Wrzesień 21

Kozielskie macewy

Lato się kończy, więc muszę opisać najważniejsze wydarzenie, które się wydarzyło właśnie w tym czasie.

Są telefony, które elektryzują i powodują drżączkę. Całe ciało się zaczyna telepać z emocji, mających na szczęście zero wspólnego z Parkinsonem. Pod koniec lipca odebrałam właśnie taki telefon. Spokojny głos: Dzień dobry, numer do pani dostałem od pana Sławka z Pszczyny. Nazywam się… Kiedyś zresztą spotkaliśmy się przy okazji akcji sprzątania na cmentarzu żydowskim w Pszczynie. Myślę se, okej, może i się spotkaliśmy, ale przy mojej umiarkowanej prozopagnozji i tak żadna twarz mi nie przychodzi na myśl. Spokojny głos mówi dalej: Wykonuję pewne prace dla inwestora, który właśnie nabył grunt w jednej z dzielnic Rybnika i na tej posesji są dwie macewy. Sławek skierował mnie do pani. U mnie w mózgu strzał! Epileptyczne prądy przeszły przez moje zwoje z prędkością światła. Skoro facet z Eksploratorami brał udział w akcjach podnoszenia macew na kirkucie w Pszczynie, to na mur potrafi odróżnić macewę od nagrobka, dajmy na to ewangelickiego z niemieckimi napisami. Nie mam do czynienia z kimś, komu się wydaje, czy też myśli że, wie jak wygląda macewa.

Na ugiętych kolanach wstaję od biurka i zaczynam wypytywać. Gdzie, co, jak, jakie, w którym miejscu. Czy ten nowy nabywca je wyda? Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że w takich momentach targają mną maksymalne emocje. A tu po przeciwnej stronie telefonu spokojny, stonowany i mogłabym rzec wręcz beznamiętny głos: Macewy są tam i tam, muszę porozmawiać z właścicielem. Poślę pani zdjęcia. Są dwie. Duże. Ja: dobrze, będę czekać, ale je trzeba zabrać. To mogą być nasze – rybnickie!!! Głos z telefonu: poślę pani fotografie, proszę czekać, odezwę się jak porozmawiam z właścicielem. Ja i czekać! Wnet przychodzi MMS. No k…wa. Faktycznie macewy. Dwie bycze.

Załoga, z którą pracuję była pierwsza, która usłyszała. Potem messenger w ruch. Info do Młodej. Potem telefon do Płoszaja, bo będzie potrzebny transport, choć jeszcze nie wiem, czy je wydostanę. Edit 😉 wiem, wiem, że je wydostanę, choćbym miała je kupić, wykraść, wykupić, dać siebie w zastaw, walczyć, błagać na kolanach, powoływać się na znajomości. Mam czekać do następnego dnia na cynk, czy nowonabywca (kurde, jednak zostały mi te nieruchomościowe określenia) wyrazi zgodę. Pan Ryszard, czyli cudowny człowiek o spokojnym głosie mnie uprzedził, że są wielkie, ciężkie i ewentualny transport nie będzie prosty, bo paru strongmenów trzeba zaangażować.

Cały wieczór w domu nie gadałam o niczym innym tylko o macewach pociepanych w Rybniku. Szef firmy Płoszaja wyraził zgodę na ich przewiezienie. Czyli ciężarówa była załatwiona. Do tego strongmeni. Następnego dnia, po pracy miałam jechać je tylko obejrzeć. No ale wiecie jak to jest 😉 Oglądać to ja se mogę Szklaną Pułapkę po raz n-ty, bo kocham Bruce Willisa. A macewy to trza brać, ratować, a nie oglądać.

Jest dzień następny, wsio z Płoszajem ustalone. Bierze ciężarówę, ludzi i spotykamy się o 16.30 pod podanym adresem. Ja mam startować z pracy do miejsca docelowego o 16. Hyc jak pieron, a tu o 15.30 moi koledzy z roboty mówią, że trzeba ustawiać na Hoym grubie jakieś dupne namioty. No synki! Teraz? Ja mam 30 minut, by wam pomóc. Jadę ratować macewy. W dupie mam namioty 😀 Ustawiliśmy, ja do auta i dawaj przez rozległy Rybnik – do totalnie innej dzielnicy. Nadal nie wiem, czy macewy dostanę. Zgodnie z ustaleniami jadę je tylko oglądać i negocjować wydanie. Takim pędem przez miasto przejeżdżałam lata temu, gdy dostałam cynk o macewie Charlotty Prager. Spod cycków leją się wszystkie możliwe poty. Docieram. Pan spokojny Ryszard (ten, który do mnie dzwonił) już jest. Zaraz za mną podjeżdża Płoszaj ze strongmenami. Kiwam, mu, że ma się nie ładować z tą ciężarówą, bo nie wiem, czy dostaniemy nagrobki. No, ale kiwaj tu człowieku mężowi. Wtarabanił się na posesję i już, bo szybko, bo nie ma czasu. Zabić to mało! Nie kuma, że to trzeba delikatnie. Nic już nie marudzę, bo w końcu mógłby mnie olać, ale jak bym tak prasła w ten mało dyplomatyczny łeb, to by się roztrzaskał o najbliższe drzewo.

