Grudzień 30

Podsumowanie 2019 roku

Słuchając „Asamitu” w Trójce mogłam opisać mijający 2019. To będzie 23. wpis w tym roku. Przy takiej muzyce zostały przywołane tylko pozytywne wspomnienia. No i statystyki blogowe, a te nie kłamią – ludzie tu wchodzą 🙂

Jak przeczuwałam 12 miesięcy temu, ten rok był niezwykły. Zaczął się od żydowskiej Ostrawy, bo tam Szuflada spędzała Sylwestra. Stolpersteiny, trzy cmentarze żydowskie i „pivo jako od Boha”. Bo skoro Czechy, to i dystans właściwy trzeba było mieć.

Potem było wysokie C, czyli w lutym Izrael i Palestyna. Zobaczyłam tyle rzeczy, miejsc i ludzi, że starczyłoby tego na trzy lata, a nie jeden rok. Moi współtowarzysze przeżywali emocje w grocie, którą uznano za miejsce narodzenia Jezusa, a ja na grobie Oskara Schindlera.

Znajomi zdawali sobie sprawę, że Ściana Płaczu to ważne miejsce, ale to chyba mnie tam na maksa ściskało za gardło, gdy wkładałam w szparę swoje i innych prośby.

Choć nie wiem, czy nie bardziej mnie dławiło, gdy stałam przy strasznym murze, który zbudowali Izraelczycy, by oddzielić się od Palestyny. Takich murów nie wolno stawiać, bez względu na to jakie są powody.

Oglądanie różnorakich kościołów nie robiło na mnie żadnego wrażenia, ale grób króla Dawida tak. Choć w sumie nie wiem dlaczego. Ani on mi brat, ani swat. Schindler – ok, bo od niego się u mnie zaczęło. Ale król Dawid? Widać może tam jaki czakram był, albo inny pieron.

Jak przysłowiowa Grażyna na wakacjach sfotografowałam się z wielbłądem i kupiłam 15 magnesów, które zdobią lodówkę.

Jak przeciwieństwo owej Grażyny, zachwycałam się chasydzkim Bobem Dylanem gdzieś na pustyni, wszystkimi kotami i zwykłymi obrazami tego niesamowitego kraju wielu kultur i religii.

Nie przypuszczałam wtedy, że pożegnanie z Ruth Manneberg w Nazarecie, po odwiedzinach w ich domu w Yaadzie, będzie tym ostatecznym „good bye”. Cudowna, ciepła „Jidisze mame”, a taką była Ruth, odeszła z tego świata ponad miesiąc temu 🙁

Powrót do „reality” zaczął się od występu Szuflady w Tarnowskich Górach. Tam, na zaproszenie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dotarłam z opowieścią o rodzinie Haase. Dobrze znać takich ciekawych ludzi, jak Mariusz 🙂

Początek wiosny to była inauguracja Festiwalu Kultur na Kopalni Ignacy. Chyba nikt się nie dziwi, że na pierwszy rzut poszedł Dzień Żydowski. Był kompletny misz masz i bałagan, czyli i pieczenie hamantaszy, i lekcja hebrajskiego, i warsztaty wycinanek, i wystawa rybnickich judaików, prelekcja o Alfredzie Glucksmannie, koncert piosenek w wykonaniu Teatru Midraszowego z Raciborza i na końcu spektakl „Gehinom”. To pomieszanie z poplątaniem wyszło i udało się na zabytkowej kopalni, w dzielnicy odległej od centrum.

Gdybym miała na szali rocznej zważyć co było dla mnie najważniejsze w tym roku, to było nim bez wątpienia przedstawienie o Stefci i Geni. Zobaczyłam je na premierze we Wrocławiu, potem w trakcie Festiwalu Kultur i ostatni raz pod koniec roku w Domu Kultury w Chwałowicach. W jakimś tam stopniu Szuflada czuje się mamą chrzestną, gdyż to ja poprosiłam Kasię, by za temat na przedstawienie dyplomowe wzięła historię o dwóch żydowskich dziewczynkach z Rybnika. Napisała scenariusz, wyreżyserowała, a niesamowici aktorzy zagrali. Losy rodziny Rybów w ich wykonaniu powaliły na kolana nie tylko mnie. Szacowni jurorzy na różnych konkursach uznawali „Gehinom” za wart pierwszych nagród.

