadzić te swoje zamrożone koszerne mimry, siedzenie do nocy i dyktowanie opisów tego co widzieliśmy, branie na klatę „opierdolów”, gdy gość odmawia płacenia za wejście do synagogi. Tłumaczenie z polskiego na angielski i odwrotnie, tłumaczenie ze słowackiego (!) na angielski i na to wszystko przez cały dzień „smola” i „jamina”, czyli „turn left” i „turn right” kiedy zwykła mapa lepsza, no ale co tam dla niego mapa, skoro jest nawigacja 👿 No i wieczorne wyciąganie kleszczy, co nie jest proste, gdy robi się to samemu. Niestety tym razem, mimo ciągłego obsikiwania się, nie uchroniłam się przed pieronami.

No to się wygadałam  😆  A teraz mały skrót z mijającego tygodnia.

„Zaliczyliśmy”, bo tak to należy nazwać, 38 cmentarzy żydowskich (w tym dwa słowackie), kilkanaście synagog i grobów masowych.

Niedziela (29.06.2016). Rzeszowskie lotnisko nie powiem – całkiem, całkiem. W oczekiwaniu na gościa nawet mogłam wysłuchać mszy, co wydało mi się ciut jednak kuriozalne jak na halę przylotów. Zero turystów za to modły na full.

Rzeszow lotnisko (1)

Po przylocie Meira, odebraliśmy nówkę Passata. Łooo matko, co za straszne auto. Im więcej przycisków i ciulstw tym chyba gorzej dla pasażera i kierowcy. Zanim ustaliliśmy jak się zmienia klimę, to walił na mnie strumień arktycznego powietrza przez 2 godziny. Potem odbieranie mrożonek koszernych. Mały cyrk, bo nie było wiadomo kto je miał przechować. W końcu są. Gdy ujrzałam zasyfione pudło to wiedziałam, że nie tknę tego za Chiny.

1 Ostoya (7)

Wyruszamy w drogę. Raniżów – cmentarz w chaszczach, jedynie dwie podstawy nagrobków. Potem Kolbuszowa – synagoga i cmentarz wraz z grobem masowym.

1 Kolbuszowa (77)

Jedziemy dalej – Majdan Królewski. Błądzimy przez 40 minut po lasach. Niby miał być w odległości 200 m od oczyszczalni ścieków. Oczyszczalnia jest w lesie. Ani ducha w pobliżu. Już powoli rezygnowaliśmy kierując się do auta, aż tu nagle podjechał Gucio  😉 czyli lekko rozluźniony z powodu niedzieli sympatyczny pan na rowerze. Zaprowadzi nas. Ja pierdziu…. Kilometr w las. Bez Gucia byśmy tam nigdy nie trafili. W trakcie drogi Gucio mi całe swoje życie opowiedział 😉 Fajny gość. Robi się późno. Rezygnujemy z Radomyśla Wielkiego – jutro do niego wrócimy. Czas na nocleg. W motelu odmawiam mrożonek koszernych argumentując tym, że mam jeszcze kanapki z domu.

Poniedziałek (30.06.2016). Rano lekkie przeplanowanie trasy i wyruszamy do Sędziszowa Małopolskiego.

Planowanie

Na cmentarzu w Sędziszowie pokrzywy po moją pachę. Przedzieranie się przez ponad hektarowy cmentarz, by odszukać grób masowy, to było niezłe wyzwanie.

Sedziszow Malopolski (26)

Potem Dębica. Zadbany, ukwiecony i pełen zapachów cmentarz. No i trele wszystkich możliwych ptaszków, choć obok bloki. Pięknie.

Debica (43)

Z Dębicy wracamy na północ do Radomyśla. Błądzenie. W końcu trafiamy na cmentarz w lesie. Smutnie, bo nikt o tym miejscu nie pamięta.