Pan Ryszard mówi, że czekamy na ojca właściciela. U mnie każdy nerw drga. Widzę je. Latam jak pieprznięta po posesji. Jezuuu! Jest trzecia! Adolf Apt! Pot spływa już z wszystkiego. Kopruchy mnie obsiadają i na pewno kleszczory. Srał je pies. Adolf Apt był szwagrem Josefa Manneberga. Przychodzi ojciec właściciela. Witam się i pierwsze pytanie: Jest pan rybniczaninem? Ja. Uffff. Nasz! I już nawijam, że to dziedzictwo naszych Żydów, pinkolę jak opętana, a ojciec: Jo to wiem. Biercie je. One muszą być we właściwym miejscu. My to kupili i one tu były. Pytam na wszelki wypadek: Możemy je brać??? Starszy pan: No jasne, biercie. Ja do Płoszaja: Ładować! rzucam się na szyję sile spokoju i starszemu panu. Ludzie, to jest macewa Adolfa Apta, szwagra Manneberga! Nawijam jak opętana o Mannebergach i znajduję wspólny temat ze starszym panem. Jego rodzina kupowała u Mannebergów. W głowie mi jednak świta, że Apt zmarł w 1918 r., a tu inny rok na nagrobku i miejsce zgonu. Może przez ten hyc mi się wsio już myli? Poza tym moi Żydzi też mi się już pieprzą.

Strongmeny ładują wsio na pakę i Płoszaj mi mówi, że jadą do nas, do domu, i postawią je tam, gdzie jest podjazd na węgiel, bo to najbliżej i nie będą musieli za daleko nosić. No way! Poleciały ostre słowa z mojej strony. W życiu tam nie mogą stać! Mają stać godnie, na ogrodzie. No to Płoszaj ryczy, że sama se je mam ustawiać. Haja wisi w powietrzu 😉 Bastuję, byle mi je zabiorą. Pojechali, a ja zostaję ze starszym panem i z siłą spokoju, czyli panem Ryszardem. Obchodzimy jeszcze rozległą posesję, której poprzednim właścicielem był… kamieniarz. Wsio jasne, niestety. W międzyczasie dostaję smsa od Kasi: Gosia, masz to już w domu? Cały czas o tym myślę. W domu już były, ale ja jeszcze łażę po chaszczach i lukam, bo może jeszcze coś gdzieś jest. Nie ma. A w głowie: Mam piwa w lodówce, by dać strongmenom? Po dwóch godzinach dziękowania, zarówno panu Ryszardowi za czujność, jak i starszemu panu, czyli ojcu nowego właściciela byczej działki, powoli ruszam w stronę auta. Moje szczere całusy chyba pana Ryszarda onieśmielały 😉 Za to starszy pan przyjmował je bardzo naturalnie. I on i jo som my z Rybnika i obydwa czujemy, że to je nasze. Po sąsiadach, kierych już ni ma. Od razu uprzedzam, że jeśli macewy nie będą rybnickie to znajdę dla nich właściwe miejsce. Bo wiem, bo czuję, że są śląskie.

Wracam w hycu do domu. A tam dziadek, czyli mój tata, z flaszką polewa strongmenom. Jeden z nich to Igor z Ukrainy. Igor pyta, pokazując swoje złote zęby: A kurwa co to? Noż Igor, ty robisz na budowie i nie wiesz co to kurwa? Płoszaj mu tłumaczy, że żona często używa ostrych słów, szczególnie, jak chce dopiąć swego. Wchodzę na ogród, a macewy nie stoją w miejscu, w którym zwala się węgiel, ale elegancko pod drzewami na ogrodzie. Mają godne, tymczasowe miejsce. Kurwy pomogły  😉

Są trzy. Adolf Apt i Henriette Schliesinger, geboren Gassman mają, oprócz hebrajskich, niemieckie inskrypcje.

