Grudzień 16

Nie nasi, a nasi

Tak się relaksujecie przed świętami, co? A może wręcz przeciwnie i latacie ze szmatami i wycieracie kurze w każdym kątku waszych wypasionych domów. Noo, albo narzekacie, że premii świątecznej za mało dostaliście, że na drogach korki, w lufcie smog, w sklepach tłumy a politycy oszukują. A może, że macie już dość firmowych wigilijek. Bądź, że trzeba będzie kupić głupiej ciotce prezent i wysłuchiwać jej ględzenia podczas Wigilii. To jak wam tak źle, albo jak wam za dobrze, to posłuchajcie opowieści o tych, po których zostało kilka zdjęć i parę aktów urzędowych. Mnie akurat wkurzył WordPress, na którym jest postawiona Szuflada (pociągnął jakąś aktualizację i nie potrafię normalnie pisać postów), więc też mi się przyda przeglądnięcie szufladki Janka i Marysi.

Nie miałam pojęcia jak zacząć opowieść o rodzinie Radoszyckich, no więc zaczęłam tak jadąc po świątecznej bandzie. Ich zdjęcia, skopiowane z Yad Vashem, mam od lat. Najpierw znalazłam Marję i Jasia, bo ich miejsce urodzenia to był Rybnik. Potem, dzięki koleżance dopasowałam do nich rodziców – Itlę i Symchę. Będzińscy Żydzi. Czyli nie nasi. Ale jednak nasi, bo przyjechali do Rybnika. Kiedy? Na pewno przed grudniem 1931 roku. Wtedy bowiem Itli i jej mężowi o imieniu Symcha (Symsze?) urodził się Jaś Leon. Gdyby przeżył wojnę 8 grudnia skończyłby 87 lat.

Krótko po urodzeniu Janka, czyli w styczniu 1932 r. rodzice wzięli w Rybniku ślub cywilny. Sądzę, że mieli przedtem zawarty ślub rabinacki, czyli religijny, który być może w województwie śląskim, do którego należał Rybnik nie był honorowany. Będzin, z którego przyjechali państwo Radoszyccy należał wówczas do woj.kieleckiego. Nie znam się na niuansach związanych z prawem administracyjnym z tamtych czasów i jedynie sobie tak kombinuję. Moje głośne myślenie wynika z tego, iż na akcie zawarcia małżeństwa Symcha (czy też Binem bądź Bunem) uznaje za swoje dziecko „urodzone od jego małżonki”. Wątpię, by uznawał za swe cudze dziecko. Czyli… przedtem zawarli ślub przed rabinem w Będzinie, a potem, cywilny przed urzędnikiem stanu cywilnego pana Piechy, w obecności dwóch świadków. Jednym z nich był kupiec Edmund Klimentowicz, zamieszkały w Rybniku przy ul. Łony 5, a drugim kupiec Aron Stein z Oświęcimia.

Kim byli nowi mieszkańcy Rybnika? Itla, z domu Pinczewska, urodziła się w Książu Wielkim (nie mylić z Książem pod Wałbrzychem). Byłam kiedyś w tej małopolskiej wsi w powiecie miechowskim. Synagogę i cmentarz żydowski tam wówczas zastałam w tragicznym stanie. Jak wynika z aktu ślubu, mama Itli już nie żyła, a tata Abram Pinczewski mieszkał w Warszawie. Śląska Biblioteka Cyfrowa co nieco mi znalazła na temat państwa Pinczewskich. Antysemickie gówno jakim było czasopismo „Do czynu” nieźle ich szkalowało, gdy byli jeszcze na Śląsku, gdzie zmarła mama naszej będzińskiej rybniczanki. Mąż Itli – Symcha, zgodnie z tym co widać na akcie ślubu był cukiernikiem. Przekopałam się przez wszystkie książki teleadresowe, mam na myśli te biznesowe, i nie znalazłam Radoszyckiego. Uważam więc, że nie miał swojego interesu w Rybniku a jedynie był czyimś pracownikiem. Może robił u samego Stokłosy? A może w fabryce cukierków Sobczika? Nie wiem i raczej się nigdy nie dowiem. 