Radomysl Wielki (34)

Potem Pilzno, niesamowity Brzostek…

Brzostek (5)

…i w planach Jodłowa, której cmentarz jest na takim leśnym zadupiu, że czułam, iż z powodu nadchodzącej burzy ja z niego zrezygnuję. Poza tym byłam tam już kiedyś i parcia nie miałam. W las wjechaliśmy. Ja wyjścia odmówiłam, Meir wyszedł i nawet kombinował, czy Passatem nie podjeżdżać dalej błotnistą drogą dla traktorów, ale chyba rozsądek zwyciężył. Pojechaliśmy do Ryglic. Mimo deszczu cmentarz zachwycał.

Ryglice (45)

Z Ryglic ruszamy do Ołpin. Wjeżdżamy na górę pod cmentarz pierwszowojenny o numerze 34, za którym jakieś 500 m miał być żydowski. Passat pipczy cały czas, bo chyba boi się, że nie wyjedziemy z tych błotnistych pól. Przed nocą zostaje nam jeszcze Rzepiennik Strzyżewski, potem mogiła zbiorowa w Lesie Dąbry (bardzo przygnębiające miejsce)…

Rzepiennik Strzyzewski i Las Dabry (39)

… i na końcu dnia (ja już siedzę cicho, bo padam) cmentarz w Tuchowie, o którym wiem, że jest niedostępny, bo trzeba przechodzić przez czyjąś posesję. No i niczego na nim już nie ma. Meir się upiera i wjeżdżamy kobicie na plac. Zje… dostałam ja, bo on po polsku ni hu hu. Przepraszam, tłumaczę, stroję te swoje zwyczajowe miny. W końcu pani dała się udobruchać i już nie jest zła, że naruszyliśmy jej mir domowy o tak późnej porze. Przed nami szukanie agro na wysokiej górze. W końcu je znajdujemy,  a tu nie ma gospodarzy, bo musieli nagle pojechać do szpitala po syna. Ten wkurzony, bo rozmrażają się koszerne mimry a zamrażalnik w kuchni pełny. No i on głodny. A ja to niby nie? Przestawiam wsio w zamrażalniku i już w głowie przygotowuję co powiem ludziom jak wrócą do domu. Na szczęście są tak cudowni i mili, że nie przeszkadza im nic.

Następnego dnia, czyli we wtorek (31.05.2016) mam taki widok z okna.

 Agro Filipowka (1)

Śniadanie, zabieramy mrożonki i w drogę. Najpierw Bobowa. Podjeżdżamy pod synagogę i już czuję, że będą problemy.

Bobowa (10)

Klucze u pana fryzjera. Pan fryzjer miły, ale pokazuje jakąś kartkę po hebrajsku (niby certyfikat), że należy się kasa. I to w dolarach. A certyfikat od rabina z NY. Niby. Meir nie da ani grosza. Od fryzjera słyszę jacy to Żydzi pazerni i dusigrosze, od Meira jak to Polacy chcą na Żydach zarabiać. Przybieram postawę kaczki, po której spływa. Na odchodnym pan fryzjer mówi, że cmentarz też zamknięty i on ma klucze, a ja mu puszczam oko, że i tak wlezę, bo wiem, gdzie jest dziura  😉

Bobowa (8)

Na cmentarz się dostaliśmy, ale do ohelu nie. Mnie nie zależało, Meir biadolił i przez cały dzień potem fanzolił o fryzjerze. Mógł zapłacić, to byśmy klucze dostali 😉 Widoki zachwycały.

Bobowa (25)

Jedziemy do Grybowa. Najpierw synagoga, a potem cmentarz. Na takiej kępie! Upał a my się przedzieramy (każdy inną drogą, bo nie wiadomo która była właściwa) przez ostrężnice i pokrzywy. Serce mi wali jak młot. W końcu docieram i cmentarz mnie nie dopuszcza do siebie. Zakluczony, płot na 2 metry, szpiczaty, zarośnięty, dziur brak. Widać, że kłódy nikt nie otwierał przez lata. Nie lubię takich kirkutów.

Grybow (19)

Schodzimy z góry i dalej do Łabowej. Tam od razu widać, że cmentarz jest pod opieką miasta, a nie gminy żydowskiej. Wsio wykoszone, opisane, otwarte.