Gdy strongmeni odjechali poszłam je pucować cifem. Wieczorem przyjechała Magda z Krzysiem, a ja ze szlauchem i cifem. Krzysztof odsłonił niemieckie napisy, więc coś się o Heni dowiedziałam.

Trzecia ma tylko hebrajskie napisy. Rzuciłam na nią swój chwałowicki cień. Tą ma rozkminić Sławek.

Szybko sprawdziłam, że ten Adolf Apt to nie rybnicki Apt. A jeszcze tej samej nocy Sławek ustalił, iż wszystkie trzy pochodzą z cmentarza w Koźlu, który cztery lata temu wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy, gdy tam byliśmy z Płoszajem. Ponoć w tym roku zryli go „poszukiwacze” skarbów, co spowodowało, że z niego prawie nic nie zostało. Pisałam jakiś czas temu o nim  ➡  „Dwa smutne kirkuty

No i miałam je u siebie przez ponad 2 miesiące. Miałam konfę na głowie, potem nie było możliwości darmowego przewiezienia. Były bezpieczne, ale ogród pod hałdą to nie było właściwe dla nich miejsce. Wczoraj, ponownie dzięki Płoszajowi i firmie, w której pracuje udało się je przetransportować do Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. I to między jedną awarią na budowie a drugą. Co się nasłuchałam, to wolę nie powtarzać 😉 Pojechały z Rybnika do Gliwic.

A dokładniej na cmentarz żydowski przy Poniatowskiego. Na razie stoją oparte o mur Domu. Mam nadzieję, że kiedyś wrócą na cmentarz do wsi Dębowa, gdzie byli chowani Żydzi z Koźla.

Dziękuję wszystkim dobrym ludziom, którzy pomogli je uratować, czyli Panu Ryszardowi, jego wspólnikowi, właścicielowi posesji, na której były, jego ojcu, Karolinie z Domu Pamięci, szefowi firmy, w której Płoszaj robi, strongmenom z tej firmy (w tym сильні чоловіки з України), Gminie Żydowskiej w KATO, Sławkowi Pastuszce. Płoszajowi należy się podziękowanie w naturze 😉 Dlatego teraz już spadam.

Aaaa, jeszcze info dla osób nie znających języka śląskiego: haja to awantura, hyc to upał, gruba to kopalnia, kopruchy – komary, pociepane to porzucone, a „ja” to na Śląsku ciągle „tak”. No to over już dziś. Kto oburzony brzydkimi słowami, niech się przełączy na inny kanał 😉

 

Styczeń 20

Aron Perlberg z Tarnowskich Gór w Gołkowicach

Obiecałam kolegom z Tarnowskich Gór, że napiszę o Aronie przed ich pokazem filmu o Żydach tarnogórskich, który ma się odbyć 26 stycznia w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Rzutem na taśmę więc to robię choć wiem, że sprawa nie jest do końca rozwiązana i mam za mało materiału.

Jak zwykle zacznę od początku. Jakieś 7 lat temu znajomy ojca przekazał nam informację, iż na cmentarzu ewangelickim w małych, przygranicznych Gołkowicach pod Wodzisławiem Śląskim, jest jakiś nagrobek żydowski. Takich wiadomości nie puszcza się mimo uszu. Prawie natychmiastowa wizyta w tej miejscowości potwierdziła to, co widział ów pan.

Do budowy nagrobka chamsko wykorzystano macewę Arona Perlberga, zmarłego 26 kwietnia 1927 r. Ostre co? Jakoś tak durnie zawsze myślałam, że jedynie katolicy takie rzeczy odstawiali. Nie mówiąc o tym, że niejednokrotnie broniłam Ślązaków mówiąc, że i owszem, Polacy nagrobkom żydowskim nadawali „katolickie drugie życie”, ale nie my – Hanysy. My – Ślązacy w życiu. No i masz 🙁  Stałam na śląskim, w dodatku ewangelickim cmentarzu i patrzałam na zadbany grób, w którym pochowano małżeństwo. Z przodu imiona i nazwiska, daty, a z tyłu Aron. Nawet nie widać prób wymazania czegokolwiek. Nic.