Dzięki Festiwalowi Kultur, który na Ignacym odbył się 4 razy, zachwyciłam się naszymi nowymi rybniczanami, czyli sąsiadami zza wschodniej granicy. Gdy myślę o Dniu Ukraińskim, to zaraz się w duchu uśmiecham. To był wielki zaszczyt i radość móc z Wami pracować. Fajnie Was spotykać w mieście 🙂

Gdy przywołuję ludzi z tego roku, to jak zwykle los mi sprzyjał. Czyż poznanie i oprowadzanie po Rybniku kogoś takiego jak Ben Judah to nie dar od jakichś wyższych sił? Ten brytyjski, choć może amerykański, dziennikarz, pisarz, reportażysta, analityk polityczny i laureat wielu prestiżowych nagród (m.in. nominowany do Nagrody im. R.Kapuścińskiego) dreptał za mną po mieście i wsłuchiwał się w opowieści o swych przodkach, którymi okazali się być moi ulubieńcy z Haase family. Co prawda w wywiadzie z Benem, który ukazał się w Wyborczej, pani dziennikarka ciut pomyliła fakty, które jej przekazałam, ale wiecie jak to jest z dziennikarzami 😉

Jeszcze jakby tego było mało, to dzięki Benowi, Oli Klich i pani Bożenie Dudko – sekretarzowi nagrody im.Kapuścińskiego, udało mi się po jakimś czasie uścisnąć rękę autorowi biografii o Józefie Rotblacie w trakcie Gali wręczania Nagrody Juliusza.

W takich momentach to se myślę: taka sobie zwykła Małgosia, ze starej szuflady, a takie szychy kreślą dla niej takie miłe słowa i zapraszają na rauty. Potem nie dziwota, że nadciśnienie od sodówy atakuje.

Od pewnego czasu na fejsie obserwuję jedynie tych, którzy nie narzekają, nie jojczą, nie pitolą o polityce (stosuję eskapizm polityczny – jeśli jest to właściwe określenie na ucieczkę od bagna) a lukam se jedynie na tych, którzy robią wiele dobrego. Jedną z takich osób jest pan Darek Popiela. Pan Darek to sportowiec, olimpijczyk, który w niewiarygodny sposób upamiętnił Żydów z Krościenka oraz, w tym roku, z Grybowa. Byłam parę lat temu na cmentarzu w Grybowie i pamiętam tą górę cmentarną, trudne do przebrnięcia chaszcze i zamknięte wrota, za którymi nie można było dojrzeć niczego za wyjątkiem dżungli. Jakaż była wielka moja radość, gdy na ogólnopolskiej konferencji w Domu (czytaj: Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach), stojąc w kolejce do stolika z kawą, kątem oka dostrzegłam, że ten wielki, ale jakże skromny synek stoi za mną. Jezusiczku kochany! Z małym plecaczkiem, stoi za mną TEN, który tyle zrobił dla zgładzonych i zapomnianych! Pan Darek ze swoją ekipą, w 2020 roku, upamiętni Żydów z Czarnego Dunajca. Śledźcie ich poczynania na „Ludzie, nie liczby”.

Gdy jestem przy Gliwicach, to muszę powiedzieć, że nadal odwiedzam to miasto, które pokochałam jak swoje, bo i ono mnie przyjęło jak swoją. Rybnik tam jest obecny. Uwielbiam załogę i bywalców Domu Pamięci, bo takich to dziś ze świecą szukać. Moja pogadanka, połączona ze skypową rozmową z prof. Miriam Glucksmann była dla mnie ważnym wydarzeniem tego roku.