Labowa (27)

Następne miejsca, czyli kirkut w Krynicy Zdroju…

Krynica Zdroj (23)

oraz Muszynie też zadbane i dostępne.

Muszyna (26)

Przed nami jeszcze Gorlice, w których już nie polazłam do ohelu i przy nadciągającej burzy – Biecz. Nocleg mamy na kompletnym zadupiu w dawnej stanicy WOP. Do nocy dyktuję opisy miejsc, uspakajając swoje nerwy Jolkami, bo Meirowi się laptop trup co 5 minut zawiesza, a przez uparty charakter nie przyjmuje moich argumentów, że pisanie ręcznie będzie szybciej. Dodam, że pisze 1 palcem, i każda rzecz była opisywana w dwóch językach. Skończyliśmy o północy.

Schronisko Hajstra (2)

Środa (1.06.2016). Po noclegu w schronisku Hajstra (polecam tym, którzy chcą pomieszkać w miejscu bez sieci komórkowych, internetu za to po takim niebem, że hej) wyjazd w kierunku Słowacji. Czasem udaje mi się ustrzelić z auta jakieś prawosławne cudo – jak tą cerkiew św. Jana Złotoustego we wsi Polany.

Cerkiew sw.Jana Zlotoustego wies Polany (1)

Jedziemy do Niznego Hrusova, gdyż tam urodziła się mama Meira. No a ja mam tłumaczyć ze słowackiego. Nie dociera do niego, że to inny język. Dla niego brzmi jak polski i tyle. Domu rodzinnego już nie ma, ale udało nam się znaleźć ludzi, którzy są potomkami sąsiadów tej rodziny żydowskiej. Nota bene przed wojną żyły tam tylko 4 rodziny żydowskie. Spędzamy w tej wsi z pięć godzin. Poznajemy Jara, którego tata znał mamę Meira, a który jest potentatem we wsi i handluje antykami oraz obrazami na całym świecie.

Nizny Hrusov (22)

Jaro oprowadza nas po swoich włościach, pokazuje obrazy – m.in. Warhola, prowadzi na dwa cmentarze żydowskie i w pewnym momencie mówi, że cmentarze wymagają odkrzaczenia, że można by zrobić jakiś projekt itp. Meir podchwytuje temat. Oczywiście. Niech wieś słowacka to zrobi. No to mu mówię, że skoro na jednym z tych cmentarzy są pochowani jego przodkowie i on jest jedynym potomkiem Żydów z tej wsi, to powinien pomóc. A ten mi strzela tekst, że to nie jego interes tylko tej bidnej wsi słowackiej i Jara, bo on jest biznesmenem. No ch… mnie trafił. Sorry za te przekleństwa, ale Meir w tym dniu mnie mocno wyprowadził z równowagi. W Passacie było ostro. Nawet bardzo ostro. Nie docierało do niego nic. W końcu przybrałam ponownie postawę kaczki, po której spływa i zrobiłam se zakluk zakluk.

Agro mieliśmy zamówione pod Jaśliskami, więc jeszcze przed noclegiem postanowiliśmy zaliczyć kirkut w Jaśliskach. Wiedziałam, że tam niczego nie ma i że swego czasu Stowarzyszenie Magurycz uratowało wiele macew z tego kirkutu. Zostały one złożone w jakimś magazynie. Były z nimi problemy, jakieś włamania, policja, cuda na kiju. Było to lata temu. No i niestety powiedziałam o tym Meirowi. A mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a ja taka nadgorliwa i pochwaliłam się niepotrzebnie tą wiedzą. Gdy wróciliśmy z tego cmentarza, rozpakowaliśmy się (wraz z mimrami) Meir nagle mówi (była tak godz. 18.30): Kto zarządza tą miejscowością?. No to mówię: Wójt. Kto to wójt? Tłumaczę kim jest wójt. On na to: Jedziemy do tego wójta, bo on powinien te macewy ratować. Spokojnie, choć już czuję jak krew mi zaczyna szybciej krążyć, tłumaczę że o tej porze urzędy w Polsce nie pracują. On: a może jest jakaś sekretarka. Ja z pozą kaczki: Ok. Ja mogę jechać do urzędu gminy za 1 minutę. Wsiadamy do Passata i jedziemy pod UG. Z uśmiechem ostatniej złośliwej zołzy mówię: Tu jest urząd gminy – idź sprawdź, czy jest tam jakaś sekretarka. Nie wychodzę nawet z auta. On tam idzie, wali w drzwi. Liczę w duchu do 20. Wracamy na agro. W końcu trzeba znowu spisywać co widzieliśmy. Po pół godzinie od powrotu, mój ortodoksyjny gość przychodzi do altany i pyta, czy mi zrobić kawę. Hahahahahaha. Dotarło do łaba, że jestem zła jak osa. A nawet całe stado os. Dostaję kawę pod nos.