Starałam się wówczas ustalić skąd był Aron. Jego nazwisko nie było „moje”, czyli rybnickie. Kolega z Wodzisławia też mi nie pomógł, gdyż stwierdził, że u niego też Perlbergów nie było. Wchodził w rachubę pobliski Racibórz, w którym cmentarz żydowski zmasakrowano już długo po wojnie. Przynajmniej ja tak uznałam, gdyż zakładałam, że wożenie materiału kamieniarskiego z daleka nie jest zbyt opłacalne. No, jeszcze ewentualnie jakiś pobliski cmentarz czeski. Przez jakiś czas Aron Perlberg siedział mi w głowie, potem o nim zapomniałam. Nie zdążył trafić do książki Łukasza Baksika „Macewy codziennego użytku”, gdyż była już w druku.

Lata se mijały, ale choć nazwisk z biegiem czasu mam w głowie coraz więcej, to w odpowiednim momencie, z właściwej szufladki, wyskakuje to, które powinno. Z 10 dni temu, szukając czegoś na temat J.Lustiga z Rybnika, Internet przeniósł mnie do Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej. W dodatku na łamy strasznego pisma o mrożącej krew w żyłach nazwie: „Narodowiec”. Tfuuu, że też muszę o tym pisać. Nie powinnam była się wgłębiać w to ciulstwo, ale wgłębiłam. Przejrzałam kilka numerów i natrafiłam na rubrykę zwaną, nomen omen, „Kwiatuszki”. K…a, kwiatuszki 👿  I w tychże kwiatuszkach, znalazłam taki śmierdzący, zdechły kwiotek z Tarnowskich Gór:

Pikieta Obozu Wszechpolskiego przed żydem Perlbergiem! Kwiatuszek ten był z 1938 r. Gapię się w lapa, gapię, Perlberg, Perlberg. Kurcze, co on mi mówi? Gdzie go wsadzić? Otwieram te szuflady w półkulach i nagle mam! W Gołkowicach był! Niestety w takich momentach ciężko znaleźć we własnym komputerze folder ze zdjęciami, których się szuka. Szybciej znalazłam post na forum eksploratorów, gdzie całą sprawę onegdaj opisałam. Jest! Perlberg. Nazwisko się zgadza, ale daty ni chu, chu. Szmatławiec „narodowiec” (mała litera celowa) z 1938, a Aron zmarł w 1927. Czyli chyba syn, albo brat.

A Aron? Aron (czasem opisywany jako Aaron) od 1918 r. był w Kolegium Reprezentantów gminy żydowskiej w Tarnowskich Górach, w grudniu 1920 r. został wybrany na jednego z trzech członków wchodzących w skład władzy wykonawczej gminy. W czerwcu 1927 odbywały się ponowne i na jego miejsce wskoczył już ktoś inny. Dlaczego? Proste. Aron (Aaron) Perlberg zmarł. Dokładniejsze daty dotyczące wyborów władz w TG znajdziecie ➡  tu . Wirtualny Sztetl podaje jeszcze informację, iż w 1929 r. we władzach znalazł się Leo Perlberg. Może to ten, przed biznesem którego pikietowano? Narodowiec w marcu 1939 r. „uprzejmie donosił”, iż „(…) Nie lepiej spisał się p. Kruk, członek zarządu Zw.Powstańców grupy uchodźczej, który osobiście interweniuje u p.starosty i policji miejskiej o przepustki graniczne dla żydówki Perlberg. Nie wiadomo czy robi to z miłości do żydów, czy za pieniądze (…)”.

No i takie kwiatki. Zarówno na grobie w Gołkowicach, leżących na Ścieżce Dziedzictwa Kulturowego (!), jak i w parszywcu „narodowcu”.

Szczątki Arona, mam nadzieję, leżą w spokoju na cmentarzu w Tarnowskich Górach (zdjęcie poniżej). Niestety, gdyby kiedyś jakiś jego potomek szukał grobu przodka, to przez tą ordynarną, chamską, kradzież już go nie znajdzie.

Nagrobek z Tarnowskich Gór w Gołkowicach, to kolejna gańba, których na Śląsku, jak widać, jest w pierony. Choćby, cały czas leżący mi na sercu, cmentarz w ➡  Raciborzu.

Kategoria: Judaika | Możliwość komentowania Aron Perlberg z Tarnowskich Gór w Gołkowicach została wyłączona
Listopad 29

Historia cmentarza żydowskiego w Rybniku (cz. 2)

Historię starego cmentarza żydowskiego w Rybniku zaczęłam opisywać miesiąc temu. Kto ciekaw niech spojrzy  ➡  tu. Przerwałam ją w momencie wybuchu II wojny. Ulica 3 Maja przy której był cmentarz została przemianowana na Adolf-Hitler-Strasse.