2019 rok to, jak zwykle spotkania ze spacerowiczami i tymi, których interesuje żydowska, ale nie tylko, historia Rybnika. Dzięki współpracy z Superfundacją, seniorzy z Rybnika posłuchali o żydowskich kobietach z naszej pipidówy, czy o zasługach Juliusza Rogera. Z kolei dzięki zaproszeniu DK Niedobczyce, mieszkańcy tamtejszej dzielni dowiedzieli się, że nie tylko katolicy na Śląsku mieszkali.

Jako przewodnik Szuflada też miała pełne ręce roboty (zawsze macham tymi łapskami jak adehadowiec). Gdyby wszystkie grupy odwiedzające Rybnik były tak cudne i ciekawe, jak chórzyści z Poznania, którzy wpadli w zachwyt nad kiczowatą Art. Cafe, czy też goście z zaprzyjaźnionego miasta w Chorwacji, to mogłabym dreptać po mieście codziennie, bez względu na pogodę.

Niezwykle sympatycznie Szuflada spędzała wiosenne godziny z młodzieżą z IV LO im. Mikołaja Kopernika z Chwałowic. Zresztą nie było to moje pierwsze spotkanie z licealistami z własnej dzielni. Tym razem były to warsztaty w ramach projektu Erasmus+ pt. EuroSpot. A tak po ludzku mówiąc, to młodzi ludzie robili aplikację opisującą ciekawe miejsca w naszym mieście.

Szuflada nie zapomniała o zapomnianych cmentarzach żydowskich. Czy ktoś z Was słyszał o Lędyczku? Albo o Szubinie? No nikt. Przy okazji odwiedzin w magicznym Złotowie, udało mi się zaciągnąć Płoszaja na wiele cmentarzy, które odwiedzają jedynie kleszcze, komary i bycze mrówy. Debrzno, Lędyczek (tam doszło do awantury rodzinnej, bowiem Płoszaj się upierał, że tam gdzie zajechałam z lokalsem to nie cmentarz żydowski, ale w końcu znalazł reszteczkę macewy i ustąpił), Złotów, Rynarzewo, Szubin, Odolanów, Bobolin, Rusko koło Darłowa, Jastrowie, Sławno, Szczecinek (gdzie cmentarz opisano jako teren „pocmentarny”!) – zostały dopisane do listy ponad 300 kirkutów, na których już byłam.

Jak w latach ubiegłych udało mi się nawiązać kontakt z kolejnymi potomkami rybnickich Żydów, jak choćby z wnukiem dr. Waltera Gordona, wnuczką Harrego Priestera (oboje sami mnie znaleźli natrafiając na wpisy o ich przodkach na Szufladzie), czy z rodziną Otto Apta aż w dalekiej Boliwii. Nie muszę dodawać, że kontakty z tymi dawno odszukanymi zachowuję i utrzymuję.

2019 to wydanie dwóch, ważnych dla Szuflady, publikacji. Mój ulubiony ulubieniec i bliski kolega Sławek Pastuszka napisał i wydał wspomnienia naszego wspólnego pszczyńsko-rybnickiego Żyda. Promocja książki pt. „Zostałem tam 4 lata” miała miejsce w Pszczynie oraz w Rybniku. Bardzo mi miło, że wzmianka o Szufladzie znalazła się w książce Sławka. To dla mnie nobilitacja.

Drugą istotną pozycją są „Rybniczanie” wydani przez nasze Muzeum. Dla mnie, jako mamy, to kolejny powód do dumy, bowiem ma w niej udział moja Dusia, która napisała artykuł o Josefie Mannebergu. Przez Magdusię zresztą cały rok byłam fruwająca i puszyłam się jak paw 😉 Muszę też podziękować pani dr Ewie Kulik za bardzo wnikliwe i rzeczowe podejście do rodziny żydowskich browarników. Cieszy to, że od wielu lat nasi Żydzi nie są już zapomniani.