Czwartek (2.06.2016) W planach Bieszczady. O rana leje. Przysięgam sobie w duchu, by już się nie wykazywać nadgorliwością. Pierwszy po drodze cmentarz w Woli Michowej. Wiem, że można tam łatwo dotrzeć poprzez stadninę koni, choć wymaga to dyplomacji, gdyż właścicielka nie chce przepuszczać i są złe psy. Oficjalne dojście jest bardziej uciążliwe i cmentarz raczej nie jest dostępny w deszczu. Podjeżdżamy pod ledwo widoczną tabliczkę z napisem „cmentarz” i pokazuję Meirowi drogę przez rwący potok. Pokazuję też górkę i chaszcze. Z nieba leci ściana deszczu. Uprzedzam od razu, że ja nie idę. Ani słowa o możliwości proszenia o przejście przez prywatną posesję. Meir kombinuje nad potokiem, a to tu, a to tam. W końcu wraca do Passata. Odhaczam Wolę Michową w notatkach – niezdobyta.

Cisna (2)A potem już deszczowe Bieszczady i wspomnienia.

Spośród wielu bzdur 
Które niosą stada chmur
Ja lubię deszcz 
Deszcz w Cisnej
Z każdą większą kroplą dżdżu 
Coraz lepiej jest mi tu
Kiedy deszcz 
Deszcz w Cisnej
Koła aut się ślizgają
Wycieraczki smutno w deszczu łkają
Kropel głuchy rytm 
Stuka w moje drzwi 
Pasjans, który stawiam dziś od rana
Znów nie wyszedł mi.

Lutowiska.

Lutowiska (18)

Baligród

Baligrod (40)

Bukowsko, do którego ja nie doszłam, a Meirowi cmentarz pomógł odnaleźć Bóg. Przynajmniej tak mi powiedział.

Bukowsko (9)

Nie doszłam też do cmentarza w Nowotańcu, gdyż dojście było przez pola otoczone elektrycznymi pastuchami, a dla mnie kopnięcie przez prąd byłoby raczej niewskazane. Zdrowie ważniejsze.

Nowotaniec - Wola Sekowa (10)

Przy zdobywaniu cmentarza w Tyrawie Wołoskiej Meir musiał się przemóc i podać mi rękę, bo bym zaliczyła gliniastą glebę. Pod koniec dnia jeszcze był Brzozów, a w nim i cmentarz i mogiła zbiorowa i przed noclegiem Jasielnica Rosielna.  No i okazało się, że komplikuje się mój nocleg w centrum Chasydzkim. Niby mogę tam spać, pokój dla mnie będzie, ale nie mogę wnieść swojego żarcia, nie będę mogła korzystać z komórki, ani internetu. Uznałam, że smolę poznawanie kultur i załatwię sobie agro. W drodze na nocleg zobaczyłam takie cóś:

P1630296

Piątek (3.06.2016)

Piątek był dniem synagog.  One były na pierwszym planie, choć i zaliczaliśmy kirkuty. Najpierw Niebylec.

Niebylec (17)

Kolejna zachowana bożnica w Strzyżowie – obecnie biblioteka. Zresztą tak jak w Niebylcu i Czudcu.

Strzyzow

Potem Czudec, gdzie dwie uprzejme panie oprowadziły nas po mini izbie pamięci i pokazały wszystko co było ważne – łącznie z uratowanymi macewami.