Wczesną wiosną, wg różnych relacji w marcu lub kwietniu, Niemcy zlikwidowali rybnicki cmentarz tworząc w tym miejscu park. W Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie znajduje się, spisana zaraz po wojnie, relacja rybnickiej Żydówki Joanny Gabowicz, z domu Zajdeman, która dała świadectwo temu co się wówczas stało. Moja wersja w jaki sposób Joanna, niemiecka Żydówka z Rybnika, przetrwała wojnę czeka jeszcze w tylnej szufladce.

Relacja Zajdeman-Gabowicz Joanna (14)

Inny rybniczanin, pan Jan Kołowrot wiele lat temu opisał to makabryczne wydarzenie w bardziej szczegółowy sposób dla Tygodnika „Nowiny”:

Prace przy likwidacji prowadzone były wczesną wiosną 1940 roku, na początku marca lub kwietnia. Zwożono kamienie, szare górskie piaskowce i układano w stosy przy murze cmentarnym od strony drogi do Chwałowic i Świerklan. We wnętrzu cmentarza były poprzewracane nagrobki i wykarczowane krzaki. Robiono to spychaczem lub pługiem do odśnieżania. Część grobów była już ekshumowana. Z innych otwartych grobów wydobywano trumny – ołowiano-cynkowe rozlutowywano, wykonane z miedzi i mosiądzu rozmontowywano. Z trumien wyciągano kościotrupy. Niektóre miały jeszcze resztki ubrania. Więźniowie uderzali w szkielety łopatami i rozłupywali czaszki, łamali szczęki, zdejmowali mosty z zębów. Szukali złotych bransoletek, sygnetów, pierścionków, kolczyków, złotych zębów. Pracowali w rękawiczkach. „Pilnował nas gestapowiec w czarnym mundurze. On stał obok dużego kubła z chlorowanym wapnem. Kubeł był przeznaczony na drogocenności znalezione przy trupach. (…) Więźniom nie wolno było ze sobą rozmawiać. Prace ekshumacyjne polegały na tym, że więźniowie wpierw grzebali przy nagrobkach cennych i wartościowych. Starych mogił początkowo nie ruszali. Widocznie mieli takie dyspozycje, żeby otwierać groby z najdroższymi płytami. Prowadzili roboty sukcesywnie. Zaczęli rozkopywać groby od ściany południowej cmentarza i następnie prowadzili posuwając się od grobu do grobu w stronę dworca kolejowego. Miejsca po otwartych grobach niwelowali. (….) Kości ładowano na ciężarówki, które przypuszczalnie jechały w stronę stadionu „Ruda”. Stadion był jeszcze nieukończony, w pobliżu były doły. Kości wrzucano do tych dołów i zasypywano ziemią. (….)*

Ale nie tylko stawki na Rudzie pochłonęły prochy naszych Żydów. Miałam możliwość kiedyś wysłuchać opowieści dwóch świadków, którzy jako młodzi ministranci, widzieli furmanki i ciężarówki przywożące ziemię ze szczątkami ludzkimi z cmentarza, które wrzucano do małych stawków w innym miejscu, czyli za starym kościołem w Rybniku.

Sądzę, że należy oddać głos właśnie jednemu z tych świadków, czyli panu Musiolikowi.

Dziś w tym miejscu rybniczanie parkują samochody kompletnie nie mając świadomości, że pod asfaltem parkingu przy ul. ks.Brudnioka leżą ludzkie szczątki.

Jeśli zaś chodzi o cmentarz, to prawdopodobnie nie wszystkie groby zostały ekshumowane. Kiedyś obiło mi się o uszy, iż całkiem starych grobów jednak nie ruszono. Zabrano z nich jedynie macewy. No właśnie. Co z macewami? Praktyczny i pragmatyczny naród nie pozwalał sobie na niszczenie dobrego materiału budowlanego. Tak jak i w setkach innych miast, nagrobki z naszego cmentarza posłużyły za budulec, za płyty drogowe, chodnikowe, czy do utwardzania rowów. Na pewno te z dobrych kamieni przerobiono na inne nagrobki, bądź sprzedano. A większość z nich piękna była, co potwierdzają stare zdjęcia.