Itla delikatną urodę miała, bujny włos i smutny wzrok.

Mąż zaś taki sobie. Zdjęcia, które przedstawiam pochodzą ze strony Yad Vashem i były zrobione w getcie w Będzinie. Dlatego należy wziąć pod uwagę okoliczności ich robienia. W czasie wojny Symcha już słodkości nie tworzył  🙁 

Jego rodzicami byli sekretarz szkolny Markus Radoszycki oraz żona przy mężu czyli Bajla Ita. Bajla należała do głęboko religijnych żydówek, co widać po peruce na jej głowie. Markus chyba był sekretarzem w szkole żydowskiej.

Młodzi Radoszyccy chcieli się wyrwać z ortodoksyjnego domu. Chcieli w inny świat. Uznali, że Śląsk to będzie ich El Dorado. Może najpierw próbowali zakotwiczyć się w Katowicach, ale się nie udało? Może któryś ze znajomych już wtedy był w Rybniku i ich do nas ściągnął? A może jakaś firma rybnicka poszukiwała cukiernika? A może tak zwyczajnie spakowali skromną walizkę, wsiedli do jednego pociągu, potem do drugiego i wysiedli na nieznanej stacji, a na bilet powrotny kasy nie było to zostali, bo zbliżał się termin porodu. Nie wiem gdzie mieszkali. Nie wiem gdzie pracował Symcha. Wiem, że na pewno chodzili do synagogi, bo aż tak z korzeniami nie potrafili zerwać. Wiem też, że w 1934 r. urodziła im się córeczka Maria. Śliczna była. Smutnie patrzała na fotografa  😥 Mam wrażenie, że łzy łykała.

I tak rodzina mieszkała w Rybniku do wybuchu wojny. Potem, albo została przesiedlona do Będzina, albo sama przed wysiedleniem wyjechała do rodzinnego miasta. Na każdym z powyższych zdjęć są adnotacje w języku niemieckim. Mężczyźni zostali naznaczeni dodatkowym imieniem Izrael, a kobiety Sara. 

Według odręcznych notek wynika, iż Radoszyccy zamieszkali przy ul. Modrzejowskiej 88, czyli wówczas Marktstrasse. Po utworzeniu getta, właśnie przy tej kamienicy znajdował się punkt kontrolny. Moja koleżanka z forum Eksploratorów wiele lat temu zaczęła projekt pt. ➡ Zapomniane twarze będzińskich ulic

Fotografowała miejsca i umieszczała w nich zamordowanych Żydów z będzińskiego getta. W jej projekcie znalazła się też rodzina Radoszyckich i kamienica przy Modrzejowskiej 88, choć ponoć jest problem z lokalizacją. Zobaczcie jak Marktstrasse 88 wygląda współcześnie.

Może po tych schodach Jaś i Marysia uciekali, gdy na ulicy zaczynała się jakaś strzelanina? Może po tych schodach Koffermacher, bo jako cukiernik był bezużyteczny, Symcha wracał z fabryki walizek Frochzweiga? Może gdzieś w tej piwnicy chowali się przed ostateczną wywózką? 

Czy przez to okno ze strachem patrzeli na ulicę pozostali mieszkańcy tej kamienicy? Jak choćby szykowny Aron czy wielkouchy Hersz – obaj też pracownicy fabryki walizek. 

Czy z Itlą, jakby nie patrzeć rybniczanką przez jakiś czas, dzieliła się obawami, strachami i smutkami młodziutka Ewa? Czy Itla zwierzała jej się ze swoich najczarniejszych myśli, o których nie mówiła mężowi, a tym bardziej dzieciom? W końcu obie pochodziły prawie z tych samych stron. 