Udało się jesienią mijającego roku doprowadzić do – prawie szczęśliwego końca, sprawę uratowanych w Rybniku macew z cmentarza w Dębowej. Dzięki zaangażowaniu Stowarzyszenia Blechhammer 1944 z Kędzierzyna-Koźla, Szuflady oraz muzealników, macewy trafiły do Muzeum Ziemi Kozielskiej. Być może kiedyś wrócą tam, skąd zostały skradzione. Szuflada namiary na wójta Reńskiej Wsi ma i będzie od czasu do czasu molestować w tej sprawie.

Nie porzuciłam swoich „talentów” detektywistycznych i również w tym roku rozgryzałam historie i losy tych, którzy choćby przez parę lat, ale jednak byli związani z Rybnikiem i okolicą. No i właśnie przez takiego jednego Salo, nie zdążyłam opisać 12 nastolatków ze zdjęcia zrobionego w Rybniku w maju 1921 r. Zostało mi troje, gdyż dwóch dziewczyn i tak nie opiszę, bowiem nie znam ich imion ani nazwisk. Na razie ważniejszy był Salo Brauer i jego rodzina oraz Kasia, która naciska na rozwikłanie losów tego niewiadomskiego oberżysty, który skakał z rodziną po całym Śląsku.

Sprawę Salo, mimo trudności, już bardzo polubiłam. Jak bowiem nie lubić tego szaleństwa, gdy dzięki Salo pije się z Michasią bruderszafty mineralką na polach, po których on nadal chadza, jeździ się dla niego do archiwum w Raciborzu, zwiedza menelskie kamienice w Chorzowie, używa wszelakich kontaktów (Jasiu! Mikołowianie! Piotrku! Genealodzy z GerSIG! Macham Wam!), by tylko wydobyć na światło dzienne jakiś mało znaczący, ale jakże w sumie ważny, fakt, fakcik, faktuniek z jego życia.

Rok był fantastic, jak to mówi nasz wolontariusz z Gruzji. Ludzie byli jeszcze bardziej fantastic. Cieniem się kładzie jedynie śmierć Marcysi Nowotki, która zawsze sprawdzała co piszę i jak piszę. Została staruteńka Mrużka, która generalnie ma wsio w dupie i rzadko zagląda do Szuflady.

Czarna z charakteru i maści Marcelina zawsze ingerowała w pisanie, włażąc na klawiaturę. Dla Marceliny moje odkrycie z końca roku: „Wiśnia” Kaśki Sochackiej. A ja tęsknię…

Wszystkiego dobrego na ten kolejny, przestępny rok. Ten rozpoczynałam od zdjęcia z Januszem Radkiem. Sądzę, że następny zacznę od foty z Janem Emilem Młynarskim, czego i Wam życzę. Pamiętajcie: w życiu trzeba też myśleć o dancingu, salonie i ulicy, czyli o swoich własnych małych przyjemnostkach. Trza się otaczać takimi co witają balonami, dużo się uśmiechają, kochają koty, piwo, przekleństwa i właściwą muzykę.

Fotografie: Adam Grzegorzek, Magda Płoszaj, Asia Sidorowicz, Muzeum Ziemi Kozielskiej, Mariusz Gąsior, IV LO w Rybniku, Kasia Buchalik, Andrzej Kieś, Gazeta Rybnicka, Kasia Rząsa, DK Niedobczyce, friendy z Izraela, no i własne.

Lipiec 14

Piękni i młodzi – Eleonore Priester

W marcu tego roku zaczęłam opisywać przyjaciół ze zdjęcia „Piękni i młodzi” http://szufladamalgosi.pl/piekni-i-mlodzi-cz-1/

Napisałam wówczas, że znam losy dziewięciu z dwunastu nastolatków. Jedna z podpisanych dziewczyn wówczas była mi nieznana. Wydawało mi się, że nie mam jej w swoich zasobach. A tu zonk. Jak się człowiek przyłoży i dokładnie przypatrzy i właściwie pokombinuje, to znajdzie prawie wszystko. Okazało się, że potrafię odtworzyć historie dziesięciu osób. Doszła mi bowiem Lore Priester, czyli trzecia od lewej na fotografii przesłanej mi jesienią przez Miriam Glucksmann. Opisałam już dwie dziewczyny, Lora będzie trzecią, której historię chcę Wam opowiedzieć.

