Styczeń 7

Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds

Jak to dobrze, że przywrócono durne święto, które choć totalnie mi powiewa, to dało potrzebny oddech. Z uwagi na rodzaj pracy, soboty i niedziele nie są dniami wolnymi dla mnie, więc niech żyje Dzień Trzech Mędrców! Od rana Fejsbuk mnie atakował informacjami, jak ministranci winni pisać kredą na drzwiach „odhaczenie” kolędy, więc wolałam już wleźć do kuchni  i przygotować paradny obiad. Po tygodniu zjadania sylwestrowego bigosu, druga część rodziny wyraźnie miała dość, więc stanęłam przy garach (co się rzadko zdarza, bo pichcenia nie lubię) i zrobiłam śląski obiad. Do surowych jeszcze klusek, od razu wtatarowała Marysia vel Nowotko. Cierp ciało, jak żeś młode koty mieć chciało i je adoptowało  😉

 

Kimę zaliczyłam, choinę rozebrałam, reszta dnia była do zagospodarowania. W zasadzie to powinnam się przygotowywać do spaceru szlakiem Marszu Śmierci, ale w końcu święto jest i nie musiałam pracować. Wyszłam sobie na balkon, popatrzałam na Radlin i moją hałdę, no i zapadła decyzja: muszę siąść do lapa i kogoś wziąć na tapetę. Otworzyłam Folder „Rybnik Żydzi”. Spojrzałam na podfoldery. Zaczęłam w nie wchodzić. Ten nie, ten też nie. Gordon – kantor. Niech będzie on.

Co my tu o nim mamy? W sumie nic. Jedynie akt urodzenia jego syna. Beznamiętny, bo jakiż mógłby być inny, urzędowy dokument informujący o narodzinach dziecka pod koniec września 1884 r.  Dziecko płci męskiej, z matki Sophie Gordon z domu Moses oraz ojca Samuela Alberta Gordona.

Ojciec zgłaszający narodzenie dziecka, podpisał się jako kantor – chazan prowadzący modlitwy w synagodze, czy wypełniający inne istotne posługi, gdy brak rabina. Bezsprzecznie musiał to być wokalista o pięknym głosie.

Gdy Samuel udawał się przed oblicze Standesbeamta, w Rybniku nie było rabina. Od wyjazdu  ➡  Fraenkla minęło już parę lat i gmina nie zatrudniała rabina, a jedynie kantora. Wgryzając się w ten akt urodzenia miałam niezłą zagwozdkę, jak rodzice nazwali syna. Jak wiecie, moja znajomość niemieckiego jest słaba, a rękopisy to już w ogóle jest masakra. Metodą porównywania liter wykombinowałam, że dziecku dano imię: Walter.

No i teraz przede mną było szukanie śladów po Walterze. Gordon, to mało żydowskie nazwisko i trochę czasu mi zajęło nim trafiłam właściwy na trop, czyli miasto w Dolnej Saksonii – Hildesheim.

Teraz, jak zwykle puszczam wodze fantazji (zaważając jednak na informacje znalezione w Internetach) i mogę Wam opowiedzieć o Walterze, urodzonym w Rybniku, przyszłym lekarzu, który zakończył swe życie w hrabstwie Suffolk. Przez to, że tam mieszka angielska część mojej rodziny, Walter tego dzisiejszego popołudnia stał mi się jakoś dziwnie bliski.

Na razie wracam jednak do Rybnika. Gdy Walter przyszedł na świat jego tata i mama na pewno się radowali. Może Samuel chciał, by mały w przyszłości został rabinem? Nie wiem, czy w Rybniku Sophie i jej mąż dorobili się innych dzieci. W zapiskach mam tylko ten jeden akt urodzenia u Gordonów, którzy na pewno nie byli z naszego miasta. Kantor był tu na kontrakcie, więc zapewne po jakimś czasie wyjechał. Do czasu wyjazdu pełnił posługę w naszej synagodze odprawiając nabożeństwa, udzielając śluby, grzebiąc zmarłych, itd.

Kiedy wyjechał? Nie wiem. Gdzie? Też nie wiem. Kiedy zmarł? Kolejna zagadka. Pewne jest to, że jego syn, a nasz Walter nie został rabinem, choć podjął studia teologiczna w Breslau. Od bezproduktywnego religijnego pitolenia, wolał pożyteczne babranie się w ludzkich flakach. Został lekarzem w szpitalu St. BernwardKrankenhaus. Zanim, jak wielu niemieckich Żydów, został powołany do wojska w czasie Wielkiej Wojny, ożenił się z Lotte Wolfes z Hamburga. Lotte była od niego młodsza o 10 lat. Para wzięła ślub w sierpniu 1914 r. Ich pierwszy syn Johann Rupert urodził się w 1916 r., co ewidentnie pokazuje, iż Walter bywał na przepustkach 😉 Drugi chłopiec przyszedł na świat już po wojnie, tj. w 1919 r. Młody lekarz w tych ciężkich, bojowych czasach pracował jako chirurg. Niejedno widział i niejedno przeżył. Wojna go zahartowała. Po jej zakończeniu powrócił do Hildesheim, do szpitala St. Bernwarda. W tymże szpitalu, po wielu, wielu latach, umrze na niewydolność wątroby jeden słynny Oskar – Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, który uratował ponad 1200 światów.