P1470736

Z różnych wywiadów, przepytywań i własnych odkryć wiem, że brukowano nimi m.in. okolice dworca kolejowego, ul. Świerklańskiej, Chopina. Podejrzewam, że i zwykli rybniczanie coś tam sobie uszczknęli, bo nikt nie zabraniał i nie ganił. Wiele osób mi opowiadało, że na 100% dzisiejsza ul. Wieniawskiego była wyłożona nagrobkami. Do tego wątku za chwilę wrócę.

Miejsce po cmentarzu przerobiono na park. O ironio, nazwano go im. Horsta Wessela – niemieckiego nazisty, SA-Sturmführera. Okrągłe wejście do parku od strony dworca kolejowego wyłożono górskimi piaskowcami, wybudowano murki, posadzono eleganckie i egzotyczne, jak na owe czasy, krzewy. Drugi etap wymazywania rybnickich Żydów z mapy miasta był zakończony. Pierwszym oczywiście było spalenie i wyburzenie synagogi jeszcze w październiku 1939 r.

04. cmentarz

cm.żyd.14.10 (1)

cmentarz żydowski 6.4.2011 (13)Ostatecznie klawisz „delete” wcisnęła władza powojenna. Za krótkiego ponownego burmistrzowania Władysława Webera (w latach 1945-1950) macewy z ul. Wieniawskiego zniknęły. Gdzie je wywieziono i co z nimi zrobiono niestety nie wiem. Sądzę, że w jakichś archiwach są dokumenty na to. Może to co ludzie mówili, że wywalono je do glinioka przy ul. Cegielnianej jest prawdą? A może pod czerwoną kostką na Wieniawskiego nadal tkwią w piachu i ziemi jakieś kawaląteczki? Dużo tych znaków zapytania.

Moje pierwsze zetknięcie z cmentarzem miało miejsce w 1970 r., czyli gdy miałam 8 lat. Chodziłam koło niego na religię do Misjonarzy oraz na lekcje angielskiego do Urszulanek. Czyli prawie od zawsze wiedziałam, że tam był cmentarz żydowski i zawsze miałam do tego miejsca bardzo emocjonalny stosunek. Choć dzieci na ogół się boją cmentarzy, to dla mnie było to miejsce, dzięki któremu mogłam sobie przedłużyć drogę przed strachem i stresem jakim jawiły mi się wówczas spotkania w klasztorze z siostrą Mechtyldą. Niech jej ziemia lekką będzie  😐 A o tym, że to cmentarz powiedziała mi Mama. Słowo Żyd w tamtym czasie było tak egzotyczne, że zapewne nie jarzyłam za bardzo o kogo chodziło, ale wiedziałam.

3.06.2014 (19)Za czasów komuny w parku wybudowano fontannę, która stoi do dziś, choć do fontanny już nie jest podobna. Lata mijały, coraz mniej ludzi pamiętało, o pierwotnym przeznaczeniu tego miejsca wspominało tylko jedno zdanie na tablicach, których nikt nie czytał. Zresztą tablice od zawsze miały za zadanie jedynie informować jak nazywa się skwer, jakie posadzono na nim rośliny, kiedy powstał i tu jedynie nieśmiało wspominano, iż założono go w 1940 na miejscu danego cmentarza.

Aż nagle w 2002 r. pan Piotr Rakowski, rybnicki poeta i dziennikarz, zarazem osoba, która wówczas starała się przywrócić pamięć o naszych Żydach, pokazał światu kawałeczek macewy, którą mieszkańcy jednego z domów przy ul. Chopina znaleźli w 1970 r. przy okazji budowy swego domu. 62 lata od zniszczenia naszego cmentarza czytelnicy Gazety Rybnickiej zobaczyli fragment kamienia z hebrajskimi napisami. Już wtedy starałam się skontaktować z panem Rakowskim, ale niestety nie udało się. Niestety bardzo poważnie zachorował i nigdy nie dane mi było z nim porozmawiać. Jedyne co mi się udało, to przejąć od niego pałeczkę. Skrawek tamtej macewy, mimo prasowym zapowiedziom pana Rakowskiego, nie został oddany do muzeum i nie wiadomo co się z nim stało.

GR2002

Przez jakiś czas ponownie zapomniano o cmentarzu, aż do fantastycznych odkryć w 2009 r., które Rybnik zawdzięcza ludziom, którzy wiedzą jak patrzeć na rzeczy, które z pozoru nie są interesujące. Wiedzą jak dostrzec w zwykłej płycie chodnikowej macewę oraz wiedzą, że nie wolno się dać zbyć urzędnikom. Pisałam o tym przy okazji Pośmiertnej kariery Charlotty oraz wspominając Elzę Bławatka.