Nie potrafiłam jej początkowo zidentyfikować, gdyż poszłam po najmniejszej linii oporu i wśród rybnickich Priesterów szukałam kogoś o imieniu Lore lub Lora. A ona przy swoich narodzinach otrzymała imię Eleonore. Dla przyjaciół była Lore. Takie proste, a ja tego nie potrafiłam wykombinować od razu. Urodziła się ósmego lutego 1906 r. w Rybniku, czyli była równolatką Ilse Silbiger, Ilse Glücksmann (obie na zdjęciu z wszystkimi nastolatkami), a także mojego Rudolfa Haase.

Jej rodzicami byli, urodzony w Rybniku, Louis Priester oraz tyszanka Bertha z domu Rosenbaum. Z aktu urodzenia wynika, że rodzina mieszkała przy Breitestrasse, czyli dzisiejszej Sobieskiego, a tata jak większość naszych żydowskich mieszkańców był kupcem. Była drugą córką Louisa i Berthy – miała o kilka lat starszą siostrę Edith. Dwa lata po Lorze państwu Priesterom urodził się jeszcze syn Georg.

Mieszkali sobie wszyscy w Rybniku do czasu, aż nasze miasto stało się polskie. Nie miałam z nimi łatwo, to muszę przyznać z ręką na sercu. Prawie niczego nie ma w sieci na temat Louisa, a to od niego musiałam zacząć. Ekwilibrystyka sieciowa jaką uprawiałam do niczego mnie nie doprowadzała. Ogłupił mnie Oberschleschische Wanderer z 1943 r., w którym znalazłam informację o wykreśleniu firmy Louisa z rejestru firm w Rybniku przez nazistów.

Przez moment myślałam, że Priesterowie mieszkali w naszym mieście do 1939 r. Odrzuciłam ten trop, bo nie było Louisa w wykazach podatkowych. Gdyby zostali u nas po 1922 r. to na pewno znalazłby się w zarządzie gminy. Ten kierunek poszukiwań odpadał więc. Wreszcie „Amtliches Industrie- und Handels-Adressbuch der Provinz Niederschlesien 1925 umfassend die Bezirke der Industrie- u. Handelskammern Breslau, Görlitz, Hirschberg, Liegnitz, Sagan und Schweidnitz“, czyli Adressbuch dla miast Dolnego Śląska, pokazał gdzie mam szukać. Znalazłam Louisa w mieście Breslau. 

Czy był on faktycznie właścicielem fabryki margaryny to nie wiem, ale wiem, że jak zaczęłam szukać we Wrocławiu, to ich w końcu znalazłam na Centralnej Biblio Judaistycznej. W 1930 roku cała rodzina mieszkała przy Hohenzollernstrasse 20 (obecnie to ulica Sudecka). Żadna z dziewcząt nie była mężatką, za to Georg sobie zmienił imię na Harry.

Potwierdziło mi się to jeszcze przy klepsydrze informującej o śmierci Pauli Priester z Rybnika, która była ciocią Louisa.

Było wielkie miasto, byli i moi Priesterowie. Teraz musiałam ustalić co się z nimi stało. Priorytetem była Eleonora. Niby łatwe, a jednak okazało się to trudne. Niestety żadne drzewo genealogiczne tych Priesterów nie miało. Nikt nigdy się nimi nie zajął. Choć muszę Wam powiedzieć, że Priesterów w sieci jest w ciul, ale po tych ani tyci ślad. W końcu znalazłam Louisa, Berthę i Edith na jednej z list emigracyjnych. W zasadzie były to listy, na których umieszczano tych, których Rzesza pozbawiała obywatelstwa. A pozbawiała, gdy dostawali one way ticket, bo z niej wyjeżdżali.