Wracam do Waltera. Mieszkał z bliskimi przy ul. Zingel 24. Jego synowie chodzili do starej szkoły żydowskiej w Hildesheim, a cała rodzina do synagogi w dzielnicy Lappenberg. Życie płynęło spokojnie, do momentu, gdy brunatne koszule zaczęły pojawiać się na ulicach i do władzy doszedł mały, zły człowiek, który bał się dentystów, a na śmierć posłał miliony ludzi.

Zaczęły się szykany. Pochodzenie i wyznanie odgrywały najistotniejszą rolę. Nie liczyły się kompetencje i umiejętności Waltera. Nie brano pod uwagę zasług wojennych. Ustawy norymberskie, zwalnianie z pracy, wyrzucenie do Polski Żydów z obywatelstwem polskim, zamykanie w obozach i ostatecznie Kristallnacht. A społeczność żydowska w Hildesheim była spora. Musieli patrzeć jak płonie ich synagoga, jak wybijane są szyby w witrynach sklepów, jak wywlekani są z mieszkań ludzie, jak ich się bije i aresztuje. Czy wtedy, czy jeszcze przedtem Walter z żoną wyjechał do Anglii, to nie wiem. Nie udało mi się tego ustalić. Na pewno w 1936 r. zmarł teść, czyli ojciec Lotte, a sam Walter starał się walczyć o utrzymanie posady, choć poprzez przedstawianie pism od swoich dowódców z czasów wojny. Walczył za kraj, który teraz go traktował jak nie-człowieka. W kwestionariuszu, który musiał nasz rybniczanin wypełnić jeszcze jako lekarz w 1936 r., najważniejszą pozycją była ta, która waliła po oczach słowem : „JUDE”. A jak JUDE to i RAUS!

Hildesheim nie chciało Żydów. Poniższe zdjęcie, pokazujące właśnie tablicę o tej treści, pochodzi ze strony Yad Vashem.

Walter chyba mądry był. Widział, że nie ma na co czekać. Trzeba załatwiać wizy i spierdzielać. Jak to załatwił nie wiem. Ale załatwił i rodzinie udało się wyjechać do Anglii jeszcze przed wybuchem wojny. Czy od razu z synami?  Być może. Choć to oni mogli jako pierwsi opuścić Niemcy, by następnie pomóc rodzicom.

Lotte i Gordon, a także ich synowie, zostali oficjalnie poddanymi króla Jerzego VI w 1947 r. Zamieszkali w mieście Bury St.Edmunds w hrabstwie Suffolk. Po wojnie należeli do The Association of Jewish Refugees (Związku Uchodźców Żydowskich). Walter najpierw pracował jako lekarz w West Suffolk Hospital, a potem w St. Mary’s Hospital jako specjalista od geriatrii. Urodzony w Rybniku w 1884 r. syn kantora odchodził na emeryturę w wieku 75 lat, o czym informował Dziennik Związku Uchodźców Żydowskich, we wrześniu 1959 r. życząc mu dużo zdrowia i szczęścia. 

Walter Gordon zmarł prawdopodobnie w wieku 82 lat, został skremowany i pochowany na żydowskiej części cmentarza miejskiego w Cambridgeshire. Za tą informację to nie dam sobie ręki uciąć, bo by wiedzieć to na 100% musiałabym posłać do Anglii przelew w wysokości 3 funtów i jeszcze jakieś cuda, więc olewam to. Dla mnie ważne jest to, że kolejnemu rybniczaninowi udało się uciec i macki małego, złego człowieka go nie dosięgły. Zapewne też żyją potomkowie Waltera, w dodatku gdzieś tam w Suffolk i okolicy Cambridge, więc mogę spokojnie i z miłymi myślami w głowie, iść spać.

P.S. Po południu miałam tylko jeden akt urodzenia, a tu tyle informacji się znalazło po 9 godzinach pracy 🙂 Internet to potęga, choć google images coś jakieś udogodnienia wprowadziły i są totalnie z dupy. Przez moment musiałam się przerzucić na Yahoo. Jak coś zaś znajdę, to popiszę. Tymczasem pyrsk, ludkowie  :mrgreen:

 

 

 

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Z Rybnika, przez Hildesheim, do Bury St. Edmunds została wyłączona