P1470745

Dzięki wielu niesamowitym ludziom i zbiegom okoliczności Rybnik odzyskał łącznie 9 nagrobków z cmentarza żydowskiego. Stoją w muzeum. Od lat głęboko wierzyłam, że muszą się kiedyś odnaleźć ślady po naszym cmentarzu i 6 lat temu do tego doszło. Jestem przekonana, że jest ich więcej i tylko nadal czekają na odkrycie. Noooo, a cmentarz czeka na upamiętnienie porządnym obeliskiem.

10.04.2014 (1)

Do sprawy nowego cmentarza żydowskiego przy ul. Rudzkiej mam nadzieję wrócić jeszcze, bo jego historia jest jeszcze bardziej zapomnianaa.

*źródło: Cmentarze żydowskie w Polsce

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Historia cmentarza żydowskiego w Rybniku (cz. 2) została wyłączona
Październik 23

Historia cmentarza żydowskiego w Rybniku (cz.1)

W tym roku mija 200 lat od założenia cmentarza żydowskiego w Rybniku. Miasto o tej rocznicy nie pamięta, wypada mi więc coś napisać, by choć w Internecie jakiś ślad pozostał. Co prawda już tu o nim nie raz pisałam, jak choćby przy okazji odkrycia starych zdjęć tego miejsca i gdy przedstawiałam urodę parku, który po nim pozostał, ale poważnego opracowania nadal na Szufladzie brak. Tak za poważnie to nie napiszę, ale się postaram.

dom przedpogrzebowy

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Historia cmentarza żydowskiego w Rybniku (cz.1) została wyłączona
Kwiecień 28

Haase epopeja – pośmiertna kariera Charlotty (cz.3)

Dziś o wielkiej karierze, niestety pośmiertnej, Charlotty – córki Efraima Haase, o którym pisałam w części 2, czyli tu: Przodek Efraim. Część 1 epopei proszę sobie samemu odszukać.

Rok 1814

Efraimowi Haase, założycielowi familii, która w Rybniku przez lata żyła, pracowała, zarabiała i kochała nasze miasto, urodziła się szóstka dzieci, z czego większość to były córki.  Głównego spadkobiercę opiszę w następnym odcinku, a dziś… dziś moje odkrycie i moja gwiazda, czyli Lotte. Urodziła się 14 marca 1814 roku, jej hebrajskie imię było Sara, choć w Księdze Narodzin wstępnie zapisano Dorel. Potem ktoś coś powymazywał, wyskrobał. Dorel się może nie spodobała. Ostatecznego imienia, czyli Charlotty jednak nigdy nie dopisano. Warto odnotować, iż w tym samym dniu urodziło jeszcze dwóch się żydowskich chłopców. Jednemu z nich w przyszłości wiele będzie zawdzięczać pewne uzdrowisko. O tym też kiedy indziej, bo dziś tylko o mojej Lotcie.

Narodziny Charlotty 1814

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Haase epopeja – pośmiertna kariera Charlotty (cz.3) została wyłączona
Luty 22

W oczekiwaniu na werdykt słów kilka o Lazarusie

W oskarową noc prawie poważny tekst o pierwszym rabinie w Rybniku. O drugim już pisałam.

(Wtręt: Jak wygra polityka antyputinowska w Hollywood, to będę zła.)

Społeczność żydowska w Rybniku oraz jego okolicy w XVIII w. nie była liczna i zapewne nie na tyle bogata, by mieć własnego rabina. Na podstawie rejestru ślubów można stwierdzić, iż posługę rabinacką w pierwszej połowie XIX w., gdy liczba rybnickich Żydów znacznie wzrosła, sprawowali dorywczo rabini m.in. z Gliwic (rabin Hirsch Jacob Zuckermann), Raciborza (rabin Löwi), Bytomia (rabini Mendel Cohn oraz Israel Deutsch), Wielowsi (rabin Pinschower), Żor (Abraham Freund) oraz Wodzisławia Śląskiego (rabin Salomon Sachs). Do zawarcia ślubu nie jest konieczna obecność rabina, bowiem wystarczy, by uczestniczył w uroczystości Żyd (mężczyzna), który posiada stosowną wiedzę na temat wymogów halachicznych związanych z zawieraniem małżeństwa. W 1822 r. jedną z takich osób, która „nadzorowała” ślub Wolffa Eisnera z Jette, był Lazar Karfunkel.

Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania W oczekiwaniu na werdykt słów kilka o Lazarusie została wyłączona
Grudzień 18

Nieznane zdjęcia rybnickiego cmentarza żydowskiego

Wczoraj miał miejsce wernisaż małej wystawy w rybnickim muzeum. Po raz pierwszy pokazano publicznie nieznane i w zasadzie przypadkowo odkryte, przez bytomskiego historyka pana Przemysława Nadolskiego, zdjęcia z naszego cmentarza żydowskiego.

P1470737 Czytaj dalej

Kategoria: Judaika, Rybnik | Możliwość komentowania Nieznane zdjęcia rybnickiego cmentarza żydowskiego została wyłączona
Maj 18

Gojka jako tłumacz i przewodnik cmentarny

Muszę się ciut pochwalić, a jak! Czasem trzeba, bo tego wymaga marketing.

Moja fitulityngeszeftowa spółka oficjalnie zwana mp kwadrat Sp. z o.o., a potocznie Szufladą Małgosi, wykonała kawał dobrej roboty na zlecenie Holocaust Research Institute in Memory of Zahava & Zvi Shwartz z Izraela.  Gojka i mocno religijny Żyd, czyli Małgosia-Prezeska szufladki i dyrektor tegoż instytutu objechali, sprawdzili, opisali ponad 40 cmentarzy żydowskich, kilkanaście synagog, wiele grobów zbiorowych na terenie Podkarpacia, Małopolski i woj. świętokrzyskiego.  Pięć dni pracy po 17-18 godzin. Od 8 rana do zmroku w terenie, a potem jeszcze kilka godzin opisywania (po hebrajsku i częściowo po polsku) i analizowania tego co widzieliśmy. A najwięcej to widzieliśmy winniczków, a przynajmniej ja ich widziałam setki. Mój towarzysz na nie raczej nie zwracał uwagi.

trip (10)

 

Moja praca polegała na zorganizowaniu całego objazdu, załatwieniu noclegów, umawianiu spotkań z lokalnymi władzami, opiekunami cmentarzy, tłumaczeniu, przedzieraniu się przez krzaki, chaszcze, szukaniu dróg, ścieżek, dojść, i wielu innych rzeczy. Pogoda nie była sprzyjająca, gdyż potężny niż o dźwięcznej nazwie Yvette bardzo nam pracę utrudniał.

trip (20)

Czytaj dalej

Maj 8

Jadę znowu do Elimelecha

Klamka zapadła. Jadę ponownie do mojego Elimelecha do Leżajska!!! Gdyby nie on, to bym nie przetrwała prawie tygodniowych negocjacji w sprawie wyjazdu. Ufff, dziś w końcu po dzisiątkach meili, esesów oraz rozmów mój … powiedzmy, że zleceniodawca zaakceptował warunki.

kirkuty (5)

 

YES! YES! YES! Będę mogła Eliemu podziękować za wsio co już się stało i podziało, no i na karteczce poprosić o jeszcze…

Znowu będę włazić w krzaczory, chaszcze, kleszcze, pajęczyny w Błażowej. Znowu będę mogła gładzić kamień macew na cmentarzu w Siedleczce, sprawdzę, czy stoją olbrzymy w Jarosławiu. Może nawet uda się zwiedzić chasydzkie centrum w Dynowie.

kirkuty (6)

 

kirkuty (1)

 

kirkuty (4)

 

kirkuty (3)

 

Nie wiem jak przetrwam ten cmentarny objazd hardcorowy typu survival na koszernym jedzeniu, bowiem tak się mi to szykuje, ale może taka dieta okaże się dobra dla moich kilosów.  Oby to były kanapki, a nie chasydzkie jadło z kotła 😉

kirkuty (2)

 

W planach 25 cmentarzy w 4 dni, czyli totalna mission impossible, co jednoznacznie jako praktyk kirkutowy wiem z góry, ale hipcie to ssaki, które wiele mogą i dużo potrafią. Dam radę!

W poniedziałek ruszam na spotkanie przygody. Trzymajcie kciuki, bo styk koszerny, religijny Żyd z Izraela i  jedząca kiełbachy, mało religijna chrześcijanka, to może być mieszkanka bombowa!

 

Kategoria: Judaika, Turystyka i krajoznawstwo | Możliwość komentowania Jadę znowu do Elimelecha została wyłączona