Czudec (13)

Czułam, że dzień będzie krótki, bo Meir musi się przygotować do szabatu. Już chciał zjeżdżać do Dynowa, przedtem zawożąc mnie na agro do Brzozowa, ale tym razem ja go zmusiłam do jeszcze jednego cmentarza. I to takiego trudnego do zdobycia. Błażowa. Ja już się tam kiedyś nieźle zafuczałam, tym razem Meir dyszał jak lokomotywa.

Blazowa

Brzozow

Gdy dotarłam na agro u pani Eli padłam. Piątkowy wolny wieczór! Cała sobota wolna! Nieważne, że Brzozów to malutkie miasteczko. Ważne, że była jedna restauracja, w której zamówiłam byczy kotlet z frytami. No i były Nepomuki. Odespałam te 6 dni. Jeszcze niedziela i dom. W niedzielę parę miejscówek, z których na pewno musimy być w Markowej i w Pruchniku. Ten ostatni bowiem jest związany z moją Adą, której historię zatrzymałam w pewnym momencie, ale do której wrócę.

Idę spać. Upyprane welury i adidasy spakowane.

Bukowsko (16)

Maj 28

Kleszcze, winniczki i kirkuty – powracam

Od jutra w drogę. Ostatni etap przygotowań do mojego drugiego objazdu po Podkarpaciu z przedstawicielem Holocaust Research Institute in Memory of Zahava & Zvi Shwartz z Izraela prawie zakończony. Czyli chaos w głowie i w domu z powodu trwającego remontu, pełno kartek z notatkami jak gdzie dotrzeć (nadal nie potrafię zlokalizować kirkutu w Jaworniku Polskim i Czudcu, a nad Wolą Michową kombinuję, czy jej nie olać), z pięć karteluszków typu „co kupić”, „co zabrać”, „czego nie zapomnieć”, przeglądanie prognoz pogody dla południowej Polski (a te co rusz to inne i już sama nie wiem, czy nie lepsze deszcze od upałów), no w ogóle rajzyfiber (szajspapiór spakowany).

przygotowania (2)

Dwa lata temu nasz objazd po kirkutach Podkarpacia był krótszy i kończył się przed szabatem w Krakowie  ➡ Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny. Tym razem mamy wszystko zacząć w Rzeszowie i tam zakończyć, a po drodze będzie szabat w Centrum Chasydzkim w Dynowie, o czym już wspominałam w poście o  ➡ Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny powraca. Młoda twierdzi, że mi każą siedzieć w pokoju i do kolacji nie dopuszczą  😕 A ja bym sobie chciała gdzieś w kąciku, po cichutku, ale wraz z wszystkimi, poobserwować. Nawet jakąś chustkę na łeb spakowałam, choć  kiecki nie biorę, bo takiej do kostek i tak nie mam. Pożyjemy, zobaczymy. Może się uda, kto wie?

jedzenieMój dear Meir nadal uparcie twierdzi w mailach, że będziemy jeść przez cały tydzień koszerne posiłki, które odbierze „głęboko zmrożone” gdzieś tam w Rzeszowie. No, ok. Ja tam jednak jestem wieprzowinowa, więc zapas kabanosów i innych krakowskich podsuszanych mam. Plus mapy, aparatury wszelakie z ładowarkami, buty na upał, buty na deszcz wraz z suszarką do ich suszenia, peleryny, ciuchy na zimno, na ciepło, lekarstwa, no i pełny zestaw antykleszczowy. Ostatni, zmasowany atak tych gnojków na moją osobę na cmentarzu żydowskim w Gliwicach przypomniał mi, że nadal mnie lubią.

 Z tego miejsca dziękuję moim dziewczynom-studentkom, które za mnie odwalą prace na studiach i dostaną piątkowe wpisy  😉 Do zobaczenia. Na mnie już tylko czeka to, co hipcie kochają najbardziej – cmentarze żydowskie. Żadne tam plaże Hawajów, czy Akropole nie zastąpią takiego widoku.

Korczyna (60)

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Kleszcze, winniczki i kirkuty – powracam została wyłączona