Jest jedna niezgodność co do adresu w trakcie pobytu w Będzinie. Strona JewishGen podaje, na podstawie dokumentów w ŻIH-u, iż moi Radoszyccy (nota bene w Bendsburgu mieszkańców noszących to nazwisko było 23) mieszkali przy ul. Zawale 10. No, ale mogli przebywać i tu i tu. Budynku nr 10 przy ulicy Zawale nie ma obecnie.

A potem przyszedł rok 1942, a może 1943. Nie wiem przy której selekcji wysłano, nie naszych, a jednak naszych, Radoszyckich do obozu zagłady. To zostanie tajemnicą już na zawsze. W ich sprawie nikt do mnie nie napisze. Nikt ich nie wygoogluje. Żaden potomek się do mnie nie zgłosi. Wygumkowano ich. Nawet nie skreślono, a wymazano na amen. Zostały tylko te zdjęcia zrobione przez Judenrat, akt ślubu i zapewne dwa akty urodzenia w rybnickim USC. Został projekt klamerki na forum Eksploratorów, moja szufladka i jeszcze coś. Coś, co będzie przypominać o naszym Jasiu i naszej Marysi – urodzonych w Rybniku dzieciach, które zginęły w komorze gazowej.

Oboje zostali upamiętnieni w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach na wystawie stałej. I to przetrwa najdłużej. 

Przeczytali? To możecie wracać do sprzątania, kupowania prezentów, myślenia o cioci. I proszę zero narzekania, marudzenia i pitolenia jak to źle jest. Ja już też olewam ten zmodyfikowany WordPress i sprzątanie i to, że koty mi sikają na kanapy. To są wszystko małe pikusie. Cieszcie się życiem i n-tymi skarpetami czy książką kucharską pod choinką. 

 

Zdjęcia: klamerka, ja oraz ze strony Yad Veshem

 

Listopad 14

Śmierć na Kirchplatzu

Moryc Zimbler akt zgonu (1)

Taka sobie opowieść.

Administracja policji w miejscu zawiadomiła pismem z 7-go stycznia 1911 r. , że szewc Moryc Zimbler w wieku 30 lat, mojżeszowego wyznania, zamieszkały w Będzinie w Rosji, urodzony w Będzinie, żonaty z Esterą (…) umarł w Rybniku na placu kościelnym dnia czwartego stycznia roku tysiąc dziewięćset jedenastego, po południu o godzinie dwunastej i trzy kwadranse.

Tyle. Beznamiętny akt zgonu, za którym kryje się historia nieznanego żydowskiego szewca, zmarłego na Kirchplazu w Rybniku. Gdzieś w Będzinie szlochała wdowa Estera, może jakieś małe dziatki, płakała po nim Idische Mame.

Co go przywiodło do pruskiego wówczas Rybnika? Jestem w 100% przekonana, że interesy. Jak zwykle stworzyłam sobie własną opowieść, która z prawdą może mieć niewiele wspólnego, ale fantazjowanie jest przyjemne i sprawia frajdę.

Żył sobie w Będzinie biedny Żyd Moryc. Wraz z żoną Esterą od ślubu borykał się z przeciwnościami losu, choć B-g niedostatek wynagradzał mu sporą gromadką córek. Niestety, to jeszcze bardziej pogłębiało ubóstwo szewca i choć córki radowały jego serducho, to powodowały, że z każdym rokiem chudł i przed 30-tką wyglądał już jak szkielet. Maleńki warsztacik, który przejął po śmierci ojca, nie dawał aż takiego dochodu, by wszystkich wyżywić, ogrzać i odziać. Słuchał opowieści swoich konkurentów o El Dorado, jakim jawił się kraj za Przemszą. Tam, w Wielkich Prusach i klientela bogata, i zapłata bez ociągania, i skóry na cholewki delikatniejsze i dobre rzemiosło cenione.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Śmierć na Kirchplatzu została wyłączona