Na liście tej Louis i Bertha mają dodane żydowskie imiona, czyli musiało to być w okolicach 1938 lub 1939 r. Była Edyta, a Eleonora jak duch się mi chowała i jakby w ogóle nie istniała. Jej brat Georg vel Harry nagle ukazał mi się z nienacka w jakiejś książce w Google Books. Palastina!!! Z Ehefrau, czyli z żoną!

O Harrym wspominał też w swoim „Dzienniku z Breslau 1933-1941”, wybitny żydowski historyk niemiecki Willy Cohn. Harry był onegdaj jego uczniem. U Cohna znalazłam informację, że żona Harrego Priestera, brata mojej Lory, pochodziła z Aachen. I tylko tyle, albo aż tyle. Prawie na 100% byłam pewna, że rodzice, Edith i Georg vel Harry z żoną zdołali wyjechać z III Rzeszy. A Lore, czyli Eleonora jak kamień w wodę. Ani krztyny wskazówki, ani skrawka informacji. Co się robi w takich momentach? Ano pisze się do mistrza 🙂 Fejs w ruch i dawaj z prośbą do Sławka Pastuszki. On ma takie dojścia, o których się najlepszym genealogom nie śniło. Nawet trzy minuty nie minęły, jak miałam wszystkie niezbędne informacje. Aż się rozdygotałam z radości. Dostałam wszystkich na tacy. A przede wszystkim miałam Lorę. Tą śliczną uśmiechniętą i radosną dziewczynę z pięknym naszyjnikiem na ciemnej sukience, którą uchwycił fotograf w Rybniku prawdopodobnie w 1921 r.

Eleonora też zdołała wyjechać. Ona, jej siostra Edith i rodzice znaleźli kraj, który ich przygarnął. Tym krajem był Urugwaj. Na pewno lekko im tam na początku nie było, tym bardziej, że dość szybko starsi państwo Priester zmarli. Louis w 1941, a Bertha w 1943 roku. Oboje zostali pochowani na cmentarzu żydowskim w Montevideo. Moja Eleonora wyszła za mąż i nosiła nazwisko Zamury. Może mieszkała w Reus al Norte, gdzie mieszkało wielu Żydów?

Popatrzcie jaka piękna była w dojrzałym wieku! Sławek te foty mi wysznupał. To wnioski o wizę brazylijską. Jednoznacznie z nich widać, że to moja Lore, że była mężatką i że miała obywatelstwo niemieckie. Przynajmniej tak przyjmowało to południowoamerykańskie państwo. Lore zmarła 18 lipca 1981 r. w wieku 75 lat. Pochowana została na cmentarzu Cementerio Israelita de La Paz w Montevideo. Jej siostra Edith zmarła 6 marca 1991 r., czyli dożyła 89 lat. Tak więc, gdzieś tam daleko, na drugiej półkuli, na urugwajskim cmentarzu leży czworo rybniczan.

Nigdy nie będzie mi dane położyć na ich grobach kamyczki, więc choć w ten sposób ich upamiętniam. Losów brata nie udało mi się odtworzyć. Ale wiem, że wyjechał do Palestyny, więc też czeka w spokoju na przyjście Mesjasza na którymś z izraelskich cmentarzy.
Może kiedyś uda mi się znaleźć potomków Lory, bowiem z rana napisałam list do gminy żydowskiej w Montevideo. Pieron wie… może odpowiedzą. No i Młoda, która obecnie jest w Berlinie na konfie Centropy nawiązała jakiś kontakt urugwajski. Tak więc jest szansa, co prawda mała, ale trza mieć nadzieję.
Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować Sławkowi, bo bez niego bym była w głębokiej dupie. Sławek, jesteś the best!

Kolejny do opisania ze zdjęcia będzie Otto Apt, więc czekajcie na otwarcie następnej szufladki. A opisane już zostały Ilse Silbiger oraz Herta Tulla Priester.